Anabella – Rozdział CLXXXVII

Anabella – Rozdział CLXXXVII

Mimo że poprzedniego wieczoru Iza zapomniała nastawić budzika w telefonie, w naturalny sposób obudziła się kilka minut po siódmej. Sprawdziwszy godzinę, zerknęła na powiadomienia, które informowały o czterech nowych smsach. Trzy najnowsze pochodziły sprzed zaledwie kilkunastu minut i nadeszły jeden po drugim z numeru Darka.

Monika już wybudzona, podobno jest ok, ale lekarze zabraniają mi do niej wejść.

Wpuścili tylko matkę, ma im nie mówić, że tu jestem.

Szlag mnie trafia. D.

Ostatni, najstarszy, bo wysłany jeszcze wczoraj w nocy, był od Majka.

Iza, mogę oddzwonić? Nie zbudzę Cię?

Westchnęła i pokręciła głową. No trudno. Może dziś wieczorem uda się porozmawiać? Na razie miała na głowie bieżące sprawy, które trzeba było załatwić najpilniej. Monika… Wyrzuty sumienia, pomimo ulgi, że życiu i zdrowiu niedoszłej samobójczyni nie zagraża już niebezpieczeństwo, wciąż dręczyły jej serce. Darkowi niestety nie mogła pomóc, zresztą, choć jej również zależało na rozmowie z Moniką, sama do szpitala też na razie nie miała po co jechać – wszak skoro nie wpuścili do niej jego, to tym bardziej nie wpuszczą i jej.

Cierpliwości, na pewno w trakcie dnia się uda – odpisała mu na pocieszenie. – Trzymaj się i daj znać, kiedy mogę przyjechać. I.

Majkowi też powinna odpisać, ale to za chwilę. Teraz najpilniejszy był Krawczyk. Niedziela to już pojutrze, te trzy dni zwłoki w odpowiedzi nie wyglądały z jej strony elegancko, a do tego miała wątpliwości, czy na pewno uda jej się dotrzymać terminu. A jeśli z jakiegoś powodu będzie musiała dłużej zostać w Korytkowie? Z drugiej strony przed samymi świętami z terminami może być jeszcze ciężej, a przecież ustalili z Pablem, że pójdzie na ten obiad.

„Doba jest stanowczo za krótka” – pomyślała ponuro, otwierając smsa od milionera i wpatrując się w tekst zaproszenia. – „Ale trudno, nie kombinujmy, to sprawa strategiczna.”

Dzień dobry, proszę mi wybaczyć, że odpowiadam z poślizgiem. Dziękuję za zaproszenie, jeśli nadal jest aktualne, przyjadę w niedzielę na 15.00. Pozdrawiam, Izabella Wodnicka.

Uff, wysłane. Teraz numer Majka.

Przepraszam, wczoraj zasnęłam i nie odebrałam smsa. Odezwę się.

Korciło ją, żeby dodać coś jeszcze, jakieś miłe, ciepłe słowo, które mogłoby sprawić, że uśmiechnie się, kiedy będzie odczytywał wiadomość, jednak ad hoc nic nie przyszło jej do głowy. Zresztą na takie słowa trzeba było uważać. Wiadomość poszła zatem w eter w tej formie, a chwilę póżniej ekran rozbłysnął powiadomieniem o odpowiedzi zwrotnej od Darka.

Możesz przyjechać, kiedy chcesz. Ja teraz idę negocjować z lekarzem.

– Negocjuj – westchnęła, podnosząc się, by przebrać się i pościelić łóżko. – Biedaku… i po co wam to było?

Przed oczami mignęła jej twarz Michała z przymrużonymi niebieskimi oczami i typową dla niego niezadowoloną miną rozdawcy łask, a potem śliczna twarz Aliny, na której powoli gasł uroczy uśmiech, gdy w rozmowie z nią odkrywała pierwsze flesze z ciemnej przeszłości swego idealnego Ogóreczka.

„A to dopiero początek, Ali” – pomyślała smutno, wciągając na siebie ubrania. – „Jeśli dla ciebie problemem jest już to, że on miał w przeszłości inne, w tym mnie, to ciekawe, co powiesz na hardkorowy numer z Monią? To przecież kiedyś do ciebie dotrze, nawet jeśli Ogórasek i jego matka będą się starali to przed tobą ukryć.”

Dźwięk powiadomienia. Krawczyk.

Pani Izabello, jak najbardziej aktualne, bardzo się cieszę. Po obiedzie będę wdzięczny za rozmowę w cztery oczy. Kłaniam się uniżenie, do zobaczenia w niedzielę. SK.

Wydęła lekko wargi, odkładając telefon, i przeczesawszy włosy wyjętą z szuflady szczotką, udała się na śniadanie do kuchni, gdzie panował remontowy rozgardiasz, Robert bowiem uparł się, że przed świętami odświeży trochę pomieszczenie i zamontuje Amelii zmywarkę.

***

W sklepie, do którego Iza zajrzała, by zobaczyć się z Agnieszką, było kilku klientów, których obsługiwały na parterze Zosia i Weronika. Wczorajsze słowa Amelii potwierdzały się całkowicie – o ile Zosia przywitała ją pogodnym uśmiechem, o tyle Weronika wyglądała, jakby nie tylko nie przespała nocy, ale jakby wręcz ją przepłakała. Na widok Izy zmieszała się i tylko skinęła jej głową, z wyraźną ulgą przyjmując fakt, że ta wdała się w pogawędkę z klientami z sąsiedztwa, w tym z obecną akurat na zakupach panią Marczukową.

– Ja słyszałam, Izabelko, że ty wczoraj byłaś w szpitalu u Monisi Klimek, tak? – zagadnęła sąsiadka, odciągając ją na stronę. – Jadzia mówiła nam dzisiaj przez telefon, że już jest przytomna i stabilna po stracie krwi, tylko ta rana na ręce ją boli, ale to się wyleczy. Za to psychika? Coś strasznego. Biedna ta dziewczyna, oj, biedna… Podobno ten jej chłopiec też przyjechał. Widziałaś go tam wczoraj?

– Tak, widziałam – potwierdziła grzecznie.

– Ciekawe, skąd się dowiedział? – zastanawiała się Marczukowa. – Może od niej? Pewnie jakąś wiadomość mu wysłała tuż przed tym, jak… ech, co to się porobiło! – pokręciła głową z zafrasowaniem. – Biedna Jadzia, biedny Grzesio, tak mi ich szkoda! Ale ten chłopiec to też. Sama popatrz, Izabelko, ludziska tak na nim psy wieszali, już linczować go chcieli, a on przecie niewinny!

Pozostali klienci wyszli ze sklepu, kłapiąc szklanymi drzwiami, i przy pobliskiej ladzie została tylko Weronika zajęta wymienianiem rolki papieru w kasie fiskalnej.

– A wszystko przez Michała Krzemińskiego – ciągnęła z dezaprobatą Marczukowa, poprawiając w ręce torbę z zakupami. – Ja nie wiem, co ten chłopak ma w głowie, żeby tak się zachowywać! Toż on żadnej nie odpuści, każdej nakłamie, żeby tylko swoje dostać, a potem tylko z tego same nieszczęścia! Ty to przynajmniej rozum w głowie masz i nie dałaś się na niego nabrać – pochwaliła ją – ale że Monika? Jadzia w szoku, bo on nic a nic Moniki nie obchodził, nieraz nawet sobie z niego żartowała, a tu nagle takie coś? Chyba ją czymś upił albo zaczarował!

Iza pokiwała smutno głową.

– A Krzemińska już go prawie z tą panną od hoteli ożeniła – dodała kpiąco Marczukowa. – Zaręczyny mieli robić na święta, słyszałaś o tym? Nie? – zdziwiła się, widząc, że Iza kręci przecząco głową. – Amelka ci nie mówiła?

– O planach zaręczynowych coś wspominała – przyznała z oporem Iza. – Ale że to miało być już na święta, to nie.

– A no widzisz! – zatriumfowała sąsiadka. – W Wigilię mieli plan! Ale nie tutaj, w Korytkowie, tylko do tamtych mieli jechać, znaczy do rodziców dziewczyny. Chcieli to załatwić, póki Roman Krzemiński na chodzie, bo potem jedzie na operację i nie wiadomo, ile będzie się po tym zbierał. A ślub miał być w wakacje, tylko czy teraz, po tej aferze, panna jeszcze będzie go chciała? Ja bym na jej miejscu w diabły go rzuciła!

Niefortunnie upuszczona szpulka z papierem z kasy fiskalnej stuknęła o podłogę i potoczyła się na środek sklepu. Spłoszona Weronika wybiegła zza lady i rzuciła się, by ją pozbierać, co stało się dla Marczukowej naturalnym sygnałem do odwrotu.

– Ale już nie będę wam przeszkadzać w pracy, lecę obiad gotować – podsumowała, zmierzając do drzwi. – Powiedz mi tylko, Izabelko, na długo tu u nas zostajesz?

– Tylko do jutra – odparła Iza.

Jednocześnie zerknęła na Weronikę, zaniepokojona jej zachowaniem, dziewczyna bowiem, podniósłszy się, wytarła sobie szybko dłonią oczy i porzucając rolkę na ladzie obok otwartej kasy, uciekła na zaplecze. Czyżby znowu płakała? Stojąca przy drugiej kasie Zosia wyjrzała zza swojej lady w stronę okna, by sprawdzić, czy nie nadchodzą jacyś nowi klienci, po czym, nie widząc nikogo na horyzoncie, cichutko podążyła za nią.

– Do jutra? – zmartwiła się Marczukowa. – To nawet na weekend nie zostaniesz?

– Niestety nie mogę – odparła Iza. – Muszę wrócić do pracy, wzięłam tam wolne tylko na dwa dni, a w niedzielę mam w Lublinie jeszcze inne ważne spotkanie. Ale do świąt już przecież niedaleko – uśmiechnęła się. – I wtedy przyjadę na dłużej.

Kiedy Marczukowa po długim i wylewnym pożegnaniu wreszcie opuściła sklep, Iza czym prędzej udała się na zaplecze. Zgodnie ze swoją obawą, zastała tam płaczącą, roztrzęsioną Weronikę i próbującą ją pocieszać Zosię, która, stojąc nad krzesłem, na którym siedziała koleżanka, nieśmiało gładziła ją po włosach.

– Wera, co się stało? – zapytała łagodnie Iza, podchodząc do nich. – Mogę ci w czymś pomóc?

– Nie, nie… – pokręciła głową spłoszona jej obecnością Weronika, podrywając się z miejsca i obydwiema dłońmi ocierając sobie zapłakane oczy. – Ja już… już nic… nic. Już wracam na kasę.

W tym momencie szczęknęły drzwi wejściowe do sklepu.

– Ja pójdę – zgłosiła się natychmiast Zosia, po czym, wymieniwszy z Izą znaczące spojrzenia, pobiegła obsłużyć klienta.

Iza sięgnęła do torebki po paczkę chusteczek i podała jedną Weronice.

– Masz.

– Dziękuję – szepnęła dziewczyna, osuszając nią sobie szybko oczy i nos. – Już w porządku, mogę wracać.

– Na pewno? – zapytała z troską, kładąc jej dłoń na przedramieniu, które, jak zauważyła, mocno drżało. – Nie bój się, nie będę dopytywać, co się stało, ale przecież widzę, że coś jest nie tak. Nie możesz iść za ladę taka roztrzęsiona… Zostań tu jeszcze trochę i uspokój się – dodała łagodnie, wręczając jej kolejne dwie chusteczki i chowając resztę. – Ja zastąpię cię parę minut na kasie, okej? Nie mogę długo, bo chcę jeszcze na chwilę wejść na górę i porozmawiać z Agnieszką, a potem jadę do Radzynia, ale przez dziesięć, piętnaście minut nie ma problemu. Zgoda?

– Tak – szepnęła Weronika, rozpościerając chusteczkę i chowając w niej twarz. – Dziękuję… i przepraszam.

– Nie przepraszaj, Werciu – odparła ciepło Iza. – Każdemu zdarzają się w życiu ciężkie chwile, ja to przecież rozumiem, moja siostra też. Słyszałam zresztą, że jesteś świetnym pracownikiem, hmm? – uśmiechnęła się, próbując zajrzeć jej w oczy, które dziewczyna uparcie odwracała. – Amelia bardzo cię chwali, a ja jestem z ciebie dumna, bo to przecież ja przyjęłam cię do pracy, pamiętasz?

Weronika pokiwała głową i zza chusteczki rozległo się nowe chlipnięcie.

– No, już dobrze – ciągnęła łagodnie Iza, przysuwając się do niej i obejmując ją ramieniem. – Jeśli potrzebujesz się wypłakać, to zrób to tutaj, na razie Zosia sobie radzi, ja za chwilę też tam pójdę i ogarniemy, co trzeba. Ale jeśli mogę pomóc ci jakoś inaczej, to mów.

– Nie, nie – pokręciła głową Weronika. – Naprawdę nie.

– No dobrze – westchnęła Iza, cofając rękę. – W każdym razie, gdyby coś trzeba było, dzisiaj czy kiedykolwiek, pamiętaj, że zawsze możesz zwrócić się o pomoc do mojej siostry. Do mnie oczywiście też, o ile będę w Korytkowie, ale zwłaszcza do niej. Hmm? W każdej sprawie – podkreśliła. – I nie bój się tego, pamiętaj.

– Dobrze – wyszeptała dziewczyna, kiwając głową.

Widząc, że nie chce z nią rozmawiać, Iza, zgodnie z obietnicą, pozostawiła ją na zapleczu, by mogła się uspokoić, a sama wróciła do Zosi, która na szczęście miała tylko jednego klienta – jakiegoś nieznajomego mężczyznę, zapewne gościa z hotelu Krzemińskich. Kiedy wyszedł, skorzystała z tego, że zostały z Zosią same, odciągnęła ją w najdalszy kąt za ladą i przyciszonym tonem zagadnęła o Weronikę.

– Nie wiem, dlaczego tak płacze – odparła równie cicho Zosia. – Nikomu nic nie mówi. To się zaczęło z tydzień temu, a wczoraj było najgorzej… no i dzisiaj.

– Może przez jakiegoś chłopaka? – poddała Iza, wspominając sugestie Amelii.

– Nie wiem – powtórzyła konspiracyjnie Zosia. – Naprawdę nie wiem, Iza. Tutaj przychodzi dużo chłopaków, zwłaszcza z hotelu, niektórzy lubią kupować u Werki i ją podrywają, ale nigdy nie widziałam, żeby z kimś się umówiła. Zresztą ci z hotelu są tu krótko, tydzień, dwa i znikają. A z Korytkowa albo z innych wiosek, to… no ten Marcin Cieślik z Sokółki to tak – zniżyła głos do szeptu. – On tu często zagląda i zawsze staje w kolejce do Werki, ale ona go nie trawi. Wiem to na sto procent, mówiła mi – zaznaczyła. – Więc jeśli przez kogoś płacze, w sensie przez chłopaka, to na pewno nie przez niego.

– Okej – machnęła ręką Iza. – Tak tylko zapytałam, ale skoro nikt ci się nie kojarzy, to zostawmy to. Może to jakieś sprawy rodzinne? Nie musi nam się tłumaczyć. Powiedz mi lepiej, jak ty się czujesz – spojrzała na nią znacząco. – Wyglądasz super, więc mam nadzieję, że już jest lepiej, hmm?

Zosia uśmiechnęła się smutno.

– Tak… lepiej – przyznała. – Dużo lepiej, dziękuję.

– Ale jeszcze nie całkiem dobrze? – zastrzegła Iza, przyglądając jej się czujnie.

– Jeszcze nie – zgodziła się. – Ale już prawie.

Na kilka sekund zapanowała niezręczna cisza.

– Po prostu… – podjęła cichutko Zosia – ja już zrozumiałam, że to i tak nie miałoby sensu. Nie mogę powiedzieć, że już w ogóle nie boli, ale przynajmniej wiem, że robię dobrze. Tak jak mówiłaś wtedy… że trzeba zapomnieć i nie płakać po nim… no to ja może jeszcze nie umiem zapomnieć, ale przynajmniej już nie płaczę. Więc chyba jest lepiej.

– Tak – Iza pogładziła ją przyjaznym gestem po ramieniu. – To ogromny postęp, Zosieńko. Jesteś bardzo dzielna, wiesz? Złamane serce skleja się trudno, ale ty jesteś na najlepszej drodze i niedługo będziesz całkiem wolna, zobaczysz. Jeszcze sama będziesz się dziwić swojemu zaślepieniu, tak jak ja dzisiaj dziwię się własnemu sprzed lat.

– Ach, tak, słyszałam! – podchwyciła żywo Zosia, podnosząc na nią znaczące spojrzenie. – Ten Krze… no, wiadomo… – poprawiła się ze zmieszaniem – jest po prostu okropny, żeby takie rzeczy robić. Bardzo mi szkoda tej Moniki – dodała smutno. – Ale wczoraj, jak o tym usłyszałam, to najpierw pomyślałam o tobie i o tym, co mi mówiłaś. Podziwiam cię, że umiałaś zerwać to w porę. Jesteś bardzo mądra, Iza. Ja też chciałabym taka być.

– O nie, Zosieńko – uśmiechnęła się ze smutnym pobłażaniem Iza. – Mądra to ja nie jestem, niestety. Byłabym mądra, gdybym w ogóle się w to nie pakowała, a przynajmniej zamknęła to od razu, kiedy ten człowiek po raz pierwszy zawiódł moje zaufanie. A ja niczego się wtedy nie nauczyłam, tylko bez sensu ciągnęłam to latami. Dlatego podzieliłam się z tobą swoim smutnym doświadczeniem jako ostrzeżeniem, żebyś nie szła tą drogą, i mam nadzieję, że to ci się uda.

– Uda się – zapewniła ją z przekonaniem Zosia. – Dziękuję ci, Iza. Ja nie jestem aż taka głupia, żeby nie skorzystać z twojej rady, bardzo jej potrzebowałam i teraz już sobie poradzę. Widzę przecież, że on jest taki sam jak ten… Krzemiński – tym razem odważyła się wyszeptać to nazwisko. – To przecież jego kolega, a poza tym… on był tutaj tylko na wakacjach. Jak teraz patrzę na tych facetów z jego hotelu, co przychodzą podrywać Werkę… czasem nawet któryś próbuje i mnie – uśmiechnęła się z zażenowaniem – to widzę, jakie to jest bez sensu. Jeden taki, co niedawno chciał mnie zaprosić na wieczór, miał na palcu obrączkę, więc wiadomo, że tylko szukał przygody. I nawet tej obrączki nie zdjął.

– A tak, bywają i takie bezczelne cwaniaki – zgodziła się Iza, mimo woli wspominając scenę z Szymkiewiczem w szpitalnej windzie. – Oni nie mają szacunku do nikogo.

– Są tutaj tydzień albo dwa, a potem wyjeżdżają i już nigdy nie wracają – ciągnęła Zosia. – Dokładnie tak jak on. Bo przecież jemu chodziło o to samo, zabawił się tylko ze mną na wakacjach i wrócił do siebie. Po prostu. Teraz już to rozumiem, ale wtedy tego nie wiedziałam i zakochałam się jak głupia. To było takie… cudowne – szepnęła smutno. – Ale trudno. Jakoś się wyleczę.

– Wyleczysz się na pewno – powiedziała ciepło Iza. – I na drugi raz będziesz miała dystans do takich sezonowych podrywaczy.

A jednak, mówiąc to, poczuła na sercu smutny ciężar. Przed oczami zamajaczyła jej pobladła twarz Zbyszka i breloczek z czterolistną koniczynką, który nerwowo obracał w palcach. Owszem, był sezonowym podrywaczem, sam tego nie ukrywał, podobnie jak tego, że na dłuższą metę nie miałby Zosi nic do zaoferowania, ale to wcale nie znaczyło, że ta wakacyjna przygoda w Korytkowie spłynęła po nim jak woda po kaczce. Czy jednak mogła powiedzieć o tym Zosi? To by ją na pewno dowartościowało, odrobinę osłodziło przeżyty ból i poczucie upokorzenia, ale co z tego? Dla leczenia złamanego serca byłoby tylko niepotrzebną dywersją, która znacząco opóźniłaby proces powrotu do pełni zdrowia.

– A powiedz mi, Iza… co u niego? – zapytała cichutko Zosia.

– Wszystko w porządku – odparła lekko. – Studiuje, działa, pisze pracę licencjacką, bo już powoli kończymy studia, poza tym ostatnio byliśmy całą bandą na weselu koleżanki z roku… nic szczególnego. Miał też z chłopakami pierwszą rozprawę po tym wypadku – dodała, ruchem głowy wskazując na schody prowadzące na pierwsze piętro, gdzie swoje stoisko obsługiwała Agnieszka. – Nadal ma wyrzuty sumienia, że tak to się skończyło, chociaż jako pasażer nie jest oskarżony, ma tylko status świadka. I co więcej?… Hmm. Chyba już nic.

– No tak – szepnęła Zosia, szkicując na wargach blady uśmiech. – Po prostu normalne życie.

– Mhm. Standardowe życie studenckie, bo ja się z nim widuję tylko na uczelni, a co robi poza, to nie wiem. Stałej dziewczyny raczej nie ma – zaznaczyła, wiedząc, że to dla Zosi najważniejsza informacja, choć wstydzi się o to zapytać. – Ale takie dorywcze, to owszem, nawet z jedną z nich był na tym weselu.

– No tak – powtórzyła cicho Zosia, wpatrując się w czubek swego buta. – Rozumiem. Dziękuję ci, Iza.

Drzwi do sklepu szczęknęły i do środka weszła grupka klientów, więc dziewczyna czym prędzej podążyła objąć swoje stanowisko przy kasie, zaś Iza stanęła przy drugiej. Nim jednak zdążyła przyjąć pierwszego klienta, z zaplecza wróciła Weronika, dając jej milczący znak, że zajmie się sprzedażą. Iza równie milcząco ustąpiła jej miejsca, kwitując to tylko życzliwym uśmiechem, którego tamta chyba zresztą nawet nie zauważyła.

„Obie biedne” – pomyślała smutno, wspinając się po schodach na pierwsze piętro. – „Tylko że Zosia jest już na prostej do wyleczenia, a Wera ewidentnie ma jakiegoś świeżego mega doła. Chociaż oczywiście to wcale nie musi być przez chłopaka.”

– Iza! – ucieszyła się na jej widok Agnieszka, która w chwili, gdy Iza dotarła na górę, była zajęta układaniem jakichś buteleczek na najniższej półce wielkiego regału.

Wybiegła szybko zza lady i uściskały się serdecznie.

– No, cześć, Aguś… jak ty ślicznie wyglądasz! – zauważyła z radością Iza, przyglądając się jej rozpromienionej twarzy o zdrowej cerze i lśniących oczach. – Aż trudno cię poznać! Czyżby to była sprawka jakiegoś dżentelmena? – zażartowała.

– Oczywiście! – zaśmiała się Agnieszka, lekkim ruchem ręki odrzucając na plecy lśniącą kaskadę rozpuszczonych blond loków. – Jest taki jeden przystojniak, który codziennie mnie uszczęśliwia! Zaraz ci go pokażę, siedzi sobie w kojcu na zapleczu.

Roześmiały się obie, po czym jak na komendę spoważniały, lustrując się wzrokiem.

– Słyszałam, że byłaś wczoraj u Moniki – powiedziała cicho Agnieszka.

– Mhm – skinęła głową Iza. – I dzisiaj też pojadę, czekam tylko na sygnał, kiedy będzie można do niej wejść. Muszę z nią porozmawiać.

– Straszne, nie? – pokręciła głową Agnieszka. – W jakiej trzeba być desperze, żeby zrobić coś takiego… Ja nie powiem, że nie miałam takich myśli zaraz po tym, jak Rafał mnie rzucił, bo miałam – zaznaczyła. – Ale jednak w życiu nie miałabym odwagi, żeby przejść do czynów. I to jeszcze w taki sposób, ciachnąć się nożem… brr! Biedna Monia.

– Biedna – przyznała smutno Iza.

– A Michała to ja nawet nie chcę komentować, bo mnie normalnie szlag trafia, jak tylko o tym pomyślę – dodała ostrzej Agnieszka. – Tylko wstyd mi jak diabli, że swego czasu sama się złapałam na tego debila, a przez to zawiodłam twoje zaufanie i na tak długo zniszczyłam przyjaźń z tobą. Iza… moja kochana – dodała, obejmując ją obydwoma ramionami. – Jak ja się cieszę, że ty też się w końcu od tego gnojka uwolniłaś!

– Ja też się cieszę, Aga – szepnęła Iza, chętnie odwzajemniając jej uścisk.

Stały przez chwilę w milczeniu przytulone, po czym, odsunąwszy się od siebie, znów spojrzały po sobie, tym razem z uśmiechem. Jako że na górze nadal nie było klientów, Agnieszka chwyciła ją energicznie za rękę i pociągnęła na zaplecze.

– A teraz coś zobaczysz – szepnęła jej z uśmiechem, naciskając klamkę. – Uwaga! To moja niespodzianka!

Na przestronnym zapleczu, w miejscu, gdzie wcześniej stało niemowlęce łóżeczko, rozstawiony był obszerny kojec wyłożony materacami i pełen zabawek, wśród których, zajęty wertowaniem książeczki ze zwierzątkami, siedział mały Pepuś ubrany w ciepły niebieski kombinezon. Chłopiec, liczący sobie już prawie dziesięć miesięcy, urósł wyraźnie od ostatniego razu, kiedy Iza go widziała, a miękki puszek na główce zagęścił mu się, powoli zaczynając zmieniać się w złociste loczki, bardzo podobne do włosów Agnieszki. Na widok wchodzącej matki podskoczył z radością, natychmiast odrzucił książeczkę i wyciągnął do niej obie rączki.

– Mama! – zawołał czystym dziecięcym głosikiem, prezentując w szerokim uśmiechu dwa białe dolne ząbki. – Mama!

– Ach, jak ślicznie mówi mama! – zdumiała się Iza.

Agnieszka schyliła się nad kojcem, wyciągnęła garnące się do niej dziecko i przytuliła, całując je po główce.

– Tak, mama! – powiedziała z dumą. – Mój mały łobuz pięknie mówi mama! I to jest właśnie moja niespodzianka! Wiedziałam, że od razu pochwalimy się cioci, jaki z nas spryciarz, ha! Zobacz, skarbie – wskazała na swą towarzyszkę. – To jest ciocia Iza.

Iza ukłoniła mu się z uśmiechem. Pepuś popatrzył na nią skupionym wzrokiem z wysokości ramion matki i wyciągnąwszy ku niej rączkę, poruszył bezgłośnie ustami, jakby próbował wyartykułować usłyszane imię. Roześmiały się obie.

– Moje słonko! – szepnęła z czułością Agnieszka, znów tuląc do siebie małego i całując go po główce. – Nie pamiętasz cioci, ale to nic, jeszcze się zakumplujecie. Ale teraz wracaj do swoich książeczek – dodała z powagą, odkładając go do kojca, gdyż na schodach prowadzących na górę rozległy się kroki klientów. – Mama musi iść do pracy.

– Ja z nim zostanę – zaoferowała się natychmiast Iza. – I poczekam tu na ciebie.

– Super, dzięki! – uśmiechnęła się Agnieszka, pośpiesznie wychodząc z zaplecza.

Mały Pepuś bez oporu pozwolił się posadzić w kojcu i jak zauważyła Iza, w ogóle nie przejął się zniknięciem mamy, lecz posłusznie wrócił do odłożonej książeczki. Co więcej, obecność obcej osoby bynajmniej go nie stresowała, widać było, że jest do tego przyzwyczajony.

– Muu! – powiedział, wskazując paluszkiem na krówkę na obrazku i podnosząc na nią swe niebieskie oczka. – Muuuu!

– Tak, krówka – uśmiechnęła się Iza, przyklękając obok kojca. – Krówka robi muu. A co masz tutaj? – wskazała na obrazek kota.

– Miau! – odpowiedział natychmiast Pepuś.

– Kotek miau! Ślicznie! – pochwaliła go zachwycona tą rezolutną odpowiedzią. – A tu?

– Hau! – szczeknął zabawnie chłopiec, naśladując psa. – Hau, hau!

– Tak jest, piesek! Piesek hau-hau! Pięknie!

Nim Agnieszka zdążyła obsłużyć klientów i wrócić na zaplecze, cała książeczka została wspólnie obejrzana, a uroczy chłopczyk do reszty oczarował Izę. Uradowana, że w rozwoju umysłowym dziecko nie wykazywało żadnych deficytów po wakacyjnym wypadku, podzieliła się swym zachwytem z pękającą z dumy matką, która zastrzegła jednak, że od strony fizycznej już nie było tak różowo. Co prawda Pepuś umiał raczkować, czego po zakończeniu zabawy z książeczką nie omieszkał zaprezentować Izie naocznie, przemieszczając się po całym kojcu, jednak widać było niedowład prawej nóżki, którą ciągnął za sobą, opierając się głównie na lewej.

– Przed nami jeszcze długa rehabilitacja – westchnęła Agnieszka. – Pewnie całe lata, bo tego się tak szybko nie wyprowadzi. O ile w ogóle… Ale i tak jestem szczęśliwa, że to się tylko tak skończyło.

Powracająca przy tej okazji sprawa wypadku sprowokowała rozmowę na temat rozprawy sądowej, która odbyła się pod koniec listopada bez udziału Agnieszki, to zaś dało Izie sposobność do przekazania jej prośby dotyczącej Zbyszka.

– Jasne, Iza – obiecała bez wahania. – Mam nadzieję, że nie będę miała okazji go oglądać, ale nawet gdyby, to ani jemu nie dam do niej kontaktu, ani jej nie będę o tym mówić. Pff! – prychnęła z oburzeniem. – Następny nieodpowiedzialny gnojek!

W przerwach między obsługą klientów porozmawiały jeszcze na kilka innych tematów, głównie o Monice, której Agnieszka współczuła całym sercem i ani trochę jej nie potępiała, po czym Iza zagadnęła ją o remont prowadzony w nowym mieszkaniu. Jak zapewniła ją z entuzjazmem Agnieszka, szedł on pełną parą, a właściwie lokal był już wykończony i trwał etap meblowania, co uprawdopodabniało jej ambitny plan wprowadzenia się tam w okolicach Bożego Narodzenia.

– Przed świętami albo tuż po, ale na pewno jeszcze w grudniu – oznajmiła z oczami błyszczącymi nieukrywaną radością. – Wstawimy tylko meble, dodatki będę sobie dokładać potem. Jeszcze parę drobiazgów w kuchni i łazience zostanie do wykończenia na później, ale co tam! Urządzać sobie dom to jest taka niesamowita frajda!

– To prawda – uśmiechnęła się Iza. – Wiem coś o tym.

– To jest dla mnie jak bajka – ciągnęła rozpromieniona Agnieszka. – Ciągle nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, jestem wam za to taka wdzięczna! Wreszcie będę u siebie, zawsze tak o tym marzyłam… Pani domu, to brzmi dumnie! – zaśmiała się, kładąc sobie rękę na sercu. – Ale wybacz, Izunia, że na razie ci go nie pokażę – zastrzegła przepraszającym tonem. – Chciałabym się pochwalić dopiero, jak będzie gotowe, dobrze?

– Oczywiście, Aguś – zapewniła ją wesoło Iza. – Ani mi w głowie wpychać się w odwiedziny przed godziną zero!

– Amelia i Robert już je widzieli – zaznaczyła Agnieszka. – Ale jeszcze przed meblami, jak były gołe ściany. Tak naprawdę to tylko chłopaki są na bieżąco, znaczy Piotrek, Konrad i Wojtek – doprecyzowała. – Bo oni mi we wszystkim pomagają, bez nich nie byłoby szans.

– Aha. Słyszałam, że zwłaszcza Piotrek? – zauważyła niewinnie Iza, zerkając na nią spod oka.

– Tak – odparła Agnieszka, a jej rozjaśnioną twarz osnuła lekka chmura. – Chociaż z nim to nie jest takie proste… Nadal mam wyrzuty sumienia, wiesz? – dodała ciszej. – I to coraz większe.

– Przez ten dług wdzięczności? – domyśliła się.

– Mhm, też. Ale jeszcze bardziej przez to, że nie umiem się z nim dogadać – westchnęła Agnieszka. – Nie wiem, co ze mną jest nie tak, Iza, ale on ostatnio strasznie działa mi na nerwy. Niby rozumiem, że powinnam być dla niego miła i staram się, jak mogę, przecież tyle mi pomaga, w remoncie i przy Pepciu… jestem mu za to naprawdę bardzo wdzięczna. Ale czasem po prostu nie mogę… – pokręciła głową. – Już kilka razy tak się na niego wydarłam o jakąś mało ważną bzdurę, że potem sama sobie się dziwiłam. I z jednej strony jest mi za to potwornie wstyd, a z drugiej nic nie mogę na to poradzić. To jest silniejsze ode mnie.

– Ale co on takiego robi, że tak cię wkurza? – zapytała z łagodnym zdziwieniem Iza.

– Nie wiem – rozłożyła ręce Agnieszka. – Niby nic. Po prostu patrzę na tę jego brodatą gębę i szlag mnie trafia, tak zupełnie bez powodu. No… może czasem irytuje mnie to, że za bardzo się wtrąca w sprawy Pepcia – dodała z zastanowieniem. – Ale w sumie, jak tak spojrzeć sprawiedliwie, to w pewnym sensie ma do tego prawo, poza tym wiem, że chce dla niego jak najlepiej. Pepcio go uwielbia, super razem się bawią, a tych godzin, kiedy Piotrek robi z nim ćwiczenia, żeby rehabilitować nóżkę, to ja nawet nie policzę. Obiektywnie jest aniołem cierpliwości i dobroci, tylko ja… Nie wiem, Iza – westchnęła. – Problem jest ewidentnie po mojej stronie.

Iza milczała, przyglądając się uważnie jej zafrasowanej minie.

– Zwłaszcza że ja już nawet nie myślę o nim w kategoriach długu wdzięczności, wiesz? – podjęła po chwili Agnieszka. – Bo ty miałaś rację, kiedy mówiłaś, że on tego wszystkiego nie robi dla mnie, tylko dla Pepunia. Tak właśnie jest. On pomaga mi tylko i wyłącznie ze względu na niego, ja sama jestem z tego wyłączona… i w sumie właśnie to mnie ratuje. Inaczej chyba nie wytrzymałabym psychicznie.

– A może właśnie to cię wkurza? – poddała z namysłem Iza.

– Co? – zdziwiła się Agnieszka.

– No to, że… e, nie wiem! – machnęła ręką, zgubiwszy uciekającą myśl, która na krótką chwilę jej się nasunęła. – Nieważne. Przecież i tak się dogadujecie, nie? Dla dobra Pepcia, nawet jak się pokłócicie, to szybko się godzicie i współpracujecie dalej.

– No… tak – zgodziła się Agnieszka, zerkając z czułością na buszującego po kojcu synka. – To prawda.

– I to jest najważniejsze – podsumowała ciepło Iza. – Słuchaj, Aga, muszę się już powoli zbierać. Pogadamy o tym dłużej, jak przyjadę na święta, dobrze? Pozdrów ode mnie Piotrka, gdybym go dzisiaj nie spotkała, a Pepcio… Mogłabym go przytulić? – zapytała przymilnie. – Chociaż na chwilkę.

Agnieszka z uśmiechem pokiwała głową i schyliwszy się nad kojcem, wyciągnęła do dziecka obie ręce.

– Pepi, chodź do mamy!

Chłopiec zaśmiał się radośnie na ten znak i raczkując, po dwóch sekundach znalazł się przy niej, również wyciągając rączki.

– Mama!

– O, i masz! – zaśmiała się wzruszona Agnieszka, wyciągając go, tuląc i podając Izie. – No co, łobuziaku? Idź na chwilę do cioci, to twoja chrzestna, wiesz? Jasne, Iza – dodała, poważniejąc. – Jesteśmy w kontakcie, mam nadzieję, że następnym razem będę już mogła zaprosić cię do siebie i wtedy na spokojnie sobie pogadamy. Pozdrowię od ciebie Piotrka, a ty pozdrów ode mnie Monikę, dobrze? Ze mną nie chciała gadać, ale to nic… niech przynajmniej wie, że jestem po jej stronie. Bezwarunkowo – zaznaczyła. – Cokolwiek by na nią nie nawalały te plotkary z Korytkowa.

***

Kiedy Iza dotarła na hol szpitala, wezwana smsem przez Darka, dostrzegła go natychmiast, bowiem, jako że noc spędził na miejscu, był ubrany dokładnie tak samo jak wczoraj. Nie był jednak sam – jak zauważyła z daleka, towarzyszyła mu Klimkowa oraz ciemnowłosy mężczyzna, w którym dopiero po kilku sekundach zastanowienia rozpoznała Marcina, brata Moniki. Wszyscy troje siedzieli w kącie holu na krzesłach ustawionych w trójkąt i pochyleni ku sobie intensywnie nad czymś deliberowali.

„Nie będę im przeszkadzać” – postanowiła, dyskretnie wycofując się za załom korytarza. – „Poczekam tutaj, a przy okazji skołuję sobie fartuch i ochraniacze. Gdzieś tu chyba stał ten automat…”

Zajęta zakupem obowiązkowych środków ochronnych kątem oka zauważyła, że w głębi korytarza, gdzie, jak pamiętała, znajdował się oddział intensywnej terapii, wszczął się ruch i ekipa ubranych na czerwono ratowników, która najwyraźniej przyjechała przed chwilą karetką, pośpiesznie transportowała łóżko na kółkach z pacjentem przykrytym złotą folią. Jeden z nich niósł nad nim podłączoną kroplówkę.

„Pewnie z jakiegoś wypadku” – wzdrygnęła się mimo woli na wspomnienie małego Pepusia leżącego bezwładnie w trawie. – „Takie rzeczy zdarzają się przecież codziennie. Zresztą wczoraj pewnie tak samo przyjechała tu Monia…”

Zapłaciwszy za ochraniacze i jednorazowy fartuch, cofnęła się od automatu, by zerknąć na Darka i Klimków. Nadal rozmawiali, przy czym widać było, że mówi głównie Darek, zaś matka i brat Moniki przysłuchiwali mu się uważnie z bardzo poważnymi minami. Odwróciła się zatem w stronę korytarza, zastanawiając się, gdzie poczekać na Darka, nie chciała bowiem, żeby ją zauważył i przez to poczuł się zobligowany do przerwania rozmowy. W zawahaniu przeszła kilka kroków w głąb korytarza, lecz na widok zbliżających się stamtąd dwóch ratowników z ekipy, która przed chwilą wiozła pacjenta, zawróciła znów w stronę holu i przystanęła pod ścianą, chowając do torebki zakupione przed chwilą ochraniacze.

„Założę dopiero, jak pozwolą wejść do Moni na oddział” – pomyślała. – „Ciekawe, jak zareagowała na widok Darka. Mam nadzieję, że nie będzie miała mi za złe, że go powiadomiłam…”

Urwała myśl, bowiem w tym momencie, odruchowo podniósłszy głowę na dźwięk zbliżających się kroków ratowników w czerwonych kostiumach, napotkała wzrok jednego z nich – był to Szymkiewicz.

„O cholera!” – mignęło jej w głowie.

Ponieważ mężczyźni znaleźli się już na wysokości miejsca, w którym stała, skinęła mu tylko lekko głową i czym prędzej, nie odwracając się, ruszyła w przeciwnym kierunku, w głąb korytarza. Znajdowała się tam poczekalnia z kanapą dla pacjentów, gdzie wczoraj rozmawiała z Darkiem. Zdenerwowana tym niespodziewanym i jakże niepożądanym spotkaniem usiadła na brzegu kanapy i wyciągnęła telefon, by napisać do niego sms.

Jestem już w szpitalu, widziałam, że rozmawiasz na holu, daj znać, jak będziesz wolny. Nie śpiesz się, poczekam. Iza.

„A niech go!” – myślała z irytacją, wklepując wiadomość w okienko edycji. – „Akurat musiał się napatoczyć! To się nazywa mieć pecha! Mam nadzieję, że jest na mnie śmiertelnie obrażony i nie będzie mnie tu szukał. Jeszcze tylko tego by mi brakowało!”

Wysławszy wiadomość, wciąż drżącymi ze zdenerwowania palcami otworzyła skrzynkę odbiorczą, bowiem powiadomienie na pulpicie informowało o kilku nieodebranych smsach, które nadeszły w ciągu ostatniej godziny. Pierwszy był od Madi.

Iza, wybieram się do Lublina pod koniec przyszłego tygodnia. Mogłybyśmy się zobaczyć? Mam sprawę. Ściskam, Madi.

Oczywiście, chętnie – odpisała natychmiast. – Daj znać, jak będziesz znała szczegóły, zorganizuję się.

„Co prawda nie wiem jak, bo aż do świąt ciężko będzie szpilkę wcisnąć” – pomyślała z przekąsem, dopisując pozdrowienia i wysyłając wiadomość. – „Ale trudno, najwyżej znowu zerwę się z jakichś zajęć, a zresztą… Może to i dobrze, że ostatnio ciągle coś się dzieje i dzięki temu nie mam za dużo czasu na myślenie?”

Kolejny sms był od Marty.

Będziesz w poniedziałek? Info od Drewniaka: na seminarium każdy ma przedstawić postępy w zbieraniu materiałów do pracy. Masz coś już?

„Super!” – pomyślała z ponurą ironią. – „Jeszcze to. No to nie ma opcji, Izabello, jutro z samego rana powrót do Lublina i nura w książki! Oby tylko dało się znaleźć coś z Internecie, bo przecież do biblioteki za Chiny nie zdążę…”

Ostatni sms przyszedł ze służbowego telefonu Anabelli, który zwykle leżał w gabinecie i służył do wykonywania połączeń do współpracowników i klientów. Oprócz niej i czasem szefa najczęściej używali go Antek, Chudy albo Wiktoria.

Iza, była u mnie delegacja Twoich żabojadów, rozszerzyli zamówienie na 19.XII. Będzie więcej gości z ambasady, łącznie osiemnaście osób. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku? Majk.

Uśmiechnęła się leciutko do telefonu i schyliła się, by zredagować odpowiedź.

Dziękuję, szefie. Tak, wszystko ok, mam jeszcze jedną rzecz do załatwienia, ale jutro rano już wra

Przerwała pisanie i ze zgrozą wyprostowała się na miejscu, gdyż zza rogu korytarza wypadł właśnie mężczyzna w czerwonym stroju z plakietką Lekarz.

– Szlag! – mruknęła przez zęby.

Mając tylko kilka sekund na reakcję, nie kończyła już smsa, lecz z determinacją nacisnęła przycisk połączenia ze służbowym numerem Anabelli i ostentacyjnym gestem podniosła aparat do ucha.

– Halo! – rzuciła brawurowo do słuchawki, mimo że po drugiej stronie słyszała dopiero sygnał wybierania numeru, a potem oczekiwania na połączenie. – Czy mogę rozmawiać z Wiktorią?

Szymkiewicz na szczęście zareagował zgodnie z jej oczekiwaniem i zatrzymał się zdezorientowany, po czym cofnął się o kilka kroków w stronę wylotu korytarza. Sygnał w telefonie urwał się.

– Iza? – odezwał się głos Majka.

– Tak, to ja – odpowiedziała, w popłochu szukając w głowie pretekstu uzasadniającego ten absurdalny telefon na numer służbowy. – Właśnie odebrałam smsa i pomyślałam, że… Kiedy byli ci Francuzi? – zapytała z głupia frant.

– Jakieś dwie godziny temu – odparł Majk. – Ale to nic pilnego, Izula, wszystko jest dogadane, tylko… no, tak tylko o tym napisałem, żeby coś napisać. Co u ciebie? – dodał z troską. – Jak ta twoja koleżanka?

– W porządku. Uratowali ją i powinno być okej, chociaż jeszcze z nią nie rozmawiałam, bo nikogo nie wpuszczali. Ale dzisiaj już, mam nadzieję, uda mi się z nią pogadać, a jutro rano muszę wracać do Lublina, nagromadziło mi się milion obowiązków, zwłaszcza na uczelni. W każdym razie jeszcze raz dziękuję ci za to wolne wczoraj i dzisiaj – podkreśliła lojalnie, z satysfakcją notując, że Szymkiewicz, choć nadal stał pod ścianą, nie wykazywał zamiaru podejścia bliżej, dopóki trwała rozmowa. – To była potrzeba chwili.

– Nie ma sprawy, elfiku – odparł ciepło. – Czyli do Lublina wracasz jutro? Będziesz wieczorem w pracy, czy mam dać ci jeszcze jeden dzień luzu? Tylko mów szczerze.

– No… tak szczerze, to jutro przydałby mi się jeszcze ten jeden wolny wieczór – przyznała z wahaniem. – Na poniedziałek muszę przygotować się na seminarium, jeszcze jestem z tym w lesie, a w niedzielę pół dnia mam zajęte, bo na piętnastą jadę na obiad do Kr… do pana Sebastiana – poprawiła się, uznając, że w obecności Szymkiewicza, który stał niedaleko i mógł wszystko słyszeć, lepiej nie rzucać niewygodnymi nazwiskami.

– W niedzielę na piętnastą, okej – podsumował bez entuzjazmu Majk. – No to cóż… Wpadnij do firmy koło czternastej, weźmiesz sobie samochód. Oczywiście jutro masz wolne na pracę naukową, to chyba też potrzeba chwili, co?

– Też – zgodziła się. – Bardzo dziękuję, szefie.

– Nie ma za co. Skoro tylko tak mogę ci pomóc…

Na tle jego głosu rozległ się sygnał przychodzącego smsa. Iza na chwilę oderwała telefon od ucha i zdążyła złapać wzrokiem treść powiadomienia, które niemal natychmiast zniknęło z ekranu. Krótka wiadomość pochodziła od Darka: Już. Gdzie jesteś?

– A co do Krawczyka, to w niedzielę wieczorem jak zwykle sobie pogadamy, okej? – ciągnął niewyraźnie dobiegający ze słuchawki głos Majka. – Opowiesz mi, jak było, no i ogólnie chciałbym z tobą porozmawiać, bo mam wrażenie, że od paru dni znowu coś cię gnębi. I że wcale niekoniecznie chodzi tylko o Rolskiego i Krawczyka…

Iza znów przyłożyła mocniej telefon do ucha, zastanawiając się, jak w tej sytuacji powiadomić Darka o swoim miejscu pobytu, nie zrywając połączenia, bowiem tylko to trzymało na dystans czekającego z coraz wyraźniejszą niecierpliwością Szymkiewicza.

– Gnębi? – powtórzyła na wpół bezmyślnie. – Tak… Trochę tak, masz rację. Ale chodzi o coś jeszcze innego. Ja też chciałabym o tym z tobą pogadać, tylko… wolałabym nie przez telefon.

– Jasne – odparł ciepło. – To umawiamy się w niedzielę przed robotą, tak, kochanie?

Zdenerwowana uporczywą obecnością intruza Iza nagle doznała olśnienia. Tak, to było jedyne wyjście z tego absurdalnego impasu! Stanowczym gestem podniosła się z kanapy i wciąż z telefonem przy uchu ruszyła prosto na Szymkiewicza.

– Tak jest – odpowiedziała wyraźnie, przechodząc obok zaskoczonego lekarza z ostentacyjnie obojętną miną, jakby był powietrzem, i ruszając korytarzem w stronę holu. – W niedzielę przed robotą, zmianę mam od dziewiętnastej, więc spokojnie zdążymy. Może umówimy się u mnie? Dam znać, jak skończę ten obiad i będę od niego wyjeżdżać, dobrze?

Wymieniwszy jeszcze kilka zdań na pożegnanie, zakończyli połączenie, ona jednak na wszelki wypadek nadal nie odejmowała telefonu od ucha.

„Przepraszam, promyczku” – pomyślała z żalem, kierując się na hol. – „To było głupie i wyszło na to, że potraktowałam cię dzisiaj instrumentalnie. Przez tego śmiecia ledwo słuchałam, co do mnie mówisz, a do tego zamknęłam sobie szansę na to, żeby dziś wieczorem porozmawiać z tobą dłużej. O ile oczywiście miałbyś na to czas…”

Na holu czekał na nią Darek, krążąc od ściany do ściany z telefonem w dłoni i wzrokiem utkwionym w ekran. Zauważył ją dopiero, gdy znalazła się kilka metrów od niego i na jego twarzy odmalował się wyraz ulgi.

– No, jesteś! – odetchnął, bez wahania ruszając jej na spotkanie.

Dopiero wtedy Iza, również przepełniona ulgą, że jest już bezpieczna, odjęła telefon od ucha i wrzuciwszy go do torebki, skręciła w jego stronę, kątem oka zerkając w korytarz, z którego właśnie wyszła. Był pusty, Szymkiewicz na szczęście nie szedł za nią, a to znaczyło, że przynajmniej na razie miała go z głowy.

– Przepraszam – powiedział Darek, prowadząc ją ku krzesłom, na których wcześniej siedział z Klimkową i Marcinem. – Musiałem pogadać z rodziną Moni i ustalić parę spraw na gorąco, bo jednak na żywo to nie to samo co przez telefon. Siadaj, Iza… Do Moniki będzie można wejść dopiero po osiemnastej – zaznaczył. – My już byliśmy wcześniej, ale ona ma teraz zmianę opatrunku i ocenę lekarzy, więc będziesz musiała poczekać. Za to potem tak, jak najbardziej. Zapowiedziałem cię już – dodał ciepło. – Ona bardzo chce cię zobaczyć. Oboje jesteśmy twoimi dłużnikami.

– Dłużnikami? – Iza spojrzała na niego jak na wariata. – Żartujesz sobie? To ja od wczoraj mam wyrzuty sumienia, aż mnie skręca, a ty mówisz o długu?

Darek uśmiechnął się leciutko. Jak zauważyła, fizycznie wyglądał dziś jeszcze gorzej niż wczoraj, na jego wymiętej twarzy odbijało się skrajne zmęczenie wynikające z pełnej doby spędzonej w szpitalu niemal bez snu, ubrania, których nie miał jak zmienić, były wygniecione i przepocone, a włosy skołtunione, jakby od miesiąca nie spotkały się z grzebieniem. A jednak w jego ruchach i całej postaci wyczuwało się dziś niezwykłą energię, zaś oczy, wczoraj zgaszone i puste, lśniły wewnętrznym blaskiem, który, podobnie jak jego słowa, nie pozostawiał wątpliwości co do wyniku jego dzisiejszej rozmowy z Moniką.

– Dokładnie tak, Iza – odpowiedział z powagą. – Jesteśmy twoimi wielkimi dłużnikami. Gdyby nie ty, dzisiaj nie byłoby mnie tutaj, a gdyby mnie nie było, oboje z Monią dalej tkwilibyśmy w tym koszmarze i pewnie już nigdy nie udałoby się tego naprawić. To można było zrobić tylko teraz.

„Właściwy moment” – mignęło w głowie Izy, osnuwając smutkiem jej serce.

– Dlatego dziękuję ci – Darek ujął jej dłoń w obie swoje i uścisnął lekko. – Za to, że do mnie zadzwoniłaś, ale też za to, że wcześniej mnie wysłuchałaś. I mnie, i ją. A przede wszystkim za to, że połączyłaś to wszystko razem i zareagowałaś, bo my sami na bank byśmy tego nie zrobili.

– Dziękujesz mi za to, że się między was wtrąciłam? – zapytała ze smutną ironią.

– Za to, że dałaś nam szansę – sprostował z przekonaniem. – Gdyby nie ty, nigdy byśmy jej dostali, albo dostalibyśmy ją za późno. Potrzebowaliśmy takiego pośrednika, właściwie tylko ty mogłaś nim być, bo tylko ty znałaś naszą historię z obu stron. Czasem warto się wtrącić, Iza – dodał ciepło. – A ty w naszym przypadku zrobiłaś to z naprawdę wielkim wyczuciem i bądź pewna, że ja nigdy o tym nie zapomnę.

– To mnie pociesza – uśmiechnęła się blado. – Chociaż nadal nie do końca przekonuje, ale cóż… najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Bo już jest okej, prawda? – zerknęła na niego uważnie. – Z Monią i ogólnie między wami?

– Mam nadzieję – odparł Darek, poważniejąc. – Między nami tak, o to już się nie boję, ale z samą Monią… no, tu jest niestety dużo gorzej.

– Co masz na myśli? – zaniepokoiła się Iza.

– To, że ona jest w fatalnym stanie psychicznym – wyjaśnił. – Nic dziwnego, po takim czymś… Gdyby nie leki, byłoby naprawdę źle. Ale poradzimy sobie z tym – zaznaczył stanowczo. – Po prostu trzeba na to czasu. Właśnie tego dotyczy ta ocena lekarska, przez którą teraz przechodzi, musimy mieć wstępny obraz sytuacji i oficjalną decyzję co do tego, kiedy będzie można przewieźć ją do Warszawy.

– Do Warszawy? – zdziwiła się.

– Tak, zabieram ją do prywatnej kliniki w Warszawie. Pewnie jeszcze dzień albo dwa będzie musiała zostać tutaj, ale dobrze się składa, i tak muszę mieć trochę czasu na pozałatwianie formalności tam. Z lekarzami tutaj już wszystko ugadane, z jej rodziną też… Bo chyba zrozumiałe, że ona nie może wrócić do Korytkowa, hmm? – spojrzał na nią znacząco. – Po tym, co zrobiła z tymi listami, nie ma takiej opcji.

– Ach, to dlatego? – zrozumiała. – Chcesz jej oszczędzić konfrontacji z Korytkowem?

– To przecież oczywiste – odparł Darek, zmęczonym gestem przeciągając dłonią po czole. – W szpitalu długo jej nie potrzymają, a jak wróci do domu, ta wasza wiocha nie da jej żyć. Nie możemy wystawić jej na taki hejt, w jej stanie psychicznym trzeba uważać na każde słowo. Teraz musi mieć spokój – podkreślił. – I ja zadbam o to, żeby go miała.

Iza pokiwała głową z uznaniem, bowiem nie ulegało wątpliwości, że to w istocie było najlepsze możliwe rozwiązanie. Choć Darek nie wspomniał o tym ani słowem, łatwo wyczytała między wierszami, że szybkie i skuteczne przeniesienie pacjentki do Warszawy było możliwe nie tylko dzięki jego determinacji, ale głównie dzięki zaangażowanym środkom finansowym, których nie szczędził na ten cel.

Po osiemnastej, za specjalną rekomendacją Darka, którego traktowano z tu wielkim szacunkiem, pozwolono jej wreszcie wejść do Moniki. Widok, jaki ujrzała za drzwiami jej izolatki, nie był zbyt budujący, dziewczyna wyglądała jeszcze gorzej niż podczas ostatniej rozmowy w listopadzie – wychudła na wiór, blada jak widmo, z oczami podkrążonymi już nie tyle na sino, co niemal na czarno, z przerzedzonymi, zmatowiałymi włosami i z lewą ręką w ogromnym opatrunku na nadgarstku.

– Iza – wyszeptała, a w jej przygaszonych oczach zapaliło się żywsze światełko.

Usiadłszy przy jej łóżku na krześle, Iza pochyliła się ku niej i ostrożnie ujęła ją za zdrową dłoń, uważając, by nie zaczepić o przewód od wenflonu, który miała wkłuty w przedramię.

– Monia – odpowiedziała łagodnie. – Jestem. Cieszę się, że mnie wpuścili. Jak się czujesz?

– Tak sobie – westchnęła Monika oparta na poduszce w pozycji półsiedzącej. – Jeszcze niewiele do mnie dociera, dają mi mocne leki przeciwbólowe, inaczej zwariowałabym. Przez to – wskazała ponuro na rękę z opatrunkiem. – Jak nie jestem na lekach, to strasznie mnie boli, ale od leków kręci mi się w głowie i w ogóle czuję się jak za jakąś mgłą.

Rzeczywiście, jej mętny wzrok i spowolnione, apatyczne ruchy wskazywały na to, że jest pod wpływem lekarstw, o czym zresztą uprzedzał Darek.

– Słyszałam, że jedziesz do Warszawy – zagadnęła Iza, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, żeby nie poruszyć jakiegoś zbyt drażliwego tematu. – Do prywatnej kliniki?

– Tak – pokiwała powoli głową. – On mnie stąd zabierze. Nie mogę wrócić do Korytkowa, Iza. Nigdy tam nie wrócę. Nigdy.

– E tam – zaprotestowała łagodnie Iza. – Nie mów nigdy, Monia. Teraz owszem, ta Warszawa to jest bardzo dobry ruch. Lepiej będzie, jak znikniesz stąd na jakiś czas, żeby nie narażać się na hejt i ploty, ale przecież za jakiś czas teren się wyczyści. Ludzie pogadają i przestaną, znajdą sobie inne tematy. Pamiętasz, jak nawalali na Agnieszkę Kmiecik? I co? Już dawno skończyli i wszystko jest okej. Z tobą będzie tak samo, zobaczysz.

Monika pokręciła tylko głową w milczeniu.

– Aga zresztą prosiła, żeby cię pozdrowić – mówiła dalej Iza. – I przekazać ci, że jest całkowicie po twojej stronie, stoi za tobą murem.

– Dziękuję – szepnęła Monika. – Ale ja i tak tam nie wrócę, Iza. Nie po tych listach, które wysłałam do wszystkich.

– No wiem – westchnęła, ściskając jej dłoń. – To rzeczywiście było mocne.

– Odradzałaś mi to, pamiętam – podjęła Monika, wpatrując się ponurym wzrokiem w swój opatrunek. – Ale ja cię nie słuchałam, bo i tak od początku miałam w głowie tylko jedno… to, że nie mam po co żyć i że muszę z tym skończyć. Z tym, czyli ze sobą – sprecyzowała ze smutnym przekąsem. – Nie mówiłam tego wprost, ale już wtedy, kiedy rozmawiałyśmy na Wszystkich Świętych, byłam na to zdecydowana. Musiałam się tylko przygotować.

– Tak, teraz widzę to wyraźnie – przyznała z żalem Iza. – Wtedy też wyczuwałam u ciebie coś niepokojącego, nawet miałam skojarzenia z… no właśnie z tym, ale nie chciałam o tym myśleć, odpychałam to od siebie i miałam nadzieję, że tylko tak gadasz w rozpaczy. Dlatego teraz mam straszne wyrzuty sumienia – westchnęła, cofając rękę. – Zwłaszcza po tym, jak przedwczoraj nie odebrałam od ciebie telefonów.

Monika skrzywiła się, zagryzając wargi.

– Bo co sobie pomyślałaś? – rzuciła pobłażliwie. – Że chciałam do ciebie dzwonić po pomoc? Nie bój się, nie miałam takiego zamiaru.

– Nie?

– Nie – uśmiechnęła się jednym kącikiem ust. – Miałam inny plan. Chciałam pogadać z tobą na wesoło, udać, że u mnie już wszystko okej, i poprosić cię o małą przysługę.

– Jaką?

– Taką, żebyś pozdrowiła ode mnie Darka – wyjaśniła, wciąż wpatrując się w swą lewą rękę z opatrunkiem. – Miałam zamiar podać ci do niego numer i poprosić, żebyś wysłała mu w moim imieniu życzenia na święta. No wiesz, pod pretekstem, że mnie zablokował, więc muszę przez pośrednika. Miałam opracowany plan, jak ci to przekazać, żebyś niczego się nie domyśliła, a po tej rozmowie, nawet gdybyś mi odmówiła, i tak wysłałabym ci do niego numer smsem.

– Rozumiem – wyszeptała Iza.

– Zakładałam, że na drugi dzień albo niedługo potem dowiesz się o… o mojej śmierci – zniżyła głos, jakby sama nie wierzyła, że wymawia te słowa. – I że wtedy, skoro będziesz miała numer Darka, zadzwonisz do niego, żeby mu o tym powiedzieć. Po prostu chciałam, żeby wiedział – dodała jeszcze ciszej, a w jej oczach niespodziewanie zaszkliły się łzy. – Tylko tyle. Żeby zrozumiał, jaki był dla mnie ważny. A tylko ty mogłaś mi w tym pomóc.

– Kapuję – westchnęła Iza.

– Miałam nadzieję, że może przyjedzie na mój pogrzeb – ciągnęła smętnie Monika. – I że wtedy w końcu mi wybaczy. Po to też wysłałam te listy z wyjaśnieniami do całej wiochy… po to, żeby nikt go już o nic nie oskarżał i żeby mógł bez przeszkód przyjechać na pogrzeb. Domyśliłby się przecież, że tego chciałam.

Głos znów jej się załamał, a zdrowa dłoń zadrżała na kołdrze. Iza słuchała w milczeniu, wstrząśnięta tym makabrycznym, dopracowanym w każdym szczególe planem.

– Ale ty nie odbierałaś telefonu, więc zrezygnowałam z tego – podjęła po chwili Monika. – Nie miałam nikogo innego, do kogo mogłabym z tym zadzwonić, a listy już były wysłane… no to nie miałam odwrotu, musiałam zrobić swoje, nie? Pomyślałam, że widocznie nie zasługuję nawet na to, żeby przekazać mu przez ciebie taką ostatnią wiadomość. To był pierwszy punkt mojego planu, który się nie udał – westchnęła. – Może to miało być ostrzeżenie, żebym się wycofała, ale nie mogłam już… Zresztą miałam nadzieję, że moi rodzice, kiedy przeczytają ten list, jakoś się zorganizują, żeby go powiadomić. Znali nasz adres w Warszawie, nieraz wysyłałam im paczki, kiedy nie mogłam przyjechać na jakąś imprezę, do Marcina też… więc pomyślałam, że może wpadną na to i dadzą mu jakoś znać.

– Pewnie tak by było – przyznała smutno Iza.

– Nie wiedziałam, że ty już dawno masz do niego kontakt – dodała Monika. – Nic mi nie powiedziałaś. Ale nie mam o to pretensji – zaznaczyła, widząc jej zmieszaną minę. – Wiem, że Darek prosił cię o dyskrecję, więc nie mogłaś zrobić inaczej.

– Mogłam – odparła smutno Iza. – Tylko nie chciałam się wtrącać.

– Oczywiście – pokiwała powoli głową. – Ja to rozumiem. Nie miałaś żadnego powodu, żeby mieszać się w nieswoje sprawy, tym bardziej że ze mną rozmawiałaś tylko raz, a z Darkiem chyba dwa razy. Nie miałaś wobec nas żadnych zobowiązań.

– Gdybym wiedziała, jak to się skończy… – westchnęła Iza.

– Jednak wczoraj do niego zadzwoniłaś – zaznaczyła drżącym głosem Monika. – I wszystko mu powiedziałaś. Kiedy tu przyszedł, już wiedział… nawet o tym winie w hotelu… Ja sama pewnie bym mu tego nie mówiła, takie tłumaczenie byłoby w moich ustach żałosne, ale kiedy ty mu to powiedziałaś… On bardzo się tym przejął, wiesz? – dodała cicho, a z podkrążonego oka po jej bladym policzku spłynęła lśniąca łza. – A ja jestem ci za to taka wdzięczna, Iza…

Iza znów sięgnęła po jej zdrową dłoń i uścisnęła ją lekko, nie mogąc znaleźć słów.

– Kiedy zbudziłam się w szpitalu i zrozumiałam, że się nie udało, byłam przerażona – podjęła po dłuższej chwili milczenia Monika. – To był drugi punkt mojego planu, który nie wypalił, w dodatku ten najważniejszy. Bo to nie było tak, że ja chciałam tylko kogoś nastraszyć, zwrócić na siebie uwagę, jak to się nieraz mówi – zaznaczyła. – Ja naprawdę chciałam się zabić.

– Wierzę ci – szepnęła Iza, mimo woli wspominając mroczne sceny sprzed pięciu lat i własną decyzję, której wówczas, podobnie jak Monika, była w stu procentach pewna.

– Więc kiedy uświadomiłam sobie, że to nie wyszło, moją pierwszą myślą było, co zrobić, żeby jak najszybciej to poprawić. Najlepiej jeszcze tu, w szpitalu.

Iza pokręciła głową ze zgrozą.

– I zrobiłabym to – stwierdziła stanowczo Monika. – W taki czy inny sposób, przy pierwszej możliwej okazji. Jak widzisz, jestem na trzecim piętrze, pod spodem beton, więc najprościej byłoby otworzyć to okno i skoczyć – wskazała na okno. – Rano udawałam, że jeszcze śpię, i jak pielęgniarka wyszła, próbowałam je otworzyć. Ale jest zamknięte na klucz. Pewnie to przewidzieli.

– Monia, co ty mówisz… – wyszeptała zmrożona tą wizją Iza.

– No. Serio, zrobiłabym to – zapewniła ją z przekonaniem. – Tylko wiedziałam, że muszę poczekać na jakąś dogodną okazję, a przed lekarzami udawać, że już o tym nie myślę. No a potem przyszła mama i było jeszcze gorzej – wzdrygnęła się. – Z początku niby okej, ale potem nagle rozpłakała się, zrobiła mi scenę, dlaczego, po co, za co… Oczywiście ją rozumiem, nerwy jej puściły, ale mnie to całkiem dobiło. Lekarze szybko ją wyprosili, a mnie musieli dać dodatkowe leki na uspokojenie, bo trzęsłam się po tym jak galareta. Już widziałam to piekło w domu i ogólnie w Korytkowie, to był dla mnie jeszcze jeden dowód na to, że nie mogę tam wrócić żywa.

– Koszmar – szepnęła Iza.

– No. Koszmar – zgodziła się smutno Monika. – Wstrzyknęli mi leki, ale i tak dalej trzęsłam się pod kołdrą, w głowie mi szumiało i w ogóle… nawet tego nie opiszę, Iza. To było kilka najgorszych minut w całym moim życiu, jeszcze nigdy nie czułam się tak okropnie. Ta myśl, że wszystko zawaliłam… że nawet zabić się nie potrafiłam porządnie, a teraz nie mogę tego zrobić od ręki, bo nie mam jak… ta bezradność…

Wzdrygnęła się znowu całym ciałem, a dłoń spoczywająca na kołdrze zadrżała jej jeszcze mocniej.

– I właśnie wtedy, w tym największym koszmarze, przyszedł Darek – imię to wypowiedziała szeptem, a z oczu wypłynęły jej dwie łzy i szybko spłynęły po policzkach, skapując na szpitalną piżamę. – Myślałam, że to mi się tylko śni, bo po tym, co odwaliła moja mama, słyszałam, jak lekarka mówiła, że nikogo więcej do mnie nie wpuszczą. Ale jego jednak jakimś cudem wpuścili.

„Jak to kiedyś mówił Krawczyk?” – pomyślała mimo woli Iza. – „Wszystko jest kwestią zaangażowania odpowiednich środków…”

– Nie umiem ci opowiedzieć, co się ze mną działo – szeptała dalej przez łzy Monika. – On wygląda teraz inaczej, włosy mu urosły, ma zarost na twarzy, a do tego strasznie schudł. Wyglądał jak śmierć, więc pomyślałam, że to może naprawdę śmierć, tylko przebrała się za niego. Ale nie. To był naprawdę on. Jak podszedł do mnie i dotknął mojej ręki, to tak mi się zakręciło w głowie, że prawie zemdlałam. Potem usiadł koło mnie, przytulił mnie i zaczął do mnie mówić… a ja dalej byłam jak nieprzytomna… Zresztą te leki na uspokojenie zaczynały już działać, do tego morfina, więc byłam jak za szybą, nie wiedziałam, czy to się dzieje naprawdę, czy tylko to sobie wyobrażam.

– Na szczęście to nie była wyobraźnia – uśmiechnęła się łagodnie Iza.

– Nie. Ale długo to do mnie docierało. On jest dla mnie taki dobry, Iza… – pokręciła głową, a z oczu znów spłynęły jej dwie wielkie łzy. – Niczego mi nie wyrzucał, od razu powiedział, że wszystko mi wybacza… a potem przepraszał mnie, że nie dał mi szansy niczego wytłumaczyć… wyobrażasz to sobie? On przepraszał mnie! Płakaliśmy oboje chyba ze dwie godziny, wszystko sobie powiedzieliśmy, wyjaśniliśmy… A ja… tak mi strasznie wstyd… za wszystko…

Rozpłakała się na dobre, zakrywając sobie twarz zdrową dłonią. Iza wyciągnęła rękę i ostrożnie gładziła ją po włosach, intuicyjnie czując, że nie powinna nic mówić, dopóki dziewczyna sama się nie uspokoi. Ulga, że przedwczorajsze nieodebrane telefony nie były kluczowe dla rozwoju wypadków, mieszała się z najszczerszym współczuciem dla obojga, ale i radością, że porozumieli się i teraz wszystko znowu ma szanse się ułożyć. Bo czy determinacja Darka i jego wyrozumiała postawa nie były tego gwarantem?

„Szlachetny człowiek” – pomyślała z uznaniem. – „ A to, co zrobił dla niej od wczoraj, to wyraz prawdziwego uczucia. Jeśli tego nie zmarnujesz, Monia, z tym facetem możesz jeszcze być najszczęśliwsza na świecie.”

– Obiecałam mu, że już nigdy więcej nie będę próbowała tego zrobić – powiedziała nieco już uspokojona Monika. – I nawet już nie chcę, po tych dwóch godzinach rozmowy z nim wszystko mi się jakby w głowie odwróciło. Życie znowu nabrało sensu… Będzie ciężko, wiadomo, ale chcę tego. Chcę walczyć, Iza.

– Jasne – pokiwała głową Iza. – Walcz, bo warto. Ten facet naprawdę cię kocha.

Monika uśmiechnęła się delikatnie i choć z oczu znów popłynęły jej łzy, ich żywszy, wewnętrzny blask był dobrą wróżbą na przyszłość.

– Tak – odparła cicho. – Będę walczyć. Dla niego. Nigdy więcej nie popełnię takich błędów, dostałam nauczkę na całe życie i teraz zacznę od nowa, a on mi w tym pomoże. Jest silny i dobry jak anioł, więc skoro wybaczył mi tamto, to ja już niczego się nie boję. Zabierze mnie stąd jutro albo pojutrze, wyleczę tę rękę – wskazała na swój opatrunek – i zrobię wszystko, żeby było jak kiedyś. Wyzdrowieję, postawię się do pionu… doprowadzę się do ładu, bo teraz wyglądam jak straszydło… a od października może pójdę na studia? – rozmarzyła się. – Chciałabym ekonomię albo coś takiego, żeby z czasem móc mu pomagać w firmie. Powiedział, że jeśli to dla mnie ważne, to nie ma nic przeciwko temu, a gdybym wolała studiować zaocznie, opłaci mi licencjat. Wdroży mnie też w niektóre zadania w firmie, nauczy mnie, w jaki sposób mogę mu pomagać, a jeśli będę chciała kiedyś otworzyć coś własnego, w innej branży, to też mi w tym pomoże. On zresztą zawsze taki był… o cokolwiek go nie poprosiłam, dawał mi wszystko, o nic nie pytał… a ja tak mu się odwdzięczyłam… ech! – pokręciła głową. – To będzie dla mnie najcięższe, wiesz, Iza? Poradzić sobie z wyrzutami sumienia.

– Poradzisz sobie – zapewniła ją łagodnie Iza. – Mówią, że czas leczy rany, i to jest prawda, a to, co mówisz a propos tych planów… studia pod kątem wsparcia Darka w firmie, włączenie się w pracę z nim… to ma sens. Nic tak nie łączy jak wspólne budowanie przyszłości.

Przed oczami mignęła jej półmroczna sala Anabelli i serce ścisnęło się smutkiem. Teraz jednak nie czas był o tym myśleć. Zwłaszcza że każdy przypadek jest inny, a Monika i Darek, pomimo przebytej traumy, byli na prostej drodze do szczęścia, które teraz zależało tylko od nich.

„Wszystko jest kwestią wzajemności i dogadania się” – myślała, kładąc się późnym wieczorem do łóżka po długiej rozmowie przy kolacji z Robertem i Amelią. – „Brak wzajemności to blokada nie do zdjęcia, sama wiem coś o tym, ale nieporozumienia między tymi, którzy się kochają, też potrafią niszczyć jak zaraza. Na przykład Lodzia i Pablo przekonali się o tym w bardzo spektakularny sposób, Bogu dzięki że wszystko dobrze się skończyło. Mam nadzieję, że z Monią i Darkiem też tak będzie. Najważniejsze to wyjaśnić nieporozumienie… albo niedomówienie… a najpierw je zdiagnozować. Tak… wzajemność i brak niedomówień…”

Jako że w pokoju było ciemno, a zmęczenie dawało się we znaki, przedsenna mgła ogarnęła ją tak szybko, że ostatnie słowa już ledwo majaczyły na brzegu gotowej do uśpienia świadomości. Nim zapadła w czarną dziurę snu, pod powiekami mignęła jej jeszcze twarz pani Ziuty, która dziś patrzyła na nią jakoś tak dziwnie… jakby z dezaprobatą podszytą kpiną i politowaniem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *