[Recenzja] Helena Mniszkówna, „Trędowata”

[Recenzja] Helena Mniszkówna, „Trędowata”

Dziś przypomnę powieść, której nie wypada nie znać, bo choć krytycy byli sceptyczni i zaliczyli ją do kategorii „powieści dla kucharek”, czyli dzieł niezbyt ambitnych, za to mocno grających na emocjach, nie sposób zaprzeczyć, że od wielu dziesiątek lat zaczytują się w niej tłumy kobiet. Mowa oczywiście o Trędowatej, czyli słynnym melodramacie Heleny Mniszkówny, którego lektura wywoływała (i chyba dalej wywołuje) wypieki na policzkach czytelniczek i który na przestrzeni kilkudziesięciu lat doczekał się nawet niejednej ekranizacji.

Jeśli nie znacie jeszcze wzruszającej historii Stefci Rudeckiej i ordynata Waldemara Michorowskiego, to warto nadrobić tę lukę, choćby dla samej erudycji, gdyż jest to powieść, która trafiła już na stałe do kanonu polskiej klasyki romansu – czy raczej melodramatu, bo romanse zwykle kończą się happy endem, podczas gdy Trędowata kończy się tragicznie. Zarys fabuły można sobie przeczytać tutaj, jednak wiele osób, nawet nie przeczytawszy tej książki, wie, o czym ona opowiada, choćby ze względu na bardzo znany, wręcz kasowy film Jerzego Hoffmana z roku 1976 z Elżbietą Starostecką w roli Stefci i Leszkiem Teleszyńskim jako ordynatem Michorowskim (piękne zdjęcia z tego filmu można obejrzeć na stronie Fototeka Instytutu Audiowizualnego Filmoteki Narodowej).

My jednak skupmy się na tekście. Co można powiedzieć o tej książce? Jak wspomniałam, krytycy uznali Trędowatą za kicz i tanie romansidło, czyli pisarstwo niższych lotów, zresztą już samo określenie melodramat może skutecznie odstraszyć wielbicieli ambitnej literatury. Jednak musi w niej być coś, co dotyka ważnych obszarów kobiecej duszy, skoro nadal, od tylu lat, przyciąga ogromne rzesze czytelniczek. Co to takiego? Może odpowiedź na tęsknotę za prawdziwą miłością „jak z bajki” (ściślej – z bajki o Kopciuszku)? Może zapisane na kartach powieści emocje, które lubimy odczuwać w trakcie lektury? A może po prostu sympatię budzą te konkretne postacie i ich tragiczny los?

Motyw wielkiej miłości pokonującej i tłamszącej przeszkody stawiane przez środowisko (czy wręcz kastę) jednego z zakochanych, miłości płomiennej i odwzajemnionej, ale niestety kończącej się śmiercią, nie jest w literaturze motywem ani nowym, ani oryginalnym. Przeciwnie – jest to schemat dobrze znany od czasów Romea i Julii, choć u Szekspira skończyło się jeszcze romantyczniej, zważywszy, że tam oboje bohaterowie przedwcześnie umarli (aczkolwiek w pewnym sensie było to szczęśliwsze rozwiązanie niż w Trędowatej, gdyż żadne z nich nie musiało długo cierpieć po śmierci ukochanej osoby). Niemniej przeniesienie klasycznego dramatu zakochanych w polskie realia z początku XX wieku (duża część akcji rozgrywa się w magnackim dworze Głębowicze) nadaje jej swoistego klimatu, pokazując przy tym mechanizmy społeczne i zaściankową w gruncie rzeczy mentalność ówczesnej szlachty, która – bezlitośnie i w dużym stopniu bezmyślnie – niszczy szczęście bohaterów.

Dlaczego, w moim odczuciu, warto przeczytać Trędowatą? Choćby dlatego, że jest to bardzo ciekawy fenomen literacki, którego de facto nie wypada nie znać, ale również dlatego, że jest to rodzaj wciągającej baśni dla dorosłych. Baśni co prawda bez happy endu – zresztą czy wszystkie baśnie mają happy end? Dziewczynka z zapałkami też nie kończy się najweselej – ale za to z baśniowym przesłaniem, które ma nas wstrząsnąć, wzruszyć, a przez to uwrażliwić na drugiego człowieka.

Powiem szczerze, że nie widzę, w czym Trędowata, choć chłodno przyjęta przez krytykę literacką swojej epoki, miałaby być gorsza od współczesnych romansów, czyli od wielu z tych książek, jakże nachalnie promowanych w mediach, których tytułów nie mam ochoty wymieniać, ale których jedynym (jak dla mnie bardzo wątpliwym) atutem jest to, że ociekają erotyką i seksem. Żeby było jasne – osobiście bardzo lubię, kiedy między bohaterami nie tylko rodzi się romantyczne uczucie, ale kiedy również porządnie iskrzy, a w powietrzu latają feromony wielkie jak pterodaktyle, bo to przecież ważny aspekt wzajemnego zafascynowania. Jednak nie znoszę, kiedy do tego wszystko się sprowadza i na tym kończy już po siedmiu stronach, a mam wrażenie, że obecnie w wielu powieściach z tej kategorii jest to obowiązkowy punkt programu. W Trędowatej tak nie jest, do cielesnej konsumpcji związku nie dochodzi wcale, gdyż na drodze niespodziewanie staje śmierć – i może to też między innymi wpływa na popularność tej historii?

Tak czy inaczej proponuję Wam przeczytać tę powieść – nawet jeśli nie jest to wyrafinowana literatura z najwyższej półki, jej lektura może uprzyjemnić kilka długich wieczorów, a tych, którzy lubią historie o pełnej wewnętrznych rozterek miłości z przeszkodami, zapewniam, że emocji i wrażeń w jej trakcie nie zabraknie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *