Anabella – Rozdział CCXLV

Anabella – Rozdział CCXLV

– No dobra, to też trzeba spakować od razu, żeby nie zapomnieć – podsumowała Marta, kiedy obie z Izą wyszły z uczelnianego Działu Współpracy z Zagranicą z plikami papierów w rękach. – Chociaż i tak tragedii by nie było, ubezpieczenie mamy chyba zapisane w systemie, nie?

– Tak – skinęła głową Iza. – Najważniejszy jest numer polisy, ale papier też w razie czego zawsze lepiej mieć. A wracając do twojego pytania, to nie, nie idę dzisiaj ani jutro do pracy, mamy tam ognisko grypy i szef zdecydował, że zamykamy się do poniedziałku, żeby to wygasić.

– Ognisko? – zaniepokoiła się Marta.

– No, dzisiaj w ekipie jest już osiem potwierdzonych przypadków. Ale ja czuję się dobrze – zaznaczyła. – Dziewczyny, z którymi wczoraj się spotkałam, na szczęście też, jesteśmy w stałym kontakcie i jak na razie żadna z nas nie ma objawów.

– Kurczę, no to uważaj, Iza – pokręciła głową Marta. – Mówiłam ci przecież, ta grypa jest wredna, u Dana w szpitalu oddział nadal zamknięty dla odwiedzających, podobno nie ma z tym żartów. A u ciebie w pracy ognisko… Jakbyś się rozchorowała tuż przed wyjazdem, to masakra, co ja bez ciebie zrobię?

– Wiem, Martuś, cały czas uważam – zapewniła ją Iza. – Od wczoraj wypiłam chyba z litr soku z cytryny, kupiłam ich sobie dwa kilo i wyciskam na świeżo, u mnie to zawsze świetnie działa na odporność. Ładuję też witaminy i póki co czuję się super, wręcz po tych witaminach mam takiego kopa, że góry mogę przenosić. Myślę, że gdybym miała to złapać, to już bym coś czuła, a nie czuję żadnych złych sygnałów, naprawdę. A powiedz mi, a propos Dana, co u niego? – zmieniła temat. – Miałam do niego zadzwonić, ale ciągle mam opory, mówiłaś, że jest osłabiony, więc nie chcę mu przeszkadzać, jeszcze go obudzę ze snu albo coś… Od operacji minął cały tydzień, ile jeszcze mają go trzymać w tym szpitalu?

Przystanęły przy jednym z parapetów uczelnianego korytarza, by schować niesione w rękach dokumenty do papierowych teczek, a teczki plecaków.

– Nie wiem – westchnęła Marta, zamykając plecak. – Gadałam z nim wczoraj przez telefon, ale tylko parę minut, ja sama też nie chciałam go męczyć. Nadal jest bardzo słaby i głowa go boli, mówi, że czuje się jak po zderzeniu z pociągiem, niby dają mu leki przeciwbólowe, ale to pomaga tylko częściowo i na krótki czas. Powiem ci, że znowu zaczynam martwić się o niego – spojrzała na nią znacząco. – Bo wiesz… oby to złe samopoczucie to nie był sygnał, że dalej coś jest nie tak. W sensie, że operacja wcale nie udała się tak dobrze, jak miała się udać.

– Myślisz? – zmartwiła się Iza.

– Nie wiem, mam nadzieję, że tak nie jest i że takie osłabienie po operacji jest normalne. Nie potrafię tego ocenić, nie jestem lekarzem, po prostu intuicyjnie to mi się nie podoba, inaczej to sobie wyobrażałam. Spodziewałam się, że w momencie, kiedy będziemy wylatywać do Liège, Dan będzie już w domu na rekonwalescencji, nie sądziłam, że tak długo będą go trzymać w szpitalu.

– No fakt, siedzi tam już okrągły miesiąc – przyznała smętnie Iza. – A są jakieś prognozy, ile jeszcze musi zostać?

– Powiedzieli mu, że co najmniej do poniedziałku – odpowiedziała ponuro Marta. – A w poniedziałek zapadną dalsze decyzje i niestety może się okazać, że to jeszcze nie koniec. On tam już serio fioła dostaje i nie dziwię mu się, zwłaszcza że ta grypa szaleje i siedzą zamknięci jak w więzieniu. Poza tym wiesz, że ta jego Renata już wyszła? – dodała z nutą irytacji. – A operację miała później niż on, dopiero w piątek.

– Serio, dzień po nim i już wyszła? – zaniepokoiła się Iza. – A jego dalej trzymają? No właśnie, miałam cię o nią zapytać, myślałam, że chociaż ona tam z nim jest i że będzie miał z kim pogadać bezpośrednio…

– Niestety nie. Ja też tak myślałam, ale ona wyszła już we wtorek, a on dalej musi być na obserwacji. Fakt, że ona mogła mieć tę operację mniej skomplikowaną niż on, wiadomo, że nie ma dwóch takich samych przypadków, ale jednak to mnie martwi podwójnie. Podobno są w kontakcie – zaznaczyła – i ona obiecała mu, że jeśli będzie musiał jeszcze tam zostać, to będzie go odwiedzać, tyle że teraz nie może przez tę nieszczęsną grypę. Szkoda mi go strasznie, ma pecha za dziesięciu… Oby w przyszłym tygodniu wypuścili go do domu, mam nadzieję, że tak będzie, ale to niestety wcale nie jest pewne.

– Faktycznie, niedobrze – pokręciła z zafrasowaniem głową Iza. – Trzeba by go jakoś wesprzeć, chociaż rozmową przez telefon… Ja postaram się jutro, mam mieć trochę wolniejsze popołudnie, to do niego zadzwonię, a potem koło niedzieli odezwiemy się do niego razem z Liège, co? Wrzucimy na głośnomówiący i trochę z nim pogadamy, trzeba by też zasugerować to ludziom z jego roku, ale dopiero jak będziemy mieć pewność, że Dan lepiej się czuje.

– Dokładnie – zgodziła się Marta. – Na razie lepiej dać mu spokój, nie najeżdżać masowo telefonami, natomiast smsy z życzeniami powrotu do zdrowia jak najbardziej by się przydały. Można by złapać kogoś od nich i…

– Iza! – przerwał im radosny, znajomy głos i przed nimi, jak na zawołanie, stanęła Lodzia. – O, i Martusia! Cześć, dziewczyny!

Iza i Marta wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

– No i widzisz, Martuś? – uśmiechnęła się Iza, ściskając Lodzię na powitanie. – Mówisz i masz. Zjawiła się, zanim zdążyłaś mrugnąć.

– A o co chodzi? – zdziwiła się Lodzia.

Marta wytłumaczyła jej naprędce sytuację związaną z Danielem, prosząc, by koledzy z roku wysłali mu smsowo wyrazy wsparcia, ale nie męczyli go telefonami, dopóki nie poczuje się lepiej. Obie z Izą unikały przy tym intuicyjnie dzielenia się z nią swoimi obawami, przedstawiając osłabienie Daniela jako względnie normalny stan po operacji.

– Najważniejsze, że ma to już za sobą – podsumowała Lodzia. – A jak wyjdzie do domu i nabierze trochę sił, zwalimy mu się na chatę całą brygadą i zrobimy mega imprezę integracyjną w gronie polonistów. Dzięki za info, Martusiu, przekażę wszystkim oczywiście… a teraz przepraszam cię na chwilkę, dobrze? Muszę zamienić dwa słowa na osobności z Izą.

Po czym, odciągnąwszy Izę na bok, wyciągnęła z plecaka maleńką paczuszkę w białym papierze przewiązaną różową wstążeczką.

– To dla Tosieńki – oznajmiła, wręczając jej ją z uśmiechem. – Jak widzisz jest malutka i nic nie waży, w bagażu będzie niezauważalna.

– Rzeczywiście – zdziwiła się Iza. – Malutkie to i leciutkie, wydaje się, że nic tam nie ma. Można wiedzieć, co to za cudo?

– Majk jutro ma ci dać taką samą – zaznaczyła Lodzia. – Umówiliśmy się z Anią, że kupimy Tosi podobne prezenty, czyli to, czym ona teraz żyje. A mianowicie kolczyki.

– Ach, kolczyki! – pokiwała głową Iza, ważąc na dłoni paczuszkę. – No tak, to stąd taki tyci rozmiar… Ale czego ja się dowiaduję? Tosia przekłuła uszy?

– Aha, wczoraj byli z nią na zabiegu. Prosiła o to Anię i Jean-Pierre’a już od paru miesięcy, bo dwie jej najlepsze koleżanki mają przekłute i noszą kolczyki, więc ona też chce, nie? – parsknęła śmiechem. – Tak to już jest z tymi małymi kobietkami. Ania najpierw nie chciała, potem długo zastanawiała się, bo nie była przekonana, czy warto, ale w końcu się zgodzili. Uznali, że to dobra okazja, żeby trochę obłaskawić małą po wielkim rozczarowaniu.

– Po jakim rozczarowaniu? – zdziwiła się.

– Nie domyślasz się? – uśmiechnęła się znacząco Lodzia.

Iza patrzyła na nią przez kilka sekund z zastanowieniem.

– Ach, czekaj! – skojarzyła nagle i roześmiała się. – Chyba rozumiem! Tosia chciała mieć siostrę, ale jednak będzie mieć brata?

– Tak jest! – potwierdziła wesoło Lodzia. – I to na pewniaka! Dowiedzieli się z Jean-Pierrem już parę dni temu, ale Ania dopiero wczoraj do nas zadzwoniła, tobie nie chciała zawracać głowy, powiedziała, że wszystko ci opowie, jak przyjedziesz. Tak czy inaczej ewidentnie jest chłopak, radiolog, który robił USG, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Jean-Pierre jest przeszczęśliwy, dopiero teraz przyznał się, że po cichu marzył o synu, za to Tosia, delikatnie mówiąc, nie jest zachwycona.

Roześmiały się obie.

– No trudno – rozłożyła ręce Iza. – Będzie musiała jakoś się z tym pogodzić.

– Tak, podobno powoli przyzwyczaja się do tej myśli – pokiwała głową z pobłażaniem Lodzia. – A rodzice pomagają jej w tym w taki sposób, że odciągają jej uwagę od tematu i dlatego teraz na warsztacie są te kolczyki. Ania powiedziała nam wczoraj, że jeśli chcemy przysłać Tosi jakiś prezent, to najlepsze będą kolczyki, więc jeszcze wczoraj wieczorem byliśmy z Pablem u jubilera i kupiliśmy najładniejsze, jakie, naszym zdaniem, były tam w ofercie dla takiej pięcioletniej dziewczynki. Mieliśmy jej dać co innego, ale skoro taka jest potrzeba chwili, to cóż… trzeba się dostosować.

– Jasne – uśmiechnęła się Iza. – Przekażę jej wasz prezent z wielką przyjemnością.

– Majk poda ci dla niej podobny – zaznaczyła Lodzia. – Pablo uprzedził go wczoraj o akcji kolczykowej, ma poszukać czegoś fajnego i ci przekazać, podobno jutro się widzicie?

– Tak – skinęła głową Iza.

– A słuchaj, o co chodzi z tą grypą u was w knajpie? – przypomniała sobie Lodzia. – Pablo mówił, że macie dużo przypadków i Majk zamyka przez to interes na kilka dni. Aż tak?

– Aha. Połowa ekipy nam padła, Majk nie chce, żeby się dalej roznosiło, więc podjął taką radykalną decyzję. To faktycznie najpewniejszy sposób na zduszenie ogniska w zarodku, chociaż przy ośmiu potwierdzonych przypadkach trudno mówić o zarodku, to już raczej pełnowymiarowa epidemia. W każdym razie lepiej późno niż wcale. Mnie też to na rękę, nie uśmiecha mi się zarazić grypą przed samym wyjazdem, nie? Zresztą jeszcze nie mam stuprocentowej pewności, że nic nie złapałam, do ostatniej chwili będę się stresować, czy coś mi się nagle nie wykluje.

– No racja – przyznała Lodzia. – Oby nie… Mam nadzieję, że Majka też nic nie weźmie, w niedzielę chcemy go ugościć u nas na obiedzie, obiecał Edikowi, że pobawią się samolotami, młody czeka na to jak na szpilkach. A swoją drogą wiesz, że Pablo rozmawiał z nim na wiadomy temat? – zniżyła konspiracyjnie głos.

Iza pokiwała głową twierdząco. Oczywiście, że wiedziała! I właśnie tego tematu bała się najbardziej w kontekście jutrzejszej sesji filozofii księżycowej… Bo jeśli Majk przełamał się w rozmowie z Pablem i opowiedział mu otwarcie o Anabelli, to czy nie zamierzał zrobić tego również w rozmowie z nią? Opowiedzieć jej wszystko przed wyjazdem do Belgii, podzielić się z nią swymi sercowymi rozterkami, poprosić o radę i wsparcie… To było więcej niż prawdopodobne! Komandos zbroił się do tej walki już od kilku dni i miał zamiar ją wygrać, choć to i tak było tylko preludium.

– Tak – odparła z lekkim uśmiechem. – Wspominał mi o tym, chociaż szczegółów nie znam.

– Ja też nie. Pablo powiedział mi tylko, że rozmawiał z Majkiem o sprawach osobistych i że jest tą rozmową bardzo podbudowany. Kiedy próbowałam wyciągnąć z niego coś więcej, nabrał wody w usta, zasłonił się lojalnością i męską solidarnością, no to co zrobić? Na to nie ma rady! – parsknęła śmiechem. – Dlatego nie drążyłam tematu, fakt, że zżera mnie ciekawość, ale to przecież ich sprawa, zresztą nic na siłę, co ma być, to i tak będzie. Dla mnie najważniejsze jest to, że Pablo się już na mnie o to nie boczy… o ten spisek z Justi, nie? – sprecyzowała, spoglądając na nią znacząco. – Kiedy do tego nawiązałam, powiedział tylko, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ale nie będziemy na razie o tym rozmawiać, i pocałował mnie z taką zadowoloną miną, że nie musiałam pytać o nic więcej.

– Aha – pokiwała głową Iza. – Czyli wszystko jasne.

Starannie skryła przy tym fakt, że ta dyskretna lecz jakże znacząca wolta Pabla, którego wcześniej instynktownie odbierała jako swojego sojusznika, sprawiła jej przykrość. Czy to dlatego że pozytywna reakcja najlepszego przyjaciela Majka już do końca odzierała ją ze złudzeń? Chociaż z drugiej strony… z jakich złudzeń? Ona złudzeń nie miała już dawno, nie mogła ich mieć. W tej sytuacji pozwolić sobie na złudzenia byłoby samobójstwem.

– Wszystko jasne – powtórzyła z satysfakcją Lodzia. – A raczej jeszcze nie wszystko, ale coraz więcej. Cieszę się, że Majk wpadnie do nas w niedzielę na obiad, może uda mi się jeszcze coś z niego wyciągnąć albo chociaż zaobserwować jakąś ciekawą reakcję? Ty też daj znać, gdybyś czegoś więcej się jutro dowiedziała, dobrze? – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Może Majk coś ci napomknie, skoro się widzicie… oczywiście o ile nie nałoży na ciebie, tak jak na Pabla, ścisłej klauzuli milczenia – zaznaczyła. – A z drugiej strony przecież nie musisz opowiadać mi szczegółów, wystarczy, że potwierdzisz najogólniej hipotezę Justi. Moim zdaniem zachowanie Pabla ją potwierdza, ale zawsze potwierdzenie z dwóch źródeł to większy pewniak, nie?

– Zgadza się – skinęła z powagą Iza.

– Aha, i Pablo kazał mi też bardzo serdecznie cię pozdrowić – ciągnęła Lodzia. – Kilka razy to podkreślał, mówił: koniecznie pozdrów ode mnie Izę, niech jedzie szczęśliwie i szybko wraca, wszystkim nam będzie jej tu bardzo brakowało! – zaśmiała się. – I widzisz? Dominika wcale nie przesadzała z tym fanklubem, ja sama już teraz zaczynam za tobą tęsknić, chociaż pocieszam się tym, że kilka tygodni to nie jest dużo, zleci, zanim się obejrzymy. Przekazuję ci więc niniejszym pozdrowienia od mojego męża i powtarzam za nim: jedź szczęśliwie i wracaj do nas szybko!

– Dziękuję, Lodziu – uśmiechnęła się Iza, ściskając ją serdecznie. – To bardzo miłe, podziękuj Pablowi i też pozdrów go ode mnie. Jego i oczywiście Edzia – zaznaczyła. – Nie wiem, czy wasz urwis pamięta jeszcze ciotkę Izę, ale jak tylko ciotka wróci, przypomni mu o sobie, obiecuję!

Uścisnęły się raz jeszcze na pożegnanie, po czym Lodzia, odrzuciwszy na plecy swój piękny blond warkocz, pomknęła w swoją stronę, korytarze bowiem pustoszały już i zaczynały się zajęcia.

„Czyli Pablo potwierdza to i błogosławi” – pomyślała Iza, kiedy obie z Martą wchodziły na zajęcia z literatury i zajmowały miejsca w głębi sali. – „A ja będę musiała udawać, że też się z tego cieszę, że trzymam kciuki i tak dalej… Uch, Izabello! Jutro będzie ciężko. Przygotuj się na ostrą walkę z najgorszymi demonami!”

***

– Martuś, ja już muszę się zmywać – oznajmiła Iza, kiedy grupa wyszła z pierwszej części zajęć z gramatyki opisowej na krótką przerwę. – O trzynastej mam ważne spotkanie na mieście. Zrób notatki i potem mi je wyślesz, okej?

– Okej – skinęła głową Marta. – O której spotykamy na się zakupy?

– Siedemnasta?

– Świetnie. Tam, gdzie zawsze, pod galerią?

– Tak jest. Pod tą dużą palmą zaraz przy wejściu.

– Okej, to nara. Tylko się nie spóźnij!

Iza podniosła w górę kciuk i obróciwszy się na pięcie, ruszyła w stronę schodów, by wymknąć się jak najszybciej, zanim wykładowca wróci na drugą część zajęć. Jednak nim zdążyła zejść do połowy schodów, usłyszała za sobą przyśpieszone kroki i głos Zbyszka.

– Iza! Poczekaj!

Zatrzymała się niechętnie i odwróciła ku niemu z lekko zniecierpliwioną miną.

– Co jest, Zbychu? Śpieszę się jak diabli.

– No to nie przeszkadzaj sobie, pójdę z tobą do szatni – odpowiedział bez wahania, dobiegając do niej. – Słyszałem od Marty, że jutro was nie będzie, a potem jedziecie na ten staż na cały miesiąc… no to muszę teraz.

– Dobra, chodź – westchnęła. – Nie idziesz na opisówkę?

– Idę, pewnie, że idę, ale nic się stanie, jak się chwilę spóźnię. Kwadrans akademicki, nie? Mam do ciebie jedno pytanie, a raczej prośbę. I to nie tylko ode mnie – zaznaczył.

Iza, która w międzyczasie wyciągnęła z plecaka numerek do szatni i podawała go właśnie szatniarce, spojrzała na niego zdziwiona.

– No?

– Chodzi o kasę, co chcieliśmy dać dla tej Agnieszki z Korytkowa jako odszkodowanie po wypadku – wyjaśnił z zakłopotaniem. – O tę, co jej od nas nie chciała, bo adwokat jej odradził, pamiętasz? No to wczoraj poszedł już przelew z tą zasądzoną kwotą od Jacka.

– O, to dobrze – ucieszyła się, odbierając swój płaszcz z rąk szatniarki. – Dziękuję – skinęła jej głową. – Aga faktycznie mówiła mi, że czeka już tylko na przelew i sprawa powinna się zakończyć. Dla niej to też było psychiczne obciążenie, a kasa przyda jej się teraz bardzo, w kwietniu wychodzi za mąż.

– Ach, za mąż? – zdziwił się Zbyszek. – Za ojca tego malucha?

– Tak – uśmiechnęła się Iza, po czym spoważniała. – No, ale nie ma czasu na dygresje, mów szybko, o co ci chodzi. Po co mi o tym mówisz?

– Mówię o tej kasie, której ona nie chciała – wyjaśnił Zbyszek. – Nie o tej zasądzonej, od Jacka, tylko o tej, co wtedy nie wzięła i ty oddałaś mi ją w paczce.

– No? – zaniepokoiła się. – Coś z tym było nie tak? Czegoś brakowało?

– Nieee… daj spokój! – machnął ręką. – Ty mnie serio ciągle masz za takiego gnoja? Nikt z nas nic nie liczył, ja w ogóle tego nie rozpakowałem, chłopaki też nie chcieli, jak pół roku temu wrzuciłem paczkę do szuflady, tak dalej tam leży. Tylko że właśnie wczoraj gadaliśmy o tym z chłopakami… we czterech, już bez Jacka – podkreślił. – On swoje bulnął, ma wyrok sądowy i sprawa zakończona, udało się polubownie, no i super, tyle że my teraz mamy wyrzuty sumienia, bo też przecież braliśmy udział w tym wypadku, a on od nas nie chciał ani grosza. Mówi, że to jego odpowiedzialność, bo to on prowadził samochód, niby tak, ale jednak byliśmy tam razem. Jakby jechał sam, to może by tego nie zrobił… jechałby wolniej i w ogóle… Ty pewnie nawet nie wyobrażasz sobie, jak to człowieka męczy, Iza – westchnął, po czym spojrzał na nią przytomniej, dostrzegając, że ubrała się już i wyraźnie oczekiwała na możliwość opuszczenia budynku. – A, czekaj, ty już musisz iść… to zaraz, ja też wezmę kurtkę i podprowadzę cię trochę. Sekunda, okej?

Mówiąc to, sięgnął do kieszeni spodni po numerek od szatni i podał go szatniarce. Na szczęście nie było kolejki, zajęcia bowiem zaczęły się już na dobre i na wielkim holu zrobiło się już prawie całkowicie pusto.

– A opisówka? – przypomniała mu Iza.

– Mało ważne, leję na to – machnął ręką. – Jak zdążę, to jeszcze pójdę, jak nie, to trudno. Muszę to z tobą dokończyć.

Wkrótce oboje wyszli na zewnątrz, gdzie dziś panowała nieprzyjemna, słotna pogoda. Mrozu nie było już od kilku dni, trwała za to powolna odwilż, która w połączeniu z niską temperaturą, oscylującą pomiędzy zero a pięć stopni, dawała efekt przejmującego wilgocią zimna.

– Chodzi o to, że dla spokoju sumienia chcemy się jednak dołożyć – tłumaczył pośpiesznie Zbyszek. – Tej kasy już żaden z nas nie chce, chłopaki w ogóle nie chcieli jej ode mnie odebrać, więc leży bez sensu w szufladzie, a jej się przecież przyda, nie? Zwłaszcza że, jak mówisz, wychodzi za mąż, będzie miała wydatki… Wczoraj gadałem z Kubą, Bartkiem i Krystianem i ustaliliśmy, że jeszcze raz spróbuję z tobą pogadać, może jednak namówisz ją, żeby wzięła? Głupio wciskać człowiekowi kasę, ale akurat w tym przypadku to się uzasadnia, to by nam mocno podratowało psychę. Naprawdę czulibyśmy się z tym lepiej – spojrzał na nią prosząco. – Co, Iza? Pogadałabyś z nią?

Iza westchnęła i pokręciła głową z niechęcią.

– Nie wiem… nie chcę już tego ruszać, Zbyszek. Jak raz powiedziała, że nie, to przecież nie będę jej wciskać, to nie jest tylko kwestia materialna, ale też sprawa honoru.

– No właśnie! – podchwycił żywo. – Sprawa honoru, ale nie dla niej, tylko dla nas! Mnie ten mały nadal prześladuje, a minęło już tyle miesięcy… Ciągle mam wyrzuty sumienia, że zrobiliśmy mu krzywdę, że nie wiadomo, czy po tym będzie normalnie chodził, że to się może odbić na całym jego życiu… no kurde! I jakby jego matka wzięła chociaż tę kasę na leczenie, rehabilitację, na co tam im trzeba… ale właśnie nie tylko tę od Jacka, ale też tę od nas, to trochę by nas to uspokoiło. Proszę, Iza. Zagaisz ją o to?

Iza zagryzła wargi i znów pokręciła głową.

– Ale z ciebie piła, Zbychu, a niech cię… Dobra, daj mi to przemyśleć. I tak teraz nie będę się z nią widzieć, dopiero jak wrócę z Belgii, więc umówmy się, że pogadamy o tym w kwietniu, okej? Widzę pewną możliwość, ale muszę się zastanowić, na ile to ma sens… Wrócimy do tematu po moim stażu, jasne?

– Jasne – zgodził się skwapliwie. – Czas nie ma znaczenia, bylebyś zgodziła się nam pomóc, bo bez ciebie to wiadomo, że nic nie zrobimy. Ja tylko muszę powiedzieć chłopakom, jaka jest sytuacja, ale jeśli jest chociaż mała szansa, to już samo to trochę nas uspokoi.

– Dobra, tak się umawiamy – ucięła stanowczo. – Niczego nie obiecuję, bo sprawa jest cholernie delikatna, mogę obiecać ci tylko tyle, że pomyślę o tym.

– Okej, dobre i to. Dzięki, Iza.

– A teraz wybacz, ale śpieszę się – dodała, w istocie przyśpieszając kroku. – O trzynastej mam spotkanie w centrum, wolałabym się nie spóźnić.

– Jasne – skinął głową Zbyszek, nie cofając się jednak, lecz dotrzymując jej tempa. – Już spadam, tylko jeszcze jedno, ostatnie pytanie, Iza. Od paru dni się czaiłem, żeby cię o to zagadnąć, ale nie było kiedy. Ty ostatnio tylko wpadasz na te zajęcia i wypadasz, a jak już jesteś, to gadasz z dziewczynami, więc nie chciałem się wcinać po chamsku. Wiesz na pewno, o co chodzi – zawiesił głos. – O to, o czym mówiliśmy przed feriami.

– Czyli konkretnie o co? – zapytała, choć domyślała się oczywiście, o co chciał ją zapytać.

– No… o małą – odparł nieco zmieszany. – O to, czy gadałaś z nią, jak byłaś w Korytkowie.

– Gadałam – skinęła głową, otulając się mocniej szalikiem, gdyż przeszył ich właśnie silny podmuch zimnego, mokrego wiatru. – Między innymi o tobie, bo rozumiem, że to cię interesuje najbardziej.

– No? – podchwycił szybko. – Co ci mówiła?

– Opowiedziała mi, jak wyglądała wasza rozmowa, potwierdziła to, co mi opowiadałeś. A ja przekazałam jej twoje przeprosiny.

– I co? Przyjęła je? – zapytał w napięciu.

– Nie.

Zapadło milczenie, na tle którego wiatr zdawał się wiać jeszcze mocniej, a uliczny zgiełk wybrzmiewać z podwójną siłą. Przez kilka sekund szli w milczeniu mokrym chodnikiem, coraz bardziej oddalając się od uczelni.

– Nie przyjęła, powiedziała, że nie chce od ciebie żadnych przeprosin – podjęła w końcu Iza, uznając, że musi doprecyzować swoją odpowiedź. – Chce mieć tylko święty spokój i zapomnieć o tym wakacyjnym epizodzie.

– Aha.

Znów przeszli w milczeniu kilka metrów, po jezdni obok przemknął z hukiem wielki autokar, rozbryzgując na boki zebraną przy krawężnikach wodę. Iza na wszelki wypadek odsunęła się bliżej prawej strony chodnika, by uniknąć ochlapania.

– A co u niej? – zapytał Zbyszek. – Tak ogólnie?

– Tak ogólnie wszystko okej – zapewniła go spokojnie. – Właściwie po staremu, tyle tylko że znalazła sobie nowe hobby.

– O – zaciekawił się natychmiast. – Jakie?

– Szycie spersonalizowanych damskich torebek.

– Torebek? – spojrzał na nią zdezorientowany.

– Aha. Uszyła sobie jedną i tak się wszystkim wokół spodobała, że sypnęły jej się zamówienia. Bardzo ją to wciągnęło i rzeczywiście robi śliczne rzeczy, widziałam tę torebkę, widać, że ma do tego naprawdę wielki talent i wyczucie. Dla mnie też ma uszyć jedną – uśmiechnęła się – ale dopiero na kwiecień, bo robi to ręcznie, więc każdy egzemplarz zajmuje jej dużo czasu.

– Hmm, ciekawe – przyznał wciąż zdezorientowany Zbyszek. – Nie wiedziałem, że lubi takie rzeczy… w sumie to ja się na tym kompletnie nie znam.

– No. Więc tak to u niej wygląda – podsumowała spokojnie Iza. – Na razie to oczywiście tylko pilotażowy wyrób manufakturowy dla przyjaciół i znajomych, ale kto wie, może z czasem zrobi z tego biznes?

– Biznes? Z szycia torebek?

– A co? – wzruszyła ramionami. – Ze wszystkiego da się zrobić biznes, najważniejszy jest pomysł, a Zosia to obrotna dziewczyna. Zbiera teraz kasę na maszynę do szycia – dodała z rozbawieniem. – Chce sobie kupić taką full wypas i nauczyć się na niej pracować, żeby przyśpieszyć proces. Zamówienia się piętrzą, a szycie ręczne idzie bardzo powoli i jest męczące, dlatego chce je trochę zautomatyzować. Wprawdzie taka porządna maszyna kosztuje sporo, może nawet kilka tysięcy, więc to byłaby bardzo poważna inwestycja, na którą i tak na razie jej nie stać, ale czy takie myślenie samo w sobie nie jest potencjałem biznesowym?

– Jest – przyznał niepewnie Zbyszek. – Chociaż nawet jak kupi sobie najlepszą maszynę na rynku, to w domu przecież fabryki nie zrobi.

– Wiadomo, ale od czegoś trzeba zacząć, nie? – Iza spojrzała na niego z politowaniem. – Wyobraź sobie, że są ludzie, którzy potrafią cierpliwie budować różne rzeczy od zera, nie muszą mieć wszystkiego od razu.

– Jasne – skrzywił się Zbyszek. – Bardzo delikatna aluzja, zrozumiałem.

– To dobrze. Tak czy inaczej, odpowiadając na twoje pytanie, u Zosi wszystko w porządku, pozbierała się już po tej wakacyjnej porażce, a do tego znalazła sobie pasję i poświęca jej każdą wolną chwilę. Najważniejsze, że na ten moment to zajmuje jej uwagę i daje radość, a jak w przyszłości coś więcej się z tego wykluje, to tym lepiej. Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? – spojrzała na niego z nieco zniecierpliwioną miną.

– Tak – pokiwał w zamyśleniu głową. – Dzięki, Iza.

– No to szoruj z powrotem na opisówkę, bo znowu narobisz sobie zaległości, a ja naprawdę muszę teraz włączyć piąty bieg. Mam dziesięć minut do spotkania i jeszcze spory kawałek do przejścia, w dodatku w taką beznadziejną pogodę – wskazała ręką wokół siebie. – I zresztą zapnij sobie tę kurtkę, bo zaraz się przeziębisz. Albo jak cię przewieje, będziesz bardziej podatny na tę grypę, co teraz szaleje po Lublinie.

– Okej – westchnął Zbyszek, posłusznie zapinając kurtkę aż pod szyję i mocniej naciągając kaptur. – Czyli przeprosin nie przyjęła?

– Nie – odparła obojętnym tonem Iza. – Zresztą czego się spodziewałeś? Ja też na jej miejscu po takiej akcji kazałabym ci spadać na drzewo. Ale nie martw się, na pewno kiedyś ci wybaczy – dodała na wpół pocieszająco, na wpół kpiąco. – To działa tak, że im bardziej człowiek na kogoś obojętnieje, tym łatwiej wybacza mu nawet największe świństwa.

– Dzięki za miłe słowo – wydął wargi Zbyszek.

– Nie ma za co.

– Dobra, to wracam na opisówkę – oznajmił nagle po kolejnej krótkiej chwili milczenia. – Dasz się uściskać na pożegnanie?

Iza zatrzymała się i pozwoliła, by symbolicznym gestem ogarnął ją ramionami.

– No cześć – powiedział ciepło. – Trzymaj się, Iza, dzięki za rozmowę i powodzenia w tej Belgii. Pogadamy po twoim powrocie.

– Tak jest. Trzymaj się, Zbyszek.

To powiedziawszy, odwróciła się i ruszyła pośpiesznie w swoją stronę, nie oglądając się już więcej za siebie. Pozostawiony na chodniku młody mężczyzna patrzył za nią z ponurą miną, dopóki nie zniknęła mu z oczu, po czym zawrócił i nieśpiesznym krokiem, zupełnie nie przejmując się tym, że upływały mu kolejne minuty spóźnienia na zajęcia, z rękami wbitymi w kieszenie pomaszerował w stronę uczelni.

***

W niewielkiej knajpce ukrytej w jednej z uliczek na starówce poza obsługą nie było prawie nikogo. Iza i Magdalena, które zajęły miejsca przy stoliku w przytulnym kącie sali, od razu zwróciły uwagę, że nie było to normalne i mogło mieć to związek z szalejącą po Lublinie grypą, której Magdalena zresztą bardzo się obawiała.

– Nie strasz mnie, już osiem osób? – zaniepokoiła się na wieść o sytuacji alarmowej w Anabelli. – A jak ty się czujesz?

– Ja bardzo dobrze – zapewniła ją Iza. – I mam nadzieję, że nic mi się nie rozwinie, myślę, że gdybym to złapała, miałabym już objawy, a nie mam. Dziewczyny, z którymi widziałam się wczoraj, też są czyste, jesteśmy w stałym kontakcie i żadna nie zgłosiła jakichkolwiek problemów. Tak więc nie bój się, oczywiście na wszelki wypadek nie ściskajmy się za mocno i trzymajmy dystans, ale nie dajmy się zwariować.

– Prawda – westchnęła Magdalena. – Chociaż wolałabym nie nawieźć wirusa do domu, u nas na razie na szczęście tego nie ma, przynajmniej nie na taką skalę. Dziewczyny mówiły mi, że oddziały w szpitalu pozamykane dla odwiedzających, ty teraz mówisz, że u was w knajpie epidemia… Zaczynam bać się powrotu pociągiem i tych wirusów, których pewnie będzie tam pełno. No, ale trudno, i tak nic na to nie poradzę – machnęła ręką. – Co zamawiasz, Iza? Bo ja coś bym zjadła, od rana nie miałam nic w ustach.

– Tak się składa, że ja też – odparła Iza. – Rano zdążyłam machnąć tylko kawę z mlekiem. To co? Bierzemy chyba jakiś porządny obiad, hmm?

– Tak i koniecznie na ciepło – zaznaczyła Magdalena. – Jestem tak głodna, że żadna sałatka dzisiaj mnie nie usatysfakcjonuje, zwłaszcza że czeka mnie jeszcze długa podróż. Wiesz, na co miałabym ochotę? – dodała wesoło. – Na takiego zwykłego schaboszczaka z ziemniakami! Myślisz, że dają tu coś tak mało wyrafinowanego?

Na szczęście kotlet schabowy z ziemniakami był w ofercie, Iza zamówiła więc to samo, a ponieważ na sali panowały pustki, kelner zapewnił je, że obiad zostanie podany szybko, praktycznie od ręki.

– W Lublinie jesteś tylko dzisiaj? – zagadnęła Iza, kiedy ów odszedł już z zamówieniem. – Czy przyjechałaś wczoraj?

– Wczoraj – odparła Magdalena. – Byłam tu po południu, spotkałam się na dwie godzinki z dziewczynami i chciałam jeszcze pochodzić sobie trochę po Lublinie, ale byłam tak padnięta, że musiałam położyć się spać. A dzisiaj od samego rana miałam szkolenie. Od siódmej – podkreśliła. – Wyobrażasz sobie taką nieludzką porę?

– Jakie szkolenie? – zaciekawiła się Iza.

– Dalszy ciąg tych, które robię od jesieni – wyjaśniła. – Obsługa nowego sprzętu i oprogramowania diagnostycznego, bez porządnego szkolenia tego nie da się ugryźć. Robią je w kilku miastach w Polsce, w każdym szkolenie jest w innym terminie, więc można sobie wybrać. A ponieważ miałam kilka spraw w Lublinie, tym razem wybrałam Lublin, co prawda ode mnie jest tu najdalej, ale dyrekcji wytłumaczyłam to najlepiej pasującym terminem i na szczęście podpisali mi delegację. Niby dwie pieczenie przy jednym ogniu, ale żeby je upiec, trzeba się mocno namęczyć – uśmiechnęła się z przekąsem. – Po tych pięciu godzinach mam już tak dość, że ledwo patrzę na oczy, a mózgu wolę już dzisiaj za bardzo nie wysilać, bo czuję, że zaraz mi pęknie.

Obie popatrzyły po sobie i parsknęły śmiechem.

– Ale przynajmniej będziesz specjalistką w obsłudze tego sprzętu – zauważyła Iza. – A skoro to jest element rozwoju zawodowego, to chyba warto?

– Oczywiście, że warto – przyznała Magdalena. – Rozwój zawodowy plus lepsze pieniądze, które za tym idą. W tej obecnej klinice i tak zarabiam o niebo lepiej niż w mojej starej przychodni, a jak skończę te szkolenia, będą mi płacić jeszcze więcej. Po cichu liczę też na to, że jak nabiorę doświadczenia na tym sprzęcie, będę u nich w pewnym sensie niezastąpiona, przynajmniej do czasu, aż wykształcą sobie kogoś innego. Dlatego inwestuję w to, chociaż trzeba przyznać, że to jest ogromny wysiłek.

– Wyobrażam sobie.

– Trudno. Pieniądze na ulicy nie leżą, trzeba powalczyć, żeby je zarobić, a wydatków z roku na rok bynajmniej mi nie ubywa. Wręcz przeciwnie – uśmiechnęła się leciutko. – Marzę o tym, żeby jak najszybciej spłacić kredyt na mieszkanie, po prawie dziesięciu latach jestem już za połową i gdybym miała nadwyżki finansowe, można by to zamknąć w miarę szybko. Tyle że na razie wszystkie nadwyżki, jakie mi się trafiają, oddaję na leczenie Karolinki – sposępniała. – To jest teraz najważniejsze. Zdrowie mojej chrześnicy.

– No właśnie, miałam o to pytać – podchwyciła Iza. – Co z Karolinką? Wróciła już z mamą z tych Stanów?

– Jeszcze nie, wracają w przyszłym tygodniu. Diagnostyka trochę się przedłużyła, poza tym kończą im się pieniądze – westchnęła. – A do tego z góry wiadomo, że trzeba będzie szukać kolejnych środków, teraz już na właściwe leczenie, głównie na operację. Niemniej optymistyczna wieść jest taka, że są szanse – podkreśliła. – To będzie ciężka operacja, właściwie to seria operacji, ale jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem, Karola mogłaby wrócić do pełni zdrowia. Pytanie tylko, ile to będzie kosztowało – zasmuciła się znowu. – Po niedzieli, jak już spłyną wszystkie potrzebne wyniki, mają dostać wstępne oszacowanie kosztów i propozycje terminów, a wiadomo, że one muszą być jak najszybsze, bo to przecież choroba postępująca.

– No tak – westchnęła Iza, wspominając zdjęcie z ulotki przedstawiające dziewczynkę w różowej piżamce. – Biedna Karolinka, oby się udało… Gdyby pojawiła się kolejna zbiórka na leczenie, to oczywiście się odzywaj – zastrzegła. – Znowu zrobimy akcję na jakimś Dniu Francuskim albo innej imprezie, Majk na pewno się zgodzi, a ja chętnie pomogę też w rozprowadzeniu ulotek.

– Dziękuję, Iza, jesteś kochana – uśmiechnęła się Magdalena. – Na pewno będę cię o to prosić, jak już coś będzie wiadomo. A co do Majka…

Przerwał jej kelner, który właśnie przyniósł do stolika zamówione potrawy i wprawnymi ruchami zestawił je na blat. Obie z przyjemnością zabrały się za jedzenie i przez chwilę w milczeniu zaspokajały pierwszy głód.

– A co do Majka – podjęła Magdalena – to przepraszam za tę moją prośbę, żeby spotkać się tylko z tobą, może to zabrzmiało nieelegancko, ale tym razem naprawdę nie miałabym już czasu na dłuższe spotkania w szerszym gronie. Pamiętam o tym i może następnym razem się uda, chciałabym, bo jestem mu bardzo wdzięczna za tę akcję zbierania pieniędzy w Anabelli, między innymi to dzięki niej Asia z Karolinką mogły wylecieć do Stanów tak szybko. Mam nadzieję, że nie będzie czuł się urażony…

– Nie będzie – zapewniła ją spokojnie Iza. – Po pierwsze dlatego że on nie obraża się o takie rzeczy, a po drugie z tego najprostszego powodu, że nic nie wie o naszym dzisiejszym spotkaniu. Nie żebym to przed nim ukrywała – zaznaczyła. – Po prostu nawet nie było okazji, żeby mu o tym wspomnieć, zwłaszcza że ty i tak z góry zapowiedziałaś, że będziesz w Lublinie krótko i chcesz rozmawiać ze mną w cztery oczy.

– O, to dobrze – odetchnęła z ulgą Magdalena. – To mnie jednak trochę męczyło.

– Niepotrzebnie. A jak w ogóle czuje się Karolinka? – zapytała z troską. – Boli ją coś?

– Na razie na szczęście nie boli, ale jest bardzo osłabiona i gdyby nie specjalistyczne kroplówki wzmacniające, nie miałaby siły nawet podnieść ręki. Traci też masę ciała, łącznie z mięśniami, no i dosyć często krwawi z nosa, łatwo też łapie siniaki, wystarczy drobne, przypadkowe uderzenie, na przykład o brzeg łóżka czy szafki, którego nikt normalnie by nie zauważył, a ona wygląda po tym, jakby ktoś stłukł ją kijem bejsbolowym.

– Straszne – pokręciła ze współczuciem głową Iza.

– A do tego dochodzi jeszcze ta zmiana w mózgu, która totalnie komplikuje sprawę – dodała ponuro Magdalena, nadziewając na widelec kolejną porcję kotleta. – Niemniej Amerykanie twierdzą, że zmiana jest operacyjna, i są skłonni podjąć się leczenia. Nasi lekarze mogą próbować walczyć z białaczką, ale boją się, że ta zmiana w mózgu może coś namieszać, i wolą nie brać za to odpowiedzialności. Po prostu nikt nie chce podjąć się zadania, co do którego nie może dać gwarancji, że będzie je w stanie wykonać.

– Rozumiem. Miejmy nadzieję, że Amerykanie jej pomogą. I tak dobrze, że w ogóle dają jej szanse, prawda?

– Tak. To będzie bardzo skomplikowana operacja neurochirurgiczna, do tego jeszcze przeszczep szpiku, więc wiadomo, że ryzyko ogromne, ale szanse na szczęście są i to podobno całkiem spore. Tak naprawdę nie ma innego wyjścia, stawką w grze jest wszystko albo nic, ale zagrać trzeba… W każdym razie dziękuję ci za deklarację pomocy, na pewno przyjdzie moment, że będę musiała skorzystać. Oczywiście na bieżąco będę cię informować o sytuacji – zaznaczyła, sięgając po szklankę z sokiem. – Myślę, że w przyszłym tygodniu będą już jakieś wieści. Chociaż ty i tak wyjeżdżasz teraz za granicę, tak?

– Tak, jutro, na cały marzec. Ale cały czas będę pod telefonem, więc daj znać chociaż smsem, jak coś będzie wiadomo.

– Dam na pewno, dzięki, Iza. Czyli już jutro? I powiedz mi, co będziesz tam robić?

Jako że było to klasyczne pytanie, na które Iza odpowiadała już ostatnio wiele razy, mogła w kilkunastu zwięzłych zdaniach opisać ideę stażu w Liège, jednocześnie myśląc o czymś zupełnie innym, mianowicie o tym, jak ślicznie dzisiaj wyglądała Magdalena. Ubrana w dżinsy i błękitno-zielonkawą bluzkę w odcieniu idealnie pasującym jej do oczu, z rozpuszczonymi włosami w lekkim nieładzie i zdrowo rozświetloną cerą wydawała się o wiele młodsza, niż naprawdę była, a jej delikatna, rasowa uroda promieniała podobną magiczną aurą jak spektakularna uroda Lodzi.

„Ależ one mają podobne oczy!” – pomyślała z zadziwieniem, kiedy zamilkły na chwilę, by spokojnie dokończyć obiad. – „Do tego podobny sposób trzymania głowy, coś podobnego w ruchach… dzisiaj widać to o wiele bardziej niż kiedykolwiek indziej. Niby nie są podobne, a jednak są i to w tych najbardziej kluczowych aspektach. Nic dziwnego, że pana Sebastiana ruszyło na widok Lodzi, reakcja Pabla na Madi też mówi swoje, zwłaszcza że mężczyźni, jak sądzę, postrzegają to jeszcze wyraźniej niż ja.”

Przed oczy wróciła jej blada, postarzała twarz Krawczyka o ziemistej cerze i oczach podkrążonych sinymi obwódkami, jego przerzedzone włosy i wychudzona, zdeformowana sylwetka. Mimo woli w wyobraźni postawiła jego pożałowania godną postać obok tej ujmująco pięknej kobiety, która pomimo zmęczenia wyglądała dziś tak młodo i świeżo, że trudno było uwierzyć, iż różnica między tymi dwojgiem wynosiła tylko kilka lat. Przeciwnie, fakt, że Madi wyglądała młodziej, niż wskazywał pesel, Krawczyk zaś z powodu ciężkiej choroby postarzał się wizualnie o kilkanaście lat, skłaniał do założenia, że dzieliło ich pełne pokolenie, i gdyby Iza nie znała ich prawdziwego wieku ani ich historii, nigdy by jej do głowy nie wpadło przypuścić, że ci dwoje kiedyś byli małżeństwem.

– A co tam u Bastka, Iza? – zagadnęła Magdalena, jakby czytając w jej myślach.

Choć zadała to pytanie obojętnym tonem, w jej głosie dało się wyczuć napięcie.

– Nie wiem – odparła zgodnie z prawdą Iza. – Nie widziałam się z nim od końca stycznia, mówiłam ci wtedy, jak wygląda u niego sytuacja, a od tamtej pory już się do mnie nie odzywał. Chociaż pewnie niedługo się odezwie – zaznaczyła. – On tak ma, że przez kilka tygodni milczy, a potem nagle pisze smsa i umawiamy się na jakieś spotkanie. O ile oczywiście tego potrzebuje.

– Spotkania z tobą?

– Rozmowy – sprecyzowała. – On utrzymuje, że tylko ze mną może porozmawiać na tematy inne niż interesy, a ponieważ jego stan zdrowia nadal jest niepewny, w naturalny sposób skłania się ku takim wątkom. Ale to się może oczywiście w każdej chwili zmienić – uśmiechnęła się. – Wystarczyłoby, żeby odzyskał zdrowie, i myślę, że szybko wróciłby w stare koleiny myślenia stricte racjonalnego, choć mam nadzieję, że jakieś przemyślenia jednak by mu z tej choroby zostały. Nie wiem, Madi – dodała, poważniejąc. – Ale to, że się nie odzywa, interpretuję jako dobry znak w kontekście jego zdrowia, mam nadzieję, że przez tych kilka tygodni znów trochę mu się poprawiło.

– Znów? – podchwyciła z niedowierzaniem Magdalena. – Przecież ostatnim razem mówiłaś, że poprawa jest tylko pozorna, subiektywna, a badania obrazowe wskazują na całkowitą degradację organizmu i nic się w tym względzie nie zmieniło.

– Niby tak – zgodziła się Iza – ale, moim zdaniem, są przesłanki, żeby wierzyć, że to się jednak zmieni. Te nowe leki, które sprowadza z zagranicy, mimo wszystko mu pomagają, poprawę w napięciu mięśni i koordynacji ruchów ostatnio było widać gołym okiem, więc mam nadzieję, że i badania obrazowe powoli się poprawią. Może to tylko kwestia czasu?

– Oby – westchnęła Magdalena. – Bo powiem ci, że martwi mnie to bardzo… Odkąd mi to powiedziałaś, dużo o tym myślałam, podpytywałam nawet znajomych lekarzy, na ile taka rozbieżność między samopoczuciem pacjenta a stanem faktycznym jest możliwa, i wszyscy byli zdziwieni. Owszem, mówią, że chwilowo to jest jak najbardziej możliwe, zwłaszcza na etapie terminalnym, ale na dłuższą metę raczej nieprawdopodobne, zwłaszcza gdy badania jednoznacznie wykazują, że stan organizmu jest bardzo zły. Dlatego im dłużej to trwa, tym większe nadzieje, że jednak w grę wchodzi jakaś pomyłka, i ja też, tak jak ty, jestem zdania, że brak wieści to dobre wieści. Chociaż faktem jest, że wolałabym, żeby to się oficjalnie potwierdziło… Czyli nie wiesz, co u niego? – upewniła się. – Nie masz żadnych informacji, nawet z drugiej ręki?

– Żadnych – pokręciła głową Iza. – I na razie nie będę się z nim widzieć, bo wyjeżdżam.

– No właśnie wiem…

– Ale jeśli się do mnie odezwie, postaram się dowiedzieć, czy wszystko u niego w porządku – obiecała. – I jak czegoś się dowiem, od razu dam ci znać.

– Dziękuję, Izunia, jesteś kochana – odparła z wdzięcznością Magdalena. – Mam cichą nadzieję, że wszystko jest dobrze, a przynajmniej odrobinę lepiej, a nie gorzej. Może nie odzywa się do ciebie, bo jest zajęty przygotowaniami do ślubu? – uśmiechnęła się pobłażliwie. – To byłaby najbardziej optymistyczna interpretacja.

– Aha – zgodziła się Iza, mimo woli krzywiąc się z niechęcią na wspomnienie Sylwii. – Ta interpretacja jest jak najbardziej prawdopodobna, tyle że o to akurat wolałabym go nie wypytywać.

– Ach, nie, w żadnym wypadku! – Magdalena aż podskoczyła na swoim miejscu. – Nie to miałam na myśli, no co ty, Iza! Po prostu tak sobie dywaguję i szukam przesłanek do optymizmu, nic więcej… Dobrze, zostawmy to już – machnęła ręką. – Powiedz mi teraz…

Przerwał jej dźwięk dzwoniącego telefonu dobiegający z plecaka Izy. Ta sięgnęła po niego natychmiast i zerknęła na wyświetlacz. Dzwonił Majk.

– Przepraszam na chwilę, Madi – rzuciła przepraszająco. – Muszę odebrać, to może być ważne.

– Jasne, Izunia, odbieraj – odparła ciepło Magdalena, również sięgając po swoją torebkę. – A ja w tym czasie odpiszę sobie na smsy, to mi przypomina, że mam kilka zaległych.

Iza skinęła głową i odebrała połączenie, jednocześnie odsuwając pusty talerz na środek stołu, by móc oprzeć na nim łokcie.

– Tak?

– Cześć, elfiku – po drugiej stronie odezwał się głos Majka, którego dźwięk jak zawsze wywołał przyjemne drgnięcie serca. – Dzwonię kontrolnie zapytać, jak sytuacja. Wszystko u ciebie okej?

– Tak, wszystko dobrze – zapewniła go z uśmiechem. – Czuję się znakomicie, właśnie jestem na spotkaniu na mieście, a o siedemnastej idę z Martą na zakupy przedwyjazdowe. Wszystko zgodnie z planem.

– No to super – ucieszył się. – Obdzwaniam właśnie wszystkich i zbieram informacje. U twoich wiedźm też na razie w porządku, póki co nie mamy nowych przypadków i mam nadzieję, że już nie będziemy mieć.

– A ci, co chorują? – zapytała z troską Iza. – Do nich też dzwoniłeś?

– Do nich tylko wysyłałem smsy, nie chciałem im dokuczać. No chorują, niestety chorują – westchnął. – Patrycja ma wysoką gorączkę i ból gardła, z kolei Alicja mówi, że u niej najgorszy jest katar, już drugi dzień głowa ją od tego boli. Ale i tak najgorzej jest z Chudym – zaznaczył. – Frajer twierdzi, że co najmniej od dziesięciu lat nie miał tak wrednej choroby, już drugi dzień nie może podnieść się z łóżka.

– Ups, niedobrze – zmartwiła się Iza. – A Zuzia?

– Z nią już lepiej, chyba na szczęście powoli jej przechodzi. Na Koncertowej też spokojnie, z całej ekipy na razie tylko Jasiek padł i na szczęście zdążyli go odizolować, dlatego zamknąłem ich na razie tylko na dzisiaj i jutro, jeśli nic się więcej nie wydarzy, w sobotę otworzą się normalnie.

– O, to dobrze. O Lidii wiem, że zdrowa, smsowałyśmy dzisiaj rano.

– Tak i bardzo mnie to cieszy, a najbardziej to, że ciebie nic nie wzięło. No, okej, Izula, dzięki za dobre wieści. Mówisz, że jesteś na spotkaniu, w takim razie nie przeszkadzam ci już, odmeldowuję się i idę się trochę przespać, jakiś padnięty dzisiaj jestem. A wieczorem wybiorę się jeszcze na miasto po te kolczyki dla mojej princesse… Słyszałaś już o tym na pewno? – zawiesił pytająco głos.

– Tak, słyszałam! – zaśmiała się, jednocześnie zerkając na Magdalenę, która, pochylona nad swoim telefonem, szybkimi ruchami palców klepała smsy. – Lodzia przekazała mi już prezent dla Tosi, ja też dzisiaj kupię jej kolczyki, ty dołożysz swoje, więc zawiozę jej trzy pary, a co! Po takim strrrrasznym rozczarowaniu musimy dostarczyć jej jak najwięcej nagród pocieszenia!

– Tak jest! – zgodził się wesoło Majk. – Polski front przypuści zmasowany atak kolczykowy, ja dostarczę ci moją część amunicji jutro. Osiemnasta nadal aktualna?

– Aktualna – zapewniła go z radością, nagle uświadamiając sobie, jak bardzo stęskniła się już za nim przez minione dwa dni. – Tylko najedz się na zapas, okej? U mnie nie będzie już prawie nic w lodówce, przed wyjazdem czyszczę zapasy i nie będę miała za bardzo czym cię poczęstować.

Mówiąc to, znów zerknęła na Magdalenę, która, najwidoczniej w reakcji na jakiegoś kolejnego smsa, odłożyła telefon na blat i zaczęła gorączkowo przeszukiwać torebkę, a jej mina wyrażała coraz większe zaniepokojenie. Wyglądało to tak, jakby obawiała się, że coś zgubiła, lub czegoś zapomniała.

– O, dobrze, że mi to mówisz – podchwycił żywo Majk. – W takim razie przyjadę do ciebie z kolacją. Catering full wypas na dwie osoby, biorę to na siebie, a ty dzisiaj i jutro rano spokojnie możesz czyścić lodówkę do zera. Howgh!

– Okej, nie będę protestować – uśmiechnęła się, nadal mimochodem obserwując poczynania Magdaleny, która teraz niecierpliwymi ruchami opróżniała torebkę, wykładając jej zawartość na blat. – I tak postawiłbyś na swoim, a nie ukrywam, że akurat jutro taki układ będzie mi bardzo na rękę.

– No widzisz. Tak się umawiamy. No to cóż, Izula… uciekam już i życzę owocnego spotkania i udanych zakupów. Jesteśmy w kontakcie.

– Tak jest. Do jutra, Michasiu – odparła ciepło. – Dziękuję za telefon.

Znów zerknęła na Magdalenę i nagle znieruchomiała z aparatem wciąż trzymanym przy uchu, mimo że Majk zdążył się już rozłączyć.

„O szlag!” – pomyślała, czując, że robi jej się gorąco.

Wśród wyładowanych z torebki rzeczy na blacie stolika wylądował właśnie pęk kluczy, do których doczepiony był niewielki breloczek z zieloną, gumową figurką wyobrażającą… dinozaura! Niby nic, mały gadżet jakich wiele, jednak jakże znaczący, zwłaszcza w kontekście tamtego pudełka z klockami lego zakupionego trzy miesiące wcześniej na dworcu w Warszawie… Wówczas to mógł być tylko przypadek, zbieg okoliczności – ale teraz?

Magdalena znalazła wreszcie na samym dnie torebki to, czego szukała, mianowicie mały notatnik w czarnej skórzanej oprawie. Odetchnęła z ulgą i przewertowawszy go, sięgnęła po telefon, aktywowała ekran, wpisała kilka słów i znów odłożyła aparat na blat, zabierając się za pakowanie z powrotem do torebki stosu powyjmowanych z niej przedmiotów.

– Już – oznajmiła Iza, również odkładając telefon. – Przepraszam, musiałam odebrać.

– Jasne – skinęła głową Magdalena. – To ja cię przepraszam za ten bałagan, szukałam notesiku, już się bałam, że nie wzięłam go z hotelu, a mam tam milion ważnych numerów i notatek… uff! Już to zbieram.

– Fajny breloczek – zauważyła Iza, ruchem głowy wskazując na klucze, po które w tym momencie sięgała Madi. – Z dinozaurem.

– Aha – uśmiechnęła się. – Taki śmieszny drobiazg, dostałam ostatnio pod choinkę. Czekaj, Izunia, może zamówimy sobie coś jeszcze? – dodała, wrzucając lekkim gestem klucze do torebki. – Co byś powiedziała na kawę?

– Chętnie – odpowiedziała mechanicznie Iza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *