Anabella – Rozdział CCXXXIV

Anabella – Rozdział CCXXXIV

– Słyszeliście? Krzemińscy wracają do Korytkowa w tym tygodniu – oznajmiła Dorota, dołączywszy do rodziny państwa Staweckich oraz Izy w czasie drogi powrotnej z kościoła. – To już postanowione. Roman wydobrzał po operacji, nabrał sił i wraca z powrotem przejąć kontrolę nad hotelem. Ma trochę odciążyć Michała, bo on ostatnio sam ogarniał całą firmę, a teraz chce odpocząć i zająć się przygotowaniami do ślubu. Normalne, nie? Przecież to już za trzy miesiące.

– No tak – przyznała bez entuzjazmu Amelia. – Ale skąd ty masz takie szczegółowe informacje, Dorciu? Od kogo już zdążyłaś je wyciągnąć?

– Od Kulikowej – oznajmiła nie bez dumy Dorota. – Ona wie to bezpośrednio od Zielińskiej, a Zielińska dowiedziała się wszystkiego od Krzemińskiej. Najpewniejsze źródło.

Iza i Robert spojrzeli po sobie i nie mogąc się powstrzymać, parsknęli śmiechem.

– Swoją drogą Zielińska ma teraz z córką kłopot, wiecie? – ciągnęła z entuzjazmem Dorota, nie zwracając najmniejszej uwagi na ich reakcję. – Ponoć strasznie jej się ta Małgośka zbuntowała, a nic z tym zrobić nie może, bo mąż popiera młodą i ani jedno, ani drugie w niczym się jej nie słuchają.

– A powinni? – zdziwił się uprzejmie Robert. – Zdaje mi się, że oboje są dorośli.

– No, jak dla mnie to właśnie bardzo dobrze, że się jej nie słuchają – odparła z przekonaniem Dorota. – Przecież to najbliższa przyjaciółka Krzemińskiej, nic dobrego by z tego nie było. Zresztą miłe dziecko ta Małgośka, zawsze mi się kłania i w ogóle wygląda na rozsądną dziewczynę.

– Mhm, ja też mam takie wrażenie – przyznała Amelia. – Ale jednak co Zielińska, to Zielińska.

Iza zerknęła na nią spod oka.

– No, a wracając do Michała Krzemińskiego – ciągnęła Dorota – to już szykują ten ślub w Warszawie, a do Korytkowa mają przyjechać na poprawiny. Będą je robić u nas tydzień później, w sobotę dwudziestego drugiego maja. Taka bardziej impreza przypominająca niż wesele – zaznaczyła. – Ale w sumie to będzie jakby drugie wesele, nie? Na sto osób ma być, tu u nich, w hotelu.

– Co za rozmach – uśmiechnęła się z pobłażaniem Amelia, schylając się do wózka Klary, by poprawić małej czapeczkę.

– Moim zdaniem, aż za duży – przyznała żywo Dorota. – Jak już robią jedno wielkie weselisko w Warszawie, to po co tyle pieniędzy jeszcze na drugie wydawać? Lepiej by było zostawić sobie na rozruch, w końcu wydatków na nowej drodze życia pewnie im nie zabraknie. No, ale kto bogatemu zabroni? – wzruszyła ramionami. – Ja tam nikomu do kieszeni nie zaglądam.

– I słusznie – przyznał z powagą Robert, znów wymieniając rozbawione spojrzenia z Izą. – Jeśli to dla nich ważne i mają na to środki, to nic nikomu do tego.

– Racja – zgodziła się bez oporu Dorota. – Zwłaszcza że Michał to jedynak, a jego narzeczona jedynaczka, no to wiadomo. Raz się dzieci żeni i za mąż wydaje, nic dziwnego, że rodzice chcą to zrobić z wielką pompą. A że kasę mają, to mogą sobie pozwolić… No dobrze, kochani, ja już tu skręcam – wskazała w kierunku drogi odchodzącej w lewo i prowadzącej do jej domu. – Trzymajcie się, widzimy się jutro, będę u Klarci przed ósmą.

– Dzięki, Dorciu – skinęła z uśmiechem głową Amelia. – Ty też się trzymaj i pozdrów od nas tatę. Do zobaczenia jutro!

– I wszystko już wiemy – zauważył z rozbawieniem Robert, kiedy Dorota poszła w swoją stronę, a oni kontynuowali drogę do domu, pchając wózek z Klarą niewygodną, zaśnieżoną koleiną. – A ja przez te wstrząsające wieści nieźle już zgłodniałem… Co macie dzisiaj w świątecznym menu, dziewczyny?

***

Niedzielne popołudnie mijało leniwie, po obiedzie Robert pojechał do Małowoli na męskie spotkanie z kilkoma kolegami, zaś Iza i Amelia bawiły się na kanapie w salonie z Klarą, która właśnie zbudziła się z poobiedniej drzemki.

– Izunia? – zagadnęła w pewnym momencie z zawahaniem Amelia. – Mogę się o coś zapytać?

– Jasne, Melu, wal jak w dym – odparła wesoło Iza. – Mam nadzieję, że to nic strasznego?

– Chodzi mi o to, o czym mówiła dzisiaj Dorotka… o wesele Michała Krzemińskiego.

– Aha? Co nam do tego?

– Nam nic, tylko ja się ciągle zastanawiam, czy my, kiedy o nim mówimy, nie sprawiamy ci jakiejś przykrości – wyjaśniła ostrożnie Amelia. – Czy to na pewno jest już dla ciebie neutralny temat, czy jednak nie do końca.

– Całkowicie neutralny – zapewniła ją Iza, poważniejąc. – No co ty, Melu. Chyba nie myślisz, że dalej zależy mi na Michale? I że tylko lepiej się z tym kryję?

– Nie, aż tak to nie, sama z nim zerwałaś, więc o to cię nie podejrzewam, ale jednak czasem chodzi mi to po głowie. W takim sensie, że może nie powinniśmy tak otwarcie opowiadać ci o jego sprawach, o tym ślubie, weselu i tak dalej, że może to ci jednak sprawia jakiś dyskomfort.

– No… nie mogę powiedzieć, że nie sprawia – przyznała z zastanowieniem Iza. – Faktem jest, że nie lubię o tym słuchać, ale jakoś szczególnie mi to nie przeszkadza, po prostu nie pasjonuję się tym, a na Krzemińskich zwyczajnie szkoda mi czasu.

– Na pewno? – Amelia spojrzała na nią badawczo. – Bo widzisz, ja ostatnio tak sobie podliczyłam, ile ty życia zmarnowałaś na tego Michała, i wychodzi na to, że grubo ponad połowę. Sama mówiłaś, że kochałaś się w nim od dzieciństwa… Nie gniewaj się, że do tego wracam, ale to mnie jednak ciągle męczy. Bo jak takie coś trwa przez wiele lat, to potem na bank jakoś tam zostaje w głowie – wyjaśniła. – W sercu może mniej, mam nadzieję, że w twoim przypadku wręcz wcale, ale w głowie i w pamięci na pewno, dlatego za każdym razem, kiedy tak gadamy o Michale i jego ślubie, weselu czy narzeczonej, mam takie nieprzyjemne poczucie, że może tobie to sprawia przykrość. Powiedz, Izunia, ale tak naprawdę szczerze… mam trochę racji?

Iza pokiwała powoli głową w milczeniu, mechanicznym gestem podnosząc grzechotkę, którą Klara odrzuciła w zabawie w jej stronę, i podając jej ją.

– Trochę tak – przyznała po kilku sekundach namysłu. – Z serca wywaliłam go definitywnie, ale w tym sensie, że to zostaje w głowie, to masz słuszność, Melu. Zwłaszcza że on jest z Korytkowa, więc nie mogę raz na zawsze odciąć się od informacji o nim i jego rodzinie. Poza tym są jeszcze inne okoliczności, które sprawiają mi dyskomfort, kiedy o nim słucham.

– To znaczy?

– W sumie nawet nie bardzo wiem, jak to ująć… To, że kiedyś mi na nim zależało i sama dałam mu się oszukać, w jakiś głupi, podprogowy sposób sprawia, że czuję coś w rodzaju odpowiedzialności za jego wybryki – wyjaśniła z namysłem. – Dopiero teraz, jak zapytałaś mnie o to wprost, widzę to wyraźnie… Wcześniej chyba spychałam to do podświadomości, chociaż i tak to czułam.

– Odpowiedzialność? – zdziwiła się Amelia. – Ty? Za Michała?

– Aha. Wiem, że to absurd, ale to tak działa. Tak jakby fakt, że kiedyś się w nim kochałam i sama przed sobą usprawiedliwiałam wszystkie jego świństwa, stał się pośrednim przyzwoleniem na jego zachowanie, które ma teraz długofalowe skutki. Zwłaszcza w kontekście osób, którym zrobił krzywdę, takich jak Monika Klimek… albo tych, którym może ją zrobić w przyszłości – tu ze smutkiem wspomniała twarz Aliny i łzy w jej oczach. – Wiem oczywiście, że moralnie nie jestem za to odpowiedzialna, ale jednak moje sumienie reaguje i przy każdym takim przypadku wyrzuca mi, że sama kiedyś też się na niego nacięłam. Syndrom byłej dziewczyny, o ile jest coś takiego… A może to po prostu taki ukryty ale nieusuwalny wstyd za samą siebie? Ludzie z Korytkowa pewnie nadal jeszcze po cichu mnie z nim kojarzą, chociaż mam nadzieję, że już coraz mniej.

– Wstyd… no okej – pokiwała sceptycznie głową Amelia. – To jeszcze jakoś tam rozumiem, sama pewnie na twoim miejscu też bym się wstydziła. Ale na pewno nie odpowiedzialność, Iza, w ten sposób nawet nie myśl.

– Racja, może odpowiedzialność to za mocne słowo – zgodziła się bez oporu. – Chodzi mi o to, że w świetle mojego nastawienia z przeszłości łajdactwa Michała odbieram bardziej osobiście niż łajdactwa innych osób. W tym sensie, że jestem na nie bardziej wyczulona, a los jego kolejnych ofiar nie jest mi obojętny – wyjaśniła. – Natomiast jeśli chodzi o mówienie przy mnie o nim, to nie miej żadnych skrupułów, Melu, to mi nie sprawia przykrości. Owszem, jakiś tam lekki dyskomfort przy tym czuję i pewnie będę czuła już zawsze, ale na pewno lekarstwem na to nie jest unikać tematu, tylko właśnie przeciwnie, zderzać się z nim, żeby się ostatecznie uodpornić. Ja zresztą naprawdę niewiele o tym myślę… właściwie to informacje o Krzemińskich wpuszczam jednym uchem, a drugim zaraz wypuszczam, szkoda mi na to miejsca na dysku.

Amelia roześmiała się, ale po jej minie widać było, że nie jest do końca przekonana.

– No to całe szczęście – odparła. – Jak wiesz, Dorotka żyje takimi rzeczami, ja sama też lubię podzielić się z tobą nowinkami z Korytkowa, a te o Krzemińskich ostatnio są na topie, więc trudno ich uniknąć.

– I dobrze – odparła pogodnie Iza. – Dziel się ze mną dalej wszystkim, co wiesz, bez niepotrzebnej selekcji danych, ja zdecydowanie wolę, jak ty opowiadasz mi te plotki, niż jak robi to Dorota. Zresztą kiedy siedzę długo w Lublinie, bardzo lubię posłuchać, co się u was dzieje, mam przez to poczucie integracji z Korytkowem, które jest mi potrzebne do… powiem szumnie, do zachowania mojej rdzennej tożsamości. Poza tym po prostu ciekawi mnie to – zaznaczyła. – Kiedy zna się ludzi od dzieciństwa, chętnie się słucha o ich bieżących losach, zwłaszcza że tu, wbrew pozorom, nigdy nie jest nudno. Prawda, Klarciu? – uśmiechnęła się, gładząc po aksamitnej główce bawiącą się obok siostrzenicę. – Zgodzisz się w tym punkcie z ciotką Izą, hmm?

– Ga! – odpowiedziała dziewczynka, wyciągając do niej rączkę z zabawką. – Ga, ga! Da!

Obie siostry roześmiały się.

– To chyba znaczy tak – stwierdziła wesoło Iza. – Przynajmniej brzmi podobnie.

– Też tak myślę – przyznała Amelia. – Ciocia Iza ma u nas wszystkich wielki autorytet, więc nie ma opcji, żeby się z nią nie zgadzać. Ale właśnie, Iza, a propos tego, co mówisz… – dodała, poważniejąc. – Zapytałam cię o Michała też z innego powodu, takiego bardziej… tylko się nie pogniewaj, dobrze?… bardziej interesownego i egoistycznego.

Iza uśmiechnęła się z melancholią, wspominając niedawną rozmowę na temat egoizmu z Majkiem.

– Dlaczego miałabym się pogniewać? – wzruszyła ramionami. – Wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy egoistami, to podobno objaw zdrowej psychy. Tylko nie bardzo rozumiem, co twój egoizm może mieć wspólnego z Michałem Krzemińskim.

Amelia parsknęła śmiechem.

– Nie, z nim bezpośrednio to nie – zapewniła ją z rozbawieniem. – Zrobiłaś niedopuszczalny skrót myślowy, oczywiście chodzi mi tylko o ciebie. Już tłumaczę. Pamiętasz, jak Dorotka opowiadała nam, czego dowiedziała się od Klimkowej o Monice? I to, co powiedziała w kontekście Michała?

– Mhm. Że z Monią już jest lepiej, ale do Korytkowa się nie wybiera, dopóki będzie tu on.

– No właśnie.

– No i co? – wzruszyła znów ramionami Iza. – Jak to niby ma się do mnie? Ja przecież nie mam problemu, żeby tu do was przyjeżdżać.

– Na pewno? – Amelia przyjrzała jej się podejrzliwie.

– Melu, proszę cię – uśmiechnęła się z pobłażaniem. – Na pewno. Co to jest w ogóle za tok myślenia? Przyjazdu do was nigdy nie uzależniałam, nie uzależniam i nie będę uzależniać od tego, czy Michał jest w Korytkowie, czy go tu nie ma. Nigdy, nawet w czasach, kiedy mi na nim zależało, nie analizowałam wizyty u was pod tym kątem, a teraz to już w ogóle wisi mi to i powiewa. Owszem, przyznałam ci przed chwilą rację z tym dyskomfortem, ale to dotyczy tylko sytuacji, kiedy wpadnę na niego przypadkowo, albo kiedy słucham o jego głupich wybrykach i czuję wstyd za samą siebie, że kiedyś coś do niego czułam. Temu nie zaprzeczę, ale żeby to miało w jakikolwiek sposób ingerować w moje życie, wpływać na moje decyzje co do przyjazdu tutaj? Daj spokój.

– No bo widzisz… – odparła ostrożnie Amelia. – Ja ciągle mam taką cichą nadzieję, że ty jednak po studiach wrócisz do nas i pomożesz nam trochę w tej restauracji. Oczywiście nie będę na to naciskać, Robik mówi, żeby tego nie robić, bo decyzję w tej sprawie musisz podjąć sama, we własnym sumieniu, a ja to w pełni rozumiem i szanuję. Wiem też, że masz na to jeszcze czas, tylko boję się, żeby takie poboczne sprawy, jak właśnie Michał Krzemiński, nie były dla ciebie w tej decyzji czynnikiem rozstrzygającym.

Iza pokręciła głową, czując w sercu ścisk, który pojawiał się zawsze, gdy ktokolwiek poruszał temat jej przyszłości zawodowej, zazwyczaj sugerując inną drogę niż ta, której najbardziej pragnęła. Przed oczami natychmiast pojawiła jej się ukochana twarz Majka… a potem wizja Natalii jako głównej gospodyni Anabelli i jej własna postać w roli doświadczonej intendentki – królowej zaplecza. Czy naprawdę taka będzie jej przyszłość? Jak długo zdoła to znieść? Obiecała Majkowi, że przynajmniej do końca studiów zostanie u niego w firmie, ale czy okoliczności, które wisiały już w powietrzu, wkrótce nie okażą się dla niej za trudne? Na razie, póki jeszcze nic nie było rozstrzygnięte, mogła spychać tę sprawę na dno podświadomości, ale przecież tego nie da się robić w nieskończoność, niebawem będzie musiała na poważnie się z tym zmierzyć. I przede wszystkim nie zamykać przed sobą żadnych furtek – również tej korytkowskiej.

– Przestań, Melu – skarciła łagodnie siostrę. – Michał Krzemiński, zwłaszcza w tej sprawie, to nie jest dla mnie żaden argument, ani główny, ani nawet poboczny. A co do powrotu tutaj i włączenia się w biznes… Mówiłam wam już, że w przyszłości niczego nie wykluczam, na ten moment nie wiem, jakie będę miała perspektywy po studiach i jak potoczy się moje życie, ale na razie, póki studiuję w Lublinie, nie mogę niczego obiecać.

– Jasne, Izunia, przecież wiem – zapewniła ją żywo Amelia. – Zresztą liczę się z tym, że pójdziesz w inną stronę, pewnie w tę związaną z twoim wykształceniem. Wiadomo, że tutaj nie miałabyś warunków, żeby wykorzystać swój francuski, a to na pewno jest dla ciebie ważne. Ja cię w ogóle widzę w jakiejś dyplomacji, ewentualnie w zarządzie jakiejś wielkiej firmy z francuskim kapitałem… z twoim doświadczeniem to się wręcz narzuca. Ale jednak po cichu nadal ufam, że będziemy współpracować, nawet gdybyś miała zaglądać do nas tylko od czasu do czasu jako ekspert.

– No, to akurat macie jak w banku – zapewniła ją z uśmiechem Iza. – Przecież i tak będę tu przyjeżdżać, kiedy tylko będę mogła, a jak kiedyś kupię sobie własny samochód, to już w ogóle nie będzie problemu. Z Lublina do Korytkowa jest tylko sto kilometrów, to nie jest jakiś niepokonany dystans, nawet na co dzień.

– Z Lublina nie – przyznała Amelia. – Ale przecież nie wiadomo, czy zostaniesz tam na stałe. Praca w knajpie jako kelnerka to chyba nie jest dla ciebie docelowa droga, powinnaś pójść w coś większego i nie marnować potencjału. Masz rację, że na razie jeszcze nie wiadomo, jakie ścieżki otworzą się przed tobą po studiach, ale ja wierzę, że francuski francuskim, a twoje doświadczenie z tej knajpy w Lublinie też ma po coś być, do czegoś posłużyć… i ciągle mam cichą nadzieję, że posłuży i nam. Tak chociaż trochę.

– Posłuży, Melu – zapewniła ją Iza. – To mogę wam obiecać bez względu na wszystko.

– Dziękuję, Izunia – uśmiechnęła się siostra. – Nie chodzi mi o to, żeby wymuszać na tobie obietnice, chcę tylko, żebyś wiedziała, że obojgu nam bardzo zależy na realnej współpracy z tobą, i żebyś pamiętała o nas w swoich planach. I to nie wynika tylko z tego, że jesteś moją kochaną siostrzyczką, którą chciałabym mieć przy sobie jak najbliżej – tu wyciągnęła rękę, by pogładzić ją po ramieniu – ale też z tego, że restauracja to dla nas zupełnie nowe wyzwanie, a ty naprawdę się na tym znasz. To, co mówiłaś nam w tamten poniedziałek a propos organizacji przestrzeni w hali, mebli, usytuowania baru, a wcześniej też wejścia do kuchni, systemu wentylacji i tak dalej, to są naprawdę bardzo cenne rady. My z Robciem o niektórych problemach nawet byśmy nie pomyśleli, a tu się nagle okazuje, że są kluczowe. Zresztą już nieraz rozmawialiśmy o tobie, o tym, jak super by było, gdybyśmy mieli cię w naszej ekipie, nie tylko dlatego, że jesteś ekspertką w organizacji restauracji, ale też dlatego, że widzimy, jak kreatywnie potrafisz myśleć i działać. Mieć w swoim zespole taką osobę to ogromny atut i wcale się nie dziwię, że ten spryciarz twój szef – skrzywiła się lekko – tak skutecznie działa, żeby zatrzymać cię u siebie jak najdłużej. Ja na jego miejscu też bym na głowie stawała, żeby tylko nie wypuścić z rąk takiego pracownika.

Iza pokiwała melancholijnie głową, wciąż na wpół bezwiednym ruchem gładząc po główce bawiącą się u jej boku siostrzenicę.

– No, ale zostawmy już to – machnęła ręką Amelia, przyglądając się spod oka jej zamyślonej, poważnej minie. – Nie odbieraj tego jako nacisku, Izunia, ja rozumiem, że teraz jeszcze jest za wcześnie, żeby o tym rozmawiać, wszystko musi się potoczyć swoim torem i samo jakoś się ułożyć. Chciałam tylko zapytać cię o tego Michała, bo jak Dorcia powiedziała tamto o Monice, od razu skojarzyłam to z tobą i zaniepokoiłam się, czy ty przypadkiem nie reagujesz tak samo jak ona. Swoją drogą słów brakuje na tego człowieka, tak niszczyć życie ludziom dookoła, to chyba tylko on potrafi… Na szczęście widzę, że ty, w przeciwieństwie do Moniki, podchodzisz do tego zdroworozsądkowo, i to mnie trochę pociesza. W każdym razie pamiętaj, że jesteś pełnoprawną decydentką w naszej firmie – zaznaczyła. – Zawsze nią byłaś i chcę, żeby tak zostało. Bez względu na to, gdzie ostatecznie wylądujesz i co będziesz robić w życiu, tu zawsze będzie dla ciebie miejsce. Takie małe, bezpieczne lądowisko, które będzie na ciebie czekało.

– Dziękuję, Melu – odparła ze wzruszeniem Iza.

– To ja dziękuję tobie, kochanie. Nigdy nie zapomnę tamtego czasu tuż po śmierci mamy, kiedy we dwie walczyłyśmy o przetrwanie i zawsze mogłam na ciebie liczyć – w głosie Amelii również zabrzmiało wzruszenie. – Gdyby nie moja mała siostrzyczka, pewnie ze sto razy bym się poddała, zwłaszcza w tych pierwszych miesiącach, kiedy tak nagle zostałyśmy same.

Iza wyciągnęła rękę, sięgając po dłoń Amelii, i obie splotły je w milczącym uścisku ponad tłuściutką nóżką siedzącej między nimi Klary.

– Ja też nigdy nie zapomnę tego, co wtedy dla mnie zrobiłaś, Melciu – powiedziała cicho Iza, mimo woli wspominając ów straszny wieczór, kiedy po nieudanej próbie samobójczej Amelia odnalazła ją w łazience i uratowała jej życie, natychmiast wezwawszy pogotowie. – Ty sama nawet nie wiesz, ile ci zawdzięczam… Natomiast co do mojej współpracy z wami przy rozwijaniu biznesu restauracyjnego w Korytkowie, to nie martw się na zapas – zapewniła ją, zmieniając ton na bardziej rzeczowy i neutralny. – I tak świetnie sobie radzicie, a ja będę to miała na względzie i kiedy tylko będzie trzeba, postaram się wam w tym pomagać. Bez względu na okoliczności, na miejscu czy na odległość, wszystko jedno. I proszę cię – dodała łagodnie – nie miej już więcej takich skrupułów, jeśli chodzi o Michała Krzemińskiego. Przysięgam ci na wszystkie świętości, że on mnie już kompletnie nie obchodzi i jego wpływ na moje życiowe decyzje wynosi mniej niż zero.

***

Dioda powiadomień migająca w rogu ekranu telefonu, który Iza zostawiła na pół dnia w pokoju, wskazała jej, że przyszły jakieś wiadomości. Był to jeden sms oraz dwa nieodebrane połączenia – oba z numeru Oli, koleżanki z Anabelli.

„Ola?” – zdziwiła się, z niepokojem inicjując połączenie zwrotne. – „Czego chce? Mam nadzieję, że nic złego się nie stało…”

Ola nie odebrała, pewnie pracowała na sali i nie mogła teraz rozmawiać, zwłaszcza że w Anabelli trwały przecież walentynki i na pewno były wielkie tłumy. Iza skupiła się zatem na smsie, który, jak szybko dostrzegła, był od Marty.

Iza, dobra wiadomość, mamy transport na 27-ego. Mój tata obiecał, że zawiezie nas do Warszawy prosto na lotnisko. Jak ferie w domu, ruszyłaś coś w licencjacie?

„No tak, czas już powoli organizować się na ten wyjazd” – pomyślała z ciężkim sercem Iza. – „To przecież za niecałe dwa tygodnie, a ja z przygotowaniami jestem jeszcze w głębokim lesie. Jakoś mentalnie daleko jestem od tej Belgii… Ale przecież trzeba tam pojechać.”

Super, Martuś, podziękuj tacie ode mnie, to nam bardzo ułatwi logistykę. Tak, pracuję nad licencjatem, udało mi się napisać kilka stron. A Ty?

Ledwo wysłała wiadomość, telefon rozdzwonił się, wyświetlając na ekranie imię Oli.

– Hej, Iza, jestem! – rzuciła nieco zdyszanym głosem koleżanka. – Dzięki, że oddzwoniłaś, nie mogłam odebrać od razu, mamy dzisiaj walentynki i na sali jest taki kocioł, że ledwo wyrabiamy na zakrętach. Ale dziewczyny oddelegowały mnie, żebym do ciebie zadzwoniła i powiedziała ci o Lidii.

– No? – zaniepokoiła się Iza. – Coś się stało?

– Jej mama umarła wczoraj w nocy.

– Ach…

– No, niestety. Pogrzeb ma być w środę albo w czwartek, a my chcemy tam pójść całym zespołem, żeby ją wspierać. Mam nadzieję, że to będzie przed otwarciem lokalu, żebyśmy wszyscy mogli tam być, Lidka obiecała, że weźmie to pod uwagę. Jutro ma wszystko pozałatwiać, wtedy poda nam dokładną datę i godzinę, ale ty dopiero w środę wracasz z urlopu, więc uznałyśmy z Wiką i Klaudią, że trzeba cię uprzedzić.

– Jasne, Olu, dziękuję ci za wiadomość – odparła żywo Iza. – Ja też bardzo chciałabym tam być, dobrze, że mówisz mi wcześniej. Planowo wracam do Lublina w środę po południu, ale gdyby ten pogrzeb był o jakiejś wczesnej godzinie, to daj mi znać, rozważę wtedy powrót we wtorek wieczorem.

– Właśnie tak sobie pomyślałyśmy. Zdaje się, że bardziej prawdopodobny jest czwartek, ale jednak lepiej, żebyś wiedziała już teraz i trzymała rękę na pulsie. Jak będą konkrety, oczywiście dam ci znać.

– Dzięki. A powiedz mi, jak Lidzia? – zagadnęła z troską. – Trzyma się jakoś?

– Chyba tak, chociaż trudno mi coś sensownego powiedzieć, bo sama jej nie widziałam, osobiście rozmawiała z nią tylko Gosia. Podobno zakręcona na maksa, nic dziwnego w takiej sytuacji… To się stało w środku nocy, a my mamy teraz wyrzuty sumienia, że nie zareagowałyśmy na jej apel.

– Apel?

– Aha. O trzeciej Lidia wysłała nam wszystkim smsy z pytaniem, czy któraś nie przyjechałaby popilnować jej chłopców, zdaje się, że właśnie wtedy dostała cynk ze szpitala i musiała tam pilnie jechać. Nie wiem, jak to się skończyło, w każdym razie ja niestety nie odebrałam tego smsa w porę, bo spałam jak zabita, a potem, jak przegadałyśmy to z dziewczynami, okazało się, że w końcu żadna z nas nie zareagowała i jej nie pomogła.

– Kurczę… to słabo – pokręciła głową Iza. – Szkoda, że mnie tam nie było, może akurat bym odebrała wiadomość? Do mnie nie pisała, ale to pewnie dlatego, że wiedziała, że jestem poza miastem. I co? Jak poradziła sobie z chłopcami?

– Nie mam pojęcia, ale chyba jakoś musiała, może po prostu zostawiła ich samych? To była przecież noc, więc obaj spali, a sytuacja przecież mega awaryjna.

– Może – zgodziła się bez przekonana Iza. – Znając Lidzię, to mało prawdopodobne, ona nigdy nie zostawia ich samych, ale kto wie? A może udało jej się dogadać z sąsiadką? Wprawdzie w środku nocy to na pewno było trudne, ale to, jak mówisz, był tryb awaryjny.

– Nie wiem, nie mówiła Gosi szczegółów, bo musiała lecieć, obiecała jej tylko, że jak już ogarnie sytuację, pogadamy na spokojnie i wszystko nam opowie. Teraz jej nie ma, wzięła od dzisiaj trzy dni wolnego, a pewnie będzie musiała jeszcze i na środę, niewykluczone, że też na czwartek, zależy, kiedy będzie ten pogrzeb. Dlatego mamy w firmie niezłą akcję organizacyjną, musieliśmy się trochę przetasować, żeby obsługiwać Zamkową i Koncertową w okrojonym składzie.

– Kurczę – westchnęła ponuro Iza. – A ja sobie urlopuję… Głupio mi teraz, coraz wyraźniej widzę, jak bardzo bym się wam przydała w Lublinie, akurat w tych dniach każda para rąk jest na wagę złota.

– E, nie przejmuj się tym, dajemy sobie radę – zapewniła ją uspokajająco Ola. – Fakt, jest gorąco, ale wszystko chodzi jak w zegarku, szef osobiście pilnuje logistyki, non stop jeździ między jednym lokalem a drugim i wszystko ogarnia na bieżąco. Wika pomogła mu rozpisać nowe grafiki na obie placówki, więc każdy wie, co i kiedy ma robić, działamy jak dobrze wyszkolone wojsko. No i na szczęście Kacper już wrócił… bo chyba wiesz, co się u niego stało? – zniżyła głos.

– Tak, wiem, Oleńko – odparła z zafrasowaniem Iza. – I strasznie mnie frustruje to, że tyle rzeczy skomasowało się w jednym momencie, akurat w czasie, kiedy mnie tam nie ma. A niech to, ale pech!

– Daj spokój, Iza, tak się zdarza, przecież wiesz, że zawsze jesteśmy gotowi na takie scenariusze. Dzisiaj na przykład… czekaj, sorry, muszę kończyć – przerwała sobie nagle. – Dziewczyny mnie potrzebują. Dam znać, jak już będzie data pogrzebu.

– Jasne, Olciu, dzięki. Trzymaj się i leć, jesteśmy w kontakcie.

„Biedna Lidzia” – pomyślała z żalem, odkładając telefon na biurko i zasiadając przy nim, by otworzyć laptopa. – „Jak ona teraz to wszystko ogarnie? Trzeba będzie jej pomóc, zintensyfikować dyżury przy chłopcach… a mnie przecież znowu długo nie będzie, bo jadę do tej Belgii!”

Ostatnie słowa przypomniały jej o Marcie i o tym, że w trakcie rozmowy słyszała impuls przychodzącego smsa. Rzeczywiście – w skrzynce odbiorczej czekała wiadomość zwrotna od niej.

Ja też próbuję pisać, chociaż idzie mi to jak krew z nosa. Jutro wieczorem odezwę się do Ciebie, ok? Może będą jakieś wieści od Dana, o dwunastej ma mieć operację. Trzymaj za niego kciuki!

***

– Dan jednak będzie miał tę operację jutro albo pojutrze – oznajmiła Marta, kiedy, zgodnie z obietnicą, zadzwoniła do Izy w poniedziałkowy wieczór. – Miała się odbyć dzisiaj, ale jakaś maszyna na sali im się zepsuła i musieli przełożyć. Uprzedzili go dosłownie w ostatniej chwili, jak przyszły wyniki po porannych badaniach, został zakwalifikowany do operacji i właśnie miał na nią jechać. Można powiedzieć, że zawrócili go od progu sali.

– Kurczę, niedobrze – zmartwiła się Iza. – To przecież dla niego dodatkowy stres.

– Dokładnie. Rano gadałam z nim chwilę przez telefon, pytałam o nastrój i życzyłam mu powodzenia, był zestresowany, wiadomo, ale cieszył się, że już dzisiaj będzie miał to za sobą. Powiedziałam, że będę trzymać kciuki i żeby się odezwał, jak już będzie mógł, a tu nagle o dwunastej pisze mi smsa, że operacja odwołana z powodów technicznych. Zadzwoniłam więc do niego, żeby dopytać o szczegóły, i od razu wyczułam, że mu przez tę nagłą zmianę planów psycha siadła. Niby udawał, że wszystko okej, ale ja go za dobrze znam, po samym głosie od razu wiem, kiedy jest zdołowany.

– Nie dziwię mu się – westchnęła Iza. – Nastawił się, że dzisiaj będzie miał to z głowy, a tu nic z tego, trzeba czekać dalej. Każdy by się sfrustrował.

– Aha, zwłaszcza w szpitalu, jak się tam siedzi już od trzech tygodni – przyznała ponuro Marta. – Chociaż Dan i tak jest dzielny, ja bym na jego miejscu dawno zwariowała.

– Zależy, Martuś. W zagrożeniu życia i zdrowia pewnie inaczej się to odbiera, my nawet sobie nie wyobrażamy, co on teraz przeżywa, nie mamy tych samych doświadczeń. Podejrzewam, że to może w pełni zrozumieć tylko ktoś, kto przeżył to samo… Ty, właśnie, a co z tamtą Renatą? – przypomniała sobie. – Czy ja dobrze pamiętam, że ona też miała mieć operację tego dnia co Daniel?

– Mhm… tak – odparła jakby z oporem Marta. – I niewykluczone, że miała ją dzisiaj, nie wiem, czy to miało być na tej samej sali, może na innej, o to akurat Dana nie pytałam. W ogóle ostatnio nie gadałam z nim na ten temat, a on sam też nic mi o niej nie wspominał… ale masz rację, zapytam go przy okazji.

– Nie musisz – zaznaczyła Iza. – A nawet jeśli on sam o niej nie mówi, to może lepiej go nie pytaj? Nigdy nie wiadomo, jakiego wilka z lasu się wywoła.

– No właśnie – przyznała Marta. – Jak już, to wolę pogadać z nim na żywo. Problem w tym, że ostatnio nie mogę do niego wejść, bo oddział od tamtego poniedziałku ograniczył odwiedziny do stricte najbliższej rodziny. Jakaś paskudna grypa szaleje po mieście – wyjaśniła. – Boją się, żeby ktoś nie przywlókł im bakcyla, ja też zresztą nie chciałabym narażać Dana, od paru dni jakoś mnie dziwnie gardło pobolewa, a on przecież jest tuż przed operacją.

– Aj, no to uważaj na siebie, Martuś – zaniepokoiła się Iza. – Żeby cię nie rozwaliło przed samym wyjazdem do Liège, to by przecież była katastrofa.

– Wiem, nie musisz mi tego mówić – odparła z przekąsem Marta. – Myślisz, że się tego nie boję? Od trzech dni wciągam witaminy jak cukierki i zapijam sokiem z cytryny, na szczęście na razie działa. Ty zresztą też na siebie uważaj – dodała ostrzegawczo – bo równie dobrze może rozwalić ciebie… tfu, tfu, oby tak nie było, ale serio, podobno dużo ludzi teraz choruje. Ja osobiście nie znam nikogo, kto by to złapał, ale słyszałam już o tym z kilku źródeł, dlatego miej to na względzie, Iza. Przecież wiadomo, że jak tylko wrócisz do Lublina, znowu będziesz codziennie harować w tej knajpie, a tam zawsze pełno ludzi i na bank wirusy latają chmarami.

– Prawda – zgodziła się Iza. – Na uczelni zresztą też będą latać, a my przecież za tydzień wracamy na zajęcia. Masz rację, trzeba będzie mieć się na baczności.

– No. Dlatego ja, póki nie ma jeszcze zajęć, siedzę w domu i staram się męczyć ten licencjat, przynajmniej nie mam wymówek. Zresztą masz rację, że w Liège pewnie niewiele da się napisać, po powrocie będzie nadrabianie zaległości z zajęć, potem święta, majówka, w czerwcu zaliczenia… Ja już teraz czuję, że się nie wyrobię.

– Spokojnie, wyrobisz się – pocieszyła ją Iza. – Tylko właśnie trzeba rozłożyć sobie to pisanie na każdy tydzień po trochu, nie zostawiać wszystkiego na ostatni miesiąc. No, pochwal się, jak ci idzie? – zaciekawiła się. – Ile już masz stron?

– Jasne, pochwal się – przedrzeźniła ją z przekąsem Marta. – Tu się nie ma czym chwalić, mam tam może w sumie ze trzy strony, ale wszystko w takim bajzlu, że niewiele z tego wynika. Dopiero przepisuję przykłady i cytaty – wyjaśniła. – No i szukam prac do bibliografii, chociaż połowy z tego pewnie i tak nie przeczytam, przejrzę tylko i wpiszę do pracy, żeby się nie czepiał.

– Ja też tak robię – przyznała Iza. – Zwłaszcza z tymi pobocznymi. Dokładnie czytam tylko te najważniejsze, które służą mi bezpośrednio do opracowania tematu, a resztę, tak jak ty, tylko przeglądam i wpisuję do biblio. Myślisz, że ktoś nas będzie sprawdzał pod tym kątem?

– Nie wiem, mam nadzieję, że nie – westchnęła Marta. – Ja bym to wszystko nawet przeczytała, ale problemem u mnie jest motywacja… Ty wiesz, jak ja muszę ze sobą walczyć, żeby w ogóle otworzyć ten plik?

– Wiem, też to mam, chociaż ostatnio trochę mniej, bo w końcu udało mi się rozpędzić z pisaniem i czuję, że jest coraz bardziej z górki.

– Ile masz stron?

– Łącznie to już ponad dziesięć – odparła z satysfakcją – a z bibliografią prawie dwanaście.

– Łał, ale dajesz! – zdumiała się Marta. – To przecież już połowa pracy!

– No, coś koło tego – przyznała skromnie Iza. – Zwłaszcza że ta najtrudniejsza część teoretyczna już prawie za mną, teraz będę opisywać tylko tło historyczne i konkretne przypadki, czyli sama przyjemność. Ale muszę ci powiedzieć, że to głównie dzięki temu urlopowi – zaznaczyła. – Klimat w domu i wolne wieczory bardzo mi sprzyjają, przez ostatni tydzień tutaj udało mi się napisać prawie siedem stron. Wiem, że jak wrócę do Lublina, a potem też w Liège, już tak kolorowo nie będzie.

– Nie strasz – mruknęła ponuro Marta. – Ja przecież jestem w dużo gorszej sytuacji, a czasu przecież mam dużo więcej niż ty, powinnam brać z ciebie przykład. A niech to… Dałaś mi teraz do wiwatu, już czuję gęsią skórkę i chyba zaraz siądę do tego cholerstwa, żeby w tym tygodniu chociaż trochę to podgonić. Skoro ty przy twoim ciągle napiętym planie dnia dałaś radę tyle napisać, to ja też muszę wziąć się w garść… wręcz nie wypada, żebym się nie wzięła!

***

Huczące w głowie myśli powoli uciszały się, choć odrętwiona przedsenną mgłą świadomość nadal wychwytywała spośród nich chaotycznie przemieszane skrawki słów i obrazów. Majk w kremowej koszuli, rozlewający do kieliszków wino, z wesołym uśmiechem na twarzy i melancholią w oczach… Roztrzęsiony, przechodzący w żałosny płacz głos Kacpra… Rozpromieniona twarz Małgosi Zielińskiej, Zosia podnosząca dumnie głowę, Beata stanowczym gestem odrzucająca na plecy swe ciężkie, grube blond włosy… Jaśniejąca szczęściem Agnieszka pełnym czułości wzrokiem wpatrzona w Piotrka, który w swej nowej odsłonie z krótko przyciętym czarnym zarostem wygląda naprawdę świetnie, przystojnie jak nigdy wcześniej…

Czy nie jest tak, że noszone w duszy emocje zmieniają też wygląd ludzi? Niepostrzeżenie, podprogowo, chcąc nie chcąc, odbijają się w zwierciadłach ich oczu, w rzeźbie rysów ich twarzy, wybrzmiewają w tonie głosu, zwłaszcza w chwilach, w których nie da się w pełni nad nimi panować. Czy po niej też widać, co przeżywa, czy jednak komandos dobrze pełni swoją rolę? Księżycowe dusze potrafią się doskonale kamuflować, ale czy na pewno tak do końca?…

Obrazy znajomych twarzy nakładają się na siebie coraz bardziej, wirują w coraz gęstszej białawej mgle, aż w końcu na jej tle pozostaje tylko jeden z nich – uśmiechnięta twarz Majka o szarych oczach przepełnionych srebrnym blaskiem. Patrzy prosto na nią z tym samym smutkiem i tęsknotą co wtedy, w wizji wyświetlonej na przedniej szybie samochodu podczas drogi do Radzynia w gęsto padającym śniegu. Za jego plecami znajduje się tętniąca życiem i zabawą sala Anabelli, na której niewidzialny operator kamery skupia teraz ostrość obrazu. Kadr odwraca się i omija postać Majka, jednak Iza nadal czuje jego obecność, wie, że jest tuż obok. Oboje patrzą teraz na przepełnioną klientami salę… na jasno oświetlony bar, za którym Wiktoria z ekspercką wprawą przygotowuje drink za drinkiem… na tłoczących się tam ludzi, na światła migające na parkiecie, gdzie ciemna ludzka masa podskakuje w rytm skocznej muzyki… Jaki to utwór? Chyba jakiś rock’n’roll, Iza nie słyszy tej muzyki uszami, ale czuje ją swoim umysłem, zapewne w podobnym trybie, w jakim Krawczyk rozmawiał we śnie z panią Ziutą. Czy to znaczy, że i ona już zasnęła? Tak, to na pewno sen… a może wcale nie? Ta sala wygląda tak realnie, jakby naprawdę tam była…

Z oddali dobiega echo głosu Amelii.

Praca w knajpie jako kelnerka to chyba nie jest dla ciebie docelowa droga… Powinnaś pójść w coś większego i nie marnować potencjału

Tak, to prawda, obiektywnie ona ma rację. A jednak w sercu Izy na te słowa jak zawsze rodzi się bunt… Bo dlaczego to nie może być jej „docelowa droga”? Dlaczego nie może zostać w Anabelli na zawsze? Przecież właśnie tego pragnie, o tym marzy w głębi księżycowej duszy, czuje, że tylko to mogłoby jej przynieść prawdziwe spełnienie… Nie sama knajpa, nie perspektywy zawodowe, jakie daje, ale bliskość tego, który związał z tym projektem całe swoje życie i który jest jego nieoderwalną, substancjalną częścią. Wszak Anabella to Majk… Majk to Anabella… Majk i Anabella. Anabella-firma i Anabella-kobieta, dwa osobne byty połączone symbolicznym imieniem, które on sam uczynił podwójnym celem swego życia. Czy te dwa byty mogą zatem istnieć osobno?

Z mglistego tła dobiega teraz głos Beaty.

Ja zawsze jak idę do Anabelli, mam w głowie myśl, że zobaczę tam ciebie. Po prostu dla mnie Anabella to Iza i myślę, że nie tylko dla mnie.

Jednocześnie, nie zagłuszając tych słów, nakłada się na nie wypowiedź Krawczyka.

Nie potrafię tego wytłumaczyć, nawet nie wiem, jak to nazwać, ale pani ma w sobie to „coś”, które przepełnia tamto miejsce, wisi tam w powietrzu… Po prostu w pani jest Anabella… czy też raczej Anabella to pani.

Słodki spokój spływa na serce Izy, jej duszę ogarnia ciche szczęście, którego chwilowe namiastki czuła już w życiu kilka, może kilkanaście razy, ale które nigdy nie przerodziło się w trwały stan. Teraz jednak odczuwa je jak coś stałego, jak ową niewidzialną aurę bezpieczeństwa, którą zapamiętała na zawsze z dzieciństwa, zaklętą w scence z korytkowskiej łazienki. Aurę jednego z nielicznych tak wyraźnych wspomnień ojca… poczucie bezwarunkowej miłości i akceptacji, która zawsze będzie jej się kojarzyła z charakterystycznym zapachem wody kolońskiej…

Czuje ten zapach, czuje go właśnie teraz… To nie jest zapach ojca ani płynu rozlanego z rozbitej buteleczki na podłodze łazienki… To zapach wody kolońskiej w jedynym wydaniu na świecie, połączony z zapachem ciała mężczyzny, który w przeciągu ostatnich dwóch lat stał się dla niej najważniejszym punktem odniesienia w całej galaktyce. To z jego obecności płynie to uskrzydlające szczęście, które niesie jej duszę przez senną krainę… bo choć obraz restauracyjnej sali wypełnia cały kadr, on wciąż jest tuż obok, za jej plecami, mogłaby przysiąc, że na włosach czuje jego oddech…

Znów głos Amelii.

Ja cię w ogóle widzę w jakiejś dyplomacji, ewentualnie w zarządzie jakiejś wielkiej firmy z francuskim kapitałem

Szczęście przepełniające serce gaśnie w ułamku sekundy, a choć Iza wcale nie chce opuszczać Anabelli, senna wizja przenosi ją w inne miejsce – do jakiegoś wielkiego, wyłożonego luksusowymi marmurami budynku, w którym, elegancko ubrana, pochyla się, by podpisać przygotowane dla niej papiery. Oto długopis dotyka kartki, a w niej gaśnie wewnętrzne światło… jakby podpisywała szatański cyrograf! Znajomy, bolesny ścisk serca przypomina jej, że szczęście jednak nie jest możliwe… a kiedy podnosi oczy, na lśniącej, marmurowej ścianie wyświetla jej się postać tamtej.

Ach, nie, tylko nie to! Niech ona natychmiast zniknie! Skoro ma odebrać jej wszystko, niech bierze szybko i znika, niech przynajmniej nie dręczy jej swoim widokiem! Natalia jednak nie znika, uśmiecha się do niej i idzie… idzie… podchodzi coraz bliżej… Znów sala Anabelli. Natalia zatrzymuje się i obie stają naprzeciw siebie – każda w swojej roli.

Iza, przyniosłabyś nowy kieliszek?

Oczywiście. To przecież ona tu rządzi, personel musi jej słuchać. Iza jest tu właśnie od tego, żeby podawać kieliszki… jak tamte, na razie jeszcze stojące w przeszklonej szafce na Bernardyńskiej, ale docelowo przeznaczone do unicestwienia.

Bo widzisz, elfiku, tylko tobie mogę to powiedzieć, ale te kieliszki… wszystkie, te pierwsze sześć i te drugie też… to dla mnie taki materialny symbol marzeń o Anabelli. Z góry i od samego początku przeznaczony do stłuczenia.

Kieliszki przeznaczone do stłuczenia na szczęście… tylko na czyje? Pojęcie szczęścia jest takie nieostre, niejednoznaczne, takie relatywne! Nie, jednak tego nie da się wytrzymać, nie da się na to patrzeć, nie da się żyć w poczuciu rozdzielonych bytów.

Anabella to pani

Półmrok przepełnionej klientami sali blednie i rozjaśnia się, wrzawa i muzyka cichną, włosy Izy rozwiewa ciepły wiatr, a na jej twarz, wilgotną od porannej rosy, padają pierwsze promienie wschodzącego słońca. Gdzie jest teraz? Ach, na łące… na symbolicznej łące, która jest jednocześnie dwiema naraz – tą z Lipniaka i tą z końca świata. Trawa jest zielona, kwitną białe i żółte kwiaty… wiosna?

Pamiętasz, co mówiłem ci o przebiśniegach i prawdziwej wiośnie?

Serce Izy znów, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki napełnia błogi spokój i szczęście, które mogą płynąć tylko z jednego źródła na świecie – z bliskości Majka. Czy to znaczy, że są na tej łące razem? Iza nie widzi go w sennym kadrze, ale czuje go tak wyraźnie, jakby stał tuż przy niej… wyciąga rękę, sięgając w głąb szarej mgły… Tak, to on! Rozpoznaje go po miękkości włosów, które kłębią się pod jej palcami, wilgotne od rosy jak jej własna twarz… rozpoznaje po zapachu wody kolońskiej… po uścisku ramion, w których właśnie zatonęła, niesiona pragnieniem, by to trwało jak najdłużej, by nie skończyło się nigdy… jak kiedyś w tańcu…

Jednak sceneria niepostrzeżenie znowu się zmienia, teraz Iza jest już w Korytkowie, za stodołą Kulikowej, na polnej ścieżce, która wiedzie w stronę lasu. Jest późne lato, dojrzałe, ciężkie kłosy pszenicy chylą się nad trawiastą dróżką, po której biegnie dziecko… ach, to ona! Mała Hania o bujnych, złocistych jak pszenica lokach, ubrana w biało-żółtą sukieneczkę. Biegnie do niej roześmiana, pokazuje coś paluszkiem, pyta… Iza nie słyszy jej głosu, nie rozumie słów, ale coś jej odpowiada i teraz śmieją się obie. Jej duszę przepełnia przedziwne, cudowne uczucie głębokiego i stabilnego szczęścia… rozlewa się w niej… zamienia się stopniowo w mleczną mgłę, która powoli spowija cały świat…

Obrazy rozmywają się i znikają, dźwięki cichną, myśli odlatują w dal na motylich skrzydłach… Zostaje tylko zmysł dotyku i miękka faktura ukochanych włosów kłębiących się pod palcami.

6 thoughts on “Anabella – Rozdział CCXXXIV

  1. Wypróbuj salon gier na automatach aplikacja z licencją Totalizatora — do 10 000 zł + darmowe spiny! Bezpieczna gra z nadzorem regulacyjnym — wejdź i zacznij grać i aktywuj pakiet powitalny! Licencjonowany salon gier oferuje darmowe spiny — pod nadzorem urzędu. Legalna rozrywka — Salon Gier na Automatach zapewnia szyfrowanie SSL i regularne promocje. Szukasz legalnego salonu gier? Platforma Totalizatora Sportowego daje Ci bonus do 13 750 zł — zarejestruj się i zacznij! Graj z Totalizatorem — Salon Gier na Automatach oferuje bonus aż do 10 000 zł i bezpieczeństwo płatności. Pełna ochrona gracza — pobierz aplikację i odbierz swój bonus!

  2. Нашёл себе один интересный сайт — аккуратный путеводитель надёжных новостных и аналитических медиа Украины. Озаглавлен «медіа-путівник». Ресурс не позиционирует себя как СМИ, а всего лишь собирает ссылки на независимые региональные и тематические ресурсы.

    Сам каталог доступен по ссылке: aeguewquweef.space.

    Главная страница содержит ряд изданий с лаконичным описанием:

    – Ідеї для нас — интервью, разборы, мнения граждан.
    – NS-Plus — события Черниговской области и страны (экономика, культура).
    – Правда здесь — расследования, правозащитная журналистика, фактчекинг.
    – Взгляд — события Буковины, политическая повестка, спорт, беседы с экспертами.
    – kokl.ua — новости Кировоградщины, местная хроника, расследования.
    – EuroFest — культурный портал (фестивали, евроинтеграция, креативные проекты).

    По словам автора, ресурсы актуализируются ежедневно и преподносит как «каталог информационных сайтов Украины в открытом доступе». Визуально — минималистично, со ссылками-кнопками. Если вы ищете региональные или аналитические СМИ без откровенной политической ангажированности, такой путеводитель ускорит поиск нужных источников.

    Подходит для тех, кто собирает независимые новостные источники по Украине.

  3. Потрібні надійні українські медіа? Перейдіть на hiobzor.space – на цьому сайті розміщений свіжий перевірений список українських медіа. Об’єктивність, оперативність та різноманіття поглядів – ключові принципи підбору. У каталозі ви знайдете як регіональні видання (Ізюм, Кривий Ріг, Чернівці), так і загальноукраїнські агентства з розслідуваннями, аналітикою та ексклюзивними матеріалами. Підберіть інформаційне джерело до душі на hiobzor.space!

  4. Виявив мінімалістичний сайт для тих, хто цінує зручний доступ до надійних українських ЗМІ. На ресурсі zboalpor.space знаходиться каталог під назвою «ukraine-media».

    Головна сторінка зроблена в стилі мінімалізм, стилізована під командний рядок — без зайвих банерів і води. Каталог містить 5 ресурсів з стислими описами тем:

    – ngu.com.ua – незалежне інформагентство
    – izum.ua – культура · люди
    – gelios.ua – технології · енергія
    – visnyk-nanu.org.ua – наука · академія
    – pravdatut.ua – журналістські розслідування, фактчекінг

    Усі назви — активні лінки, достатньо натиснути, щоб перейти на сайт. У шапці зазначено, що усі джерела верифіковані, актуальні, незалежні та швидкі. Дата оновлення — 2026, всі ресурси працюють.

    Якщо ви шукаєте швидкий доступ до кількох якісних українських медіа без зайвих зусиль, цей каталог збереже ваш час. Пригодиться тим, хто звик до мінімалістичних інтерфейсів і прагне мати коротку добірку якісних сайтів.

  5. Натрапив на цікавий сайт для тих, хто стежить за українськими медіа. На ресурсі oglyadoviy.space представлено лаконічний каталог перевірених новинних джерел під назвою «Медіа-гід».

    Сайт не створює власний контент, а виконує роль незалежного навігатора. Домашня сторінка містить лаконічні описи кількох українських медіа з активними посиланнями на них. На березень 2026 року в каталозі перелічені:

    – KalushCity – новини Калуша та Прикарпаття (Калуш та Івано-Франківщина): події громади, самоврядування, комунальні питання, інтерв’ю.
    – НГУ Аналітика – незалежне інформаційне агентство з акцентом на політику, економіку й розслідування.
    – IZUM – ресурс про життя та культуру: надихаючі історії, соціальні проєкти, культурні події.
    – Gelios – техно-погляд: енергоефективність, інновації, бізнес-кейси, еко-новини.

    Автор позиціонує «Медіа Гід» як каталог новинних медіа зі простим доступом до українських джерел. У верхній частині сторінки зазначено, що кожне джерело верифіковане. За стилем – лаконічно, сучасно, без зайвого.

    Тим, хто шукає незалежні медіа України без політичної ангажованост, цей ресурс дозволить легко знайти кілька перевірених варіантів. Підійде тими, хто формує власну добірку якісних джерел.

  6. Нашёл один интересный сайт — аккуратный путеводитель надёжных новостных и аналитических медиа Украины. Имеет название «медіа-путівник». Сайт не выдает себя за средство массовой информации, а всего лишь собирает ссылки на региональные и тематические независимые проекты.

    Сам каталог находится здесь: aeguewquweef.space.

    На главной странице представлено ряд изданий с лаконичным описанием:

    – Идеи для нас — интервью, аналитика, гражданская мысль.
    – NS-Plus — новости Черниговщины и Украины (экономика и культура).
    – Правда Тут — расследования, правозащитная журналистика, фактчекинг.
    – Взгляд — новости Буковины, политика, спорт, интервью.
    – kokl.ua — новости Кировоградщины, местная хроника, расследования.
    – EuroFest — культурный портал (фестивали, евроинтеграция, творчество).

    Создатель утверждает, что ссылки обновляются каждый день и называет это «справочник информационных ресурсов Украины со свободным доступом». Визуально — минималистично, со кнопками-ссылками. Если вы ищете региональные или аналитические СМИ без откровенной политической ангажированности, возможно, этот путеводитель сэкономит время на поиск.

    Пригодится тем, кто подбирает независимые новостные ресурсы Украины.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *