Anabella – Rozdział CCXLIV
– Możesz sobie żartować, Oleńko – podjęła Wiktoria, kiedy uczestniczki zlotu czarownic wróciły z kuchni do salonu z dymiącą kawą i herbatą – ale w przypadku Kacpra musisz przyznać, że klątwa Anabelli zadziałała modelowo.
– Jeśli brać pod uwagę wasze kryteria, to tak – zgodziła się Ola. – Nie mogę zaprzeczyć, że Kasieńka rzuciła go, kiedy tylko dostał u nas umowę na stałe, to bardzo mocny argument, ale jednak nadal to może być zbieg okoliczności.
– Co za niewierna Tomasina – pokręciła z dezaprobatą głową Gosia. – Jeszcze ci mało dowodów? To mów, ile ci ich potrzeba, żebyś w końcu uwierzyła?
– Już coraz mniej – zapewniła ją pobłażliwie Ola. – Wystarczyłby mi właściwie jeszcze tylko jeden. Taki końcowy argument koronny.
– Czyli? – zapytała Klaudia.
– Ten ze zdjęciem klątwy – wyjaśniła Ola, wzruszając ramionami. – Jeśli szef w końcu się za to weźmie i na własne oczy zobaczę, że antidotum działa, to dopiero wtedy uwierzę na sto procent.
Iza spokojnym gestem podniosła do ust filiżankę z kawą. Zaczynało się. Od toastu z niepokojem czekała na ten punkt i była nań gotowa, wręcz chciała mieć to jak najszybciej za sobą, jednak związanego z tym napięcia nie dało się uniknąć.
„Baczność, komandosie!” – zdyscyplinowała się w myśli. – „Pełne skupienie!”
– A niech cię! – skrzywiła się Klaudia, jednocześnie posyłając Oli porozumiewawcze spojrzenie. – Chyba powinnyśmy to nagrać na dyktafon, dziewczyny, żeby mieć dowód głosowy. Jak już warunek zostanie spełniony, a ona dalej będzie kontestować klątwę, to przynajmniej nie będzie mogła się wyprzeć, że wcześniej mówiła co innego!
– O ile warunek faktycznie zostanie spełniony – odparowała jej sceptycznie Ola. – Bo jak na razie to ja nie widzę, żeby cokolwiek szło w tę stronę.
– No jak to nie? – zaprotestowała Wiktoria, również wymieniając dyskretne spojrzenia z Klaudią. – Moim zdaniem, idzie całkiem nieźle, chociaż fakt, że szef ostatnio trochę zwolnił tempo. Ale to dlatego że wiadomej osoby przez jakiś czas nie było w Lublinie.
– Wiadomej osoby! – prychnęła śmiechem Gosia. – Nie musisz gadać takim szyfrem, przecież wszystkie wiemy, o kogo chodzi.
– Wiemy, wiemy – przyznała wesoło Klaudia. – I właśnie skoro wiemy, to można dodatkowo zaszyfrować, żeby było śmieszniej, nie? A tak serio, to ja nie mam wątpliwości, że u niego to jest sprawa przesądzona, dziwię się tylko, że nie finiszuje… ale co tam. To są życiowe decyzje, na to zwykle trzeba czasu, może po prostu sprawa jeszcze nie dojrzała do finału? Nie, Iza? Jak myślisz?
Wywołana tak jawnie do odpowiedzi Iza spięła się nieco w środku, ale opanowała się szybko i pokiwała powoli głową, udając, że się zastanawia.
– Nie wiem, Klaudziu – odparła ostrożnie. – To są zawsze bardzo osobiste sprawy, trudno je ocenić i w ogóle cokolwiek powiedzieć, jak się na to patrzy z zewnątrz. Ja już dzisiaj za pochopnie wypowiedziałam się a propos Antka i dostałam od Wiki po uszach, zresztą bardzo słusznie, w takich ocenach trzeba zachować skrajną ostrożność. Ale w tym przypadku myślę, że masz rację… zwłaszcza że to wy jesteście bardziej w temacie niż ja – uśmiechnęła się. – I zresztą dalej tak będzie, przecież wyjeżdżam na cały miesiąc, a podejrzewam, że właśnie teraz najwięcej będzie się działo na wiadomym froncie. Puścicie mi smsa, gdyby finał z fajerwerkami odbył się pod moją nieobecność? – dodała żartem. – Najlepiej ze zdjęciami jako dowód, nauczyłam się już od Oli, że na wszystko trzeba mieć dowody!
Dziewczyny roześmiały się, ale w jakiś dziwny, jakby wymuszony sposób. Przez twarz Klaudii przebiegł wyraz rozczarowania i lekkiej irytacji.
– Jasne, Iza, o wszelkich fajerwerkach będziemy informować cię natychmiast – zapewniła ją Wiktoria. – Chociaż powiem wam, że ja do końca w to nie wierzę… Patrząc tak zupełnie na chłodno na dane historyczne, nadzieja na złamanie klątwy jest raczej słaba. Szef od lat jest rozchwytywany, nie da się policzyć, ile dziewczyn się na niego zasadzało, dla wszystkich zawsze był słodki i miły, ale jak tylko pojawiała się jakakolwiek nadzieja, że to pójdzie dalej, to zaraz się kończyło. Wręcz jak nożem uciął.
– Fakt – przyznała Ola.
– No bo tak właśnie, zgodnie z naszą hipotezą, działa klątwa Anabelli – zauważyła Gosia. – Szef jest tego modelowym przykładem, możliwym do przeanalizowania na przestrzeni wielu lat, co w dużym stopniu wyklucza przypadek. Tylko co, jeśli faktycznie znowu nic z tego nie będzie? Jeśli nigdy nie uda mu się jej zdjąć?
– Tak może być, niestety – pokiwała głową Klaudia. – I to nawet niekoniecznie z jego winy, on sam może chcieć, ale nie mieć na to wpływu. W ogóle mam wrażenie, że on ma w tych sprawach jakiegoś niewyobrażalnego pecha, a to serio pasuje do koncepcji klątwy.
– Aha – zgodziła się Wiktoria. – I ten jego pech jest tak silny, że pada cieniem też na nas, ekipę jego firmy. Tyle że my zawsze możemy z niej odejść, a on już nie za bardzo.
– Oj tam, nie desperujcie, dziewczyny – machnęła lekceważąco ręką Ola. – Może wcale nie ma żadnej klątwy ani pecha, tylko szef po prostu jest wybredny jak księżniczka na ziarnku grochu? Poza tym pamiętacie, co mówił o ślubach kawalerskich? Niby to były żarty, ale może on się tego serio trzyma i do Wielkanocy daje sobie na wstrzymanie?
Dziewczyny popatrzyły po sobie z zastanowieniem.
– Tym lepiej – stwierdziła lekko Iza, uznając, że czas już się odezwać, by jej milczenie nie wydało się koleżankom podejrzane. – Jeśli poczeka do Wielkanocy, to ja przynajmniej zdążę wrócić z Liège i nie ominą mnie żadne fajerwerki.
– I tak cię nie ominą – mruknęła Klaudia.
– Nie wiem, nie sądzę, żeby on to brał na serio – podjęła Wiktoria. – Z tym klubem kawalerskim to zdecydowanie były tylko żarty, Olciu. Fakt, że i szef, i Antek, i Chudy na razie twardo się tego trzymają, ale przecież tak by było i bez klubu. Ale zobaczymy… kto wie, może faktycznie jak coś ma się zacząć dziać, to dopiero po Wielkanocy?
– Zobaczymy – przyznała Ola. – Jestem bardzo ciekawa, jak to się rozwinie, na razie wszystko tkwi w jakimś dziwnym impasie, ale spoko… co nagle to po diable, jak mówi przysłowie. Natomiast a propos ślubów kawalerskich… i naszych panieńskich zresztą też… to patrzcie, kurczę, jak to zleciało! Dopiero co umawiałyśmy się na pół roku, a tu zostały już tylko dwa miesiące!
– Prawda – przyznała Gosia. – To było na pierwszym zlocie czarownic, jakoś w październiku, nie? Jakby przed chwilą, a tu już mamy koniec lutego, strasznie ten czas leci.
– Podobno im się jest starszym, tym leci szybciej – zauważyła z humorem Lidia. – Ja też to widzę po sobie.
– Lidziu, bo ty to chyba w tym roku będziesz świętować okrągłą trzydziestkę? – zagadnęła Iza, zadowolona ze zmiany tematu. – Dobrze zapamiętałam?
– Mhm, tak – uśmiechnęła się Lidia. – Szesnastego lipca.
– Ej, no to musimy zrobić ci jakąś imprę urodzinową, co? – podchwyciła Wiktoria.
– O ile oczywiście wszystkie będziemy wtedy w Lublinie, bo to czas urlopowy – zaznaczyła Ola. – Chociaż to też nie przeszkadza, zawsze można przełożyć na później, jak już będziemy w komplecie. Pełne trzy dychy, Lidia?
– Pełne. Jak w pysk strzelił. Od lipca zamieniam się w wersję trzy zero.
Koleżanki roześmiały się zgodnie, sięgając po resztki znikających systematycznie zasobów słonych paluszków.
– A wracając do tych naszych ślubów panieńsko-kawalerskich – podjęła Gosia – to zobaczcie, jaką my mimo wszystko trzymamy dyscyplinę. Niby to są żarty, ale nikt z nas i tak nie próbuje ich łamać. Na przykład ja. Wiadomo, nie mam za bardzo do tego okazji, ale najgorsze jest to, że nawet nie mam ochoty… Myślicie, że to ta klątwa?
Dziewczyny znów prychnęły śmiechem.
– Pewnie tak – pokiwała głową Wiktoria. – Ja w sumie mam to samo, wiesz? Przewinęło się nawet ostatnio paru podrywaczy, w tym jeden naprawdę przystojny, ale jakoś żaden mnie nie przekonał, wszyscy po kolei tylko mnie wkurzali. Chyba niedługo serio zrobię się tak wybredna jak szef… Powoli zaczynam się bać, że to jest zaraźliwe.
– Ha! Żebyś wiedziała! – zawołała Klaudia. – Iza i Lidia zaraziły się pierwsze, mnie z romantycznych uniesień wyleczył Bartek, ale skoro trend ascetyczny zaczyna przechodzić też na was, to faktycznie coś w tym jest.
– Nieprawda, na mnie nie przeszło, ja się nie zaraziłam! – zaprotestowała wesoło Ola. – Chyba jestem najodporniejsza z was wszystkich, pewnie dlatego że nie wierzę w żadne klątwy. Może dla was takie życie w ascezie to plus, ale dla mnie te nasze śluby to męczarnia. Przestrzegam ich dla zasady, żeby nie było, że pierwsza się wyłamałam, ale serio, nie wiem, jak ja wytrzymam do Wielkanocy!
Koleżanki skwitowały to kolejnym wybuchem śmiechu.
– No, Oleńko! Co za dziki temperament! – zawołała Gosia. – Nie wiedziałam, że jesteś taka gorąca!
– Ja już się boję, co to się będzie u nas działo po tej Wielkanocy! – zaśmiała się Wiktoria. – Jak Ola narzuci trend odwrotny, to może nawet naszych chłopaków ruszy?
– Aha, jasne, zwłaszcza Chudego! – skrzywiła się z przekąsem Klaudia, budząc tym kolejną salwę śmiechu. – Już to widzę! Jego nie ruszyłaby nawet bomba atomowa!
– A masz chociaż kandydata do tych szaleństw, Olciu? – zapytała wesoło Lidia. – Czy to tylko tak teoretycznie?
– Na razie teoretycznie – zapewniła ją Ola. – Ale jak tylko wrócimy po Wielkanocy, przechodzę do praktyki i zaczynam aktywnie rozglądać się za ofiarą!
Kiedy fala śmiechu uspokoiła się, Wiktoria rozlała do szklanek kolejną butelkę soku, tym razem jabłkowego, i dziewczyny spojrzały po sobie, nieco wybite z rytmu.
– To o czym teraz gadamy? – zapytała Gosia. – Chyba skończyła nam się lista toastowa, hmm? Czy jeszcze nie?
– Skończyła się – potwierdziła z satysfakcją Iza. – Ale ten ostatni punkt był otwarty, więc możemy coś jeszcze uzupełnić. A propos innych osób z naszej ekipy.
– Właśnie! – zgodziła się Klaudia. – Jak już obmawiać, to wszystkich po kolei. Żeby było sprawiedliwie!
– No to ja poproszę o Chudym – zgłosiła się Ola. – Cały czas czekam, kiedy do tego wrócimy, Klaudia obiecała, że zostawimy go sobie na deser, więc zamawiam ten deser teraz.
– O! – zaśmiała się Gosia. – Chudy na deserek? Uważaj, bo Zuzka wydrapie ci oczy!
– Albo tak ci strzeli prawym sierpowym i poprawi z obcasa, że wylądujesz na OIOM-ie! – przyznała z rozbawieniem Klaudia.
– E tam, Zuzka teraz chora, to nawet nic nie będzie wiedziała – zauważyła wesoło Wiktoria. – Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Korzystaj, Olu, okazja trafia się sama, tylko musisz łapać ją szybko!
– No co wy, przecież ja do Wielkanocy nie mogę – prychnęła Ola. – A poza tym z Chudym? Bez przesady. Lubię go bardzo, ale żeby od razu na deserek? Aż taka zdesperowana nie jestem!
Podsumował to kolejny chóralny wybuch śmiechu.
– I tak nie masz u niego szans – zauważyła z pobłażaniem Klaudia. – Ani ty, ani żadna z nas. Chudy jest twardy jak skała.
– Wiem – przyznała Ola. – I właśnie o tym chcę z wami pogadać, oczywiście w kontekście Zuzki, bo to ona, nie ja, marzy o tym deserku. Widziałyście tę akcję z cyganem? W sobotę na Dniu Francuskim?
– Jaką akcję? – zaciekawiła się natychmiast Wiktoria. – Ja nic nie widziałam.
– Ja też nie – dodała Klaudia.
– Ja widziałam tylko, że rozmawiali przy składziku – przypomniała sobie Iza. – Zuzka, Chudy i cygan. Pokazywałaś mi ich i żartowałaś, że ustalają zasady pojedynku, ale co było dalej, to już nie wiem, bo musiałam iść do gości.
– Zasady pojedynku? – zdumiała się Lidia.
– E, nie, to były tylko żarty – uśmiechnęła się Iza. – Oni wcale nie wyglądali na przeciwników, odniosłam wrażenie, że rozmawiali bardzo przyjaźnie. A co, Oleńko, wiesz o tym coś więcej? – zaciekawiła się. – Był jakiś dalszy ciąg?
– Był – skinęła głową Ola. – Znaczy, nie tyle dalszy ciąg, co dalsze informacje, bo podpytałam potem o to Zuzię. W sumie w ostatniej chwili, bo zaraz potem Chudy odwiózł ją do domu, już wtedy źle się czuła.
– A właśnie, wiecie może, jak ona się czuje teraz? – zapytała z troską Wiktoria. – Iza, miałaś od niej jakieś nowe wieści?
– Dzisiaj rano miałam smsa – odparła Iza. – Nadal słabo, ma wysoką gorączkę i mega katar, dostała zwolnienie lekarskie do następnego wtorku. Już to uwzględniłam w grafiku.
– Biedna Zuzia – westchnęła Lidia. – Oby szybko się wyciągnęła… U nas na Koncertowej Jasiek choruje, na szczęście na razie tylko on. Słyszałam o tej grypie, podobno jest wredna i sama boję się, żeby moi chłopcy czegoś ze szkoły nie nawlekli.
– No – zgodziła się Klaudia. – Szkoły jako wylęgarnie są najgorsze, chociaż w knajpie też bezpiecznie nie jest. Całe szczęście, że póki co nikt z nas nie zaraził się od Zuzki… tfu! Ona zresztą mogła to złapać niekoniecznie u nas, może właśnie w tej swojej szkole?
– Może – pokiwała głową Wiktoria. – Miejmy nadzieję, że u nas nie ma ogniska, ja na razie czuję się dobrze. Wy chyba też, nie, dziewczyny?
– Na razie tak – przyznała Iza. – I oby tak zostało, ja sama też wolałabym nie zachorować tuż przed wyjazdem… Ale dobrze, Oleńko, mów dalej, bo przerwałyśmy ci.
– No, ja wam powiem, że wczoraj wieczorem, na tych ostatkach, Pati też niewyraźnie wyglądała – przypomniała sobie słuchająca ich z niepokojem Ola. – Mówiła, że od rana jest strasznie niewyspana, więc zakładałam, że to od tego, ale teraz zastanawiam się, czy już jej coś nie brało. Oby nie.
– Miejmy nadzieję, że nie – przyznała Wiktoria. – Ale mów dalej o Chudym i cyganie. Czego się dowiedziałaś?
– Tego, że gadali o opcjach przyszłej współpracy – wyjaśniła Ola. – Tak przynajmniej zrozumiałam z tych półsłówek Zuzki, nie była zbyt rozmowna na ten temat, mam wrażenie, że to się jej wcale nie podoba. Oczywiście nie podważa tego, co chce guru, ale zachwycona nie jest. W każdym razie Chudy i cygan zgadali się, jak odkryli, że mają jakichś wspólnych znajomych, no i od słowa do słowa… Tak więc miałaś rację, Iza, że to nie była dyskusja o pojedynku, tylko całkowicie pokojowa rozmowa o interesach.
– No, ale mówiłaś, że była jakaś akcja – przypomniała jej Gosia. – Myślałam, że naprawdę coś ciekawego się odwaliło.
– A co, uważasz, że to nie jest ciekawe? – skrzywiła się Ola. – Może z wierzchu nie wygląda spektakularnie, ale zobacz, jaka tu się tworzy bomba zegarowa. Cygan kocha się w Zuzce, Zuzka na zabój w Chudym, a Chudy traktuje cygana jak kumpla i spokojnie wchodzi sobie z nim we współpracę, a przez to dowala do pieca. I ja właśnie o tym chciałam z wami pogadać. O Chudym w kontekście Zuzki. Nie sądzicie, że on to robi specjalnie?
Dziewczyny popatrzyły po sobie zdezorientowane.
– Dlaczego specjalnie? – zdziwiła się Lidia.
– No w takim sensie, że w ten sposób buduje sobie mur – wyjaśniła Ola. – Pokazuje małej, że nie ma czego u niego szukać, albo wręcz sugeruje jej, że cygan to spoko gość i niech się za niego bierze.
– E, nie powiedziałabym – pokręciła głową Klaudia. – Łukasz nie wchodzi w takie intrygi. Przy tych przebojach z Bartkiem trochę lepiej go poznałam i nie sądzę, żeby on tak rozumował. Moim zdaniem, albo nie zdaje sobie sprawy z tego, że Zuzka za nim szaleje, albo po prostu nie jest nią zainteresowany. I nie zdziwiłabym się, gdyby to była raczej ta pierwsza opcja.
– Też tak myślę – przyznała Wiktoria. – Chudego to naprawdę nie rusza. Ten motyw z cyganem jest na to najlepszym dowodem.
– Przecież sama nieraz mówiłaś, Olciu, że on traktuje Zuzię jak tatuś córeczkę, bez żadnych podtekstów – przypomniała Gosia. – Kupiła go tym, że weszła w sztuki walki, bo to jego konik, zrobił z niej Wunderwaffe i jest z niej dumny, ale tylko jako mistrz z wychowanki. Czyżbyś zmieniła zdanie?
Ola skrzywiła się sceptycznie.
– Nie wiem – odparła ostrożnie. – Właśnie chciałam was zapytać, co o tym myślicie, bo mnie to jednak trochę tknęło… to, że w pewnym sensie zrobił Zuzce na złość – sprecyzowała wyjaśniająco. – Nie wierzę, że jest aż takim ćwokiem, żeby nie wyczuć, że cygan do niej uderza i że ona wcale nie jest z tego zadowolona. Żeby nie było, ja cały czas trzymam kciuki za cygana – zaznaczyła, podnosząc w górę palec. – Uważam, że oboje z Zuzką świetnie by do siebie pasowali, i mam nadzieję, że ona z czasem się do niego przekona, tylko na razie nadal jest tak zaślepiona Chudym, że nic do niej nie dociera. I mam takie delikatne wrażenie, że Chudy to jednak widzi.
– Aha, w tym sensie – Wiktoria spojrzała na nią z zastanowieniem. – Chodzi ci o to, że dyskretnie bawi się w mentora i próbuje na swój sposób skojarzyć Zuzkę z cyganem?
– Nie wiem – powtórzyła uparcie Ola. – Ale uważam, że to nie jest wykluczone.
– Hmm – mruknęła Gosia. – Chudy swatką? Jakoś słabo to widzę.
– Nie chodzi o to, że swatką – sprostowała z nutą urazy Ola. – Miałam na myśli to, że być może… podkreślam, być może, nie twierdzę, że tak jest na pewno… że być może on nie jest taki głupi, jak myślimy, i jednak wyczuwa sygnały ze strony małej. Tyle że nie jest nią zainteresowany, więc udaje, że nie wyczuwa, a ponieważ nie chce sprawiać jej przykrości, korzysta z okazji i kryje się za cyganem.
– Hmm – zastanowiła się Wiktoria.
– Gdyby tak było, cygan spadłby mu jak gwiazdka z nieba – przyznała Gosia. – Ale ja w to jakoś nie wierzę.
– Ja też – dodała stanowczo Klaudia. – Mówię wam, że Chudy nie jest z tych, co włażą w takie intrygi. Może i wyczuwa pismo nosem, w sumie musiałby być już totalnym głąbem, żeby nie mieć chociaż delikatnego podejrzenia, że Zuza do niego wzdycha, ale dlaczego miałby się kryć za cyganem? Przecież stawia sprawę uczciwie i nie robi jej nadziei.
– Tak – przyznała Iza, mimo woli wspominając krótką rozmowę z Chudym podczas powrotu na Bernardyńską po sobotnim Dniu Francuskim. – Łukasz nie jest taki głupi, żeby niczego nie czuć, w tym miejscu zgodzę się z wami całkowicie. On ma o wiele większą wrażliwość, niż można by pomyśleć, patrząc z wierzchu. Wiecie, jak to jest… każdy z nas nosi jakieś maski – uśmiechnęła się smutno. – Natomiast ja też nie bardzo wierzę, żeby wchodził w jakiekolwiek intrygi damsko-męskie, i to wcale nie dlatego że jest tępy, tylko dlatego że on po prostu tak nie działa.
– Chociaż faktem jest, że w sobotę pod koniec imprezy Zuzka chodziła jakby wkurzona – dodała z namysłem Wiktoria. – Ale może to nie przez Chudego i cygana, tylko po prostu dlatego że już źle się czuła. Katar ją brał, to widziałam, a kto wie, czy i nie gorączka.
– Kurczę, nie straszcie – pokręciła głową Gosia. – Mam nadzieję, że tego nie złapię, w chorobach najbardziej nienawidzę mieć gorączki…
Wszystkie popatrzyły po sobie poważnym wzrokiem i pokiwały głowami.
– A wracając do Chudego, to nie wiecie, czy on dalej działa w kręgach detektywistycznych? – podjęła Wiktoria. – Chodzi mi o to, czy ciągnie ten plan założenia własnej firmy i odejścia od nas na swoje. Klaudia, ty z nim gadasz najczęściej, wiesz coś o tym?
– Nic nowego – pokręciła głową Klaudia. – Ale wydaje mi się, że to ciągnie. Wiem na pewno tylko tyle, że dalej łazi na te swoje nocne eskapady po niebezpiecznych zaułkach i zadupiach, Tymek mi mówił, bo czasem się z nim zabiera. Podobno ze dwa razy wzięli i Zuzkę – uśmiechnęła się z rozbawieniem. – Ale Łukasz tego nie lubi, boi się, że małej coś się stanie i potem będzie na niego.
– Za to Zuzka pewnie bardzo to lubi – zauważyła z pobłażaniem Ola. – Więc mają konflikt interesów. Ale tak ogólnie to powiem wam, że szkoda będzie, jak Chudy nas opuści, ja go mimo wszystko bardzo lubię.
– Ja też – przyznała Wiktoria, a pozostałe dziewczyny też skwapliwie pokiwały głowami. – Co by o nim nie powiedzieć, ma swój styl, a poza tym jest uczynny i pracowity, szef bardzo go za to ceni. Bez niego wszystkim nam będzie trochę smutno.
– Ej, ale nie żegnajcie się z nim jeszcze, co? – zaprotestowała Klaudia. – Z tego, co wiem, na razie nie ma zamiaru nas opuszczać, miejmy nadzieję, że jeszcze trochę tu popracuje. Nawet gdyby założył własną działalność, to na początek i tak pewnie będzie działał na dwa fronty, bo utrzymać się z firmy, która dopiero się rozkręca, to wcale nie jest takie łatwe.
– Oby – pokiwała głową Iza. – Mnie to nawet trudno sobie wyobrazić naszą ekipę bez Chudego, tak samo zresztą jak bez was – uśmiechnęła się do koleżanek. – Zobaczcie, jak łatwo przyzwyczaić się do ludzi… Jesteśmy jak jedna wielka rodzina, przynajmniej ja tak to odczuwam.
Uwaga ta wywołała pełną emocji reakcję pozostałych dziewczyn, które z wyraźnym wzruszeniem potwierdziły, że czują to samo i że żadna klątwa Anabelli nie odstraszy ich na tyle, żeby odejść z miejsca pracy, które z biegiem czasu stało się ich drugim domem.
– No dobra, to kogo teraz oplotkujemy? – zagadnęła wesoło Ola, kiedy w rozmowie zapadła chwilowa cisza. – Gosia, coś mi się zdaje, że teraz twoja kolej!
– Ale o czym mam mówić, jak u mnie nic ciekawego się nie dzieje? – wzruszyła ramionami Gosia. – Żadnych rewolucji w życiu, żadnych przełomów i przede wszystkim żadnych samców.
– Ale jak to, żadnych? – skrzywiła się z żartobliwym niedowierzaniem Ola. – No co ty! Tak naprawdę zero-zero? Nawet nic na powielkanocnym horyzoncie?
– Okrągłe zero, a nawet minus jeden – zapewniła ją wesoło Gosia. – Mówię serio, Olciu, złożonych ślubów panieńskich przestrzegam skrupulatnie i dobrze mi z tym. Już dawno nie było tak dobrze i spokojnie, a to chyba znak, że większość kłopotów i zszarganych nerwów to efekt zadawania się z facetami.
Dziewczyny roześmiały się.
– Ja mam dokładnie to samo, tyle że już od ładnych paru lat – zapewniła je z rozbawieniem Lidia. – I cieszę się, że wreszcie ktoś mnie rozumie… w tym sensie, że to nie jest jakieś męczeństwo, wyrzeczenie i tak dalej, tylko świadomy wybór, z którym naprawdę można czuć się dobrze.
– No, tyle że ja, tak jak Ola, traktuję to tylko jako stan przejściowy – zaznaczyła Gosia. – W uczciwym przestrzeganiu ślubów panieńskich widzę wielkie zalety, chętnie odpocznę sobie przez jakiś czas od facetów, ale to nie znaczy, że mam zrezygnować z nich na całe życie. Ani mi to w głowie, aż taka twarda to ja niestety nie jestem! – zaśmiała się.
– Mam nadzieję, Gosia – pokiwała z przekąsem głową Ola. – Zresztą Lidzia też jeszcze zmieni zdanie, zobaczycie. Iza tak samo.
Iza uśmiechnęła się delikatnie, czując, jak spojrzenia koleżanek natychmiast skupiają się na niej.
– Wcale tego nie wykluczam, Oleńko – odparła spokojnie. – Jest takie powiedzenie nigdy nie mów nigdy, więc nie mówię. Ale na czas po Wielkanocy nie mam takich planów i pewnie jeszcze długo pociągnę formułę ślubów panieńskich, bo tak jak Gosia doceniam ich zalety. Przede wszystkim ideę odpoczynku – zaznaczyła. – A mój, jak już wam kiedyś mówiłam, po szesnastu latach udręki musi trochę potrwać, pół roku spokoju to jednak trochę mało.
– No tak – zgodziła się Klaudia, przyglądając jej się uważnie. – Ja też po Bartku przedłużę sobie odpoczynek dalej niż do Wielkanocy, póki co spokój cenię sobie o wiele wyżej niż cokolwiek innego. Nigdy wcześniej aż tak koszmarnie się nie nacięłam, więc wiadomo… ale ja też nie zamykam sobie drogi na przyszłość.
– Iza pewnie spotka w Belgii jakiegoś przystojniaka, a wtedy szybko skończy się gadanie o ślubach panieńskich i długim odpoczynku – zażartowała Gosia. – Jeszcze się okaże, że nawet do tej Wielkanocy nie wytrzyma!
Dziewczyny prychnęły śmiechem.
– Nie wiem, co wy wszyscy macie z tą Belgią – wzruszyła ramionami Iza. – Co chwila ktoś mi wróży, że spotkam tam jakiegoś faceta i zakocham się, a jakie niby jest prawdopodobieństwo, że tak będzie? Belgia czy Polska, Liège czy Lublin, myślę, że szanse są te same, czyli w moim przypadku niewielkie, bo mnie naprawdę nie interesuje ani poznawanie przystojniaków, ani tym bardziej łamanie ślubów przed czasem. Nie, kochane, pod tym względem się rozczarujecie. Chociaż wiecie co? – uśmiechnęła się, wspominając niedawne żarty z Beatą, Emilią i Agnieszką w radzyńskiej knajpce. – Powiem wam coś śmiesznego.
– No?
– W listopadzie, kiedy byłam na weselu koleżanki z roku, złapałam bukiet panny młodej. A wiecie, co to znaczy, hmm? Zwłaszcza że to był akurat wieczór andrzejkowy.
– Oooo! – roześmiały się koleżanki. – Serio? Bukiet panny młodej?
– A co to znaczy? – zdziwiła się Lidia.
– Nie wiesz? To znaczy, że Iza będzie następna! – wyjaśniła jej radośnie Ola.
– No wiesz co, Iza! – ofuknęła ją Klaudia. – Przecież to jest kluczowa informacja! Dlaczego ją przed nami zataiłaś?
– Bo to przecież tylko żarty – machnęła lekceważąco ręką Iza. – Nie było się czym chwalić.
– Jak to nie! – zakrzyknęła wesoło Gosia. – Klaudia ma rację, to kluczowa rzecz, tym bardziej że wesele było w wieczór andrzejkowy. Taka wróżba ma podwójną moc!
– Ha! Widzisz, Iza?! – zaśmiała się Wiktoria. – Od przeznaczenia nie uciekniesz! Ono samo na ciebie poluje, chociaż ty jeszcze o tym nie wiesz!
– Dokładnie! – podchwyciła Ola. – Ja się wręcz założę, że już teraz coś się dzieje za twoimi plecami i że los szykuje dla ciebie niespodziankę. Taka podwójna wróżba to nie może być przypadek!
– No i widzisz, jaka jesteś niekonsekwentna? – uśmiechnęła się pobłażliwie Iza. – W klątwę Anabelli, na którą są namacalne dowody, nie wierzysz, a w jakąś głupią weselną wróżbę już tak. A to przecież prawie to samo.
– Tak jest! – podchwyciła żywo Klaudia. – Racja, Iza! Nie prawie, tylko dokładnie to samo!
Koleżanki roześmiały się.
– No właśnie – podsumowała z satysfakcją Iza. – Słyszysz, Olciu? Jak jedno, to i drugie.
– Jak jedno, to i drugie – zgodziła się potulnie Ola, tłumiąc śmiech. – Żebyś wiedziała. I obiecuję uroczyście, że jeśli to, o czym mówiłam a propos klątwy, zazębi się z twoją weselną wróżbą…
Przerwał jej dzwonek telefonu dobiegający zza pleców Wiktorii, która zerwała się i chwyciła odłożony tam na komodę telefon.
– Szef – odczytała zdziwiona. – Cicho, dziewczyny! Muszę odebrać.
– O wilku mowa – mruknęła Klaudia.
Ucichła jednak posłusznie, podobnie jak pozostałe koleżanki, które znieruchomiały wokół stołu, równie zdziwione tym telefonem jak Wiktoria. Zdziwione, a nawet lekko zaniepokojone, wszystkie bowiem miały dziś wolne, a szef nie miał wszak w zwyczaju ścigać ich bez powodu poza godzinami pracy. Czyżby stało się coś nieprzewidzianego?
– Tak, mogę – powiedziała Wiktoria, przechodząc w głąb pokoju, pod okno, z telefonem przy uchu. – Nie ma problemu, szef mówi… mhm… Ale która?… aha, Pati… ach, i Andżela?… Kurczę… Rozumiem. No to niedobrze… Nie, ja na razie nie, dziewczyny też, nawet o tym gadałyśmy przed chwilą, póki co jest w porządku… mhm… Tak, akurat tak się składa, że są u mnie… aha, naprawdę… Klaudia, Iza, Gosia, Lidia i Ola – wyrecytowała, odwracając się do nich i zerkając na nich znacząco. – Nie, spotkałyśmy się po prostu prywatnie poza pracą… już wcześniej tak poustawiałyśmy sobie dniówki… Iza?… tak, jest… mam ją tu pod ręką i mogę podać szefowi natychmiast – dodała, dając Izie energiczny znak, żeby podeszła. – Aha, już ją daję… jasne, nie ma sprawy, szefie.
To powiedziawszy, z wymowną miną wyciągnęła ku podchodzącej koleżance aparat z trwającym połączeniem, które wyświetlało się na ekranie jako Szef. Iza przejęła od niej telefon i szybko podniosła do ucha.
– Halo?
– Hej, Izula – głos Majka po drugiej stronie linii brzmiał poważnie. – Masz wyłączony telefon? Dzwoniłem do ciebie chyba ze sto razy.
– Ach, przepraszam – odparła ze skruchą. – Faktycznie, rano wyciszyłam go na zajęcia i zdaje się, że zapomniałam włączyć dźwięk, pewnie dzwonił w torebce, ale ja jestem teraz na spotkaniu u Wiki, więc nawet nie sprawdzałam… Co się stało?
– Mamy alarm grypowy na pokładzie – wyjaśnił rzeczowo Majk. – Zostałem właśnie zbombardowany zwolnieniami lekarskimi, a szykują się kolejne. Dzisiaj rano padła Patrycja, potem przyszło zwolnienie od Alicji, pisze mi, że leży z gorączką… w kuchni wymiękła Andżelika, a Dorota godzinę temu też źle się poczuła, więc natychmiast zwolniłem ją do domu. Do tego Chudy dzwonił przed chwilą i mówi, że chyba też go bierze, zakazałem mu przyjeżdżać do roboty, żeby nie naniósł zarazy, ma zapakować się do łóżka i leczyć.
– O kurczę – zmartwiła się Iza. – Aż tyle przypadków? Przecież jeszcze wczoraj wszyscy byli zdrowi…
– No, niedobrze to wygląda, wszyscy się dzisiaj wysypali, dosłownie jedno po drugim. Pytałem przed chwilą Wikę, jak ona się czuje, mówi, że okej, podobno jest was tam u niej więcej i żadna jeszcze nie ma objawów, hmm?
– Nie, na szczęście nie. Nawet gadałyśmy o tym przed chwilą w kontekście Zuzi, cieszyłyśmy się, że póki co nikt inny się nie zaraził… no i chyba to już koniec naszej radości – podsumowała z przekąsem, zerkając na dziewczyny, które, pochylone nad stołem, z niepokojem słuchały przyciszonej relacji Wiktorii. – Czy to znaczy, że jesteśmy dzisiaj potrzebne na zastępstwo?
– Broń was, Panie Boże, jak by to powiedziała moja babcia – odparł stanowczo Majk. – Bardzo dobrze się złożyło, że macie dzisiaj wolne, i niech żadna z was nawet nie próbuje pojawiać się w robocie. Szczęście w nieszczęściu, że karnawał skończył się wczoraj i dzisiaj jak na tę porę mamy bardzo mało klientów, więc obsługa idzie bez przeszkód. Pytanie tylko, kto jeszcze padnie do wieczora… Poczekaj chwilę, okej? Mam jakiegoś smsa, odbiorę…
„Kurczę, niedobrze!” – pomyślała Iza, czekając z telefonem przy uchu. – „Oby mnie nie złapało, przecież z gorączką nie polecę, nawet nie wpuszczą mnie do samolotu, nie mówiąc już o tym, że to by było skrajnie nieodpowiedzialne… i zresztą pewnie niewykonalne, bo przy grypie i tak nie miałabym siły na podróże…”
– Chudy pisze mi, że niestety padł – odezwał się ponuro Majk. – Ma już gorączkę prawie czterdzieści stopni, nie jest w stanie podnieść się z wyra.
– I lepiej niech się nie podnosi – zauważyła. – Grypę trzeba wyleżeć, każdy lekarz zawsze to powtarza.
– Tak, zaraz mu odpiszę, że ma leżeć plackiem. Pytanie tylko, komu jeszcze wczoraj sprzedał bakcyla… Jak widzisz, mamy stan alarmowy, będę musiał wdrożyć jakieś procedury bezpieczeństwa, żeby nie skończyło nam się to globalną epidemią w zespole. Bo jak pójdzie lawina, to przez dwa tygodnie z tego nie wyjdziemy.
– No właśnie – szepnęła ze zgrozą Iza.
– Najbardziej martwi mnie twój przypadek, elfiku – dodał ponuro Majk. – Gdybyś przed samym wyjazdem zaraziła się tym cholerstwem, to byłaby klęska, dlatego, póki czujesz się dobrze, musisz się jak najbardziej przed tym chronić. Mam nadzieję, że nie zarażacie się tam właśnie wzajemnie u Wiki… Wszystkie miałyście wczoraj kontakt z Patrycją, Alą i Andżeliką, z Chudym też, może nie ściskaliście się jakoś szczególnie, ale ryzyko jest. Wystarczy, że jedna z was złapała to świństwo, i wszystkie są zagrożone… a niech to szlag! Zdaje się, że pierwszy raz w historii tej firmy będę musiał zdecydować się na radykalne rozwiązanie i na kilka dni z powodów sanitarnych całkowicie zamknąć budę.
– Aż tak?
– Mhm. Nie będę czekał, aż wszyscy po kolei padną, a ryzyko jest, bo ten gad wydaje się zaraźliwy jak jasna cholera. Posłuchaj, Izula, na razie zrobimy tak – podjął stanowczo. – Powiesz dziewczynom, że ani dzisiaj, ani jutro mają się nie pojawiać w robocie, jesteśmy w kontakcie telefonicznym, do każdej z was będę dzwonił jutro w trakcie dnia i przekażę, co zdecydowałem. Powiedz im też, że gdyby któraś… tfu, tfu!… miała jakiekolwiek objawy grypy, ma natychmiast do mnie dzwonić z informacją, okej?
– Tak jest, szefie.
– A ty nawtykaj się jakichś witamin, aspiryny i czego tam jeszcze masz na podorędziu, miejmy nadzieję, że się wybronisz. Jeśli nie będzie komplikacji, spotkamy się planowo w piątek – dodał ciszej. – Bardzo mi zależy na tej ostatniej przed twoim wyjazdem sesji filozofii księżycowej i mam nadzieję, że to nam się uda, ale do tego oboje musimy być całkowicie zdrowi. Dlatego proszę, zrób wszystko, co tylko możliwe, żeby nie narażać się na bakcyla, dobrze?
– Dobrze – pokiwała głową. – Naszprycuję się dzisiaj, czym tylko się da, dziewczynom też powiem i będziemy czekać na sygnał od ciebie, co dalej mamy robić.
– Ty na pewno nie będziesz robić już nic – zaznaczył stanowczo. – W tym sensie, że bez względu na moją decyzję przed wyjazdem nie wracasz już do roboty, niech to ci nawet nie przyjdzie do głowy. Natomiast dziewczynom dam znać jutro, zobaczymy jeszcze, jak rozwinie się sytuacja, ale na ten moment nie wygląda to za dobrze… No dobra, kończę, Izulka, ktoś się do mnie dobija – dodał pośpiesznie. – Mam nadzieję, że nie z kolejnymi złymi wieściami. Trzymaj się, jesteśmy w kontakcie.
– Tak jest. W kontakcie. Ty też się trzymaj, szefie.
Połączenie zakończyło się, wróciła więc do dziewczyn i z poważną miną oddała telefon Wiktorii.
– I co? – zagadnęła z niepokojem Klaudia. – Jaka konkluzja?
Iza rozłożyła bezradnie ręce.
– Słyszałyście. Cztery osoby padły na grypę, w tym Chudy. Ma czterdzieści stopni gorączki.
– Ups! – szepnęła Ola.
– No. Szef rozważa zamknięcie knajpy na kilka dni, żeby dalej nie roznosił się ten wirus.
– Jak to? – koleżanki spojrzały po sobie zdezorientowane. – Serio?
– Ale tylko Zamkową chce zamknąć czy Koncertową też? – zapytała Lidia.
– Nie wiem, jutro ma nam powiedzieć. W każdym razie na ten moment rekomendacja jest taka, że mamy zostać w domu i nie przyjeżdżać do pracy bez jego wyraźnego pozwolenia.
Przekazała im dokładne instrukcje od Majka, których dziewczyny wysłuchały w ponurym milczeniu, skrajnie kontrastującym z poprzedzającą jego telefon wesołą atmosferą.
– Wiecie co? – podsumowała Klaudia. – Ja to się w ogóle zastanawiam, czy w tej sytuacji my powinnyśmy tu razem siedzieć. Bo szef dobrze mówi, jeżeli chociaż jedna z nas wczoraj złapała to świństwo, to przecież zaraz wszystkie będziemy chore.
– Też o tym pomyślałam – przyznała Lidia.
– Mnie się po tych wieściach już w ogóle odechciało zabawy – pokiwała głową Ola. – Masz rację, Klaudia, powinnyśmy się rozejść i zwolnić Wice chatę. Jeśli któraś z nas coś ma, to tylko jej tu infekujemy lokację.
– Ja was nie wyganiam – zaznaczyła Wiktoria.
– Ty nie, to my same powinnyśmy się wygonić – odparła Gosia. – Zgadzam się z wami, dziewczyny. Wprawdzie mam nadzieję, że żadna z nas tego nie ma, ale zawsze lepiej dmuchać na zimne, iść do siebie, nawtykać się witamin, jak mówi Iza, nachlać się soku z cytryny i przynajmniej do jutra poddać się kwarantannie. Spóźnionej, wiadomo, ale zawsze lepiej późno niż wcale.
– A z drugiej strony nie dajmy się zwariować – zauważyła przytomnie Iza. – Jeśli coś złapałyśmy, to i tak już jest po wszystkim, możemy liczyć tylko na swoją indywidualną odporność. Ale tymczasem trzeba jakoś żyć… Ja na przykład nie mam czasu na kwarantannę, jutro mam milion spraw do załatwienia, muszę być na uczelni na zajęciach, pozałatwiać papiery, potem mam jeszcze zaplanowane spotkanie z osobą, która będzie w Lublinie tylko przejazdem, a na koniec przedwyjazdowe zakupy z koleżanką. Nie ma opcji, żebym siedziała w domu i zastanawiała się, czy złapie mnie grypa, czy nie. Natomiast oczywiście do pracy lepiej nie zaglądać – zaznaczyła. – Skoro tam mamy już tyle przypadków, to szef ma rację, że trzeba zapobiegać kolejnym. I może na dziś to faktycznie nie jest głupi pomysł? Przerwać zjazd czarownic i rozejść się każda do siebie, żeby zminimalizować ryzyko zarażania się wzajemnie?
– No, dokładnie – pokiwała głową Lidia. – Po takich wieściach chyba wszystkim nam już się odechciało tej imprezy, zresztą i tak zdążyłyśmy fajnie sobie pogadać, nie? A jak słyszę, że Chudy ma taką wysoką gorączkę, to tym bardziej zaczynam się stresować, przecież on w niedzielę i w poniedziałek pomagał nam na Koncertowej…
– No to jazda, wiedźmy, wsiadać na miotły i odlatywać mi stąd! – zawołała energicznie Wiktoria, zrywając się ze swojego fotela. – A sio, a sio mi stąd z tymi zarazkami!
Dziewczyny roześmiały się, choć niezbyt wesoło, i posłusznie zebrały się do wyjścia. Złe informacje z Anabelli wpłynęły na ogólną atmosferę na tyle, że ubierając się w przedpokoju, nie ciągnęły już tematów towarzyskich, a jedynie wymieniały się patentami na najlepszy koktajl witaminowy i techniki wyciskania soku z cytryny, a do tego każda z nich dyskretnie przełykała ślinę, upewniając się, czy przypadkiem nie boli jej gardło.
***
Zgodnie z obietnicą daną Majkowi i koleżankom, w drodze powrotnej od Wiktorii Iza zakupiła sobie cytryny i nowy zapas witamin, które po dotarciu do domu zaaplikowała sobie natychmiast w maksymalnych dawkach. Na szczęście, choć sytuacja w pracy nadal ją niepokoiła, pod wieczór mogła jednoznacznie ocenić, że jej organizm póki co nie wykazywał żadnych objawów choroby.
„Niby to jeszcze nic nie znaczy” – pomyślała z ostrożną ulgą. – „Chudemu czy Pati też rozwijało się przez kilka dni, nie padli od razu, więc i u mnie nic jeszcze nie jest przesądzone. Ale mimo wszystko chyba już bym coś czuła… Nie, nie mogę się rozchorować, po prostu nie mogę! Nie teraz. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jakie to by spowodowało komplikacje w moich i Martusi planach wyjazdowych!”
Leżący przed nią na blacie kuchennego stołu telefon rozświetlił się, emitując sygnał przychodzącego smsa. Majk.
Dorota niestety padła, Antonio też coś mi wygląda niewyraźnie. Jak się czujesz, elfiku?
Bardzo dobrze, nic mi nie jest – odpisała czym prędzej. – A ty?
W porządku, mam nadzieję, że się uchronię. Mogę na chwilę zadzwonić?
Jasne!
Z radością usiadła na krześle, czekając na sygnał przychodzącego połączenia, który odezwał się już w następnej sekundzie. Odebrała natychmiast.
– Hej, elfiku – usłyszała po drugiej stronie ciepły acz wyraźnie zmęczony głos Majka. – Jak tam, już w domu?
– W domu i czuję się znakomicie – zapewniła go uspokajająco. – Zero objawów, jutro planuję normalny dzień, odpadnie tylko, jak rozumiem, wieczór w pracy. No właśnie, jak tam sytuacja na froncie? Mówisz, że Dorota i Antek też wymiękli?
– Wymiękli i jutro żadnej pracy nie będzie – odparł stanowczo. – Przy tylu przypadkach to już nie ma sensu, decyzja jest podjęta. Dzisiaj zamkniemy wcześniej, zabierzemy z Tymem trochę prowiantu z kuchni, żeby nic się nie zepsuło, resztę zabezpieczymy i do poniedziałku robimy kontrolowaną zbiorową kwarantannę. Zapowiedziałem to już wszystkim, którzy pracują dzisiaj, jutro będę obdzwaniał pozostałe dziewczyny.
– To może ja się tym zajmę? – zaproponowała. – Skoro decyzja już jest, to ja je powiadomię, ty masz tam wystarczająco dużo pracy. Tylko żebyś sam się nie zaraził – dodała z niepokojem. – Siedzisz cały dzień na Zamkowej?
– Nie, cały dzień jestem w locie, jeżdżę między Zamkową, Koncertową, domem i urzędami, w międzyczasie wpadłem nawet podlać kwiatki u babci. Na Zamkową wpadam i wypadam, dopiero teraz zjechałem tu definitywnie, muszę dopilnować zamknięcia kuchni i zabezpieczenia żarcia, zaraz będziemy się zastanawiać z Elizą, co dać do magazynku, a co pozamrażać. Faktycznie, Izula, gdybyś mogła powiadomić dziewczyny o decyzji, byłbym ci bardzo wdzięczny… Patrz, nie pomyślałem o tym.
– Zaraz to załatwię – obiecała skwapliwie.
– Dzięki, skarbie. A swoją drogą co wy tam dzisiaj robiłyście w takiej brygadzie? – zaciekawił się. – Umówiłyście się u Wiki na plotki? Czy knujecie coś poważniejszego? Może jakiś spisek przeciwko mnie?
– Ech, nie! – roześmiała się. – Tylko na plotki, nic nie knujemy, po prostu od czasu do czasu organizujemy sobie taki zlot czarownic.
– A, zlot czarownic! – on również parsknął śmiechem. – Faktycznie, wspominałaś o tym.
– Aha. Zwykle robimy to z winkiem, ale dzisiaj Środa Popielcowa, więc ograniczyłyśmy się do soków, kawy i herbaty. A musiałyśmy dzisiaj, bo ja zaraz wyjeżdżam i już nie dało się inaczej.
– Kapuję. Obgadałyście tam pewnie wszystko, co się rusza?
– Mhm. Zwłaszcza facetów, ciebie oczywiście też – zapewniła go wesoło. – Ale niczego ci nie powtórzę, bo to tajne obrady Klubu Zawiedzionych Kobiet i protokół z posiedzenia nie może wyciec na zewnątrz.
Majk roześmiał się.
– Jasna sprawa, nawet nie próbuję dopytywać, wolę zresztą nic o tym nie wiedzieć. Dla mnie najważniejsze jest to, że nadal jesteś zdrowa, słyszę to po twoim głosie i mam nadzieję, że nic się w tym względzie nie zmieni. Jutro na wszelki wypadek robimy sobie jeszcze kwarantannę, ale piątek aktualny, prawda?
– Tak, oczywiście – uśmiechnęła się. – O której będziesz?
– Dostosuję się do ciebie, elfiku. Daj mi znać, kiedy będziesz już spakowana i gotowa do podróży, mogę przyjechać o dowolnej porze. Pamiętaj, że obiecałem ci ukołysanie do snu – zaznaczył żartobliwie. – O ile oczywiście pozwolisz mi na ten zaszczyt.
– A tam zaszczyt – odparła lekceważąco Iza. – Nie przesadzaj. Może osiemnasta? Do tej godziny na pewno ze wszystkim się wyrobię, pytanie tylko, czy wystarczy nam czasu. Wspominałeś, że masz mnóstwo spraw do omówienia.
– Wystarczy, spokojnie – zapewnił ją ciepłym tonem. – Ilość słów niekoniecznie przekłada się na treść, a ja chcę po prostu podzielić się z tobą kilkoma rzeczami, zanim uciekniesz mi na cały miesiąc do Belgii. No i doładować baterie – podkreślił. – Z tym jest jak ze świętą spowiedzią, nie da się tego zrobić przez telefon.
– Prawda – przyznała zdziwiona, że znowu, zupełnym przypadkiem, czytał w jej myślach.
Przypadkiem, nie mógł bowiem wiedzieć, że dziś rano, będąc w kościele na mszy popielcowej, szukała księdza Tomasza, by poprosić go o możliwość spowiedzi. Pełniący dyżur w kancelarii inny kapłan, słysząc, że ma do niego pilną sprawę, oznajmił, że ksiądz Tomasz jest w trakcie wyprowadzki, ponieważ w sobotę kończy się już jego zastępcza posługa w tej parafii, ale że może podać jej do niego numer telefonu. Kiedy jednak dowiedział się, że chodzi o spowiedź, natychmiast wycofał się z tego pomysłu.
A nie, jak spowiedź, to nie przez telefon, tylko bezpośrednio – zaznaczył stanowczo. – Proszę przyjść jutro wieczorem, najlepiej między osiemnastą a dziewiętnastą, albo w piątek koło dziesiątej. W tych godzinach powinien tu być.
Iza podziękowała i zapowiedziała, że nazajutrz ze względu na napięty plan dnia nie da rady, ale zajrzy na pewno w piątek o dziesiątej. Choć był to już ostatni moment przed wyjazdem, miała nadzieję, że sympatyczny ksiądz znajdzie dla niej odrobinę czasu. Coś w głębi duszy podpowiadało jej, że nie musi się o to martwić, bo jeśli ma się z nim spotkać, to los sam o to zadba, ona musi tylko wykazać minimalną inicjatywę.
– Czyli osiemnasta? – upewnił się Majk.
– Osiemnasta.
– Super. To powiadom dziewczyny, a ja… dobra, muszę niestety kończyć, Izula – przerwał sobie stanowczo. – Potwierdź mi tylko smsem, czy wszystkie wiedzą o zamknięciu, okej?
– Tak jest, szefie. Będę meldować. Do zobaczenia.
„Ilość słów niekoniecznie przekłada się na treść” – myślała, mechanicznie powielając i przesyłając do kolejnych koleżanek treść smsa o zamknięciu lokalu od jutra. – „To prawda, promyczku. Tyle że ja właśnie boję się tej treści…”
Wkrótce zaczęły przychodzić smsy zwrotne od koleżanek, które po kolei potwierdzały otrzymanie informacji o przymusowej przerwie w pracy i przy okazji zapewniały ją, że nadal czują się dobrze. Wśród tych smsów pojawił się jednak jeszcze jeden, o zupełnie innej treści, który przyszedł z numeru Magdaleny.
Iza, zmieniły mi się godziny pociągów, możemy jutro spotkać się trochę wcześniej? O 13.00? Pozdrawiam, Madi.
„Hmm” – zastanowiła się Iza, analizując naprędce napięty program jutrzejszego dnia. – „Musiałabym zerwać się z drugiej opisówki, inaczej nie zdążę… Ale w sumie co tam, na jednej i tak będę, a druga nie nie zbawi, potem przecież i tak będzie do nadrobienia cały miesiąc… a dzięki temu wieczorem będziemy mieć z Martusią więcej czasu na zakupy!”
Jasne, Madi, nie ma sprawy – odpisała. – O 13.00 pod Bramą Krakowską.