Anabella – Rozdział CCXLVI

Anabella – Rozdział CCXLVI

„To wcale nie jest zabawne, pani Ziuto” – myślała z ponurym wyrzutem Iza, zakładając spodnie i dopijając stojącą na brzegu stołu drugą już dziś kawę. – „Przecież w tym momencie całą odpowiedzialność za sprawę dinozaura zrzuca pani na mnie. Z całej naszej trójki to ja mam najwięcej danych, więc tylko ja mogę dostrzec to wymowne powiązanie. Pan Sebastian szuka na oślep dinozaura, o którym powiedziała mu pani we śnie, wie, że to ważne, więc węszy za nim na giełdzie, snuje wielkie teorie o inwestycji z komponentem altruistycznym… a tymczasem Madi nosi sobie i kupuje różne gadżety właśnie z tym motywem! To, że wczoraj widziałam go u niej już po raz drugi oczywiście nie może być przypadkiem, rozumiem to doskonale. Rzecz w tym, że ani on, ani ona nie wiedzą o tej zbieżności, tę mogę zauważyć tylko ja… I co?” – wydęła wargi. – „Niby jak mam to interpretować, co z tym zrobić? Powiedzieć im o tym? Wykluczone. W jej przypadku to by jeszcze ewentualnie wchodziło w grę, ale w jego? Nigdy w życiu. Gdyby się dowiedział, że znam Madi i jestem z nią w kontakcie, chyba by mnie zabił… To nie jest fair, pani Ziuto, naprawdę. Tak jakbym mało miała własnych kłopotów!”

W istocie, choć przed wyjazdem miała mnóstwo spraw do załatwienia, od wczoraj dręczący wątek niewinnego breloczka z dinozaurem przy kluczach Magdaleny nie dawał jej spokoju, czuła bowiem, że tym razem to na pewno nie był zbieg okoliczności. Tamto pudełeczko z lego na dworcu w Warszawie to mógł być czysty przypadek, ale kiedy jeden dodany do jednego daje dwa, a dinozaur Krawczyka staje się mnożnikiem, trudno już się łudzić, a do tego jeszcze zachować zimną krew. Cóż bowiem mogła zrobić w tej sytuacji?

Poczucie odpowiedzialności i najzwyklejsza uczciwość wobec Krawczyka, który zwierzył jej się w zaufaniu z tak osobistej sprawy, nakazywały jej wskazać mu ten wątek, aby nie tracił czasu na bezproduktywne błądzenie po giełdzie w poszukiwaniu mitycznego dinozaura. Ów bowiem – właściwie nie miała już co do tego wątpliwości – był związany nie z giełdą i inwestycjami lecz z osobą Magdaleny. Jak jednak miała mu to powiedzieć? Jak przyznać się przed nim do tej znajomości? To przecież absolutnie nie wchodziło w grę! Konsekwencje odkrycia przed milionerem tej niewygodnej karty mogłyby być straszne, w dodatku nie tylko dla niej, ale i dla firmy Roberta i Amelii, dla kliniki Beaty i Emilii, a także dla kilku innych biznesów na Podlasiu. Ach, nie! Nigdy się na to nie odważy. Wczoraj zresztą nie odważyła się pogadać o tym nawet z Madi, mimo że jej przecież nie musiała się bać. Nie zapytała jej nawet, skąd ma tego dinozaura, zwyczajnie bała się dotknąć tego tematu, łudząc się bez sensu, że może to jednak przypadek… Dziś, po długim namyśle, już wiedziała, że nie, nadal jednak nie miała pojęcia, co powinna z tym zrobić.

„Klincz” – stwierdziła z przekąsem. – „Cholerny klincz, jeszcze gorszy niż ten Majkowy, bo jego paty dotyczą de facto jego samego, jego prywatnych spraw sercowych, a ja mam tutaj całą wielopoziomową układankę, która implikuje nie tylko mnie, ale i wiele innych osób. I w dodatku ta metafizyczna gra jest skrajnie niebezpieczna, jak zabawa zapałkami w stodole pełnej siana… A niech to, ale się wkopałam! A to wszystko przez panią, pani Ziuto!”

Choć w głębi duszy czuła, że pretensje do „cyganki” są tylko w połowie słuszne, gdyż w drugiej połowie powinna kierować je do samej siebie, nie mogła się od nich powstrzymać. Bo czy ona sama chciała wchodzić w ten galimatias, czy naprawdę się o to prosiła? Została wszak wykorzystana jako pośredniczka, wkręcona w tę sprawę, czy tego chciała, czy nie, a wszystko zaczęło się od kontaktu z panią Józefiną. Najpierw jej własnego kontaktu sprzed dwóch lat, a potem też kontaktu Krawczyka, któremu przybyszka z zaświatów zaleciła, by porozmawiał o tym wszystkim z kimś, kto będzie w stanie to zrozumieć, i bez konsultacji z nią podała mu jej imię… To sprawiło, że znalazła się w samym epicentrum jakiejś niezrozumiałej gry, która toczyła się od ponad pół roku pod kontrolą pani Ziuty, a w której żaden z uczestników, w tym ona, Iza, nie orientował się do końca ani co do zasad, ani co do własnej roli. Tymczasem była to gra o skrajnie wysoką stawkę, zwłaszcza w przypadku Krawczyka, który walczył w niej o życie – i to wcale nie była metafora!

Myśl o tym, że życie milionera naprawdę mogło zależeć od niej, męczyła od wczoraj jej sumienie, bowiem w kontekście wątku dinozaura breloczek Magdaleny był zbyt wymownym symbolem, by można go było zignorować. Jednak to było tylko bardzo ogólne powiązanie, jak miała je interpretować w praktyce? Co prawda domyślała się, że prawdopodobnie chodziło o odnowienie kontaktu między tymi dwojgiem, i to kontaktu, którego żadne z nich nie chciało, jednak czy do tego trzeba było aż tak skomplikowanej metafizycznej intrygi, snów, zagrożenia życia i jakiegoś cholernego dinozaura? Czy to znaczyło, że jest w tym jakieś drugie dno, którego nie znał nikt z nich poza panią Ziutą, ta zaś najwyraźniej nie miała zamiaru niczego wyjaśniać, ograniczając się jedynie do mglistych wskazówek i aluzji, które de facto niczemu nie służyły?

„A najgorsze jest to, że obiecałam Krawczykowi ścisłą tajemnicę i przez to nie mogę pogadać o tym z Majkiem” – podsumowała z irytacją, szczotkując zęby przed wyjściem do kościoła. – „Dzisiaj zresztą i tak nie byłoby na to czasu, bo to pasmo zarezerwowane na jego sprawy, nie moje, taka była umowa i tego musimy się trzymać. Fakt, że wolałabym porozmawiać z nim o Krawczyku niż o Anabelli, oba tematy są trudne, ale jednak ten o Krawczyku i tak byłby dla mnie dużo łatwiejszy… ech! Żałuję, że w niedzielę straciliśmy tyle czasu na gadanie o Miśku, a wszystko przez tę akcję z Ali! Zresztą… może to i dobrze, że jutro jadę do Belgii? Będę miała czas, żeby przemyśleć to wszystko na spokojnie, a po powrocie może uda się jakoś to ogarnąć… No, ale już stop!” – nakazała sobie surowo. – „Potem się tym pomartwię, teraz przede mną spowiedź, trzeba skupić się wyłącznie na tym. Oby tylko ksiądz Tomasz był jeszcze dzisiaj na posterunku…”

***

Kościół był zamknięty, co zaniepokoiło Izę, mimo że nie było w tym nic dziwnego, bowiem o tej porze w dzień powszedni nie odbywały się żadne nabożeństwa. Udała się zatem do kancelarii, gdzie na szczęście jej obawy już od progu zostały rozwiane, dyżurował dziś tam bowiem nikt inny jak właśnie ksiądz Tomasz. Co więcej, od razu ją rozpoznał i ucieszył się na jej widok, a dowiedziawszy się, z czym przyszła, chętnie obiecał jej spowiedź przed podróżą zagraniczną.

– Tylko musisz poczekać na mnie do dziesiątej trzydzieści – zapowiedział. – Skończę dyżur w kancelarii i pójdziemy do kościoła, do konfesjonału. Będę miał tylko pół godziny, bo o jedenastej jestem umówiony z siostrami na wspólną modlitwę, ale to chyba wystarczy?

– Tak – skinęła głową Iza. – Nie będę przecież trzymać księdza nie wiadomo jak długo, każdy ma swoje obowiązki, a ja po prostu chcę się wyspowiadać i o coś zapytać. Właściwie to…

Przerwało jej energiczne pukanie do drzwi, do kancelarii zajrzała jakaś starsza pani.

– Szczęść Bo… o, przepraszam! – wycofała się.

– Nie, nie, proszę zostać, ja już wychodzę – ustąpiła jej miejsca Iza. – Proszę, pani wejdzie… Ja poczekam na korytarzu.

Ksiądz Tomasz skinął życzliwie głową.

– Dziesiąta trzydzieści – przypomniał jej, wskazując przybyłej pani miejsce naprzeciw swojego biurka. – Szczęść Boże. W czym mogę pomóc?

Iza wyszła na korytarz i przysiadła na jednym z krzeseł pod ścianą, w czasie oczekiwania starając się skupić na tym, co za chwilę powie księdzu. Nie było to jednak proste, zważywszy że chwilę potem pod kancelarię przybyło kilka innych osób, z których część rozprawiała przyciszonym głosem między sobą, nie pozwalając jej zebrać myśli. Ponadto ogarniał ją powoli naturalny w takich okolicznościach stres – oto bowiem miała otworzyć duszę przed zupełnie obcą osobą i odkryć przed nią swą największą, najpilniej strzeżoną tajemnicę, a im bardziej zbliżał się ten moment, tym bardziej się go bała.

„Trudno, muszę” – powtarzała sobie, wspominając nagrobne zdjęcie ojca. – „Obiecałam ci to, tato, i dotrzymuję słowa, chociaż w tym momencie to, na co miałabym największą ochotę, to czmychnąć stąd jak najprędzej. Boże, jakie to jest trudne… tak bym chciała mieć to już za sobą!”

Kiedy jednak zbliżała się ustalona godzina dziesiąta trzydzieści, obawy te zastąpił jeszcze inny, poważniejszy problem, mianowicie taki, że kolejka do kancelarii wciąż nie miała końca i nie wydawało się, żeby ksiądz zdołał się uwolnić od obowiązków w przeciągu kilku następnych minut. Udało mu się to dopiero około dziesiątej czterdzieści i kiedy wraz z Izą labiryntem korytarzy dotarli do kościoła i znaleźli się przy konfesjonale, do jedenastej pozostał tylko kwadrans. Na szczęście Iza, mając z góry poukładany w głowie scenariusz swojego wyznania, nie musiała długo zastanawiać się nad wyrażeniem tego, co leżało jej na sumieniu.

– I to są grzechy, co do których jestem pewna – podsumowała. – Ale są też dwie sprawy, co do których chciałabym zasięgnąć rady księdza, poprosić o pomoc w ocenie, co robię dobrze, a co źle. Pierwsza to coś, co męczy mnie od mniej więcej pół roku, ale w szczególny sposób od wczoraj, mianowicie kwestia przemilczenia i braku reakcji w sytuacji, kiedy być może powinnam zareagować. Nie ma pewnie teraz czasu na szczegóły, ale w skrócie chodzi o to, że wiele osób zwierza mi się z różnych rzeczy, prosi o taką… powiedzmy, pomoc psychologiczną, rozmowę czy jak to tam nazwać, przy czym czasem te osoby są po takiej jakby… nie wiem, czy dobrze to nazwę… po przeciwnej stronie barykady. A ja, przez to, że rozmawiam z nimi osobno, mam pełniejszy od nich ogląd sytuacji, mogę kojarzyć fakty, których oni wzajemnie nie znają… no po prostu widzę więcej niż oni. I teraz nie wiem, na ile, znając te fakty, powinnam interweniować, wtrącać się, a przede wszystkim na ile mam obowiązek powiedzieć im całą prawdę, kiedy któreś z nich o to mnie zapyta.

– Hmm – mruknął ksiądz.

– Wiem, że to brzmi bardzo mętnie – przyznała skonfundowana Iza. – Ale jakbym miała teraz zacząć tłumaczyć szczegóły, to dnia by nie starczyło, a jest tak mało czasu…

– Rzeczywiście mało – przyznał z nutą niezadowolenia. – Ale poświęcimy go tyle, ile będzie trzeba, pozwolę sobie na lekkie spóźnienie do sióstr, myślę, że mi wybaczą. Nie potrzebuję wszystkich szczegółów, dziecko, a tylko niektóre z nich – zaznaczył. – Powiedz mi, czy te osoby, o których mówisz, proszą cię o dyskrecję? O zachowanie tajemnicy?

– Tak… najczęściej tak. W prawie każdym przypadku.

– W takim razie nie wolno ci zdradzać ich sekretów – odparł stanowczo. – Chyba że twoje milczenie i zachowanie tych tajemnic dla siebie mogłoby komuś zaszkodzić, sprowadzić na kogoś jakieś niebezpieczeństwo albo narazić go na poważny błąd. Wtedy można rozważyć za i przeciw, ale to też trzeba robić z wielką ostrożnością, bardzo skrupulatnie ocenić to we własnym sumieniu. Wiadomo, że w twoim przypadku to nie działa tak jak tajemnica spowiedzi, której kapłanowi nie wolno wyjawić nikomu i pod żadnym pozorem, ale sekret, który ktoś powierza ci w zaufaniu, powinien pozostać sekretem.

– A jeśli to samo w sobie nie jest sekretem, ale prowadziłoby nieuchronnie do ujawnienia innego sekretu? – zapytała, sama zawstydzona pokrętnością i ogólnikowością tego sformułowania. – I dopiero to drugie ujawnienie mogłoby komuś zaszkodzić?

– To, na jakim poziomie to się stanie, nie ma większego znaczenia, liczą się konsekwencje. Mówi się, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem, znasz to przysłowie, prawda? Otóż, to nie zawsze jest takie proste, konkretne przypadki może rozstrzygnąć tylko dobrze uformowane sumienie, jednak tak na szybko mogę ci powiedzieć jedno. Jeśli zobowiązano cię do dyskrecji, a do tego istnieje ryzyko, że twoje słowo może komuś zaszkodzić, milcz.

– Dobrze – szepnęła, czując, jak na serce spływa jej fala ulgi.

– Milcz, ale obserwuj sytuację i zachowaj czujność – ciągnął ksiądz. – Niczego nie rób pochopnie, tylko bardzo dokładnie waż taką sprawę w swoim sumieniu i przede wszystkim bądź uczciwa wobec samej siebie. Sumienie jest u człowieka najlepszym drogowskazem, ale tylko pod warunkiem, że nie oszukuje się go, tylko dostarcza mu się do analizy prawdziwych przesłanek. Oczywiście to jest często bardzo trudne – podkreślił – i dlatego człowiekowi potrzebne jest w tym wsparcie, które płynie z modlitwy do Boga. On jeden zna pełnię dobra i zła, więc to On najlepiej potrafi pomóc człowiekowi w przypadku wątpliwości i rozterki sumienia, dać mu wskazówkę, co powinien w tej sytuacji zrobić. Może to się stać ustami innej osoby czy poprzez jakieś zdarzenia, konfiguracje faktów… jakkolwiek. Ale kiedy modlisz się do Boga, czyli rozmawiasz z Nim i prosisz Go o pomoc, On ci jej na pewno nie odmówi.

– Dobrze – powtórzyła cicho Iza.

– Nie znam cię prawie wcale… swoją drogą jak masz na imię?

– Izabella.

– Izabella… Może mi to mówiłaś, ale nie zapamiętałem, teraz zapamiętam. Nie znam cię prawie wcale, Izabello, rozmawialiśmy chyba tylko raz i to bardzo krótko, ale po twoim zachowaniu i po tym, co mówisz, wnioskuję, że jesteś osobą prawą i wrażliwą, taką, której na sercu leży to, by żyć uczciwie i nie krzywdzić innych. Poza tym jest w tobie coś, co sprawia, że człowiek, choćby miał zły dzień, ma ochotę się uśmiechnąć – jego głos nabrał przy tych słowach podwójnie ciepłej nuty. – Dlatego wcale się nie dziwię, że przyciągasz ludzi, że ufają ci i chcą ci się zwierzać, pamiętaj jednak, że to jest nie tylko przywilej, ale też wielka odpowiedzialność.

– Tak, wiem – pokiwała głową. – Właśnie dlatego tu przyszłam i zadaję księdzu te pytania.

– Mhm. Dobrze, że przyszłaś. I bardzo żałuję, że nie mamy dzisiaj więcej czasu… Tak czy inaczej twoje wątpliwości są znakiem wrażliwego sumienia i jeśli ono jest dobrze uformowane, a zakładam, że nie najgorzej, skoro tu jesteś, to wraz ze szczerą modlitwą i wsparciem Pana Boga powinno poradzić sobie z właściwą oceną sytuacji. Wręcz, jako osoba, do której inni zwracają się o radę i z zaufaniem powierzają jej swoje tajemnice, nie powinnaś polegać wyłącznie na radach innych, tylko skupić się na tym, co podpowiada ci własne sumienie, i nauczyć się wiernie odczytywać jego wskazówki. Ono cię nie zawiedzie, bylebyś go nie uciszała, nie bagatelizowała tego, co ci mówi, tylko naprawdę go słuchała i regularnie ćwiczyła się w tym, zwłaszcza że, jak sama wiesz, nie zawsze ma się czas na zasięganie opinii innych.

– Tak – przyznała. – Dziękuję, proszę księdza. Postaram się tak robić.

– Postaraj się i nie zniechęcaj się, jeśli coś pójdzie nie tak, a w sytuacjach naprawdę trudnych oczywiście zwracaj się do innych, również w spowiedzi, tak jak dziś. Bo nie chodzi o to, żebyś ze wszystkim radziła sobie całkowicie sama – zaznaczył – a o to, żebyś zawsze zaczynała od uczciwej rozmowy z Bogiem i własnym sumieniem, a dopiero potem szła z tym do innych ludzi. Oni przecież też mogą się mylić.

– Tak, rozumiem – szepnęła.

– A ta druga sprawa?

– Druga jest taka, że… zakochałam się – wyznała z bijącym sercem, z trudem artykułując tak mocne, miesiącami duszone w sobie słowa. – Zakochałam się w kimś, w kim nie powinnam się była zakochać… w mężczyźnie, który jest ode mnie starszy o jedenaście lat i jest moim szefem w pracy… ale też moim najlepszym przyjacielem. Był nim od dawna, zanim poczułam do niego to, co czuję – zaznaczyła drżącym głosem. – Wcześniej szalałam za kimś innym, ale udało mi się z tego wyleczyć, natomiast teraz… Wiem, że to brzmi głupio i banalnie, w sumie pewnie takie jest, historia jak wiele innych. Problem w tym, że ja nie mogę sobie z tym poradzić, a on… on kocha kogoś innego – zniżyła głos prawie do szeptu. – Oczywiście nic między nami się nie dzieje, on ma mnie tylko za przyjaciółkę, nic nie wie o moich uczuciach, a ja mu tego nie powiem, bo nie chcę stracić jego zaufania. Ale męczę się z tym i chciałam zapytać księdza… tak po prostu, prywatnie, bo de facto z nikim innym niż z księdzem nie mogę o tym porozmawiać… zapytać, co powinnam w takiej sytuacji zrobić. Że modlić się, to wiem, ale tak czysto pragmatycznie, z księdza doświadczenia duszpasterskiego. Czy to, że nie jestem z nim szczera, że udaję tylko przyjaciółkę, podczas gdy tak naprawdę kocham go… bardzo kocham… czy to jest coś moralnie złego? Czy powinnam z tym walczyć? Bo prawda jest taka, że chociaż przez to cierpię, jednocześnie jestem szczęśliwa, że mogę to czuć… przeżywać to… czasem pobyć w jego obecności… Czy w ocenie księdza to jest coś złego?

– Hmm – mruknął kapłan. – Czy ten mężczyzna jest w związku małżeńskim z tamtą kobietą? Albo w stanie narzeczeństwa?

– Nie – pokręciła głową. – Jeszcze nie. Ale bardzo chciałby i myślę, że to tylko kwestia czasu.

– No tak… Skoro na ten moment nie jest, a ty kryjesz przed nim to, co czujesz, to trudno w twoim zachowaniu cokolwiek jednoznacznie potępić. Czasem jednak takie rzeczy trudno ukryć, one wychodzą z nas, czy tego chcemy, czy nie, i przynoszą konsekwencje… Cóż mogę ci powiedzieć, dziecko? Musiałabyś opowiedzieć mi więcej szczegółów, a teraz nie mamy czasu, ale w mojej ocenie nie robisz nic moralnie złego, chyba że za moralne zło uznamy to, że na dłuższą metę wyrządzasz krzywdę samej sobie. Czy modlisz się do Boga o jego wzajemność?

– Nie – pokręciła głową. – Wiem, że tak nie wolno. Pan Bóg nie może zmusić drugiego człowieka do uczucia, którego on sam nie chce, więc bez sensu Go o to prosić.

– Modlitwa nigdy nie jest bez sensu – zaznaczył ksiądz. – Ale rzeczywiście trzeba ją ukierunkować tak, żeby w naszym zamyśle i pełni przyzwolenia to wola Boża, a nie nasza miała pierwsze słowo. Słusznie powiedziałaś, Bóg, który dał człowiekowi wolną wolę, nie łamie jej, tylko ją szanuje, a na pewno nie złamie jej pod wpływem modlitwy osoby trzeciej. Gdyby tak było, to dopiero by się działo na tym świecie… Ludzie mają różne marzenia, nie zawsze dobre, że tak powiem delikatnie, zazwyczaj wydaje im się, że plan, który mają na własne, a często i na cudze życie, jest najlepszy z możliwych, a Bóg ma być tylko nadzwyczajnym wykonawcą tego planu. Bo zwykle jest tak, że dopóki wszystko idzie zgodnie z ich wolą, Bóg jest im niepotrzebny, a zapraszają Go do działania tylko wtedy, kiedy sami nie mogą sobie poradzić, kiedy plan nie działa i potrzeba takiej właśnie nadzwyczajnej interwencji. Prawdziwa modlitwa to otwarcie naszej woli na działanie Boga, gotowość do przyjęcia tego, co On nam zaproponuje bez względu na okoliczności, ponieważ to On, nie my, wie najlepiej, co jest dla nas dobre. To, o co powinniśmy Go prosić, to tylko zdolność do rozeznania Jego woli, Jego planu na nasze życie, który w Jego zamyśle ma nas doprowadzić do pełni szczęścia. I tu dobrym pomysłem jest zwłaszcza modlitwa do Ducha Świętego… Tak czy inaczej, jak słusznie powiedziałaś, Bóg nie zmusi tego mężczyzny do tego, żeby cię pokochał, nawet jeśli będziesz się o to modlić dzień i noc, ponieważ szanuje jego wolę i dla każdego z was ma najlepszy możliwy plan, a ten plan niekoniecznie zakłada, że będziecie szli przez życie razem.

– Tak, wiem – szepnęła ze ściśniętym sercem.

– Dlatego dobrze, że nie modlisz się o nagięcie jego woli i serca, że nie starasz się dyktować Bogu, co ma w tym względzie zrobić, natomiast to nie znaczy, że nie powinnaś w ogóle modlić się w tej sprawie – zaznaczył ksiądz Tomasz. – Nie konkretnie o jego uczucie, ale bardziej ogólnie o rozwiązanie tej patowej sytuacji w taki sposób, żeby nikt nie został przy tym pokrzywdzony, a ty żebyś zaznała spokoju ducha. Nie wiem, jakie to może być rozwiązanie, nie podejmuję się wchodzić w kompetencje Pana Boga, ale jedno mogę ci powiedzieć na pewno. Jeśli będziesz szczerze modlić się do Boga o pomoc i otworzysz w zaufaniu serce na to, co On sam zaoferuje ci w tym względzie, nie zawiedziesz się i tę pomoc otrzymasz. Prędzej, później, może inaczej, niż sobie to wyobrażasz, może nawet inaczej, niż ktokolwiek jest w stanie przewidzieć swym ograniczonym ludzkim umysłem, ale otrzymasz ją. I na to daję ci gwarancję.

– Dobrze – pokiwała głową. – Dziękuję.

– Natomiast co mogę ci powiedzieć tak na dziś, w praktyce… Mówisz, że ten człowiek jest twoim przełożonym w pracy, wnioskuję z tego, że widujesz go bardzo często?

– Tak. Praktycznie codziennie, raczej wyjątkiem są dni, kiedy się nie widzimy.

– Mhm. Czyli jesteś bez przerwy eksponowana na bezpośredni kontakt z nim, a to sprzyja zapętlaniu się w uczuciu, które, jak zrozumiałem, raczej nie ma przyszłości. Pracujecie razem, w dodatku uważasz go za swojego przyjaciela, więc zakładam, że spotykasz go też poza pracą?

– Tak – szepnęła.

– Właśnie. Ten ciągły kontakt nie pozwala ci się od niego odciąć, uspokoić myśli i spojrzeć na sprawę z dystansem, a przez to niestety jesteś w swego rodzaju pułapce. I obawiam się, że dopóki się z niej nie wyrwiesz, to błędne koło będzie trwało i męczyło cię, aż w końcu może zacząć realnie cię niszczyć. Twój przyjaciel jest zakochany w innej kobiecie, a ty o tym wiesz i… zresztą skąd w ogóle to wiesz? Zwierzył ci się z tego?

– Tak. Wprawdzie nie powiedział mi, o jaką kobietę chodzi, tylko tak ogólnie, chyba chce na razie zachować szczegóły w tajemnicy i myśli, że nie domyślam się, kim ona jest, ale ja to dobrze wiem. Takie rzeczy się czuje.

– Zapewne – zgodził się bez przekonania ksiądz. – Hmm… Naprawdę żałuję, że nie mamy dzisiaj więcej czasu, odnoszę niejasne wrażenie, że ta sprawa wymaga zgłębienia, zwłaszcza że, jak wspomniałaś, dzielisz się nią tylko ze mną jako księdzem w ramach tajemnicy spowiedzi i z nikim innym nie chcesz o tym mówić. Chciałbym ci pomóc i na pewno będę się za ciebie modlił…

– Dziękuję – szepnęła z wdzięcznością.

– Tak, obiecuję ci modlitwę, Izabello, musimy powierzyć to Panu Bogu, a On na pewno znajdzie rozwiązanie. Ale na razie dokończę to, co zacząłem. Ten mężczyzna skłania swoje serce ku innej kobiecie, a ty o tym wiesz, więc na pewno spodziewasz się, że niebawem może się to skończyć jego trwałym związkiem z tą osobą, sama zresztą to przed chwilą powiedziałaś. I jeśli tak się stanie, to co masz zamiar zrobić?

– Właśnie nie wiem – westchnęła. – Pomyślałam, że może ksiądz mi coś doradzi… chociaż pokaże kierunek… Za ten z modlitwą o rozwiązanie sprawy bardzo dziękuję, będę to robić tak, jak ksiądz powiedział. Ale w praktyce takiego codziennego życia nie wiem, jak sobie z tym poradzę, na razie jeszcze mam takie w miarę spokojne status quo, ale kiedy to się stanie i klamka zapadnie… nie wiem, naprawdę nie wiem, co wtedy.

– Mhm. Paradoksalnie zapadnięcie tej klamki może cię wyzwolić – zauważył z namysłem ksiądz. – Widać, że masz wrażliwe sumienie, więc zakładam, że nie będziesz próbowała ingerować w życie i wybory tego mężczyzny, zwłaszcza gdyby jego skłonność do tamtej kobiety zakończyła się sakramentem małżeństwa. Wtedy zdecydowanie najlepszą drogą dla ciebie będzie wycofać się i zbudować zdrowy dystans, również fizyczny, przestrzenny… zawodowy… Na zdrowy rozum wydaje mi się, że to jedyne rozsądne wyjście, nawet jeśli z początku to będzie dla ciebie trudne i bolesne. A z drugiej strony, jak powiedziałem, nie chcę wchodzić w kompetencje Pana Boga, bo On jeden wie, jaka ścieżka będzie dla ciebie najlepsza. Może znajdzie jakieś zupełnie inne rozwiązanie? Na przykład postawi na twojej drodze inną osobę, ściślej innego mężczyznę, który… no, ale nie ma teraz czasu na snucie hipotez – przerwał sam sobie myśl. – Skupmy się na sytuacji, w której znajdujesz się dziś. Moim zdaniem, chociaż de facto nie robisz nic złego, powinnaś mimo wszystko spróbować z tym powalczyć, a w takich trudnych sprawach pierwszą linią obrony jest ucieczka. Ratunek w ucieczce, in fuga salus, jak to się mówi po łacinie. Wspomniałaś na początku, że jutro wyjeżdżasz za granicę… do Belgii, tak? Na jak długo?

– Na miesiąc.

– Mhm, to dobrze – stwierdził z satysfakcją. – Wręcz idealnie się składa, bo to pozwoli ci trochę się od tego mężczyzny odseparować i da ci czas na spokojne przemyślenie, a przede wszystkim na głębokie przemodlenie sprawy. Potraktuj ten czas jako dar od Boga, okazję do takiej właśnie ucieczki, wprawdzie tylko chwilowej, ale na razie dobre i to… Wiesz co, Izabello? Już jest po jedenastej, a ja jestem już poważnie spóźniony, dlatego zakończymy teraz spowiedź, dam ci pokutę i udzielę ci rozgrzeszenia, ale umówimy się na dalszy ciąg rozmowy w jakimś spokojniejszym czasie po twoim powrocie, dobrze?

– Dobrze – ucieszyła się Iza. – Dziękuję, proszę księdza.

– Jutro kończy się już moja posługa w tej parafii, wracam do siebie na Czechów, ale dam ci numer telefonu i kiedy wrócisz z Belgii, odezwiesz się do mnie i wtedy się umówimy. Tym razem zadbam o to, żebyśmy mieli więcej czasu na rozmowę. A póki co jedź do Belgii z Panem Bogiem, módl się do Niego i staraj się robić to z otwartym sercem, z nastawieniem, że przyjmiesz w zaufaniu wszystko to, co On dla ciebie przewidział. Zobaczysz, że to ci da ulgę i przywróci spokój ducha, a sama dłuższa rozłąka z tym mężczyzną też powinna ci pomóc.

– Dobrze – powtórzyła cicho.

– A za pokutę odmów dzisiaj, jutro i pojutrze w swojej intencji litanię do Ducha Świętego.

– Dobrze.

– Módl się, udzielę ci teraz rozgrzeszenia.

***

„Niby niewiele mi doradził, ale i tak jakoś mi lepiej” – pomyślała Iza, dopiero po wyjściu z kościoła wyciągając telefon, by wprowadzić do kontaktów numer księdza Tomasza, który ów zapisał jej na wygrzebanym w kieszeni skrawku papieru. – „O tym, że Bóg wie lepiej, co jest dla człowieka dobre, to ja już nieraz słyszałam, ale ta strategia aktywnej modlitwy o rozwiązanie sytuacji według Jego, a nie mojej woli… może i ma to sens? Nawet jak ktoś nie wierzy w Boga, takie pogodzenie się z losem i spokojne przyjęcie tego, co nas spotyka, faktycznie może dawać ukojenie… O masz, ile się tego naszło!”

Ostatnie słowa były reakcją na widoczną po aktywowaniu ekranu serię powiadomień o smsach i nieodebranych połączeniach telefonicznych, które pojawiły się w przeciągu ostatniej niespełna półtorej godziny. Jako że telefon miała wyciszony, nie mogła słyszeć dzwonka ani powiadomień, dlatego pierwszym, co zrobiła, było włączenie dźwięku. Przez moment na liście nieodebranych połączeń mignęło jej imię Majka, jednak najpierw chciała załatwić sprawę wpisania numeru księdza Tomasza do kontaktów w obawie, że mogłaby zgubić papierową notatkę, a na kontynuacji rozmowy po powrocie z Belgii bardzo jej zależało.

Kiedy uporała się z tym, otworzyła listę połączeń, przyśpieszając kroku i chroniąc telefon od wilgoci, gdyż na dworze trwała lekka, zimna mżawka. Nieodebrane połączenia były trzy – od Majka, od Marty i od Amelii. Nie oddzwaniając na razie, sprawdziła skrzynkę smsową, gdzie czekały na nią cztery wiadomości, z czego jedna również była od Marty i zapewne wyjaśniała powód telefonu. Tę otworzyła zatem w pierwszej kolejności.

Iza, odezwij się, chcę się umówić, jak jutro działamy i o której.

Ok, zadzwonię do Ciebie za jakąś godzinę – odpisała szybko, uznając, że ta sprawa wbrew pozorom jest najmniej pilna.

Kolejne wiadomości były od Klaudii i Wiktorii, które meldowały tylko, że nadal czują się dobrze, i życzyły jej jutro szczęśliwej podróży, co również nie wymagało pilnej interwencji, a jedynie krótkiego potwierdzenia otrzymania i podziękowania za życzenia. Czwarty sms był od Krawczyka.

Pani Izabello, czy w tę albo następną niedzielę moglibyśmy spotkać się na obiad i rozmowę? Kłaniam się. Sebastian Krawczyk.

„Aha, już się zameldował” – pomyślała z przekąsem. – „Wczoraj Madi była w Lublinie, więc i on się odzywa, chociaż nic o tym nie wie. Serio, on chyba wyczuwa jej obecność tutaj jakimś szóstym zmysłem! A niech to… ten dinozaur…” – wzdrygnęła się. – „W sumie dobrze, że jadę do Liège, mam cały miesiąc, żeby to przemyśleć. No cóż, panie Sebastianie, przykro mi…”

Idąc w dół ulicy mokrym chodnikiem, wklepała odpowiedź, nad którą tym razem nie musiała się zastanawiać.

Dzień dobry, dziękuję za zaproszenie, ale niestety nie mogę, jutro wyjeżdżam na miesięczny staż do Belgii i będę w Polsce dopiero w kwietniu. Pozdrawiam, Izabella Wodnicka.

Wysławszy sms, przypomniała sobie, że obiecała Magdalenie podpytać Krawczyka o stan zdrowia, ale było już za późno na dopisanie tego pytania.

„E, nieważne!” – machnęła ręką. – „Gdyby było źle, pewnie sam by to napisał, a to zaproszenie wygląda na całkowicie standardowe. Dobra, teraz telefony. Majk to pewnie tylko kontrolnie, żeby zapytać mnie o zdrowie, ale ciekawe, co chciała Mela? Mam nadzieję, że tylko pogadać przed moim wyjazdem.”

Jednak, jako że dochodziła już do swojej kamienicy, uznała, że z oddzwonieniem do siostry poczeka, aż dojdzie do domu.

„Potem muszę pójść na miasto po parę ostatnich drobiazgów na wyjazd, a wieczorem, zanim przyjdzie Majk, zajrzeć jeszcze do pani Jadzi i przekazać jej zapasowe klucze” – układała sobie w głowie plan. – „Niech podlewa mi mój kwiat paproci, może w tym roku wreszcie mi zakwitnie?”

W domu z ulgą zrzuciła z siebie wilgotny płaszcz, zaparzyła sobie herbatę, usiadła z nią przy stole w kuchni i dopiero wtedy wybrała numer Amelii. Ta, jak się okazało, rzeczywiście chciała tylko porozmawiać przed wyjazdem siostry za granicę oraz życzyć jej szczęśliwej drogi i udanego stażu, niemniej przy tej okazji przekazała jej również kilka bieżących nowinek z Korytkowa. Iza dowiedziała się zatem o trwających już przygotowaniach do ekspresowego ślubu Agnieszki i Piotrka, który miał się odbyć pod koniec kwietnia, o postępach w wykańczaniu „hali”, a także o nagłej chorobie ojca Doroty, który kilka dni wcześniej trafił do szpitala z wysokim nadciśnieniem i miał tam zostać co najmniej do końca tygodnia.

– Robert pomaga Dorotce i wozi ją do niego do szpitala na przemian z Marczukiem i Piotrkiem – relacjonowała Amelia. – Miejmy nadzieję, że w poniedziałek faktycznie go wypuszczą. Za to Krzemiński wrócił już do Korytkowa, wiesz? Znaczy… o ile chcesz o tym słuchać – dodała znacząco i z lekkim zakłopotaniem.

– Spoko, możesz mówić – wzruszyła ramionami Iza. – Kiedy wrócił?

– W środę. Mówiła mi o tym Kunowa, gadała z Maliniakową, która wie wszystko bezpośrednio od Krzemińskiej, bo Krzemińska oczywiście też z nim wróciła. Podobno Roman jest już w całkiem niezłej formie i z powrotem przejmuje sterowanie firmą, wręcz, jak to mówi Maliniakowa, po tej operacji dostał drugie życie. No i to by się zgadzało, bo z kolei Michał zniknął bez śladu, od tamtej niedzieli nikt nie widział go w Korytkowie ani razu, ani jego samego, ani jego samochodu. Maliniakowa nic o tym nie mówiła, ale Kunowa wnioskuje, a Dorotka się z nią zgadza, że pewnie pojechał do Warszawy, żeby zabrać się za przygotowania do ślubu.

– Mhm – mruknęła Iza, z niechęcią wspominając sobotnią scenę z Aliną.

– No, ale już mniejsza o to, nie nasza sprawa – dodała oględnie Amelia. – Czekaj, co ja jeszcze miałam ci powiedzieć?… Aha, to, że dostałam już tę rękodzielniczą torebkę od Zosi – przypomniała sobie. – Mówię ci, piękna! Aż się boję nosić takie cudo, żeby się nie zniszczyła, chyba będę ją zabierać tylko do kościoła.

– To super – uśmiechnęła się z sympatią Iza. – Ja też chętnie bym ją zobaczyła, wyślesz mi zdjęcie?

– Oczywiście, zaraz zrobię i ci wyślę. Zośka mówi zresztą, że i dla ciebie już coś szykuje – zaznaczyła. – Na razie jeszcze powoli jej to idzie, ale chce się wyrobić do kwietnia, kiedy przyjedziesz na Wielkanoc. Podobno taka była między wami umowa.

– Tak jest, ale niech się nie śpieszy, powiedz jej, że to wcale nie musi być na Wielkanoc. Ja mogę poczekać, aż kupi sobie maszynę do szycia, nie zależy mi, żeby to koniecznie była manufaktura, naprawdę. Wiem przecież, jaki to jest wysiłek i obciążenie fizyczne, zwłaszcza dla palców.

Poplotkowały tak jeszcze chwilę i Amelia, życząc siostrze szczęśliwej podróży i upewniając się, że ta po dotarciu na miejsce wyśle jej smsa, rozłączyła się.

„Teraz Majk” – pomyślała z radością Iza, wyszukując jego numer na liście. – „Tak tylko krótko, przecież i tak za parę godzin się widzimy. A potem przekąszę coś na wczesny obiad i ruszam na miasto po parę ostatnich rzeczy na jutro.”

Majk nie odebrał połączenia, włączyła się poczta głosowa, Iza jednak nie miała zamiaru nagrywać wiadomości.

„Pewnie biega gdzieś po mieście, albo jest za kierownicą i nie może odebrać” – stwierdziła, odkładając telefon na stół i sięgając do lodówki po przygotowany do odgrzania obiad. – „Ale jak zobaczy, że się dobijałam, to sam oddzwoni.”

Wrzuciwszy danie na patelnię, zasiadła przy stole w oczekiwaniu, aż się przygrzeje, i zapatrzyła się w okno, za którym wciąż siąpił lekki, zimny deszcz, a spowite chmurami niebo nie przepuszczało ani jednego promyka słońca. Wspomnienie spowiedzi i chwilami trudnych, a chwilami bądź co bądź krzepiących słów księdza Tomasza wróciło do niej we wszystkich swych szczegółach.

Nie chcę wchodzić w kompetencje Pana Boga, bo On jeden wie, jaka ścieżka będzie dla ciebie najlepsza. Może znajdzie jakieś zupełnie inne rozwiązanie?

Inne rozwiązanie. Czy ono w ogóle było możliwe? I czy faktycznie miała się o to modlić? Czy naprawdę tego chciała? Inne rozwiązanie tak czy inaczej oznaczałoby utratę Majka, więc jakie znaczenie miało to, czy stanie się to w ten, czy w inny sposób? Albo szybko zabierze jej go Anabella, albo ona sama będzie musiała uciec przed niespełnionym marzeniem, żeby, jak to ujął ksiądz, odciąć się i nabrać dystansu w oczekiwaniu na owo „inne rozwiązanie”. Zresztą w tym pierwszym przypadku też prawdopodobnie będzie musiała uciec, bo przecież długo nie wytrzyma, patrząc z boku na ich szczęście.

In fuga salus, ratunek w ucieczce” – powtórzyła ze smutkiem w myśli słowa księdza. – „Czyżby to było sedno naszej dzisiejszej rozmowy, główne przesłanie, które powinnam z niej wyciągnąć? To miałeś na myśli, tato? A niech to!” – pokręciła głową, zaciskając zęby. – „Czy wy myślicie, że to jest takie proste? Przecież sama już nieraz o tym myślałam, ale jak zdobyć się na odwagę, żeby uciec? Do tego przecież też trzeba odwagi, chyba nawet większej niż do tego, żeby zostać i cierpieć!”

Obiad na patelni, złożony dziś z resztek francuskich dań, jakie kilka dni temu przyniósł jej Majk, zaskwierczał ostrzegawczo, musiała podnieść się, aby go dopilnować. Po całej kuchni rozniósł się apetyczny zapach przypadkowo połączonej kompozycji przypraw i składników.

„Łatwo powiedzieć, proszę księdza” – ciągnęła wątek, mechanicznym ruchem mieszając jedzenie drewnianą łopatką. – „Jak mam od niego uciec, kiedy sama tego nie chcę? I dokąd? Jestem mu w tej firmie potrzebna, to nie tylko kwestia romantycznych uczuć, to poważna decyzja zawodowa, a on tak na mnie liczy…”

Urwała myśl, gdyż zagłuszyły ją powracające lawiną głosy bliskich i przyjaciół, od dawna już mówiące jednym chórem w zasadzie to samo.

Praca w knajpie jako kelnerka to chyba nie jest dla ciebie docelowa droga… Powinnaś pójść w coś większego i nie marnować potencjału

Tacy ludzie jak ty są potrzebni do większych wyzwań niż jakaś tam praca w knajpie, którą, za przeproszeniem, może wykonywać każdy głupek. Powinnaś wykorzystać swoje możliwości, rozwinąć skrzydła…

Chyba nie masz zamiaru zostać w tej jego knajpie do końca życia?

Serce ścisnęło jej się na te wspomnienia, jednak tym razem nie odepchnęła ich, mając wciąż na względzie słowa księdza o uciszaniu sumienia. Bo skoro nie powinno się uciszać tego wewnętrznego głosu i bagatelizować jego wskazań, to czy nie tak samo jest w przypadku rozumu? A rozum wszak już od dawna podpowiadał jej to, co dzisiaj bez namysłu ubrał w słowa ksiądz Tomasz. Jemu to się natychmiast narzuciło, mimo że jej historię znał tylko szczątkowo, mimo że usłyszał o niej zaledwie minutę wcześniej… Ucieczka. Dystans i ucieczka. Nie chciała tego, tak rozpaczliwie i boleśnie nie chciała… ale jeśli to naprawdę na dłuższą metę było jedyne rozwiązanie?

Choć tym razem z całej siły starała się zachować zdrowy rozsądek i obiektywizm, fala znajomego buntu przepełniła jej duszę. Ponieważ danie było gotowe, wyłączyła gaz i nerwowym gestem sięgnęła do szafki po talerz.

„Na dłuższą metę owszem” – zgodziła się, zsuwając nań dymiące jedzenie z patelni. – „Ale czy muszę uciekać od razu? Czy nie mam wręcz obowiązku jakoś go na to przygotować? Sprawiłabym mu tym taką przykrość, nadużyłabym jego zaufania, okazałabym się taka nielojalna, gołosłowna, niepoważna… Przecież na razie nic jeszcze nie jest przesądzone, rozczarowanie nadal jest możliwe, żadna klamka jeszcze nie zapadła! A jeśli Natalia jednak okaże się nieporozumieniem? Moim zdaniem ona w ogóle nim jest sama w sobie… tfu, Iza, wypluj to słowo!” – zbeształa się natychmiast surowo, z hukiem odstawiając patelnię na kuchenkę gazową i opadając na krzesło. – „A niech to szlag! Co to są za teksty, i to świeżo po spowiedzi? Nie mnie ją oceniać, nie mam do tego prawa, to jego wybór, nie mój…”

Bóg nie zmusi tego mężczyzny do tego, żeby cię pokochał, nawet jeśli będziesz się o to modlić dzień i noc, ponieważ szanuje jego wolę.

„No właśnie” – pokiwała głową, sięgając po widelec. – „Ogarnij się, Izabello. Wtrącać się nie mogę i nie będę… ale czy to znaczy, że muszę od razu uciekać? Odcinać się, szukać dystansu?… Owszem, pomyślę o tym, proszę księdza, pomyślę o tym, tato, nie lekceważę tej wskazówki, nie odrzucam jej, wiem przecież, że jest rozsądna. Ale jeszcze nie teraz” – zaznaczyła stanowczo. – „A zwłaszcza nie dzisiaj, kiedy mamy pożegnać się przed moim wyjazdem sesją filozofii księżycowej. O to, żeby Bóg rozwiązał ten problem, zacznę się modlić jutro. I ksiądz też niech się jeszcze dziś o to nie modli, dopiero od jutra, dobrze?”

Pochyliła się nad talerzem, mimochodem notując, jak wspaniały smak miały te odgrzane resztki, których połączony na patelni zestaw dał niepowtarzalną, wyjątkową kompozycję. W rozterce ducha nie umiała jednak w pełni delektować się degustacją.

„Ja na razie potrzebuję tylko jednego” – ciągnęła myśl. – „Mianowicie siły i odwagi komandosa, który dziś wieczorem ma przed sobą jedną z najcięższych walk ever. Bo jeśli on odkryje przede mną karty i powie mi wprost, kim jest nowa Anabella… wymówi w końcu jej imię… A z drugiej strony cóż w tym takiego strasznego?” – wzruszyła ramionami, podnosząc do ust kolejną porcję obiadu. – „Tym mnie przecież nie zaskoczy, mogę się na to z góry przygotować, właściwie to będę musiała tylko trochę poudawać zdziwienie. Albo może właśnie lepiej nie?” – zastanowiła się. – „Może lepiej będzie od razu powiedzieć mu, że po cichu od dawna się tego domyślałam? Albo że słyszałam od Lodzi i Justyny?… Nie, nie, to ostatnie odpada, żadnego mieszania w to osób trzecich… Powiedzieć tylko, że sama się domyśliłam, bo tak zresztą było. Po co miałabym mu kłamać? To przecież i tak nic nie zmieni.”

Nic nie zmieni, to prawda. Zwłaszcza że ważniejsze było co innego – okruszki szczęścia, które czekały ją dziś wieczorem i które będą musiały wystarczyć jej na cały miesiąc rozstania.

Rozstanie… co za smutne słowo! A zatem nadchodził ten moment… Od wielu tygodni czekała nań z wielką obawą, zastanawiając się, jak zniesie tak długą rozłąkę, najdłuższą, odkąd znała Majka, a do tego wzmocnioną barierą przestrzenną o wartości prawie półtora tysiąca kilometrów. To nie będzie już łatwa do pokonania setka dzieląca Lublin i Korytkowo, zwłaszcza że wyjeżdżała w najbardziej kluczowym czasie rozstrzygnięć, które sprawią, że po powrocie być może zastanie już zupełnie inną sytuację, zupełnie inny układ sił. Kto wie, do czego będzie wracać na początku kwietnia? Może tylko po to, żeby pomóc im w przygotowaniach do…

Nie. Dziś to jeszcze nie miało znaczenia, nie warto było aż tak wybiegać myślą w przyszłość. Dziś liczyło się tylko to, że wieczorem znów na kilka pięknych godzin pożegnalnej sesji filozofii księżycowej będzie mieć go tylko dla siebie, na wyłączność. Że dane jej będzie nacieszyć się jego bliskością, miękkością jego włosów… nawdychać się zapachu jego ubrań przesączonych wodą kolońską i tym tajemniczym czymś, które za każdym razem burzyło w niej krew i zamieniało ją w zmysłowy górski strumień… nasłuchać się jego ukochanego głosu… A o czym będą mówić? O to już mniejsza. Niech będzie i o Natalii, o jego marzeniach i planach z nią związanych, wszystko jedno. O czymkolwiek, gdziekolwiek, jakkolwiek – byle z nim.

„Nic na to nie poradzę, proszę księdza” – podsumowała tonem usprawiedliwienia, wymiatając z talerza resztki dania. – „In fuga salus, zgadzam się, ale dzisiaj to absolutnie odpada. Zaczniemy od jutra, dobrze? Dziś jeszcze niech wszystko zostanie po staremu.”

Telefon błysnął sygnałem przychodzącego smsa, odłożyła zatem widelec i nieśpiesznie sięgnęła po aparat. Krawczyk.

Szkoda, bardzo mi na tym zależało, ale rozumiem, że ma Pani swoje plany. W takim razie może zaraz po Pani powrocie? Zarezerwuje Pani dla mnie pierwszą wolną datę?

Uśmiechnęła się, wklepując odpowiedź.

Oczywiście, panie Sebastianie. Możemy wstępnie umówić się na pierwszą niedzielę kwietnia. Jak Pana zdrowie?

Ostatnie pytanie dodała po chwili namysłu, wspomniawszy obietnicę daną Magdalenie. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.

Dziękuję, pani Izo, przypomnę się więc na początku kwietnia. Co do zdrowia, nie jest źle, w każdym razie nie gorzej. Dziękuję raz jeszcze i życzę Pani szczęśliwej podróży. SK.

„Pierwsza niedziela kwietnia… zaraz, którego to będzie?” – pomyślała Iza, otwierając w telefonie kalendarz. – „Aha, czwarty kwietnia… dobra, trzeba to sobie zapisać, żeby nie zapomnieć.”

Wklepała nazwisko Krawczyka przy wspomnianej dacie i już miała odłożyć telefon, by zebrać ze stołu i umyć talerz po obiedzie, kiedy aparat zadzwonił jej w ręce. Na wyświetlaczu pojawiło się imię Majka.

– Halo? – odebrała z uśmiechem.

– Elfiku… – po drugiej stronie linii zabrzmiał dziwny, chrapliwy głos, który niby był głosem Majka, ale…

Serce zabiło jej mocno i ścisnęło się takim niepokojem, że na chwilę zabrakło jej tchu.

– Co się stało? – szepnęła, czując, że całe ciało przeszywa jej zimny dreszcz.

– Przepraszam, kochanie – odpowiedział ten sam, z trudem artykułujący dźwięki głos. – Niestety dopadło mnie… już wczoraj czułem się dziwnie, a dzisiaj… szkoda gadać.

– Ach! – zrozumiała. – Grypa?

„Tylko nie to!” – pomyślała ze zgrozą. – „Boże, nie rób mi tego…”

– Mhm… niestety – potwierdził Majk. – Złapałem tego gada i muszę przyznać Chudemu, że jest wredny jak cholera… Łeb mi pęka, gorączka tak nawala, że widzę na czerwono, a do tego łamie mnie w gnatach jak chyba jeszcze nigdy. Jak się domyślasz, nie ma żadnych szans, żebym podniósł się z wyra… ledwo zwlokłem się do łazienki i po wodę… niech to wszyscy diabli…

Iza pokręciła głową, nie mogąc znaleźć słów. Cios był tak silny, że przez kilkanaście sekund nie była w stanie zebrać myśli. A więc nie spotkają się dziś… nie zobaczy go… pojedzie na miesiąc do Belgii praktycznie bez pożegnania… Jednak ponad wszystkim górował niepokój o niego, o stan jego zdrowia i o to, czy na czas choroby na pewno będzie miał odpowiednią opiekę.

– Kurczę – szepnęła tylko.

– Krótko mówiąc, klęska na całej linii – ciągnął ponuro swym zmienionym, zachrypniętym głosem Majk. – Nie muszę chyba dodawać, że jestem zdruzgotany… Miałem być dzisiaj u ciebie na sesji filozofii… chciałem pogadać o tylu ważnych sprawach… powiedzieć ci tyle rzeczy…

Iza poczuła, że ściska jej się gardło, a do oczu napływają łzy. Przełknęła je jednak dzielnie i nabrawszy oddechu w płuca, wyprostowała się na krześle, uznając, że skoro tak już się stało i Majk zaraził się tą nieszczęsną jadowitą grypą, to najważniejsze jest teraz zadbać chociaż o jego psychikę. Nie dobijać go własnym żalem, lecz przeciwnie – zrobić wszystko, by podtrzymać go na duchu.

– To nic, Michasiu – odparła ciepło, choć słowa z trudem przechodziły jej przez gardło. – Nadrobimy to kiedy indziej, zdążymy porozmawiać o wszystkim, życie przecież jeszcze się nie kończy… Teraz najważniejsze, żebyś wyzdrowiał jak najszybciej, to jest absolutny priorytet. Powiedz mi, jak wysoką masz tę gorączkę?

– Nie wiem, nie mierzyłem – westchnął. – Nie chciało mi się szukać termometru. Ale pewnie jest wysoka, bo telepie mnie jak diabli, łeb mam gorący, a zimno mi, jakbym siedział goły na mrozie, rano dosłownie dzwoniłem zębami.

– To weź termometr i zmierz – powiedziała stanowczo. – Proszę, poszukaj go, to ważne. Musimy wiedzieć, jaką masz temperaturę.

– Okej – westchnął. – Skoro mój elfik tak każe, to zaraz to zrobię… Poczekaj chwilę, może mam go tu w szufladzie przy łóżku…

Przytłumione szuranie i ciche trzaski zaświadczyły o tym, że szuka termometru, co dało Izie chwilę na opanowanie emocji, bowiem smutek i wzruszenie, jakie przepełniały jej serce, wciąż groziły przelaniem się w postaci łez. Wyobraziła go sobie takiego, jak musiał wyglądać teraz, wymęczonego, rozpalonego gorączką, leżącego bezsilnie na łóżku z silnym bólem głowy i poczuciem kompletnej porażki. Ona też je miała, owszem, ale ona przynajmniej była zdrowa, fizycznie czuła się dobrze, on zaś cierpiał podwójnie…

Gdyby tak mogła zajrzeć do niego na chwilę! Zobaczyć go, nawet tylko przelotnie, choćby przez kilka sekund przez uchylone drzwi… przywieźć mu lekarstwa, jakieś jedzenie… Wiadomo, był chory, a ta grypa rzeczywiście była mocno zaraźliwa, dlatego nie powinna ryzykować, musiała uważać na własne zdrowie, jutro wszak ruszała za granicę. Jednak gdyby tak choć na krótką chwilę…

– Dobra, mam go – usłyszała w słuchawce niewyraźny głos Majka. – Już go sobie aplikuję i czekaj… wezmę cię na głośnomówiący, bo nie mam jak tego trzymać, zresztą już mi się zaczyna nieźle we łbie kręcić.

– To połóż się – zaleciła mu z troską. – Nie męcz się, tylko kładź się i przykryj się czymś porządnie, żebyś się nie doprawił. Masz tam chociaż ciepło w domu?

– Żebym to ja wiedział – odparł, a w jego głosie zabrzmiała nuta smętnego rozbawienia. – W tym stanie kompletnie zatraciłem umiejętność postrzegania temperatury, raz mi zimno, raz gorąco… serio, nie wiem. Ale jakie to ma znaczenie, Izula? Tak mi zależało, żeby być dzisiaj u ciebie… – dodał z żalem. – Czekałem na to od tylu dni… Do diabła… co za cholerny pech… nie mogę sobie tego darować…

„Ja też” – pomyślała z rozpaczą w sercu, dopiero teraz w pełni uświadamiając sobie, jak bardzo i ona czekała na to spotkanie.

– Jedyne, co mnie pociesza i co wyszło nam na dobre, to fakt, że nie zdążyłem cię zarazić – ciągnął słabym, wyraźnie zmęczonym głosem Majk. – Bo skoro złapałem bakcyla i miałoby mi się rozkręcić dopiero jutro, to dzisiaj mógłbym ci go sprzedać, a tego to już bym sobie nie wybaczył do potęgi siódmej… Powiedz mi, skarbie, jak ty się czujesz?

– Doskonale, o mnie się nie martw, Michasiu – zapewniła go łagodnie. – Póki co jestem zdrowa i myślę, że już tego bakcyla nie złapię, jutro zdążę zwiać przed nim do Liège.

– Tak – westchnął. – Chociaż tyle z tego dobrego…

– Teraz najważniejsze jest twoje zdrowie – mówiła dalej Iza. – Powiedz, masz tam co jeść?

– Coś tam mam, ale i tak nie będę jadł, gardło nawala mnie tak, że za cholerę nic nie przełknę.

– A lekarstwa? Coś przeciwbólowego, przeciwgorączkowego?

– Mam jakieś resztki aspiryny, ale skołuję sobie więcej – zapewnił ją, ledwo mamrocząc słowa. – Zdaje się, że Tymoteusz jeszcze nie padł na grypę, potem do niego zadzwonię i powiem, żeby coś mi przywiózł.

– A może ja podjadę? – zaproponowała szybko. – Zajrzę tylko na chwilę, podwiozę ci lekarstwa, trochę jedzenia i podam przez drzwi albo…

– Nie ma mowy, ani mi się waż! – przerwał jej natychmiast Majk, a jego słaby dotąd głos nabrał stanowczej, surowej nuty. – Nie po to przez ostatnich parę dni chronię cię od tego świństwa, żebyś teraz zaraziła się ode mnie na ostatniej prostej. Nawet nie próbuj, i tak nie otworzę ci drzwi. A niech to… ależ mnie ten łeb napieprza… Nie martw się, elfiku – dodał łagodniej. – Poradzę sobie, mam do kogo zwrócić się o pomoc. Najgorsze dla mnie jest to, że nie mogę cię zobaczyć przed wyjazdem. Liczyłem na zatankowanie do pełna na stacji Dobra Wróżka… na doładowanie elfikową energią… chciałem się z tobą pożegnać, jak należy…

Iza, wzruszona i tak samo jak on przepełniona żalem, słuchała go, łykając łzy.

– Chciałem rozwinąć wątek marzeń, złudzeń i planów – ciągnął ponuro Majk. – Opowiedzieć ci trochę więcej o mojej rozmowie z Pablem… o pewnym głupim, chociaż poniekąd nawet zabawnym nieporozumieniu, o podstawach którego pewnie już słyszałaś… a może i nie?… Głupie to było jak nieszczęście, ale dzięki temu wyzwoliliśmy się z frajerem z naszego pata i teraz mam przynajmniej z kim pogadać o tych sprawach, zwłaszcza kiedy ciebie tu nie będzie… Kurde, ale jazda… czacha mi pęka…

– To może przerwijmy rozmowę i odpocznij? – zaproponowała wbrew własnemu sercu Iza. – Telefon tylko nasila ból głowy.

– Tak, zaraz będę musiał… niestety – przyznał smętnie. – Teraz nie dam rady dłużej gadać, we łbie mi się kręci jak na karuzeli, aż uszy mi przytyka… Ale obiecaj mi, Izulka, że jutro wieczorem, jak już dojedziesz na miejsce i zalogujesz się na kwaterze, zadzwonię i pogadamy chwilę, hmm?

– Obiecuję – odparła bez wahania. – Oczywiście pod warunkiem, że będziesz się już chociaż trochę lepiej czuł, a zwłaszcza że nie będziesz miał gorączki. Mówisz, że uszy ci przytyka i w głowie ci się kręci? – zaniepokoiła się. – Kurczę, niedobrze… trzeba by ci podesłać jakiegoś lekarza…

– Daj spokój, Izula – przerwał jej łagodnie. – Lekarz nic mi nie da. Chudemu ani nikomu innemu nie przypisali leków, tylko witaminy i środki przeciwbólowe, to jest choroba, którą niestety trzeba po prostu przechorować… Czekaj, zerknę na ten termometr… mhm… trzydzieści dziewięć i cztery.

– Wysoko – zaniepokoiła się Iza.

– No. Właśnie na tyle się czuję… Zaraz walnę sobie tę aspirynę… chociaż podobno zdrowiej jest nie zbijać temperatury, przynajmniej na początku. Słuchaj, elficzku… pozdrów ode mnie Anię i Jean-Pierre’a, wyściskaj też od wujka Majka moją princesse… Miałem kupić jej te kolczyki, wybierałem się po nie dzisiaj, ale niestety… wujek Majk tym razem da totalną plamę… Tego też tak cholernie żałuję…

– To akurat nie problem, Michasiu – odparła energicznie Iza. – Właśnie idę na miasto po kilka rzeczy na jutro, mogę kupić dla niej jeszcze jedne kolczyki i zawieźć jej w twoim imieniu. Hmm? Co ty na to?

– O, dobry pomysł – przyznał. – Zrób tak, Izula, oddam ci potem kasę… wybierz coś fajnego, według twojego gustu, tylko koniecznie z najlepszego złota, i daj jej jako prezent ode mnie. Jesteś aniołem… a niech to…

– Załatwię to – zapewniła go pośpiesznie. – Tym się już nie przejmuj, kupię dla niej piękne kolczyki i wyślę ci zdjęcie, żebyś potem sam wiedział, co jej dałeś. Ale ty już rozłącz się i odpoczywaj, słyszysz? Nie męcz się, bo jeszcze ci się pogorszy… Proszę, promyczku – dodała ciszej. – Dbaj o siebie.

Po drugiej stronie linii zapadła cisza. Iza z niepokojem odjęła telefon od ucha i upewniła się, że połączenie trwało, po czym podniosła go z powrotem.

– Majk?

– Jestem, kochanie – szepnął do słuchawki. – Jestem, żyję… nie martw się o mnie… Będę się grzecznie leczył i jutro do ciebie zadzwonię. Muszę kończyć, zaraz mi dynia eksploduje… Bezpiecznej podróży, elfiku…

Wyszeptał coś jeszcze, ale tak cicho, że już nie usłyszała. Połączenie urwało się.

„Aha, jasne, nie martw się o mnie!” – pomyślała ze ściśniętym sercem, pośpiesznie wybierając z kontaktów numer Lodzi. – „Łatwo ci powiedzieć! O nie, mój drogi, nie myśl, że tak to zostawię, zaraz załatwię ci opiekę i kogoś, kto zadba, żebyś w ten weekend przynajmniej miał co jeść!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *