Anabella – Rozdział CLVIII

Anabella – Rozdział CLVIII

– Podjedziesz pod bramę i zaparkujesz na chodniku – do uszu Izy jak przez mgłę docierały wydawane Chudemu polecenia Majka. – Musimy pójść we dwóch, otworzysz mi drzwi. Mam tu jej torebkę, zaraz poszukamy kluczy.

Auto sunęło cicho w szumie i chlupocie padającego wciąż na dworze deszczu, pod zamkniętymi powiekami Izy migały pomarańczowe błyski światła, zaznaczając kolejne mijane po drodze latarnie. Półleżąc na tylnym siedzeniu opla, pod policzkiem czuła zmoczoną deszczem fakturę skórzanej kurtki Majka, który w międzyczasie, rozmawiając z Chudym, otulał ją jej własnym płaszczem z wielbłądziej wełny w obawie, by nie zrobiło jej się zimno. Jego obecność i ciepło były tak kojące, tak cudowne… jednak duszę walczącej z mdłościami Izy wypełniały przede wszystkim wyrzuty sumienia.

Zemdlała na zapleczu… Co za katastrofa! Z tą pracą przy barze jednak zdrowo przesadziła, sama na własne życzenie doprowadziła do takiej głupiej sytuacji. A Majk? Po co z nimi jechał? Nie powinien osobiście odwozić jej do domu, w ogóle nie powinien się nią zajmować, wystarczyłoby, gdyby zlecił to Chudemu. Impreza przecież jeszcze się nie skończyła, jego goście wciąż byli w Anabelli, a on był gospodarzem, więc skoro ona nie mogła tam zostać, to chociaż on powinien! Ona już dzisiaj i tak wystarczająco nawaliła, wystarczająco narobiła mu kłopotów!

Na policzku poczuła delikatny dotyk ukochanej dłoni. Najchętniej chwyciłaby ją, przytrzymała i przycisnęła do niej usta, tak samo jak półtora miesiąca temu, kiedy nieprzytomny po brandy Majk leżał w swoim łóżku i głęboko spał, a za oknem również padał deszcz… Ach, gdyby tak można było! Gdyby mogła okazać mu, co nosi w sercu, gdyby miała do tego prawo! Prawo i odrobinę więcej siły, bo oto znowu tak nieprzyjemnie zakręciło jej się w głowie…

Samochód zwolnił niemal do zera, kołyszące na boki szarpnięcie wskazało, że Chudy właśnie zaparkował na chodniku, po czym silnik zgasł i we wnętrzu auta zrobiło się cicho, jedynie deszcz bębnił miarowo po dachu. Krótka podróż na Bernardyńską była zakończona, teraz trzeba było tylko jeszcze jakoś wejść na górę.

– Chodź, elfiku, wysiadamy – usłyszała nad sobą łagodny głos Majka.

– Tak – wyszeptała, z trudem podnosząc głowę i próbując wyprostować się na siedzeniu. – Ja sama… sama pójdę…

– Ostrożnie, załóż ten płaszczyk. Jest zimno i leje jak diabli, jeszcze się przeziębisz. Chudy, chodź tu, weźmiesz jej buty, okej? Poczekaj, wyciągnę tylko te klucze – dodał, sięgając po jej odłożoną na bok torebkę. – Gdzie je trzymasz, Iza?

– Z przodu, w tej zapinanej kieszonce – wskazała mu słabym gestem.

– Okej, faktycznie, są. Chudy, trzymaj, będziesz nam otwierał. Torebkę też jej weź. Poczekaj, wygramolę się tylko… dobra. Wysiadamy, Izula. No już!

Mówiąc to, schylił się w lejącym rzęsiście deszczu nad otwartymi drzwiami opla i podał jej ramię, na którym wsparła się z wdzięcznością. Jednak ledwie zdążyła wysiąść i wyprostować się przy samochodzie, znów pofrunęła w górę, uniesiona w jego ramionach.

– Zasłoń sobie buzię, żeby deszcz ci nie lał – powiedział, przygarniając ją mocniej do zmoczonej białej koszuli na piersi, w którą posłusznie wtuliła twarz. – Nie pomyślałem o parasolce, niezły kretyn ze mnie. No dobra, Chudy, zabieraj to wszystko i lecimy. Drogę znasz, to śmigaj pierwszy, otwieraj mi wszystkie drzwi, okej? Zapal też światło na klatce.

– Tak jest – mruknął Chudy, zatrzaskując drzwi opla i blokując zamek. – Robi się.

Wtulona w ramiona Majka, kołysana w rytm jego kroków jak niemowlę w kołysce, Iza jak przez mgłę rejestrowała tylko szum deszczu, tupot nóg obu mężczyzn na mokrym chodniku, a po chwili głośniejsze chlupnięcie oznajmiające, że weszli prosto w kałużę, co Majk skwitował krótko rzuconym pod nosem przekleństwem. Następnie znajome skrzypnięcie starych drzwi wejściowych do klatki, po którym szum deszczu umilkł nagle jak ucięty nożem, brzęk kluczy, którymi Chudy pośpieszył otworzyć drzwi do jej mieszkania – i oto wszyscy troje znaleźli się w przedpokoju oświetlonym mocnym światłem, które nakazało jej otworzyć oczy.

– Poczekaj, zdejmiemy ci ten mokry ciuszek – zarządził Majk, ostrożnie stawiając ją na podłodze, lecz nie cofając ramienia, a drugą ręką ściągając jej z ramion niezapięty płaszcz. – Jak się czujesz? Dasz radę stanąć na chwilę? Musimy ściągnąć buty.

– Tak – szepnęła niepewnie, czując, że żołądek ściska jej się gwałtownie, a fala mdłości łapie za gardło bezlitosną ręką. – Ale teraz nie mogę, Majk… muszę chyba… przepraszam, niedobrze mi…

Ogarnięta takim samym niepohamowanym naporem nudności jak rano w kuchni zdążyła tylko zsunąć z nóg robocze pantofle, w których przyjechała z Anabelli, po czym rzuciła się w stronę łazienki, naprędce zatrzaskując za sobą drzwi i schylając się nad sedesem. Tym razem poszło łatwo, jakby wypita pół godziny wcześniej niepełna szklanka wody w magiczny sposób przepłukała jej wnętrzności, a teraz wróciła, zabierając ze sobą jak tsunami wszystko, czego poprzednio nie udało się usunąć. Jeszcze jedna bolesna torsja i przez gardło przeszło jej coś dużego, śliskiego, jakby kłąb treści żołądkowej i skołtunionych włosów, na chwilę prawie ją dławiąc, a następnie z pluskiem wpadając do wody.

I oto nagle ulga… ulga, jakiej nie zaznała od dobrych kilku dni, tym razem pełna i tak spektakularna, że aż nie mogła w to uwierzyć. Jeśli kiedykolwiek na własnej skórze odczuła sens wyrażenia jak ręką odjął, to chyba nigdy nie było to tak wyraźne jak w tej chwili. Na czole perlił jej się jeszcze pot, wszystkie mięśnie drżały, a rozedrgany obraz w oczach wciąż na przemian rozjaśniał się i ciemniał, ale już nie ulegało wątpliwości, że oto właśnie, po długich godzinach męczarni, wreszcie pozbyła się problemu, który leżał u podstaw jej złego samopoczucia.

Pozostawieni w przedpokoju mężczyźni patrzyli na siebie posępnym wzrokiem, w milczeniu i całkowitym bezruchu słuchając jednoznacznych odgłosów dobiegających z łazienki. Dopiero kiedy zrobiło się cicho, obaj wyprostowali się jak na komendę, spodziewając się, że za chwilę otworzą się drzwi i pojawi się w nich Iza.

– Dobra, stary, wracaj do firmy, ja już się nią zajmę – polecił Chudemu przyciszonym głosem Majk, odwieszając na ścianę płaszcz Izy, który dotąd trzymał w ręce, i zrzucając z siebie kurtkę. – Bierz opla i zostaw go tam, gdzie stał, ja wrócę na piechotę. Nie wiem kiedy, ale za jakąś godzinę postaram się być.

– Tak jest. Tylko co mam mówić, jakby ktoś pytał o szefa? Zwłaszcza pan Paweł?

– Mów, że musieliśmy z Izą wyskoczyć na miasto, żeby załatwić bardzo pilną sprawę. Nie wspominaj, że źle się czuje, ja mu to potem wyjaśnię, a na razie niech się nie martwią, tylko spokojnie sobie imprezują. Niedługo wrócę i to pociągnę, ale teraz muszę zostać z nią.

– Jasne. Tylko że ta katana – wskazał na zmoczoną skórzaną kurtkę, którą Majk odwiesił właśnie obok płaszcza Izy – nie ma kaptura, a deszcz leje jak cholera. Może przywiozę coś szefowi, żeby…

– Nie trzeba – przerwał mu niecierpliwie Majk, przeciągając odruchowo dłonią po ociekających wodą włosach. – Nie bądź frajer, od deszczu się nie rozpuszczę, nie jestem z cukru, nie? Leć już, Chudy, nie ma czasu. Do mojego powrotu ogarniacie budę na spółę z Wiką i z Antkiem, a jakby trafiła się jakakolwiek rozwała, macie moje pełnomocnictwo.

– Tak jest, szefie.

Po wyjściu Chudego Majk odwrócił się i z zastanowieniem popatrzył na wciąż zamknięte drzwi łazienki, zza których dobiegał teraz tylko cichy szum wody. Nie należało tracić czasu, miał tu przecież jeszcze sporo do zrobienia. Przede wszystkim trzeba było znaleźć dla Izy jakąś wodę do picia i przygotować jej łóżko, żeby jak najszybciej mogła się położyć. A może dobrze by było, żeby napiła się czegoś ciepłego? Tak, jednak na początek wystarczy sama woda, od tego trzeba zacząć.

Jako że cała zgrzewka butelek z wodą niegazowaną stała na parapecie okna w kuchni, nawet nie musiał ich szukać. Z jedną z nich i czystą szklanką w ręce udał się zatem do salonu, gdzie, zapaliwszy światło, zastał niezaścielone łóżko ze zmiętą pościelą zwisającą smętnie na podłogę. Widok ten sugerował, że rano Iza z trudem zwlokła się do pracy, nie mając nawet siły, żeby podnieść za sobą kołdrę… Biedactwo, co ona dziś nawyprawiała! Oszukała go, mówiąc, że już czuje się dobrze, oszukała zresztą wszystkich, spryciara, uśpiła ich czujność tym uroczym uśmiechem i pozorami energii, podczas gdy w rzeczywistości od rana jechała na oparach sił. Ależ z niego idiota! Jak mógł się nie połapać? Jak mógł pozwolić, żeby tak się wykończyła?!

Na szczęście – i tu musiał uczciwie sobie pogratulować – miał na tyle oleju w głowie, żeby od paru godzin praktycznie nie spuszczać jej z oka. Gdyby nie to, upadłaby w tym korytarzu i rozbiłaby sobie głowę, zanim ktokolwiek zdążyłby tam dobiec. On zresztą sam ledwo zdążył. Odkąd wróciła na salę po rozmowie z Lodzią, on bez przerwy obserwował ją z daleka, najpierw tańcząc na parkiecie z dziewczynami, a potem rozmawiając z kumplami przy stole. Widział, jak kręciła się po sali, zbierając brudne naczynia, widział też, jak stanęła za bar, by pomóc Kamili i Wiktorii, wręcz jak ostatni głupek cieszył się, że chyba już naprawdę czuje się lepiej i że znów jest w swoim żywiole. A potem, kiedy w samą porę dostrzegł, jak słabnie i chwiejnym krokiem odchodzi na zaplecze, pod byle pretekstem porzucił w pół słowa rozmowę z Justyną, Dominiką i Natalią, by pędem pobiec za nią, przeczuwając, że będzie potrzebowała pomocy. Nie pomylił się. I na szczęście zdążył. Bogu dzięki.

Woda w łazience dalej szumiała, ale jeśli to potrwa dłużej, trzeba będzie sprawdzić, czy na pewno wszystko w porządku. Omdlenie to przecież poważna sprawa, choć oczywiście mogło mieć jak najbardziej naturalną przyczynę… Ciekawe swoją drogą, dlaczego tamten bałwan od wczoraj jeszcze się do niej nie odezwał? Zwłaszcza że przecież wiedział, że nie była w formie i że to trwało nie od dziś. Niby dla niego, Majka, to była korzystna okoliczność, dzięki niej zyskał jeszcze kilka godzin, zanim wszystko się zawali, ale jednak za ten kolejny przejaw lekceważenia i braku szacunku względem niej chętnie ukręciłby bałwanowi łeb. Ech, trzeba było wczoraj skorzystać z okazji i jeszcze mocniej mu przywalić! Nie patyczkować się, poprawić z drugiej strony, a potem jeszcze co najmniej ze dwa razy, prawym i lewym sierpowym, żeby równo puchło. To przecież w jego nędznej sytuacji i tak nic by nie zmieniło, a przynajmniej miałby z tego jakąś satysfakcję.

Ledwie skończył prześcielanie łóżka i wrócił do przedpokoju, zamek w drzwiach łazienki szczęknął i pojawiła się w nich bledziutka jak ściana Iza z rozmazanym, niedomytym makijażem oraz zmoczonymi nad czołem włosami. Przez ostatnie pięć minut próbowała bowiem pokonać słabość, chłodząc sobie twarz zimną wodą, i nawet odrobinę to pomogło. Wprawdzie w głowie nie przestało jej się kręcić, a mięśnie nadal drżały jak w febrze, ale już było lepiej – zdecydowanie lepiej. Owszem, wyglądała jak upiór z najmroczniejszych gotyckich opowieści, ale czy to miało jakieś znaczenie? Dla Majka, który na jej widok aż pokręcił głową, była przecież tylko przyjaciółką, a przyjaciół na szczęście nie ocenia się po wyglądzie.

– Już? – zapytał, podając jej szybko ramię, by mogła się na nim wesprzeć. – No to chodź, położysz się, przygotowałem ci wyrko. I koniecznie musisz napić się wody, okej?

– Tak – wyszeptała, pozwalając mu się prowadzić do salonu. – Napiję się. Dziękuję…

Majk podprowadził ją do przygotowanego łóżka i usadził na jego brzegu, podając jej nieco pogniecioną koszulę nocną, w której spała zeszłej nocy.

– Proszę, znalazłem to na łóżku. Siadaj tu i przebieraj się w to, nie będziesz przecież spać w tych ciuchach po całym dniu harówki. Dasz radę sama się przebrać?

– Jasne – uśmiechnęła się blado. – Tyle jeszcze potrafię, szefie.

– No to przebierz się spokojnie i śmigaj pod kołdrę, a ja w tym czasie skoczę poszarogęsić się w twojej kuchni. Muszę zobaczyć, co masz w lodówce, bo jeśli nędza, to jutro z rana przyślę do ciebie kogoś z wałówką. Zrobić ci coś ciepłego do picia?

– Zaparzyłbyś mi mięty? – poprosiła, wyszukując w splątanych włosach i wyciągając z nich ostatnie wsuwki, które w kilku miejscach podtrzymywały jeszcze resztki rozsypanego koka. – Jest w szafce nad stołem.

– Oczywiście.

– Dziękuję. I nie siedź tu za długo, Majk, proszę cię. Musisz wracać do gości.

– Wrócę, wrócę, spokojnie. Zjesz coś może?

– Nie – wzdrygnęła się. – Tylko się napiję.

– Okej – westchnął, kręcąc głową z dezaprobatą. – To na razie łyknij trochę wody, nalałem ci już do szklanki, a ja idę parzyć tę miętę. Jak tu wrócę, masz być w łóżku, jasne?

– Tak jest, szefie.

Po jego wyjściu, walcząc z wciąż nieustępującymi zawrotami głowy, Iza wypiła kilka łyków wody, które tym razem przyjemnie rozlały się po żołądku, nie powodując w nim żadnego ścisku, i przebrała się szybko w koszulę, odkładając ubrania byle jak na fotel. Następnie, jako że nie miała już siły wracać do łazienki po grzebień, rozczesała tylko pobieżnie włosy palcami, dzieląc zmierzwione kołtuny na w miarę rozplątane kosmyki, i wsunęła się pod kołdrę. Ach, jak przyjemnie było po całodziennym koszmarze położyć się w wygodnym łóżku! Zatopić głowę w poduszce, wyprostować zmęczone nogi, wtulić w miękką kołdrę wykończone całodzienną bieganiną nagie stopy… A do tego ta świadomość, że on był obok! Z kuchni dobiegały dźwięki szczękania naczyniami, przyciszony trzask drzwiami od szafek oraz charakterystyczny odgłos otwieranej i zamykanej lodówki. Był tam, rządził się w jej kuchni… taki dobry, taki uczynny, taki kochany… A ona znowu go zawiodła! I to akurat, jak na złość, w dniu, kiedy tak bardzo potrzebował terapii, na którą dzisiaj już nie będzie miała ani czasu, ani sił. Pech, okrutny pech! Że też tak musiało ją rozłożyć!

„Ale nadrobimy to, kochanie” – obiecała mu w myślach, przymykając oczy. – „Jutro postawię się na nogi i umówimy się na terapię w najbliższym możliwym terminie, tym razem ja sama to wyegzekwuję. Nie zostawię cię bez pomocy, tak jak ty nie zostawiłeś dzisiaj mnie…”

– Śpisz już, Izula? – zabrzmiał od progu przyciszony głos Majka.

Leniwie rozkleiła powieki i ujrzała go zbliżającego się ostrożnie z kubkiem dymiącej mięty w ręce. Jej charakterystyczny ziołowy zapach czuć było już z daleka – zapach, który, podobnie jak woda kolońska, kojarzył jej się właśnie z nim.

– Nie, nie śpię – odparła, starając się podnieść z poduszki skołowaną głowę.

– Leż spokojnie, już do ciebie idę. Postawię to tylko na stole, bo jeszcze za gorące. Napiłaś się już wody? No, super, widzę, że szklanka pusta. Chcesz jeszcze? Dolać ci?

– Nie… Poczekam, aż wystygnie mięta.

– Dobra. W takim razie leż, a ja zgaszę ci to światło, strasznie razi w oczy. Zapalę tylko lampkę… o, tak lepiej?

– Lepiej – pokiwała głową. – Dziękuję ci. Dziękuję za wszystko, Michasiu, jesteś aniołem, ale teraz proszę, wracaj już do firmy. Nie wypada zostawiać gości samych, ja wiem, że oni się nie obrażą, ale jak to wygląda? Powinieneś tam być.

– Wrócę do nich, nie martw się – odparł Majk, ustawiając lampkę tak, by świeciła głównie na ścianę, a na pokój rzucała tylko rozproszone, dyskretne światło. – Ale najpierw muszę się upewnić, że z tobą wszystko okej. Aha, czekaj, przyniosę coś jeszcze.

Wycofał się do kuchni i po chwili wrócił, niosąc w ręce duży garnek, który Iza kupiła niedawno, by gotować w nim większe ilości zupy albo kapusty.

– Po co to? – zdumiała się, z trudem unosząc głowę nad poduszką.

– Na rzyganie – wyjaśnił jej spokojnie, schylając się, by ustawić garnek na podłodze przy wezgłowiu łóżka. – Nie widzę tu u ciebie żadnej miski, więc wykorzystamy ten gar. Największy, jaki znalazłem w szafce, chociaż, jak na moje oko, i tak może być za mały. Będziesz musiała w miarę precyzyjnie celować.

– Nie wygłupiaj się – parsknęła słabym śmiechem Iza. – I nie rozśmieszaj mnie, bo nie mam siły się śmiać… To już nie będzie potrzebne.

– Będzie, czy nie będzie, lepiej niech tu stoi w razie czego – odparł oględnie. – Nie wiadomo, czy do rana znowu cię nie złapie, i co? Będziesz haftować na podłogę?

– Nie będę – zapewniła go, z rozbawieniem kręcąc głową. – Już czuję się dobrze.

– Ta, jasne! – skrzywił się z pobłażaniem. – Uważaj, bo ci uwierzę. Okantowałaś mnie już dzisiaj tyle razy, że więcej się na to nie złapię. Garnek ma tu stać i już, a ja posiedzę z tobą, aż spokojnie zaśniesz, i dopiero wtedy wrócę do firmy. Zastanawiam się tylko, co z kluczami… Wezmę chyba te twoje i zamknę drzwi, żeby nikt ci się tutaj nie przyplątał, a rano ci je podrzucę albo odeślę przez kogoś, co? I tak jutro nie będziesz nigdzie wychodzić, a ja dzisiaj nie zostawię cię na noc z otwartymi drzwiami, mowy nie ma.

– Dobrze, ale moich kluczy nie zabieraj – odparła Iza, wyciągając z trudem rękę i wskazując w stronę biurka. – Tam w pierwszej szufladzie od góry, w samym kąciku, są zapasowe. Możesz je wziąć, tylko najpierw sprawdź, czy działają. Jeszcze nigdy ich nie używałam.

– Świetnie – skinął głową Majk, kierując się we wskazane miejsce. – Okej, mam… Poczekaj, zaraz je sprawdzę.

Udał się do przedpokoju, skąd przez kilka chwil do uszu Izy dobiegały odgłosy otwierania i zamykania drzwi, po czym z usatysfakcjonowaną miną wrócił do salonu.

– Chodzą bez pudła. Biorę – oznajmił, podrzucając klucze w dłoni, a następnie chowając je sobie do kieszeni spodni. – Jeden problem z głowy, teraz zabieramy się za usypianie małego elfika.

Zamaszystym ruchem przysunął sobie krzesło, ustawił je przy łóżku Izy i usiadłszy, troskliwym gestem poprawił jej kołdrę, nakrywając ją aż pod brodę. Jego zmoczone na deszczu włosy, wciąż oklapnięte od wilgoci, zaczynały już podsychać, przez co, podświetlone od tyłu rozproszonym światłem lampki, przybrały fantazyjny kontur ze sterczącymi na boki, skręconymi kosmykami. Jakże chętnie wsunęłaby w nie dłonie, by rozczesać je palcami, osuszyć do końca i uładzić… Ale to innym razem, nie dziś. Dziś już niestety nie było czasu na takie przyjemności.

– Dziękuję – szepnęła z wdzięcznością. – Ale proszę, Michasiu, nie zawracaj już sobie mną głowy, nie jestem dzieckiem. Musisz jak najszybciej wracać do gości. Wystarczy, że ja nawaliłam, powinnam tam być do końca, a sam widzisz… więc przynajmniej ty…

– Jak się czujesz? – zapytał, ignorując jej uwagi.

– Bardzo dobrze – zapewniła go ciepło.

– Na pewno? – skrzywił się z niedowierzaniem. – Mów prawdę, Iza, nie kantuj. Słyszałem to już dzisiaj kilka razy i więcej nie dam się ocyganić.

– Nie kłamię – odparła z powagą. – W pracy zresztą też nie kłamałam, na serio wtedy, kiedy mnie pytałeś, czułam się lepiej, byłam pewna, że mi przejdzie. Tylko że niestety potem wróciło… To było jak wahadło, raz czułam się fatalnie, a raz całkiem dobrze, pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego. Ale teraz już pozbyłam się problemu i może być tylko lepiej – zapewniła go skwapliwie. – Jeszcze tylko trochę mi słabo i w głowie mi się kręci, pewnie przez to, że od wczoraj nic nie jadłam. Ale i to się nadrobi. Jutro – zaznaczyła. – Bo dzisiaj napiję się tylko tej mięty i…

– A właśnie, mięta! – przypomniał sobie Majk, podrywając się z miejsca i sięgając na stół po kubek. – Możesz pić, już przestygła, ale i tak uważaj. Usiądziesz sama, czy pomóc ci?

– Dam radę – szepnęła, z wysiłkiem podnosząc się na łokciu i drżącą ręką biorąc od niego kubek.

Temperatura płynu w istocie była już idealna do picia, zanurzyła zatem usta w aromatycznym naparze i ze smakiem wychyliła zawartość kubka aż do dna. Jak cudownie było czuć to ciepło rozlewające się jak kojąca lawa w zmaltretowanym żołądku… Nie miała już żadnych wątpliwości, że fatalna niedyspozycja pokarmowa została pokonana wraz z usuniętym z organizmu kłębem śmieci, które widocznie zbierały się w nim przez kilka ostatnich tygodni, a on z jakiegoś powodu nie mógł się ich pozbyć. Jednak teraz wreszcie to się udało, już było po wszystkim. Szkoda tylko, że o ten jeden (jakże ważny!) dzień za późno.

– Dziękuję – uśmiechnęła się bledziutko, oddając Majkowi pusty kubek, i opadając z powrotem na poduszkę. – Przepyszne ziółko, tego mi było trzeba. Od razu mi lepiej.

– Doparzyć ci jeszcze?

– Nie, dzięki. Tyle mi wystarczy.

Majk odstawił kubek na stół i znów usiadł przy niej, po czym, schyliwszy się, delikatnym gestem odgarnął kosmyk włosów, który zaplątał jej się przy policzku. Iza przymknęła oczy, uśmiechając się z błogością. Ciepło mięty w żołądku, jej tonizujący smak na spieczonym języku i ciepły dotyk jego dłoni były jak najlepsze lekarstwo… Lecz czy miała prawo go tu zatrzymywać?

– Majk, wracaj już do nich – szepnęła, nie otwierając oczu. – Bardzo ci dziękuję, ale proszę, musisz już iść. Ja już czuję się dobrze. Prześpię się i jestem pewna, że przez noc wrócę do formy.

– Okej – odparł, cofając dłoń. – Chociaż i tak w poniedziałek trzeba będzie skonsultować to z lekarzem. Takim czy innym… byle była jasność.

– Ale po co? – zdziwiła się, uchylając niemrawo jedną powiekę. – Już jest w porządku, to było tylko zatrucie pokarmowe. Fakt, że wyjątkowo wredne, ale to przecież nic takiego.

Majk przyglądał jej się z ponurą miną, pochylony do przodu na krześle.

– Skąd wiesz, że to zatrucie? – zapytał głuchym tonem.

– A co innego? – wzruszyła ramionami, znów przymykając oczy i wtulając wygodniej policzek w poduszkę. – Już dawno tak nie wymiotowałam, więc to na bank od żołądka. Momentami czułam się, jakby robił mi w brzuchu salto mortale.

– No, nie wiem – mruknął. – A ta kawa? Reakcja na zapachy? Omdlenie? Słyszałaś, co mówiła Wika. I chyba pamiętasz, w jakich okolicznościach poznałaś Lodzię? Ona wtedy zemdlała z bardzo konkretnego powodu.

Iza otworzyła oczy i spojrzała na niego jak na wariata. On jednak nie patrzył na nią, lecz nieruchomo, z poważną miną wpatrywał się w kwiatowy wzorek na kołdrze.

– Daj spokój, no co ty – uśmiechnęła się z rozbawieniem. – Wika przecież tylko żartowała. Nie ma takiej opcji.

– Skąd wiesz, że nie ma? Nigdy nie można mieć takiej pewności.

– Można – zapewniła go, coraz bardziej rozbawiona tym absurdalnym podejrzeniem. – Nie wygłupiaj się. Żeby taka opcja weszła w grę, wcześniej muszą zaistnieć pewne konkretne okoliczności, prawda? A w moim przypadku one zaistniały tylko jeden raz.

Majk zagryzł wargi, nie odrywając oczu od kwiatka na kołdrze.

– Jeden raz w zupełności wystarczy – odparł spokojnym tonem. – To wiedzą nawet przedszkolaki.

Uśmiechnęła się z pobłażaniem i leniwie przymknęła powieki, które teraz, kiedy leżała w miękkiej pościeli, a mięta przyjemnie rozgrzewała jej żołądek, same zaczynały opadać ze zmęczenia.

– Tak – przyznała pogodnie. – Ale u mnie ten jeden raz zdarzył się już ponad pięć lat temu, więc opcję, o której mówiła Wika, raczej mogę wykluczyć. Nie żartuj sobie, Majk… mówiłam ci przecież, że dzisiaj nie mam już siły się śmiać.

Majk oderwał wzrok od wzorku na kołdrze i popatrzył na nią zaskoczony.

– Pięć lat temu? – wyszeptał z niedowierzaniem.

– Mhm – skinęła głową, nie otwierając oczu. – Opowiadałam ci przecież o tym. Największy błąd w moim życiu. Na szczęście obyło się bez konsekwencji, a chyba zgodzisz się, że po pięciu latach tym bardziej nie może ich być?

Majk nadal patrzył na nią zdezorientowany z miną człowieka, który na bieżąco układa sobie w głowie nagle rozsypane klocki. Na chwilę w półmrocznym salonie zapadła cisza.

– Wybacz, elfiku – odezwał się w końcu niepewnym tonem. – Zdaje się, że naditerpretowałem. Po prostu myślałem, że… Pablo mówił mi… i Lodzia…

– Pablo? – zdziwiła się Iza, z trudem rozklejając powieki. – A co ma do tego Pablo? Ach, czekaj… wiem! – pokiwała głową, nagle kojarząc fakty. – No tak… Chodzi o to, że parę tygodni temu widział mnie z Miśkiem Krzemińskim w hotelu Europa?

– Mhm – mruknął, znów zagryzając wargi.

– I pewnie w połączeniu z tym, co mówiła mu o mnie Lodzia, wyciągnął z tego daleko idące wnioski? – uśmiechnęła się z pobłażaniem. – No jasne. Ja go wtedy nie zauważyłam, ale Lodzia faktycznie wspominała mi o tym. Czyli to pan mecenas tak naditerpretował… Ciekawa hipoteza, a ty, jak widzę, rozwinąłeś ją w jeszcze bardziej kreatywny sposób. Ale nic z tego. Pablo pomylił się na całej linii, bo akurat było wręcz przeciwnie.

– Wręcz przeciwnie? – powtórzył jak echo Majk, nie odrywając oczu od jej bledziutkiej twarzy, na której zmęczenie mieszało się z rozbawieniem.

– Aha. Nie zdążyłam pogadać o tym z Lodzią, dopiero na przyszły tydzień udało nam się umówić na ploteczki. Ale zostawmy to już, Majk – ocknęła się, wspomniawszy twarz Lodzi na tle udekorowanej na biało-czerwono-niebiesko sali Anabelli. – Potem wszystko ci opowiem, ale teraz musisz wracać do firmy. Bez żartów, jak tak dalej pójdzie, nie zdążysz nawet pożegnać gości, a ja…

– Nigdzie nie pójdę – przerwał jej stanowczo, ujmując ją za rękę i zatapiając pełne napięcia spojrzenie w jej oczach. – Dokończ to, Iza. Co masz na myśli, mówiąc wręcz przeciwnie?

– To, że z Miśkiem już koniec – wyjaśniła mu znużonym tonem. – A wtedy w tym hotelu gadałam z nim ostatni raz.

– Słucham? – wykrztusił zdumiony. – Jak to… koniec?

– No koniec – wzruszyła ramionami, znów przymykając oczy, przed którymi ze zmęczenia wirowały jej nieprzyjemne mroczki. – Definitywny i nieodwołalny. Wiem, jak to brzmi w moich ustach, zdrada ideałów i tak dalej… ale trudno… mam gdzieś takie ideały… Zamknęłam sprawę Miśka raz na zawsze właśnie tego dnia, kiedy widział nas Pablo. Wbrew pozorom to była dla mnie bardzo trudna rozmowa, nie udało mi się zerwać z nim dyplomatycznie, ale co tam… mała strata. Ważne, że mam to za sobą.

Majk patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, w których szok i niedowierzanie mieszały się z czymś, czego nie było w nich od wielu tygodni – ze światełkiem nieśmiałej lecz potężnej jak wulkan nadziei, która tylko czekała na to, by buchnąć płomieniem aż pod sklepienie nieba. W ciągu tych kilkunastu sekund, kiedy Iza mówiła, przez jego twarz przebiegły kolejno jak w kalejdoskopie oznaki chyba wszystkich możliwych skrajnych emocji, jednak królowała na niej głównie jedna z nich – ulga. Niebotyczna, obezwładniająca ulga, bo choć jej słowa brzmiały niewiarygodnie, a w czeluściach pamięci wciąż migotał koszmarny obraz pary całującej się namiętnie pod bluszczową ścianą, nie było przecież podstaw, by nie wierzyć w to, co właśnie powiedziała. To krótkie bombardowanie strzępkami informacji było dla niego zbyt nagłe i nokautujące, żeby na bieżąco skleić je w jakąś w miarę spójną całość, ale jedno wiedział na pewno. Był kompletnym osłem i frajerem. Królem osłów, frajerów i półgłówków.

– A niech to – szepnął. – Nic mi nie mówiłaś…

– Tak, wiem – odparła ze skruchą, znów z trudem uchylając powieki. – Przepraszam, Majk. Chciałam, ale to długa historia, musiałabym mieć więcej czasu, żeby opowiedzieć ci wszystko porządnie i ze szczegółami, a ciągle nie było okazji. I zresztą były o wiele ważniejsze sprawy niż ta.

– O wiele ważniejsze? – powtórzył cicho, bezwiednym gestem przesuwając sobie dłonią po czole i włosach.

– No tak. Twoja choroba, ten kryzys psychiczny, potem umowa z Sajkowskim… – mamrotała zmęczonym głosem Iza. – Miałam jeszcze zawracać ci głowę swoimi problemami? Zwłaszcza że to nie było pilne, bo uporałam się z tym sama i tu już nic się nie zmieni. Sam widzisz, jak jest – dodała smutno, odwzajemniając mu słabiutko uścisk dłoni, którą wciąż trzymał w swojej. – Nawet dzisiaj mieliśmy pogadać w trybie terapii, prosiłeś mnie o to, a tu znowu nic z tego nie będzie, bo rozwaliło mnie to nieszczęsne zatrucie. I wszystkie obowiązki jak zwykle spadają na ciebie… Majk, proszę – dodała z niepokojem. – Mam straszne wyrzuty sumienia, bo ty naprawdę powinieneś już wracać do Pabla i reszty, a nie gadać tu ze mną o Miśku. Obiecuję, że przy najbliższej okazji wszystko ci opowiem, ale na ten moment musimy działać według priorytetów.

Majk przyglądał jej się na wpół przytomnym wzrokiem, jakby to, co mówiła, nie docierało jeszcze w pełni do jego świadomości, jednak na ostatnie słowa przecknął się z letargu.

– Zgadza się – pokiwał głową. – Ale rzecz w tym, że to jest właśnie priorytet.

Spojrzała na niego zdziwiona.

– To znaczy? Nie rozumiem… Jak to? Misiek?

– Mhm. Właśnie o nim chciałem dzisiaj z tobą pogadać. Poprosiłem cię rano o rozmowę, bo to było dość pilne, tak mi się przynajmniej wydawało… chociaż, nie powiem, dziwiło mnie, że jeszcze o niczym nie wiesz.

– Ale o czym? – zaniepokoiła się.

– O tym, że wczoraj Misiek był u nas w firmie i szukał cię – wyjaśnił jej spokojnym tonem. – Tyle że miał pecha, bo zamiast na ciebie, trafił na mnie.

– Jak to szukał mnie? – oburzyła się natychmiast Iza, podrywając głowę na poduszce. – Przecież zabroniłam mu przychodzić do mnie do pracy i w ogóle zbliżać się do mnie na krok!

– Hmm, no widzisz… a ja tego nie wiedziałem – uśmiechnął się lekko Majk. – A szkoda, bo mniej bym się przejmował tym, że dałem się sprowokować i na zakończenie naszej dyplomatycznej rozmowy przywaliłem mu po mordzie.

– Co takiego?! – wykrzyknęła, podrywając się na łóżku do pozycji siedzącej.

– Co prawda najpierw on przywalił mnie – sprostował rzeczowo – a ja mu tylko oddałem, ale bałem się, że nie uznasz tego za okoliczność łagodzącą i będziesz na mnie wściekła.

Iza patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, czując, że świat wiruje wokół niej jak na nabierającej prędkości karuzeli.

– Chcesz powiedzieć, że ta wczorajsza interwencja… – wyszeptała ze zgrozą. – Że twoja rana na ustach…

– Mhm. Zaskoczył mnie i nie zdążyłem się uchylić. Ale za to sam też przyfasoliłem mu tak, że prawie nakrył się nogami, więc można uznać, że jesteśmy kwita. Bałem się tylko jak diabli, co ty na to powiesz. Właściwie to liczyłem się z tym, że dzisiaj w ogóle nie przyjdziesz do pracy, albo że przyjdziesz tylko po to, żeby rzucić mi na stół wypowiedzenie.

Skołowana Iza przymknęła oczy i bezwładnie opadła z powrotem na poduszkę.

– Boże… – szepnęła wstrząśnięta. – Co za gnojek… jak on śmiał…

– Ale nie przejmuj się już tym, Izula – zaniepokoił się Majk, widząc jej skrajnie pobladłą twarz i przeźroczyste usta, z których w jednej chwili odpłynęła cała krew. – Przepraszam, kretyn ze mnie, nie powinienem tak cię męczyć i denerwować, jeszcze znowu mi zemdlejesz. Masz rację, dajmy już spokój, pogadamy o tym innym razem, teraz najważniejsze jest twoje zdrowie. Elfiku? – dodał łagodnie. – No już… nie denerwuj się, proszę, to nic takiego. I nie gniewaj się na mnie.

Pochylił się nad nią i troskliwym gestem pogładził ją po policzku, z trudem powstrzymując się, by nie schylić się jeszcze bardziej i nie ucałować jej w czoło. Po bratersku, oczywiście po bratersku… zwłaszcza że w tych nowych, oszałamiająco niespodziewanych okolicznościach bycie dla niej starszym bratem to wcale nie była taka zła rola. Czy to nie szalone, że coś, co dotąd było pułapką i sznurem krępującym ręce, w jednej chwili mogło stać się nową szansą i punktem wyjścia dla odrodzonych jak feniks z popiołów najpiękniejszych nadziei? Ech, życie i jego cudowna nieprzewidywalność! I jak tu go za to nie uwielbiać?

– Nie gniewam się – wyszeptała Iza, z wysiłkiem kręcąc głową na poduszce. – No co ty, Michasiu? Na ciebie? To ja cię przepraszam… za niego… Jak on w ogóle śmiał podnieść na ciebie rękę? Jakim prawem?…

– Nieważne – odparł cicho, nie przestając gładzić jej po twarzy i zmierzwionych włosach nad czołem i przy skroni. – Nie myśl już o tym i nie denerwuj się, bo nie zaśniesz, a przecież musisz, bo ledwo żyjesz. Cholera, jednak przegiąłem… Nie powinienem tak cię katować, zachowuję się jak ostatni egoista.

– Nie – szepnęła, przymykając powieki i po omacku wyszukując na kołdrze jego drugą dłoń, którą ścisnęła kurczowo w swojej. – Bardzo dobrze, że mi o tym powiedziałeś. Tylko tak strasznie mi wstyd… nie mogę uwierzyć, że on miał czelność skoczyć do ciebie z pięściami. I to za co? Przecież nic mu nie zrobiłeś. Fakt, że od dawna cię nie lubi, wściekał się na mnie, że u ciebie pracuję, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że będzie śmiał posunąć się tak daleko…

– Nie dręcz się już tym, Izulka – przerwał jej łagodnie Majk. – Przecież nic się nie stało. Teraz, jak już wiem, na czym stoimy, wszystko jest okej. Wszystko, w całym sensie tego słowa. Po prostu od wczoraj strasznie się bałem, że po tym mordobiciu już nie będziesz chciała mnie znać i w duchu solidarności z Miśkiem każesz mi spadać. Że przez to odejdziesz z pracy… że stracę twoje zaufanie, twoją przyjaźń, moją elfikową energię na ciężkie dni… A z tym tak cholernie trudno byłoby mi się pogodzić…

– Przestań – pokręciła głową, mocniej ściskając jego dłoń. – Nawet tak nie mów. Dla mnie nie ma nic cenniejszego niż twoja przyjaźń, jesteś dla mnie tak samo ważny jak moja najbliższa rodzina. Jak w ogóle mogłeś tak pomyśleć?

Majk uśmiechnął się leciutko, wpatrując się w jej przeźroczystą twarzyczkę z zamkniętymi, podkrążonymi ze zmęczenia oczami, które dodatkowo przyciemniały rozmazane, niedomyte resztki makijażu. Gdyby był utalentowanym malarzem, dodałby do tego obrazu jeszcze tylko odrobinę księżycowej poświaty i właśnie tak oddałby swą natchnioną wizję wcielonego kobiecego piękna. Ha! Ależ to byłby obraz! Arcydzieło! Żadna Mona Lisa nie miałaby z nim szans!

– Po prostu miałem niekompletne i nieaktualne dane – odparł oględnie. – Oczywiście sam sobie to zrobiłem, bo już dawno powinienem cię o to zapytać, zwłaszcza o to spotkanie w hotelu, gdzie widział was Pablo. Ale cóż, jak ktoś jest nieuleczalnym frajerem, to nic nie da się z tym zrobić. Byłem pewien, że go kochasz – dodał ciszej. – A kiedy się kogoś kocha, zwłaszcza tak jak ty to umiesz, to bezwzględnie staje się po jego stronie.

– Nie kocham go – wyszeptała Iza.

W salonie zapadła cisza. Majk milczał, nie odrywając wzroku od jej bezkrwistych, kredowobiałych ust. Czy słowa, które właśnie z nich padły, nie zabrzmiały jak najpiękniejsza niebiańska muzyka? Jakby wyśpiewały je chóry anielskie… albo jakby wyszumiały je konary dębu i łodygi dzikich traw na końcu świata, gdzie księżycowe dusze mają metafizyczną moc łączenia się w jedno. Stalowoszare oczy mężczyzny jaśniały teraz światłem, jakie nie gościło w nich od dawna, a które przypominało brzask rozpogodzonego nieba po ciężkiej, burzliwej nocy.

Deszcz chlupotał za oknem, za gęstą firanką w świetle latarni majaczyły czarne ramiona prawie całkowicie ogołoconego z liści jesionu. W głowie Izy coraz leniwiej plątały się myśli, których nie miała już sił rozwijać i analizować. Michał… jak on śmiał? Drań jeden. Taki sam drań jak jego ojciec, jednak to święta prawda, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Nigdy mu tego nie wybaczy… nigdy… Po co w ogóle przyłaził do Anabelli, przecież jasno mu tego zabroniła! Znowu czegoś od niej chciał? Pewnie przyszedł wkurzony, jak to on, a nie znalazłszy jej, zaatakował Bogu ducha winnego Majka. Co za bezczelność… Kiedy ten niezrównoważony typ w końcu się od niej odczepi i przestanie ją prześladować? Miała tego już tak strasznie dość!

A Majk? Kochany promyczek… Nie dość, że z jej winy został wplątany w bezsensowną bójkę, to jeszcze bał się, że ona się za to na niego pogniewa?… że weźmie stronę Miśka i odbierze mu swoją przyjaźń?… Ech, jak on niczego nie rozumiał! Ale może to i dobrze?… Co prawda już dużo wcześniej powinna była opowiedzieć mu o zakończeniu sprawy Michała, wyczyścić to niedomówienie, z Lodzią zresztą też… Ale cóż, wtedy jeszcze nie była na to gotowa, to wszystko było zbyt świeże. Nawet wolała, żeby Majk na razie o niczym nie wiedział, to dało jej niezbędny czas na postawienie się do pionu i skuteczne zakopanie na dnie serca najsłodszej tajemnicy. Dzięki temu ich cudowna przyjaźń będzie mogła pozostać nienaruszona… będzie trwać… na zawsze…

Ciepło jego dłoni, w której wciąż trzymał jej dłoń, kołysało jej zmysły wraz z monotonnym, usypiającym szumem deszczu. Był tu…. czuła go… i była taka szczęśliwa! Co prawda było to szczęście wciąż podszyte wyrzutami sumienia, bo przecież powinien już wracać do gości i czynić honory gospodarza imprezy, która jeszcze się nie skończyła. Wracać do Pabla, Lodzi, Justyny, Dominiki, Kajtka, Wojtka, Maćka… do tych wszystkich przyjaciół, którzy czekali na niego w Anabelli i może wręcz się niepokoili, bo pewnie nawet nie zdążył ich uprzedzić, że wychodzi. Dlaczego wciąż tu z nią siedział? Tyle razy go prosiła, żeby nie tracił czasu, a on tak konsekwentnie to ignorował, uparciuch jeden. Powinna mu przypomnieć… nalegać… Jednak Iza nie była już w stanie ani nalegać, ani nawet poruszyć się, ogarnięta słodkim przedsennym błogostanem.

Szum deszczu powoli cichł… odpływał w dal… Teraz nie myślała już o niczym. Bezpieczna i szczęśliwa pozwalała się prowadzić tej ciepłej, kochanej dłoni, wiedziona w kosmiczną przestrzeń po cienkim promyku księżycowego blasku… z ufnością zanurzyła się w mleczną senną mgłę…

Kiedy dłoń dziewczyny, dotąd słabiutko ściskająca jego rękę, rozluźniła się bezwładnie, a szumowi deszczu zawtórował jej równy, spokojny oddech świadczący o tym, że głęboko zasnęła, Majk uśmiechnął się ze wzruszeniem, po czym, powoli cofnąwszy dłoń, cichutko podniósł się z krzesła. Co prawda mógłby tu siedzieć i do rana, słuchając jej oddechu i ciesząc oczy widokiem jej uśpionej buzi, ale cóż… Ona miała rację, niestety. Musiał jak najprędzej wracać do gości, porozmawiać z nimi jeszcze trochę, wypić lampkę wina, pożartować, potem ich pożegnać, a na koniec dopilnować zamknięcia francuskiej imprezy i zwolnić zmęczony zespół do domu. To były standardowe obowiązki szefa firmy, które musiał wypełnić – i zresztą wypełni je z radością.

Z radością i nadzieją na nowe dni, tygodnie i lata… na kolejne Dni Francuskie, polskie i niebiańskie… na metafizyczne podróże na księżyc latającym dywanem utkanym ze słów i uśmiechów… a może kiedyś nie tylko na księżyc, ale i do Paryża? Hmm… jednak będzie musiał nauczyć się tego cholernego języka żabojadów. Bez dwóch zdań.

Uśmiechnął się znów do swoich myśli i nachyliwszy się nad łóżkiem, troskliwie poprawił kołdrę pod brodą śpiącej Izy, po czym z najwyższą ostrożnością, odgarniając sobie z czoła i przytrzymując ręką włosy, by nie załaskotały jej i nie wybudziły ze snu, pochylił się jeszcze bardziej i musnął ustami jej czoło – zupełnie tak samo jak kiedyś, już ponad rok temu, gdy po raz pierwszy gościł ją u siebie w domu na noc po epizodzie z brandy. Spała wówczas w jego łóżku tak samo mocno i słodko, ubrana w zieloną babciną koszulinkę z falbankami, z twarzą skąpaną w księżycowym blasku, jak dobry duszek zesłany z niebios, by uratować jego rozwalone życie i nadać mu nowy sens.

– Śpij dobrze i zdrowiej, elfiku – szepnął, delikatnym gestem odgarniając jej z policzka kosmyk włosów. – Jutro do ciebie wrócę.

Następnie, zgasiwszy lampkę, wycofał się do przedpokoju, gdzie założył kurtkę, i wyciągnął z kieszeni spodni zapasowe klucze do mieszkania Izy. Cichutki chrobot klucza w zamku był ostatnim dźwiękiem, jaki zakłócił w nim nocną ciszę, teraz pozostał już tylko szum deszczu i szmer jej oddechu, równego i spokojnego jak u niemowlęcia.

Na dworze lało jak z cebra, a noc była chłodna, niemal tak chłodna jak tamta sprzed dwóch lat, kiedy stary frajer Szczepek przechojraczył i wpakował nogę do kanału. I kiedy z takiego właśnie jak dziś chmurnego, deszczowego nieba sfruwały nocne elfy… Kto miał szczęście, mógł na jakiegoś trafić, choć to się rzadko zdarza – zazwyczaj tylko jeden raz na całe życie.

Idący samotnie ulicą mężczyzna, bez parasola i z gołą głową, na której już po minucie nie został ani jeden suchy włos, nagle przyśpieszył kroku i rozpędził się, by doskoczyć do zwisającej nad chodnikiem gałęzi klonu, na której chybotał się ostatni mokry, żółtobrązowy liść. Zerwawszy go, szerokim gestem rzucił go na wiatr i zaśmiał się jak dziecko, po czym, nie zważając na rozbryzgujące mu się pod nogami głębokie kałuże, biegiem ruszył w stronę ścisłego centrum miasta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *