Anabella – Rozdział CCLV

Anabella – Rozdział CCLV

– No więc dzwoniłam w tej sprawie do Justysi – oznajmiła Ania, dolewając sobie odrobinę soku pomarańczowego do szklanki. – Nie patyczkowałam się, tylko wprost zapytałam ją o Majka, powiedziałam, że o wszystkim wiem i że ma natychmiast zdać mi raport z frontu. Nie omieszkałam też obsztorcować ją za to, że dotąd ukrywała to przede mną – zaznaczyła. – Jak by na to nie spojrzeć, ze wszystkich dziewczyn to ja znam Majka najdłużej i uważam, że miałam prawo o wszystkim wiedzieć jako pierwsza albo chociaż jedna z pierwszych. Justi całkowicie się ze mną zgodziła, wyraziła skruchę i wytłumaczyła swoje intencje, a efekt był taki, że gadałyśmy prawie godzinę. I powiem ci, że wygląda to obiecująco… Jestem wprawdzie trochę rozczarowana, bo liczyłam, że dowiem się od niej o Natalii dużo więcej niż od Lei, a tu się okazało, że Justi sama nadal dość słabo ją zna. Ale to nic, jeszcze będzie czas, żeby to nadrobić. I jak to cappuccino, Iza? – ruchem głowy wskazała na filiżankę swej towarzyszki. – Może być?

– Pyszne – zapewniła ją Iza, chętnie korzystając z tej okazji, by sięgnąć po kawę i podnieść ją do ust. – Zwłaszcza z tym orzechowym ciasteczkiem. Miałaś rację, że są wyjątkowe.

– Mhm, to dlatego, że pieką je tu, na miejscu – wyjaśniła jej z zadowoleniem Ania. – Takiego smaku nie znajdziesz w całym Liège, już nie mówiąc o reszcie świata. No, a wracając do tematu, Justysia opowiedziała mi wszystko chronologicznie, od samiutkiego początku, wiesz? Chciałam wiedzieć, jak to się dokładnie zaczęło, skąd w ogóle wzięła się ta Natalia, zapowiedziałam jej, że ma omówić każdy szczegół, jaki tylko zna. Bo nawet jeśli nie zna ich za wiele, to na pewno najwięcej z nas wszystkich.

– Na pewno – zgodziła się stoicko Iza.

– Nadal wyrzucam sobie, że nie zwróciłam większej uwagi na Natalię na tym balu sylwestrowym w Nałęczowie. Gdybym tylko zorientowała się, co tu się kroi… Wiedziałam, że to koleżanka Justi, która czasowo wspomaga Majka w obsłudze papierów w firmie, ale jej obecność na tym balu odbierałam jako epizodyczną. Nieraz przecież w naszej grupie pojawiały się różne osoby, a po jakimś czasie znikały, jak na przykład niektórzy znajomi Lei czy moich polskich przyjaciółek z liceum, więc myślałam, że to będzie podobny przypadek. No i jak widać, pomyliłam się – rozłożyła z uśmiechem ręce. – Ale bardzo się z tego cieszę.

Iza odwzajemniła jej uśmiech, skrupulatnie i równiutko odstawiając filiżankę na spodeczek. Od pół godziny siedziały we dwie w nastrojowej kafejce w Outremeuse, dokąd zgodnie z zapowiedzią zabrała ją Ania, a ponieważ z początku rozmowa skupiała się na neutralnych tematach, zdążyła przygotować się psychicznie na ten, który właśnie zaczynały. Co ciekawe, po przedpołudniowej rozmowie telefonicznej z Majkiem oraz kilku godzinach owocnie spędzonych nad licencjatem humor na tyle jej się poprawił, że na spotkanie z Anią udała się bez większych obaw, czując, że da sobie radę, i teraz, kiedy rozmowa wkraczała w kulminacyjną fazę, to się tylko potwierdzało.

– W każdym razie to, co opowiedziała mi Justysia, trochę lepiej naświetla obraz sytuacji – podjęła Ania. – I jak dodam to do informacji, które mam od Lei, czuję się już w miarę dobrze przygotowana do spotkania z Natalią. Oczywiście ono będzie nieprędko – znaczącym gestem położyła sobie dłoń na brzuchu – bo dopiero za kilka miesięcy będę mogła wybrać się do Polski. Ale to tym lepiej, dam Majkowi czas na wyklarowanie sprawy i przyjadę na gotowe, a wtedy postaram się nawiązać z Natalią bliższy kontakt, czyli nadrobić to, o czym ostatnio nawet nie pomyślałam. Tylko powiedz mu, żeby nie szalał ze zbyt szybkim ślubem! – zaśmiała się, podnosząc w górę palec. – Niech poczeka, aż urodzę małego, żebyśmy mogli przyjechać na to wydarzenie już we czwórkę!

Iza zawtórowała jej parsknięciem śmiechem.

– Obawiam się, że ja tu za wiele nie pomogę – zauważyła. – I nawet nie podejmuję się takiego pośrednictwa, będziesz musiała wynegocjować to bezpośrednio z Majkiem.

– Wiem, wiem, Izunia, żartuję sobie tylko – machnęła ręką Ania. – Oczywiście, że sama będę z nim negocjować, ale to dopiero jak sytuacja się wyjaśni, a z tego, co mówi Justysia, to może jeszcze trochę potrwać. Więc na razie nawet nie ma sensu wyskakiwać przed orkiestrę, zwłaszcza że to przecież ścisła tajemnica. Justi jest zdania, że w najbliższych tygodniach raczej jeszcze nic się nie wydarzy i biorąc pod uwagę argumenty, które mi przedstawiła, myślę, że może mieć rację.

– Jakie argumenty? – zapytała uprzejmie Iza.

Co prawda nie do końca chciała o tym słuchać, ale sytuacja wymagała od niej zadania tego pytania, przemilczenie go mogłoby wyglądać podejrzanie. A z drugiej strony owe „argumenty” Justyny szczerze ją zaciekawiły, bo gdyby okazało się, że to prawda… że faktycznie przed nią było jeszcze kilka tygodni względnego spokoju, odroczenia decydującego momentu, którego tak się bała…

– Po pierwsze Majk z jakiegoś powodu ciągle podkreśla, że jeśli chodzi o jego sprawy matrymonialne, to do Wielkanocy nie ma takiej opcji – wyjaśniła z rozbawieniem Ania. – Fakt, pamiętam, że na sylwestrze też o tym wspominał, oczywiście w żartach, jak to on. Że niby złożył jakieś śluby kawalerskie! – parsknęła śmiechem. – I że przynajmniej do tego czasu musi niczym rycerz wytrwać w absolutnej czystości. To było zabawne, mieliśmy z tego totalną polewkę, ale ja oczywiście wtedy nie miałam zielonego pojęcia, że w tych żartach było drugie dno, a tym bardziej na czym polegało. Natomiast teraz Justysia podsunęła mi ciekawą interpretację tego terminu… Bo jak myślisz, dlaczego on mówi akurat o Wielkanocy, hmm? – spojrzała na nią z podstępną miną.

Iza uśmiechnęła się lekko. Dla komandosa taka potyczka to była bułka z masłem, dziś był przygotowany na o wiele gorsze starcia.

– Chyba wiem – odparła spokojnie. – To może być powiązane z tym, że Natalia ma u nas umowę na pół roku, czyli do końca kwietnia. A to wypada niedługo po Wielkanocy.

– Ach… Justi już ci to mówiła? – zdziwiła się Ania. – Czy sama wykombinowałaś?

– Sama. To się poniekąd narzuca.

– No tak, prawda – zgodziła się. – Ale jednak nie każdemu, bo żeby się narzuciło, trzeba znać różne fakty, a ja na przykład do tej pory nie miałam do nich dostępu. W każdym razie tak, Izunia, właśnie o to chodzi… i zobacz, jaki ciekawy zbieg okoliczności! Justyśka ma taką samą teorię jak ty, a fakt, że doszła do identycznego wniosku inną drogą, moim zdaniem, tylko wzmacnia wagę tego tropu. Bo ty pewnie znasz datę zakończenia zatrudnienia Natalii u Majka bezpośrednio z papierów firmowych, tak?

– Tak – skinęła głową. – Z jej umowy, którą sama przygotowywałam.

– Aha – uśmiechnęła się porozumiewawczo. – Czyli patrz, nieświadomie wzięłaś aktywny udział w tym epokowym przedsięwzięciu! Justyna z kolei o terminie końca umowy wie od Natalii, nie od Majka, on w ogóle nic jej na ten temat nie wspominał, ale jak się jest wtajemniczonym w sprawę, to łatwiej połączyć kropki. Mówi, że dość szybko skojarzyła te dwie daty, Wielkanoc rzeczywiście jest w drugiej połowie kwietnia, więc niedługo potem będzie mógł się zabrać za działanie. Wcześniej raczej nie – zastrzegła. – Bo na pewno znasz tę niepisaną zasadę Majka, według której, jak sam zawsze podkreślał, nie wchodzi w żadne relacje osobiste ze swoimi pracownicami. Mam na myśli sprawy damsko-męskie – wyjaśniła, rzucając jej wymowne spojrzenie znad resztki swojego soku – również w tym najmocniejszym znaczeniu. Nawet w czasach, kiedy najbardziej z tym szalał i bynajmniej nie myślał o żadnych ślubach czystości – uśmiechnęła się z przekąsem – nigdy nie robił tego z dziewczynami ze swojej ekipy. Nigdy. Pod tym względem był i myślę, że nadal jest bardzo zasadniczy.

– Mhm – skinęła spokojnie głową Iza.

– Sama zresztą wiesz to najlepiej, przecież pracujesz z nim od lat – ciągnęła Ania. – I właśnie ta jego zasada, według Justynki, wyjaśniałaby, przynajmniej częściowo, dlaczego tak uparcie gada o tej Wielkanocy. Chce spokojnie zakończyć umowę z Natalią, a potem… kto wie, może zawrzeć nową? – mrugnęła do niej figlarnie. – Ale już na zupełnie innych zasadach. Dobrze mówię? Ty też tak to interpretowałaś czy jakoś inaczej?

– Dokładnie tak – odparła Iza.

– No właśnie. To się rzeczywiście narzuca, taka zbieżność terminów nie może być przypadkowa… znaczy, w teorii niby może – skorygowała się po chwili namysłu. – Ale i Justysia, i ja myślimy, że to raczej nie jest zbieg okoliczności, a skoro i ty tak sądzisz, to ten argument nabiera jeszcze większej mocy. Ale jest też drugi – zastrzegła, spoglądając na nią z uwagą. – I ciekawa jestem, czy ty coś o nim wiesz. Justi rozmawiała o tym bezpośrednio z Natalią i być może nikt inny nie jest w temacie… nikt z wyjątkiem Majka. Bo z naszej analizy danych wynika, że on może wiedzieć i również dlatego czeka do Wielkanocy, a może poczeka i dłużej?

Iza, choć z trudem, zachowała spokojną, skomponowaną minę, mimo że słowa te natychmiast, niczym wilka z lasu, wywołały z jej pamięci niezliczone wspomnienia rozmów z Majkiem, które w pełni potwierdzały to, co mówiła Ania. Mimo że jeszcze nie wiedziała, na czym polegał ów „drugi argument” Justyny, wystarczyło jej jedno słowo-klucz – czekanie. Majk wszak tyle razy o tym mówił, tak bardzo to podkreślał! Nawet w jednej z ostatnich rozmów telefonicznych, kiedy była już tutaj, w Liège.

Szkoda mi tych uciekających lat, to prawda… ale wolę poczekać dłużej i zachować nadzieję, niż strzelić ślepo, spudłować i przegrać.

Drugim słowem-kluczem, który dopełniał ideę czekania, był właściwy moment. To właśnie na niego czekał i wcale się z tym nie krył.

Są sprawy, których nie da się przyśpieszyć. One muszą same dojrzeć i poczekać na właściwy moment.

To jest jak dwie strony medalu, cierpliwe czekanie kontra walka na froncie. Niby dwie przeciwne strategie, ale cel ten sam, więc tak jakby były jedną… a kluczem do ich połączenia jest właściwy moment. Ten, w którym trzeba przestać czekać, a zacząć działać, żeby czegoś nie przegapić.

W świetle tego, co powiedziała Ania, powtarzając po Justynie, wszystko zgrywało się idealnie i tworzyło spójną całość. Czekanie na właściwy moment, który w przekonaniu Majka wypadał w okolicach Wielkanocy. No cóż, miało to sens.

– Chodzi o sprawy, które Natalia musi pozałatwiać w swoich rodzinnych stronach, zanim na dobre będzie mogła ustabilizować życie osobiste w Lublinie – mówiła dalej Ania. – Tak powiedziała Justynce i nawet nie prosiła jej o zachowanie tajemnicy, więc Justi uznała, że może mi to przekablować. Oczywiście nadal trzymamy się założenia, że nie rozpowiadamy o tym nikomu poza naszym ścisłym gronem – zaznaczyła, na co Iza znów tylko spokojnie pokiwała głową. – Ale ty do niego należysz i właśnie, jak mówiłam, ciekawa jestem, czy o tym słyszałaś. Bo na pewno wiesz, że Natalia nie jest z Lublina?

– Tak. Pochodzi z Bydgoszczy.

– Dokładnie. Tyle że już dawno tam nie mieszka, pracowała w różnych miastach, aż kilka lat temu rzuciło ją do Lublina, gdzie, jak powiedziała Justysi, podoba jej się najbardziej, dlatego chciałaby tam zostać już na stałe. Tak w ogóle to Justyna tylko raz rozmawiała z nią dłużej na tematy osobiste – zaznaczyła. – Wbrew pozorom wcale nie widują się za często, bo żadna nie ma czasu, ale ostatnio, na początku marca, umówiły się w końcu na kawę na mieście i przegadały cięgiem kilka godzin. Oczywiście Justi nie dopytywała jej wprost o Majka, co prawda korciło ją strasznie, ale uznała, że jak zasada to zasada, i starała się rozmawiać z nią całkowicie neutralnie.

Zawiesiła głos, jakby w oczekiwaniu na reakcję towarzyszki.

– I czego się dowiedziała? – zapytała zatem Iza, udając zaciekawienie.

– Różnych bardzo interesujących rzeczy – zapewniła ją Ania. – Przede wszystkim tego, po co Natalia jeździ do Bydgoszczy i co ma tam do załatwienia, bo, jak pewnie wiesz, ostatnio bywa tam dość często. Zdarza się, że przez to nawet cały tydzień albo dłużej nie ma jej w Lublinie, a Majk, jak twierdzi Justysia, ewidentnie źle to znosi. Podobno w lutym, kiedy mieli imprezę u niego w knajpie, a Natalii nie było, miał tak wisielczy humor, że to aż biło po oczach. Wiadomo, osoby niewtajemniczone nie mogły skojarzyć przyczyny, ale dla wtajemniczonych, jak mówi Justi, połączyć fakty to była bułka z masłem. A z kolei na Dniu Francuskim, gdzie Natalia już była obecna, Majk był w szampańskim humorze, a nawet rzucał tymi matrymonialnymi aluzjami, które zresztą sama słyszałaś – spojrzała na nią znacząco. – Więc chyba nie ma opcji, żeby to był zbieg okoliczności… No, ale miałam mówić o tych jej sprawach w Bydgoszczy. Wiesz, po co ona tam jeździ?

– Zdaje się, że ma tam rodzinę – zauważyła spokojnie Iza.

– Tak, ale nie to jest najważniejsze. Chodzi o starą historię miłosną – wyjaśniła, nieco zniżając głos. – A de facto o jej pierwszą miłość, z którą ostatnio przypadkowo odnowiła kontakt.

– Mhm – skinęła głową Iza, natychmiast przypominając sobie opowieść Natalii o zaręczynach kuzynki z jej byłym chłopakiem.

Jak podejrzewała od samego początku, to właśnie on mógł być przedmiotem owej „zazdrości wstecznej”, o której mówił Majk. Co prawda ostatnio zmienił zdanie i wspominał głównie o zazdrości progresywnej, ale może to się jakoś ze sobą wiązało? A jeśli tamta historia wcale nie była zakończona?

– Wiesz coś o tym? – zaciekawiła się Ania, mierząc ją badawczym spojrzeniem.

– Tak… – odparła niepewnie. – Chyba tak, o ile faktycznie chodzi o tę samą osobę. Rozmawiałam raz z Natalią, ze mną też była na kawie na mieście, tyle że nie zdążyłyśmy długo posiedzieć, bo wypadło jej coś pilnego i musiała uciekać. Ale o tym chłopaku z Bydgoszczy zdążyła mi powiedzieć, bo to był powód jej wyjazdu tam… chodziło o jego zaręczyny z jej kuzynką.

– Tak jest, bingo! – ucieszyła się Ania. – Właśnie o to chodzi, o faceta, który kiedyś był z nią, a teraz żeni się z kimś innym. Podobno to była jakaś pogmatwana historia, która do tej pory nie rozwiązała się do końca, chociaż Natalia bardzo chciałaby już z tym skończyć i uwolnić się od tego niepotrzebnego bagażu z przeszłości. Wiesz może o tym coś więcej, Iza?

– Niewiele – pokręciła głową. – Tylko tyle, że udział w zaręczynach był dla Natalii trudny emocjonalnie, właśnie przez to, że chodziło o jej byłego chłopaka. Ale nie wspominała mi o komplikacjach, które wpływałyby na jej bieżące życie, o tym de facto nie wiem nic.

– Justyna też nie za dużo, bo Natalia nie chciała mówić o szczegółach, powiedziała tylko, że to głupie i skomplikowane. I że sytuacja ją zaskoczyła, bo…

Urwała nagle, marszcząc czoło ze wzrokiem wbitym w wychodzące na ulicę okno knajpki, a na jej twarzy pojawił się wyraz zdumienia połączonego z zaintrygowaniem. Iza odwróciła się ostrożnie i zerknęła w tamtą stronę, jednak nie zauważyła nic ciekawego. Okno co prawda było ozdobione gęsto stojącymi na niskim parapecie storczykami, ale nawet przez tę kolorową zasłonę widać było, że na chodniku przed budynkiem panował normalny ruch, a ulicą jak zwykle jechały samochody. Ania jednak ewidentnie była poruszona.

– Kurczę… ale numer! – rzuciła zniżonym głosem, dyskretnym ruchem głowy wskazując na okno. – Widzisz tę dziewczynę na chodniku naprzeciwko? Tę z fioletowym wózkiem?

Iza przyjrzała się uważniej, pochylając się w stronę okna tak, by znaleźć jak najlepszą lukę pomiędzy storczykami. Rzeczywiście, po drugiej stronie ulicy szybko wychwyciła rzeczoną postać młodej, ciemnowłosej kobiety z fioletowym, głębokim wózkiem dziecięcym, który pchała przed sobą nieśpiesznie, rozmawiając przez trzymany przy uchu telefon.

– Aha – pokiwała głową. – Widzę. Kto to jest?

– Poczekaj chwilę, zaraz ci powiem, niech najpierw lepiej jej się przyjrzę – odparła Ania, wytężając wzrok. – Nie mam pewności, może jakby podeszła trochę bliżej…

Iza znów pokiwała głową, obserwując od niechcenia i bez specjalnego zainteresowania dziewczynę z wózkiem, w duchu zadowolona, że dzięki temu temat Natalii chwilowo się urwał i mogła odrobinę odetchnąć. Mimo to była z siebie bardzo zadowolona, jak na razie nie zrobiła żadnego fałszywego ruchu i szło jej co najmniej tak dobrze jak podczas pamiętnej styczniowej rozmowy z Lodzią, kiedy trzymała się twardo, choć potem musiała to ciężko odchorować. Dziś, jak przewidywała, nawet to nie będzie konieczne, czuła się bowiem o wiele swobodniej niż wówczas, a choć rewelacje Justyny na temat Natalii jasno potwierdzały jej przypuszczenia dotyczące przyczyn klinczu, o jakim wielokrotnie mówił Majk, w niczym jej nie zaskakiwały, a na pewno nie na tyle, żeby przygotowany do walki komandos miał z tym większy problem. Sama od dawna podejrzewała, że wzmianki Majka o zazdrości wstecznej czy progresywnej dotyczyły przeszłości Natalii, dziś poznawała tylko więcej szczegółów, które jednak w ogólnym rozrachunku nie były niczym nowym. Poza tym, jak już dawno zauważyła, rozmowy o Majku i Natalii z osobami trzecimi nie generowały tak skrajnych emocji jak rozmowa o tym bezpośrednio z nim, owszem, one też bolały, musiały boleć, ale nie na tyle, żeby nie dało się tego wytrzymać.

Tymczasem, jak zauważyła mimochodem, młoda kobieta, która wzbudziła tak żywe zainteresowanie Ani, niespodziewanie skręciła na pobliskim przejściu dla pieszych i przeszedłszy na drugą stronę ulicy, zbliżała się w ich stronę. Kiedy była już całkiem blisko, Ania wyprostowała się na krześle i pokiwała z przekonaniem głową.

– Tak, to ona – stwierdziła stanowczo. – Gaëlle.

Na dźwięk tego imienia Iza drgnęła i z podwójną ciekawością zerknęła zza storczyków przez okno. Akurat w tym momencie, jak na zamówienie choć przecież zupełnie nieświadomie, młoda matka zatrzymała się tuż przy ich oknie i schyliwszy się do wózka, wciąż nie odejmując od ucha telefonu, przez kilka sekund jedną ręką poprawiała różową kołderkę dziecka. Fakt, że wewnątrz knajpki nie było intensywnego oświetlenia, a na dworze dopiero zaczynał zapadać zmrok, nie mogła widzieć siedzących po drugiej stronie szyby kobiet. One za to mogły przyjrzeć jej się bardzo dokładnie, szczególnie Iza pożerała ją zaciekawionym wzrokiem przez kilka sekund, nim Gaëlle wyprostowała się i popchnąwszy wózek, ruszyła dalej chodnikiem w swoją stronę.

A więc to była owa słynna przyjaciółka Victora! Iza natychmiast oceniła, że była bardzo ładna, wręcz, w jej przekonaniu, nie tylko w niczym nie ustępowała urodą i atrakcyjnością widzianej na warszawskim dworcu Julii, ale nawet ją w tym względzie przewyższała.

„A mnie to już w ogóle deklasuje” – pomyślała mimochodem. – „Wiadomo, że wygląd to nie wszystko, ale mimo to ciekawe, dlaczego Vic nie chciał z nią być.”

– Gaëlle? – powtórzyła powoli, kiedy dziewczyna zniknęła im już z horyzontu. – Naprawdę to była ona?

– Mhm – skinęła stanowczo głową Ania. – Z początku nie byłam pewna, ale teraz już nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Pamiętam tę twarz, poza tym to jest dzielnica, w której ona mieszka, Alice faktycznie mówiła mi o tym. Tak, to na bank ona, Izunia. Na spacerze z córką Victora.

– Bardzo ładna – zauważyła Iza. – Znaczy, mam na myśli Gaëlle, nie córkę. I w ogóle świetnie się prezentuje, bardzo elegancka dziewczyna.

– Mhm, to prawda. Wygląda znakomicie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, przez co musiała przejść przez ostatni rok. Mam nadzieję, że najgorsze ma już za sobą, z wierzchu wydaje się spokojna i zadowolona.

– Tak… Chociaż z drugiej strony trudno oceniać po samym wyglądzie, nigdy nie wiadomo, co człowiekowi tak naprawdę siedzi w głowie i w sercu.

– Zdecydowanie. Dlatego nie oceniam jej, tylko po prostu cieszę się, że przynajmniej z wyglądu sprawia wrażenie, jakby w miarę się już pozbierała. Patrząc obiektywnie, po takiej akcji, jaką odwinął Vic, chyba mogło być dużo gorzej… no, ale zostawmy to, Iza – machnęła ręką. – Przepraszam, że tak nagle przerwałam rozmowę, po prostu spojrzałam w okno, zauważyłam Gaëlle i chciałam się upewnić, czy to faktycznie ona. Swoją drogą zadziwiające, że dzisiaj, kiedy dopiero drugi raz w życiu widziałam ją na własne oczy, akurat jestem tu z tobą. Czy to nie kolejny dowód na to, że naprawdę posiadasz wiedźmowe moce? – zażartowała. – Wcale by mnie nie zdziwiło, gdybyś w jakiś magiczny sposób przyciągnęła tutaj Gaëlle, żeby jej się przyjrzeć.

– Ach… nie! – parsknęła śmiechem Iza. – Nic takiego nie zrobiłam, chociaż kto wie? Może moje wiedźmowe moce działają same, bez porozumienia ze mną?

– Oj, to już by było trochę niebezpieczne! – zaśmiała się Ania.

– No właśnie! Dlatego wcale mi się ta teoria nie podoba. Gdyby tak było, chyba musiałabym zacząć bać się samej siebie.

– Aż tak daleko nie idźmy, to był tylko żart, Izunia – odparła Ania, poważniejąc. – Po prostu zbieg okoliczności, chociaż trzeba przyznać, że ciekawy. A co do Gaëlle, to rzeczywiście, jest bardzo ładną i atrakcyjną dziewczyną, Alice mówiła mi kiedyś, że zawsze miała wielkie powodzenie u facetów, więc nieraz zastanawiałam się, dlaczego Vic tak się przed nią bronił, skoro ona sama bardzo chciała z nim być. Ale nie wiem, czy chcesz teraz o tym rozmawiać – spojrzała na nią znacząco – bo ja, powiem szczerze, nie bardzo. Jeśli chodzi o priorytety, to sprawa Majka jest dla mnie o wiele ważniejsza niż sprawa Vica, zwłaszcza że oboje z Jean-Pierrem nadal mamy do niego żal za to zniknięcie bez słowa.

– Jasne – skinęła głową Iza, mimo woli wspominając postać Victora z owiniętym wokół szyi czerwonym szalem na zasypanej śniegiem lubelskiej ulicy. – Ja też nie mam wielkiej ochoty rozmawiać o Vicu.

„Jak już, to tylko po to, żeby nie rozmawiać o Natalii” – pomyślała z przekąsem.

– No właśnie, wróćmy do Majka i Natalii – podjęła Ania. – Mówiłam o jej starej historii miłosnej z Bydgoszczy i o tym, że to się dalej ciągnie, podobno w jakiś nieprzyjemny dla niej sposób. Nie opowiadała Justysi szczegółów, ale podkreślała, że koniecznie musi to wyczyścić, zanim ułoży sobie nowe życie w Lublinie, a jak najbardziej ma taki zamiar. To też o czymś świadczy, prawda? – mrugnęła do niej. – Justyna zapytała ją nawet, tak niby w żartach, czy ma w Lublinie jakiegoś kandydata do pomocy w tym układaniu życia, ale ona tylko się uśmiechnęła, więc Justi nie chciała drążyć, żeby nie dać po sobie poznać, że czegoś się domyśla. No i teraz zastanawiamy się, na ile Majk wie o tym, że Natalia ma w Bydgoszczy takie niepozałatwiane sprawy z przeszłości… bo jeśli wie, to znając go, na pewno to uszanuje i poczeka cierpliwie, aż ona to wyczyści. Jak myślisz, Izunia? Może o tym wiedzieć?

– Oczywiście, że wie – odparła spokojnie Iza. – O tym wyjeździe na zaręczyny koleżanki z jej byłym chłopakiem Natalia mówiła mi przy nim, byliśmy wtedy we trójkę.

– Aaa… czyli jednak dobrze myślałyśmy! – ucieszyła się Ania. – I wszystko się zgadza, to jest właśnie nasz drugi argument za Wielkanocą! Natalia do tego czasu powinna już zamknąć te swoje bydgoskie przeboje, mówiła Justysi, że liczy na uporanie się z tym w ciągu kilku najbliższych tygodni. A skoro Majk o tym wie, to już raczej nie ma wątpliwości, że to o to chodzi, za dużo okoliczności składa się w jedno, żeby to mógł być przypadek.

– Też tak uważam – przyznała.

– Poza tym jest jeszcze jeden mocny trop – zaznaczyła z entuzjazmem Ania – bo Natalia w czasie tej rozmowy z Justyśką kilka razy podpytywała ją o Majka. Niby tak przy okazji, od niechcenia, a Justi odpowiadała tak samo, ale mówi, że wyraźnie czuć było u niej zainteresowanie jego przeszłością, zarówno jeśli chodzi o firmę, jak i o sprawy osobiste. Wiadomo przecież, że kiedy ktoś wpadnie nam w oko, chcemy dowiedzieć się o nim jak najwięcej, nie tylko bezpośrednio od tej osoby, ale też z ust innych. Ciekawa jestem, czy Majk robi tak samo… Justynki o Natalię nie podpytywał wcale, tylko na samym początku, jeszcze przed zatrudnieniem, i wtedy pytał głównie o jej kompetencje zawodowe, nie o życie osobiste, ale wiadomo, że wtedy jeszcze nie myślał o niej w ten sposób. Ech… z jednej strony trochę głupio mi tak ich obmawiać – zerknęła na słuchającą ze stoicką miną Izę z lekkim zawstydzeniem – ale z drugiej jestem tym taka podekscytowana i tak strasznie się cieszę, że nie umiem inaczej. Gdyby to się udało, Izunia… gdyby Majk wreszcie znalazł swoje szczęście, mógł ruszyć w życiu osobistym do przodu… Tak bardzo na to zasługuje!

– To prawda – przyznała ciepło Iza, szkicując na ustach leciutki uśmiech i jednocześnie starając się, by nie wyglądał na smutny.

– Lea mówiła mi, że jutro Majk ma być u nich na obiedzie – zaznaczyła Ania. – Podobno miał być już dawno, Edzio czekał na niego z nadzieją, że pobawią się samolotami i że będzie mógł pojeździć sobie na nadwornym koniu – uśmiechnęła się z rozbawieniem – ale niestety Majk się właśnie wtedy rozchorował. Ostatnio też nie miał czasu w weekend, bo dopiero co na nowo otworzył knajpę po tej epidemii i oczywiście zachrzaniał tam od świtu do świtu jak dziki osioł. Chociaż kto wie? Może poza pracą miał też inne zobowiązania? – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – W to nie wnikniemy, możemy tylko trzymać kciuki. W każdym razie Lea mówi, że tym razem udało im się wreszcie dopaść go i zaklepać na jutrzejszy obiad, podobno to było głównie zasługą Pawła. Nie dziwię się, co wredny adwokat, to wredny adwokat, nie? – zażartowała. – Ważna jest skuteczność. Majk ma być u nich całe popołudnie i wieczór, umowa jest taka, że wróci sobie do roboty dopiero po dwudziestej, jak już Edzio pójdzie spać. No bo przecież wiadomo, że jak młody raz wsiądzie na konia, to szybko z niego nie zejdzie!

Zaśmiała się, a Iza zawtórowała jej z sympatią, wspominając łobuzerską minkę chłopca.

– Ale do czego zmierzam… Przy tej okazji Lea ma zamiar trochę wybadać Majka w wiadomej sprawie – ciągnęła Ania. – Oczywiście bardzo delikatnie i dyskretnie, głównie chce poobserwować jego reakcje, a potem, jak dobrze pójdzie i trafi się dogodny pretekst, może uda jej się też podpytać Pawła? Zobaczymy. W poniedziałek mamy się zdzwonić i opowie mi o swoich wrażeniach, chociaż nie zdziwię się, jak nie będzie miała żadnych rewelacji. Jak by nie było, Majk to twardy zawodnik, który lubi grać na własnych zasadach, a jak jeszcze Paweł pomaga mu w mieszaniu szyków, to na takich dwóch gagatków nie ma mocnych.

Uśmiechnęła się z rozbawieniem, po czym zerknęła uważnie na Izę.

– A słuchaj, Izunia, może domówmy sobie jeszcze drugie ciasteczko, co? – zaproponowała. -Tylko tym razem z herbatą albo z czekoladą, hmm? Co ty na to?

– Chętnie – zgodziła się bez wahania Iza. – Takiemu ciasteczku nie sposób się oprzeć i ja faktycznie poproszę je z czekoladą. Muszę korzystać z tych przepysznych belgijskich specjałów, dopóki tutaj jestem.

– Bardzo słusznie – skinęła z zadowoleniem głową Ania, ruchem dłoni dając znak kelnerce, by do nich podeszła. – Zaraz poprosimy o kartę i wybierzesz sobie smak. A ja chyba tym razem zostanę przy zwykłej herbacie… A może jednak też czekolada? Hmm, trudny wybór. Będę musiała się naprawdę poważnie zastanowić.

***

„Uff, mam to już za sobą!” – odetchnęła z ulgą Iza, wspinając się po schodach na trzecie piętro kamienicy, pod której drzwi po spotkaniu odwiozła ją Ania. – „I co więcej, dzisiaj poszło mi zadziwiająco łatwo. Tylko czy jest się z czego cieszyć?”

Kiedy nieco zdyszana szybkim marszem po wysokich schodach dotarła do mieszkania numer czternaście i otworzyła kluczem drzwi, od razu zauważyła, że Marty jeszcze nie było, gdyż pomimo zapadającego na zewnątrz zmierzchu światła były wyłączone, a w domu panowała idealna cisza. Udała się zatem pod prysznic, a następnie, już w piżamie, do kuchni, gdzie, jako że kolację zjadły z Anią zaledwie pół godziny wcześniej, zaparzyła sobie tylko świeżą miętę. Zgasiwszy lampę, przeszła do pokoju i z dymiącym kubkiem w dłoni stanęła w ciemnościach przy oknie, by popatrzeć na rozświetlające się kolorami wieczorne miasto, a także poczekać na Martę, która zapewne niebawem, wracając do domu, podjedzie pod kamienicę na motocyklu Cédrica.

Mimo dość wczesnej pory czuła zmęczenie. Niewątpliwie było ono naturalną konsekwencją dynamicznych wydarzeń ostatnich dwóch dni, począwszy od wczorajszej rozmowy z Arthurem, poprzez gonitwę ponurych myśli na Passerelle Saucy, następnie telefon od Majka, który w kilka sekund jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przywrócił spokój jej duszy, aż po trudną rozmowę z Anią, z której jednak, jak oceniała z satysfakcją, udało jej się wyjść obronną ręką. Niemniej związana z tym huśtawka emocji oraz poprzednia bardzo źle przespana noc wycieńczyły ją na tyle, że teraz, stojąc przy oknie, za którym powoli zapadał zmierzch, czuła, jak z minuty na minutę jej mięśnie słabną i zaczyna chcieć jej się spać. To ostatnie uczucie niewątpliwie wiązało się też z zapachem i smakiem mięty, który zarówno ona, jak i Majk kojarzyli właśnie ze snem… słodkim snem, jaki niejednokrotnie przerywał im zapijane miętą łóżkowe sesje filozofii księżycowej.

„Niesamowite… jakbyś tu był!” – pomyślała w rozmarzeniu, pijąc powoli łyk po łyku i wdychając przy tym unoszący się z kubka dymek z ziołowego naparu. – „Tak bardzo już za tobą tęsknię, promyczku…”

Aromat mięty i migoczące światełkami, widziane z góry miasto z połyskującą w oddali taflą rzeki coraz przyjemniej koiły jej zmysły, w magiczny sposób wymazując z pola uwagi wszelkie złe wspomnienia, smutki i dylematy, a pozostawiając i akcentując tylko to, co było dobre. Choć w głębinach podświadomości wciąż czaiły się dręczące obrazy i pytania, w tym momencie, zupełnie jak dziś przed południem na Passerelle Saucy, nie miały większego znaczenia, niknąc i blednąc w cudownej atmosferze wspomnienia rozmowy z Majkiem i jego ciepłego, wesołego głosu w słuchawce. Co więcej – przez zapach mięty zaczął powoli przebijać się jeszcze inny… jedyny na świecie, znajomy do bólu… zapach, którego nie mogło tu być i nie było na pewno, lecz który po raz kolejny wracał do niej na mocy samego skojarzenia. Zapach jego ubrań i włosów… mieszanina aromatu męskiego szamponu, mgiełki wody kolońskiej i ciepła jego ciała…

Przymknęła oczy i wciągnęła go w nozdrza, rozkoszując się nim pomimo świadomości, że przecież nie mógł być prawdziwy, że pochodził tylko i wyłącznie z jej wyobraźni. Dopóki mogła go czuć, na jawie czy we śnie, nic nie był zbyt trudne, a nade wszystko – nic nie było niemożliwe. A może jednak jakoś wytrzyma? Może wcale nie będzie musiała uciekać? Może to wszystko, co ją bolało i przerażało, było tylko przysłowiowym strachem, co ma wielkie oczy, a kiedy przyjdzie co do czego, okaże się, że da sobie radę, tak samo jak dziś w rozmowie z Anią?

Gdzieś w tle za oknem rozległ się charakterystyczny hałas silnika motocyklowego, w głowie leniwie mignęła jej myśl, że może to Marta i Cédric, ale wygasiła ją natychmiast, niecierpliwie wracając do tej poprzedniej. Bo jeśli faktycznie strach miał wielkie oczy? Jeśli nie było się czego bać? A może… może w ogóle się myliła? Może Natalia była tylko chwilowym cierniem w sercu, zmorą, która zniknie równie szybko, jak się pojawiła? Tak jak znika pojawiająca się o świcie mgła… Mgła…

Nie, jednak aż tak daleko nie powinna iść, nawet w najodważniejszych złudzeniach. W przypadku Natalii nie myliła się, niestety. Gdyby tak było, musiałaby się mylić nie tylko ona, ale też Lodzia, Justyna, Ania… Pablo… Pablo, który prawdopodobnie niczego już nie musiał się domyślać, bo jako jedyny wiedział na pewno i nie przeczył sugestiom Lodzi. Podobno uśmiechał się tylko i milczał, ponieważ przyrzekł Majkowi milczenie, ale to milczenie było przecież zbyt wymowne, by można było dopuszczać jakąkolwiek opcję pomyłki. Ona zresztą też niedługo będzie wiedzieć na pewno, ale póki jeszcze nie usłyszała tego bezpośrednio z jego ust, któż jej zabroni tych przelotnych marzeń, że mogłoby być inaczej? Tej słodyczy, która ogarniała ją wraz z najukochańszą na świecie mieszanką zapachów… z drżeniem księżycowej duszy, która przez przestrzeń połowy Europy zdawała się łączyć z jego duszą, nawet jeśli on sam nie był tego świadomy…

Zgrzyt klucza w zamku wyrwał ją gwałtownie ze stanu przyjemnego odrętwienia, każąc jej wyprostować się i otworzyć oczy. Zapach wody kolońskiej zniknął, pachniała już tylko mięta, której resztki stygły jeszcze na dnie kubka. Do przedpokoju ostrożnie wsunęła się Marta i zapaliwszy światło, schyliła się, by zdjąć buty. Z głębi ciemnego pokoju Iza widziała przez półotwarte drzwi jej sylwetkę w skórzanym kombinezonie motocyklowym i z uśmiechem czekała, kiedy koleżanka zajrzy tu i zauważy ją, ta jednak po zdjęciu butów udała się wprost do łazienki.

„No dobra” – machnęła z rozbawieniem ręką Iza, jednym haustem dopijając miętę i odstawiając kubek na parapet. – „Nie zdążyłam się ujawnić, może myśli, że jeszcze nie wróciłam? Tak czy inaczej trzeba dać jej teraz co najmniej pół godziny na ściąganie z siebie tego ustrojstwa, prysznic… no to ja w tym czasie chociaż rozprostuję sobie kości.”

Usiadła na łóżku, przeciągnęła się leniwie i z przyjemnością wsunęła się pod kołdrę, znów przymykając zmęczone oczy. W pokoju było już całkiem ciemno, oświetlony był jedynie wpadającą przez okna rozproszoną łuną świateł miasta. Wygodna pozycja leżąca, ciepło oraz dobiegający z łazienki monotonny szum wody szybko przeniosły ją na granicę snu, mimo że siłą woli broniła się przed zaśnięciem, chcąc najpierw choć krótko porozmawiać z Martą. W tym stanie pół-snu, pół-jawy przed oczy wrócił jej niespodziewanie obraz Gaëlle idącej ulicą z telefonem przy uchu i pchającej przed sobą fioletowy wózek dla niemowląt.

„Bardzo ładna, wręcz piękna” – pomyślała, spontanicznie zestawiając w wyobraźni jej postać z postacią Victora. – „Ale do Vica chyba jednak faktycznie by nie pasowała. Nie wiem dlaczego, ale coś mi w tym zestawie zgrzyta… A z drugiej strony co mnie to obchodzi? Nie moja sprawa.”

Nie masz lepszych intencji do modlitwy, mała wiedźmo? – rozbrzmiał w jej pamięci żartobliwy głos Majka.

„No właśnie mam” – westchnęła. – „Tylko sama już tak naprawdę nie wiem, o co powinnam prosić.”

Jej myśli natychmiast wróciły do dręczącego wątku ucieczki i propozycji Arthura, która w kontekście słów księdza Tomasza wyglądała jak konkretna odpowiedź na jej rozterki i której, obiektywnie rzecz biorąc, nie powinna ignorować. Nawet jeśli dzisiejsza rozmowa z Majkiem odsunęła od niej smutki i na kilka godzin zagłuszyła dylematy, te przecież wkrótce wrócą… właściwie to już powoli wracały… Fakt, że Majk tak luźno podszedł do informacji o opcji jej późniejszego powrotu do Polski, z jednej strony niewątpliwie był znakiem jego wyrozumiałości, lecz z drugiej mógł po prostu świadczyć o tym, że nie była mu już tak potrzebna jak wcześniej. Do tego ten jego wyśmienity humor… Czy powodem tego była częstsza teraz obecność Natalii w Anabelli? A może zbliżająca się wielkimi krokami Wielkanoc i niosący wolność koniec oficjalnej umowy z księgową? Gdyby dodać do tego jeszcze jakieś dobre wieści w sprawie ostatecznego zakończenia „starej historii miłosnej” z Bydgoszczy…

Ale może to była tylko jej nadinterpretacja? Może rozum podpowiadał jej zbyt surowe konkluzje? Wszak całkowicie przeczyły one temu, co dziś czuła głębią księżycowej duszy na Passerelle Saucy… Gdy tylko w telefonie rozbrzmiał głos Majka, słyszała w nim jedynie ciepło, od którego topniała jej dusza, i szczerą, głęboką radość, tak podobną do jej własnej, jakby była jednym i tym samym uczuciem… Nie rozmawiali o niczym naprawdę kluczowym, może poza sprawą Arthura, o którego propozycji w końcu nie zdążyła mu nawet wspomnieć, to była najzwyklejsza w świecie rozmowa, jednak, jako że stanowiła odnowienie kontaktu po długim tygodniu ciszy i tęsknoty, dla niej miała inny, niemal metafizyczny wymiar. Majk odezwał się przecież dokładnie w chwili, gdy było jej najciężej, jakby ponad przestrzenią odebrał od niej telepatyczny sygnał, jakby jakimś cudem wiedział, że go potrzebuje. Czy to mógł być tylko kolejny przypadek i zbieg okoliczności?

„I ten kod…” – myślała leniwie, mimo wysiłków woli czując, że za chwilę zapadnie w sen. – „Użył przecież słowa kod… a propos pani Ziuty… czy mogło chodzić o cokolwiek innego niż te cyferki z kartki? Tylko że przecież tamtego kodu nie odczytał, w Nowy Rok nie myślał o mnie, a księżyc oglądał z Natalią… tego ostatniego, 7-3-9, też nie, to był tylko mój wymysł… Nie, nie mogło mu chodzić o to… A może po prostu się przesłyszałam? Może wcale nie powiedział kod?… albo się przejęzyczył?…”

Hałas zamykanych drzwi od łazienki i kroki w przedpokoju, a także ciche skrzypnięcie drzwi zasygnalizowały jej, że Marta już się wykąpała, jednak wygodny, leniwy półletarg, w jakim się znajdowała, nie dawał jej motywacji do tego, by poruszyć się i odezwać do niej. Przez kilka minut, na granicy snu, słyszała cichą krzątaninę koleżanki, która zapaliła światło tylko w kuchni, przymykając drzwi, by jej nie obudzić, a następnie, wróciwszy do pokoju, zupełnie po ciemku przygotowywała się do snu. Kiedy szelest pościeli na sąsiednim łóżku zaświadczył o tym, że i ona się kładzie, Iza wreszcie wykonała brawurowy wysiłek woli i poruszyła się na poduszce.

– Martuś? – wymamrotała cicho.

– Tak, to ja – odparła uspokajającym półgłosem Marta. – Śpij, śpij, ja też już się kładę.

– Nie śpię – zapewniła ją nieco pewniejszym głosem Iza. – Tak tylko sobie leżę, może trochę przysypiam, ale i tak czekam na ciebie.

– O masz! A ja byłam pewna, że już dawno smacznie śpisz, nie paliłam światła i chodziłam na palcach, żeby cię nie obudzić… W ogóle to zdziwiłam się, że już uderzyłaś w kimę, w sumie jeszcze nie jest tak późno, ale uznałam, że pewnie zmęczyłaś się na mieście jeszcze bardziej niż ja. Czemu nie odezwałaś się, jak zajrzałam tu po kąpieli?

– Nie miałam siły, jakoś tak mnie zmorzyło… Ale przecież ciotka-przyzwoitka nie może pójść spać, zanim nie dowie się, co tam narozrabiałaś – dodała żartem. – Mów. Jak było na motocyklu?

– Genialnie! – odparła z entuzjazmem Marta. – Ponad sto pięćdziesiąt kilometrów po jednych z najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu widziałam… i przez prawie połowę sama prowadziłam Harleya! Wyobrażasz sobie? Tego nie da się porównać z niczym innym! Rewelacyjny sprzęt! A co do rozrabiania, to ciotka-przyzwoitka może być ze mnie dumna, bo nie narozrabiałam nic a nic – zaznaczyła z powagą. – Co prawda było blisko… nawet bardzo blisko… ale dałam radę.

– A konkretnie? – zapytała z rozbawieniem Iza. – Ciotka musi dokładnie wiedzieć, co waćpanna rozumie przez słowo blisko.

Marta roześmiała się perliście w ciemnościach.

– To, że na koniec prawie się pocałowaliśmy – wyjaśniła swobodnie. – Ale w ostatniej chwili cofnęłam się, a on nie protestował, chyba był nawet trochę zawstydzony… albo przynajmniej udawał. W każdym razie iskrzyło jak diabli, dokładnie tak jak na początku z Patrykiem – imię byłego chłopaka wymówiła lekkim, nieco lekceważącym tonem – a nawet jeszcze bardziej, a te moje pierwsze próby z Radkiem to już w ogóle się nie umywają. Wiesz, jak to jest. Piękne widoki, autostrada, świetny motocykl i przystojny facet… wiatr we włosach… Nie ma szans, żeby cię nie wzięło.

– No, mnie to raczej nie – zauważyła z przekąsem rozbudzona już całkowicie Iza. – Ja nie jestem z tych, co łapią się na jakiś motocyklowy wiatr we włosach.

Marta znów roześmiała się, otulając się kołdrą i moszcząc się wygodnie w łóżku.

– Prawda, zapomniałam! Na ciebie to nie działa, ale na mnie bardzo, musiałam walczyć ze sobą jak lew, żeby nie poddać się atmosferze chwili. Nie masz pojęcia, jak ten facet mi się podoba… ja jemu chyba trochę też – podkreśliła skromnie. – Tamtym razem nie było wielkiego niebezpieczeństwa ani tej atmosfery, bo byliśmy we czwórkę z Martinem i Emmą, więc skupiałam się głównie na osiągach Harleya. Ale tym razem, kiedy byłam z Cédrikiem sam na sam… tego się po prostu nie da opowiedzieć. Tyle że on jest inny niż Patryk – zaznaczyła stanowczo. – Nie ciśnie, jest bardzo delikatny i wystarczy jedno moje… nawet nie słowo nie, bo do takiej potrzeby nie doszło… po prostu jedno moje zawahanie w zachowaniu, a on natychmiast cofa się i widać, że nie chce wyjść na nachalnego buraka. Zupełnie inna jakość, tym zresztą też mi zaimponował. Ale i tak nas do siebie ciągnęło, normalnie jak magnes! – westchnęła z rozmarzeniem. – I jestem pewna, że gdybym nie miała za sobą tych doświadczeń z Radkiem, a zwłaszcza z Patrykiem, poległabym dzisiaj na całej linii, bez szans na obronę.

– Ale nie poległaś – zauważyła z uznaniem Iza. – I bardzo dobrze, Martuś. Jak coś ma z tego być, to i tak będzie, a lepiej nie rzucać się w taki wir na spontana, zwłaszcza że de facto prawie nic o nim nie wiesz. Poza tym, tak jak sama mówiłaś, za dwa i pół tygodnia wyjeżdżamy stąd i wracamy do Polski, więc pytanie, czy w ogóle warto się rozpędzać.

– No, ty to umiesz w dwie sekundy zgasić człowiekowi świeczkę – zauważyła z żartobliwym przekąsem Marta. – Jesteś w tym mistrzynią świata, ciotko-przyzwoitko. Ale w sumie masz rację… A słuchaj – dodała ostrożnie. – Mówiłaś kiedyś, że Jean-Pierre też spotkał Anię, kiedy była tutaj tylko na krótkim pobycie. I że to nie przeszkodziło im w pociągnięciu znajomości, bo szybko okazało się, że kilometry, inny kraj i inna kultura to wcale nie przeszkoda, kiedy ludzie są sobie przeznaczeni. Jakoś ciągle mam to w głowie…

Iza uśmiechnęła się delikatnie.

– To prawda – przyznała ciepło. – Ich historia potwierdza, że kiedy obie strony bardzo tego chcą, każda granica jest do pokonania. I kto wie, może z twojej znajomości z Cédrikiem też rozwinie się coś pięknego i trwałego? Ale dobrze robisz, że dajesz temu czas i nie popełniasz starych błędów – podkreśliła stanowczo. – Skoro dzisiaj w imię rozumu oparłaś się tak silnej pokusie serca i atmosfery chwili, to ja naprawdę jestem z ciebie dumna. Zobaczysz, że na dłuższą metę, jaki by nie był finał, nie będziesz tego żałować.

– No właśnie… czy nie będę żałować? – zastanowiła się przekornie Marta. – Jest takie powiedzenie, że lepiej grzeszyć i żałować, niż na starość żałować, że się nie grzeszyło, i myślę, że coś w tym jest. Ale mówiąc serio, to masz pełną rację, ja dzisiaj przez cały czas toczyłam tę walkę między rozumem i sercem, a teraz jestem dumna i zadowolona, że jakimś cudem udało mi się doprowadzić do zwycięstwa rozumu. Przynajmniej tym razem – parsknęła śmiechem. – Bo co będzie następnym, to już nie gwarantuję!

– Ja też się tego obawiam – pokiwała z pobłażaniem głową Iza.

– Nie no, wiem przecież, że to bez sensu – odparła poważniejszym tonem Marta. – Znamy się z Cédrikiem dopiero od półtora tygodnia, jak spojrzeć na to na chłodno, to wygląda to wręcz śmiesznie. Tak jak przed chwilą słusznie powiedziałaś, nie mogę już popełniać starych błędów i rzucać się na główkę w przepaść, której nie znam, a tej przecież nie znam wcale. Poza tym ja mam tę wadę, że łatwo się angażuję, to moja wielka słabość, ale, jak widzisz, walczę z nią i tym razem postaram się nie ulec. Zwłaszcza że czas mi sprzyja, dwa i pół tygodnia da się wytrzymać… mam nadzieję.

– A świat po stażu przecież się nie kończy – dodała filozoficznie Iza. – I jeśli z tego ma być coś poważniejszego, to i tak będzie. Dla Jean-Pierre’a i Ani, jak sama zauważyłaś, nie było przeszkód przestrzenno-czasowych, chcieli być razem, to są, chociaż wiadomo, że na początku swoje musieli odczekać.

– No właśnie! – podchwyciła z zaciekawieniem Marta. – Wiesz o nich coś więcej? Pamiętam, jak Emma opowiadała, że Jean-Pierre był w Liège rozchwytywany, że dziewczyny za nim szalały. Niedziwne zresztą, bo facet jest mega przystojny, prawie jak Cédric…

„Prawie” – skrzywiła się pobłażliwie w ciemnościach Iza. – „Kwestia gustu, jak dla mnie jest od Cédrica o niebo przystojniejszy.”

– … ale on zakochał się w dziewczynie z Polski, która przyjechała tu… też na jakiś staż, tak?

– Mhm. Na wymianę międzynarodową. Oboje ćwiczyli taniec i poznali się przy okazji jakiegoś turnieju czy czegoś takiego. Nie znam szczegółów, w każdym razie to był kontekst tańca, a pierwszy pobyt Ani tutaj był o wiele krótszy niż nasz obecny staż. I podobno między nimi też zaiskrzyło od samego początku.

W jej pamięci natychmiast odezwał się złamany głos Majka sprzed prawie dwóch lat – z czasów, które dziś były dla niej prehistorią.

On zdobył w pięć minut to, o co ja musiałbym walczyć latami… Zakochała się w nim na moich oczach, pod moim bokiem, aż sam czułem, jak sypały się te przysłowiowe iskry… Widziałem to po niej od razu, wystarczył mi rzut oka, kiedy na niego patrzyła

– I co? – zapytała słuchająca jej z zapartym tchem Marta. – Pewnie wymienili się numerami telefonu?

– Tego nie wiem, Martuś, o takie szczegóły nikogo nie dopytywałam. Może były potem jeszcze jakieś wymiany w ramach tego tańca, ale głowy nie dam, wiem natomiast, że po jakimś czasie Jean-Pierre zaczął przyjeżdżać do niej do Polski już prywatnie i długo się tak spotykali, zanim wyklarowały się z tego poważne plany. Niemniej od samego początku walczyli o to oboje, zwłaszcza on.

– Mhm, kapuję – westchnęła Marta. – Wiem, że nie powinnam nawet marzyć, że i w moim przypadku mogłoby tak być, ale jakoś tak… po prostu nie mogę wyrzucić z głowy przykładu państwa Magnon. Cédric to przecież kolega z pracy Jean-Pierre’a… To oczywiście samo w sobie nic nie znaczy, ale trudno się oprzeć porównaniom.

– Zgadza się – przyznała łagodnie Iza.

– Różnym porównaniom – podkreśliła Marta. – Bo z drugiej strony jest też złe porównanie, do Patryka, a ono jest o wiele silniejsze i konkretniejsze niż to hipotetyczne do Jean-Pierre’a. Tyle rzeczy się pokrywa… zwłaszcza ten motocykl. Mnie jest niebezpiecznie łatwo zaimponować motocyklem, do tego dochodzą przestrzenie, szybkość, widoki na tle zachodu słońca… no po prostu nogi się od tego uginają. Patryk na tamtym wakacyjnym tournée po Wybrzeżu omotał mnie dosłownie w dwa dni, wtedy nie miałam takich hamulców jak dzisiaj, bo też nie miałam jeszcze podwójnie potwierdzonych doświadczeń. No i nie było tam ciebie – zaznaczyła. – Oczywiście dzisiaj na przejażdżce też cię nie było, ale jesteś ze mną tu, w Liège, i już samo to wystarcza mi, żeby zachować chociaż trochę zdrowego rozsądku. W tym sensie, że przez cały czas miałam z tyłu głowy taką myśl, co by powiedziała na to Iza, i to mnie bardzo skutecznie hamowało w robieniu jakichś głupot.

Iza parsknęła śmiechem.

– Sama nie wiem, czy to dobrze czy źle – odparła zachowawczo. – Teraz to już serio czuję się jak stara, wredna ciotka-przyzwoitka. Skoro samą swoją obecnością w Liège podcinam ci skrzydła…

– Nic nie podcinasz, po prostu mentalnie trzymasz mnie w ryzach i jestem ci za to bardzo wdzięczna. Zresztą z Cédrikiem łatwiej jest się hamować niż z Patrykiem czy z Radkiem, bo on naprawdę na nic nie nalega, jest bardzo szarmancki i w żaden sposób nie tworzy atmosfery nacisku, a ja po tamtych doświadczeniach doceniam to podwójnie. A że ciągnie nas do siebie to już inna rzecz… W każdym razie dzisiaj dałam radę, a za to jak sobie poszalałam na Harleyu! – ożywiła się. – Mówię ci, ten sprzęt to bajka! Zresztą Cédrica doceniam jeszcze bardziej za to, że nie boi się dać mi kierownicy. Tamtym razem z początku trochę nie ufał moim umiejętnościom, ale chyba go przekonałam – w jej głosie zabrzmiała nutka dumy – bo dzisiaj już bez żadnych oporów pozwolił mi prowadzić na długich odcinkach. Siadał za mną jako pasażer i nie bał się, kiedy ostro dodawałam gazu, wręcz czułam, że to mu się podobało.

– Po prostu ty też mu zaimponowałaś – uśmiechnęła się Iza. – Może nawet jeszcze sama nie wiesz jak.

– Myślisz? – odparła z cichą satysfakcją Marta. – Nie wiem, czy zaimponowałam, ale czuję, że szanuje mnie jako motocyklistkę i chyba cieszy go, że możemy razem pojeździć. Z tego, co wiem, on zwykle jeździ na te wycieczki sam, a dzisiaj, jak powiedział, spędził najpiękniejszą sobotę, jaką pamięta. Bo nie chodzi tylko o samą jazdę na motocyklu – zaznaczyła – tylko ogólnie o całą atmosferę dnia. Oprócz jazdy byliśmy też na obiedzie w jakiejś wioskowej restauracji, siedzieliśmy tam ze dwie godziny i Cédric opowiadał mi o swoich podróżach po świecie. Niesamowite, w jakich miejscach był, zaliczył nawet Australię, to też zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Powiedział mi… wiem oczywiście, że to mogła być zwykła ściema, ale to było miłe… powiedział, że chętnie by mnie kiedyś tam zabrał. Znaczy, do Australii – sprecyzowała. – Że pożyczylibyśmy motocykl i jeździlibyśmy sobie po tych pustkowiach, obserwowalibyśmy kangury i misie koala… Śmiałam się tylko z tego, ale jak sobie pomyślę, że to mogłoby się naprawdę wydarzyć, to aż mi się w głowie kręci. A wracając do Liège, zajechaliśmy jeszcze na kolację, którą zjedliśmy w takiej małej knajpce na przedmieściach, na tarasie, z którego pięknie było widać rzekę i zachód słońca… Coś pięknego! – wetchnęła z rozmarzeniem. – Nastrój był tak odlotowy, że kiedy podwiózł mnie tutaj na motocyklu i zsiadł na chwilę, żeby się pożegnać, mało brakowało, a by mnie pocałował. Ale wybroniłam się.

– Po prostu postawiłaś granicę – zauważyła spokojnie Iza, mimo woli wspominając swoją pierwszą włóczęgę z Victorem po Lublinie i jego końcowy wyskok pod hotelem – i dałaś mu do zrozumienia, żeby się tak nie śpieszył.

– Aha. Dokładnie o to mi chodziło… czy też może raczej o to, że chciałam postawić tę granicę bardziej sobie niż jemu. W każdym razie dobrze się stało i cieszę się, że wytrzymałam. Jutro muszę oddać mu kombinezon, więc znowu na chwilę się spotkamy, ale to już będą inne okoliczności, więc tego się nie boję. Ale dobra, wystarczy na razie o mnie, Iza, teraz powiedz, jak ty spędziłaś ten dzień. Udało ci się coś ruszyć w licencjacie? I jak było na spotkaniu z Anią?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *