Anabella – Rozdział CXV
– Iwona dzisiaj chodzi ze mną i pomaga – wyjaśniła Izie Klaudia, wskazując na świeżo zatrudnioną kelnerkę, która na jej polecenie właśnie podeszła do jednego ze stolików w sektorze C, by przyjąć zamówienie. – Ale Agata jeszcze nie daje sobie rady z ogarnianiem zamówień, praca na sali za bardzo ją stresuje. Bałyśmy się z Lidką, że nam klientów kawą pooblewa, więc na razie zastosowałyśmy złoty patent szefa i wysłałyśmy ją do kuchni na ładowanie zmywarek.
– Super, Klaudia – skinęła z zadowoleniem głową Iza. – To faktycznie najlepsze wyjście, Zuzia przecież też tak zaczynała, a dziewczynom w kuchni zawsze przyda się pomoc. A Iwona jak sobie radzi?
– Całkiem nieźle. Jest o wiele bardziej opanowana od Agaty i szybko się uczy, aż szkoda, że zatrudniłaś ją tylko dorywczo, bo uważam, że na dłuższą metę byliby z niej ludzie.
– Pogadam z nią pod koniec września, może jednak zgodzi się zostać na stałe – odparła Iza, śledząc wzrokiem sylwetkę ciemnowłosej Iwony, która, zapisawszy na kelnerskim bloczku zamówienie, zdążała z nim teraz w stronę zaplecza. – Jest studentką, ale ja też przecież studiuję dziennie i jakoś godzę to z pracą… tak samo Karola.
– A właśnie! Karola! – podchwyciła Klaudia, krzywiąc się z niesmakiem. – Wiesz, że dzisiaj nie przyszła na popołudniową zmianę? Nie lubię kablować, ale coś z tym trzeba zrobić, Iza, bo ona znowu przegina. Miała być od dwunastej z Gosią i z Alą i nie zjawiła się, musiały radzić sobie we dwie na całą salę, wyobrażasz sobie? Dobrze, że klientów nie było za dużo, a Zuzka z Lidią przyszły wcześniej i mogły trochę pomóc. Ja wiem, że ona ciągle ma jakieś „ale” do Antka i oboje kłócą się jak dwa koguty, ale czy przez to muszą cierpieć inni? Antek przynajmniej nie przenosi tych konfliktów na pracę, a Karola już kolejny raz rozwala nam grafik! Jest kompletnie nieodpowiedzialna!
Iza westchnęła i pokiwała głową.
– Wiem, Klaudziu. Już raz rozmawiałam z nią o tym, ustaliłyśmy warunki, a dzisiaj miałyśmy rozmawiać po raz drugi, żeby umówić się na jakiś schemat działania, zanim wróci szef. Tyle że, jak mówisz, nawet do pracy nie przyszła… a niech to! A Antka jeszcze nie ma? – zapytała, zerkając w stronę ciemnego i pustego kąta z konsolą.
– Nie ma – pokręciła Klaudia. – I obawiam się, że z tego samego powodu.
– Szlag! – mruknęła z niezadowoleniem Iza.
– Dlatego nie chcę nic mówić, ale jak Karola dalej będzie odwalać takie numery, to szef w końcu naprawdę wywali ją na zbity pysk – ciągnęła stanowczo Klaudia. – On i tak jest ostatnio cierpliwy jak anioł, kiedyś by się nie patyczkował, ale tak czy siak w końcu straci tę cierpliwość. Antkowi też się zresztą oberwie…
Urwała nagle, zerkając w stronę sektora A obsługiwanego dziś przez Lidię i Zuzię i uśmiechnęła się z rozbawieniem na widok klienta, który zajmował właśnie jeden z niewielkich dwuosobowych stolików pod ścianą.
– Widzisz tego typa? – zniżyła głos, dyskretnym ruchem oczu wskazując go Izie, która posłusznie spojrzała ukradkiem w tamtą stronę.
– Którego? Tego w szarej koszuli, co siada na A dwa?
– Aha. Dokładnie. Zgadnij, dla kogo tu przyszedł.
– Ach! – uśmiechnęła się, natychmiast przypominając sobie niedawną rozmowę z Gosią, Kamilą i Wiktorią. – Dla Lidii? To jest ten jej cichy wielbiciel?
– Mhm – pokiwała głową Klaudia. – Właśnie ten.
Iza zerknęła z ciekawością w stronę mężczyzny, który w istocie, zgodnie z opisem Wiktorii, wyglądał tak zwyczajnie i niepozornie, że trudno było zwrócić na niego uwagę w tłumie klientów. Sądząc po jego sylwetce i rysach gładko ogolonej twarzy, mógł mieć około czterdziestu lat, jednak bardzo skromny i dość staromodny styl jego ubioru, czyli czarne sfatygowane spodnie zaprasowane w kant i szara koszula ze sztywnym kołnierzykiem, sprawiały, że wyglądał na reprezentanta dużo starszego pokolenia.
Usiadłszy przy stoliku, oparł obie dłonie na blacie i jego spojrzenie natychmiast dyskretnie powędrowało w głąb sali, gdzie klientów obsługiwała rudowłosa Lidia. Kelnerka właśnie zestawiła z tacy wszystkie przyniesione napoje i zawróciła w stronę baru, rozglądając się po przydzielonym jej sektorze, dzięki czemu szybko zauważyła nowego gościa i skierowała się w jego stronę. Mężczyzna odetchnął mocniej i wyprostował się na krześle w sposób, który zdradzał poruszenie i napięcie. Iza i Klaudia uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo i zgodnie ruszyły w stronę zaplecza.
– No, no! – zaśmiała się Klaudia, kiedy weszły już w korytarz prowadzący do kuchni. – Aż się boję na to patrzeć, bo zaraz takie iskry pójdą, że trzeba będzie gaśnicę uruchomić!
– A jak u ciebie te sprawy? – zagadnęła równie rozbawiona Iza. – Spotykasz się z tym ideałem, dla którego zmieniałaś grafik? Czekaj… Bartek?
– Aha, Bartek – skinęła głową, nieco poważniejąc. – Tak. Wprawdzie jak na razie to tylko ten jeden raz się z nim spotkałam, a teraz znowu cisza na fali, ale czekam na telefon. Ma zadzwonić w weekend i mam nadzieję, że to zrobi, bo chyba zwariuję. A wtedy, w tamtą sobotę, było cudownie! – dodała z rozmarzeniem. – Mówię ci, jaki facet! Pasujemy do siebie, jakbyśmy byli z jednej gliny ulepieni! Totalny odlot, jeszcze nigdy w życiu tak się nie czułam!
– W takim razie trzymam kciuki za dalszy rozwój sytuacji – mrugnęła do niej wesoło Iza. – Może to jest właśnie ten książę na białym rumaku, na którego każda z nas podświadomie czeka? – zażartowała. – A skoro przyjechał do ciebie, to nie możesz dać mu uciec!
Roześmiały się obie, zaglądając do kuchni, gdzie zastały mieszającą coś w dymiącym garnku Dorotę, wydającą zamówienia Elizę oraz pomagającą jej Agatę.
– Jak tam, dziewczyny? – rzuciła od progu Iza. – Wszystko gra?
– Gra, pewnie, że gra! – zapewniła ją Eliza. – Kuchnia pod kontrolą, nie martw się.
– A jak zmywarki?
– Wszystkie chodzą – odpowiedziała Dorota, wprawnym ruchem zestawiając garnek z ognia i przykrywając go pokrywką. – Mamy sporo roboty, pani Wiesia poszła do domu godzinę temu, ale na szczęście Klaudia właśnie przysłała nam pomoc. Aha, Iza, nie wiecie może, gdzie jest Zuzka? Przydałaby się na chwilę.
– Nie wiem – odparła Iza, zerkając pytająco na Klaudię, która, położywszy na blacie karteczkę z zapisem zamówienia do realizacji, również pokręciła głową przecząco. – Nie widziałam jej na sali, ale może źle patrzyłam. Jak ją spotkam, to przyślę do ciebie.
– To ma być z frytkami czy z puree? – zapytała jednocześnie Eliza, podstawiając Klaudii pod nos przejętą od niej karteczkę. – Nie zaznaczyłaś, z czym mamy podać.
– Cholera – mruknęła Klaudia. – Faktycznie… Poczekaj, zaraz pójdę dopytać klientkę, żeby jakiejś wtopy nie było.
Zawróciła do wyjścia, przez które w tym samym momencie weszła Lidia z tacą pełną pustych kufli po piwie.
– Dziewczyny, macie jakieś owoce i bitą śmietanę? – zapytała, zestawiając naczynia na blat przy zmywarce.
– Mamy – skinęła głową Eliza. – A co, zamówienie na lody?
– No właśnie nie – skrzywiła się Lidia. – Klient chce samą bitą śmietanę z jakimiś owocami, twierdzi, że najbardziej lubi truskawki. Mówiłam mu, że takiej pozycji nie ma w menu, ale że mogę zapytać w kuchni. To co? Da się coś skomponować?
– Pewnie, że się da – odparła spokojnie Eliza, sięgając do lodówki, skąd wyjęła pojemnik z bitą śmietaną. – Śmietana świeżutka, a truskawki też są, rano była dostawa. Tylko jakoś trzeba będzie to wycenić.
– Co najmniej dwie dychy każ mu zapłacić! – poradziła Lidii Klaudia, wymieniając z Izą znaczące spojrzenia, obie bowiem domyśliły się od razu, o którego klienta chodziło. – Jak wydziwia i zamawia spoza menu, to niech wie, że za to się buli!
– Dwie dychy? – zawahała się Lidia. – Nie za dużo za taki pucharek?
– Nie za dużo – zapewniła ją Klaudia. – W końcu musi zapłacić jakiś bonus za indywidualną obsługę, nie?
Zaśmiała się, puściła do niej oko i pobiegła na salę uzupełnić informacje o przyjętym zamówieniu.
– Lidziu, policz mu za to dwanaście – zdecydowała rozbawiona Iza, na co Lidia odetchnęła z ulgą i pokiwała głową. – Zresztą to wcale nie jest głupi pomysł, żeby wprowadzić bitą śmietanę z owocami do menu. Nie każdy lubi lody… O, Zuza! – ucieszyła się na widok wchodzącej do kuchni dziewczyny. – Dobrze, że jesteś, właśnie miałam cię szukać. Dorcia cię potrzebuje.
– Dobry wieczór pani – ukłoniła się grzecznie Zuzia.
– Gdzie ty się włóczyłaś, mała? – pokręciła z niezadowoleniem głową Dorota. – Miałaś zajrzeć tu już pół godziny temu, pamiętasz, jak się umawiałyśmy? Akurat miałam dla ciebie zadanie, a ciebie nie ma i nie ma.
– Ojej, przepraszam! – przestraszyła się Zuzia, zerkając z niepokojem na Izę. – Rzeczywiście miałam przyjść, ale… coś mnie zatrzymało – dodała ciszej, oblewając się nagłym, purpurowym rumieńcem. – Co trzeba zrobić, proszę pani?
– Chciałam, żebyś zajęła się przeszkoleniem Agaty na zmywarce – odparła Dorota, wskazując na młodą pomocnicę, która w milczeniu podawała Elizie opłukane truskawki, ta zaś przyozdabiała nimi nałożoną do pucharka bitą śmietanę. – Trzeba jej pokazać, jak to się programuje, żeby czegoś nie zepsuła, a my z Lizką nie mamy teraz czasu.
– Tak jest, proszę pani – pokiwała głową dziewczyna.
– Dobra, Agata, to idź się uczyć z Zuzą – poleciła swej towarzyszce Eliza, uroczyście umieszczając na czubku bitej śmietany ostatnią truskawkę i podając pucharek czekającej w drzwiach koleżance. – Proszę, Lidziu, królewski deser dla twojego wybrednego klienta.
– Dzięki – skinęła głową Lidia.
Ustawiła pucharek na tacy i zawróciła w stronę drzwi.
– Poczekaj, Lidia, idę z tobą – zatrzymała ją Iza, sięgając po jedną z odłożonych pod ścianę czystych tac. – Pomogę wam trochę na sali.
Kiedy wyszły z zaplecza, do Izy natychmiast podeszła czekająca przy barze niska blondynka o pełnych kształtach ubrana w letnią różową sukienkę.
– Przepraszam, słyszałam, że Majka nie ma, ale pojutrze wraca, tak? – zapytała bez żadnych wstępów, wskazując z daleka na Kamilę. – Ta barmanka tak mi powiedziała.
Iza zatrzymała się, dając Lidii znak, żeby dalej szła sama.
– Tak – odpowiedziała uprzejmie. – Szef jest do jutra na urlopie. Czy coś mu przekazać?
– Aha, to – uśmiechnęła się kobieta, wyciągając do niej rękę z listem w różowej kopercie, niemal dokładnie w tym samym odcieniu co jej sukienka. – Mogłaby pani? Słyszałam, że to pani tu rządzi pod nieobecność Majka, więc jakby pani była tak miła… Niepodpisane na wierzchu, ale w środku są wszystkie informacje, Majkuś będzie wiedział od kogo.
Iza zerknęła na kopertę, kolejną już tego dnia i automatycznie kojarzącą jej się z postacią Eweliny, jako że w tym różowym odcieniu było coś, co przypominało jej pamiętny liścik do Pabla. Czy ta korespondencja, tym razem skierowana do Majka, miała podobny charakter? Niewątpliwie tak… on jednak miał do niej pełne prawo i nie było w tym przecież nic dziwnego. Mimo to, zapewne z powodu owego nieprzyjemnego skojarzenia, serce ścisnęło jej się w znajomy sposób i zakłuło jak przebite ostrą szpilką.
– Oczywiście – skinęła głową, przejmując kopertę. – Przekażę mu to do rąk własnych.
– Bardzo dziękuję – ucieszyła się blondynka. – Tylko proszę nie zapomnieć! A swoją drogą… nie wie pani, czy ma wolny czwartek wieczorem? – spojrzała na nią pytająco.
– Szef? Nie mam pojęcia. Dopiero w niedzielę wraca i nie wiem, jak ustawi sobie grafik pracy. Trzeba go o to pytać osobiście.
– Rozumiem – uśmiechnęła się kobieta, wskazując na list. – Podałam mu w środku mój aktualny numer telefonu, proszę powiedzieć, żeby zadzwonił dzień wcześniej i potwierdził, dobrze? Zapomniałam tego dopisać.
– Przekażę – odpowiedziała grzecznie Iza.
– Dziękuję. I do widzenia!
Odprowadziwszy wzrokiem w stronę drzwi jej sylwetkę o nieco krągłych lecz proporcjonalnych liniach, Iza dostrzegła nadciągającego z przeciwnej strony Chudego, który z daleka dawał jej znaki, że chce z nią rozmawiać. Schowała zatem przekazany jej list do kieszeni i ruszyła mu na spotkanie.
– Iza, jest problem! – rzucił z marszu, wsuwając do kieszeni niesiony w dłoni telefon. – Antek dzwonił, że dzisiaj go nie będzie.
– Jak to go nie będzie?! – oburzyła się Iza, natychmiast odgadując w tym sprawkę również nieobecnej dziś bez uprzedzenia Karoliny. – No niech sobie jaj nie robi… A kto za niego ogarnie dyskotekę?
– Właśnie dzwonił z tym do mnie – oznajmił ponuro Chudy. – Do ciebie też próbował się dodzwonić na służbowy, ale mówi, że nie odpowiadałaś.
– Ups, fakt! – zmieszała się Iza, klepiąc się po kieszeni kelnerskiego fartuszka. – Zostawiłam telefon u szefa na biurku… a niech to!
– Nieważne, nie przejmuj się – machnął ręką Chudy. – Tylko powiedz mi, co mam robić? Zająć się tą muzą czy jak? Nie miałem dzisiaj w planach dyskoteki.
Iza przejechała z zafrasowaniem ręką po czole.
– Czekaj, daj mi pomyśleć… To już pewne, że Antek dzisiaj nie przyjdzie?
– Pewne na mur. Gadałem z nim przed chwilą, jest w takim rozpieprzu jak chyba jeszcze nigdy. Nie chciał mówić, o co chodzi, ale psychy dzisiaj nie ma za grosz, na to daję ci gwarancję. Nawet nie ma co marzyć, że się tu pojawi.
– Kapuję – westchnęła Iza. – Karoli też dzisiaj nie było. Ja się kiedyś przez nich wykończę…
– Mam nadzieję, że Antek do niedzieli się pozbiera – zauważył Chudy. – Bo jak szef wróci i zobaczy, co oni tu we dwoje odwalają, to normalnie pióra polecą.
– Spróbujemy do tego nie dopuścić – zapewniła go spokojnie. – Ale na razie pilniejsze jest to, żeby zorganizować się na dzisiejszy wieczór. Powiedz, dałbyś radę z tą dyskoteką? – zerknęła na niego spod oka.
– Nooo… mogę spróbować – odparł bez entuzjazmu. – Tylko zacząłbym z pół godziny później, okej? Muszę na cito przygotować jakiś repertuar, a najpierw jeszcze uprzedzić Toma, że jednak nie będę mógł go zastąpić… ech, kurde, zawsze jakieś komplikacje!
– A dlaczego miałbyś zastępować Toma? – zdziwiła się. – I w czym?
– Eee… nic takiego – machnął ręką. – Jestem mu winny czterdzieści pięć minut dyżuru za takie tam różne przesunięcia. Dzisiaj też chwilę mi zajęło, bo ćwiczyłem z małą te chwyty samoobrony i jakoś tak zeszło… Ale spoko, ty się tym nie przejmuj, Iza – zaznaczył. – Rozliczamy się z Tomem we własnym zakresie.
– Okej – uśmiechnęła się. – Mówisz, że ćwiczyłeś z Zuzką chwyty samoobrony? Hmm… to już rozumiem, dlaczego spóźniła się do kuchni i zebrała ochrzan od Doroty.
Chudy spojrzał na nią zaniepokojony.
– Ochrzan zebrała? Kurde… nie wiedziałem. Sorry, Iza, to moja wina – dodał z zakłopotaniem. – Nie karzcie jej tam za ostro, co? Zagapiłem się i za długo ją przetrzymałem, nie wiedziałem, że jest wam potrzebna.
– Nic się nie stało, Łukasz – odparła spokojnie Iza. – To nie było nic gardłowego, nie ma o czym mówić. Ważniejsze jest teraz ustawienie zastępstwa za Antka.
– Zajmę się tą dyskoteką – obiecał jej skwapliwie. – Zaraz siadam i odpalam sprzęt, okej? Muszę tylko zamienić dwa słowa z Tomem.
***
„Klaudia… wielki plus za ogarnięcie Iwony i Agaty” – wyliczała w myśli Iza, zaznaczając w specjalnym zeszycie zasługi kolegów z ostatnich dni. – „Chudy… ponadwymiarowa pomoc przy dostawach i zastępstwo za Antka… Lidia…”
Była już prawie druga w nocy, zespół z nocnej zmiany w Anabelli stopniowo opuszczał swoje stanowiska i wychodził do domu, ona jednak musiała jeszcze zostać w gabinecie, by dokończyć bieżącą pracę papierkową. Jednym z jej zadań, jakie już jakiś czas temu zlecił jej Majk, było koordynowanie z nim informacji o działaniach pracowników wykraczających poza ich normalne obowiązki. Dane te były potrzebne szefowi do przydzielania premii motywacyjnych, a do ich zbierania służył właśnie ów zeszyt, dzięki któremu żadna zasługa nie pozostawała niedoceniona, albowiem dbałość o pracowników, również pod względem finansowym, była jednym z priorytetów firmowej polityki Majka. Iza, która za swoje zaangażowanie sama od półtora roku otrzymywała na konto więcej uznaniowych premii niż regularnych zarobków przewidzianych w umowie o pracę, bardzo doceniała tę strategię i z tym większą starannością pilnowała, by podział puli nadmiarowych dochodów, którą szef co miesiąc przeznaczał na premie, mógł być dokonywany w stu procentach sprawiedliwie.
Uporawszy się z notowaniem zasług, odłożyła zeszyt do szuflady, a na nim położyła otrzymaną kilka godzin wcześniej różową kopertę z listem dla Majka, uznając, że dzięki temu nie zapomni mu jej dostarczyć, szef bowiem do tej szuflady zaglądał co najmniej kilka razy dziennie. Koperta znów spontanicznie skojarzyła jej się z tą wcześniejszą, przekazaną jej przez Ewelinę… Mimo że przez całą zmianę w pracy starała się nie myśleć o Krawczyku, teraz, mając spokojniejszą głowę, wróciła pamięcią do jego postaci i niesiona impulsem sięgnęła po torebkę, by wyciągnąć z niej list od milionera. Chciała przeczytać go jeszcze raz, powoli i bardziej uważnie, a następnie w spokoju ducha zastanowić się nad tym, co powinna zrobić i ewentualnie jak mu odpowiedzieć.
Chybotliwe, rozedrgane pismo Krawczyka po raz kolejny wywołało w niej odruch współczucia, podobny do tego, którego nie umiała opanować już w maju, kiedy dowiedziała się od Majka o jego zasłabnięciu i wstępnej diagnozie poważnej choroby. Choć milioner wyrządził w jej otoczeniu wiele zła, o którym nie wolno było zapomnieć, a jego osoba niezmiennie jawiła jej się jako odrażająca i godna pogardy, widok tych nierówno nakreślonych literek, będący dowodem na to, jak wielki wysiłek musiał włożyć w napisanie tego listu, mimo wszystko trafił jej do serca.
„Już wiem, dlaczego chciał uniknąć przekazania mi tego” – myślała, obracając w palcach zapisaną, lekko zmiętą i poplamioną atramentem kartkę. – „Niby w treści nie ma nic nowego, Ewelina powiedziała mi dokładnie to samo, ale jednak ta forma… Ten list to namacalny dowód jego choroby i słabości, a przecież nikt nie lubi obnażać się z takimi rzeczami, zwłaszcza przed ludźmi, którzy nie są mu życzliwi. Musiał nieźle się namęczyć, żeby napisać tych kilka zdań, a kiedy kartka pomięła mu się i poplamiła, pewnie już nie miał siły pisać drugi raz. Dlatego wolał, żeby Ewelina namówiła mnie na to spotkanie ustnie, a list miał być ostatecznością. Ech, szkoda człowieka, mimo wszystko!” – westchnęła ze współczuciem. – „Psychol jest, jaki jest, ale taka choroba to jednak nic fajnego. Bo nie sądzę, żeby udawał i urządzał taką zgrywę tylko po to, żeby zwabić mnie do siebie w jakimś złym celu. E, nieee… niby po co miałby to robić? Jestem w końcu tylko małym pionkiem w tej grze, w dodatku już spalonym. Tylko w takim razie dlaczego chce mnie widzieć osobiście? Tak mu zależy na tym spotkaniu… tak o nie zabiega… Czyżby nadal chodziło mu o Lodzię?”
Jeszcze raz przebiegła oczami treść listu, skupiając uwagę na jednym zdaniu. To dla mnie sprawa życia i śmierci. Dwuznaczność tego sformułowania była o tyle zagadkowa i niepokojąca, że można je było interpretować zarówno dosłownie, jak i w przenośni, a biorąc pod uwagę resztę listu, nie sposób było rozstrzygnąć, która z tych dwóch interpretacji była właściwa. Tymczasem od tego zależało dalsze działanie.
„Jeśli ta jego sprawa życia i śmierci to nadal sprawa Lodzi, to niech spada na szczaw” – pomyślała z niechęcią. – „Chyba nie sądzi, że po tamtej akcji z Pablem jeszcze będę mu pomagać? Nie, aż taki głupi to chyba nie jest… A z drugiej strony wcale nie wiadomo, może ma zamiar dalej mnie szantażować?”
Wzdrygnęła się, wspominając swą ostatnią, jakże nieprzyjemną rozmowę z Krawczykiem w kawiarni sprzed ponad czterech miesięcy.
„Hmm, to niewykluczone… w końcu jeśli szantaż, to tylko w cztery oczy i bez pośredników” – dumała. – „Ale jeśli to nie to? Jeśli on ma na myśli prawdziwe życie i prawdziwą śmierć? Choroba, która przykuwa człowieka do łóżka, raczej zniechęca do myślenia o amorach, a z tego, co mówi Ewelina, z jego zdrowiem naprawdę nie jest wesoło. W takiej sytuacji odmówić mu spotkania, o które tak bardzo prosi, zwłaszcza po wysiłku, jaki włożył w napisanie tego listu, byłoby trochę nieludzkie. No tak, niby tak… tylko dlaczego chce się spotkać akurat ze mną? Co ja tu mam do rzeczy? Aż tak zależy mu na moim przebaczeniu, że chce na własne uszy usłyszeć je z moich ust? Eeee… przecież to zupełnie do niego niepodobne! A nawet gdyby choroba go zmieniła, to nadal nie rozumiem dlaczego ja. Jak już, to o przebaczenie powinien raczej błagać Pabla…”
Uznawszy, że na razie nie rozwikła tej zagadki, a czas był już zbierać się do domu i iść spać, złożyła list i schowała go do torebki. Mimo to, kiedy po zamknięciu lokalu zmierzała pustą ulicą w stronę stancji, wciąż nie mogła uwolnić się od natarczywych myśli o Krawczyku. Jej wrażliwe sumienie podpowiadało jej, że, wbrew temu, co powiedziała Ewelinie, nie powinna radykalnie odrzucać opcji spotkania się z nim i przekonania się, czego od niej chciał. Bo jeśli naprawdę był tak chory, że znajdował się w zagrożeniu życia? Wtedy wszystko wyglądałoby inaczej…
Przypomniała sobie historię, którą kiedyś opowiedziała jej i Amelii babcia Teresa podczas któregoś ze spacerów do kapliczki pod lasem, a która dotyczyła jej sąsiada z młodości. Otóż po śmierci brata, z którym latami był w konflikcie, mężczyznę do końca życia dręczyły bolesne wyrzuty sumienia, że nie przyszedł pojednać się z umierającym, mimo że ów, leżąc na łożu śmierci, wielokrotnie wzywał go do siebie.
Umierającym się nie odmawia – skonkludowała swoją opowieść babcia. – Oni widzą więcej, kiedy śmierć za progiem, i mają swoje przeczucia. Może na koniec chcą coś zmienić, naprawić, pogodzić się? Jak się ich odtrąci, to potem nie da się już cofnąć czasu i sumienie dręczy człowieka do końca życia…
Słowa te utkwiły na zawsze w pamięci Izy i choć sytuacja, w jakiej obecnie znalazła się względem Krawczyka, nie była tak dramatyczna jak w opowieści babci, nie umiała uciszyć w sobie niespokojnego głosu sumienia. Co prawda nie był to głos nakazujący, a jedynie cichy szept, prawdopodobnie milioner nie był aż tak chory, żeby musiała się tym przejmować, a zło, jakie wyrządził jej i jej przyjaciołom, w pełni usprawiedliwiałoby radykalną obojętność względem jego prośby o spotkanie, jednak coś podpowiadało jej, że dla spokoju ducha nie powinna zostawiać tej sprawy w zawieszeniu.
„Może jednak powinnam spotkać się z nim jeden, jedyny raz, żeby na własne oczy sprawdzić, jak wygląda sytuacja?” – myślała, otulając się kołdrą przed zaśnięciem. – „Zobaczyć, w jakiej jest formie, i dowiedzieć się, czego ode mnie chce? Jeśli okaże się, że nadal chodzi mu o Lodzię, to kończę rozmowę i wychodzę, to przecież nie problem. Ale jeśli nie? Może lepiej przekonać się i zamknąć tę sprawę, żeby za jakiś czas nie zaczęła wracać do mnie bumerangiem i palić mi sumienia? Rysa na sumieniu to najgorsze, co może być… zwłaszcza gdyby psycholowi nie udało się wyjść z choroby…”
Pod jej zamkniętymi powiekami znów wyświetlił się obraz sprzed kilku dni – półmrok gabinetu Anabelli i lśniące na jego tle łzy w błękitnych oczach Magdaleny. Cóż ta kobieta, tak skrajnie inna od Krawczyka, miała w sobie takiego, że nie dawała o sobie zapomnieć? Ba! przyciągała ją do siebie jak magnes! Nawet teraz, na odległość, zupełnie bez powodu, na mocy jakiegoś metafizycznego mechanizmu, którego na zdrowy rozum nie dało się pojąć.
„Żeby to sprawdzić, wystarczyłoby jedno spotkanie” – dumała, zapadając w sen. – „Tylko jedno, żeby się przekonać… Ale może jednak lepiej nie?… może przez to znowu wpakuję się w jakieś kłopoty? Nie wiem… nic już nie wiem… Chyba potrzebuję obiektywnej rady, bo sama nie mam wystarczającego dystansu. Tak… jak tylko wróci Majk, muszę z nim o tym pogadać…”
***
– Kamy dzisiaj nie będzie – poinformowała Izę Gosia, kiedy ta weszła do lokalu kwadrans po dwunastej. – Dzwoniła przed chwilą i prosiła, żeby ci to przekazać i przeprosić za kłopot.
– Cholera! – mruknęła Iza, dla której wizja wakatu na barze oznaczała poważny problem logistyczny. – To niedobrze, przecież Wika wraca dopiero we wtorek. Nie wiesz, co się stało?
– Mówi, że chyba czymś się zatruła, bo od rana wymiotuje, brzuch ją boli i tak się źle czuje, że ledwo stoi na nogach. Dzisiaj na pewno nie da rady przyjść do pracy, za to jutro postara się być.
– Okej – westchnęła Iza. – Dzięki, Gosiu. Zaraz pomyślę, jak to ogarnąć, muszę tylko rzucić okiem na grafik.
Wiadomość o nieobecności Kamili z miejsca zepsuła szampański humor, jaki towarzyszył jej od rana na myśl o tym, że był to ostatni dzień jej samodzielnego kierowania firmą. Tymczasem okazało się, że nawet podczas tej ostatniej dniówki przed powrotem szefa nie obędzie się bez komplikacji… Jako że Wiktoria do poniedziałku włącznie przebywała jeszcze na urlopie, a Kamila była jej jedyną zastępczynią, tego wieczoru ekipa Anabelli pozostawała bez wykwalifikowanej barmanki, zaś obowiązkiem Izy było wykombinować coś, aby wypełnić tę lukę.
„Hmm… Klaudia dzisiaj ma wolne” – rozważała, analizując rozłożony na biurku grafik zaplanowanych na ten wieczór dyżurów kelnerek. – „Gosia odpada, nie ma żadnego doświadczenia na barze, Zuzia też… No okej… wychodzi na to, że moja ostatnia deska ratunku to Lidia, tylko że ona przychodzi dopiero o siedemnastej, więc do tego czasu to ja muszę stanąć na bar. Mam nadzieję, że chociaż Karola pojawi się dzisiaj w pracy zgodnie z planem, bo jak zdejmę Lidkę z sali, to i tak ciężko będzie z obsługą stolików…”
Przerwało jej gwałtowne otwarcie drzwi, tak nagłe, że aż podskoczyła na fotelu. Do gabinetu jak huragan wpadła Karolina. Już po samym jej wyglądzie łatwo było rozpoznać silne wzburzenie – jej delikatna, alabastrowa twarz była mocno zaczerwieniona, podobnie jak oczy, po których widać było, że przepłakała wiele godzin i prawdopodobnie niewiele spała w nocy. Iza westchnęła z rezygnacją i pokręciła głową.
– Nic nie mów, Iza! – zawołała od progu Karolina. – Proszę cię, ani słowa!
Szybkim, nerwowym krokiem podeszła do biurka i rzuciła na nie zapisaną ręcznym pismem kartkę. Iza, która identyczną scenę w jej wykonaniu oglądała już kilka miesięcy wcześniej, nawet nie musiała sprawdzać, co zawierał dokument – wiedziała, że było to wypowiedzenie umowy o pracę. Przez głowę natychmiast przebiegła jej myśl, że odejście Karoliny znów pogłębi luki kadrowe w Anabelli, a jeśli do tego spowoduje analogiczną decyzję Antka, będącego jednym z najbardziej doświadczonych pracowników, Majk będzie miał poważny problem. Jednak tym razem, znając nieprzewidywalność Karoliny, zmęczona jej nieodpowiedzialnym zachowaniem, nie zamierzała namawiać jej do pozostania w zespole.
Spokojnym gestem wzięła do ręki pismo i rzuciła na nie okiem. Zauważyła, że drugi paragraf był prośbą o porozumienie zwalniające Karolinę z pracy w okresie wypowiedzenia.
„I to jest w sumie niegłupie” – stwierdziła po chwili zastanowienia. – „Przynajmniej wszystkim nam oszczędzi kłopotów.”
– Jesteś pewna? – zapytała tylko.
Karolina spojrzała na nią uważniej, jakby zdziwiona tak stoicką reakcją na swój dramatyczny gest, ale pokiwała głową twierdząco.
– Tak – odpowiedziała z zaciętą miną. – I tym razem to jest nieodwołalne.
– Oczywiście, że nieodwołalne – zgodziła się Iza, odkładając pismo na róg blatu. – Nawet gdybyś ty zmieniła zdanie, to chyba nie sądzisz, że po takim czymś szef przyjąłby cię do zespołu po raz trzeci?
– Wiem, że nie – odparła ciszej Karolina.
– Bezwzględnie. Ja też bym tego nie zrobiła – podkreśliła. – Już nie. O ile wcześniej wstawiałam się za tobą całym sercem, o tyle teraz, po tych wszystkich numerach, a zwłaszcza po wczorajszej nieusprawiedliwionej nieobecności w pracy, ja też nie widzę możliwości dalszego przeciągania liny. Nie wiem, co spowodowało twoją decyzję, Karola, i nawet nie będę o to dopytywać, ale biorąc pod uwagę interes firmy, uważam, że to – wskazała ręką na jej pismo – jest rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem. Również ze względu na osobę szefa. On już raz złamał dla ciebie zasady swojej polityki kadrowej, a to wcale mu się nie podobało, więc w obecnej sytuacji prawdopodobnie sam podjąłby decyzję o rozwiązaniu z tobą umowy. Dlatego może to i lepiej, że to wychodzi od ciebie? Przynajmniej unikniemy nieprzyjemnych spięć. Krótko mówiąc, w imieniu szefa przyjmuję twoją rezygnację. Z datą dzisiejszą i na warunkach, o które prosisz.
– Dzięki – szepnęła Karolina, jakby zaskoczona tym, że sprawa została załatwiona tak szybko i bezboleśnie.
– Oczywiście dziękuję ci również za dotychczasową pracę w naszym zespole – dodała lojalnie Iza, wychodząc zza biurka i wyciągając do niej rękę, którą Karolina ujęła z zakłopotaniem. – Pomijając niektóre mniej fartowne sytuacje, dobrze mi się z tobą współpracowało, zwłaszcza że jesteś pierwszą osobą, którą zatrudniłam osobiście. Szef też z reguły był z ciebie zadowolony… Dlatego tym bardziej życzę ci powodzenia, gdziekolwiek pójdziesz, bo, jak rozumiem, masz teraz inne plany niż praca w restauracji?
Ostatnie zdanie wypowiedziała z nutą zawahania, bojąc się wywołać niepotrzebną burzę, wiedziała bowiem, że prawdziwym powodem odejścia Karoliny był jej konflikt z Antkiem. Dziewczyna jednak wydawała się już o wiele spokojniejsza niż kilka minut wcześniej, nawet jej twarz zaczęła odzyskiwać swój normalny koloryt.
– Tak – odparła stanowczo. – Od października zmieniam uczelnię i na ostatni rok studiów przenoszę się do Warszawy. Tak naprawdę to wyjeżdżam już w przyszłym tygodniu, bo chcę podjąć pracę. W innej branży – podkreśliła. – Ambitniejszej i bardziej związanej z moim wykształceniem. Wczoraj byłam na rozmowie kwalifikacyjnej i dzisiaj rano dowiedziałam się, że zostałam przyjęta.
– Ach, dzisiaj? – zdziwiła się Iza. – To szybko się zdecydowałaś.
– No… tak wyszło – przyznała smętnie Karolina. – Po prostu nie widzę innej możliwości.
– W takim razie trzymam kciuki, żeby ci się powodziło – odparła zachowawczo. – I żeby ta decyzja okazała się… hmm, trafiona.
Karolina pokiwała głową.
– Dzięki… wielkie dzięki, Iza. Za wszystko. I za to, co zrobiłaś dla mnie przez ostatni rok, i za to, że w zimie dałaś mi drugą szansę, zwłaszcza że przekonałaś szefa… no i za dzisiaj – dodała z zakłopotaniem. – Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że dostanę mocny ochrzan i że będziesz mnie namawiać, żebym została. A ja podjęłam już decyzję i nie mogę zostać. Dlatego przyszłam dzisiaj najszybciej, jak się dało, bo chciałam ci to powiedzieć. Tobie, nie szefowi – podkreśliła. – Z nim to aż wstyd by mi było rozmawiać, okazał mi tyle życzliwości, a ja tak mu się odwdzięczam… No, ale co zrobić? – westchnęła. – Wiem, że on wraca jutro, dlatego koniecznie chciałam zamknąć sprawę przed jego powrotem. Wolę załatwić to z tobą… jak zawsze. Przekażesz mu moje przeprosiny? – zapytała ciszej. – Ja sama nie mam odwagi, żeby spojrzeć mu w oczy.
Iza słuchała jej w milczeniu uderzona jej opanowaniem, jakby pozytywne załatwienie sprawy zwolnienia się z pracy w mgnieniu oka ukoiło jej zszargane nerwy. To była zupełnie inna Karolina niż ta, która zaledwie kilka minut wcześniej wpadła do gabinetu z wypowiedzeniem w ręce.
„To jej chyba faktycznie dobrze zrobi” – pomyślała z przekonaniem. – „Odżyła teraz, jakby nagle spadło jej z serca ze sto ton kamieni. Ale to jednak dziwne… czyżby aż tak się tu męczyła? Antek był dla niej taki wredny i toksyczny? Jakoś nie mogę w to uwierzyć…”
– Przekażę, Karolciu – zapewniła ją łagodnie. – O to się nie martw. I jeszcze raz powodzenia we wszystkim.
– Dzięki. Tobie też, Iza.
Po wyjściu koleżanki Iza przełożyła jej wypowiedzenie do osobnej teczki na bieżące dokumenty, którą trzymała na biurku dla Majka, aby mógł zapoznać się z nimi po powrocie. Rezygnacja Karoliny, choć obiektywnie była najlepszym rozwiązaniem patowej sytuacji, kosztowała ją mimo wszystko sporo ukrytych emocji, które teraz, kiedy została w gabinecie sama, odezwały się ze zdwojona mocą, wprowadzając ją w nieprzyjemny stan połowicznego otępienia i oderwania od rzeczywistości. Mechanicznymi ruchami zamknęła teczkę i odłożyła ją na biurko, po czym zasiadła w fotelu szefa i zapatrzyła się w róg blatu, na którym w tym miejscu lekko już odstawała sfatygowana okleina.
Nie chciała myśleć o Karolinie, ani o Antku, który zapewne z jej powodu wczoraj nie stawił się w pracy i którego przygaszona twarz wracała jej na pamięć przez całą rozmowę z odchodzącą z pracy koleżanką. Z jakiegoś powodu wolała tego nie drążyć, podświadomie czując, że ta sytuacja odnosi się do niej zbyt osobiście, by mogła rozważać ją obiektywnie i na chłodno. A jednak nie umiała odepchnąć od siebie tych myśli…
„Wyszła stąd jak nowonarodzona” – przebiegło jej przez głowę. – „Jakby wreszcie się uwolniła, wyrwała z pułapki…”
Drgnęła na ostatnie pomyślane słowo i wyprostowała się, by zapobiec lawinie, którą mogło wywołać. Było już jednak za późno – znowu dopadło ją to. Owo niezrozumiałe, na wpół metafizyczne poczucie znajdowania się w potrzasku, pułapce bez wyjścia, w którą, co gorsza, sama wchodziła coraz głębiej i głębiej, coraz bardziej nieodwracalnie… Jakże to było nieprzyjemne i męczące! Zwłaszcza że wciąż nie mogła zrozumieć, z czym było związane i dlaczego ostatnio nawracało coraz częściej. A do tego ta dręcząca igiełka w sercu, która pojawiała się w najbardziej nieoczekiwanych momentach i kłuła… kłuła… kłuła… Iza co prawda przyzwyczaiła się już do niej na tyle, że przestała traktować ją jako somatyczny problem z sercem, domyślając się, że było to wrażenie powiązane z owym duchowym bólem egzystencjalnym, jaki ostatnio odczuwała regularnie, jednak nie zmieniało to faktu, że ciężko jej się z tym żyło. Ciężko, coraz ciężej…
A z drugiej strony czy w tym było coś dziwnego? Wszak od lat żyła z tym boleśnie ściśniętym sercem i tęsknotą na dnie duszy… niemal od zawsze, odkąd tylko pamiętała! To było jak wieczny ogień, który wypalał ją od środka i piekąc aż do szpiku kości, formował jej osobowość od najmłodszych lat. Był kowalem jej duszy… Lecz przecież w przeszłości głównym powodem tego cierpienia była jej nieszczęśliwa miłość do Michała! Dlaczego zatem teraz, kiedy z Michałem wszystko w końcu zaczynało się układać, ów ścisk serca, zamiast słabnąć, jeszcze bardziej się nasilał? Dlaczego z jakiegoś niezrozumiałego powodu uciekała przed czymś, o czym marzyła przez całe swe dotychczasowe życie? Czy to był strach przed szczęściem, ewentualnie przed jego przyszłą utratą, czy też po prostu nie umiała już inaczej? Może to było od niej niezależne? Może tak jest zawsze, gdy dusza, której połowa wypali się w ogniu cierpienia, raz naznaczy się księżycową pieczęcią? Może taka dusza nie potrafi już nigdy odnaleźć pełni szczęścia?…
„Koniec, stop!” – postanowiła, zrywając się z fotela i sięgając po odłożony na kozetkę świeży fartuszek kelnerski. – „Nie mogę teraz o tym myśleć, muszę skupić się na pracy! Przecież nie ma Kamy, trzeba natychmiast stanąć na bar!”
***
Kościół Nawrócenia Świętego Pawła pustoszał powoli, a pogłos kroków wychodzących z niego wiernych coraz rzadziej przerywał ciszę panującą w monumentalnym wnętrzu. Klęcząca w jednej z pierwszych ławek Iza słuchała tych odgłosów z przymkniętymi oczami, ze wszystkich sił starając się skupić na modlitwie, a nie na łapaniu poszarpanych myśli, które na kilka chwil błyskały w jej świadomości i natychmiast ulatniały się jak kamfora. Mieszało się w nich wszystko, niczym przysłowiowy groch z kapustą – kołowrót obrazów, wspomnień i skojarzeń, galeria znajomych twarzy, mantra bieżących spraw do rozwiązania i problemów leżących jej na sercu.
Została tu po niedzielnej mszy, by trochę się pomodlić, nie tylko za drogich zmarłych, o których nie zapominała nigdy, ale również za samą siebie, by jak zawsze w trudnych chwilach oddać Bogu swoje troski i poprosić Go o spokój duszy. Lecz niestety – znowu nie umiała się modlić. Przytłoczona tysiącem urywanych wątków myśli, niezdolna do tego, by na dłużej skupić się na którymkolwiek z nich, klęczała w ławce, bezradnie czekając, aż owa szalona karuzela pod czaszką uspokoi się i wreszcie zatrzyma… nieważne, na którym z tematów, byle na jakimś jednym.
Pomodlić się w skupieniu za rodziców… i za pana Szczepana, na którego grobie trzeba by już powoli powymieniać kwiaty, bo przecież tamte na pewno musiały się już zeschnąć. Dobrze by też było poprosić Najwyższego o pomoc w sprawie Krawczyka, którego list ciążył jej na sumieniu niczym wielki głaz, a ona wciąż nie mogła się zdecydować, co z tym zrobić. Choć nie, to było jednak mniej ważne, o wiele bardziej kluczowy był zbliżający się wyjazd do Korytkowa, chrzest Klary, rozmowa z Amelią i spotkanie z Michałem. Z jej Misiem… Przyjedzie do niej, wróci pośpiesznie nocą z długiej trasy, aby zdążyć się z nią spotkać… jak kiedyś… A ona znów wyjdzie do niego na drogę, niegdyś żwirową, wiodącą wprost na pola, teraz już wyasfaltowaną, częściowo służącą za dojazd do hotelu. Czy tak samo jak wtedy, ponad pięć lat temu, w trawie będą cykać świerszcze? Nie, o tej porze już pewnie będzie na to za późno, raczej spotkają się przy księżycu. Przy księżycu, który właśnie w najbliższych dniach powinien być w pełni…
Gwałtowne uderzenie serca sprawiło, że podskoczyła w ławce i odruchowo otworzyła oczy. Kościół był już prawie pusty, tylko kilka starszych pań modliło się jeszcze w sąsiednich ławkach blisko ołtarza. Iza znów przymknęła oczy, starając się wrócić do przerwanego wątku myśli, te jednak wymykały się ze świadomości niczym wyślizgujące się z palców węgorze, pozostawiając tylko jeden obraz – zalaną księżycowym blaskiem, pachnącą ziołami łąkę na końcu świata. To chyba nie było dokładnie to, o czym myślała przed chwilą, ale co tam… może właśnie to było najważniejsze? Terapia! Terapia złamanych serc i księżycowych dusz… To mogło być jedyne lekarstwo na ów ból istnienia, który ostatnio dręczył ją tak mocno, że chwilami niemal nie dawał jej oddychać. Czy to była odpowiedź Najwyższego na jej chaotyczną modlitwę i prośbę o pomoc? Może faktycznie znów potrzebowała terapii, dzięki której zdoła poukładać sobie w głowie te wszystkie poszarpane myśli? Wyrzucić z siebie to, co ją męczyło, wygadać się przed kimś szczerze… nie, nie przed kimś – przed Majkiem! Tylko przed nim, jej przyjacielem i bratem, jedynym, który mógł w pełni ją zrozumieć, który jak nikt inny nadawał na tych samych księżycowych falach! I to nie mogła być rozmowa przez telefon, a wyłącznie na żywo, bo tylko taka terapia miała uzdrowicielską moc. Jak dobrze, że wracał już dzisiaj!
Serce, przepełnione cichą radością na tę myśl, zabiło jej teraz inaczej, spokojniej. Tak, to było jedyne, co mogło ją uratować! Nawet jeśli nie uda się porozmawiać dzisiaj, bo przecież szef będzie miał po uszy roboty po powrocie, to przecież liczyła się sama perspektywa! Już samo to, że dzisiaj go zobaczy, usłyszy jego głos i śmiech, który tak bardzo lubiła, było dla niej jak promyk słońca w ponury deszczowy dzień… jak budzące nadzieję światełko w czarnym tunelu złych myśli…
Na usta Izy po raz pierwszy tego dnia wybiegł delikatny uśmiech, z którego być może sama nie zdawała sobie sprawy. Wyszeptawszy kilka słów podziękowania, otworzyła oczy, przeżegnała się i podniosła się z ławki, po czym ruszyła ku wyjściu, zerkając w stronę ołtarza, gdzie krzątał się starszy kościelny ubrany w białą komżę. Światło sierpniowego słońca było tak intensywne, że po wyjściu z ciemnego wnętrza musiała zmrużyć oczy. Teren przed kościołem był prawie pusty, jednak tu i ówdzie stało jeszcze kilka grupek rozmawiających między sobą osób, co natychmiast skojarzyło jej się z placykiem przed wiejskim kościołem w Korytkowie, gdzie po każdej niedzielnej mszy sąsiedzi mieli zwyczaj jeszcze długo tak stać i rozmawiać w zaprzyjaźnionych gronach.
Idąc w stronę chodnika, pod murem ogrodzenia dostrzegła dwie podparte laskami starsze kobiety, które zdawały przyglądać się jej ukradkiem. Sylwetkę jednej z nich Iza rozpoznała natychmiast – była to staruszka, z którą już kilka razy zdarzyło jej się rozmawiać i która swego czasu obiecała jej modlitwę za chorego pana Szczepana, a do tego miała podobnie bladoniebieskie oczy jak on. Drugiej z kobiet, ubranej w elegancki kostium z czarnej koronki, ze śnieżnobiałymi włosami uczesanymi w wysoki kok, wprawdzie nie znała, ale wystarczył jej rzut oka, by ocenić, że musiała być od swojej towarzyszki o dobrych parę lat młodsza.
Zauważywszy, że znajoma staruszka z daleka uśmiecha się do niej, odwzajemniła jej uśmiech i ukłoniła się grzecznie.
– Dzień dobry! – odpowiedziała kobieta, a jej towarzyszka również z życzliwym uśmiechem skinęła jej głową. – Oj, jak ja cię już dawno nie widziałam, drogie dziecko!
Odczytując to jako sygnał zachęty do rozmowy, Iza podeszła bliżej, szczerze ucieszona tym, że znów ma okazję spotkać sympatyczną starszą panią.
– A ja już myślałam, że ty stąd odjechałaś albo co – kontynuowała kobieta. – I tak mi się ciepło na sercu zrobiło, jak cię dzisiaj znowu zobaczyłam w ławce. O widzisz, kochana? – zwróciła się do drugiej, która przyglądała się Izie z życzliwym zaciekawieniem. – To właśnie ona, moja przemiła dziewczyneczka od Świętego Pawła. Nawet nie wiem, jak ma na imię, ale tyle razy już się tu widziałyśmy na modlitwach…
– To prawda – uśmiechnęła się z zakłopotaniem Iza. – Ja też się cieszę, że panią widzę, bardzo mi miło, że pani mnie pamięta. Mam na imię Izabella.
– Izabella – powtórzyła staruszka, kiwając głową. – Piękne imię!
– Dziękuję, proszę pani.
– Piękne i bardzo kobiece – przyznała druga pani miłym, ciepłym głosem, który niemalże nie pasował do jej dystyngowanego wyglądu. – Mnie też bardzo się podoba, zawsze mi się podobało. Jakbym miała córkę, to nie wiem, czy właśnie tak bym jej nie nazwała.
– Ale nie masz córki! – zauważyła z przekorą jej towarzyszka. – Ani nawet wnuczki, widzisz? Same chłopaki ci się przytrafiły!
– Ano tak – uśmiechnęła się tamta, przyglądając się spod oka Izie.
– A ja moje dwie też ładnie ponazywałam – ciągnęła kobieta. – Anna i Małgorzata. Ładnie prawda? – zwróciła się do Izy, która skwapliwie pokiwała na to głową. – Stare, piękne imiona, takie to się nigdy nie znudzą… No, ale co my tak o imionach? – przerwała sama sobie. – Pewnie dziecko się śpieszy, a ja tu zagaduję. Nie chcę cię zatrzymywać, dziecino, tak tylko chciałam chwilkę porozmawiać, bo dawno cię nie widziałam – dodała tonem usprawiedliwienia. – I zapytam tylko, jeśli mogę… jak tam ten twój przyjaciel, za którego się modliłaś? Zdrowszy już?
Iza pokręciła smutno głową.
– Nie, proszę pani. Niestety zmarł… już pół roku temu.
– Ach! – wyszeptały z poruszeniem obie panie.
– Tak… Miał osiemdziesiąt cztery lata i bardzo słabe serce. Właściwie to lekarze uprzedzali, że już długo nie pożyje, ale ja jednak do końca miałam nadzieję, że to nie będzie tak szybko, że doczeka chociaż wiosny… Niestety, umarł w lutym. Serce słabło, słabło, aż w końcu nie wytrzymało.
– No tak – westchnęła staruszka. – Tak to właśnie bywa, zwłaszcza w naszym wieku. My dobrze wiemy, co to znaczy, prawda, Reniu? – zwróciła się do swojej śnieżnowłosej towarzyszki, która pokiwała na to smętnie głową. – Bardzo mi przykro, dziecino, to dla ciebie na pewno wielka strata.
– Dziękuję – odparła smutno Iza.
– Ale mówiłaś mi, że to był twój przyjaciel? – ciągnęła z zastanowieniem kobieta. – A nie ktoś z rodziny?
– Właściwie trochę tak – zgodziła się z uśmiechem. – Mąż mojej dalekiej krewnej, cioci z dalszej rodziny. Niby nie byliśmy spokrewnieni, tylko w pewnym sensie powiązani przez dalekie powinowactwo… Ale i tak zaprzyjaźniliśmy się, zanim dowiedziałam się o moim pokrewieństwie z jego żoną – zaznaczyła. – Więc to wcale nie było takie ważne.
– Zaprzyjaźniłaś się z takim starszym człowiekiem? – zdziwiła się druga z pań.
– Tak – pokiwała grzecznie głową. – Poznałam go ledwie półtora roku przed jego śmiercią, ale w tym czasie zdążyłam przeogromnie go polubić. A on mnie, bo przypominałam mu jego zmarłą w młodości żonę, za którą całe życie bardzo tęsknił i do której faktycznie jestem dość podobna. Właściwie to tylko dlatego zwrócił na mnie uwagę. Niestety, długo już nie pożył – dodała ze smutkiem. – Wiadomo, że miał swój wiek i był schorowany, ale w pierwszych dniach po tym, jak to się stało, bardzo trudno było mi się z tym pogodzić. Zwłaszcza że kilka tygodni wcześniej wydawało się, że zdrowieje, miał dużo sił, sam robił zakupy… a z drugiej strony powtarzał w kółko, że to jego ostatnie podrygi i że nie dożyje wiosny.
– Mhm – mruknęła elegancka pani.
– Denerwowało mnie to strasznie, byłam pewna, że przesadza, ale on niestety dobrze wiedział, co mówi – ciągnęła z żalem Iza. – Musiał coś przeczuwać. I rzeczywiście po tym polepszeniu przyszło nagłe pogorszenie, a potem… skończyło się w ciągu kilku godzin.
Zamilkła, przytłoczona smutnym wspomnieniem tamtej nocy, kiedy słabnący z godziny na godzinę pan Szczepan powoli przenosił się do wieczności, a ona i Majk mogli tylko bezradnie czekać na jego śmierć.
– Ano tak – pokiwała głową starsza pani w czarnej koronce. – Tak to właśnie wygląda. Mojemu mężowi też się tak na niedługo przed śmiercią polepszyło. Jak wcześniej miesiącami leżał obłożny, tak wtedy nabrał sił, na łóżku zaczął siadać i wreszcie jeść ze smakiem. A ja, głupia, tak się cieszyłam… ech! – westchnęła. – Gdyby to człowiek wiedział, że taki nawrót sił to zły znak…
– A może i dobrze, że tego nie wiedziałaś, Reniu? – zastanowiła się jej towarzyszka. – Mój Zygmuś, jak w szpitalu umierał, to nic mu się nie polepszało, dwa tygodnie leżał nieprzytomny i tylko maszyna za niego pracowała. A ja tak nieraz sobie myślę, że może lepiej by było, gdyby w domu umarł, jak jeszcze był przytomny? Chociaż by się dało z nim pożegnać jak z człowiekiem… – głos załamał jej się lekko i podniosła rękę, by otrzeć łzę, która przy ostatnich słowach zakręciła jej się w oku. – Ech, śmierć zawsze przychodzi nie w porę…
– Rozalko, wystarczy – przerwała jej łagodnie towarzyszka, troskliwie obejmując ją ramieniem. – Nie ma co rozpamiętywać czegoś, co już się nie odwróci, a już zwłaszcza przy takiej młodej dziewczynie. To nie temat dla takiej panienki, w dodatku na niedzielę. Pewnie do domu się śpieszy, a my ją tu będziemy zatrzymywać i o śmierci opowiadać…
– Ależ nic nie szkodzi, proszę pani – przerwała jej grzecznie Iza. – Przecież to ja sama zaczęłam. Do mówienia o śmierci jestem przyzwyczajona i nie boję się tego tematu. Każdy przecież ma wśród bliskich kogoś kochanego, kto już nie żyje, a ja mam sporo takich osób, w tym mamę i tatę. I wiem, jak czasem chce się z kimś o tym porozmawiać, choćby i z obcym człowiekiem.
– Prawda – westchnęła elegancka dama. – Masz rację, dziecko, tak to właśnie jest, że czasem trzeba z kimś porozmawiać o tych naszych zmarłych, trochę ich powspominać, albo i razem się pomodlić. A najlepiej z kimś, kto przeżył to samo. Tak jak my z Rozalką. Obie wdowy jesteśmy, to się nieraz na wspólną mszę zgadamy, na cmentarz do naszych mężów razem podrepczemy… To mówisz, że tobie mama i tata już poumierali? – zapytała, zerkając na nią ze współczuciem. – Tak wcześnie? Przecież ty młodziutka jeszcze jesteś…
– Tak – odparła smutno Iza. – Tata zginął tragicznie, kiedy byłam ośmioletnim dzieckiem, a mama zmarła na raka pięć lat temu. Wtedy na szczęście obie z siostrą byłyśmy już dorosłe, ale to wcale nie znaczy, że jej śmierć bolała nas mniej. Bolała strasznie… Mama miała tylko czterdzieści sześć lat.
– Mój Boże, oboje tacy młodzi ludzie! – szepnęła druga starsza pani zwana Rozalką. – Bo twój tatuś to pewnie jeszcze młodszy był, jak umarł, prawda?
– Tak. W chwili śmierci miał niecałe trzydzieści pięć lat.
– Panie Boże! – pokręciła głową dama w koronce. – Trzydzieści pięć! Toż to młody chłopiec, ledwie w wieku mojego wnuka… I co to taki człowiek zdążył pożyć? Nawet dziećmi nie miał czasu się nacieszyć, a taką wspaniałą córeczkę miał… Ech… jaki to ten świat niesprawiedliwy!
– Ale ja wiem, że oni nadal żyją, proszę pani – dodała z przekonaniem Iza, mile poruszona ciepłymi słowami o ojcu. – Są w innym świecie, ale żyją i czuwają nad nami. Jestem tego pewna tak jak faktu, że sama żyję i oddycham. Nie, oni nie umarli – dodała ciszej, przypominając sobie czarne jak węgiel oczy „cyganki”. – Są bliżej nas, niż myślimy, i to prędzej my zapomnimy o nich niż oni o nas. Chociaż ja o moich zmarłych nigdy nie zapomnę…
Urwała, wspominając promyki zachodzącego słońca, które igrały na porcelanowych fotografiach rodziców umieszczonych na grobie w Korytkowie. Kiedy po ich twarzach w ten sposób migotało światło, mama wydawała się uśmiechać, a tata patrzeć porozumiewawczo, jakby puszczał do niej figlarne oko.
„Musiał być z niego kawał łobuziaka” – pomyślała, uśmiechając się łagodnie do tej wizji. – „Ileż bym dała za to, żeby przypomnieć sobie, jak się śmiał! Niestety, pamiętam jego twarz tylko z tego ostatniego wieczoru przed wypadkiem, był wtedy taki zmęczony…”
Elegancka starsza pani, wciąż obejmując wzruszoną i ocierającą łzy panią Rozalię, patrzyła na zamyśloną dziewczynę z uwagą i rosnącą sympatią.
– Dobre z ciebie dziecko – stwierdziła w końcu, na co Iza natychmiast ocknęła się ze swoich wizji i uśmiechnęła się z zakłopotaniem. – Niech Ci Bóg zapłaci za to, co powiedziałaś o zmarłych. I za to, jak pamiętasz o rodzicach.
– Oj, tak – pokiwała głową pani Rozalia. – Dobra, dobra dziecina…
– Dziękuję – odparła zmieszana Iza. – Obu paniom, a pani w szczególności za modlitwę za mojego przyjaciela… za to, że modliła się pani za niego wtedy, kiedy jeszcze żył. Jestem pani za to naprawdę bardzo wdzięczna. A teraz, wybaczą panie, ale będę musiała już iść – dodała, zerkając z niepokojem na zegarek. – Mam jeszcze trochę obowiązków w domu.
– Ależ oczywiście, oczywiście! – odpowiedziały jedna przez drugą obie panie. – Nie zatrzymujemy cię, masz swoje sprawy i biegnij już do nich, drogie dziecko!
– Dziękuję – uśmiechnęła się. – Bardzo miło mi się z paniami rozmawiało i mam nadzieję, że niedługo znowu się spotkamy. Ja w tym kościele jestem dosyć często.
– Na pewno się spotkamy – odparła z przekonaniem pani Rozalia.
– Do widzenia paniom.
– Do widzenia, dziecinko, do widzenia! Niech cię Pan Bóg błogosławi!
Wymieniwszy raz jeszcze grzecznościowe uśmiechy z kobietami, Iza odwróciła się w stronę ulicy, wyszła na chodnik i ruszyła w stronę Narutowicza. Starsze panie z zaciekawieniem i sympatią śledziły pośpieszny chód jej zgrabnej sylwetki ubranej w jasną kwiecistą sukienkę.
– Miałaś rację, Rozalko – przyznała ciepło pani w koronkach. – Bardzo miła dziewczyna. Od razu widać, że mądre, dobre dziecko. Aż serce rośnie, że mamy jeszcze taką młodzież, bo jak się czasem na tych młodych patrzy, to tylko ręce człowiekowi opadają.
– To prawda – zgodziła się nie bez dumy pani Rozalia, mocniej wspierając się na lasce. – Ja już dawno ją zauważyłam w tym kościele, od razu mi się w oczy rzuciło, jaki ta dziecina ma przemiły uśmiech… Ale wiesz co, Reniu? Chodźmy już stąd. Do autobusu jeszcze spory kawałek, a mnie od tego stania to już nogi bolą.