Anabella – Rozdział CCLVI
– Isabelle, mamy jeszcze foldery z programem festiwalu filmowego? – zapytała Romane w ferworze obsługi kłębiących się w sklepiku z pamiątkami klientów. – Czy poszła już ostatnia paczka?
– Obawiam się, że poszła ostatnia – odparła Iza, schylając się pod ladę i przeglądając leżące tam pakunki z ulotkami. – Chyba że mają jeszcze coś na górze… poczekaj, zadzwonię do Mireille i zapytam.
– Okej, dzięki!
Iza cofnęła się na zaplecze sklepiku i sięgnęła do kieszeni po telefon. Jednak zanim wykonała połączenie do Mireille, zastępczyni Chloé, która była odpowiedzialna za zaopatrzenie sklepiku dla turystów, na pulpicie zauważyła powiadomienie o kilku nieodebranych połączeniach od Amelii.
„Coś się stało?” – zaniepokoiła się. – „Zaraz… może napisała jakiś sms?”
Nerwowym gestem otworzyła skrzynkę smsową – rzeczywiście, czekała tam na nią wiadomość od siostry, dosłownie sprzed pół godziny.
Iza, chciałabym z Tobą pogadać, to nie jest mega pilne, po prostu oddzwoń w wolnej chwili, dobrze? Może być wieczorem. Pozdrowienia, A.
Odetchnęła zatem z ulgą i pośpiesznie przeszła do listy kontaktów, by wybrać numer Mireille. Dzień był pracowity, zwłaszcza że dziś była tu z Romane sama, podczas gdy Marta i Emma pracowały z Cédrikiem i Jerôme nad wystawą, bowiem w tym względzie czas coraz bardziej zaczynał już gonić. Niemniej przez całą resztę dniówki zastanawiała się, o czym chciała porozmawiać z nią Amelia, co prawda domyślała się, że zapewne chodzi o garść najnowszych ploteczek z Korytkowa, ale lekki, naturalny niepokój nie opuszczał jej, bo co, jeśli to w ich rodzinie stało się coś złego lub nieprzyjemnego? A może chodziło o Agnieszkę? O Pepusia? Ton wiadomości niby nie wskazywał na nic negatywnego, był całkowicie neutralny, jednak sam fakt, że Amelia dzwoniła o tak wczesnej porze, wiedząc, że siostra przecież jest na stażu, był sygnałem, że mogło tam się dziać coś poważnego.
Dlatego, nie czekając do wieczora, kiedy tylko wróciły z Martą do domu z bieżącymi zakupami, oznajmiła koleżance, że chce jeszcze wyjść na godzinkę i przespacerować się, żeby porozmawiać przez telefon z siostrą.
– O, to się dobrze składa! – ucieszyła się Marta. – Mogę usiąść na ten czas na kompa? Popchnęłabym w końcu chociaż trochę ten licencjat, już przez to spać nie mogę…
– Jasne, Martuś. Siadaj i działaj, a ja odmeldowuję się, żeby ci nie przeszkadzać.
Zgodnie z umową, do Liège zabrały tylko jeden komputer, należący do Izy, z którego miały korzystać na zmianę, by pracować nad licencjatami. Okazało się to dobrą decyzją, gdyż i tak bardzo rzadko z niego korzystały, jako że bieżące obowiązki stażowe i różnego rodzaju spotkania towarzyskie nie dawały im do tego ani czasu, ani motywacji. Marta jednak, usłyszawszy, że Iza pół ostatniej soboty spędziła na pisaniu pracy, od kilku dni chodziła nękana wyrzutami sumienia, że sama też powinna choć trochę popisać swoją, teraz miała więc do tego znakomitą okazję.
Kiedy Iza schodziła klatką schodową na dół, jej telefon znów odezwał się – tym razem był to sms od Majka. Zatrzymała się natychmiast, aby go odebrać.
Elfiku, melduję, że gadałem dziś telefonicznie z Madi, mam już od niej ulotki, na DF będziemy zbierać kasę dla tej małej. Ze słabszych wieści taka, że Chudy rozwalił vana. U Ciebie wszystko w porządku? Uściski, M.
„Jak to rozwalił vana?” – pomyślała ze zgrozą Iza, natychmiast wklepując odpowiedź.
U mnie wszystko dobrze, Michasiu, dziękuję. I ogromne dzięki też za Madi, jesteś kochany. Ale co się stało z tym vanem? Łukasz miał wypadek?
Zbiegła po schodach zaniepokojona i pozdrowiwszy recepcjonistkę, wyszła na zalaną popołudniowym wiosennym słońcem ulicę.
Tylko stłuczkę – odpisał wkrótce Majk. – Na szczęście nic się frajerowi nie stało, ale rozpieprzył pół przodu, zderzak i światła z prawej strony poszły w drobny mak, do tego urwane lusterko i odrapany lakier. Trudno, każdemu może się zdarzyć, a on nie jest jeszcze sobą po tej grypie.
Chwilę potem dotarł jeszcze jeden sms.
Jak spotkasz tam Anię i resztę Magnonów, pozdrów ich ode mnie i od zaprzyjaźnionej bandy z Lipniaka. W niedzielę byłem u nich na obiedzie, mały drań Edek prawie mnie zajeździł.
Roześmiała się w głos, odczytując ostatnie zdanie.
To dobrze, że Chudy wyszedł z tego bez szwanku – odpisała, jak zawsze instynktownie idąc w dół ulicy, w stronę Mozy. – Długo van postoi w naprawie? A co do Edzia, to ciesz się, że był sam, bo jakby była z nim Tosia, to koniec z Tobą. Nie mówiąc o tym, że za jakiś czas do kompletu dojdzie jeszcze jej brat.
Przyśpieszyła kroku, czując, że nogi niosą ją w dół chodnika, jakby miała przy nich małe skrzydełka, na wzór sandałów Hermesa. Odetchnęła pełną piersią, znów czując tę samą przepełniającą serce radość, jaka zalewała ją ostatnio na każdy, nawet najdrobniejszy sygnał od Majka. Tęskniła już za nim tak bardzo, że nawet taka zwykła wymiana smsów była dla niej małym, prywatnym świętem, pozytywnym impulsem, okruszkiem szczęścia karmiącym księżycową duszę…
Do końca tygodnia powinien być zrobiony – odpowiedział Majk. – Ale po tej akcji poważnie zastanawiam się nad kupnem drugiego, bez dostawczaka jesteśmy jak bez ręki. Pogadamy o tym, jak wrócisz.
„Przecież to twoja firma, nie musisz wszystkiego ze mną konsultować” – pomyślała rozpromieniona Iza, uszczęśliwiona tym, że jednak chciał jej rady. – „W takich sprawach to szef podejmuje decyzje.”
Racja, zatłuką mnie kiedyś te małe łajdaki – ciągnął w kolejnej wiadomości Majk. – Im ich więcej, tym marniejszy mój los. Ale to jest przecież kwintesencja życia.
Pokiwała z uśmiechem głową, jednak nim zdążyła odpowiedzieć, przyszła kolejna wiadomość.
Marzę o własnej kwintesencji.
Przystanęła na środku chodnika, a uśmiech natychmiast zgasł jej na twarzy. Wywołany przez niego tą sugestią obraz był taki wymowny… ze wszystkim, co się z tym wiązało. Majk w otoczeniu rodziny… własnej rodziny… Wizja ta w ułamku sekundy przygniotła jej serce jak ciężki głaz. Po co pisał jej o tym marzeniu? Znała je przecież, nieraz jej o tym mówił. Gdyby mógł wiedzieć, jak bardzo bolała myśl, że sama nigdy nie będzie jego częścią… A z drugiej strony czy to nie był dowód najwyższego przyjacielskiego zaufania? Tak i tylko tak powinna na to patrzeć.
Będziesz ją miał, Michasiu – odpisała z ciężkim sercem. – Bardzo Ci tego życzę i mocno trzymam kciuki.
Tym razem odpowiedź nie nadchodziła przez długie minuty, jakby te przyjacielskie życzenia zostały przyjęte przez niego jako konkluzja. A może coś mu przerwało, zajęło jego uwagę i po prostu nie miał teraz czasu, żeby odpisywać?
Pozdrowię Anię, Jean-Pierre’a i Tosię przy najbliższej okazji – dopisała neutralnie. – Trzymaj się i jeszcze raz dzięki za Madi!
Tym razem odpowiedział natychmiast.
Nie ma za co, Izula. Wrócisz, to pogadamy. O wszystkim. M.
„Wiem” – westchnęła, zamykając skrzynkę smsową i wyszukując na liście kontaktów numer Amelii. – „I właśnie tego najbardziej się boję, mój promyczku.”
***
– Przepraszam, że rano tak do ciebie wydzwaniałam, Izunia – powiedziała ze skruchą w głosie Amelia. – Byłam tak zakręcona, że nie pomyślałam, że przecież jesteś w pracy, olśniło mnie dopiero, jak kilka razy nie odebrałaś.
– Ale co się stało, Melu? – zapytała z zaniepokojeniem Iza. – Mam nadzieję, że nic złego?
– Nie no… złego chyba nie, raczej nie można tak powiedzieć – odparła z zastanowieniem i jakby lekkim zmieszaniem Amelia. – Właściwie to sprawa jest tak skomplikowana, że nie umiem ocenić jednym słowem, że to jest dobre albo złe… ja po prostu nadal tego nie ogarniam. Zwłaszcza że od rana, kiedy próbowałam się do ciebie dodzwonić, aż do teraz sytuacja zmienia się co chwila jak w kalejdoskopie.
– Ale w czym rzecz? – zapytała nalegająco Iza. – Mów, bo już zaczynam się denerwować.
– Chodzi o Weronikę. O tę naszą, ze sklepu.
Iza pokiwała powoli głową. Natychmiast przed oczami stanęła jej scena sprzed kilku tygodni, kiedy to, jadąc z Agnieszką zaśnieżoną szosą do Radzynia na spotkanie z Beatą i Emilią, omal nie rozjechała Weroniki, która nagle wyskoczyła jej przed maskę samochodu. W obliczu tego faktu informacja, że problem, z którym dzwoniła Amelia, dotyczył właśnie jej, bynajmniej jej nie zdziwiła.
– Aha… okej – odetchnęła uspokojona, że sprawa nie ma bezpośredniego związku z jej rodziną. – No? I co z nią? Dalej tak znika i włóczy się po polach?
– Wszystko się wyjaśniło – odparła na wpół podekscytowanym, na wpół ponurym tonem Amelia. – Ale muszę ci to opowiedzieć od początku… oczywiście jeśli masz teraz czas?
– Mam, jasne, że mam. Po to przecież dzwonię. Wyszłam na spacer specjalnie po to, żeby móc spokojnie z tobą porozmawiać.
– Na spacer? Hmm… wolałabym, żebyś usiadła gdzieś sobie wygodnie, bo to będzie bomba, jakiej na bank się nie spodziewasz – zapowiedziała siostra. – Więc jak masz tam gdzieś jakąś ławkę, to lepiej sobie klapnij, bo gwarantuję, że to ci się przyda.
– Domyślam się – uśmiechnęła się pobłażliwie Iza. – Po twoim tonie słyszę już, że to coś sensacyjnego, a biorąc pod uwagę, w jakim stanie była Werka, kiedy widziałam ją ostatnio, nawet mnie to nie dziwi. Spokojnie, dam radę ustać na nogach… Mów. Co tam się wydarzyło?
– De facto zaczęło się w niedzielę – odparła Amelia. – Ale, jak sama zauważyłaś, trzeba na to patrzeć przez pryzmat tego, jak Wera zachowywała się do tej pory, tak już mniej więcej od grudnia, może nawet od listopada. Nie muszę chyba tego opisywać, sama widziałaś, nie?
– Mhm, widziałam. Nawet rozmawiałam o niej z Marczukową, pamiętam, że ona też, tak jak ty, zastanawiała się, gdzie ona tak ciągle znika po pracy. I co? Mówisz, że wyjaśniło się, gdzie i po co znikała?
– Tak. Ale to powiem ci potem – oznajmiła stanowczo siostra. – Najpierw muszę opisać ci to, co się stało od niedzieli do dzisiaj, bo to jest kulminacja całej tej afery, i to taka, że nigdy byś nie uwierzyła… ja sama do tej pory nie wierzę… nikt nie wierzy! No, ale po kolei – zdyscyplinowała samą siebie. – Zaczęło się od tego, że w niedzielę wieczorem Wera zadzwoniła do mnie i poprosiła o urlop na cały poniedziałek, powiedziała, że źle się czuje i musi pojechać na badania. Zgodziłam się oczywiście, zwłaszcza że głos faktycznie miała dziwny, jakby zachrypnięty, poprosiłam tylko, żeby w poniedziałek potwierdziła mi, czy będzie obecna we wtorek i w kolejne dni, czy weźmie dłuższe zwolnienie. Wiadomo, że jak ktoś jest chory, to na jednym dniu raczej się nie skończy, a ja w takich razach muszę przecież pomyśleć zawczasu o zorganizowaniu zastępstwa. Obiecała mi to i rzeczywiście, w poniedziałek wieczorem zadzwoniła, że dalej jest chora i nie będzie jej do środy włącznie, ale o samopoczuciu nie chciała rozmawiać. W ogóle była strasznie rozdrażniona i szybko skończyła rozmowę, ale mnie to zbytnio nie zdziwiło, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak ona się ostatnio zachowuje.
– No tak – przyznała z zafrasowaniem Iza.
– Ustawiłam więc w sklepie wydłużone zmiany dla Zosi i Agi, sama też wpisałam się na dłuższe zmiany, umówiłyśmy się z Agą, że na przemian będziemy pilnować Klarci i Pepusia… no generalnie zrobiłam całą rewolucję, żeby jakoś bezkolizyjnie zastąpić Werkę, bo nie miałam czasu rozglądać się na kimś innym, a Dorotka musiała siedzieć u taty w szpitalu… Bo znowu z nim źle, wiesz? – dodała smutno. – Nie wiadomo, kiedy wróci do domu.
– Pogorszyło mu się?
– Niestety. Okazało się, że to nadciśnienie doprowadziło do niewielkiego udaru mózgu… niby niewielkiego, ale groźnego w skutkach, bo wpadł przez to w jeszcze większe otępienie. No, ale potem ci o tym opowiem – zastrzegła. – W każdym razie dopóki lekarze go z tego nie wyciągną, Dorotka jest uziemiona w szpitalu w Radzyniu, więc nie mogłam poprosić jej o pomoc, musiałyśmy poradzić sobie z dziewczynami same. I nic w tym nie było niezwykłego, tyle że we wtorek rano, czyli wczoraj, kiedy Marczukowa przyszła do nas na zakupy, zagadnęła mnie o Werkę i zdziwiła się, że nie ma jej w pracy. Powiedziałam, że jest chora, że wczoraj robiła badania i dostała zwolnienie do środy, to wytrzeszczyła na mnie takie oczy, że mało jej z twarzy nie wyskoczyły. Mówi, że jak to chora, przecież wczoraj rozmawiały z Andrzejczakową i ta powiedziała jej, że Wera pojechała do Warszawy na jakąś imprezę urodzinową do koleżanki, ale dzisiaj już miała wrócić. W ogóle to się wzięło z tego, że rodzice Wery skarżyli się Andrzejczakowej, że są zaniepokojeni, bo ona w sumie nic im o tej koleżance nie powiedziała, nawet nie wiedzieli, że ma jakąś w Warszawie, poza tym kto organizuje imprezy urodzinowe w poniedziałki? Więc zastanawiali się, gdzie ona tak naprawdę pojechała.
– Czyli tobie powiedziała co innego niż rodzicom? – pokiwała ze zrozumieniem głową Iza.
– Aha. I jak Marczukowa to odkryła, natychmiast zadzwoniła do Andrzejczakowej, ta do rodziców Wery i wyszło na jaw, że coś tu jest naprawdę mocno nie halo, bo Wera w poniedziałek wieczorem wcale z tej rzekomej Warszawy nie wróciła. Co prawda wysłała matce smsa, że zostaje jeszcze na jeden dzień i że wróci dopiero we wtorek wieczorem, więc jakiś tam kontakt z nią był, ale rodzina zaczęła na serio zachodzić w głowę, gdzie i po co ona pojechała. Bo wiadomo, że po tej ściemie o chorobie, którą wcisnęła mnie, już nikt nie wierzył ani w te badania, ani w żadną koleżankę z Wawy.
– Bo może to nie była koleżanka, tylko kolega? – poddała z przekąsem Iza.
– Poczekaj! – w głosie Amelii zabrzmiało ponure rozbawienie. – Konkluzji to się na pewno nie spodziewasz, nikt by się nie spodziewał, ale fakt, że na tamtym etapie, czyli wczoraj, braliśmy to poważnie pod uwagę. Przypomniałam sobie od razu to, co mówiłaś o opcji ukrywanej znajomości internetowej, to faktycznie mogłoby wyjaśniać dziwne zachowanie Wery w ostatnich miesiącach, a teraz mogłaby uzasadnić też ten tajemniczy wyjazd. W pewnym momencie wręcz byłyśmy pewne, że pojechała do jakiegoś chłopaka, którego nikt nie zna i nie wie nawet, w jakiej części Polski mieszka. Ta hipoteza miała sens i nawet nie była taka straszna, ale dla rodziców podstawowe pytanie było takie, czy Wera jest tam bezpieczna. Niby był z nią kontakt, ale tylko smsowy, więc to niewiele znaczy, a z kolei do alarmowania policji też nie było podstaw, bo przecież nie zaginęła, tylko sama wyjechała.
– No właśnie – przyznała Iza. – Jest dorosła, może robić, co chce.
– Otóż to. No i słuchaj – Amelia zaczerpnęła mocniej powietrza w płuca, jakby emocje zatykały jej oddech. – Matka, jak we wtorek już wiedziała, że Wera każdemu ściemnia co innego, próbowała się do niej dodzwonić, ale nie udało się, więc wysłała jej smsa z pytaniem, o co kaman. A ona odpowiedziała jej od razu, żeby się o nią nie martwiła, bo wszystko jest okej i niedługo wraca. Niedługo, czyli w czwartek – zaznaczyła. – Mimo że przecież to był dopiero wtorek, a ona pierwotnie miała wyjechać tylko na jeden dzień.
– Czwartek jest dopiero jutro – zauważyła Iza.
– Mhm. I wszyscy spodziewaliśmy się, że dopiero w czwartek czegokolwiek się dowiemy, chyba że Wera znowu przedłuży ten wyjazd, ale sprawa rozwiązała nagle wczoraj w nocy.
– Wróciła wcześniej?
– Tak. Ale nie pojechała do domu, bo tego się bała, tylko przyjechała do nas.
– Do was? – zdziwiła się Iza. – Jak to? Do ciebie i do Robcia? Czy do sklepu?
– Do nas na chatę. To był sam środek nocy, jakoś po drugiej nad ranem, sklep zamknięty, całe Korytkowo w głębokim śnie… Podobno przyjechała z Radzynia autostopem.
– Ups… po nocy autostopem? – skrzywiła się Iza. – To przecież niebezpieczne.
– I to jak! Na szczęście nic jej się nie stało, dojechała bezpiecznie, wysiadła koło nas, weszła przez podwórko i zapukała w okno od ganku. Ja się nie zbudziłam, ale Robert to usłyszał i poszedł sprawdzić, o co chodzi, a potem zawołał i mnie. Wchodzę, a tam w przedpokoju stoi Wera z torbą podróżną, cała zapłakana, wymęczona, ledwo żywa, i trzęsie się jak galareta. Mówię ci, Izunia, jaki to był widok…
– Wyobrażam sobie – szepnęła ze współczuciem Iza.
– Zabraliśmy ją z Robciem do salonu, natychmiast pobiegłam zrobić ciepłą herbatę, a on posadził ją na fotelu i próbował uspokoić, bo cały czas płakała i przez te nerwy nie mogła wydusić z siebie ani jednego sensownego słowa. Za parę minut przyniosłam herbatę, do tego jakąś bułkę z masłem i serem jej zrobiłam, bo pomyślałam, że pewnie jest głodna, ale jedzenia nie chciała tknąć, jak herbata przestygła, napiła się tylko kilka łyków i dalej w płacz. Z początku nie chciała powiedzieć, co się stało, a my widzieliśmy, że naciskanie jest bez sensu, więc siedzieliśmy tylko przy niej i czekaliśmy, aż sama się uspokoi. Zaproponowałam jej walerianę, ale nie chciała, powiedziała, że nie weźmie żadnych leków, nawet ziołowych. Nie i już, no to okej… nie będę jej przecież wciskać na siłę, nie? Chyba z pół godziny tak siedzieliśmy we trójkę w tym salonie, nie wiedzieliśmy z Robciem, co mamy robić, pytaliśmy ją tylko co jakiś czas, czy czegoś nie potrzebuje, czy chce wody albo coś, w końcu powiedziała, że potrzebuje do łazienki, więc ją tam zaprowadziłam. Siedziała długo, już zaczęliśmy się niepokoić, czy czegoś złego tam sobie nie zrobi, ale ona wtedy wyszła, już trochę spokojniejsza, i oznajmiła, że wszystko nam powie, bo już dłużej tak nie może.
– Biedna Wera – westchnęła Iza. – Nie wiem jeszcze, co jej się zdarzyło, ale i tak bardzo jej współczuję. Musiała przejść przez jakieś straszne piekło.
– Mhm. Tak było – przyznała Amelia. – Piekło trwało od grudnia, ale do połowy lutego to był tylko przedsionek, a potem zaliczała już tylko kolejne kręgi w dół… Ale opowiem ci to z naszej perspektywy, znaczy to, co ona nam powiedziała.
– No właśnie, mów. Bo ja tu już nad chodnikiem fruwam z ciekawości.
Dochodziła właśnie znajomą trasą nad Mozę, gdzie na nadbrzeżu nie było dziś dużego wiatru, a popołudniowe słońce przyjemnie grzało prosto w twarz. Dostrzegłszy niedaleko pustą ławkę, skierowała się w jej stronę z zamiarem przycupnięcia tam na chwilę, by nie tylko odrobinę odpocząć, ale przede wszystkim szmerem kroków nie zagłuszać głosu siostry w słuchawce w kluczowym momencie rozmowy.
– Powiedziała nam najpierw, że nie mogła tego zrobić – podjęła Amelia. – Powtarzała nam to kilka razy, w kółko tylko z płaczem nie mogłam tego zrobić, nie mogłam, nie mogłam… więc pytamy, co ma na myśli, jakiego „tego”, co się stało. I wtedy wypaliła nam, że jest w ciąży.
– O kurczę – szepnęła zaskoczona Iza, zatrzymując się tuż przed ławką. – Z kim?
– Zgadnij.
– No… nie mam pojęcia. Z kimś z okolicy? Czy jednak z jakimś typem z Internetu?
– Z Michałem Krzemińskim.
Iza poczuła, że kręci jej się w głowie, a nogi uginają się pod nią, jakby były z waty. Teraz w pełni doceniła radę Amelii z początku rozmowy i to, że właśnie znajdowała się przy ławce, na której mogła sobie usiąść. Opadła na nią na wpół bezwładnie, ledwo będąc w stanie utrzymać telefon w dłoni. Choć informacja ta nie dotykała jej bezpośrednio, splot różnych okoliczności i skojarzeń oraz przede wszystkim konsekwencji, które wiązały się z okolicznością, w pierwszej chwili omal nie powalił jej na ziemię. Weronika… jej niezrozumiała niechęć do niej… Alina…
Na pamięć ni stąd, ni zowąd wróciły jej słowa Zbyszka na temat Weroniki rzucone na marginesie rozmowy w jego domu na początku lutego – słowa, do których wówczas nie przywiązała żadnej wagi.
Michu trochę do niej podbijał w wakacje, ale to były tylko takie żarty…
Jasne, żarty. Jak widać, żarty właśnie się skończyły.
– Zaskoczona, co? – zapytała z nutą rozbawienia Amelia.
– O matko – odetchnęła Iza. – Zaskoczona to mało powiedziane, jestem w szoku. A niech to… ale numer!
„Ali miała rację!” – pomyślała jednocześnie. – „Dupek zdradzał ją, a ona prawidłowo to wyczuła, tylko pomyliła się co do osoby i zafiksowała się na hipotezie, że robił to ze mną. A tymczasem tą tajemniczą drugą była Weronika… i to z takim skutkiem…”
– Numer stulecia – przyznała Amelia. – Moim zdaniem, nawet lepszy od tego z Monią Klimek. Chociaż Korytkowo jeszcze o tym nie wie – zaznaczyła. – Nawet Dorotka i na razie nic jej nie powiem. Póki co wiedzą tylko… ale dobra, do tego jeszcze dojdę, na razie dokończę ci, co powiedziała Werka, bo to dopiero początek. Wiesz, dokąd ona wyjechała w poniedziałek?
– No? Dokąd?
– Do Czech.
– Do Czech? – zdumiała się jeszcze bardziej Iza. – Po co?
– Też się nie domyślasz?
– Ani w ząb. Nie męcz mnie, Melu, mów.
– Pojechała do kliniki aborcyjnej. W Czechach aborcja do dwunastego tygodnia jest legalna.
– Chryste…
– Ale nie zrobiła tego – zaznaczyła Amelia. – Właśnie to miała na myśli, kiedy mówiła, że nie może tego zrobić. Chodziło o usunięcie ciąży. W Polsce to nielegalne, więc pojechała załatwić to w Czechach, oczywiście nie z własnej inicjatywy. Ale ostatecznie wycofała się.
– Nie z własnej inicjatywy? – powtórzyła ze zgrozą Iza. – Nie mów, że to Michał ją tam wysłał.
– No, a co myślisz? Jasne, że on. Kazał jej tam jechać, właściwie to zmusił ją do tego. Sam nagrał wszystko, załatwił jej transport w obie strony, opłacił zabieg i hotel, dał jej adresy, pieniądze na drogę… wszystkiego dopilnował w najmniejszych detalach. Ona miała tylko pojechać, załatwić sprawę w dwa, maksymalnie trzy dni, a potem wrócić do domu jak gdyby nigdy nic. Był nawet jakiś plan na wypadek komplikacji po zabiegu, w razie czego miała dojść do siebie w prywatnej klinice pod Krakowem, miała tam już wstępnie zaklepane miejsce, musiałaby tylko wymyślić jakiś kolejny pretekst dla rodziny, żeby nikt nic nie podejrzewał. Po prostu plan idealny. Wyobrażasz to sobie, Iza?
– Nie – szepnęła zdruzgotana. – Wiedziałam, że Misiek to skrajny dupek, ale że aż taki… to mi się po prostu nie mieści w głowie.
– Nam też – przyznała Amelia. – Od tej drugiej w nocy, kiedy Wera do nas przyjechała, aż do teraz nie zmrużyłam oka, po prostu nie jestem w stanie spać, to mnie kosztuje za dużo emocji. A ponieważ na razie nikomu nie możemy o tym mówić, musiałam zadzwonić chociaż do ciebie, żeby podzielić się tym i wygadać.
– Jasne, Melu – odparła wciąż ciężko zszokowana Iza, wpatrując się połyskujące w słońcu fale Mozy. – Dobrze, że zadzwoniłaś.
– Wiem, że ty tego nie rozgadasz, zwłaszcza że jesteś w Belgii, a u nas to i tak w ciągu najbliższych dni na pewno się rozniesie… ale na razie to jeszcze ścisła tajemnica.
– Tak jest. Nikomu nie pisnę ani słówka, zresztą nawet nie mam komu. Aga i Zosia wiedzą?
– Nie, jeszcze nie. Ale wiedzą już rodzice Wery, Andrzejczakowa, a dzisiaj dowiedzą się też Krzemińscy.
– Krzemińscy?
– Aha. Rodzice Michała. Dyszakowie i Andrzejczakowa wybierają się do nich wieczorem, żeby poinformować ich o sprawie, bo Michał prawdopodobnie im też nic nie powiedział, Wera mówi, że to miała być absolutna tajemnica. A przecież mają prawo wiedzieć. Roman wprawdzie jest po operacji na serce, ale trudno. Skoro jego synuś tak się zachowuje, to Romana też nikt nie ma zamiaru oszczędzać.
– No to będzie jazda na całe Korytkowo i nie tylko – pokiwała z przekąsem głową Iza. – Piekła ciąg dalszy… biedna Wera. W jakim ona jest stanie?
– W takim sobie, ale nienajgorszym – zapewniła ją Amelia. – Przynajmniej jest już zaopiekowana i dużo spokojniejsza. Od razu, kiedy tylko wydusiła z siebie tę bombę, obiecałam jej, że we wszystkim jej pomożemy i nie pozwolimy zrobić jej krzywdy, a z samego rana zaczęłam działać. Wzięłam na siebie rozmowę z Andrzejczakową, ustaliłyśmy we dwie wstępny plan, a potem ona pojechała do rodziców Wery, żeby pogadać z nimi osobiście i w ten sposób oszczędzić dziewczynie bezpośredniej konfrontacji. Długo ich urabiała, też byli w szoku, dopiero dwie godziny temu przyjechali po Werę, bo ona przez cały ten czas była u nas… Położyłam ją u ciebie w pokoju, żeby się przespała, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu?
– Oczywiście że nie, Melciu, no co ty – uśmiechnęła się blado Iza. – Przecież nawet nie musiałabym o tym wiedzieć. A jak podchodzą do tego jej rodzice? Że są w szoku, to zrozumiałe, ale jak zachowują się względem niej?
– W porządku. Matylda Andrzejczakowa to dobra dyplomatka, elegancko to zbuforowała i wyciszyła najcięższe emocje. Ojciec Werki, jak dowiedział się o sprawie, chciał natychmiast jechać szukać Michała, żeby, jak to ujął, dać mu w mordę. Ale Andrzejczakowa wytłumaczyła mu, że nie można teraz działać pochopnie i zaogniać sytuacji, tylko w pierwszej kolejności otoczyć opieką Weronikę, a Krzemińskimi zająć się później. Na ten moment najważniejsze jest, żeby Wera miała spokój psychiczny, oczywiście na tyle, na ile to możliwe, bo wiadomo, że i tak jest zdruzgotana. W tym momencie jest już po rozmowie z rodzicami, a to było dla niej najtrudniejsze, przez cały ten czas najbardziej bała się tego, co oni na to powiedzą. Na szczęście Dyszakowie stanęli na wysokości zadania, wyjaśnili sobie z nią wszystko i dali jej pełne wsparcie. I dzięki temu już jest z nią trochę lepiej.
– To dobrze – westchnęła za współczuciem Iza. – Chociaż to nie zmienia faktu, że wkopała się potwornie… Nawet gorzej niż kiedyś Aga z tym całym Rafałem.
– Mhm, sama tak dzisiaj powiedziałam Robertowi – przyznała Amelia. – Słowo w słowo, ja też od razu tak pomyślałam: gorzej niż Aga z Rafałem. No, ale co zrobić, mleko, jak to się mówi, już się rozlało. Teraz Wera pojechała z rodzicami do domu i ma tam odpocząć, a oni razem z Andrzejczakową będą działać dalej, w pierwszej kolejności muszą pogadać z Krzemińskimi. Świetna perspektywa, nie zazdroszczę… Andrzejczakowa ich nie cierpi, ale powiedziała, że dla Wery przełamie się i pojedzie z nimi do paszczy lwa, żeby dopilnować sytuacji, a w razie czego też moderować Dyszaka, żeby nie doszło tam do jakichś niepotrzebnych rękoczynów.
– Boże, co za historia – pokręciła głową Iza, znów mimo woli wspominając zapłakaną twarz Aliny. – Przecież tu nie chodzi tylko o Werkę i to dziecko, Michał ma też narzeczoną…
– No właśnie! – podchwyciła żywo Amelia. – Tej dziewczyny też mi szkoda, oczywiście mniej niż Wery, ale też. Swoją drogą ciekawa jestem, jak ona się zachowa i co zrobi, kiedy się dowie. Ja bym na jej miejscu wiała, gdzie pieprz rośnie, ale kto wie, jak daleko poszły tam te ich rodzinne interesy? Mieli przecież robić fuzję hoteli… A z drugiej strony to już nie nasz problem, Wera jest w o wiele gorszej sytuacji, bo nawet teraz, kiedy już się dogadała z rodzicami, nadal boi się reakcji Michała.
– No tak, faktycznie – skrzywiła się Iza. – Przecież nie wykonała jego polecenia.
– Otóż to. Werka jest pewna, że on się o to wścieknie, i boi się, że będzie się na niej mścił. Ale tak ogólnie to twierdzi, że nadal go kocha – podkreśliła z przekąsem. – A ja się zastanawiam, czy taki zestaw uczuć jest w ogóle możliwy do pogodzenia.
– Nadal go kocha – powtórzyła smutno Iza. – Niedobrze… Drań musiał nieźle ją omotać.
„Tak jak kiedyś mnie” – dodała w myślach, z politowaniem wspominając swe własne reakcje i totalną bezbronność wobec jednego błysku intensywnie niebieskich oczu Michała. – „I jak Ali… Boże, jaki syf!”
– Omotał ją strasznie – przyznała Amelia. – I o tym zresztą też muszę ci opowiedzieć… o ile masz jeszcze czas oczywiście.
– Mam, spokojnie – machnęła ręką Iza, poprawiając włosy, które rozwiał jej właśnie ciepły nadrzeczny wiaterek. – I tak o niczym innym nie mogłabym dzisiaj myśleć. Wiesz zresztą, że do numerów odwalanych przez Michała Krzemińskiego, a zwłaszcza do jego ofiar, mam stosunek osobisty, więc tym bardziej opowiedz mi wszystko po kolei. Długo Wera się z nim spotykała?
– Jakieś pół roku – oznajmiła Amelia. – Mówi, że od września.
– Od września – powtórzyła ze zgrozą i niesmakiem Iza. – Ależ to jest gnojek!
Natychmiast wspomniała wrześniowe spotkanie z Michałem w hotelu Europa i czerwoną różę w jego rękach, a jednocześnie twarz Aliny, z którą już wówczas przecież regularnie się spotykał – i to bynajmniej nie tylko na kawie. Do tego wakacyjny epizod z Moniką Klimek… a teraz okazuje się, że w tym samym czasie w tle była jeszcze Weronika!
– No gnojek totalny, bo przecież jeszcze wtedy on jawnie uderzał do ciebie – przyznała Amelia. – Krzemińscy już cię prawie przyjmowali do rodziny, a on w tym czasie podrywał sobie Weronikę… nie mówiąc, że po drodze nie pogardził nawet Monią Klimek. Oj, Izunia… jak ja dziękuję Bogu, że ty się w porę od niego uwolniłaś! Przecież gdybyś wtedy nie przejrzała na oczy, on by ci totalnie zniszczył życie!
– Mhm, teraz w pełni widać, czego uniknęłam – zgodziła się spokojnie Iza. – Ale mniejsza o mnie, Melu, mów dalej o Weronice. Powiedziała wam, że od września miała z nim ukryty romans?
– Tak. Chociaż z tego, co zrozumiałam, we wrześniu to były tylko początki, taki pierwszy bezpośredni kontakt, a na pełną skalę to się rozkręciło dopiero gdzieś od listopada.
– Kapuję.
– Wera mówi, że zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, jeszcze w lipcu, kiedy poznała go u nas w sklepie. Zdziwiłam się, bo Michał u nas w sklepie raczej nie bywa, ale podobno przyszedł wtedy porozmawiać z tobą.
– Tak, pamiętam to – przyznała smętnie Iza. – Sama ich sobie przedstawiłam jako sąsiadów z Polan.
– No właśnie, to sąsiedztwo było kluczowe, bo oni spotykali się właśnie tam, w Polanach, w tej jego nowej willi. Za pierwszym razem, jak ją tam zaprosił, dogonił ją samochodem na drodze, kiedy wracała do domu z pracy na rowerze, i zapytał, czy nie chciałaby zwiedzić działki nowego sąsiada. Ona oczywiście z radością się zgodziła i tak to się zaczęło. Z początku, jak mówi, to był tylko raz, o którym Michał kazał jej zapomnieć, ale potem znowu się odezwał, spotkali się drugi raz, trzeci, a potem już karuzela rozkręciła się na całego. Od listopada spotykali się tam przynajmniej raz na tydzień, a kiedy Michał był dłużej w interesach w Korytkowie i Małowoli, to nawet codziennie. Ale robili to w ścisłej tajemnicy – zaznaczyła. – Oboje bardzo pilnowali, żeby nikt ich razem nie zobaczył, Werka przecież pracowała u nas, a wtedy znowu byliśmy w konflikcie z Krzemińskimi, więc z wiadomych względów zależało im na dyskrecji. Poza tym Wera… nie wiem, może się mylę, ale z jej półsłówek wynika, że obawiała się też, że ja będę mieć do niej żal, bo odbiła Michała tobie. Chyba tak to sobie interpretowała.
– Jasne – wydęła wargi Iza. – Genialna interpretacja.
„To stąd ta jej niechęć do mnie” – pomyślała. – „I ten dystans, którego nie mogłam zrozumieć, bo przecież nigdy nic złego jej nie zrobiłam. Ale może to wcale nie o to chodziło? Może to tylko oficjalna wersja dla Meli, a prawda jest taka, że Michał obsmarowywał mnie przed nią tak samo jak przed Ali i opowiadał jej na mój temat bajki o potworach?”
– Oczywiście miała nadzieję, że z czasem wszystko się ułoży – ciągnęła Amelia. – Michał zapewniał, że ją kocha i że przed nimi całe wspólne życie, ale na razie jeszcze muszą być dyskretni, żeby nie robić niepotrzebnej sensacji w Korytkowie i w Polanach. Więc Wera szła do jego willi tylko wieczorami, jak już nie było robotników. Michał przyjeżdżał tam pierwszy i sprawdzał teren, a potem dawał jej znać ze specjalnego numeru telefonu, który założył tylko dla niej, że droga wolna i może już przyjść. No to wymykała się i szła, czasem na całą noc, aż do białego rana. To wyjaśnia, gdzie tak ciągle znikała… Dom był w trakcie wykańczania, ale mieli tam jeden w miarę gotowy pokój, gdzie na podłodze leżał wielki dmuchany materac. Chyba nie muszę dopowiadać, jaki był główny cel tych spotkań?
– Nie musisz – skrzywiła się Iza. – Rozumiem doskonale.
– Widać to zresztą po owocach. W którymś momencie Wera zorientowała się, że Michał, kiedy nie ma go w Korytkowie i Polanach, prawdopodobnie spotyka się z kimś innym. Nie chciała mi powiedzieć, jak się o tym dowiedziała, ale dowiedziała się dość szybko, zresztą niedługo potem to już przestało być tajemnicą dla kogokolwiek. Oczywiście chodziło o Alinę.
– Domyśliłam się – mruknęła.
– Wera była o nią strasznie zazdrosna, robiła Michałowi awantury, po których rozstawali się z hukiem, ale kiedy za jakiś czas on do niej dzwonił, że tej nocy będzie w Polanach, wracała do niego potulnie i znów się z nim spotykała. Nawet jak na początku grudnia gruchnął skandal w sprawie Moni Klimek, a potem jak w święta Bożego Narodzenia Michał oficjalnie zaręczył się z Aliną, wystarczał jeden telefon od niego, a Wera przebaczała mu wszystko i leciała do willi z materacem jak ćma do ognia.
– Dramat! – westchnęła Iza. – Ale tak to niestety działa, kiedy człowiek jest totalnie zaślepiony… Wtedy nic do niego nie dociera.
– No, mnie się zawsze wydawało, że nawet w zaślepieniu są jakieś granice – odparła oględnie Amelia. – Ale Werka udowodniła, że jednak nie, a przynajmniej przesunęła te granice do maksimum. I to dlatego była w takim fatalnym stanie… Ciągle płakała, skręcało ją z zazdrości, a jednocześnie nie umiała się uwolnić i dalej wymykała się do tego łajdaka, kiedy tylko kiwnął na nią palcem. Wiesz, jaki wcisnął jej kit?
– No? Nawet nie każ mi zgadywać, bo i tak nie zgadnę.
– Nie zgadłabyś – zgodziła się siostra. – Nagadał jej, że z Moniką Klimek tak naprawdę nic nie było i że został przez nią niesłusznie pomówiony, że to była jej zemsta się za jakieś zatargi z przeszłości. Proste, nie? Przecież pierwsze, co człowiek robi z zemsty, to podcina sobie żyły… Natomiast te zaręczyny z Aliną to tylko niezbędne zabezpieczenie rodzinnych interesów, ale do żadnego ślubu i tak nie dojdzie, bo on, jak już będzie miał załatwione papiery firmowe, zerwie z Alą i wtedy oboje z Werą wreszcie będą mogli się ujawnić. A potem oczywiście będą żyli długo i szczęśliwie.
– Logiczne – przyznała z politowaniem Iza. – I bardzo wiarygodne, plan, że normalnie mucha nie siada. Ale Wera oczywiście w to wierzyła?
– Na śmierć i życie. Wierzyła w ciemno, ale i tak cierpiała strasznie, zwłaszcza kiedy ludzie w Korytkowie najeżdżali na Michała a propos Moniki, a ona nie mogła nic powiedzieć, w żaden sposób go bronić, bo musiała zachować tajemnicę, którą mu obiecała. Ciągle słuchała o nim i Alinie, o planowanym ślubie i nawet jeśli sądziła, że to się nigdy nie wydarzy, to i tak ciężko jej było to znosić. Zwłaszcza że w styczniu Michał załatwiał dużo spraw w Warszawie i rzadko bywał tutaj, a ona potwornie za nim tęskniła.
– No tak – pokiwała głową Iza. – Ale czego mogła się spodziewać? W końcu jako świeżo upieczony narzeczony miał swoje obowiązki.
– Daj spokój… w głowie się nie mieści, że można tak bezczelnie działać na dwa fronty – w głosie Amelii zabrzmiał niesmak graniczący z odrażeniem. – Tak czy inaczej spotykali się rzadziej, ale nadal regularnie, aż wreszcie, jakoś pod koniec lutego, Wera odkryła wielkie bum. Okazało się, że jest w ciąży.
– Masakra – szepnęła Iza.
– Oczywiście nie było cienia wątpliwości, komu to zawdzięcza, bo spotykała się tylko i wyłącznie z Michałem, i natychmiast mu to powiedziała. Jak sądzisz, jak zareagował?
– Pewnie się wściekł – wzruszyła ramionami. – Zgadłam?
– Częściowo tak. Owszem, wściekł się, ale przede wszystkim był śmiertelnie przerażony i załamany. Nie negował, że to jego dziecko, tu chyba sam nie miał wątpliwości, ale od razu stanowczo jej zapowiedział, że jak najszybciej muszą się pozbyć tego, jak to nazwał, problemu. Bo jeśli to się wyda, to dla niego to będzie totalna klęska wizerunkowa i biznesowa, a on nie może sobie na to pozwolić.
– Co za gnojek – wycedziła z obrzydzeniem Iza. – Dupek do potęgi nieskończonej.
– No, Robik ujął to jeszcze bardziej soczyście – zapewniła ją z przekąsem Amelia. – Ale nie kłóćmy się o epitety, w tym punkcie wszyscy jesteśmy w pełni zgodni. Tu zresztą znowu przypomina się ten Rafał od Agnieszki, nie? On przecież zaproponował jej dokładnie takie samo rozwiązanie.
– Wręcz bliźniacze – przyznała Iza. – A do tego walnął ją pięścią w twarz. Mam nadzieję, że Michał przynajmniej tego nie zrobił.
– Nie, z tego, co mówiła Wera, nie podniósł na nią ręki, ale przykrych słów jej nie szczędził, zwłaszcza kiedy próbowała z nim dyskutować, bo oczywiście nie chciała zgodzić się na takie rozwiązanie. Tłumaczyła mu, że przecież i tak za kilka miesięcy mają zamiar się ujawnić, a ona nie wyobraża sobie zabicia dziecka, ale w ogóle nie chciał z nią negocjować. Powiedział, że nie ma dyskusji, że to nie jest, jak to ujął, moment na bachory i problem ma zostać rozwiązany, zresztą on sam zajmie się organizacją i za wszystko zapłaci, a ona ma tylko pojechać, gdzie jej powie, załatwić sprawę i nikomu nie pisnąć o tym ani słówka.
– Dupek… potworny, obrzydliwy dupek – warknęła Iza, podnosząc się z ławki i znów ruszając przed siebie, ze zbulwersowania nie mogła bowiem usiedzieć na miejscu.
– No i w końcu, po dwóch tygodniach przepychanek, tak ją zmanipulował, że na wszystko się zgodziła – ciągnęła Amelia. – A wtedy znowu stał się dla niej tak miły i słodki, że Wera sama uznała, że chyba rzeczywiście tak będzie lepiej, chociaż, jak mówi, serce cały czas gdzieś głęboko podpowiadało jej co innego. W każdym razie, jak już ci mówiłam, Michał wszystko pozałatwiał, dał jej kasę, adresy, kontakty, instrukcje i kazał jej jechać na te Czechy, więc wymyśliła ściemę dla mnie i dla rodziców i pojechała. Zabieg miała zaplanowany na wczoraj na jedenastą. Dotarła do kliniki bez przeszkód i rano stawiła się pod wskazaną salą, czekali już tam na nią, wszystko było opłacone i przygotowane, a do tego była tam życzliwa polska pielęgniarka, która służyła jej pomocą. I to ona przed samym zabiegiem zaczęła opisywać Werce, jak to będzie wyglądało i co będzie czuła na każdym etapie zabiegu, oczywiście w dobrej wierze, żeby oswoić ją z sytuacją i żeby mniej się bała. Tyle że dla Wery ten opis był jak cios w serce.
– I to wtedy zmieniła zdanie? – domyśliła się Iza.
– Mhm. Nagle uświadomiła sobie, co tak naprawdę zaraz się stanie, że idzie na tę salę nie po to, żeby „zrobić zabieg” i „pozbyć się problemu”, tylko po to, żeby zabić własne dziecko. W tym momencie dotarło do niej, że ono już istnieje, żyje, ma zakodowane swoje cechy, wygląd, zdolności, a przede wszystkim ma przed sobą całe życie, które ona właśnie idzie bezpowrotnie przerwać. Ryczeliśmy wszyscy troje jak bobry, kiedy nam o tym opowiadała – głos Amelii zadrżał, a Izie też łzy zakręciły się w oczach. – Ona, ja i nawet Robik… niby twardy facet, a już dawno nie widziałam, żeby tak się spłakał.
– Nie ma się co dziwić, Melu – odparła cicho Iza. – U normalnego człowieka takie coś zawsze budzi emocje. Całe szczęście, że Wera zrozumiała w porę, że nie może tego zrobić. Gdyby zrobiła, to by się za nią ciągnęło do końca życia, a tak… wszystko jeszcze może się ułożyć. Jak u Agi.
– Dokładnie. Ja cały czas mam przed oczami Agnieszkę i to, jakie te ich historie są podobne, przynajmniej do momentu, w którym teraz jest Werka. Chociaż są też różnice, o ile pamiętam, Aga ani przez minutę nie rozważała opcji, którą proponował jej Rafał. I tak sobie myślę, że kiedy sprawa już wyjdzie na jaw… a wyjdzie na pewno, tego na dłuższą metę nie da się ukryć… to ze względu na te podobieństwa Agnieszka może być dla Weroniki wielkim wsparciem. Nikt nie zrozumie nas tak dobrze jak ktoś, kto sam przeżył podobne dylematy.
– Zgadza się – przyznała cicho Iza.
– W każdym razie, wracając do tej akcji w Czechach, Werka uświadomiła sobie, że nie chce żadnego zabiegu i że, przeciwnie, pod żadnym pozorem nie pozwoli zrobić krzywdy temu dziecku, choćby Michał miał ją za to przekląć. Jednak nie miała odwagi wprost powiedzieć pielęgniarce, że rezygnuje z zabiegu, tam panowała taka atmosfera oczywistości, że on się zaraz odbędzie, że bała się komukolwiek przeciwstawić.
– Więc co zrobiła?
– Po prostu uciekła.
„In fuga salus” – pomyślała z wezbranym sercem Iza.
– Kapuję – pokiwała głową. – Czasem to rzeczywiście jest jedyne rozsądne wyjście.
– Tak. Powiedziała pielęgniarce, że musi jeszcze na chwilę do łazienki, a tak naprawdę wymknęła się z kliniki, pobiegła do hotelu, który był tuż obok, zabrała swoje rzeczy i uciekła. To była miejscowość tuż przy granicy, więc łatwo złapała jakiś autobus, który zawiózł ją po Polski, ściślej do Opola, a stamtąd bez problemu dojechała do Warszawy, a potem do Radzynia. Tyle że w Radzyniu wylądowała już w nocy i nie miała żadnego połączenia w naszą stronę, więc zaryzykowała złapanie autostopu. I w ten sposób o drugiej w nocy dotarła do nas.
– No właśnie, do was – podchwyciła Iza. – Przecież z Radzynia jest bliżej do Polan niż do Korytkowa. Aż tak bała się wracać do rodziców?
– Bardzo się bała. Od samego początku, kiedy uciekała z tej kliniki, wracała z myślą, że jeśli ma poprosić kogoś o pomoc, to właśnie nas. Ja jej przecież wcześniej wiele razy powtarzałam, że gdyby potrzebowała jakiejkolwiek pomocy, to ma się nie wahać i przyjść do mnie. Niby na to nie reagowała, ale jednak zapamiętała, że jest taka opcja, a wiedziała, że tym razem to nie żarty i musi przed kimś odkryć całą prawdę.
– A Michałowi powiedziała, że uciekła? – zaciekawiła się Iza.
– Nie. I do tej pory nawet nie wie, czy on się już o tym od kogoś dowiedział, czy jeszcze nie. Umowa była taka, że w trakcie tej podróży w ogóle nie będzie się z nią kontaktował, a ona sama da mu znać, jak już wróci do domu. Nie wiem, dlaczego tak się zabezpieczył, może z jakiegoś powodu nie chciał zostawiać śladów w jej telefonie, dopóki zabieg nie przejdzie pomyślnie? W każdym razie ten etap Wera miała w całości załatwić sama i poinformować go dopiero po powrocie o wyniku. Taki z niego bohater, nie?
– Istny Superman – przyznała z przekąsem Iza.
– Tak czy inaczej Wera uznała, że nie może tak po prostu wrócić i powiedzieć o tym tylko Michałowi. Bała się, że on by wpadł w szał i znalazłby jakiś sposób, żeby zmusić ją do powrotu tam i dokończenia zadania, dlatego zdecydowała, że musi poszukać sojuszników, którzy pomogą jej ochronić dziecko.
– Więc na sojuszników wybrała was, rozumiem. I nie zawiodła się.
– Myślę, że nie – przyznała ciepło Amelia. – W ciągu ostatnich kilkunastu godzin działamy na pełnych obrotach, żeby pomóc jej ogarnąć sytuację. Najważniejsze, że wie już, że nie jest z tym sama, i że ma wsparcie od rodziców, tu Andrzejczakowa wykonała naprawdę genialną robotę. Ale co będzie dalej, to nadal nie wiadomo – podkreśliła ponuro. – Jak zareagują Krzemińscy, co zrobi Michał, kiedy się dowie… to wszystko dopiero przed nami. Na razie to jest ścisła tajemnica, wiemy o tym tylko my z Robciem, Andrzejczakowa, rodzice Werki, no i teraz też ty. Robert zabronił mi mówić o tym Dorocie, ale do ciebie zadzwonić pozwolił, a ja po prostu musiałam komuś to opowiedzieć, inaczej chyba bym pękła.
– Nie dziwię ci się – pokiwała głową Iza. – I dziękuję wam za zaufanie, zwłaszcza że nie jestem przekonana, czy sama Weronika chciałaby, żebym ja o tym wiedziała. Ale dobrze, że zadzwoniłaś i mi o tym powiedziałaś, Melu. Oczywiście, tak jak obiecałam, nikomu nie pisnę ani słówka, tylko będę mocno trzymać kciuki, żeby to się jakoś sensownie rozwiązało. A teraz, ponieważ już wracam ze spaceru do domu, zajdę na chwilę do mojego ulubionego kościoła i pomodlę się chwilę za Werę… Chociaż tyle mogę dla niej zrobić.
– To zawsze coś – przyznała Amelia. – Duchowe wsparcie zawsze bardzo się liczy. Dziękuję ci, Izunia.
– A ja tobie. I dawaj mi znać, jak będziecie wiedzieć coś nowego, dobrze?
– To oczywiste. W najbliższym czasie nie opędzisz się od telefonów ode mnie, to mogę ci zagwarantować. Opowiedziałabym ci jeszcze parę innych rzeczy z Korytkowa, na przykład o Agnieszce, Piotrku i ich przygotowaniach do ślubu albo to, co zaczęłam o udarze taty Doroty… ale zostawmy to na inny raz, okej? Dzisiaj nie mogę myśleć o niczym innym jak o Werce. Muszę już zresztą kończyć, zaraz idę zrobić podwieczorek dla Klarci, a potem może uda mi się chwilę przespać, bo późny wieczór, jak Andrzejczakowa z Dyszakami wrócą od Krzemińskich, znowu może obfitować w emocje.
– Właśnie, prześpij się koniecznie, Melu! – podchwyciła żywo Iza. – Przecież ty tam zaraz padniesz na posterunku. Rozłączam się w takim razie i będę czekać na dalsze wieści, ale nie śpiesz się z tym, dobrze? Opowiesz mi wszystko, jak już porządnie sobie odpoczniesz, jutro czy pojutrze, wszystko jedno, poczekam, ile będzie trzeba. Mnie już i tak wystarczy to, co usłyszałam dzisiaj… I kto powiedział, że w Korytkowie jest nudno? – dodała żartem. – Takich akcji jak u was nie ma nawet w Hollywood!
Amelia roześmiała się i obiecawszy jej raz jeszcze, że będzie ją informować na bieżąco o rozwoju wypadków, zakończyła rozmowę. Iza schowała telefon i przyśpieszając kroku, ruszyła w górę ulicy, która prowadziła ją już w okolice domu.
„Bo nawet w Hollywood trudno o taką gwiazdę jak Misiek Krzemiński” – dokończyła w myśli z przekąsem. – „Tamta afera z Monią Klimek też była przez niego, ta z Zosią i Zbyszkiem w sumie tak samo, bo to on go tam zaprosił. No, ale to, co odwalił teraz, to już przechodzi ludzkie pojęcie! Biedna Wera… i biedna Ali… już nawet nie wiem, której z nich powinnam współczuć bardziej. Niedziwne, że Mela tak się nakręciła, ja sama też obawiam się, że dzisiaj nie będę mogła przez to zasnąć. Zresztą może to i dobrze? Dzięki temu mniej będę myśleć o sobie… A póki co kierunek kościół, Izabello!” – nakazała sobie stanowczo, skręcając we właściwą uliczkę. – „Kiedy umysł czegoś nie ogarnia, to znak, że trzeba to oddać komuś o wiele większemu, a przypadek Wery kwalifikuje się na to co najmniej potrójnie!”