Anabella – Rozdział CCXLVIII

Anabella – Rozdział CCXLVIII

Budynek Centrum Kultury położony w jednej z ulic niedaleko Placu św. Lamberta był o tyle łatwy do znalezienia, że powiewały przed nim trzy wielkie flagi – belgijska, walońska oraz flaga Unii Europejskiej. Iza i Marta, które zgłosiły się tam zaraz po otwarciu, zostały życzliwie przyjęte na staż przez kierowniczkę placówki o imieniu Chloé, która, jak się okazało, doskonale znała Jean-Pierre’a i Anię Magnon z rozmaitych lokalnych wydarzeń kulturalnych związanych z tańcem.

Pierwszy dzień na stażu upłynął dziewczynom na czynnościach organizacyjnych, załatwianiu formalności, w tym wypełnianiu rozmaitych formularzy, a także zapoznawaniu się z zakresem przydzielonych im obowiązków oraz z pracującą w centrum kadrą. W ten sposób poznały sympatyczną Emmę, drobną blondynkę o czarującym uśmiechu, i nieco mroczną z wyglądu Romane, która, nosząca ubrania i makijaż w kolorze czarnym, wyglądała jak zagorzała fanka muzyki heavy metal. Z obiema stażystki miały blisko współpracować przy obsłudze sklepiku z mapami, folderami i pamiątkami dla turystów, gdzie otrzymały swoje pasma godzinowe rozpisane na cały tydzień, codziennie po dwie lub trzy godziny, zaś całą pozostałą energię miały poświęcić na główne zadanie, czyli pomoc w przygotowywaniu wystawy dotyczącej międzynarodowej współpracy kulturalno-technologiczno-biznesowej między Belgią, zwłaszcza Walonią, a innymi krajami europejskimi.

– Otwarcie jest zaplanowane na sobotę dwudziestego siódmego marca – oznajmiła Chloé, rozkładając na stole teczkę z planem wystawy. – Będzie zainstalowana u nas na holu, ale de facto to będzie dzieło dwóch ośrodków, bo w tej sprawie współpracujemy z informatykami i grafikami z Grivegnée. Akurat dobrze się składa, w czwartek mają przyjechać do nas na walne spotkanie w tej sprawie, więc zapoznacie się i wciągniemy was do pracy w podzespołach. Właściwie zadanie macie z góry przydzielone – zaznaczyła. – Trzy czwarte plansz już mamy gotowe, przygotowania są na ostatniej prostej, ale z jednym tematem jesteśmy w tyle, celowo zresztą, bo czekaliśmy z tym na was. Kiedy Jean-Pierre powiedział mi, że ma dwie Polki do wzięcia na staż, od razu pomyślałam o wystawie. Nic mu o tym nie mówiłam, bo wtedy jeszcze nie mieliśmy pewności, czy otwarcie nie będzie jednak na początku marca, a wiadomo, że w takim przypadku byście się nie załapały. Ale jednak stanęło na terminie w ostatni weekend marca, więc akurat zdążycie wykonać zadanie.

– Jakie to zadanie? – zapytała grzecznie Iza.

– Brakuje nam do opracowania jeszcze kilku państw, głównie z Europy Wschodniej, w tym Polski. I właśnie to chcę wam zlecić. Będziecie odpowiedzialne za część dotyczącą współpracy polsko-belgijskiej.

Iza i Marta spojrzały po sobie z uśmiechem i pokiwały głowami.

– Znacie oba języki, więc łatwiej wam będzie zdobyć materiały, porównać je i opracować, a przede wszystkim wyłapać wszelkie przekłamania – podkreśliła Chloé. – Mamy trochę dokumentów ze strony belgijskiej, zaczniecie od zapoznania się z nimi, żeby mieć punkt wyjścia, a potem musicie już radzić sobie same. Czasu nie ma dużo, ale cztery tygodnie spokojnie wystarczą, to mają być tylko trzy plansze ze zdjęciami i krótkim opisem współpracy. Materiału będziecie mieć aż nadto, wręcz trzeba będzie zrobić jakąś selekcję.

– Tak jest – skinęła głową Iza. – Natychmiast się za to zabieramy.

Z kolei praca w sklepiku, w którą wdrożyły się również tego samego dnia, nie wyglądała na bardzo skomplikowaną, zwłaszcza że Emma i Romane były tam oddelegowane jako główne sprzedawczynie i konsultantki, zaś Iza i Marta miały tylko pomagać im w obsłudze klientów.

– O każdej porze roku jest ich dużo – oznajmiła Emma, dyskretnym ruchem głowy wskazując na kilka osób krążących między stoiskami z przewodnikami i programami bieżących wydarzeń kulturalnych w Liège i okolicy. – Ale teraz i tak mniej niż w wakacje, wtedy to dopiero mamy tłumy! To co, która z was obsłuży na próbę następnego klienta? – mrugnęła do nich wesoło. – Marthe?

– Nie, ja bym wolała na razie tylko się przypatrzeć – wycofała się zaniepokojona Marta. – Jeszcze nie czuję się pewnie.

– Isabelle?

– Ja bardzo chętnie – zgodziła się Iza. – Tylko bądź blisko mnie, gdyby trzeba było im coś fachowo doradzić, dobrze? Nie znam jeszcze tej oferty, dopiero będę się uczyć.

– Jasna sprawa, cały czas któraś z nas jest w pobliżu, nie zostawimy was tu samych, spokojnie. No, może za dwa tygodnie już spróbujemy – mrugnęła do niej – ale jeszcze nie teraz. A w przerwie może razem coś zjemy i pogadamy sobie trochę, żeby bliżej się poznać, hmm? Co wy na to, dziewczyny?

***

– Zwariowałaś? – zdumiała się i niemal oburzyła Marta. – Jaki spacer? Wykluczone, ja nigdzie nie idę! Jestem tak padnięta, że ledwo patrzę na oczy!

– Okej – uśmiechnęła się Iza. – To wracaj na chatę, ja przejdę się sama. Kupię też przy okazji jakieś warzywa i pieczywo na kolację.

– Ja cię kręcę, ale z ciebie robot – pokręciła z niedowierzaniem głową Marta. – Skąd ty czerpiesz energię, przecież po takiej dniówce nikt normalny nie ma już siły na spacery! No dobra, leć, ja wracam na chatę… ale jak będziesz w sklepie, to kup mi butelkę coli, co? Oddam ci kasę.

– Jasne, nie ma sprawy. Będę w domu przed dwudziestą.

Rozstawszy się zatem z Martą na skrzyżowaniu, Iza skręciła w stronę ścisłego centrum miasta, które tonęło w promieniach popołudniowego słońca. Choć był dopiero pierwszy marca, w powietrzu czuć było powiew najprawdziwszej wiosny, która tutaj zawitała o wiele wcześniej niż w Polsce. Tam, jak wiedziała już z niezależnych smsów od Amelii, Wiktorii i Lodzi, trwała ponura zima, padał deszcz, a wczoraj w nocy temperatura spadła poniżej zera i nawet trochę sypnęło śniegiem.

Tak naprawdę po tym pierwszym, niezwykle intensywnym dniu stażu ona również była zmęczona, jednak nie aż tak, żeby darować sobie choć krótki wieczorny spacer ulicami miasta. Poza tym, z góry domyślając się, że Marta zapewne odmówi jej towarzystwa, chciała skorzystać z okazji do pobycia ze sobą sam na sam i zebrania myśli, do czego nie miała za wiele okazji, bowiem od przedwczorajszego poranka obie praktycznie się nie rozstawały. Kiedy zatem ruszyła przed siebie, kierując się kolejnymi uliczkami w stronę nieodległej od tego miejsca rzeki, jej myśli wreszcie mogły pobiec tam, gdzie ostatnio nie miały czasu zatrzymać się na dłużej – do Majka.

Wiedziała, że czuje się lepiej, mijał już czwarty dzień jego choroby i wszystko wskazywało na to, że przejdzie ją bez większych komplikacji. Jednak i tak, wyobrażając sobie, jak leży osłabiony w wymiętej pościeli, czuła ścisk serca i wyrzuty sumienia, że on tam cierpi, podczas gdy ona chodzi sobie po słońcu w pełnym zdrowiu i w niczym nie może mu się przysłużyć.

„Strasznie już za tobą tęsknię, promyczku” – myślała z melancholią. – „Nie widzieliśmy się prawie cały tydzień, a najgorsze jest to, że nie mogliśmy nawet normalnie się pożegnać. Ale co tam… bylebyś jak najszybciej wyzdrowiał, a pod tym względem chyba wszystko jest na dobrej drodze.”

Wkrótce ulica poprowadziła ją nad brzeg Mozy, wprost na kładkę spacerową Passerelle Saucy, skąd rozciągał się wieczorny widok na rzekę. Oparłszy się o balustradę, dziewczyna wpatrzyła się w odbijające się w tafli wody, igrające w niej promienie zachodzącego powoli słońca. I znów ta tęsknota księżycowej duszy… Gdyby tak on mógł być teraz przy niej! Stanąć tuż obok, na tym moście, i wraz z nią podziwiać ten przepiękny widok… Nagle chwyciło ją to samo pragnienie, które nieraz przepełniało ją na korytkowskim cmentarzu, kiedy modliła się nad grobem rodziców – pragnienie, by Majk był tam razem z nią, by mogła dzielić z nim ważne, wzruszające albo po prostu ulotnie piękne chwile, właśnie takie jak ta.

„To nie powinien być problem dla księżycowych dusz” – pomyślała. – „One przecież umieją porozumiewać się ponad przestrzenią… ale zaraz! Tu wcale nie trzeba metafizyki, od czego jest technologia?”

Tknięta tą oczywistą myślą, uśmiechnęła się do siebie i wyjąwszy telefon, zrobiła kilka zdjęć roziskrzonej słońcem rzeki oraz miasta widocznego w tle, po czym wysłała je na numer Majka z komentarzem:

Liège, zachód słońca nad Mozą. Jak się czujesz, Michasiu?

Sms poszedł w eter, ona zaś wciąż stała na moście oparta o balustradę, wpatrzona w rozmigotaną świetlnymi odblaskami rzekę. To, że tu była, wydawało jej się jakieś dziwne, nierealne… czuła się wręcz odrobinę nieswojo, jak polny kwiat, który ktoś przeniósł na odległą, egzotyczną ziemię, pod inne słońce, owszem ciepłe i spektakularnie piękne – ale jednak obce.

„Moje miejsce jest tam, w Polsce” – pomyślała z melancholią. – „Tu jest super, na stażu czuję się jak ryba w wodzie, przygotowywanie tej wystawy to będzie mega fajne zadanie, a wszyscy ci ludzie, których dzisiaj poznałyśmy, są naprawdę równi i sympatyczni. No i ten język… uwielbiam rozmawiać po francusku, dla samego poćwiczenia go w terenie warto było tu przyjechać. Ale to jednak zdecydowanie nie jest mój świat. Mogę tu być na chwilę, na kilka tygodni, ale potem muszę wracać tam… do siebie… i do ciebie, promyczku…”

Trzymany w dłoni telefon zawibrował, na ekranie wyświetliło się powiadomienie o przychodzącej wiadomości. Majk.

Pięknie tam. I jakie słońce! A u nas kicha, leje jak diabli. Dziękuję za troskę, elfiku, czuję się dużo lepiej. Kiedy mogę zadzwonić?

Uśmiechnęła się do ekranu ucieszona dobrymi wieściami o stanie jego zdrowia.

Jak chcesz, to zadzwoń teraz – odpisała z bijącym radośnie sercem.

„Póki jestem sama, bez Marty” – dopowiedziała w myśli, naciskając przycisk Wyślij. – „Jest kochana, ale jednak rozmowa z tobą przy niej to już nie to samo!”

Telefon rozdzwonił jej się w dłoni kilka sekund później, ledwo zdążyło przyjść powiadomienie o doręczeniu wiadomości.

– Halo?

– Hej, elfiku – dwa słowa, od których Majk często zaczynał rozmowę telefoniczną, zabrzmiały w jej uszach jak najpiękniejsza muzyka.

Głos miał nadal nieswój, odrobinę zachrypnięty, ona jednak natychmiast z radością wychwyciła w jego brzmieniu wyraźną poprawę względem poprzedniej rozmowy – był zdecydowanie czystszy i bardziej energiczny.

– Hej – uśmiechnęła się.

– Dzięki za zdjęcia, przepiękne miejsce – podjął Majk. – Zaskoczyło mnie zwłaszcza to, jakie macie tam słońce! To fotki z wczoraj czy z dzisiaj?

– Sprzed chwili. Cały czas stoję na tym moście i patrzę na rzekę, chociaż zaraz pewnie pójdę dalej. Chcę zobaczyć, co jest po drugiej stronie.

– Jak to? Jesteś nad rzeką? Teraz?

– Aha. Mówię przecież. Passerelle Saucy, taka fajna kładka dla pieszych nad Mozą.

– I tam jest takie słońce? W tym momencie? U mnie za oknem jest już całkiem ciemno!

– A tu świeci słońce, chociaż fakt, że powoli zaczyna zachodzić. Piękny widok… Mam zrobić jeszcze jedno zdjęcie na dowód, że naprawdę tu jestem? – zażartowała. – Bo widzę, że po drugiej stronie linii siedzi jakiś niewierny Tomasz.

Majk parsknął śmiechem.

– Nie Tomasz, tylko Michał – sprostował wesoło. – I nie siedzi, tylko leży, a co do niewierności, to też bym się spierał, ale to nie moment. W tym aspekcie faktycznie wolę być niewierny i zażądać dowodów namacalnych. No już, rób to zdjęcie, mała! – dodał nakazująco. – Ale nie samej rzeki, tylko porządne selfie na jej tle. Muszę mieć twarde potwierdzenie, że mnie nie wkręcasz!

Iza roześmiała się.

– No dobra, to poczekaj na linii, nie rozłączaj się. Zaraz zrobię i ci wyślę.

W pośpiechu, uważając, by przypadkiem nie przerwać połączenia, uruchomiła aparat i ustawiwszy się przy balustradzie na tle rzeki wciąż rozświetlonej barwnymi refleksami zachodzącego słońca, pstryknęła zdjęcie, po czym, zerknąwszy na nie tylko przelotnie, by upewnić się, że wyszło w miarę akceptowalne, wysłała je na numer Majka i znów podniosła aparat do ucha.

– Już, wysłałam! – rzuciła wesoło. – Masz?

– Aha, coś przyszło – potwierdził. – Poczekaj… mhm…

W słuchawce przez chwilę słychać było tylko szmer, co najprawdopodobniej znaczyło, że otwiera i ogląda otrzymane zdjęcie. Iza czekała z uśmiechem na ustach, podziwiając kładące się na wodzie czerwonawe promienie słońca, które, jak zauważyła, bardzo szybko zniżało się ku zachodowi, bowiem odkąd niespełna kwadrans wcześniej weszła na kładkę, zmieniło już kolor na ciemniejszy i znalazło się bliżej ziemi.

– Mam – odezwał się cichy głos Majka. – Dziękuję, Izula.

– Udowodniłam ci swoją rację, niewierny Michale? – zażartowała, czując, jak przy wymawianiu jego imienia w tej formie na kark wybiega jej przelotna gęsia skórka.

– Udowodniłaś, i to z nawiązką. Niewierny Michał nawrócił się w pół sekundy, ta zasługa będzie ci zapisana w niebie. A niech to… genialny ten zachód słońca, elfiku… w ogóle przepiękne miejsce. Ale powiedz mi, bo nie zapytałem, jesteś tam sama? Czy Marta też gdzieś tam krąży razem z tobą?

– Jestem sama. Marta wymiękła po ciężkiej dniówce w Centrum Kultury i poszła na chatę odpoczywać, a ja wybrałam się jeszcze na spacer po Liège, chciałam chociaż trochę pozwiedzać sobie miasto. Uliczka sama przyprowadziła mnie tutaj, akurat trafiłam na ten piękny zachód słońca i zatrzymałam się, żeby popodziwiać. A ponieważ i tak miałam do ciebie pisać z pytaniem o zdrowie, to przy okazji wysłałam te fotki. Brzmi wiarygodnie?

– Całkowicie. Dowód zdjęciowy nie pozostawia wątpliwości, chociaż jak popatrzę, co dzieje się za moim własnym oknem, to aż się nie chce wierzyć.

– Mówisz, że pada? I jest ciemno?

– Całkowicie. U nas już noc, zimno i leje deszcz, a wiatr tak mi nawala w okna, że aż jęczą. Tym bardziej cieszę się, że ty masz tam taką piękną pogodę i widoki jak z katalogu biura podróży. Jak minął ci pierwszy dzień stażu?

– Zaraz wszystko ci opowiem, ale zacznijmy od najważniejszego – odparła stanowczo. – Czyli od twojego zdrowia. Mów, jak się czujesz? Napisałeś w smsie, że już lepiej, słyszę to też w twoim głosie, ale proszę o bardziej szczegółowy raport.

– Już melduję szanownej pani – w jego głosie zabrzmiała żartobliwa nuta. – Po trzech cholernie ciężkich dniach dzisiaj od rana wreszcie zaczynam czuć się jak człowiek, a nie jak zdychająca sikorka. Gorączki już nie mam, wczoraj wieczorem był, mam nadzieję, jej ostatni rzut, bo od doby nie wraca i liczę, że już nie wróci. Gardło nadal trochę mnie boli, ale łeb już nie, a w dodatku, co uważam za wielkiego fuksa, prawie całkowicie ominął mnie katar. No chyba że to jeszcze przede mną, odpukać… w każdym razie na ten moment nie jest źle.

– No to Bogu dzięki! – odetchnęła z ulgą Iza.

– Sił nabrałem zwłaszcza po obiedzie, odgrzałem sobie ten boski rosołek od Lodzi, który podrzucił mi na wycieraczkę Pablo… mmm, niebo w gębie. Wczoraj niewiele mogłem ruszyć, ale dzisiaj spałaszowałem ze smakiem pół gara i od razu zadziałało, jakby mnie ktoś podłączył do prądu. Fakt, bardziej brakuje mi innego paliwa, ale to bazowe dzisiaj też się przydało. Kiedy dusza wyje z głodu, pyszny rosół na żołądek to przynajmniej jakieś pocieszenie.

– To super – odpowiedziała ciepło Iza, na wszelki wypadek nie podejmując niejednoznacznej uwagi o głodnej duszy. – Skoro gorączka zeszła, wraca ci apetyt i ogólnie lepsze samopoczucie, to teraz już chyba powinno być z górki. Chociaż pewnie jeszcze przez parę dni poleżysz w łóżku, prawda?

– Zdecydowanie – przyznał stanowczo. – Nawet nie da rady inaczej, nadal jestem słaby i rozmemłany jak glut. Po tej akcji z odgrzewaniem i jedzeniem zupy byłem tak zmachany, że musiałem się położyć i pospać półtorej godziny, a to przecież była tylko wycieczka do kuchni. Podła jest ta grypa, wyciąga z człowieka wszystkie siły, to osłabienie jest w niej najgorsze… Chociaż nie, osłabienie jednak dałbym na drugim miejscu rankingu – skorygował się po chwili namysłu. – Na pierwszym jest ta pieprzona gorączka z bólem łba, dopiero na drugim brak sił, a gardło na trzecim.

– Aha, wyobrażam sobie – pokiwała głową. – Dobrze, że chociaż ten najgorszy objaw z pierwszego miejsca odpuścił. Osłabienie po takiej silnej trzydniowej gorączce jest normalne, a zejdzie całkowicie, jak zaczniesz normalnie jeść. Dlatego cieszę się, że zjadłeś rosół, to ci zawsze dobrze robi… Pamiętasz, jak było we wrześniu? – dodała znacząco. – To właśnie rosół najlepiej stawiał cię na nogi.

– Rosół i troska dobrych ludzi – doprecyzował ciepło Majk. – Nie zapominaj o tym drugim czynniku, on był wtedy jeszcze ważniejszy.

– Nie zapominam i mam nadzieję, że teraz też ci tego nie brakuje – uśmiechnęła się Iza. – Lodzia i Pablo jak zawsze dbają o ciebie, mimo że nie mogą wejść do środka. Ale może powoli będziesz mógł zakończyć już tę izolację? Za dwa-trzy dni minie przecież ryzyko zarażania.

– Na to liczę, skarbie – przyznał Majk. – Na moje nieszczęście jestem skrajnie społecznym bytem humanoidalnym i bardzo źle znoszę brak bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Telefon to nie to samo, chociaż dobre i to, nie przeczę, że czasem i ta forma może dać dużo radości… na przykład tak jak teraz. Dzisiaj w ogóle jest w miarę dobry dzień, czuję się, jakbym po trzech dobach ciemności wyszedł wreszcie z jakichś piekielnych czeluści, może jeszcze nie całkiem na światło, ale już jest odrobinę jaśniej, a mam nadzieję, że z każdym kolejnym dniem będzie się rozjaśniać jeszcze bardziej.

– Na pewno. Najgorsze już za tobą, teraz tylko musisz się doleczyć. I proszę cię, Michasiu, zadbaj o to, pod żadnym pozorem nie wracaj do pracy niedoleczony, z grypą naprawdę nie ma żartów. A właśnie, powiedz mi, jak tam firma? – przypomniała sobie. – Otworzyłeś już Zamkową?

– Jeszcze nie, przedłużyłem zamknięcie do środy włącznie. Połowa ekipy jeszcze chora, nie ma sensu, żeby reszta działała na pół gwizdka, aż takiego noża na gardle nie mamy. Luty pewnie zamkniemy z mniejszym zyskiem, ale po walentynkach, Dniu Francuskim i ostatkach raczej nie będzie straty, zresztą strata to pojęcie relatywne, jak wiesz, dla mnie pieniądze nie są tym, o co walczę za wszelką cenę. Przerwa potrwa więc cały tydzień, spróbujemy ruszyć z powrotem dopiero od czwartku, może ja sam się do tego czasu podniosę… no i Chudy – zaznaczył ponuro. – Bo z frajerem niestety nadal jest niedobrze.

– Z Chudym? – zaniepokoiła się Iza. – Jak to? Nie poprawia mu się?

– Nic a nic. Nadal ma wysoką gorączkę, zero sił, zero apetytu, a do tego taki ból gardła i katar, że ledwo dyszy. Dzisiaj to już szósty dzień masakry, moim zdaniem, to powoli przestaje być normalne.

– No właśnie. Coś za długo trwa ta gorączka… Nie wiesz, czy widział go lekarz?

– Podobno widział, dał jakieś leki doraźne i kazał mu bezwzględnie leżeć. To akurat średnio odkrywcza rada, bo Chudy i tak gnije w wyrku i nie ma siły wstawać, ledwo zwleka się do kibla albo po wodę, dokładnie tak jak ja. Jutro wyślę do niego Tyma z transportem żarcia, niech sprawdzi na miejscu, co i jak z frajerem, bo powoli zaczynam się o niego martwić. Każę Tymowi założyć sobie jakąś maskę na ryj, żeby się nie zaraził, ale sprawdzić trzeba… Gdybym mógł, pojechałbym tam osobiście, niestety, na razie nie ma na to szans. Tak czy inaczej będę to monitorował.

– A dziewczyny? – zapytała Iza. – Ala, Pati, Dora, Andżela… Zuzia?

– Z małą już dobrze – zapewnił ją Majk. – Wyciąga się powoli, do czwartku powinna wrócić do formy i stanąć do roboty. Pozostałe dziewczyny też trochę lepiej, u nich to idzie podobnym schematem jak u mnie, u Antka też, tylko Chudy odstaje na minus.

– Byle nie miał jakichś komplikacji i powikłań – westchnęła Iza.

– Będziemy nad nim czuwać, elfiku, nie martw się. Chudy to silny, twardy chłop, jakoś się wyciągnie. Co ciekawe, twoje wiedźmy się nie zaraziły – podkreślił z rozbawieniem. – Wszystkie pięć są zdrowe jak rydze, a ty szósta, Bogu dzięki… Nie wiem, co wy tam za miksturę warzycie w kotle na tych waszych zlotach czarownic, ale trzeba przyznać, że jest skuteczna.

Iza roześmiała się.

– Niestety nie mamy przepisu na leczniczą miksturę, gdybyśmy miały, od razu byśmy się nią z wami podzieliły. Do ochrony przed grypą wystarczyła nam chyba sama wiedźmowa natura.

– Wcale by mnie to nie zdziwiło – przyznał z przekąsem Majk. – Przed takim sabatem nawet grypa zwiewa gdzie pieprze rośnie… Ale to dobrze, to bardzo dobrze, Izula, cieszę się, że udało ci się uchronić. Tym razem to ja wyłożyłem się totalnym plackiem, i to już drugi raz w przeciągu ostatniego pół roku. Ciekawe, bo wcześniej nie chorowałem na nic przez jakieś siedem czy nawet osiem lat.

– Serio? – zdziwiła się.

– Mhm. Nie liczę drobnych epizodów z lekkim przeziębieniem i glutami w nosie, to mnie nigdy nie kładło na łopatki i nie eliminowało z gry, a teraz już dwa razy wykrzaczyłem się aż do resetu. Wiadomo, że we wrześniu sam się tak załatwiłem, ale to nie zmienia faktu, że skończyłem z najgorszą chorobą od lat, a teraz, kiedy miałem nadzieję, że po tamtym będę odporny na jakąś głupią grypę, okazało się, że niestety nie. Jak myślisz, elfiku? – dodał na wpół żartobliwie, na wpół smętnie. – Czy to znak, że frajer Majk w zastraszającym tempie się starzeje?

– Może nie w zastraszającym tempie, ale trochę na pewno – odparła przekornie. – I dlatego powinien mniej harować, a więcej odpoczywać. Pamiętasz, jak obiecywałeś, że pozrzucasz z siebie część obowiązków i co roku będziesz brał porządny urlop?

– Przecież w tamtym roku wziąłem – przypomniał jej. – Byłem z Pablem, Lodzią i Edkiem w Beskidach.

– To prawda. Ale to były tylko dwa tygodnie, a potem wróciłeś do zachrzanu na pełnych obrotach, dowaliłeś sobie jeszcze Koncertową i od tego czasu zasuwasz jeszcze więcej niż wcześniej. Z tego zrzucania z siebie części obowiązków na rzecz innych pracowników też niewiele wyszło póki co… no, ale nie mam zamiaru ci tego wypominać – zaznaczyła. – Zwłaszcza że sama nie jestem lepsza.

– No właśnie, przyganiał kocioł garnkowi. Jesteś taką samą pracoholiczką jak ja, tylko masz tę przewagę, że sama w sobie stanowisz źródło magicznej energii, podczas gdy ja bez przerwy muszę się o nią prosić. A jak do tego dodać mój podeszły wiek, to już w ogóle nie mam z tobą szans… Ale faktem jest, że musimy w końcu coś z tym zrobić – dodał poważniejszym tonem. – I ty, i ja.

– Nie, ja nie – pokręciła głową, wpatrując się w ciemniejącą wodę na Mozie, w której odbijały się już tylko ostatnie, blednące refleksy zachodzącego słońca. – Akurat ze mnie zdjąłeś już skutecznie część obowiązków, mocniejszy zachrzan mam tylko przy okazji większych imprez, zwłaszcza Dni Francuskich, a tak to od listopada czuję się naprawdę odciążona. Zwłaszcza że teraz już drugi czy trzeci raz w krótkim czasie jestem na urlopie… Ty za to zapieprzasz na fula, wręcz mam wrażenie, że coraz bardziej nakręcasz sobie tempo. Nic dziwnego, że jesteś przemęczony i przez to łatwiej było ci złapać to choróbsko. Musisz zacząć porządnie o siebie dbać, Michasiu – dodała łagodnie. – Wiem, że jesteś twardym zawodnikiem, agentem nie do zdarcia, ale fizyka jest fizyką i każdy materiał się męczy, a człowiek ma to do siebie, że niestety z biegiem czasu nie młodnieje.

– Tak, wiem o tym, Izuś – odparł ciepło Majk. – Czuję na karku ten ciężar wieku i jak widzisz, wcale nie wykluczam, że podatność na grypę ujawniła się u mnie w związku z przemęczeniem. Zresztą bardzo chętnie wdrożyłbym plan, który mi wypominasz, i możesz być pewna, że zrobiłbym to bardzo skutecznie, ale do tego musiałbym mieć motywację. A z tym na razie różnie bywa… Wiesz przecież, do czego służy pracoholizm – dodał ciszej.

– Tak, wiem – odparła smutno, również zniżając głos. – Do zabijania myśli.

– Mhm. Do zabijania myśli, czasem do zabijania marzeń… czy raczej złudzeń, w które, według twojej teorii, przepoczwarzają się niespełnione marzenia… a kiedy trzeba czekać, również do zabijania czasu. Gdybym nie musiał tego robić, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej.

– Tak, wiem – powtórzyła prawie szeptem.

– Nadal po cichu ufam, że jeszcze przyjdzie na to czas – ciągnął. – Że będę mógł przeorganizować firmę tak, jak od dawna podpowiada mi rozsądek, wreszcie wyjść z błędnego koła, pata, klinczu… Ale to jeszcze nie teraz, elfiku. Na pewno nie dzisiaj i nie jutro. Masz rację, nikt z nas nie młodnieje, a ja odczuwam tę prawdę na własnej skórze o wiele bardziej niż ty, chociaż na razie jeszcze mniej fizycznie, a bardziej mentalnie. Szkoda mi tych uciekających lat, to prawda… ale wolę poczekać dłużej i zachować nadzieję, niż strzelić ślepo, spudłować i przegrać. Taki już jestem, nic na to nie poradzę. A do czekania niestety potrzebny mi ten pracoholizm… i tak błędne koło się zamyka.

Iza pokiwała tylko w milczeniu głową, mimo woli zastanawiając się, skąd wynikał ten pesymistyczny ton. Z jednej strony chciałaby wiedzieć, na czym polegała przeszkoda, która wciąż nie pozwalała mu sięgnąć po szczęście, z drugiej zaś miała nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas nie będzie musiała o tym słuchać. Rozmowa telefoniczna była o tyle bezpieczna, że nie tylko on nie mógł widzieć jej twarzy, ale też sam nie lubił dyskutować tym kanałem o poważnych sprawach, a to znacząco redukowało ryzyko, że zaraz powie coś, co ją zmiażdży. Dopóki była tu, w Belgii, chyba nie musiała się tego obawiać, pod tym względem ksiądz Tomasz miał rację – in fuga salus.

– A wracając do tego, co powiedziałaś… do tego, że odciążyłem cię z części obowiązków, a siebie nie, to jeszcze o tym pogadamy, Izulka. Oczywiście dopiero jak wrócisz, nie przez telefon, bo to zbyt poważny temat na wirtualną linię. Chciałem poruszyć go w piątek na naszej sesji filozofii księżycowej, ale taki ze mnie pechowy frajer, że wiadomo, jak to się skończyło. Tak czy inaczej, żeby odciążyć cię na czas pisania licencjatu, a w zamyśle również długofalowo poukładać sprawy papierkowe w firmie, zatrudniłem na osobnym stanowisku księgową. Natalię – imię to wymówił powoli, z naciskiem. – Czyli osobę z polecenia Justyny, którą sam celowo poprosiłem o tę przysługę. Rzecz w tym, że to się rozwinęło w inną stronę, niż przewidywałem.

Ależ cios! Serce Izy zabiło tak mocno i boleśnie, że pociemniało jej przed oczami. W tym samym momencie, jakby Matka Natura łączyła się z nią w bólu, słońce błysnęło w wodzie Mozy ostatnim refleksem i zgasło, a powiew dziwnie zimnego wiatru wionął jej w twarz, szarpiąc włosy. Więc jednak! Telefon wcale nie był przeszkodą… Wbrew jej nadziejom nadszedł ten moment, tak niespodziewanie i znienacka, że komandos nie zdążył nawet pomyśleć o wyjęciu broni. Reakcje jej ciała i duszy nie pozostawiały wątpliwości – choć przygotowywała się na to od dawna, wciąż nie była gotowa, by o tym słuchać. Ba, była na to o wiele mniej gotowa, niż wcześniej mogła sądzić!

„Nie mów dalej” – pomyślała błagalnie. – „Proszę, nie teraz… daj mi jeszcze trochę czasu, pozwól się na to odrobinę lepiej uodpornić… proszę, Michasiu… zlituj się!”

– Wiesz, co mam na myśli, czy nie wiesz? – zagadnął Majk, najwyraźniej nie mając zamiaru się zlitować.

Iza zbladła, czując napływającą do serca panikę. Zgodnie z planem, powinna odpowiedzieć, że wie doskonale, a przynajmniej że się domyśla, zostawiając mu w ten sposób otwarte pole do kontynuacji tematu. Tylko jak zebrać w sobie odwagę, by wykonać ten pierwszy krok? To było takie trudne! Czy dla ratowania samej siebie nie lepiej jeszcze trochę poudawać głupią?

– Nie – skłamała drętwym szeptem.

– Nie wiesz… okej – w jego głosie nie było słychać ani zdziwienia, ani rozczarowania, brzmiało to tylko jak stwierdzenie faktu. – W takim razie ja ci to powiem, tyle że nie teraz. Przez telefon i z nadal trochę bolącym gardłem nie zamierzam grzebać w takich rzeczach, zwłaszcza że to wątek wieloaspektowy i dość delikatny. Chciałem tylko wybadać, czy coś o tym wiesz… od Lodzi albo od Justyny… no, mniejsza o to – wycofał się lekkim tonem. – Pogadamy o wszystkim, jak wrócisz do Lublina, teraz nie ma na to warunków. I zresztą wystarczy już na dzisiaj tych dygresji – dodał stanowczo – bo zaczynamy zjeżdżać na manowce, a miałaś mi opowiedzieć o pierwszej dniówce na stażu. Gdzie teraz jesteś? Nadal na tym moście, czy już wracasz na chatę?

Iza odetchnęła z ulgą i wdzięcznością, bezwładnie opierając się o balustradę kładki.

– Jeszcze na moście – odparła rzeczowo – ale już się stąd wynoszę. Cały czas patrzyłam na to zachodzące słońce w wodzie, ale właśnie przed chwilą zaszło całkowicie i robi się ciemno, więc chyba nie będę już dalej włóczyć się po mieście, tylko zawrócę na chatę. Na drugą stronę rzeki pójdę sobie kiedy indziej.

– Daleko masz stamtąd do domu?

– Jakieś dwadzieścia minut piechotą, może dwadzieścia pięć – oceniła, odrywając się od barierki i zawracając w stronę, z której przyszła. – Tyle że po drodze muszę jeszcze wstąpić do jakiegoś sklepu i kupić parę rzeczy na kolację… ale póki co możemy dalej gadać. Masz jeszcze czas i siły, żeby posłuchać o stażu? Nie jesteś zmęczony?

– Nie jestem – zapewnił ją ciepło. – Gniję przecież w wyrku, nie miałem się czym zmęczyć. No, opowiadaj, Izula. Przede wszystkim powiedz mi, czy w ogóle jesteś z tego stażu zadowolona.

– Bardzo. Ale wiesz co? – dodała z zastanowieniem. – Proponuję zacząć chronologicznie, przecież jeszcze nie opowiedziałam ci, jak było wczoraj w Bressoux.

– A właśnie! – podchwycił Majk. – Widzisz, jaki ze mnie frajer? Pisałaś wczoraj tylko smsa, że wszystko okej i że moja princesse zadowolona z prezentu, ale szczegółów nie znam, a prawdą jest, że miałem o nie dopytać. No to mów. Najpierw o Bressoux, a potem o stażu. Położę sobie telefon na poduszce i będę słuchał… A, poczekaj jeszcze sekundkę, okej? – zatrzymał ją. – Naleję sobie tylko trochę mięty i łyknę, bo już mi gardło siada… no, już. Dobra, gadaj, elfiku. Co tam nowego u państwa Magnon?

***

Po powrocie ze spaceru Iza zdjęła w przedpokoju buty i udała się do kuchni, gdzie energicznym gestem wyłożyła na blat siatkę z zakupami. Siedząca przy stole ze szklanką herbaty w ręce Marta popatrzyła na nią z mieszaniną dezaprobaty i uznania.

– No, jesteś wreszcie. Ależ ty masz wygar, kobieto… I gdzie byłaś na tym spacerze? Daleko?

– Niedaleko, ale przyznam, że jestem już zrypana, dopiero teraz to czuję. No, nie siedź tak, tylko pomóż mi rozpakować te zakupy – zbeształa ją, na co Marta natychmiast odstawiła szklankę i poderwała się do pomocy. – Weź te rzeczy, co idą do lodówki, i powkładaj tam, okej? A owoce do koszyczka na parapecie. Ja muszę wstawić sobie wodę na coś do picia.

Mówiąc to, sięgnęła po czajnik, nalała do niego wody i włączyła, po czym, wyjąwszy z szuflady nóż, w milczeniu zabrała się za przekrajanie bagietki.

– A coś ty taka zła? – zagadnęła obserwująca ją spod oka Marta.

– Dlaczego zła? – wzruszyła ramionami Iza. – Po prostu zmęczona.

– Nie chcę być złośliwa, ale to się aż narzuca… to po jaką cholerę łaziłaś jeszcze na ten spacer? Mówiłam ci, żebyś szła ze mną do domu.

Iza zagryzła wargi z poirytowaniem.

– Nie o to chodzi – burknęła. – Daj mi zrobić sobie spokojnie kanapkę, co?

Marta pokręciła głową z dezaprobatą, po czym, podszedłszy do niej, wyjęła jej ręki nóż i bagietkę.

– Daj to, ja zrobię kolację – oznajmiła stanowczo. – A ty idź pierwsza pod prysznic, ogarnij się i odsapnij trochę. Zalać ci herbatę?

Rozbrojona tą troską Iza bez oporu oddała jej nóż.

– Dzięki, Martuś – odparła z wdzięcznością. – Przepraszam, trochę dzisiaj wymiękam, i to chyba bardziej psychicznie niż fizycznie. Masz rację, pójdę się wykąpać, a potem razem zjemy sobie kolację. Ale herbaty mi jeszcze nie zalewaj, okej? Zrobię to, jak wrócę z łazienki, nie chcę, żeby wystygła.

Pomysł Marty w założeniu był dobry – rzeczywiście, ciepła woda w prysznicu skutecznie odprężyła jej ciało po ciężkim dniu, jednak niestety nie mogła podziałać na zgryzotę duszy. Mimo że po opuszczeniu Passerelle Saucy rozmowa z Majkiem potrwała jeszcze prawie pół godziny, a ona, idąc uliczkami miasta, długo opowiadała mu o neutralnych sprawach, takich jak wizyta u Ani i Jean-Pierre’a oraz pierwszy dzień stażu w Centrum Kultury, nic nie było w stanie zatrzeć w niej wspomnienia tych kilku zdań, jakie wymienili na kładce nad Mozą. A zwłaszcza jej odpowiedzi – słowa nie, które było przecież jawnym kłamstwem.

Wiesz, co mam na myśli, czy nie wiesz?

„Odpowiedziałam nie, a powinnam była odpowiedzieć tak” – wyrzucała sobie, myjąc włosy. – „Skłamałam mu wprost, to już nie było tylko przemilczenie, ale ordynarne kłamstwo. Niby nic wielkiego, świat się od tego nie zawali, ale właśnie tak zaczyna się nielojalność… Kto nie jest wierny w małych rzeczach, ten i w dużych nie będzie… A jeśli Lodzia powie mu, że o wszystkim wiedziałam?” – zaniepokoiła się. – „Jak ja wtedy będę wyglądała? Jak spojrzę mu w oczy? Wstyd, Iza… co za wstyd!”

Wyłączyła wodę, odłożyła słuchawkę prysznica na miejsce i ukrywszy twarz w dłoniach, znieruchomiała wewnątrz kabiny prysznicowej, ociekając wodą. Wstyd i żal do samej siebie nie chciały ustąpić, przeciwnie, wciąż paliły jej duszę jak piekielny ogień, mimo że obiektywnie przecież nic strasznego się nie stało. Ot, przez zwykłe tchórzostwo nie przyznała się Majkowi, że wie o Natalii, mimo że zapytał ją o to wprost – i co z tego? W swoim czasie on i tak wszystko jej opowie, a wtedy dzisiejsze kłamstewko straci na znaczeniu i pójdzie w niepamięć, nawet gdyby Lodzia czy Justyna wygadały się przed nim, że ona też doskonale wiedziała o „spisku” i w pewnym sensie nawet brała w nim udział. To zresztą nawet przyda się do kamuflażu, pozwoli jej zagrać rolę jednej z wielu życzliwych spiskujących, on zaś, kiedy będzie już szczęśliwy i spełniony, wybaczy jej tę przyjacielską nielojalność i potraktuje ją z właściwym sobie poczuciem humoru oraz z wyrozumiałością, jakiej przecież jeszcze nigdy jej nie odmówił.

A jednak… Choć te racjonalne wyjaśnienia trochę ją uspokajały, wstyd i wyrzuty sumienia nie dawały się uciszyć, czuła bowiem wyraźnie, że dotarła dziś do delikatnej granicy, na której przekroczenie nie powinna była sobie pozwolić. Ze słów Majka wynikało, że dowiedział się już o spisku Justyny, niewątpliwie od Pabla, i chciał z nią o tym porozmawiać, być może skorzystać z tego pretekstu, żeby odkryć przed nią karty. Ona tymczasem zaprzeczyła, że cokolwiek wie – jak ostatni tchórz!

„Doszłam do ściany, przetestowałam własne limity” – myślała ponuro, wciąż nie odejmując dłoni z twarzy. – „I okazuje się, że taki ze mnie komandos, że pożal się, Boże… A skoro poległam na takim drobiazgu, to co dopiero będzie potem, kiedy sprawy nabiorą prawdziwego tempa?”

Może zresztą nie chodziło jedynie o wstyd związany z drobnym kłamstwem? Może ten dyskomfort psychiczny wynikał właśnie z tego, że sprawa Natalii coraz wyraźniej zaczynała się klarować? Skoro nawet Majk powoli zaczynał podchody, wspomniał wszak dzisiaj explicite jej imię, wymówił je takim znaczącym tonem… A do tego ta jawna sugestia, że „to się rozwinęło w inną stronę, niż przewidywał.” No tak, przewidywał przecież tylko zatrudnienie w firmie księgowej, a tymczasem…

Wzdrygnęła się, choć nie tyle na tę myśl, co po prostu z zimna, to zaś zmusiło ją do pośpiesznego wyjścia z prysznica i owinięcia się ręcznikiem.

„Trudno, jakoś to przeżyję” – oznajmiła ponuro swemu odbiciu w lustrze, sięgając po szczotkę, by rozczesać umyte włosy. – „Tylko że to tak strasznie męczy… Tak bardzo chciałabym móc kiedyś przestać żyć z tym wiecznie ściśniętym sercem… najpierw przez Miśka, a teraz… Ech, przepraszam, promyczku” – zreflektowała się. – „To przecież nie twoja wina. To ja złamałam zasady terapii i zakochałam się na zabój w moim starszym bracie, który ufa mi bezwarunkowo i widzi we mnie tylko swoją dobrą przyjaciółkę. A jednak coraz wyraźniej widzę, że długo tego nie wytrzymam… In fuga salus… Może ksiądz ma rację? Może to jest dla mnie naprawdę jedyne rozwiązanie?”

***

– Ogólnie jest fajnie, chociaż przyznam, że dzisiaj mocno się zestresowałam – podsumowała Marta, dojadając bagietkę z wędliną i pomidorem. – Chloé rzuciła nas od razu na głęboką wodę i z początku to mnie trochę przeraziło. Gdybym była tu sama, to nie wiem, czy bym sobie poradziła… ale z tobą to jednak co innego.

– Poradziłabyś sobie, spokojnie – zapewniła ją Iza. – Jak człowiek musi, to sobie radzi, zresztą co w tym takiego strasznego? Ja też prosiłam Emmę o pomoc przy kilku pierwszych klientach, to przecież żaden wstyd.

– Łatwo mówić, jak się ma tak otrzaskany język – wydęła wargi Marta. – Ty się w tym czujesz jak ryba w wodzie, a ja czasem mam problem, żeby w ogóle zrozumieć, co ktoś do mnie mówi.

– Nie martw się, to tylko taki pierwszy efekt, po prostu stres cię jeszcze trzyma – machnęła ręką Iza. – Zobaczysz, że za dwa tygodnie ty też będziesz czuła się swobodnie. Ja uważam, że dostałyśmy bardzo fajne zadania, z przyjemnością zajmę się opracowaniem polskiej części wystawy, Chloé ma rację, że to fucha w sam raz dla nas. A zobacz, jak się fajnie złożyło, że robią to akurat teraz, kiedy my…

Przerwał jej donośny dzwonek telefonu Marty, który ta wcześniej odłożyła na lodówkę. Zerwała się teraz, pośpiesznie dopijając herbatę i odstawiając pusty kubek na stół, chwyciła aparat i spojrzała wymownie na Izę.

– Dan – oznajmiła, pokazując jej rozświetlony ekran, na którym widniały trzy literki skrótu jego imienia, po czym odebrała połączenie. – No, cześć! Fajnie, że dzwonisz. Co u ciebie?

Słuchała przez chwilę, kiwając głową z coraz bardziej zadowoloną miną.

– Serio, już w piątek? – uśmiechnęła się. – No… aha, tak, jesteśmy z Izą w domu… mhm, ona też tu jest, właśnie skończyłyśmy kolację… Ty, słuchaj! Może przełączymy się na wideo, co?… Okej! Iza, chodź tu do mnie! – ponagliła ją, machając ręką. – Pogadamy z Danem na wizji!

Iza natychmiast chętnie poderwała się z krzesła i stanęła przy Marcie, która w międzyczasie zdążyła już przełączyć aparat na połączenie wideo. Po drugiej stronie pojawiła się twarz Daniela z głową okrytą białą płócienną czapką, wychudzona, blada ale pogodna i z uśmiechem na ustach.

– Cześć, dziewczyny! – rzucił, poprawiając pozycję na wysoko ustawionej szpitalnej poduszce, na której półleżał, i wyciągając rękę z telefonem tak, by lepiej ustawić się w kadrze. – Jak miło was widzieć!

– Cześć, Daniel! – pozdrowiła go przyjaźnie Iza. – Ciebie też! Z góry przepraszam za mój wygląd, z tymi mokrymi włosami wyglądam jak strach na wróble, ale trudno, musiałam je umyć. Ty za to bardzo spoko wyglądasz, wiesz? Jak się czujesz?

– Dzisiaj trochę lepiej – odparł Daniel. – Dlatego właśnie dzwonię. Ogólnie wieczorami jest trochę lepiej, a dzisiaj wyjątkowo dobrze, już dawno tak się nie czułem.

– No to super! – ucieszyła się Marta. – Nareszcie jakieś dobre wieści! To mówisz, że już w piątek puszczą cię do domu?

– W ten piątek? – podchwyciła Iza.

– Aha – pokiwał głową. – Chociaż to na razie tylko wstępna obietnica. Lekarz powiedział, że jak przez trzy dni z rzędu wyniki będą mi się poprawiać w takim tempie jak dzisiaj, to przed weekendem mnie wypiszą.

– No to rewelacja, trzymamy kciuki! – zawołała Iza. – Tyle już się tam nasiedziałeś, że naprawdę czas wracać do domu.

– Mam nadzieję – westchnął. – Oby tylko znowu coś się nie pochrzaniło…

– Ale wyniki regularnie ci się poprawiają? – upewniła się Marta. – I lekarze to potwierdzają?

– Tak, wczoraj i dzisiaj jest lepiej, no i już mnie tak nie ciągnie ta rana pooperacyjna – podniósł rękę do głowy. – Chociaż nadal muszę brać przeciwbólowe, bez tego nie dałbym rady. Do końca leczenia jeszcze niestety daleko, ale jakbym chociaż mógł stąd wyjść, to już by było inaczej.

– Na pewno – przyznała ze współczuciem Iza. – Po tylu tygodniach w szpitalu każdy miałby dość, wyobrażam sobie, jaka to jest psychiczna udręka.

– Nie zaprzeczę – przyznał Daniel. – Dlatego tym bardziej się cieszę, że mogę was zobaczyć i chwilę pogadać. To dla mnie bardzo ważne, tutaj nie mam nawet do kogo gęby otworzyć, oddział nadal zamknięty przez tę grypę, podobno dopiero pod koniec tygodnia mają otworzyć go dla odwiedzających. A ja mam nadzieję, że dla mnie to już będzie po nic, że do tego czasu wyjdę do domu… Serio, trzymajcie za mnie kciuki, dziewczyny, bo to jeszcze naprawdę nic pewnego.

– Będziemy trzymać bardzo mocno – obiecała mu Iza. – I mam nadzieję, że tym razem już się uda. Natomiast co do zamknięcia oddziału, to nie ma co narzekać, uważam, że dobrze zrobili. Wiadomo, że od strony towarzyskiej dla pacjentów to jest niefajne, ale od strony pragmatycznej bardzo dobrze, że chronią was przed tą grypą. Nie wiem, czy Marta ci mówiła, ale u mnie w pracy jest teraz lokalne ognisko tego świństwa i naprawdę nie wygląda to ciekawie, ludzie mają po czterdzieści stopni gorączki. Tak więc ta niedogodność z brakiem odwiedzin ma sens, Daniel… ale tak czy inaczej z całego serca życzę ci, żebyś w piątek już wyszedł i spokojnie mógł się leczyć dalej w domu.

– Amen – uśmiechnął się Daniel. – Dzięki, Iza. Ale teraz już wystarczy o mnie, co? Mówcie o was, jak wam się mieszka w tej Belgii? Pokażecie, jaką macie chatę?

– Jasne! – zawołała Marta, obracając się powoli z telefonem w ręce. – O, widzisz? To jest nasza kuchnia… fajna, co? A zaraz jeszcze pokażę ci pokój…

Mówiąc to, wyszła z kuchni, by oprowadzić go wirtualnie po mieszkaniu, zaś Iza została na miejscu, przekonana, że Marta zaraz wróci i będą kontynuować wspólną rozmowę. Ta jednak musiała zejść na jakiś absorbujący temat, bowiem Marta zatrzymała się w sypialni i przysiadła na swoim łóżku, rozmawiając z Danielem już sama.

„No dobra, to ja w takim razie pozmywam naczynia” – postanowiła Iza, zakasując rękawy piżamy, w którą ubrała się po kąpieli. – „Zaraz przecież idziemy spać, jutro znowu trzeba wstać wcześnie rano.”

Sprzątanie kuchni po kolacji zajęło jej ponad kwadrans, jednak Marta nadal nie wracała. Dopiero kiedy minęła dwudziesta druga i u Daniela w szpitalu zarządzono bezwzględną ciszę nocną, rozłączyła się, tylko na chwilę podstawiając Izie aparat, by ta mogła szybko powiedzieć mu dobranoc.

– Ależ się zagadaliście! – zauważyła, kiedy obie kładły się już do łóżka.

– Aha – pokiwała głową Marta. – Ale potem wszystko ci opowiem, okej? Zwłaszcza że to nic ciekawego. Teraz muszę pilnie wysłać smsa do mamy, obiecałam, że dzisiaj się odezwę i jeszcze tego nie zrobiłam. Odkładałam to, odkładałam, a teraz już tak późno się zrobiło… Poczekasz chwilę?

– Oczywiście – zgodziła się chętnie Iza, sama również sięgając po swój telefon i wsuwając się pod kołdrę. – Ja zresztą też wyślę smsa do siostry, dobrze, że mi przypomniałaś.

– No to wyślijmy i idźmy spać – zaproponowała Marta. – A rozmowę dokończymy jutro, co? Mnie już tak się oczy kleją, że ledwo trafiam w literki…

Iza, choć zaprawiona w zarywaniu nocy, dziś sama była na tyle zmęczona, że chętnie przystała na ten plan. Sięgnęła zatem ręką, by wyłączyć lampkę nocną, i obie zamilkły pod swoimi kołdrami, świecąc tylko w ciemnościach ekranami telefonów. Wysławszy smsa do Amelii, Iza już miała odłożyć aparat, kiedy przypomniała sobie o zdjęciach, jakie zrobiła dziś na Passerelle Saucy.

„Wyślę jedno do Meli” – postanowiła, wracając do skrzynki smsowej i dopisując kolejną wiadomość dla siostry.

PS. Przesyłam zdjęcie znad Mozy. Piękny zachód słońca.

Otworzyła galerię zdjęć i jako załącznik bez wahania wybrała swoje selfie, które wykonała na moście na żartobliwy rozkaz Majka. Wysławszy je Amelii, dopiero teraz skupiła na nim uwagę, wcześniej nie mając czasu, by przyjrzeć mu się dokładniej.

„Wyszłam nawet nie najgorzej” – stwierdziła nie bez satysfakcji, wpatrując się w zdjęcie. – „To chyba przez to, że tam było takie fajne, nastrojowe światło…”

Rzeczywiście, choć jej twarz z racji tego, że słońce miała za plecami, pozostawała w lekkim półcieniu, rozigrane na falach rzeki kolorowe refleksy oświetlały ją wtórnym blaskiem i połyskiwały we włosach, które na tym ujęciu lekko rozwiał wiatr. Ich długi kosmyk zaplątał się figlarnie na policzek, tuż przy ustach rozciągniętych w rozbawionym uśmiechu, co wraz z przechyloną w nieco kokieteryjnym geście głową i oczami pełnymi błysków wody i słońca, nadawało jej postaci aury tajemniczości i jednocześnie zabawnej zadziorności, która wynikała z magicznej atmosfery tamtej chwili i została przypadkowo uwieczniona w fotograficznym kadrze.

Uśmiechnęła się do swojego wizerunku na ekranie, wspominając beztroską chwilę, kiedy robiła to zdjęcie, jednak powoli uśmiech ten zbladł, zgaszony wspomnieniem dalszej części rozmowy z Majkiem, a właściwie tamtych kilku słów i jakże znacząco wymówionego przez niego imienia Natalii.

„No tak… i co z tego?” – pomyślała z politowaniem dla samej siebie. – „Co cię w tym dziwi, Izabello? Chyba tylko własne tchórzostwo i nieprzygotowanie komandosa do walki, bo przecież nic więcej. To jest po prostu kolejny etap, do którego w końcu musimy przejść.”

Ekran przygasł, poruszyła więc palcem, by znów go uaktywnić.

„To zresztą wygląda prawie dokładnie tak samo jak tamtym razem, kiedy zaczynaliśmy terapię złamanych serc” – ciągnęła, patrząc prosto w oczy samej sobie wyświetlonej na zdjęciu. – „O Ani na początku też nie chciał rozmawiać ze mną otwarcie, mówił o niej takimi samymi półsłówkami jak teraz o Natalii, dopiero kiedy sama domyśliłam się, o kogo chodzi, a on zaufał mi na tyle, żeby wymówić przy mnie jej imię, zaczęliśmy gadać o niej otwartym tekstem. Teraz też tak będzie… musi być, to naturalna kolej rzeczy… a ja muszę się na to jakoś nastawić, choć wiadomo, że wtedy było mi o wiele łatwiej. Ech, dobra, nie będę się teraz tym dręczyć… i tak dzisiaj najważniejsze jest to, że on czuje się lepiej, że powoli wyciąga się z tej grypy. Mam nadzieję, że i Chudy wyciągnie się bez powikłań.”

Ekran znów zgasł, sięgnęła więc ręką w stronę nocnej szafki, by odłożyć telefon, jednak w tym momencie błysnęło światło – to przyszedł sms zwrotny od Amelii.

Jakie śliczne zdjęcie! Cudownie na nim wyszłaś! Zachód słońca rzeczywiście przepiękny, a u nas zimno i pada deszcz. Dzięki, Izunia, cieszę się, że u Ciebie wszystko dobrze. Ściskamy Cię wszyscy troje! ARK.

Pokiwała tylko głową i tym razem skutecznie odłożyła telefon, zauważając przy tym, że Marta, wbrew własnym deklaracjom, wcale nie spała, a wciąż świeciła swoim ekranem i najwyraźniej intensywnie z kimś smsowała. Ona jednak nie miała już takiego zamiaru. Przymknąwszy oczy, zanurzyła policzek w wygodnej poduszce i wsłuchała się w przygłuszone, płynące zza okna nocne odgłosy miasta.

Nie minęło nawet kilka sekund i znów myślami znalazła się na Passerelle Saucy tonącej w promieniach zachodzącego słońca. Lecz tym razem w przedsennym marzeniu nie była tam sama – tak jak tego pragnęła, teraz był przy niej on. Stał obok na kładce, razem z nią podziwiał zachód słońca i odbijające się w wodach Mozy barwne refleksy światła… opowiadał jej coś i żartował po swojemu, znajomym gestem odgarniając włosy z czoła. A potem oboje ze śmiechem oparli się o balustradę i ustawili się do selfie, dokładnie w tym samym kadrze, który przed chwilą oglądała na zdjęciu wysłanym do Amelii.

Nagle stało się coś dziwnego… Obraz zawirował jej przed oczami i wciągnął ją do środka, przenosząc jej duszę do odległego o niemal tysiąc pięćset kilometrów, zalanego deszczem Lublina… Ostatkiem świadomości, która wkraczała już w bramę głębokiego snu, uchwyciła ulotną wizję tonącej w ciemnościach sypialni… W jej centrum, na wielkim łóżku, w zmiętej, przepoconej pościeli leżał oparty o ułożoną wysoko poduszkę mężczyzna z rozświetlonym telefonem w dłoni. Podobnie jak ona przed chwilą, kiedy ekran przygasał, poruszał palcem, by go uaktywnić, nie odrywając wzroku od wyświetlonego na nim zdjęcia… jego twarz rozjaśniał przy tym delikatny uśmiech, zaś wbite w ekran stalowoszare oczy lśniły w bladym świetle magiczną, srebrzystą poświatą, jakby odbijał się w nich promień księżyca, którego przecież nie mogło być tam widać zza deszczowych chmur.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *