Anabella – Rozdział CCLXII
– Tosiu, czekaj, dam ci podkładkę, żebyś nie pomazała stołu – oznajmiła córce Ania. – Podnieś na chwilę kartkę… o tak. Dobra, teraz możesz rysować.
– Co ci narysować, ciociu? – zapytała dziewczynka, zdejmując skuwkę z czarnego flamastra, który właśnie wyjęła z kubeczka z przyborami do rysowania.
– Hmm – zastanowiła się Iza. – Może twoją przyjaciółkę Susanne? Nigdy jej jeszcze nie widziałam, a jestem bardzo ciekawa, jak wygląda.
– O, dobrze! – ucieszyła się Tosia. – Narysuję ją, a potem pokażę ci zdjęcie całej naszej klasy i zobaczymy, czy ją tam rozpoznasz!
– Świetny pomysł. Chociaż już zaczynam się stresować, czy dam radę.
– Nie bój się, narysuję ją tak, że na zdjęciu na pewno ją rozpoznasz – zapewniła ją mała. – Ale na razie nie patrz, dobrze? Pokażę ci, dopiero jak skończę.
– Tak jest, princesse – uśmiechnęła się Iza, cofając się od stołu.
– To ty tu zostań i rysuj sobie, Tosieńko, a my z ciocią weźmiemy kawę i pójdziemy tam – podchwyciła Ania, wskazując na przyległą do salonu przeszkloną werandę, z której roztaczał się przepiękny widok na ogród. – Akurat jeszcze trochę świeci słońce, posiedzimy sobie i porozmawiamy, a ty przyniesiesz nam rysunek, jak będzie gotowy, dobrze?
– Dobrze – skinęła główką dziewczynka. – No, idźcie już! Bo dalej podglądacie!
Iza i Ania roześmiały się i wraz z filiżankami kawy przeszły na werandę, gdzie zasiadły w wiklinowych fotelach, przymykając za sobą szklane drzwi, przez które Ania mogła mieć oko na córkę.
– Nie musi słuchać wszystkiego, o czym mówimy – powiedziała, zniżając głos. – Już i tak ciągle nadstawia ucha i potem nie wiadomo, co komu przekabluje. Niby nie rozmawiamy o żadnych tajemnicach, ale po co o wszystkich naszych sprawach ma wiedzieć na przykład Susanne i jej rodzice?
– Prawda – przyznała z uśmiechem Iza. – Tosia to już przecież duża, rezolutna dziewczynka, która wszystko rozumie, trzeba uważać, co się przy niej mówi. Ależ macie tutaj piękny widok! – dodała z zachwytem, wskazując na roztaczający się za oknem, skąpany w późnym popołudniowym słońcu ogród, który pokrywał się już wiosenną zielenią i wczesnymi kwiatami. – Jak z bajki!
Jej ostatnia wizyta w Bressoux kończyła się powoli, „babski obiad” dawno został zjedzony wraz z przepysznym deserem i do wypicia pozostała tylko kawa, którą Ania z racji swego stanu piła w wersji bezkofeinowej, dla samego smaku, podczas gdy Iza otrzymała swoje ulubione klasyczne cappuccino. Trudno było wyobrazić sobie do tego lepsze miejsce niż ta przeszklona, skąpana w zachodzącym słońcu weranda wychodząca na tyły pięknego domu państwa Magnon. Tym bardziej że tym razem spotkanie przebiegało komfortowej atmosferze, Ania bowiem na samym wstępie zaznaczyła, że w „wiadomej sprawie” nie posiada żadnych nowych wieści i – zgodnie z zapowiedzią – przed wyjazdem Izy do Polski chce z nią pogadać na różne inne tematy.
Pierwszym z nich stało się wczorajsze otwarcie wystawy w Centrum Kultury, która okazała się spodziewanym sukcesem, przyciągnęła bowiem rzesze zwiedzających z całego Liège i okolicy, a nawet gości z innych miast. Jako że Iza pracowała ciężko przy obsłudze wystawy całą sobotę, od otwarcia aż do jej zamknięcia, Chloé dała jej za to wolne na całą niedzielę, dzięki czemu przemęczona dziewczyna mogła wreszcie porządnie się wyspać i nawet popisać trochę pracy licencjackiej, zanim po południu wyruszyła do Bressoux.
Następnie Ania podpytała o Martę i jej wycieczki motocyklowe z Cédrikiem, o których opowieści wyraźnie ją bawiły, szybko jednak bieżące wydarzenia zeszły na dalszy plan, ustępując miejsca rozmowie na tematy bardziej osobiste, w tym na temat drugiego potomka państwa Magnon mającego się urodzić już za niespełna dwa i pół miesiąca. Chłopiec rósł jak na drożdżach i coraz mocniej się ruszał, co Iza zresztą mogła ocenić sama, na zaproszenie Ani przykładając dłonie do jej brzucha. Ów rzeczywiście bardzo urósł w ciągu ostatnich tygodni, różnicę względem stanu z pierwszego spotkania w Bressoux pod koniec lutego widać było gołym okiem, a najnowsze dane z USG wskazywały, że dziecko prawdopodobnie będzie bardzo duże.
No cóż, ja może do najwyższych nie należę, ale Jean-Pierre to przecież nie ułomek – stwierdziła z rozbawieniem Ania. – Z Pawłowego Edzia też przecież kawał chłopa, widocznie w naszej rodzinie wszyscy faceci muszą być słusznego wzrostu. Tylko jak ja takiego klocuszka donoszę do terminu? Jeśli do samego końca będzie rósł w takim tempie jak teraz, to w czerwcu będę chyba musiała przemieszczać się przy pomocy dźwigu!
Tosia, która przysłuchiwała się tej rozmowie, zareagowała na to salwą perlistego śmiechu, niemniej wiadomość, że dzidziuś szybko rośnie, sprawiała jej satysfakcję, wyobrażała sobie bowiem po dziecięcemu, że dzięki temu szybciej zacznie chodzić i mówić. Ku radości rodziców dziewczynka z każdym tygodniem coraz bardziej akceptowała płeć malucha i z rosnącą niecierpliwością czekała na jego przyjście na świat, zwłaszcza odkąd w zanadrzu trzymała wybrane dla niego imię, a na górze, tuż obok jej pokoju, meblował się powoli pokoik dla brata, w którego urządzaniu również brała czynny i radosny udział.
Następnie Ania poprosiła Izę, żeby poopowiadała jej trochę o sobie, ale tym razem nie o pracy w Anabelli czy studiach lecz o innych sprawach, w tym o jej rodzinie w Korytkowie i ogólnie o tamtej okolicy.
Wstyd przyznać, ale w Radzyniu i okolicach nie byłam chyba jeszcze ani razu – oznajmiła z zakłopotaniem. – Nigdy nie miałam okazji znaleźć się w tamtych rejonach, mimo że przez dwadzieścia kilka lat mieszkałam w Lublinie, a to przecież niedaleko. Nawet nie wiem, jakie tam są krajobrazy. Chyba takie bardziej równinne, prawda?
Jako że Iza kochała swoje rodzinne strony i była z nich dumna, z wielką chęcią opisała jej rzeczone krajobrazy, podkreślając przy tym, że zaprasza ją całym sercem, by kiedyś odwiedziła ten region osobiście. Jak zapewniła, z racji tego że szwagier Robert kończył właśnie swą najnowszą inwestycję, w której znajdowała się też baza noclegowa, z miejscami do spania w Korytkowie nie będzie żadnego problemu, dlatego mile widziana będzie tam cała rodzina Magnon, oczywiście kiedy najmłodszy jej członek podrośnie już na tyle, że będzie można zabierać go w dłuższe podróże zagraniczne. Ania zareagowała na tę propozycję wielką radością i entuzjazmem, obiecując, że koniecznie musi z niej skorzystać, może nawet już w przyszłe wakacje, po czym długo oglądała zdjęcia rodziny Izy, zwłaszcza małej Klary, które dziewczyna wyświetlała jej na swoim telefonie.
Teraz jednak, kiedy zasiadły na werandzie w pomarańczowych promieniach chylącego się ku zachodowi słońca, widok na ogród był tak piękny, że przez długą chwilę obserwowały go w milczeniu, popijając tylko swoją kawę i od czasu do czasu zerkając kontrolnie przez szybę na zajętą rysowaniem Tosię.
– A słuchaj, Izunia – odezwała się nieco niepewnym tonem Ania, odstawiając na szklany stolik kawowy swoją filiżankę. – Tak na kanwie tej naszej rozmowy o Korytkowie… mogę cię zapytać o coś bardziej osobistego?
Iza uśmiechnęła się leciutko.
– Pytaj – odparła, uznając, że o co by nie chodziło, to i tak nie będzie najtrudniejszy temat.
– Właściwie to miałam cię o to zapytać już dawno, ale nigdy nie było okazji, czy może raczej ja nie zebrałam się na odwagę. Tak czy inaczej to mi chodzi po głowie od dobrych kilku miesięcy, konkretnie od początku listopada, bo w tym czasie przyśnił mi się kilka razy taki dziwny sen. Z tobą w roli głównej – zaznaczyła.
Iza poczuła mocniejsze bicie serca.
– Ze mną?
– Aha. Właściwie to ten sen nie tyle przyśnił mi się kilka razy, co był tak jakby podzielony na kilka odcinków. Bardzo dziwne, nigdy tak nie miałam, żeby każdy kolejny sen był ciągiem dalszym poprzedniego, a tu ewidentnie tak było. Co więcej, dzieliło je kilka dni, to nie było z nocy na noc, a co jeszcze ciekawsze, nie pamiętałam tych snów aż do ostatniego, który jakby przypomniał mi i podsumował wszystkie wcześniejsze. De facto zapamiętałam tylko ten ostatni, ale w kontekście informacji, jakie miałam z poprzednich… znaczy, tamtych nie pamiętałam, ale miałam świadomość, że były i że to właśnie z nich znam różne obrazy i osoby, które przewinęły się w ostatnim. Nie wiem, czy rozumiesz coś z tego mojego bełkotu – uśmiechnęła się na wpół z zakłopotaniem, na wpół przepraszająco. – Ale to było tak dziwne, że naprawdę trudno mi to wytłumaczyć.
– Mniej więcej rozumiem – zapewniła ją zaciekawiona Iza. – Oczywiście na tyle, na ile można rozumieć mechanizmy snów, bo wiadomo, że one rządzą się własnymi prawami i niekoniecznie poddają się prawom logiki.
– Dokładnie! – podchwyciła ucieszona tą odpowiedzią Ania. – Bałam się, że mnie wyśmiejesz, albo tylko popatrzysz na mnie z zażenowaniem, a tu widzę, że dobrze wiesz, o co chodzi i wręcz jesteś w tym ekspertką.
– Jak na etatową wiedźmę przystało – zauważyła z rozbawieniem Iza. – Nic, co metafizyczne, nie jest mi straszne, a rzadko co jest mi obce.
– Ach! – roześmiała się z wyraźną ulgą Ania. – No tak, zapomniałam, że sfera snów też leży w wiedźmowej naturze… Czyli wychodzi na to, że niepotrzebnie się tak krygowałam. Z drugiej strony nie było kiedy i jak, przez telefon nie chciałam, a jak spotykałyśmy się na żywo, to najczęściej w towarzystwie innych, więc rozmowy o moich onirycznych wizjach z góry odpadały. Co nie znaczy, że o tym nie myślałam – zaznaczyła. – Nawet jak ostatnio byłyśmy we dwie w Outremeuse, przez cały czas chodziło mi po głowie, czy by cię o to nie zahaczyć, ale jakoś ciągle nie było okazji. Na topie była sprawa Majka i Natalii, potem zobaczyłyśmy przez okno Gaëlle i to też wybiło mnie z rytmu, a poza tym wydawałaś mi się wtedy jakaś taka smutna… a może po prostu zmęczona? W każdym razie czułam, że nie ma atmosfery, żeby piłować cię jeszcze takimi dziwnymi tematami.
– A szkoda – odpowiedziała Iza. – Mogłaś spokojnie piłować, chętnie bym posłuchała.
„O wiele chętniej niż tych rewelacji Justyny na temat Natalii” – dodała w myśli z przekąsem.
– No widzisz – westchnęła z żalem Ania. – Po prostu zabrakło mi determinacji. Ale to nic, cieszę się, że dzisiaj wreszcie się przełamałam i zdążymy o tym porozmawiać, zanim uciekniesz mi do Polski. Rzecz w tym, że ja bym w ogóle o tym nie mówiła, gdyby nie takie dziwne przekonanie… czy raczej myśl… intuicja… sama nie wiem, jak to nazwać… poczucie, że jestem czymś w rodzaju narzędzia w rękach losu. I że nie mogę wykręcić się od przekazania ci wiadomości, którą dostałam w tym śnie.
– Wiadomości? – szepnęła z niepokojem Iza.
– Tak. To oczywiście mogła być absurdalna senna wizja, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a jest tylko wytworem mojej sennej wyobraźni, ale ciągle prześladuje mnie myśl, że lepiej jednak będzie, jak z tobą o tym porozmawiam. Kiedy te sny mi się śniły, byłam już w ciąży, podobno w tym stanie umysł kobiety staje się bardziej wyostrzony i to się przekłada też na dokładne zapamiętywanie snów, z których część może wizualizować rzeczywiste problemy czy zjawiska. Więc kto wie? Może przez ten mój stan – jak zwykle w takich okolicznościach położyła sobie czułym gestem dłoń na brzuchu – faktycznie nabrałam chwilowo jakichś nadprzyrodzonych zdolności?
– To niewykluczone – przyznała z powagą Iza. – Ja w takie rzeczy jak najbardziej wierzę, już nieraz przekonałam się, że to nie są żarty. Co było w tym śnie?
– Widziałam tam ciebie – odparła Ania. – W tym sensie, że byłaś tam najważniejszą osobą, chociaż oczywiście były też inne. Niektóre z nich znałam, ale nie wszystkie i co ciekawe, nie było wśród nich ani jednego mężczyzny. Dopiero potem, kiedy analizowałam ten sen, uświadomiłam sobie, że były tam same kobiety.
– Hmm – uśmiechnęła się Iza. – Faktycznie, zaczyna się ciekawie.
– Prawda? Niemniej na pierwszym planie byłaś de facto tylko ty i jeszcze jedna kobieta, którą chyba znałam z poprzednich snów. Była kimś w rodzaju przewodniczki po nich i właściwie w tym ostatnim śnie jako jedyna się do mnie odezwała. Ty byłaś postacią milczącą, ale przez cały czas to o ciebie chodziło, choć w pewnym sensie i o mnie. O nas dwie.
– O nas dwie – powtórzyła szeptem Iza.
– Tak. Ta kobieta ewidentnie nas ze sobą łączyła. Zaraz na początku przypomniała mi o dniu, kiedy pierwszy raz cię spotkałam… to było u Majka w knajpie, dwa lata temu na urodzinach Pawła i Lei, pamiętasz?
– Oczywiście, że pamiętam – uśmiechnęła się Iza. – Jak mogłabym nie pamiętać?
– Zauważyłyśmy wtedy, że nosimy te same imiona, tylko w odwróconej kolejności, a ktoś… nie pamiętam już kto, może to był Victor?… a może Jean-Pierre?… nieważne, ale ktoś z tego powodu nazwał nas wtedy siostrzanymi duszami. Les âmes sœurs.
– Tak… To był chyba Vic.
– Mhm, mnie też tak się kojarzy. W każdym razie ta kobieta ze snu… w ogóle to ona była taka specyficzna, wyglądała trochę jak cyganka, miała niesamowite czarne oczy… użyła dokładnie tego sformułowania po francusku. Les âmes sœurs.
Iza poczuła lekki zawrót głowy.
„Wyglądała jak cyganka” – powtórzyła w myśli. – „No tak. I wszystko jasne.”
– Nazwała nas siostrzanymi duszami i powiedziała, że to wcale nie przypadek, że się spotkałyśmy, bo bez tego nie dałoby się zrobić porządku w tej sprawie. O co jej chodziło z tym porządkiem i jaka to była „sprawa”? Pojęcia nie mam – rozłożyła ręce. – Być może to było wyjaśnione we wcześniejszych snach, tych niezapamiętanych, w każdym razie nie wnikałam w to, bo ona właśnie wtedy wskazała mi ciebie i bardzo szybko przed oczami zaczęły mi się przewijać różne obrazy z tobą w roli głównej, więc na tym musiałam się skupić.
– Obrazy ze mną w roli głównej? – zaciekawiła się Iza.
– Aha. Widziałam cię w różnych krótkich scenach, część z nich jakby już nie pierwszy raz i miałam świadomość, że w rozwiniętej wersji pojawiały się w poprzednich snach, chociaż szczegółów już nie pamiętałam. Na przykład widziałam cię kilka razy na jakiejś trawiastej ścieżce przy dużej łące, potem dalej było pole zboża, w tle chyba las… ciekawa jestem, czy to mogło być twoje Korytkowo?
– Mogło – przyznała ciepło Iza. – Ja często włóczę się tam po łąkach i polach, lubię podjadać sąsiadom dojrzewającą pszenicę prosto z kłosa.
– Ach! Ty kłusowniczko! – zaśmiała się Ania. – W moim śnie niczego nie podjadałaś, ale skoro takie są twoje zwyczaje, to teraz jestem prawie pewna, że to było w twoich rodzinnych stronach. Zresztą poniekąd dlatego tak cię dopytywałam o te krajobrazy – spojrzała na nią znacząco. – Była też inna scena, na jakimś cmentarzu, ale to na pewno nie był Père Lachaise, tylko jakiś mały wiejski cmentarzyk… Może też u ciebie?
– Bez wątpienia. Często bywam na cmentarzu w Korytkowie, odwiedzam tam rodziców.
– No to mogło być tam, miałaś wtedy w rękach bukiet kwiatów, takich jasnofioletowych z długimi cienkimi płatkami… nie wiem, jak one się nazywają, ale widziałam je bardzo wyraźnie.
– Astry – odparła z przekonaniem Iza. – Moja siostra ma tego pół ogrodu, często noszę je na grób rodziców. Właśnie tę odmianę, różowo-fioletową, u nas w okolicy jest tego pełno.
– Niesamowite – Ania popatrzyła na nią z zaintrygowaniem. – Jak ty to wszystko po kolei potwierdzasz… Przecież ja nigdy nie byłam w twoich stronach i nie widziałam tych kwiatków na żywo, a tu okazuje się, że one naprawdę tam rosną.
– Tak – uśmiechnęła się Iza, mimo woli wspominając z melancholią własny sen z małą Hanią w biało-żółtej sukieneczce, trzymającej w rączce właśnie takiego bladofioletowego astra. – Są w prawie każdym ogrodzie w Korytkowie i nie tylko.
– Widziałam też inną scenę – podjęła Ania. – Tym razem to było w jakimś pomieszczeniu, jakby hotelu czy restauracji, a ty byłaś ubrana bardzo elegancko, w taką długą, złocistą sukienkę. Co ciekawe, byłaś w otoczeniu samych kobiet, równie elegancko ubranych, i wtedy też miałaś w ręce kwiaty. Tyle że to nie były żadne astry, tylko taki wypasiony bukiet, chyba ze storczyków, przypominał bukiet ślubny… jednak sukienka, którą miałaś na sobie, wcale nie wyglądała na ślubną.
Iza natychmiast przypomniała sobie scenę z wesela Kingi i Andrzeja, kiedy złapała lecący wprost do jej rąk bukiet panny młodej. Miała wtedy na sobie właśnie tę złotą suknię… Czy to nie szalone, że Ania widziała tę scenę we śnie na początku listopada, podczas gdy to wesele odbyło się dopiero kilka tygodni później? O tej scenie jednak nie miała zamiaru wspominać, by nie narażać się na niewygodne pytania i sugestie. Zwłaszcza że tamta wróżba ewidentnie była pomyłką losu.
– Bo pewnie nie była – odparła lekko. – Ale co do sukienki, to rzeczywiście mogę potwierdzić, że taką mam. Długa, na beżowej podszewce, z lekko przeźroczystego materiału, może nie w kolorze złotym, ale z takim złocistym połyskiem.
– O tak, tak! Dokładnie! – ucieszyła się Ania. – I z takimi długimi połami, które rozwiewają się przy każdym ruchu.
– Tak jest – potwierdziła z uśmiechem.
– No to widziałam cię właśnie w niej! A ten bukiet… nie wiem w takim razie, jakie miał znaczenie, ale w ogóle w tym śnie było pełno kwiatów. Widziałam cię na przykład też na takiej zarośniętej łące, gdzie rosły małe, białe kwiatki, a w innej scenie podlewałaś jakąś roślinkę w doniczce. Tu nie mam pewności, czy to był kwiat, wyglądało to bardziej na kępkę trawy czy coś takiego.
„Mój kwiat paproci” – pomyślała z melancholią Iza. – „Kwiat, który nie chce kwitnąć… odzwierciedlenie mojego jałowego życia…”
– Były też inne obrazy, nie pamiętam już wszystkich, wiem tylko, że w krótkim czasie zobaczyłam cię w rozmaitych sceneriach i w sumie to, co już mi potwierdziłaś, w zupełności wystarcza do uznania, że to naprawdę nie był tylko zwykły sen. Ale chyba najważniejsza w nim była konkluzja – podkreśliła. – Czyli to, co powiedziała mi ta kobieta, a raczej co kazała ci przekazać.
– Co? – szepnęła Iza.
– Kazała mi powiedzieć ci, że jesteś na dobrej drodze – wyjaśniła Ania. – I że chociaż mgła jeszcze do końca nie opadła, to kurs już się nie zmieni. Rozumiesz coś z tego?
Wstrząśnięta tymi stuprocentowo rozpoznawalnymi w ustach pani Ziuty słowami o dobrej drodze i mgle Iza powoli, jakby wbrew samej sobie pokręciła głową przecząco.
– No ja właśnie też nie – westchnęła Ania. – I między innymi dlatego głupio mi było w ogóle o tym mówić. Ale ona bardzo nalegała, żeby ci to powtórzyć, twierdziła, że będziesz wiedziała, o co chodzi. Powiedziała, że potrzebujesz teraz szczególnego podtrzymania na duchu i że muszę to zrobić ja, bo jestem twoją âme sœur. Ciągle zresztą powtarzała te dwa słowa po francusku, jakby chciała zwrócić na nie moją szczególną uwagę… Moją albo twoją – spojrzała na nią uważnie. – I w sumie na tym się skończyło. Wydaje mi się, że to wszystko, co działo się w tych snach, dążyło do tego jednego przekazu, mianowicie że jesteś na dobrej drodze. Cokolwiek by to znaczyło.
– Mhm – pokiwała głową Iza. – Dziękuję, Aniu. Wprawdzie nie rozumiem konkretnego znaczenia tych metafor, bo można je interpretować na różne sposoby, za dużo w nich właśnie tej tajemniczej mgły – uśmiechnęła się pobłażliwie. – Ale ogólnie odbieram je jako przekaz pozytywny.
– O tak, zdecydowanie pozytywny! – zapewniła ją żywo Ania. – W koncepcji tej dziwnej kobiety to miało być dla ciebie pokrzepienie, zapewnienie, że wszystko idzie w dobrą stronę. A ta mgła to… hmm… może to po prostu symbol jakichś przejściowych trudności, kłopotów? Jak myślisz?
– Możliwe – zgodziła się pogodnie. – Albo symbol moich wahań co do wyboru ścieżki zawodowej. Pod tym względem ten rok rzeczywiście jest dla mnie przejściowy i w jakimś sensie decydujący.
– Aha… no właśnie – Ania przyjrzała jej się z zastanowieniem. – Przecież mniej więcej wtedy, koło listopada, decydował się ten twój staż w Liège, a ja za pośrednictwem Jean-Pierre’a pomagałam ci go załatwić. To by nawet w jakimś stopniu wyjaśniało, dlaczego przyśnił mi się taki sen, akurat z tobą… dużo wtedy o tobie myślałam, rozmawialiśmy w domu o tym stażu i widocznie zasugerowałam się do tego stopnia, że przełożyło się to też na senne wizje. Ale kto wie? Może to znaczy, że z tego twojego stażu w Belgii wyjdzie jeszcze coś innego, większego?
Iza uśmiechnęła się smutno, automatycznie wyświetlając sobie przed oczami scenę z rozmowy z Arthurem i leżącą na talerzu tartę warzywną, którą ledwo zdołała przełknąć.
– Nie wykluczam tego – odparła spokojnie. – Jeśli jestem na dobrej drodze, to podejrzewam, że ona sama poprowadzi mnie, gdzie trzeba.
– Ja też tak myślę. Chociaż powiem ci, że w tym śnie trochę inaczej interpretowałam tę informację o drodze – Ania znów przyjrzała jej się uważnie. – Wydawało mi się, że to dotyczy raczej twoich spraw osobistych, nie zawodowych. Naprowadził mnie na to zwłaszcza ten bukiet, który trzymałaś i który wyglądał na ślubny, może to była tylko taka tendencyjna interpretacja pod wpływem chwili, ale takie miałam skojarzenie i ono było bardzo silne. Nie chcę się wtrącać, ale chyba nie pogniewasz się, jak zapytam. Jesteś pewna, że na tym polu nic się u ciebie nie kroi?
– Na polu damsko-męskim? – upewniła się spokojnym tonem Iza. – Nie, niestety nic. Wręcz od tamtej jesieni, a zwłaszcza od listopada, zamknęły mi się pewne ścieżki i nic nie wskazuje na to, żeby kiedykolwiek jeszcze jakieś się otworzyły.
– Ach, tak, pamiętam – Ania spojrzała na nią ze współczuciem. – Opowiadałaś mi o tamtym chłopaku, z którym ci nie wyszło, a ja życzyłam ci z całego serca, żeby los naprawił ten błąd i jak najszybciej uśmiechnął się do ciebie. Z twoich słów wnioskuję, że to jeszcze nie nastąpiło, ale kto wie, może już niebawem?
Iza pokręciła tylko głową przecząco.
– Nie bój się, nie będę cię przyciskać – uśmiechnęła się porozumiewawczo Ania. – Skoro mówisz, że nie, to nie, być może faktycznie nie chodziło o to, tylko o te twoje sprawy zawodowe. No to powiedz. Planujesz jakieś większe zmiany w tym roku?
– Jeszcze nie wiem – odparła ostrożnie Iza. – Na razie muszę skończyć licencjat, a potem się zobaczy. Niektórzy z moich znajomych po licencjacie celowo zmieniają klimat i na magisterkę idą do innego miasta, więc kto wie? Może i ja skuszę się na taki ruch?
– O, to Majk by się załamał – zauważyła Ania, nie zdając sobie sprawy, jak ostry sztylet wbija niechcący w jej serce. – Ale ja zawsze mu tłumaczyłam, że nie może cię ograniczać, a on zapewniał mnie, że tego nie robi i że pracujesz u niego wyłącznie z własnej i nieprzymuszonej woli. Poza tym jak już ożeni się z Natalią, będzie miał inne sprawy na głowie… Tośka, co ty tu robisz? – podskoczyła nagle, wskazując na niedomknięte drzwi, tuż za którymi, widoczna przez szybę, stała Tosia z kartką w ręce. – No wiesz co! Ale mnie wystraszyłaś!
– Przepraszam, mamusiu – odpowiedziała ze skruchą dziewczynka, wsuwając się przez uchylone drzwi na werandę. – Przyszłam tylko pokazać wam mój rysunek. Nie chciałam przestraszyć ciebie i braciszka.
– No, nic się nie stało – machnęła ręką wciąż nieco niezadowolona Ania. – Tylko proszę cię, na drugi raz nie skradaj się tak, dobrze? Pokaż, jak ci wyszło? – sięgnęła po rysunek. – O, super! Susanne jak żywa!
– Pokaż cioci Isabelle – zażądała z naburmuszoną miną Tosia. – Bo to jest obrazek dla niej.
– Dziękuję – odpowiedziała z uśmiechem Iza, przechylając się przez poręcz wiklinowego fotela, by przejąć rysunek z rąk Ani. – Ach, jak pięknie! Susanne ma takie długie jasne włosy?
– Aha. I przypatrz jej się dobrze – zaznaczyła dziewczynka, nieco się rozpogadzając. – Bo zaraz będziesz odgadywać na zdjęciu ze szkoły, która to jest ona. Mamusiu, gdzie są te moje zdjęcia? Możemy ich poszukać? Chcę zobaczyć, czy ciocia da sobie radę!
– No to cóż, idziemy po nie – odparła z powagą Ania, ostrożnie podnosząc się z miejsca. – Zwłaszcza że tu się już ciemno robi… Izunia, weźmiesz filiżanki po kawie?
Iza, która również poderwała się z fotela, natychmiast sięgnęła po wskazane naczynia.
– Oczywiście – odparła energicznie. – Wezmę je i odniosę do kuchni, ty się już nie fatyguj.
– To przynieś jeszcze ze dwie butelki niegazowanej wody, dobrze? – poprosiła Ania. – Dolejemy do dzbanka na stole, może ktoś jeszcze będzie chciał się napić. Tak, już idę, Tosik, nie ciągnij mnie tak… zaraz znajdziemy album i ciocia będzie zgadywać. Cierpliwości!
***
– Zatrzymałabym cię jeszcze dłużej, gdyby nie to, że już jest ciemno, a ty upierasz się, żeby wracać autobusem – westchnęła Ania, kiedy Iza po zakończonej zabawie z Tosią i wypiciu filiżanki czekolady na zakończenie spotkania, zbierała się do wyjścia w holu domu państwa Magnon. – A może jednak zmienisz zdanie, hmm? Wzięłybyśmy z Tosią samochód i odwiozłabym cię pod same drzwi.
– Nie, Aniu, przyjechałam komunikacją miejską i chcę wrócić tak samo – odpowiedziała stanowczo Iza, narzucając na siebie płaszcz i owijając szyję beżową apaszką. – Nie martw się o mnie, poruszanie się po mieście nocą to moja specjalność, a zależy mi, żeby przećwiczyć trasę w obie strony. Tosieńko, dziękuję ci za piękny portret Susanne – poklepała torebkę, w której schowała otrzymany w prezencie rysunek. – Widzisz? Narysowałaś ją tak świetnie, że od razu rozpoznałam ją na zdjęciu, zwłaszcza po tej sukience w czerwone groszki.
– Nie w groszki, tylko w kropki – sprostowała naburmuszona Tosia, która od czasu powrotu z werandy, pomimo wciągającej zabawy w rozpoznawanie Susanne na zdjęciach, wykazywała oznaki złego humoru.
– Można mówić też w groszki – pouczyła ją matka. – Dla wzorków na tkaninie i to, i to po polsku jest dobre.
– No to w groszki – wzruszyła ramionami Tosia. – Niech wam będzie.
– A coś ty, Tosieńko, taka niezadowolona? – zagadnęła Iza, wyciągając rękę, by pogładzić małą po włosach. – Chyba nie gniewasz się na mnie, że już jadę, hmm?
– Nie – pokręciła główką dziewczynka. – Na ciebie ani trochę się nie gniewam, przecież wiem, że musisz wracać do domu. Tylko pamiętaj, co mi obiecałaś – spojrzała na nią znacząco. – Tu me l’as promis, tante Isabelle[*].
– A co to za obietnica? – zaciekawiła się Ania.
– Nie powiemy – burknęła Tosia. – To jest tajemnica.
– No dobrze, już nie dopytuję, mała złośnico – Ania pokręciła głową z dezaprobatą, wymieniając spojrzenia z Izą. – Widzisz, jaka buntowniczka? Już zaczynam się martwić, bo jak teraz tak to wygląda, to co dopiero będzie, jak wejdziemy w fazę nastolatki?
– Może nie będzie tak źle – uśmiechnęła się Iza, wciąż gładząc długie, ciemne włosy dziewczynki. – No, czas na mnie. Dziękuję wam bardzo za to przemiłe spotkanie, za pyszny obiad i super rozmowy. Trzymam kciuki za szczęśliwe przyjście na świat maluszka – wskazała ręką na brzuch Ani – i mam nadzieję, że za jakiś czas się zobaczymy.
– Zobaczymy się na pewno, jak nie tu, to w Polsce – zapewniła Ania, podchodząc i ściskając ją serdecznie. – No, daj buziaka, kochanie, i trzymaj się dzielnie. Pozdrów od nas Leę, Pawła, no i oczywiście Majka! A jak dojedziesz dzisiaj do domu, koniecznie wyślij mi smsa – zaznaczyła – żebym miała pewność, że dojechałaś szczęśliwie. Już jest ciemno, mimo wszystko będę się stresować.
– Wyślę natychmiast, jak dojadę – obiecała jej Iza.
– I w piątek, jak dolecisz do Polski, też – zastrzegła Ania. – Jednego z lotniska, a drugiego kiedy już dotrzesz do Lublina.
– Tak jest – uśmiechnęła się, schylając się, by ucałować Tosię, która, ku jej miłemu zdziwieniu, spontanicznie zarzucała jej ramionka na szyję i mocno się przytuliła. – No, pa, kochanie… bądź grzeczna, a jak braciszek się urodzi, to opiekuj się nim, jak na starszą siostrę przystało. I kiedy następnym razem się spotkamy, pokażesz mi swoją kolekcję kolczyków, dobrze? Bo jestem pewna, że do tego czasu już nieźle urośnie!
– Mam nadzieję – przyznała Tosia, na wzmiankę o kolczykach nieco pogodniejąc. – Chciałabym mieć ich caaaałe pudełko!
Iza i Ania wymieniły rozbawione spojrzenia, po czym Iza, jeszcze raz pogłaskawszy Tosię po główce, udała się do wyjścia z domu. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, matka i córka odruchowo przesunęły się ku przeszklonemu wyjściu na taras, przez które mogły obserwować zwiewną sylwetkę dziewczyny idącej oświetloną solarnymi lampkami alejką w stronę furtki.
– Mamusiu… kto to jest Natalia? – zapytała nagle Tosia.
Ania aż podskoczyła.
– Tośka! – rzuciła surowo. – Skąd znasz to imię?! Podsłuchiwałaś!
– Wcale nie! – zaprzeczyła butnie dziewczynka. – Usłyszałam przez przypadek, jak przyszłam pokazać wam rysunek. I bardzo mi się to nie podoba. Ja nie chcę, żeby wujek Majk ożenił się z jakąś Natalią!
– Tosia, proszę cię – Ania zmarszczyła groźnie brwi. – Ani słowem o tym przy nikim. Nawet przy tatusiu. To jest wielka tajemnica, obiecaj mi, że nikomu nie powiesz.
– Nie powiem – obiecała bez wahania Tosia. – Ale wujek Majk nie może ożenić się z żadną Natalią. I ja wiem, że on tego nie zrobi.
– Tośka, przestań – pokręciła bezradnie głową Ania. – To nie jest twoja sprawa, rozumiesz?
– W sumie to nie obchodzi mnie, kto to jest – wzruszyła ramionami dziewczynka. – Wujek Majk i tak się z nią nie ożeni, bo on już ma żonę.
– Co takiego? – zdumiała się niebotycznie Ania.
– Znaczy, jeszcze nie całkiem żonę, ale prawie. Bo on może się ożenić tylko z jedną panią – oznajmiła jej rezolutnie Tosia, ruchem głowy wskazując na okno. – Z nią.
– Z kim? – wytrzeszczyła oczy Ania.
– No z nią. Z ciocią Isabelle.
Zaskoczona Ania rzuciła okiem na oświetloną alejkę, u której skraju Iza właśnie otwierała furtkę i wysuwała się przez nią na ulicę, po czym znów odwróciła się do córki.
– Tośka! – rzuciła groźnie. – Czyś ty zwariowała?!
Jednak Tosia zdawała się zupełnie nic sobie nie robić z gromiącej miny matki, na którą zresztą nawet nie spojrzała.
– Tylko z nią – powtórzyła stanowczo, śledząc uważnie postać Izy, która mignęła jeszcze przez chwilę pomiędzy prętami ogrodzenia i na dobre zniknęła im z oczu. – Bo tylko ona do niego pasuje.
***
– Będziesz jeszcze pracować na laptopie? – zapytała Iza. – Czy mogę już pakować?
– Pakuj, pakuj – machnęła ręką Marta, schylona nad swoją walizką, w której układała najmniej potrzebne ubrania. – Bez szans, już do niego nie siądę.
– Dobra, to chowam. O której jedziecie z Cédrikiem na motocykl?
– O osiemnastej i właśnie muszę się streścić z tym pakowaniem, bo nie zdążę się wybrać. Jeszcze raz dzięki, Iza, że bierzesz na siebie moje obowiązki – dodała, podnosząc na nią pełne wdzięczności spojrzenie. – Jesteś tytanem pracy, podziwiam cię, serio. Policzymy się, jak wpłynie kasa, a do tego jeszcze kiedyś ci się za to odwdzięczę, już nie finansowo, tylko logistycznie. Dzisiaj naprawdę ratujesz mi życie.
– Nie ma problemu, Martuś – uśmiechnęła się Iza. – Taka jest przecież rola ciotki-przyzwoitki. Z jednej strony pilnować zakochanych, żeby nie robili głupot, ale z drugiej kryć ich przed nieprzyjaznym światem i umożliwiać im tajne schadzki, co nie? Zresztą główne pakowanie wystawy będzie jutro – machnęła lekceważąco ręką. – Dzisiaj chyba zdemontujemy tylko największe plansze, te, co w samochodzie idą na sam dół.
Trwało wtorkowe popołudnie przedostatniego dnia marca, czyli również przedostatniego dnia ich stażu, i było to popołudnie niezwykle pracowite, dziewczyny bowiem musiały spakować się i przygotować do opuszczenia nazajutrz mieszkania, a nie było to jedyne zadanie, jakie miały dziś do wykonania.
Zgodnie z planem, otwarta zaledwie przed czterema dniami wystawa w Centrum Kultury miała zostać przewieziona na targi biznesowo-technologiczne do Brukseli, a po powrocie do Liège ponownie zostać udostępniona od soboty, tym razem już na stałe aż do końca maja. Choć manewr z przewiezieniem jej do stolicy wymagał wielkiego logistycznego wysiłku, a termin wypadający tak szybko po otwarciu nie był zbyt fortunny, potencjalnie mogło to przynieść wielkie długofalowe korzyści ośrodkowi z Liège, dlatego decyzja kierownictwa nie podlegała dyskusji – zespół wiedział doskonale, że jest to wielka szansa, z której warto skorzystać. Wystawa została zatem zamknięta na trzy dni, od środy do piątku, przy czym cała środa miała zostać poświęcona na jej dezinstalację, zapakowanie i przewiezienie do stolicy, gdzie od rana musiała być ustawiona w budynku targów i udostępniona publiczności, a wieczorem znów złożona, zabezpieczona i zapakowana na samochód, który miał ją przewieźć z powrotem do Liège. Aby jednak w środę uniknąć przeciążenia i niemiłych niespodzianek, częściowa dezinstalacja miała się rozpocząć już dziś po zamknięciu lokalów Centrum, a do zespołu, który miał wykonywać to zadanie, zgłosiła się również Iza.
Była to decyzja podwójnie strategiczna. Po pierwsze fakt, że obie z Martą należały do składu delegacji jadącej do Brukseli i miały otrzymać za to dodatkowe wynagrodzenie, zobowiązywał je do pomocy na każdym etapie przygotowań, to jednak w poważny sposób komplikowało plany Marty. Jako że wyjazd delegacji był zaplanowany na środowe popołudnie, dzisiejszy wieczór był już ostatnim, który obie miały spędzić w Liège, niedziwne więc, że dziewczyna chciała z tej okazji spotkać się z Cédrikiem, by w ramach romantycznego pożegnania wykonać z nim jeszcze jedną rundkę na motocyklu wokół miasta. Wyrozumiała Iza w koleżeńskim odruchu serca wzięła zatem na siebie wszystkie obowiązki w Centrum Kultury, deklarując Chloé, że odrobi nie tylko swój dyżur, ale również zastępstwo za Martę. Drugim zaś powodem jej zaangażowania było oczywiście pragnienie zabicia ciężkich myśli, w którym to przypadku nadmiarowa praca stanowiła standardowe, sprawdzone działanie, a skoro trafiała się do tego okazja, Iza uznała, że nie może z niej nie skorzystać.
A skąd brały się w jej głowie owe czarne, dręczące myśli? Niewątpliwie z faktu zbliżającego się ponownego spotkania z Arthurem oraz z racji piątkowego powrotu do Polski, który z jednej strony cieszył ją, lecz z drugiej niepokoił, wręcz chwilami przerażał. Iza zdawała sobie sprawę, że były to naturalne emocje wynikające z oczekiwania na coś, co z jednej strony było nieuniknione, z drugiej zaś nie do końca przewidywalne, zwłaszcza że nie miała pewności co do własnych reakcji w momencie konfrontacji. Ze wszystkich rozmów z Majkiem i z wiadomości, jakie wysyłał jej w czasie stażu w Liège, płynął bowiem spójny i jednoznaczny przekaz – kiedy Iza wróci do Lublina i spotkają się na żywo, będzie chciał porozmawiać z nią na kluczowe, osobiste tematy, których z racji jego choroby nie zdążyli rozwinąć przed jej wyjazdem do Belgii. Zwłaszcza na ów jeden najważniejszy temat, który on potrzebował przed nią uzewnętrznić i rozwinąć, a którego ona bała się jak ognia…
Choć wierzyła, że uda jej się wytrzymać to decydujące starcie, że komandos udźwignie ciężar konfrontacji, a potem już może – może! – będzie łatwiej, brała też pod uwagę opcję przeciwną, taką, że jednak nie da rady i będzie musiała uciekać. Jak jednak żyć w obliczu takiej alternatywy, nie mając pewności nawet co do samej siebie? Stan zawieszenia i trwanie z przysłowiowym mieczem Damoklesa nad głową samo w sobie było psychiczną męczarnią, a odpowiedzią na to w tych ostatnich dniach przed powrotem do Polski mogło być tylko jedno – jak najściślejsze umeblowanie każdej godziny siecią zadań i obowiązków tak, by na myślenie i duchowe rozterki zostawało jak najmniej czasu.
Nie znaczyło to jednak, że nie poświęcała go na ten cel wcale, jakoś bowiem musiała skanalizować ciężar tłumionych w sercu emocji. Najchętniej zastosowałaby sprawdzoną metodę Majka, czyli wykrzyczałaby się do oporu na jakimś pustkowiu, coraz silniej odczuwała taką potrzebę i była przekonana, że to przyniosłoby jej przynajmniej tymczasową ulgę. Jednak w Liège nie było takiej możliwości, a poszukiwanie poza granicami miasta ustronia analogicznego do podlubelskiego „końca świata” z oczywistych przyczyn nie wchodziło w grę. Dlatego jedynym jej sposobem na rozładowanie napięcia były niemal codzienne, kilku- lub kilkunastominutowe wizyty w ulubionym kościele za rogiem, gdzie spokojna modlitwa, cisza, nastrojowy półmrok i połyskująca przy ołtarzu czerwona lampka wieczysta skutecznie koiły nerwy i choć na jakiś czas rozluźniały ściśnięte na kamień serce.
Nie inaczej było dziś rano, kiedy, umówiwszy się z Martą, że spotkają się w drodze do Centrum, wyszła z domu wcześniej pod pretekstem spaceru, a tak naprawdę właśnie po to, by choć na kilka minut, już po raz ostatni zajrzeć do swojego kościoła. Jak to często bywało, przybytek był zamknięty, udostępniono tylko jego przedsionek, to jednak w zupełności jej wystarczyło, by w krótkiej rozmowie z Bogiem nabrać sił na cały ciężki dzień. Podjęła wtedy również postanowienie, że natychmiast po powrocie do Lublina spróbuje skontaktować się z księdzem Tomaszem i umówić na obiecaną dłuższą rozmowę, by z nim, jako z jedyną osobą wtajemniczoną w stan jej serca, skonsultować opcję zaproponowaną przez Arthura. Poza tym, spodziewając się dołka psychicznego po zapowiedzianej sesji filozofii księżycowej z Majkiem, czuła, że po tym fakcie będzie potrzebowała przed kimś się wygadać i uzyskać duchowe wsparcie, a skoro kapłan sam zadeklarował kontynuację tamtej spowiedzi w spokojniejszych warunkach, tym bardziej powinna z tej sposobności skorzystać – i to jak najszybciej.
Tak czy inaczej skrajne nagromadzenie obowiązków w tych dniach było jej bardzo na rękę, zwłaszcza że dziś, po zakończeniu dyżuru przy obsłudze wystawy, obie z Martą miały zaledwie kilka godzin na spakowanie się, gdyż nazajutrz rano miały już definitywnie opuścić mieszkanie i zdać klucze.
– No dobra, ja właściwie już – odetchnęła Marta, przekładając otwartą jeszcze, ale już prawie całkowicie spakowaną walizkę z łóżka na podłogę. – Zostaje tylko piżama, ciuchy na jutro i kosmetyki, resztę mam gotową.
– Tylko zostaw sobie komplet ciuchów na zmianę – przypomniała jej Iza. – Po pakowaniu wystawy będziemy całe mokre, trzeba będzie przebrać się przed podróżą. Aha, i pamiętaj, że dosusza się jeszcze to wczorajsze pranie w łazience, możemy wziąć też coś z tego.
– I tak żeby się z tym wszystkim wyrobić, jutro trzeba będzie wstać o piątej – westchnęła Marta. – Dobra, Iza, ja muszę powoli zacząć się wybierać. Jeśli potrzebna ci łazienka, to leć teraz, bo ja potem zajmę ją na jakieś pół godziny.
– Idź spokojnie – machnęła ręką Iza. – Ja tu jeszcze dopakuję, co się da.
Pakowanie w drogę powrotną było o tyle utrudnione, że w walizce musiała pomieścić nie tylko swoje rzeczy osobiste, ale także symboliczne prezenty w postaci belgijskich czekoladek rzemieślniczych, jakie chciała zawieźć do Polski dla rodziny, przyjaciół i znajomych. Dzień wcześniej zakupiła je specjalnie w jednej z najsłynniejszych czekoladziarni w Liège i miała nadzieję dowieźć w stanie nienaruszonym, co jednak wymagało odpowiedniego zabezpieczenia ich na czas podróży. Do tego dokupiła też kilka słoiczków sirop de Liège, które może nie były ciężkie, ale w połączeniu z resztą rzeczy dodatkowo obciążały bagaż.
Walka z zawartością walizki została na moment przerwana, gdyż kilka minut po tym, jak Marta udała się do łazienki, na telefon Izy przyszedł sms od Amelii.
W sprawie W bez zmian, czekamy. Jak tam, pakujesz się już?
Iza pokiwała powoli głową, odpisując jej twierdząco. „Sprawa W” dotyczyła oczywiście Weroniki, a rzeczone oczekiwanie wiązało się z reakcją Aliny, z którą w tych dniach miał się skontaktować Dyszak. Numer telefonu do niej, zgodnie z planem, Amelia pozyskała od Małgosi Zielińskiej, czym pochwaliła się siostrze wczoraj, zaznaczając, że przekazała go już ojcu Weroniki. Jak zgodnie uznało grono korytkowskich wtajemniczonych, kontakt z Aliną był konieczny, gdyż Michał, zgodnie z ich obawami, w poniedziałek nie dostarczył obiecanego pisma, a tylko zakomunikował, że potrzebuje na to więcej czasu. Zarówno Dyszakowie, jak i Andrzejczakowa uznali to za oczywistą próbę gry na zwłokę i dowód na kłamstwo, dlatego zapadła decyzja o próbie samodzielnego porozumienia się z jego narzeczoną.
„Biedna Ali” – pomyślała Iza, odkładając telefon i wracając do precyzyjnego układania rzeczy w walizce. – „Współczuję jej bardzo tej sytuacji, ale lepiej, żeby dowiedziała się o tym prędzej niż później, bo dowiedzieć się tak czy inaczej musi. Takie są niestety koszty zadawania się z Miśkiem Krzemińskim.”
Znów dźwięk smsa – zapewne odpowiedź od Amelii. Iza leniwym gestem sięgnęła po aparat i serce zabiło jej mocniej. Wiadomość przyszła z numeru Majka.
Jak tam pakowanie, elfiku? Nie będę dzwonił, wiem, że masz urwanie głowy, ale trzymam kciuki. Ofertę Peugeota obejrzymy razem, jak wrócisz. Daj jutro znać, jak dojedziesz na miejsce, i przyślij jakieś zdjęcie z Brukseli. Ściskam. M.
Uśmiechnęła się do ostatniej literki wyświetlonej na ekranie. M jak Majk. Jak Mężczyzna. Jak Miłość.
„Ale też jak Misiek” – pomyślała z przekąsem, wciskając opcję Odpowiedz. – „M od zawsze było dla mnie najważniejszą literką w alfabecie i tak już musi zostać do końca. Klątwa jakaś albo co… Swoją drogą klątwa to u wiedźm raczej nic nadzwyczajnego, więc czemu tu się dziwić?”
Dziękuję, Michasiu – odpisała. – Pakowanie w toku, daję radę, chociaż urwanie głowy to mało powiedziane. Oczywiście, odezwę się jutro i wyślę zdjęcie. Pozdrawiam. Iza.
____________________________________
[*] Tu me l’as promis, tante Isabelle (fr.) – Obiecałaś mi to, ciociu Isabelle.