Anabella – Rozdział CCLVII
– Isabelle? – zagadnęła Chloé, zajrzawszy do sali, gdzie cały zaangażowany w przygotowywanie wystawy zespół intensywnie dopracowywał jej szczegóły. – Mogę cię prosić na słówko?
– Oczywiście – Iza poderwała się natychmiast od stołu, wymieniając nieco zdziwione spojrzenia z Martą. – Już idę.
Był piątek, a ponieważ w weekend większość zespołu miała wolne, wszyscy pracowali dziś na najwyższych obrotach, by na poniedziałek przygotować w ostatecznej formie kluczowe pliki z projektami poszczególnych plansz przed wysłaniem ich do produkcji. Otwarcie wystawy miało się odbyć już w następną sobotę, a ponieważ do tego czasu należało nie tylko przygotować plansze, ale też dokonać ich instalacji w wielkim holu Centrum oraz zorganizować całą poboczną logistykę, działania ekipy musiały nabrać bardzo dynamicznego tempa.
Iza i Marta już w połowie tygodnia były gotowe ze swoim materiałem na temat Polski, dlatego po akceptacji projektu przez Chloé, chętnie przystąpiły do pomocy dwóm innym koleżankom, Aurélie i Sandrine, które wciąż pracowały nad innymi krajami Europy Wschodniej. Informatycznie nadal wspierał je w tym Cédric, który w tych intensywnych dniach bywał w Centrum prawie codziennie i wraz z kolegą Jerôme czuwał nad wizualną spójnością całości.
– Siadaj – Chloé życzliwym gestem wskazała Izie krzesło w swoim gabinecie. – Chcę porozmawiać z tobą o wystawie.
– Czechy i Słowacja już prawie skończone – zameldowała Iza. – Zostały tylko szczegóły w grafice, ale powinniśmy to zamknąć dzisiaj.
– Nie o to chodzi – uśmiechnęła się z lekkim rozbawieniem Chloé. – Do waszych plansz nie mam żadnych zastrzeżeń, a o logistyce przed otwarciem porozmawiamy w poniedziałek wszyscy razem, jest na to jeszcze czas. Mam na myśli dalszy etap, czyli wypożyczenie wystawy do Brukseli, na te targi międzynarodowe.
– Aha… rozumiem – pokiwała głową Iza, natychmiast wyświetlając sobie przed oczami twarz Arthura.
– Decyzja o wypożyczeniu oczywiście zapadła – ciągnęła Chloé. – To dla nas świetna okazja do pokazania się i nawiązania współpracy z różnymi podmiotami w obszarze promocji nie tylko kultury, ale też biznesu i technologii. Zresztą poniekąd po to w ogóle robimy tę wystawę. Ale do rzeczy. Dostałam prośbę, żeby w skład delegacji, która pojedzie do Brukseli, włączyć też ciebie. Podobno wyraziłaś na to wstępną zgodę – spojrzała na nią pytająco.
– Tak – przyznała ostrożnie Iza. – Rozmawiałam o tym z panem Arthurem Dubois.
– Otóż to. Panu Dubois bardzo zależy, żebyś tam pojechała. Co prawda nie nalega i uzależnia to od twojej decyzji, ale poprosił mnie, żebym oficjalnie zaproponowała ci ten wyjazd w ramach delegacji z Liège. To będzie dopiero pierwszego kwietnia, więc mamy jeszcze prawie dwa tygodnie na organizację, ale chcę to ustalić z tobą już teraz. Wiem, że w tej opcji musiałabyś przebukować bilet do Polski, żeby wracać nie stąd, tylko z Brukseli. Dobrze zrozumiałam?
– Tak. Mamy z Marthe zarezerwowane bilety z Liège do Warszawy na pierwszego kwietnia. Gdybyśmy jechały z wystawą do Brukseli… bo gdybym miała jechać, to oczywiście tylko z nią – spojrzała znacząco na Chloé, która pokiwała głową i machnęła ręką na znak, że to nie problem – to potem oczywiście już nie wrócimy do Liège, tylko odlecimy sobie do Polski prosto stamtąd. Taki był wstępny plan i tak zasugerował mi też pan Dubois.
– Czyli zgadzasz się na wpisanie cię do składu delegacji? – upewniła się Chloé. – Będą się z tym wiązały dodatkowe obowiązki, czyli praca przy instalacji i dezinstalacji wystawy w Brukseli, a także pomoc przy obsłudze zwiedzających. To będzie bardzo intensywny dzień, a właściwie dwa, bo prace de facto trzeba będzie zacząć wcześniej.
– Zgadzam się, oczywiście – skinęła głową Iza. – Ja się pracy nie boję, to będzie dla mnie wręcz przyjemność. Ale zabieramy do Brukseli też Marthe – zastrzegła po raz drugi.
– Tak, Marthe też, dla nas to tym lepiej – potwierdziła spokojnie Chloé. – Może to zabrzmi nieelegancko, ale pragmatyczne korzyści są takie, że jako stażystkom przysługuje wam niższe wynagrodzenie za dodatkową pracę niż pracownikom etatowym. Więc nam to się wręcz opłaca.
– Rozumiem – uśmiechnęła się Iza. – Z kolei nam jakoś szczególnie nie zależy na dodatkowym wynagrodzeniu, o wiele ważniejsze jest doświadczenie.
– Dostaniecie i wynagrodzenie, tego nie da się ominąć, ale skoro po zakończeniu wystawy nie wracacie do Liège, tylko zostajecie w Brukseli, zakwaterowanie w hotelu na noc z pierwszego na drugiego kwietnia będziecie musiały opłacić sobie same – podkreśliła. – My niestety nie będziemy mogli pokryć tego kosztu.
– Oczywiście, to żaden problem, Chloé – zapewniła ją ciepło Iza. – Wpisz nas w takim razie w skład delegacji, a my zajmiemy się przebukowaniem biletów na samolot. I dziękuję, że mówisz mi to dziś, a nie w ostatniej chwili, to da nam czas na spokojne przeorganizowanie się.
– To ja dziękuję tobie, Isabelle – uśmiechnęła się Chloé, podnosząc się z krzesła i wyciągając do niej rękę. – I wiesz, co ci powiem, tak między nami? Gdybyś nie była zagraniczną stażystką w ramach programu uczelnianego i mogłabym zatrzymać cię u nas na stałe, nie wahałabym się ani chwili. Świetnie się z tobą pracuje.
Iza również poderwała się i chętnie uścisnęła jej dłoń.
– Dziękuję – odwzajemniła jej uśmiech. – Mnie z wami też.
– A teraz wracaj do swoich zadań – dodała służbowym tonem Chloé. – Ja już zajmę się formalnościami.
***
– Jedziemy do Brukseli? – ucieszyła się Marta. – To super, nie sądziłam, że to plan na serio!
– Ale to nie będzie wyjazd turystyczny – zaznaczyła Iza, wyjmując telefon i zerkając na pulpit powiadomień. – Jedziemy tam z wystawą, to będzie ciężki dzień harówki na pełnych obrotach.
Na ekranie wyświetlało się nieodebrane połączenie od Amelii, która w ostatnich dniach dzwoniła do niej bardzo często w związku z sytuacją w Korytkowie. Iza pokiwała więc tylko lekko głową i schowała telefon z powrotem do kieszeni.
– No przecież wiem – wzruszyła ramionami Marta. – Nie musisz mi mówić, że nie jesteśmy na wakacjach. Ale przynajmniej zobaczymy Brukselę, nie?
– Jeśli chcesz pozwiedzać miasto, to jest to do rozważenia – odparła spokojnie Iza. – Tyle że na drugi dzień musiałybyśmy polecieć do Warszawy dopiero wieczornym lotem. O ile taki w ogóle jest.
– Sprawdzę – zapewniła ją Marta. – I tak trzeba przebukować bilety, a ponieważ to ja je zamawiałam, to zajmę się i tym. To byłoby fajne rozwiązanie, Iza, bo jak ta wystawa będzie w czwartek i po niej już będziemy wolne, to pół piątku mamy na zwiedzanie. Wiadomo, że na takie miasto to i tak niewiele, ale przecież zawsze coś.
– Dokładnie – zgodziła się Iza. – Lepiej zobaczyć cokolwiek, choćby parę rzeczy w centrum, niż nic. Poszukaj w takim razie tych lotów i zdecydujemy, na który się zabrać, oczywiście jeśli jeszcze będą miejsca.
– Mhm, jak tylko dojdziemy na chatę, zrobię sobie coś do picia i wezmę się za to. A słuchaj – spojrzała na nią niepewnie. – Mogłabym dzisiaj znowu siąść na dwie godzinki na komputer? Wczoraj tak się rozkręciłam z licencjatem, że chętnie poszłabym za ciosem.
– Jasne, Martuś! – ucieszyła się Iza. – Świetnie się składa, właśnie miałam powiedzieć, że czeka mnie telefon do wykonania, a dzisiaj już nie mam siły na spacery, więc muszę to zrobić z domu. Zamknę się w takim razie w kuchni i pogadam tam sobie, a ty posiedzisz na kompie. Będę rozmawiać najciszej, jak się da, żeby ci nie przeszkadzać.
– Zrobimy inaczej – odparła stanowczo Marta. – To ja pójdę z kompem do kuchni, przecież i tak muszę siedzieć na krześle, więc wszystko mi jedno, a ty walniesz się na łóżko i będziesz sobie gadać na leżąco. Myślisz, że nie widzę, jaka jesteś zmachana? I że wczoraj znowu pół nocy nie spałaś? Muszę o ciebie zadbać w ten weekend, bo jak mi się wykończysz, to jak ja sama sobie poradzę?
Iza parsknęła śmiechem.
– Poradziłabyś sobie, spokojnie. A o mnie się nie martw, jutro mam zamiar cały dzień odpoczywać, może też na godzinkę zajrzę do licencjatu, ale to dopiero jak się porządnie wyśpię. Za to pamiętaj, że w niedzielę jedziemy na obiad do Bressoux – spojrzała na nią znacząco. – Tym razem już się chyba nie wymigasz, co?
– Nie, drugi raz to by było nieeleganckie – przyznała Marta. – Jadę z tobą, jak najbardziej.
– Bo co? Cédric nie zapraszał cię na motocykl? – uśmiechnęła się podstępnie Iza.
– Oczywiście, że zapraszał – wzruszyła ramionami. – Ale powiedziałam mu, że w niedzielę nie mogę. Chyba że umówię się z nim jutro – spojrzała na nią badawczo. – Na jakieś dwie-trzy godzinki, mogłoby być w czasie, kiedy ty będziesz pisać licencjat… Mogę?
– Mnie się pytasz? – zdziwiła się Iza.
– No pytam, a co! – odparła żartobliwym tonem Marta. – Muszę przecież zapytać o pozwolenie moją ciotkę-przyzwoitkę, nie? Bez twojej autoryzacji nigdzie nie pojadę.
„Bez mojej autoryzacji” – powtórzyła z przekąsem w myśli Iza, wspominając utrzymane w podobnym duchu żarty Majka. – „No tak… przecież taka jest moja główna rola życiowa. Autoryzować szczęście innych.”
– A gdzie byście jechali? – zapytała.
– Nie wiem jeszcze, powiedział, że ma świetny pomysł, ale to jest niespodzianka – wyjaśniła od niechcenia Marta. – Mam się dowiedzieć dopiero, jak się zdecyduję.
– I znowu będziecie tylko sam na sam?
– Pewnie tak. Ale co z tego? – znów wzruszyła ramionami. – Tamtym razem poradziłam sobie z emocjami, to i tym dam radę. To będzie dla mnie wręcz kolejna świetna okazja do walki ze sobą, o ile oczywiście będzie taka konieczność – zaznaczyła. – Bo chyba widziałaś, jak Cédric zachowuje się w pracy? W tym sensie, że nie robi żadnych głupich ruchów?
– Pełna profeska – przyznała Iza. – Obserwowałam was przez cały tydzień i faktycznie nie zauważyłam z jego strony żadnych pozazawodowych zajazdów… no, może tylko tyle, że bez przerwy na ciebie zerka, kiedy tego nie widzisz – dodała niewinnie.
– Serio? – uśmiechnęła się z zadowoleniem Marta.
– Mhm. Ale to może zauważyć tylko ktoś wtajemniczony.
Drgnęła na dźwięk własnych słów, natychmiast przypominając sobie „spisek” Justyny i niedawny komentarz Ani.
Jak się jest wtajemniczonym w sprawę, to łatwiej połączyć kropki.
Czy już zawsze wszystko będzie jej się z tym kojarzyć? Autoryzacja, wtajemniczenie… niby neutralne słowa, ale ona łączyła je natychmiast tylko z jednym. I to było takie męczące!
– Tak – przyznała rozpromieniona jak słońce Marta. – Ja też to wyczuwam, nawet kiedy niby nie patrzę na niego… i w ogóle wyczuwam z jego strony takie… czy ja wiem?… można to chyba nazwać zainteresowaniem. Ale, jak sama widzisz, na tyle przyhamowałam tempo, że nic wielkiego się nie dzieje. A przecież o to chodziło.
– Zgadza się – skinęła z powagą głową Iza. – Dlatego ciotka-przyzwoitka po rozpatrzeniu sprawy przychyla się do wniosku i niniejszym wydaje oficjalną zgodę na jutrzejszą wycieczkę motocyklową.
– Hurra! – zaśmiała się Marta, zatrzymując się na środku chodnika, aby ją uścisnąć. – Dziękuję, kochana ciociu!
– Oczywiście pod warunkiem, że nadal będziesz się pilnować – zaznaczyła surowym tonem Iza. – Bo jak nie, to… – pogroziła jej żartobliwie palcem.
Marta zrobiła niewinną minkę, kiwając głową na znak, że będzie posłuszna, po czym wybuchła jeszcze większym śmiechem i ucałowawszy serdecznie Izę w policzek, pociągnęła ją za rękę w stronę kamienicy, w której mieszkały i od której dzieliło je już tylko kilkadziesiąt metrów.
***
Kiedy, zgodnie z planem, Marta zamknęła się z laptopem w kuchni, wykąpana pod prysznicem i zawinięta w szlafrok Iza wyciągnęła się wygodnie na łóżku z zamiarem oddzwonienia do Amelii. Najpierw jednak postanowiła na kilka minut zamknąć zmęczone i piekące z niewyspania oczy, które, jak zauważyła przed chwilą w łazience, miały dość mocno zaczerwienione białka, co u niej było wyraźnym znakiem zbliżania się do granicy tolerancji. Otuliła się zatem kołdrą i uznawszy, że telefon może poczekać, z przyjemnością przymknęła powieki.
Marta miała rację – od dwóch nocy Iza spała bardzo źle, a ponieważ dniówki na stażu były teraz wyjątkowo intensywne, kumulacja zmęczenia sprawiała, że nie miała siły na spacer, i nawet jej ciekawość co do rozwoju afery w Korytkowie uległa przez to znaczącemu osłabieniu. Zdecydowanie, w ten weekend musiała odespać zaległości, zwłaszcza że kolejny tydzień, w związku z ostatnimi przygotowaniami do otwarcia wystawy, również zapowiadał się pracowicie.
Wiadomość sprzed dwóch dni na temat Weroniki i Michała Krzemińskiego wstrząsnęła nią na tyle, że dopiero teraz, wymęczona nawałem emocji, które bombardowały ją wszak nie tylko z tej strony, powoli zaczynała wracać do stanu względnej równowagi. A przecież sprawa nie dotyczyła jej osobiście, więc mogła tylko wyobrazić sobie, jak w tej sytuacji czuły się osoby bezpośrednio w nią uwikłane… Zwłaszcza Weronika i Alina, a także ich rodziny, bo jeśli chodzi o uczucia Krzemińskich, te akurat zupełnie jej nie obchodziły. Niemniej wydarzenia, jakie właśnie rozgrywały się w Korytkowie, dotyczyły tak wielu płaszczyzn własnego życia Izy i wywoływały w jej głowie tyle skojarzeń, że przez dwa pierwsze dni trudno jej było się po tych informacjach pozbierać.
Prawdziwa twarz, jaką Michał pokazał już po raz kolejny, tym razem w wyjątkowo spektakularny sposób, była dla niej nie tyle kropką nad i (tę bowiem postawiła już dawno), co źródłem odnowionej traumy wynikającej z czegoś w rodzaju syndromu ocalonej ofiary. Odkąd we wrześniu ostatecznie przejrzała na oczy, nieraz prześladowała ją myśl o tym, że jeszcze trochę tego zaślepienia i mogłaby przypieczętować swój los w podobny sposób jak teraz Weronika, za pośrednictwem niewinnego dziecka, które na zawsze związałoby ją z osobą Michała. Jako że pewnym było, iż prędzej czy później zrozumiałaby, z kim ma do czynienia, sama wizja tego rodzaju odcięcia sobie drogi ucieczki od niego wywoływała w niej zgrozę, a co dopiero gdyby miała wcielić to w praktykę!
Porażająca nieodpowiedzialność i skrajny egoizm mężczyzny, w którym kochała się bezgranicznie przez kilkanaście lat, sprawiały, że nie tylko było jej wstyd, ale naprawdę czuła się jak ktoś, kto w ostatniej chwili uciekł z kataklizmu niosącego mu niechybną śmierć. Gdyby nie zbawienna terapia złamanych serc z Majkiem, być może to ona sama byłaby dziś na miejscu Weroniki i przejrzałaby na oczy dopiero teraz, czyli o wiele za późno. Iza bowiem była pewna, że odkochałaby się pół minuty po tym, jak z ust Michała padłaby propozycja „rozwiązania problemu”, tak jak swego czasu odkochała się Agnieszka, słysząc podobne słowa w ustach Rafała. Co prawda Weronika do tego stopnia tkwiła jeszcze w swoim zaślepieniu, że była w stanie powiedzieć Amelii, że nadal kocha Michała, jednak prędzej czy później i ona zrozumie, że tego człowieka po prostu nie warto kochać. Ona, Iza, miała to szczęście, że dzięki pomocy Majka zrozumiała tę życiową prawdę nie post factum, lecz zanim popełniła jakiś naprawdę brzemienny w skutki błąd.
Groteskowego smaczku całej sytuacji dodawał również fakt, że Iza miała na koncie pamiętny epizod z Victorem, ów zaś od dawna w wielu aspektach kojarzył jej się z Michałem. Ostatnie wydarzenia z Korytkowa jaskrawo potwierdziły to głębokie podobieństwo między nimi – obaj działali według tego samego schematu cynicznej gry na dwa fronty i de facto z tym samym skutkiem, choć oczywiście okoliczności w obu przypadkach były inne. Ironią losu było nawet to, że dosłownie kilka dni wcześniej na własne oczy zobaczyła Gaëlle idącą po ulicy Liège z dzieckiem Victora… Jednak w tym kontekście, biorąc pod uwagę własną pozycję w incydencie z Victorem, Iza identyfikowała się nie tyle z Weroniką co z Aliną, z tą tylko (fundamentalną) różnicą, że ona sama nigdy nie myślała poważnie o Victorze i nic do niego nie czuła, podczas gdy Alina była w Michale szczerze zakochana, a w dodatku za kilka tygodni miał się odbyć ich ślub.
W tym miejscu rysowała się też istotna różnica między tym, co wiedziała i przekazywała jej Amelia, a wiedzą, jaką dysponowała ona sama. O ile bowiem Amelia skupiała całą swą współczującą uwagę na Weronice, siłą rzeczy lekceważąc dramat Aliny, której nie znała osobiście, o tyle Iza, znając je obie, wręcz Alinę może nawet lepiej niż Weronikę, patrzyła na tę sprawę z obu stron jednocześnie, to zaś podwójnie obciążało jej psychikę. W tym kontekście emocjonalna scena zazdrości, jaką Alina zrobiła jej w lutym w Anabelli, nabierała innego sensu i tym bardziej poruszała serce. Iza rozumiała bowiem aż za dobrze, przez jakie piekło musiała obecnie przechodzić ta nieszczęsna dziewczyna, której jedyną winą było to, że, jak ona sama kiedyś, zakochała się bez pamięci w niewłaściwym mężczyźnie.
Tak czy inaczej, choć teoretycznie sprawa Michała, Weroniki i Aliny nie była powiązana z obecnymi rozterkami jej zakochanego serca, stała się kolejną obciążającą je cegłą, wywołując efekt kumulacji, który wyciskał z niej siły i nie pozwalał spokojnie spać. Jedynym, co odrobinę jej pomagało, była modlitwa w ulubionym kościele, dokąd wymykała się teraz codziennie, by tam, w ciszy i atmosferze duchowego skupienia, rozmawiać z Bogiem na wszystkie najcięższe tematy. Bóg co prawda milczał, ale tylko pozornie, Iza bowiem, wyczulona już teraz na rozmaite zbiegi okoliczności, które interpretowała jako znaki, nie miała wątpliwości, że On nie tylko wie, co ją dręczy, ale również podpowiada jej, jak z tym walczyć, zaś jej rolą jest po prostu dobrze te wskazówki odczytać.
Jeśli chodzi o Weronikę, z raportów Amelii wynikało, że sytuacja rozwijała się równie dynamicznie jak w przypadku grudniowej afery z Moniką Klimek, z tą tylko różnicą, że poza wąską garstką osób Korytkowo wciąż jeszcze o niczym nie wiedziało. Dyplomatyczne wysiłki Andrzejczakowej zmierzały do tego, by dla dobra Weroniki i jej dziecka nie zaogniać sytuacji, która i tak stała na ostrzu noża, zwłaszcza że starzy Krzemińscy na nowinę zareagowali bardzo źle, a ich pierwszą reakcją było stanowcze zaprzeczenie, by Michał miał z tym cokolwiek wspólnego. Aby nie dopuścić do rękoczynów, do których rwał się ojciec Weroniki, pierwsze spotkanie z Krzemińskimi zostało dość szybko przerwane, ci bowiem potrzebowali w spokoju rozmówić się z synem i dopiero dziś mieli po raz drugi spotkać się z Dyszakami i Andrzejczakową.
Iza nie miała wątpliwości, że Amelia dzwoniła po to, by zdać jej relację z drugiej ręki na temat tego właśnie spotkania, i była szczerze ciekawa jego wyniku, mając przy tym nadzieję, że będzie on jak najbardziej korzystny dla Weroniki. Jednak perspektywa długiej i emocjonującej rozmowy przez telefon wyglądała tak męcząco, że najpierw wolała poleżeć nieruchomo w ciszy i z zamkniętymi oczami, aby choć trochę się zregenerować, a dla odciążenia umysłu skupić uwagę na czymś innym. Na czymś lub na kimś… więc cóż… wybór oczywiście szybko padł na tego, za którym najbardziej tęskniła.
Choć temat Majka również mocno szarpał jej nerwy i nieuchronnie powracał w każdej modlitwie, nawet tej poświęcanej innym osobom, różnił się od pozostałych tym, że bez względu na wszystko myśli o nim sprawiały jej przyjemność – czasem, owszem, bolesną, ale jednak przyjemność. Zresztą, nauczona doświadczeniem z ostatniej rozmowy na Passerelle Saucy, kiedy sam dźwięk jego głosu w ułamku sekundy wyciągnął ją z czarnego dna rozpaczy i przynajmniej czasowo zaleczył jej ciężko poranioną duszę, Iza metodycznie uczyła się myśleć o nim w dwóch trybach, z których każdy był jej potrzebny na inną okoliczność.
Pierwszy z nich był trybem pełnym, tudzież podstawowym, obejmował zatem wszystko, co wiązało się z Majkiem – pracę, przyjaźń, codzienne wyzwania, ale i Natalię, której postać nie tylko czyniła miłość do niego niemożliwą do spełnienia, ale była też zapowiedzią głębokiego cierpienia, jakie ją czekało. Był to tryb nastawiony na przyszłość, która niestety jawiła się Izie w ciemnych barwach, dlatego wywoływał ciężkie refleksje i wzbudzał niekończące się dylematy związane z tym, co powinna zrobić, by zarówno ona, jak i on ponieśli przy tym jak najmniej strat.
Drugi tryb, ten, w którym ćwiczyła się dopiero od kilku dni, był trybem w wersji light, oczyszczonym ze wszystkiego, co złe, a skupionym jedynie na tym, co dobre i bezpieczne dla spokoju serca. W tym toku myślenia, czy też raczej rozważania przyjemnych obrazów z przeszłości, było wszystko oprócz Natalii, jej postać bowiem nie miała tu dostępu, jakby nie istniała. Wszak wszystko inne poza nią było samą radością i szczęściem, spokojnym status quo okraszonym cichą, rozpierającą piersi nadzieją, że może kiedyś… Był to zatem tryb przeszłości z elementami przyszłości alternatywnej i aurą nie do końca sformułowanego lecz otwartego marzenia, któremu nikt nie podciął jeszcze skrzydeł na tyle, by stało się niszczącym złudzeniem.
Co prawda oba te tryby wciąż ze sobą interferowały, wejście w ten drugi najczęściej trwało krótko i kończyło się przebudzeniem świadomości oraz bolesnym powrotem do rzeczywistości, jednak nawet tych kilka minut, jak wówczas na kładce nad Mozą, było dla wymęczonej duszy Izy zbawienną odskocznią, ratunkowym rajdem w stronę księżyca, który jak zawsze miał szare oczy Majka. Teraz też, leżąc w wygodnym łóżku z przymkniętymi powiekami, na kilka minut odpłynęła w tę cudowną księżycową przestrzeń, gdzie nie miały dostępu żadne smutki i problemy, lecz wypełniały ją po brzegi jedynie blask ukochanych oczu, delikatna mgiełka zapachu wody kolońskiej i brzmienie głosu, którego pragnęłaby słuchać aż po kres swych dni.
Z Majkiem była w kontakcie smsowym, wiedziała więc, że kończy przygotowania do Dnia Francuskiego, który nazajutrz miał się odbyć w Anabelli i w trakcie którego planowana była akcja zbierania pieniędzy na rzecz Karolinki. Miała zamiar zadzwonić do niego w niedzielę, aby skorzystać z pretekstu i zapytać o efekty zbiórki, a tak naprawdę głównie po to, by po prostu usłyszeć jego głos. Tak potwornie już za nim tęskniła! Od dnia, kiedy ostatni raz widziała go na żywo, minęło trzy i pół tygodnia, niebawem minie pełny miesiąc, a choć staż był już za połową i nieuchronnie zbliżał się do końca, widmo kolejnych kilkunastu dni rozłąki wydawało jej się całym wiekiem. Z drugiej strony bała się powrotu do Lublina i tego, co ją tam czekało, nawet jeśli wielkanocny termin status quo faktycznie obowiązywał, co wcale nie było pewne. O tym jednak teraz nie chciała myśleć. To nie ten tryb. Teraz liczyło się tylko to, żeby choć przez chwilę, w obłoku kontrolowanego marzenia, poczuć namiastkę jego obecności.
Wkrótce jednak, zgodnie z naturą Izy, obowiązek musiał wziąć górę nad przyjemnością, dziewczyna zatem niechętnie otworzyła oczy, leniwym gestem sięgnęła po telefon i wybrała numer Amelii.
– Co tam, Melciu? – zagadnęła. – Dopiero teraz mogę oddzwonić. Jakieś nowiny?
– Bardzo złe – odparła ponuro siostra.
– To znaczy? Co się stało?
– Niestety eskalacja – wyjaśniła z poirytowaniem. – Wszystkie próby dyplomatycznego załatwienia sprawy możemy, mówiąc delikatnie, wrzucić do kosza, nawet Andrzejczakowa jest wściekła, a co dopiero rodzice Weroniki. Krótko mówiąc, koniec dyskusji z Krzemińskimi, z nimi po prostu nie da się dyskutować.
– Ale co powiedzieli? Rozmawiali z Michałem?
– Tak, a on wszystkiego się wyparł, wyobrażasz sobie? Powiedział im, że to jakaś bzdura i pomówienie, jakie znowu dziecko? Weronikę zna tylko trochę z widzenia, rozmawiał z nią może dwa razy, a i to tylko w sklepie, nigdy w życiu nawet palcem jej nie dotknął.
– Drań! – syknęła oburzona Iza, podrywając się z poduszki i siadając z telefonem na łóżku.
– Drań? To zbyt delikatne określenie! – prychnęła równie oburzona Amelia. – Nie będę nazywać go po imieniu, bo nie chcę się wyrażać, inni robią to za mnie o wiele lepiej, zwłaszcza Dyszak. W sumie oboje z Robciem zaczynamy dochodzić do wniosku, że on od początku miał rację, trzeba było od razu dopaść Michała i porządnie dać mu po pysku. A dopiero potem zaczynać rozmowę z Krzemińskimi.
– Czyli oni mu uwierzyli?
– Oczywiście. Jak mieli nie uwierzyć ukochanemu synciowi? Zresztą sami już w środę, jeszcze bez porozumienia z nim, stanowczo zaprzeczali, jakoby miał z tym cokolwiek wspólnego. Tyle że wtedy to było zrozumiałe, byli w ciężkim szoku i ewidentnie wypierali tę informację, nie byli w stanie przyjąć jej do głowy. I dla nich, i dla Michała to przecież katastrofa, nie tylko jeśli chodzi o wizerunek, ale przede wszystkim o sprawy finansowe. Ślub z tą Aliną to nie tylko jego prywatna sprawa, ale też fuzja firm, świetlana przyszłość rodzinnego biznesu, a teraz to wszystko stanęło pod znakiem zapytania… No, ale co nas to obchodzi? Trzeba było wcześniej myśleć głową, a nie czym innym.
– Teraz czas wziąć odpowiedzialność za swoje czyny – przyznała Iza. – Z Monią Klimek de facto mu się upiekło, bo odpowiedzialnym człowiekiem okazał się Darek i to on wziął na siebie cały ciężar sytuacji. Ale teraz konsekwencje będzie musiał ponieść Michał.
– No tak, tylko że on właśnie próbuje się z tego wykręcić! Nie jego dziecko, on Werkę zna tylko z widzenia, a do Czech w wiadomym celu kazał jej jechać chyba święty Mikołaj!
– Ale przecież na to są dowody, nie? Nawet jeśli spotykali się z Werą w tajemnicy i nikt ich nie widział, to na ten wyjazd na Czechy jakieś kwity chyba muszą być?
– Rzecz w tym, że nie ma nic – odparła ponuro Amelia. – Nic oprócz tego, co mówi Werka, a to jest tylko słowo przeciwko słowu. Drań dobrze się zabezpieczył, nie zostawił żadnych śladów, nigdzie nie podał swojego nazwiska, nawet smsy czy połączenia nie są bezpośrednim dowodem, bo kontaktował się z nią z osobnego numeru, a pod żadną wiadomością do niej nie podpisał się nawet imieniem, nie mówiąc już o nazwisku.
– Skąd to wiesz?
– Dyszak sprawdził, Wera już w środę pokazała mu swój telefon i całą historię korespondencji z Michałem. Nie ma tam żadnego podpisu, równie dobrze mogłyby to być smsy od każdego innego, dowolnego faceta, nie ma nawet nazwy Polany, bo cwaniak zabronił jej używać jej w smsach. Kiedy umawiali się w willi w Polanach, pisał o niej TAM, dużymi literami, i Werce kazał pisać tak samo, to był ich tajny szyfr. Na Czechy też nie ma dowodów, bo Wera jechała tam sama, Michał załatwił jej wszystko, ale tylko i wyłącznie na jej nazwisko, sam nie figuruje nigdzie.
– E, nie przesadzajmy, to by się dało szybko ustalić – skrzywiła się Iza. – W dzisiejszych czasach nie da się zrobić czegokolwiek, żeby nie zostawić śladów, skoro opłacił jej ten zabieg, to pewnie jakieś przelewy poszły… no chyba że płacił w gotówce, ale i tu musiałby mieć jakichś pośredników. No i ten drugi numer telefonu… przecież musiał go zarejestrować, a wątpię, żeby zrobił to na czyjeś dane, raczej wziął na siebie.
– No tak, tylko że to nie jest sprawa w sądzie o przestępstwo ani policyjne śledztwo – zauważyła Amelia. – A tylko sąd albo policja może dostać dostęp do danych osobowych w telefonii czy w banku, Dyszakowie czy Andrzejczakowa sami takich dowodów nie zdobędą, a do zgłaszania sprawy na policję nie ma przecież podstaw.
– Prawda – przyznała ponuro Iza. – No to w takim razie testy DNA.
– Tak jest, to właściwie jedyny sposób, żeby udowodnić mu cokolwiek, ale zdaje się, że musiałby się na takie testy zgodzić, poza tym można je bezpiecznie zrobić chyba dopiero, jak dziecko się urodzi. Ten temat jest dopiero do zgłębienia, do dzisiaj jeszcze była szansa, że to nie będzie konieczne, ale, jak widać, niestety będzie… Rodzice Wery są na jutro umówieni do Giziaka, będą z nim rozmawiać o całej sytuacji.
– O, dobry pomysł! Pewnie wy im to załatwiliście?
– Skąd wiesz? – zdziwiła się Amelia.
– Tak zgaduję, świetnie się przecież znacie z panem adwokatem. Trafiłam?
– W punkt. Tak, to ja dzwoniłam do niego w tej sprawie, Dyszakowie i Andrzejczakowa poprosili mnie o to od razu po powrocie od Krzemińskich. Udało mi się złapać go w kancelarii i umówić ich na jutro. On wprawdzie w soboty nie pracuje, ale na moją specjalną prośbę zgodził się zrobić wyjątek – podkreśliła nie bez dumy. – A ja bardzo się z tego cieszę, bo sprawa jest poważna i przez weekend jeszcze dużo może się zdarzyć.
– Wyobrażam sobie. Czyli sytuacja eskaluje głównie przez to, że Krzemińscy idą w zaparte?
– Nie tylko. Też przez to, jak się zachowują i co mówią. Andrzejczakowa nie chciała nam powtarzać tego, co mówili a propos Wery, jak się o niej wyrażali, ale można się domyślić, nie? Ona sama wyszła z tej rozmowy autentycznie wściekła, dawno już jej w takim stanie nie widziałam. Natomiast formalnie, z punktu widzenia jutrzejszej rozmowy z Giziakiem, oczywiście najważniejsze jest to, że Michał wszystkiego się wypiera, już teraz widać, że jego główną linią obrony jest głoszenie tezy, że został wrobiony… biedne niewiniątko, tfu! Więc trzeba jakoś zabezpieczyć prawnie interes Weroniki.
– Tak jest – zgodziła się Iza. – Tu rzeczywiście nie wolno odpuścić. Tym razem Michał naprawdę przeholował i powinien za to zapłacić, na pewno nie można dopuścić do tego, żeby uszło mu na sucho. Tyle że kwestia formalno-prawna to jedno, a jest przecież jeszcze ta druga, de facto ważniejsza… kwestia relacyjno-uczuciowa. Powiedz mi, jak się trzyma Weronika?
– Nie najlepiej – westchnęła Amelia. – Znaczy, na pewno lepiej niż dwa dni temu, kiedy przyjechała do nas z Czech, ale i tak jest zdruzgotana, płacze, trzęsie się, a przecież w jej stanie powinna mieć jak najwięcej spokoju.
– No właśnie – przyznała smutno Iza. – Jeszcze to, odpukać, źle wpłynie na dziecko… A co ono winne, że ma takiego ojca?
– Nic nie jest winne i trzeba zrobić wszystko, żeby to się na nim jak najmniej odbiło. Dlatego dobrze by było jak najszybciej wyklarować tę sytuację, nie ciągnąć tego tygodniami… tylko jak to zrobić? Jeśli Michał nadal będzie się twardo wszystkiego wypierał, to wiadomo, że to się szybko nie skończy, a Wera będzie przez to tylko bardziej cierpieć. Od wyjazdu do Czech nie kontaktował się z nią ani razu, wiesz? – dodała.
– Nie dziwi mnie to. Pewnie boi się, żeby ktoś go nie nagrał, albo z nią nie zobaczył.
– Pewnie tak. Całkowicie uciął kontakt, o tym, że uciekła z zabiegu, prawdopodobnie dowiedział się dopiero od swoich rodziców albo od tych pośredników, z którymi to załatwiał, bo jej samej o to nawet głupim smsem nie zapytał. Nic, ani czy wszystko się udało, ani jak się czuje, ani czy wróciła szczęśliwie do domu… nic a nic. Jakby rzeczywiście nigdy się nie znali.
– A to dla niej kolejny cios – pokiwała smętnie głową Iza. – Założę się, że wolałaby, żeby ją ochrzanił, nawet zrobił awanturę, ale w jakikolwiek sposób był. A on po prostu zerwał z nią kontakt i cześć.
„Jak to on” – pomyślała z przekąsem. – „Kto zna ten jego idiotyczny styl lepiej niż ja?”
– Dramat – przyznała Amelia. – Tak zachowuje się tylko kompletny dupek, dlatego nie rozumiem Werki, która po tym wszystkim nadal twierdzi, że go kocha… no, chyba że od środy już zmieniła zdanie, co wcale by mnie nie zdziwiło. Tak czy inaczej Michał nie odzywa się do niej i tylko z reakcji Krzemińskich wiemy, że już się dowiedział o jej ucieczce z Czech, bo w Korytkowie oczywiście go nie ma. Pewnie siedzi w Warszawie u narzeczonej, a ta, biedna, jeszcze o niczym nie wie… Ale się dowie – dodała stanowczo. – Jeśli myślą, że zachowają to przed nią w tajemnicy, to bardzo grubo się mylą. Ta dziewczyna ma prawo wiedzieć i dowie się już niedługo, a co z tym dalej zrobi, to już jej sprawa.
– Skąd wiesz, że się dowie? – zaciekawiła się Iza. – Kto ją o tym poinformuje?
– Korytkowo – odpowiedziała spokojnie Amelia. – Wystarczy, że ta informacja pójdzie po wiosce, Alina przecież czasem tu przyjeżdża, ma też już na pewno swoje wtyczki, więc dowie się od razu. Matylda Andrzejczakowa dzisiaj jasno powiedziała: jeśli do końca weekendu Krzemińscy nie wycofają się ze swojego obecnego stanowiska, to koniec tajemnicy, nikt nie będzie dłużej tego krył.
– No, ale… co z Weroniką? – zaniepokoiła się Iza. – Przecież ta plotka uderzy też w nią.
– Trochę tak, ale jednak nie tak bardzo jak w Michała – odparła z przekonaniem Amelia. – Dyskutowaliśmy dzisiaj o tym i w tym punkcie nie ma wątpliwości, Iza. O stanie Wery prędzej czy później i tak wszyscy się dowiedzą, tego przecież na dłuższą metę nie da się ukryć, a jeśli Michał dalej będzie wszystkiego się wypierał, to ukrywanie będzie wręcz działać na jej niekorzyść. On przecież za dwa miesiące bierze ślub… i co? Ma go sobie wziąć tak po prostu? A ona ma kryć jego występki kosztem samej siebie?
– Okej, tutaj zgoda – przyznała Iza. – Ale nie podoba mi się ta kolejność. Korytkowo powinno dowiedzieć się ostatnie, większe prawo do tej informacji na początek ma Alina.
– No tak… niby tak, chociaż z drugiej strony Alina to nie jest nasz problem, ją powinien poinformować Michał. I zresztą nie mamy do niej kontaktu, Krzemińscy nam go nie dadzą, to skąd niby mamy go wziąć?
„Ja mam kontakt” – pomyślała z przekąsem Iza. – „Ale nie ma mowy, żebym wam go dała i w ogóle żebym się wtrącała w takie rzeczy… absolutnie! To już chyba rzeczywiście lepiej, jak o sprawie poinformuje ją Korytkowo.”
– Okej, w pewnym sensie masz rację – ustąpiła niechętnie. – Najważniejsza w tym wszystkim jest Weronika, to o nią trzeba zadbać, a Michał swoje sprawy niech załatwia sobie sam. I rozumiem już, o co wam chodzi z tym puszczeniem informacji po wiosce… to dla Krzemińskich byłaby największa kara.
– Otóż to – przyznała Amelia. – Tyle że w tym momencie oni zachowują się irracjonalnie, jakby sami tego nie rozumieli. Zamiast zaprzeczać i iść w zaparte, powinni błagać Dyszaków o dyskrecję, zaoferować Weronice duże pieniądze, jakąś ugodę, cokolwiek… Wera przecież wie, że Michał nie chce tego dziecka, i liczy się z tym, że nie będzie chciał go wychowywać, że będzie musiała zostać z tym sama, więc mogliby chociaż spróbować jakoś się z nią dogadać. I przede wszystkim potraktować ją z należnym szacunkiem – dodała stanowczo. – Bo to, jak się teraz zachowują, kiedy o niej mowa, to jest po prostu skandal. Ale skoro wybrali opcję negowania faktów, to niestety muszą się liczyć z tym, że będą konsekwencje.
– Rozumiem – westchnęła Iza. – Może jeszcze to przemyślą?
– Mhm, mają na to czas do końca weekendu. Niech rozmówią się jeszcze raz z Michałem, może w końcu powie im prawdę. A co do Aliny, to ona i tak musi się dowiedzieć, ten jeden warunek Dyszak stawia twardo, dyskrecja przed sąsiadami, okej, ale nie przed narzeczoną Michała. Ona musi wiedzieć, ukrywanie przed nią tego faktu byłoby nieuczciwe i mogłoby spowodować dodatkowe komplikacje też dla Wery.
– No właśnie – przyznała smutno Iza. – Ja też jestem zdania, że Alina musi wiedzieć. I to bez względu na to, czy powstanie ta ugoda, o której mówisz.
– Na razie na żadną ugodę się nie zanosi – podkreśliła Amelia. – Krzemińskich poniekąd rozumiem, uwierzyli w ciemno Michałowi i trzymają się kurczowo wersji, że on nie ma z tym nic wspólnego, a Weronika bez sensu go pomawia. Swoją drogą Monia Klimek też go pomawiała, nie? Biedne, skrzywdzone przez cały świat niewiniątko, aż łzy się w oczach kręcą… Jak mówię, Krzemińskim nawet się nie dziwię, bronią się mentalnie przez totalną katastrofą, więc wierzą i chcą wierzyć w to, co mówi im syn, okej. Ale on? Niby taki spryciarz, a zachowuje się jak idiota, przecież każdy głupi jest w stanie przewidzieć, że w tej sytuacji strategia wypierania się ma bardzo krótkie nogi.
– Dokładnie, ja też o tym pomyślałam i bardzo mu się dziwię. Na dłuższą metę nie ma żadnych szans utrzymać takiej wersji i nie chce mi się wierzyć, że on tego nie rozumie. Moim zdaniem, ta reakcja to wyraz bardziej paniki niż wyrachowania.
– Możliwe – zgodziła się Amelia. – Ucieczka Werki z Czech musiała go zszokować, tego jednego prawdopodobnie nie przewidział. Zaplanował wszystko tak perfekcyjnie, że nie było tam miejsca na komplikacje, a tu nagle taki cios… z zupełnie niespodziewanej strony. Przecież Werkę miał całkowicie w garści, a to właśnie ona zrobiła mu dywersję. Myślał, że załatwi sprawę po cichu, zamiecie ją pod dywan i spokojnie weźmie ślub z Aliną, która nigdy o niczym się nie dowie. Z Werką po udanym zabiegu pewnie zerwałby definitywnie, wtedy faktycznie mógłby spokojnie wszystkiego się wypierać, Alinie nawciskałby jakiegoś kitu, a Wera nie miałaby już możliwości udowodnienia mu czegokolwiek. Plan idealny, tylko gnojek nie wziął w nim pod uwagę jednej prostej rzeczy. Tego, że kobieta ma instynkt macierzyński, który w podbramkowej sytuacji potrafi zagłuszyć wszystko inne.
– Tak jest – przyznała Iza. – Instynkt macierzyński i uczucia, z którymi trzeba się liczyć. A Michał nigdy nie liczył się z cudzymi uczuciami.
– Nie liczył się, aż w końcu się przeliczył – podsumowała Amelia. – Masz rację, Izunia, to negowanie faktów to może być u niego wyraz paniki, niewykluczone, że tylko chwilowej. Tak czy siak na razie jeszcze nikogo nie informujemy, póki co nadal poza Werą, Michałem i Krzemińskimi wiemy o tym tylko my, rodzice Wery i Andrzejczakowa. Jutro wprawdzie Dyszakowie jadą do Giziaka, ale nie będą mu podawać żadnych nazwisk, przedstawią tylko sprawę i poproszą o poradę prawną. On zresztą i tak nic by nikomu nie wygadał, więc informacja nadal jest zamknięta w ścisłym gronie, a powiem ci, że na przykład dla mnie to wcale nie jest łatwe. Jak sobie pomyślę, jaka Dorotka będzie na mnie zła, kiedy dowie się, że tyle czasu to przed nią ukrywałam… no, ale cóż. Ona teraz też ma swoje kłopoty, a gdybyśmy cokolwiek jej powiedzieli, nie byłoby szans na zachowanie tajemnicy.
– Oj, nie byłoby – przyznała Iza. – Trudno, Melu, na razie musicie jeszcze jakoś utrzymać tę bombę w ukryciu. A w ogóle jak czuje się tata Dorotki? Już dwa razy zaczynałaś mi o tym mówić i w końcu nie powiedziałaś.
– Słabo – westchnęła Amelia. – Po tym udarze wpadł w jeszcze większe otępienie niż wcześniej, nawet sam nie je, trzeba go karmić i w ogóle wszystko przy nim robić. Ma wdrożone leczenie, lekarze mówią, że jest duża szansa, że te zmiany się cofną i wróci do poprzedniego stanu, ale to potrwa, będzie wymagał długiej rehabilitacji. Na razie jeszcze leczą go dożylnie w szpitalu, ale w przyszłym tygodniu mają go wypisać. Z jednej strony to dla Dorotki dobrze, bo nie będzie musiała codziennie jeździć tyle kilometrów, ale z drugiej w domu będzie z nim miała jeszcze ciężej niż wcześniej. Ech… takie życie. Dobrze, że chociaż Marczuk i Siwcowie cały czas jej pomagają z tymi dojazdami, bez tego to już w ogóle by się nie wyrobiła na zakrętach.
– Siwcowie?
– No, Piotrek i Szymek. Raz jeden ją podrzuca, raz drugi, zwłaszcza na tygodniu, czasem też Robik, jak jedzie do Radzynia, a w weekendy wozi ją Marczuk. Po prostu kto jak i kiedy może. Robert teraz nieczęsto jeździ, ma po uszy roboty w Korytkowie, bo jak zima wreszcie się skończyła, wykańczanie hali ruszyło pełną parą. Więc to dobrze, że zadanie wożenia Dorki rozkłada się na kilka osób.
– Ale przecież Szymkowi Siwcowi to jest kompletnie nie po drodze – zauważyła przytomnie Iza. – Przyjeżdża specjalnie z Małowoli, żeby pomóc bratu? W tym sensie, że wozi ją, jak Piotrek nie może?
– Nie wiem, Izunia, nie pytaj mnie o szczegóły – odparła Amelia. – Jakoś tam się między sobą umawiają, ale możliwe, że jest tak, jak mówisz, bo Piotrek też ma teraz bardzo mało czasu. Nie dość, że pomaga Robertowi, to jeszcze ma na głowie przygotowania do ślubu, załatwianie tych różnych papierów…
– No właśnie, ślub – westchnęła Iza. – To przecież już niedługo. Aga chce, żebym była jej świadkiem, a ja nic się nie udzielam w tych przygotowaniach… Zaczynam mieć już przez to wyrzuty sumienia.
– Niepotrzebnie – zapewniła ją ciepło Amelia. – Wiem zresztą, że Agnieszka zamierza niebawem do ciebie zadzwonić, ale te przygotowania to z twojej strony nie będzie nic wymagającego, bo oni żadnej wielkiej imprezy nie robią. Najwięcej roboty mają z załatwianiem papierów i to się jeszcze pociągnie i po ślubie, Piotrek chce jak najszybciej przysposobić Pepusia, żeby we troje mogli stać się oficjalną rodziną i figurować pod jednym nazwiskiem. Bardzo mu na tym zależy. A swoją drogą popatrz, jaka różnica między nim a Michałem Krzemińskim – dodała twardszym tonem. – Piotrek to jego rówieśnik albo prawie, a jeśli chodzi o dojrzałość i odpowiedzialność, to nie ma porównania.
– Nie ma porównania – przyznała jak echo Iza.
– No, ale dobrze, Izunia, ja ci tu już trzeci dzień gadam i gadam o Werce i Michale, a jeszcze ani razu nie zapytałam, co u ciebie – zreflektowała się siostra. – Mów, kochanie. Jak tam wasza wystawa? Zdążycie ze wszystkim w terminie?