Anabella – Rozdział CCXXV
– Twoje zdjęcia wielkoformatowe są już gotowe do odbioru – oznajmił Robert przy uroczystym obiedzie, jaki Amelia wydała na powitanie siostry. – Jak chcesz, możemy któregoś dnia podjechać po nie do Radzynia, nawet jutro. Fotograf jest czynny chyba od dziesiątej.
– Dzięki, Robciu – odparła Iza, pałaszując pysznego kotleta z ziemniakami i surówką. – Jeśli masz tam jeszcze coś innego do załatwienia, to chętnie, ale gdybyś miał jechać ze mną tylko po to, to nie ma sensu, mogę przecież podjechać sama. Może zresztą przy okazji spotkałabym się z Beti i Emi? – zastanowiła się. – Emi pisała wczoraj smsa, zapraszają na kawę z ciachem, więc nawet fajnie byłoby to połączyć.
– Okej, ale jeśli to ma być dłuższy wypad, to musimy się dogadać co do pasma czasowego – zauważył Robert. – Bo ja też mogę jutro w ciągu dnia potrzebować samochodu.
– Oczywiście, to zresztą wcale nie musi być jutro. Ewentualnie podjechalibyśmy razem do fotografa, odebralibyśmy zdjęcia… oczywiście ja za nie płacę! – zastrzegła. – A potem zabrałbyś je do domu, a ja zostałabym w Radzyniu i spotkała się z dziewczynami. I wróciłabym sobie busem.
– Albo dasz mi znać i podjadę po ciebie, jak skończysz spotkanie – zaproponował Robert. – Może akurat uda się zsynchronizować?
– Aaaaa! – zagaworzyła siedząca na kolanach Amelii mała Klara, wyciągając z ciekawością rączkę w stronę Izy. – Daaaaa!
– Tak, ciocia Iza – potwierdziła jej wesoło matka. – Ale teraz je obiadek, nie można jej dokuczać.
– Zaraz się pobawimy, Klarciu – zapewniła małą Iza, ze smakiem kończąc sałatkę. – Mam dla ciebie w walizce coś fajnego, wiesz? Przez tych kilka tygodni znowu zapomniałaś ciotkę, więc ciotka musi od nowa wkupić się w twoje łaski.
– Ale przynajmniej już się ciebie nie boi – zauważyła Amelia. – To jest wielki progres, bo ostatnim razem przez pierwszy wieczór nawet nie dała ci się dotknąć. A dzisiaj zobacz, jak się tobą interesuje.
Rzeczywiście, kończąca siedem miesięcy dziewczynka nie tylko urosła i nabrała umiejętności fizycznych, umiała już bowiem sama siadać, ale również rozwinęła się komunikatywnie – składała coraz więcej sylab, którymi próbowała nazywać otaczający świat, a do obcych odnosiła się bardziej z zaciekawieniem niż z nieufnością.
– No to zamawiamy zaraz sesję zabawy integracyjnej w moim pokoju – oznajmiła Iza. – Będziemy się bawić, dopóki jedna z nas nie padnie!
– I nawet z góry wiadomo, która to będzie – zauważyła z rozbawieniem Amelia. – Klara równo o szesnastej ucina sobie drzemkę, więc coś mi się wydaje, że długo ta zabawa nie potrwa.
– Ale jednak całą godzinkę powinnyśmy mieć dla siebie i chciałabym ją dobrze wykorzystać, bo wieczór mam zajęty. O osiemnastej idę do Agi.
– A właśnie, Agnieszka! – przyznała Amelia. – Dopytywała mnie, kiedy będziesz w Korytkowie, mówiła, że koniecznie musi się z tobą zobaczyć, najlepiej jeszcze dziś. Jakaś strasznie zakręcona była, w ogóle od paru dni mam wrażenie, że chodzi jak w transie… Ale widzę, że dopięła swego – uśmiechnęła się z rozbawieniem – i już zdążyła cię złowić?
– Aha, smsowałyśmy, kiedy byłam w pociągu. Obiecałam, że wieczorem do niej zajrzę.
– To może pójdziemy tam wszyscy z pół godziny wcześniej i pokażę ci, jak teraz wygląda nasza knajpa? – zaproponował Robert. – Jeszcze nie ma mebli, musimy je dopiero zamówić, ale ściany, podłogi, okna, drzwi, instalacje… to już jest gotowe, na dole wszystko, a na górze prawie.
– Nie, Robciu, daj jej dzisiaj spokój – zaprotestowała natychmiast Amelia. – Niech odpocznie sobie po podróży i spotka się z Agą, a nasze inwestycje obejrzy już na spokojnie jutro. Zresztą przy świetle dziennym wszystko będzie lepiej widać.
– Też prawda – zgodził się bez oporu Robert.
– Tak, obejrzę wszystko jutro – przyznała Iza, na słowo „inwestycje” mimo woli wyświetlając sobie przed oczami twarz Krawczyka. – Nie tylko będzie światło dzienne, ale też, mam nadzieję, więcej czasu. Dużo macie jutro obowiązków?
– Tyle co zwykle – odparł szwagier. – Na pewno nie na tyle dużo, żeby nie wykroić godzinki dla siostry. A co do Radzynia, to po zastanowieniu przyznaję, że lepiej by mi pasował wtorek, ewentualnie środa, bo jutro stanęlibyśmy z Piotrkiem i z Konradem, żeby dokończyć ściany na górze.
– Dobrze, tak zróbmy – zgodziła się natychmiast Iza. – Tym lepiej, będę miała więcej czasu, żeby umówić się z Beti i Emi. A jak tam w sklepie, Melu? – zagadnęła od niechcenia. – Wszystko po staremu?
– Tak, nic nowego – machnęła ręką Amelia. – Jakbym miała ująć to jednym słowem, powiedziałabym, że stabilnie. Interes się kręci, dziewczyny działają, nawet Werka odrobinę się uspokoiła, wiesz? Nie płacze mi już po kątach, ogólnie zrobiła się weselsza i bardziej energiczna, więc mam nadzieję, że to były u niej tylko jakieś przejściowe kłopoty. Osobiste, rodzinne…. Nie wiem, nie będę dopytywać, zwłaszcza że z niej i tak nic się nie da wyciągnąć. Najważniejsze, że jest już lepiej.
– To dobrze. A Zosia? – zapytała czujnie.
– Zosia w porządku, ostatnio przez parę dni chodziła lekko rozkojarzona, ale ogólnie nie mam do niej zastrzeżeń, w tej chwili obok Agnieszki to jest moja najlepsza sprzedawczyni. I nawet znalazła sobie nowe hobby, wiesz?
– O! – ucieszyła się Iza. – Jakie?
– Szycie i robótki ręczne – wyjaśniła z rozbawieniem Amelia. – Zaczęło się od tego, że uszyła sobie i wykończyła włóczką rękodzielniczą torebkę, która tak się wszystkim spodobała, że sypnęły jej się zamówienia. Na podobne, ale oczywiście spersonalizowane. Marzenka Jóźwik, Agnieszka, nawet Małgosia Zielińska… Ja też sobie zamówiłam! – zaznaczyła wesoło. – Musiałabyś to zobaczyć, po prostu cudo, kto by nie chciał takiej mieć! Może i ty z nią pogadasz? – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Co prawda nie wiem, kiedy Zośka wyrobi się z zamówieniami, kolejka jest długa, ale ona jest z tego tym bardziej dumna i zapewnia nas, że jak tylko wraca z pracy, siada do robótek i działa.
– O proszę! – zaśmiała się Iza. – Czyli ujawniły się w niej ukryte talenty! Nie wiedziałam, że Zosia umie szyć.
„To dobre wieści, zwłaszcza w kontekście Zbyszka i jego głupiej akcji” – pomyślała z satysfakcją. – „Kolejny mocny sygnał, że już się wyleczyła, a nawet jeśli coś zostało na dnie serca, to praca plus hobby są dla niej najlepszą receptą na wyleczenie się do końca!”
– Umie, chociaż wszystko robi ręcznie, igłą i nitką – zaznaczyła Amelia. – A ponieważ te torebki szyje z dżinsu i sztruksu, czyli z dosyć twardych materiałów, to wiadomo, że to idzie powoli. Dlatego zbiera teraz kasę na profesjonalną maszynę do szycia, mówi, że to, co zapłacimy jej za pierwsze torebki, pójdzie właśnie na ten cel.
– Słusznie. Kapitał będzie dalej na siebie pracował – przyznała Iza, nie mogąc się powstrzymać przed powtórzeniem doskonale pasujących do kontekstu słów Krawczyka. – To się nazywa reinwestycja.
– Tak jest! – podchwycił natychmiast Robert. – Ty patrz, Mel, jakie te twoje dziewczyny mają zdolności do biznesu. Jeszcze trochę i będą ci robić konkurencję!
– E, nie ta branża – odparła rozbawiona Amelia. – Wręcz możemy podpisać z Zosią umowę o współpracę, ona będzie produkować rękodzieło, a ja będę zapewniać jej obrót handlowy.
– Hmm… sprawa wygląda chyba coraz groźniej – stwierdził wesoło Robert – skoro ostatnio nawet ja zostałem włączony w ten interes. Co prawda tylko w skromnej roli dostawcy, ale to zawsze coś. Kiedy jechałem z Piotrkiem po towar do Radzynia, musieliśmy przywieźć przy tej okazji tkaniny i nitki dla Zosi – wyjaśnił Izie, ruchem głowy wskazując na Amelię. – Dostałem na to specjalne zlecenie od żony, więc nie było opcji, żeby nie wykonać rozkazu, szkoda tylko, że nie wiedziałem, że ta dostawa ma drugie, biznesowe dno!
Roześmiali się wszyscy troje.
– W każdym razie, jak na moje oko, z Zosią już wszystko okej – podsumowała Amelia. – Natomiast nie wiem, czy ty też to zauważyłeś, Robciu, ale, moim zdaniem, znowu coś dziwnego dzieje się z Piotrkiem.
– Tak? – zdziwił się Robert, podnosząc w górę brwi. – To znaczy?
– No, jakby znowu coś go gryzło. Nie zwróciłeś uwagi?
– Czy ja wiem? – zastanowił się. – Fakt, chodzi trochę nastroszony, ale chyba nie bardziej niż wcześniej. Szczerze mówiąc, ja się już przyzwyczaiłem, przecież on od grudnia tak się zachowuje, Mel. Może ma jakieś kłopoty osobiste? Nie wiem, nie zwierzał mi się, ale dopóki pracuje normalnie, nie ma się o co czepiać.
– Przecież nie czepiam się – odparła Amelia, poprawiając Klarze skarpetkę na tłuściutkiej nóżce. – Pokaż, Klarciu, naciągniemy to, bo zaraz ci spadnie… Sygnalizuję tylko, że jest jakiś dziwny, widziałam go wczoraj po pracy, jak włóczył się po polu, tam pod lasem – ruchem głowy wskazała na okno. – Krążył w tę i z powrotem między lasem a swoim samochodem, jakby czegoś szukał, a już przecież ciemno się robiło. Jak dla mnie, to wyglądało dość niepokojąco.
– Między lasem a samochodem? – uśmiechnął się lekko Robert. – No to chyba się domyślam, o co chodzi… Domyślam się, ale nie powiem! – zastrzegł natychmiast z rozbawieniem, widząc zaintrygowanie w oczach żony. – Wybacz, kochanie, ale to jest cały czas ta sama sprawa, w której póki co obiecałem Piotrkowi dyskrecję. Mogę tylko zapewnić cię, że to nic złego.
– Ach, no tak, te wasze męskie tajemnice… – wydęła z niezadowoleniem wargi Amelia, na co Robert tylko parsknął śmiechem. – No, ale dobrze, jest umowa, że chłopaków monitorujesz ty, więc ja nie będę się wtrącać. Tak czy siak, jak sama widzisz – zwróciła się do siostry – nie dzieje się u nas nic szczególnego, wręcz powiedziałabym, że ostatnio w Korytkowie jest nudno jak nigdy.
– Uważaj, żebyś czegoś nie wykrakała! – zaśmiał się Robert, podnosząc się z krzesła, podchodząc do niej i wyciągając ręce do Klary. – No, chodź teraz do taty, mała łobuziaro, niech mamusia trochę sobie odpocznie. Dobrze wiesz, Mel, że kiedy w Korytkowie jest nudno, to nigdy nie wiadomo, czy to faktyczny spokój, czy tylko cisza przed burzą.
– Prawda – zgodziła się Amelia, chętnie oddając mu dziecko. – Ale ja przecież wcale nie narzekam, stwierdzam tylko fakt. Iza, chcesz jeszcze trochę kompotu? Nie? To może kawę albo herbatę? Bo nie myśl, że to już koniec! – zastrzegła wesoło. – Mam dla ciebie na deser pyszny sernik z malinami, twój ulubiony, nie ma opcji, żebyś nie skosztowała chociaż kawałeczka!
***
Iza od godziny bawiła się w swoim pokoju z trącą już coraz bardziej oczka małą Klarą, kiedy zadzwonił odłożony na biurko telefon i na wyświetlaczu pojawiło się imię Kacpra. Zaniepokojona, czy nie przybywa do niej z jakimiś złymi wieściami, bez wahania chwyciła aparat i poprawiwszy sobie dziecko na kolanach, odebrała połączenie.
– Co tam, Kacperku? – zapytała w napięciu.
– Cześć, Iza – po samym tonie jego głosu od razu zorientowała się, że chyba nie jest źle. – Możesz pogadać ze mną dwie minuty?
– Jasne, co się stało? Mam nadzieję, że nic złego?
– Chyba nie – odparł niepewnie. – Może nawet dobrego, tylko na razie nie chcę zapeszać, ale komuś muszę to powiedzieć, bo pęknę. Najlepiej właśnie tobie.
– No to mów. Co się dzieje?
– Kasia odpowiedziała mi na smsy – oznajmił drżącym głosem. – Znaczy, wysłała przed chwilą tylko jednego w odpowiedzi na te wszystkie moje, ale przynajmniej odezwała się… pierwszy raz od trzech dni.
– Aha, i co napisała?
– Zgodziła się ze mną spotkać i pogadać. Napisała, że w środę po pracy.
– Uff, no to Bogu dzięki! – odetchnęła z ulgą Iza. – To jest bardzo dobry znak, Kacperku. Pisała coś więcej?
– Nie, tylko tyle. Że w środę o siedemnastej w tej knajpie na Czubach, niedaleko jej osiedla, co się tam często spotykaliśmy, zwłaszcza na początku.
– Aha, no to super. Musisz tam koniecznie być, a wcześniej dobrze przygotować się do tej rozmowy, przemyśleć, co chcesz jej powiedzieć, żeby nie pominąć nic ważnego – poinstruowała go z powagą. – To dla ciebie wielka szansa, ale być może jedyna, dlatego musisz zrobić wszystko, żeby jej nie zmarnować.
– No właśnie wiem – westchnął. – I strasznie się boję, żeby znowu czegoś nie spieprzyć. Tak już za nią tęsknię, chciałbym ją zobaczyć… chociaż tyle, zobaczyć, bo przytulić to pewnie nawet mi się nie da… a z drugiej strony boję się tego spotkania jak diabli. Bo co, jak ona chce się spotkać tylko po to, żeby ze mną raz a dobrze skończyć? Powiedzieć mi, żebym się wreszcie odpieprzył i więcej nie wysyłał jej żadnych smsów? Ja się właśnie tego najbardziej boję, Iza.
– Spokojnie, Kacper, nie myśl tak – odparła łagodnie Iza. – Nie snuj na zapas czarnych scenariuszy, zwłaszcza że na ten moment nie masz do tego podstaw. Przeciwnie, powinieneś myśleć pozytywnie, bo to, że ona chce się z tobą spotkać w knajpie, a gdzie gdzieś przelotem na ulicy, znaczy, że planuje dłuższą rozmowę. A to z kolei znak, że chce uczciwie wyjaśnić z tobą sytuację, wysłuchać twojej wersji i dopiero wtedy podjąć decyzję, co dalej.
– Tak myślisz? – szepnął z nadzieją w głosie Kacper.
– Aha. Oczywiście nie dam ci na to żadnej gwarancji, bo tylko Kasia wie, czego oczekuje po tym spotkaniu, ale sam fakt, że chce z tobą rozmawiać i daje ci na to dłuższe pasmo czasowe, wskazuje, że zależy jej na wyjaśnieniu sytuacji. I chyba nie muszę podkreślać, że to dla ciebie wielka szansa, okazja do przedstawienia jej tej sytuacji z twojego punktu widzenia, a zwłaszcza do wytłumaczenia, z jakiego powodu tak długo zwlekałeś z powiedzeniem jej prawdy o swojej przeszłości. Bo to jest, moim zdaniem, kluczowe, Kacper. Przekonać ją, że nie miałeś zamiaru kryć przed nią tej prawdy w nieskończoność, tylko po prostu zwlekałeś z obawy, że źle ją przyjmie. Że najpierw chciałeś udowodnić jej czynem, że ją kochasz i traktujesz poważnie, a potem dopiero się do wszystkiego przyznać.
– No właśnie! – podchwycił. – Tak przecież było!
– Tak, tyle że to była zła strategia, bo powinieneś przyznać jej się od razu – podkreśliła Iza. – No, ale trudno, stało się, jak się stało, czasu nie cofniemy, teraz musisz po prostu przekonać Kasię, że nie działałeś w złym zamiarze. A to, uprzedzam, wcale nie będzie łatwe, bo…
– Daaa! – przerwała jej śpiewnym tonem Klara, która dotąd słuchała z zafascynowaniem jej głosu, a teraz zainteresowała się świecącym jej przy uchu telefonem. – Aaa!
Iza poprawiła ją sobie na kolanach i podała jej jedną z zabawek, jakie przywiozła jej w prezencie z Lublina – miękką laleczkę o długich, fioletowych włosach i oczach, które po naciśnięciu guzika świeciły przez kilka minut na niebiesko. Dziewczynka natychmiast zaciekawiła się i z radosnym gulgotaniem chwyciła zabawkę w obie rączki.
– Ej, tam ktoś z tobą jest? – zdziwił się Kacper. – Słyszę jakieś dziwne głosy.
– Dobrze słyszysz – uśmiechnęła się. – To moja siedmiomiesięczna siostrzenica, właśnie razem się bawimy. Ale nie bój się, nie przeszkadzasz mi – zastrzegła. – Bardzo się cieszę, że dzwonisz, gdzie w ogóle teraz jesteś?
– W pracy – odparł. – I właśnie zaraz muszę kończyć, jestem potrzebny na sali, obiecałem Lidii. Ona znowu musiała pojechać do matki do szpitala, wiesz? Podobno kobita jest na wykończeniu, stan krytyczny, może kojfnąć w każdej chwili.
– A niech to – mruknęła Iza.
– No. Cholernie mi jej szkoda, że ma tak przewalone, dlatego staram się pomagać jej, ile wlezie. Jaśka też pilnuję, żeby się nie lenił. W sumie miałaś rację, jak mówiłaś, że robota dobrze robi na psychę, jak pozapieprzam na fula w domu przy remoncie, a potem też tutaj, to jakoś leci… no i Lidii trzeba pomóc, bez dwóch zdań. Mogę nawet codziennie zostać po godzinach, byle w środę dała mi to wolne na spotkanie z Kasią… Iza?
– No?
– Pogadalibyśmy jeszcze o tym jutro albo we wtorek? Bo ja teraz serio muszę kończyć i lecieć na kwadrat, tobie też nie będę przeszkadzał, jak bawisz się z siostrzenicą. Siedem miesięcy, mówisz? – w jego głosie zabrzmiała ciepła, żywsza nuta. – Fajny musi być taki bobas, sam bym chętnie się pobawił… Chodzi o to, żebyś mi doradziła, nie? – dodał, poważniejąc. – Żebyś mi powiedziała dokładnie, jak się przygotować na to spotkanie, co mówić Kasi, czego nie mówić… Tak cholernie się boję, że znowu coś schrzanię! Już raz spieprzyłem po całości, a ty to przecież wcześniej przewidziałaś, ostrzegałaś mnie… no i stało się dokładnie tak, jak mówiłaś. No to teraz będę się już ciebie słuchał w ciemno.
– Jasne, Kacperku, oczywiście, że możemy jeszcze pogadać. Dzisiaj już nie, bo ani ty nie możesz, ani ja, wieczorem mam jeszcze jedno ważne spotkanie i nie będzie mnie pod telefonem. Ale jutro jak najbardziej możesz zadzwonić… chociaż wiesz co? Mam dla ciebie inną, lepszą propozycję.
– Jaką?
– Taką, żebyś porozmawiał o tym z kimś jeszcze, mianowicie z mężczyzną – wyjaśniła. – I to z takim, który zna się na tego rodzaju sprawach i będzie umiał doradzić ci po męsku.
– Masz na myśli kogoś konkretnego?
– Mhm. Szefa.
– Szefa? – zdumiał się Kacper. – No to ty, Iza! Myślisz, że on by się zgodził gadać ze mną o takich rzeczach?
– Oczywiście – zapewniła go spokojnym tonem. – Nie tylko by się zgodził, ale nawet mi to obiecał, więc możesz do niego walić jak w dym. W każdej chwili, on już wie, o co chodzi.
– Kurde – w głosie Kacpra zabrzmiała pogodniejsza nuta. – Jak tak, to pewnie, chętnie bym z nim pogadał… Dzięki, Iza.
– Powiedz mu tylko, że to pilne, że w środę masz spotkanie z Kasią – zaznaczyła. – Na pewno znajdzie dla ciebie czas, o to się nie bój, a do mnie oczywiście też zawsze możesz zadzwonić. Tyle że ja przedstawię ci ogląd sytuacji tylko z damskiej perspektywy, a z nim będziesz mógł omówić sprawę po męsku. Kto wie, może to ci się bardziej przyda?
– Czy bardziej, to nie wiem, ale przyda się na pewno – zapewnił ją żywo. – Myślałem już o tym, znaczy, żeby pogadać z jakimś facetem, ale nie wiedziałem, z kim. Z Jaśkiem szkoda czasu, tak się na tym zna jak kura na gwiazdach, z Adasia też dupa nie doradca, tylko mnie będzie na wódę ciągnął… Myślałem, że może z Chudym, ewentualnie z Tymem, ale oni są na Zamkowej, a ja na Koncertowej i od paru dni żadnego z nich nie widziałem. No, ale jakby się dało z szefem… to jest, kurde, najwyższa półka! Jakbyś mi tego nie powiedziała, to sam bym do niego nie uderzał.
– Uderzaj śmiało, nawet się nie zastanawiaj.
– Dzięki, Iza. To mnie zajebiście pociesza, bo jak ty i szef mi doradzicie, to może coś z tego będzie, a sam to pewnie znowu bym wszystko spieprzył. I tak się boję, że spieprzę, a to jest dla mnie, kurde, sprawa życia i śmierci… Serio, jak Kasia do mnie nie wróci, to się zabiję – zapewnił ją z powagą. – Skoczę z jedenastego, walnę się pod pociąg albo zdobędę jakąś spluwę i strzelę sobie w łeb, wszystko jedno. Na razie jeszcze nie, bo wierzę, że ją odzyskam, ale jak mi się nie uda, to po co ja mam żyć?
– Przestań, Kacper, nie gadaj bzdur – zdyscyplinowała go surowo Iza. – Moim zdaniem, wszystko jest na dobrej drodze, na pewno łatwo nie będzie, ale światełko w tunelu jest i tego się trzymaj.
– Dobra, postaram się. Dzięki wielkie, że ze mną pogadałaś, ale teraz serio, muszę już spadać, Gosia mnie woła.
– Tak jest, leć, jesteśmy w kontakcie. Pogadaj tylko jak najszybciej z szefem, a do mnie też dzwoń, kiedy tylko chcesz, jakbym nie odbierała, to oddzwonię później. I głowa do góry, bądź dobrej myśli! Jestem pewna, że jeszcze wszystko się ułoży!
„Oby” – pomyślała z nadzieją po zakończeniu połączenia, sadzając ziewającą już Klarę obok siebie na łóżku i podając jej kolejną zabawkę. – „To, że Kasieńka zgodziła się na rozmowę, to naprawdę dobry znak, mam nadzieję, że się pogodzą, a to będzie dowód na to, że w kwestii klątwy rację jednak ma Ola. Bardzo bym chciała, żeby tak było… Swoją drogą, sądząc po głosie, Kacper trzyma się naprawdę nieźle, sms od Kasi wyraźnie dodał mu skrzydeł. Byle tylko ta środowa rozmowa dobrze się skończyła…”
– I co, Klarciu, podoba ci się twój nowy miś? – zagadnęła wesoło do siostrzenicy, która popatrzyła na nią śpiącymi, zaczerwienionymi oczkami, po czym nagle skrzywiła się i rozpłakała, odrzucając zabawkę. – Oho, okej! Widzę, że to już koniec zabawy, księżniczce chce się spać! W takim razie misia zostawimy sobie na później, a teraz idziemy szukać mamusi, hmm? No, chodź, zaniosę cię. Coś mi się wydaje, że tylko mama może nam tu pomóc!
***
Aga, już wychodzę, będę za 5 minut – poinformowała smsem Agnieszkę Iza, nie chcąc jej niepokoić dźwiękiem domofonu. – Otworzysz mi?
Wieczór był pogodny, śnieg nie padał, wiatr nie wiał, a na częściowo odkrytym niebie widać było nawet kilka gwiazd. Księżyc jednak musiał kryć się za zbierającymi się na wschodzie chmurami, bowiem nigdzie nie było go widać, zaś temperatura wyraźnie spadała, co sugerowało, że w nocy lub nad ranem mogą nadejść kolejne opady śniegu. Ów, inny niż w mieście, biały i czysty, zalegał w Korytkowie wszędzie, rozjaśniając ciemności swymi ogromnymi połaciami nawet bez udziału latarni, których zresztą w całej wiosce było tylko kilka – dwie przed kościołem, dwie przy głównym placyku, obok którego znajdował się budynek poczty, jedna przy przystanku autobusowym w stronę Radzynia i jedna pod szkołą. Choć miejsca te były odległe od drogi, przy której leżał rodzinny dom Izy, ich światło było widoczne z daleka i rdzennym mieszkańcom pozwalało bezbłędnie lokalizować te obiekty, a dzięki temu w środku najczarniejszej nocy orientować się w przestrzeni.
Od niedawna doszło zresztą jeszcze jedno stałe źródło światła w tej części Korytkowa – latarnie oświetlające plac przed hotelem Krzemińskich, które paliły się przez całą noc, dziś również. Idąca zaśnieżonym poboczem drogi Iza odruchowo skupiała wzrok właśnie na tamtym jaśniejącym światłami budynku, w którym musieli przebywać jacyś goście, gdyż w kilku oknach na parterze i na pierwszym piętrze paliły się światła, a na przyhotelowym parkingu, jak widziała nawet z tej odległości, stało całkiem sporo samochodów.
Kiedy skręciła już w wąską, całkiem nieźle odśnieżoną dróżkę prowadzącą w stronę „hali”, w jednym z okien na piętrze, należącym do mieszkania Agnieszki, dostrzegła światło, a na jego tle sylwetkę dziewczyny z dzieckiem w ramionach, która machała do niej na znak, że już ją widzi. Iza z uśmiechem odmachała jej i przyśpieszyła kroku, szczerze ucieszona, że zaraz się zobaczą.
„Stęskniłam się już za wami” – pomyślała ciepło. – „Jak by nie było, Korytkowo to nadal mój świat, jedno z moich najważniejszych miejsc na ziemi, a ludzie, którzy do tego miejsca należą, zawsze będą mi bliscy. Ty też, Aga… mimo wszystko, pomimo tego głupiego i bezsensownego epizodu z Miśkiem, przyjaźnimy się od dzieciństwa, już od prawie dwudziestu lat i mam nadzieję, że tak zostanie na zawsze.”
Kiedy była już blisko budynku, za plecami usłyszała hałas silnika nadjeżdżającego samochodu i kątem oka dostrzegła światła omiatające drogę, z której wcześniej zeszła. Odruchowo odwróciła się i zauważyła, że samochód gwałtownie zwolnił, jakby chciał się zatrzymać lub skręcić za nią, jednak po chwili kierowca najwidoczniej się rozmyślił, gdyż gwałtownie dodał gazu i z rykiem silnika, przyśpieszając na wysokich obrotach, odjechał w stronę hotelu Krzemińskich. Tam najwidoczniej się zatrzymał, bowiem światła zgasły, hałas silnika ucichł i wokół znowu zapanowała sielska zimowa cisza. Iza, nie zaprzątając sobie głowy tym drobnym incydentem, jeszcze raz pomachała do Agnieszki, która, jak teraz mogła wyraźnie dostrzec z bliska, wciąż stała w oknie z Pepusiem na rękach, i udała się do drzwi, przy których natychmiast rozbrzmiał brzęczyk otwieranego domofonu.
Na dole budynku było ciemno, jednak schody na pierwsze piętro oświetlone były wbudowanymi lampkami, dzięki czemu bez problemu trafiła pod mieszkanie Agnieszki. Kiedy ta stanęła w progu z synkiem w ramionach, oświetlona ciepłym światłem przedpokojowej lampy, Iza mimo woli pomyślała, że wyglądała prześlicznie – jej promienna twarz, lśniące zdrowym blaskiem blond loki i błyszczące wewnętrznym światłem oczy w niczym nie przypominały zgaszonej, wycieńczonej cierpieniem Agnieszki sprzed roku, wydawało się wręcz, jakby to były dwie zupełnie inne osoby.
– Ach, Izunia, jak się cieszę! – powitała ją wylewnie, wciągając do mieszkania i ściskając serdecznie na powitanie. – Dziękuję, że zgodziłaś się zajrzeć do mnie dzisiaj, domyślam się, że jesteś zmęczona po podróży, ale tak strasznie potrzebuję z tobą porozmawiać! To dla mnie naprawdę bardzo ważne i przede wszystkim mega pilne… Pepuniu, przywitaj się z ciocią Izą, no! Podaj jej rączkę!
Chłopczyk, któremu od ostatniego razu, kiedy Iza go widziała, urosło jeszcze więcej złotych kosmyków na główce, roześmiał się, ukazując osiem śnieżnobiałych ząbków, i chętnie wyciągnął do niej rączkę. Uścisnęła ją z uśmiechem, kłaniając mu się teatralnym gestem.
– Witaj, Pepciu. Ależ ty znowu urosłeś! I jakie piękne masz ząbki!
– Chodźmy do salonu – zaprosiła ją z zapałem Agnieszka, wnosząc tam synka i stawiając go przy wersalce. – Tu sobie stań, kochanie, a ty, Iza, siadaj koło niego i popilnuj mi go przez chwilę, dobrze? Przyniosę tylko herbatę, już jest zaparzona.
– Tak jest! – uśmiechnęła się Iza, zajmując miejsce tuż obok chłopca.
– Tylko uważaj, bo łobuz ucieka! – ostrzegła ją Agnieszka. – Próbuje już chodzić przy meblach, trzeba go pilnować, żeby nie wyrżnął i nie nabił sobie guza.
– Ach, ty gagatku! – zagadnęła wesoło Iza do chłopca, kiedy zostali sami. – To ty taki jesteś? Już próbujesz uciekać swojej mamie?
Pepuś zaśmiał się radośnie, wskazując na nią rączką.
– Cia! – zawołał. – Ciaaa!
– Tak, ciocia – skłoniła mu się uprzejmie. – Ciocia Iza.
– Za – powtórzył ostatnią sylabę chłopczyk, uśmiechając się do niej wszystkimi ośmioma ząbkami. – Za. Za!
Iza odwzajemniła mu uśmiech, mimo woli wspominając Edzia Lewickiego, który bardzo podobnie uczył się jej imienia, nazywając ją „Zaza”. Nie ulegało przy tym wątpliwości, że zaczął mówić dużo wcześniej niż Pepuś, a w jego wieku już składał proste zdania, jednak czy dzieci nie rozwijają się w różnym tempie? Zwłaszcza że Pepuś miał za sobą ciężki wypadek samochodowy, z którego z trudem uszedł z życiem i który wciąż nie pozostawał bez skutków.
Ta ostatnia refleksja zrodziła się w jej głowie na podstawie bezpośredniej obserwacji, kiedy bowiem maluch, zerkając na nią łobuzersko, przesunął się wzdłuż kanapy, jakby rzeczywiście próbował uciekać, dostrzegła, że opierał się głównie na lewej nóżce, prawą ciągnąc za sobą. Była to dość dyskretna anomalia, gdyż prawa noga nie była bezwładna, wręcz z wierzchu wydawała się całkiem sprawna, jednak dla uważnego obserwatora różnica w użyciu obu kończyn była wyraźnie widoczna. Agnieszka, która chwilę potem wróciła do salonu z dzbankiem herbaty i talerzem ciastek, również od razu zwróciła na to uwagę.
– Pepi, prawa noga! – upomniała synka, który natychmiast posłusznie przeniósł ciężar ciała na wskazaną nóżkę. – Prawa, lewa, pamiętasz? Prawa, lewa.
Chłopczyk ewidentnie wyuczonym ruchem stanął równiutko na obu nogach jednocześnie, zerkając na matkę, a kiedy zobaczył, że pokiwała głową z aprobatą, uśmiechnął się szeroko i z radością uderzył rączkami w brzeg kanapy.
– Tak! Tak! – zawołał. – Tak!
– Tak – powtórzyła z uśmiechem Agnieszka. – Bardzo ładnie. Chcesz ciasteczko?
– Taaaak! – ucieszył się chłopiec, wyciągając do góry rączkę. – Daj!
Agnieszka wymieniła rozbawione spojrzenia z Izą, stawiając talerz z ciastkami i herbatę na stole, po czym sięgnęła po odstawione pod ścianę dziecięce krzesełko.
– Dam – zapewniła synka – ale wiesz, że na jedzenie musisz usiąść do krzesełka, prawda?
– Tak! – pokiwał znów posłusznie główką Pepuś, po czym, opuściwszy się do pozycji na czworaka, w tempie błyskawicy poraczkował po podłodze do jej stóp, wspiął się po jej nodze i stanął przy niej do pionu, znowu wyciągając rączkę. – Daj!
Obie dziewczyny roześmiały się na widok jego rozbrajająco uroczej minki.
– Jest bardzo rezolutny i komunikatywny – zauważyła Iza, kiedy chłopiec, usadzony już w krzesełku, zabrał się za pracowite konsumowanie kruchego ciasteczka, ona zaś zdążyła w międzyczasie nalać herbaty do filiżanek. – I coraz więcej mówi.
– Mhm, to prawda – uśmiechnęła się z dumą Agnieszka, wskazując jej kanapę. – Chodź, siądziemy sobie tam, będzie nam wygodniej.
– Czemu nie? Ale zostawimy tu Pepcia samego? Nie będzie stąd słyszał, co mówimy.
– Właśnie o to chodzi – wyjaśniła konspiracyjnie Agnieszka, kiedy usiadły z herbatą i ciastkami w rękach na kanapie. – On już bardzo dużo rozumie, nie chcę, żeby podsłuchiwał.
– Aha, kapuję – pokiwała z rozbawieniem głową Iza, obserwując z daleka zajętego ciasteczkiem chłopca. – Mały spryciarz. Ale czy to znaczy, że będziemy rozmawiać o jakichś tajemnicach?
Agnieszka zerknęła na nią czujnie.
– Żebyś wiedziała – odparła, poważniejąc. – I to zdziwisz się, o jakich… ale o największej to już później, okej? Tak, żeby nic nas nie rozpraszało. Teraz przede wszystkim nie chcę, żeby Pepi słyszał, jak mówimy o nim i o jego nóżce – zaznaczyła. – Bo widziałaś chyba, jak to wygląda, co?
– Widziałam – przyznała Iza, również ściszając głos. – Od razu zwróciłam na to uwagę. Ewidentnie preferuje lewą, na prawej stanął dopiero, kiedy mu kazałaś.
– Dokładnie. I to jest teraz nasz największy problem i zmartwienie – wyjaśniła. – Właśnie teraz, kiedy zaczyna chodzić przy meblach, a niedługo będzie też próbował bez podparcia. Krytyczny moment, kiedy będzie sobie wykształcał nawyki, które potem może być bardzo trudno zmienić. Dlatego zależy nam, żeby od razu wykształcił sobie podświadomie te najbardziej prawidłowe.
– Kapuję – skinęła głową Iza. – I dlatego korygujesz go na bieżąco, tak?
– Mhm. On wie, o co chodzi, widziałaś zresztą, ma to wyuczone. Ale jednak kiedy się go nie pilnuje, spontanicznie opiera się na lewej, a prawą tylko ciągnie. Ona nadal jest słabsza, pomimo tych wszystkich ćwiczeń, a Pepik intuicyjnie to wyczuwa i bezpieczniej czuje się na lewej.
– Może jak zacznie normalnie chodzić, w sensie tak szybko i bez trzymania się mebli, to mu się to wyrówna? – poddała Iza. – Przecież widać, że ta nóżka działa, fakt, jest słabsza, ale sprawna, więc może jak zacznie biegać, to już nie będzie preferował lewej?
– Myślę, że już zawsze będzie – odparła z przekonaniem Agnieszka. – I nawet nie ma w tym nic złego, jak mówi nasz doktor, każdy z nas preferuje którąś rękę i nogę, chociaż nawet tego nie zauważamy. Byle Pepi nauczył się opierać ciężar ciała równomiernie na obu nogach, tak, żeby nie kulał, albo żeby mu się biodro nie skrzywiło. Biodro, kręgosłup… każda taka dysfunkcja może skutkować wadą postawy, a to są tylko kolejne kłopoty. Dlatego pilnujemy go teraz, na ile się da, żeby wykształcał dobre nawyki.
– Jasne. Ale mówisz „nam”, „my”… Oprócz siebie masz na myśli Piotrka?
Agnieszka spojrzała na nią uważnie, a w jej oczach zabłysło dziwne światełko.
– No tak, Piotrka, ale też lekarzy, moich rodziców… wszystkich, którzy się nim zajmują – wyjaśniła w roztargnieniu. – To jest de facto wspólny wysiłek wielu osób.
Iza pokiwała głową, przyglądając się z daleka z sympatią Pepusiowi, który zjadł już swoje ciasteczko, a teraz pracowicie chwytał w paluszki i dojadał okruchy porozrzucane po blacie krzesełka.
– Ależ on urósł od ostatniego razu, kiedy go widziałam! – zauważyła. – I zmienił się, nawet buzia wygląda trochę inaczej, a przecież minęło tylko kilka tygodni. Małe dzieci strasznie szybko się zmieniają, widzę to zwłaszcza po naszej Klarci, ale po Pepusiu też. Już niedługo skończy roczek, dobrze mówię?
– Aha, za dwa tygodnie, dwudziestego trzeciego. Planuję zrobić mu huczne urodziny, z tortem, świeczką i super zabawą, porozwieszamy balony, zaprosimy dziadków, Amelię i Roberta z Klarą, Zośkę, Piotrek oczywiście też będzie… A może i ty byś się załapała, co, Izunia? – spojrzała na nią pytająco. – Do kiedy jesteś w Korytkowie?
– Niestety tylko do siedemnastego – odparła z żalem Iza. – Właściwie to nawet do szesnastego, bo siedemnastego rano już wyjeżdżam.
– Szkoda. Bardzo bym się cieszyła, gdybyś z nami była, ale wiadomo, masz swoje sprawy. Ja zresztą też najpierw muszę jedną rozwiązać – westchnęła, pochmurniejąc. – I to nie tylko przed urodzinami Pepcia, ale nawet jeszcze w tym tygodniu.
– Coś złego? – zaniepokoiła się Iza.
– Nie – pokręciła głową, a przez twarz w ułamku sekundy przebiegła jej cała feeria świateł i cieni. – Złego nie, ale bardzo trudnego i… przede wszystkim szokującego. Może z wierzchu tego po mnie nie widać, ale ja właściwie od dwóch tygodni bez przerwy trwam w stanie głębokiego szoku.
– O! – Iza spojrzała na nią z zaintrygowaniem. – I to jest ta pilna sprawa, o której chciałaś ze mną rozmawiać?
– Dokładnie tak. Potrzebuję twojej rady, bo sama biję się z myślami, miotam się ze skrajności w skrajność i nie wiem, co mam zrobić. Oczywiście nikt decyzji za mnie nie podejmie, ale jednak chciałabym ci to powiedzieć, zanim cokolwiek zrobię. Najchętniej poczekałabym, aż wszystko porządnie ułoży mi się w głowie, a z drugiej strony czas leci i wiem, że nie mogę już dłużej czekać. Dlatego tak nalegałam na to spotkanie właśnie dzisiaj – spojrzała na nią znacząco. – Muszę to z tobą przegadać i zasięgnąć twojej niezależnej opinii, może to mi jakoś ustawi myślenie… Ale to potem, Iza – dodała stanowczo, dyskretnym ruchem głowy wskazując na synka. – Wolałabym nie przy nim, tylko dopiero jak pójdzie spać, okej?
– Okej – zgodziła się z oporem przepełniona już po brzegi ciekawością Iza.
– To zresztą będzie niedługo – zapewniła ją Agnieszka. – O dziewiętnastej puszczam mu krótką bajkę na dobranoc, potem kolacja, kąpiel i przed dwudziestą będzie spał jak zabity, a my sobie wtedy na spokojnie pogadamy. A na razie opowiedz mi co tam u ciebie w Lublinie, jak leci na studiach i w pracy. I o tym wyjeździe do Belgii też. Bo chyba nie śpieszysz się i zostaniesz dzisiaj u mnie parę godzin, co?
– Zostanę, ile trzeba, Aguś – zapewniła ją ciepło. – I wszystko ci opowiem, a potem chętnie pomogę ci w karmieniu i kąpaniu Pepcia. Bajki też jestem ciekawa – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Co mu puścisz?
– Dzisiaj kolej na odcinek Żwirka i Muchomorka. Chcesz obejrzeć z nami?
– Pewnie! – zaśmiała się. – Jak byłam mała, uwielbiałam tę bajkę, chętnie ją sobie odkurzę. Zwłaszcza w towarzystwie takiego sympatycznego dżentelmena – wskazała szerokim gestem na Pepusia, który właśnie skończył wyjadanie nawet najmniejszych okruszków ciastka i kręcił się już niecierpliwie w krzesełku. – A póki co zdaje się mi, że dżentelmen koniecznie chce stamtąd wyjść… Chyba że damy mu jeszcze jedno ciasteczko?
– O nie, nie ma mowy – pokręciła głową Agnieszka, podnosząc się i podchodząc do synka, aby wziąć go na ręce. – Co za dużo, to niezdrowo, potem nie zje kolacji. Dzięki, Iza… No, chodź, szkrabie, pobawimy się trochę razem z ciocią, a potem będzie bajeczka.
Pepcio pisnął z radości, wyciągając do niej obie ręce.
– A właśnie, Pepuniu! – przypomniała sobie Iza. – Ciotka skoczy tylko do przedpokoju po twój prezent! Mam dla ciebie kilka fajnych rzeczy, zaraz zobaczysz, jaka będzie zabawa!
***
– Ach, naprawdę? Będziesz się widzieć z Beti i Emi? – zdziwiła się Agnieszka, kiedy obie z Izą szykowały świeżo wykąpanego Pepusia do snu. – Ale jakoś teraz, na dniach?
– Mhm, może nawet pojutrze – skinęła głową Iza. – Albo w środę. Ustalimy jeszcze smsem, jaki termin będzie nam najlepiej pasował, chcę to skoordynować z jeszcze jedną sprawą, którą mam w Radzyniu. Spotkamy się na kawie, a jeśli będę miała samochód… zresztą nawet jak Robert mi go nie da, to one będą autem, więc może zabiorę się z nimi i podjedziemy zobaczyć tę ich klinikę w Suchej?
– Aha, słyszałam, nowoczesna klinika weterynaryjna. Bardzo dobry pomysł na biznes.
– Tak, to pomysł, które dziewczyny realizują konsekwentnie już od kilku lat, specjalnie się w tym kierunku wykształciły. To będzie bardzo profesjonalna placówka.
– Będzie, czy już jest? – zaciekawiła się Agnieszka. – Bo ja słyszałam, że już ją otworzyły.
– Tak? – ucieszyła się Iza. – A widzisz, tego to nie wiedziałam. Słyszałam, że miały plan wystartować od stycznia, ale nie miałam informacji, czy faktycznie tak się stało. Mela nic mi nie mówiła, z Beti nie gadałam od grudnia ani razu, a z Emi tylko smsowałam w sprawie spotkania. No to super, będzie o czym gadać na tej kawie… A może i ty chciałabyś do nas dołączyć? – spojrzała na nią w natchnieniu. – Hej, Aga, to jest myśl! Że też wcześniej na to nie wpadłam! Dziewczyny na pewno bardzo się ucieszą, jak cię zobaczą, już nieraz o ciebie pytały!
Agnieszka pokręciła sceptycznie głową, nakładając synkowi kaftanik.
– No, nie wiem, Iza… Myślisz, że będę pasowała wam do towarzystwa?
– Pasowała? – Iza spojrzała na nią jak na ufoludka. – A niby dlaczego miałabyś nie pasować? Co to jest w ogóle za pytanie, Aga?
– No, po prostu będę się tam czuła jak uboga krewna. One kręcą w Suchej wielki biznes, ty też jesteś ustawiona, kończysz studia i pracujesz w Lublinie… wszystkie trzy jesteście kobietami sukcesu, macie o czym pogadać. A ja co? Czym mam się pochwalić? Że sprzedaję w sklepie mydło i proszek do prania? Nie to, że mam kompleksy – zaznaczyła – bo dobrze mi tak, jak jest, ale na waszym tle wypadam jak żałosny przegryw.
– Aga! – fuknęła z autentycznym oburzeniem Iza. – Co ty opowiadasz! Ty? Przegryw? Chyba sobie żartujesz! Nie wiesz, co mówisz, serio. Kobiety sukcesu… Największą kobietą sukcesu z nas czterech jesteś właśnie ty! A wiesz dlaczego? Bo masz jego – wskazała na uśmiechniętego radośnie Pepusia, który, ściskając w rączce nowy samochodzik otrzymany dziś w prezencie, bez oporu pozwalał się ubierać do snu. – To jest dopiero sukces i szczęście! Co znaczą jakieś tam biznesy czy studia wobec takiego malucha, który sam w sobie jest najcudowniejszym celem w życiu? A tego oprócz ciebie nie ma żadna z nas.
– No wiem, to prawda – przyznała nieco zawstydzona tą reprymendą Agnieszka. – Ja też tak na to patrzę, Iza, ale jednak ciągle mam z tyłu głowy to, że od strony zawodowej poniosłam porażkę. Jak by na to nie spojrzeć.
– E tam – machnęła ręką. – W twoim przypadku za wcześnie na takie konkluzje. Przecież jeszcze wszystko przed tobą, biznes można rozkręcić w każdym wieku, niekoniecznie z dyplomem studiów wyższych, to się jedno z drugim ani nie wiąże, ani nie wyklucza. Ja zresztą też póki co nie mam jakichś wielkich sukcesów zawodowych na koncie, tak jak ty pracuję na etacie, a studiuję kierunek zupełnie z tym niezwiązany i wcale nie wiem jeszcze, w jaką stronę pójdzie moje życie. To, co mówisz, to są wszystko pozory, Aga, natomiast on – znów wskazała na chłopca – jest wartością prawdziwą i niezastępowalną. Zobacz, jaki to jest słodziak, odkąd tu przyszłam, ani razu nie zapłakał, ciągle się uśmiecha! Moim zdaniem, naprawdę, spośród nas czterech to właśnie ty najbardziej masz się czym pochwalić!
Agnieszka pokiwała głową, z wyraźną dumą i wzruszeniem gładząc synka po jasnowłosej główce.
– A poza tym czy my spotykamy się z dziewczynami po to, żeby się przed sobą chwalić? – ciągnęła Iza. – Absolutnie! To już prędzej, żeby pogadać o milionach problemów, z jakimi się borykamy, bo żaden z tak zwanych sukcesów zawodowych nie jest łatwym kawałkiem chleba. Daj spokój, Aga, serio… Jutro zadzwonię do Emi i powiem, że ty też będziesz ze mną na tym spotkaniu, okej? Umówię się na jakiś popołudniowy termin, żeby Mela mogła ci przypilnować Pepcia, i pojedziemy we dwie do Radzynia na kawę z dziewczynami. A może Robik jednak da mi samochód? Po południu pewnie mniej go będzie potrzebował. Hmm? Co ty na to? Zgoda?
– Okej, zgoda – pokiwała głową Agnieszka. – Masz rację, głupio gadam, a z dziewczynami chętnie bym się zobaczyła, to już tyle lat… Niby mieszkamy niedaleko od siebie, a żadnej z nich od matury nie widziałam ani razu. A niech cię, ty to potrafisz postawić człowieka do pionu – uśmiechnęła się. – W takim razie daj mi tylko jak najszybciej znać, kiedy będzie to spotkanie, żebym mogła się zorganizować. Nie będę angażować Amelii, tylko poproszę Piotrka, żeby został tutaj z małym. On to uwielbia i wszystko umie przy nim zrobić, muszę tylko wcześniej go uprzedzić, żeby nic innego na ten wieczór nie planował.
– No właśnie! – ucieszyła się Iza. – Zapomniałam, że przecież masz w odwodzie Piotrka, a nikt nie zajmie się Pepusiem lepiej niż on.
– To prawda – uśmiechnęła się, po raz kolejny tego wieczoru zerkając na nią czujnie z dziwnie mieniącą się twarzą. – Porozmawiam z nim, na pewno chętnie się zgodzi, tylko muszę wiedzieć, który dzień by wchodził w grę.
– Mhm, dam ci znać, jak tylko coś ustalę z dziewczynami, ale wstępnie obstawiajmy środę.
– Okej.
– A w ogóle to co u Piotrka, jak tam się dogadujecie? – zagadnęła Iza, poważniejąc. – Rozwiązaliście tamten problem ze słowem na te?
– Zaraz ci powiem – odparła wymijająco Agnieszka. – Tylko najpierw uśpię Pepcia, dobrze? Zrobimy kilka ćwiczeń na nóżkę, a potem on już sam wie, że czas wskakiwać pod kołderkę i spać. Jak zaśnie, zrobimy sobie jeszcze coś do picia, ja w międzyczasie ogarnę kuchnię i pogadamy wreszcie bez przeszkód. Zależy mi, żeby zrobić to na spokojnie – zaznaczyła – bo to, o czym chcę ci powiedzieć, to jest naprawdę poważna sprawa, Iza.
– Jasne – pokiwała głową Iza, zerkając na nią spod oka.
„Czyli to pewnie o to chodzi!” – domyśliła się. – „O Piotrka, słowo na te i związany z tym klincz. I to pewnie dlatego on nadal chodzi taki osowiały, że aż Mela to zauważa, a Aga miota się, bo nie wie, co ma z tym zrobić. Nic dziwnego, że chce z kimś o tym pogadać… Tylko co ja jej mogę poradzić w takiej sytuacji?”
– Wiesz co? – zagadnęła. – W takim razie ty poćwicz sobie spokojnie z Pepciem i uśpij go, a ja w tym czasie pójdę do kuchni i sama posprzątam po kolacji. Wstawię też wodę i zaparzymy sobie jeszcze herbaty… albo nie, ja raczej napiłabym się na noc jakiegoś ziółka. Masz może w domu miętę?
– Mhm, mam – skinęła głową Agnieszka, naciągając Pepusiowi skarpetki. – Zioła są w szafce nad blatem, druga półka od góry. Dla mnie też możesz zaparzyć, lubię czasem napić się mięty, to fajnie robi na żołądek. Wielkie dzięki, Iza, postaram się, żeby to nie potrwało za długo… No, chodź, Pepuniu – dźwignęła chłopca i uniosła na rękach, kierując się z nim w stronę drzwi. – Idziemy do twojego pokoiku pofikać trochę nóżkami, tak? A potem, jak już skończymy, to co zrobi nasz Pepi? No co?
– Aaa! – odpowiedział chłopiec, otwierając szeroko buzię.
– No właśnie…. aaa! Potem Pepi pójdzie spać, bo jest już bardzo zmęczony. No to szybko, biegniemy! Kołderka i podusia z misiami już na ciebie czekają!