Anabella – Rozdział L

Anabella – Rozdział L

„Mam nadzieję, że ten wzór spodoba się Melci” – myślała z zafrasowaniem Iza, pośpiesznym krokiem zmierzając w stronę skrzyżowania z ulicą Narutowicza. – „Tamten pierwszy też był bardzo ładny, ale jednak, jak na moje oko, ten delikatniejszy lepiej będzie do niej pasował.”

Wracała właśnie z uczelni po zakończeniu ostatniego dnia zajęć przed przerwą świąteczną. Pożegnawszy się z kolegami, z którymi dziś składali sobie wzajemnie życzenia świąteczne, zadowolona z wyraźnej w ostatnim czasie poprawy humoru Marty, dziewczyna biegła do domu jak na skrzydłach, musiała bowiem poczynić ostatnie przygotowania do jutrzejszego powrotu do Korytkowa. Tym razem miała zabrać ze sobą dwie walizki, jedną zwyczajną, przepełnioną codziennymi ubraniami, a drugą całkiem nową, zakupioną specjalnie na wyjazd do Belgii, w której czekała już od paru tygodni elegancka sukienka sylwestrowa i w której od kilku dni gromadziła także prezenty choinkowe dla rodziny.

Poprzedniego wieczoru zakończyła swoją ostatnią zmianę w Anabelli i rozpoczęła ostatnią transzę urlopu, jaki przysługiwał jej jeszcze w tym roku. Pożegnała się już ze wszystkimi kolegami z wyjątkiem szefa, z którym miała widzieć się jeszcze dziś o osiemnastej, na tę godzinę byli bowiem umówieni u pana Szczepana na wspólną przedświąteczną kolację, która miała imitować wieczerzę wigilijną. Iza zdobyła nawet na ten cel poświęcony opłatek, po który specjalnie zaszła do kościoła Nawrócenia Świętego Pawła, przy okazji odmawiając tam modlitwę za wszystkich żywych i umarłych, których znała i kochała lub ceniła.

W drodze powrotnej z uczelni wstąpiła do upatrzonego już wcześniej zakładu jubilerskiego, gdzie wybrała dla Amelii piękny i bardzo drogi zestaw złotej biżuterii. Ponieważ ostatnio, w ramach samokształcenia pod kątem prowadzenia finansów firmy, czytała sporo poradników i stron internetowych z zakresu ekonomii, na jednej z nich trafiła na ciekawy tekst dotyczący prezentów gwiazdkowych. Zainspirował ją on do połączenia przyjemnego z pożytecznym i zakupienia dla siostry pod choinkę wyrobów jubilerskich ze złota, które nie tylko cieszyłyby oko, ale w razie trudnej sytuacji finansowej mogłyby zostać na powrót spieniężone. Zadowolona z pomysłu, niespokojna tylko o to, czy wzór biżuterii na pewno spodoba się Amelii, pełna energii wracała do domu, dochodząc do swojej części ulicy inną drogą niż zwykle. Prowadziła ona obok komisu Marciniakowej, co automatycznie odświeżyło w jej pamięci nieprzyjemne wspomnienia sprzed roku.

Mimo że komis mieścił się bardzo niedaleko jej stancji, od roku Iza instynktownie unikała przechodzenia tą drogą. Nie było to zresztą konieczne, gdyż, aby dojść na uczelnię, skręcała zazwyczaj na skrzyżowaniu kilka kamienic wcześniej i od ubiegłej zimy nie przechodziła tędy właściwie ani razu. Zbliżała się szesnasta, zatem zmierzch kładł się już długim cieniem na ośnieżonych ulicach ozdobionych różnokolorowymi iluminacjami świątecznymi i choinkami migoczącymi w szybach sklepowych witryn, tworząc nieporównywalną z niczym innym atmosferę nadchodzącego Bożego Narodzenia. Śnieg nie padał już dzisiaj, lecz nadal grubą warstwą pokrywał chodniki i lekko skrzypiał pod nogami pod wpływem rosnącego z dnia na dzień mrozu, który po zmroku osiągał wartość nawet kilkunastu stopni Celsjusza.

Myśl o tym, że ma już wolne, a jutro wraca do domu, przepełniała duszę Izy uskrzydlającą radością, której dziś nie mogła zmącić nawet spychana na dno świadomości wizja zbliżających się zaręczyn Michała z Sylwią. Pogodziła się już zresztą z tym faktem i choć spodziewała się, że w czasie pobytu w Korytkowie sprawa ta wróci i na nowo przysporzy jej cierpienia, dopóki mogła, starała się o tym nie myśleć. Był to jej odruch samoobrony, tak skutecznie wyćwiczony w ciągu kilku ostatnich tygodni, że chwile, gdy wspomnienie Michała kładło się cieniem na jej twarzy i sercu, były już bardzo nieliczne. Obecnie Iza myślała głównie o tym, że jutro zobaczy Amelię i Roberta, a po świętach spędzonych w rodzinnym gronie pierwszy raz w życiu wyjedzie za granicę.

„To takie miłe ze strony Ani i Jean-Pierre’a, że zaprosili mnie do Belgii, chociaż jestem dla nich zupełnie obcą osobą” – myślała, wizualizując sobie w pamięci piękną twarz siostry Pabla. – „Jak dziwnie potrafią potoczyć się ludzkie losy… Rok temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, że kiedyś może mnie spotkać coś takiego! Ale rok temu byłam w zupełnie innym punkcie życia… Pracowałam u Marciniakowej… o, właśnie tu.”

Wzdrygnęła się na widok znajomych betonowych schodków prowadzących w dół do sutereny, gdzie znajdował się komis Marciniakowej, i instynktownie przyśpieszyła kroku, by minąć go jak najprędzej. Jednak dokładnie w tym samym momencie drzwi komisu otworzyły się, a następnie zatrzasnęły gwałtownie i po schodkach, potykając się i głośno szlochając, wbiegła na górę skulona postać młodej dziewczyny w szarej podniszczonej kurtce. Iza przystanęła w zaalarmowaniu, uderzona jak obuchem osobistym, przykrym déjà vu.

Dziewczyna wybiegła na chodnik cała zapłakana, bez czapki, z rozsypanymi na ramionach półdługimi blond włosami, całą dłonią ocierając sobie z twarzy łzy. Widok ten był tak smutny i przejmujący, a myśl o tym, że Marciniakowa zapewne oszukała i wykorzystała kolejną naiwną osobę, tak bulwersująca, że Iza aż zagotowała się w środku z oburzenia. Momentalnie przed oczami stanęła jej niemal identyczna scena sprzed roku, kiedy to ona sama była nieszczęsną bohaterką podobnego dramatu, a w sercu jak żywe odezwało się wspomnienie ówczesnej rozpaczy i palącego poczucia upokorzenia.

„A to łajdaczka!” – pomyślała z pasją pod adresem Marciniakowej, odruchowo rzucając się za dziewczyną. – „Znowu kogoś okantowała! Nic się nie zmieniła, dalej żeruje na ludzkiej krwawicy! Biedna mała…”

– Poczekaj! – zawołała, biegnąc za uciekającą w głąb ulicy dziewczyną. – Słyszysz?! Stój!

Dziewczyna zatrzymała się i odwróciła się zaskoczona, jakby nie dowierzając, że słowa te adresowane są do niej. Pozwoliło to Izie szybko ją dogonić. Natychmiast zwróciła uwagę na to, że była to bardzo młoda osoba, z wyglądu nastolatka, której zapłakana buzia o jeszcze na wpół dziecięcych rysach tym bardziej budziła współczucie.

– Co się stało? – zapytała łagodnie, przytrzymując ją za ramię. – Dlaczego płaczesz?

Dziewczyna otworzyła usta, lecz w tej samej chwili, najwidoczniej rozżalona tym pytaniem, wybuchła jeszcze bardziej niepohamowanym płaczem, a jedyną jej odpowiedzią był gest dłoni, którą podniosła nieco, by pokazać Izie ściskany w niej niewielki zwitek banknotów. Gest ten, który dla kogoś innego byłby całkiem niezrozumiały, Izie ostatecznie potwierdził i tak oczywiste domysły.

– Oszukała cię ta jędza, tak? – podjęła współczującym tonem. – Pewnie wstrzymała ci połowę wypłaty za cały miesiąc pracy?

Dziewczyna podniosła na nią pełne łez oczy, w których odmalowało się zdumienie.

– Skąd… skąd pani to wie? – chlipnęła. – Tak…

– Wiem, bo kiedyś sama miałam z nią do czynienia – wyjaśniła jej Iza, czując narastającą w duszy wściekłość na Marciniakową. – Mnie też oszukała w taki sam sposób. No dobra, mów. Na ile cię nacięła?

– Na sześćset złotych – odpowiedziała złamanym głosem dziewczyna. – A miałam zarobić tysiąc dwieście. Harowałam na cały etat, nawet więcej niż trzeba… dała mi połowę – znów pokazała jej drżącą, zmarzniętą dłoń zaciśniętą na zwitku kilku stuzłotowych banknotów. – A ja tak się cieszyłam, że w domu będzie trochę pieniędzy na święta… Mama już zakupy zaplanowała… i potrawy… – głos załamał jej się jeszcze bardziej i po zaczerwienionych od płaczu i mrozu policzkach spłynął kolejny potok łez. – A teraz to już nic z tego nie będzie, prawie wszystko trzeba będzie oddać… Bo my mamy bardzo duże długi, proszę pani – dodała z bólem. – Czterysta pięćdziesiąt złotych mama musi jutro oddać pani ze spożywczaka, inaczej już nam więcej nic nie dadzą na kreskę… pięćdziesiąt za gaz… I na święta aż do końca roku zostanie tylko stówka… dla mnie, dla mamy i siostry… cała renta mamy już poszła… a tylko ja mam pracę…

Iza słuchała w milczeniu, w środku aż gotując się z oburzenia wobec krzywdy wyrządzonej nieszczęsnej dziewczynie, która, jak wskazywało tych kilka urywanych zdań, była w znacznie trudniejszej sytuacji niż ona sama rok temu. Przy ostatnich słowach dziewczyny w jej sercu przebrała się miara.

– Nie, ty już nie masz tej pracy – zapewniła ją stanowczym tonem.

Dziewczyna spojrzała na nią z przestrachem.

– Jak to? – wyszeptała.

– Nie masz już tej pracy – powtórzyła twardo Iza, sięgając do kieszeni kurtki dziewczyny, z której, jak zauważyła, zwisała jej czapka. Troskliwym ruchem nałożyła jej ją na głowę. – Za to będziesz mieć inną, lepszą. No, zakładaj mi tę czapkę, bo się przeziębisz… Jak masz na imię?

– Zuzanna – szepnęła oszołomiona dziewczyna.

– Dobra, Zuziu, zaraz to załatwimy – podjęła zaciętym tonem, pociągając ją za rękę w stronę komisu. – Chodź ze mną.

Dziewczyna bezwolnie przeszła za nią kilka kroków, jednak tuż przed betonowymi schodkami prowadzącymi w dół do komisu, widząc, że Iza zamierza tam z nią zejść, zatrzymała się i stawiła opór.

– Chodź, mówię! – rzuciła ostro Iza, nieświadomie przybierając identyczny ton, jaki zwykle stosował Majk, gdy ktoś sprzeciwiał się jego decyzjom. – No już! Bez gadania!

Dziewczyna posłusznie dała pociągnąć się za rękę i zeszła po schodkach za Izą, która w tym momencie była tak wściekła, że nawet nie zastanawiała się nad tym, co robi. Wiedziała tylko jedno – nie może tak zostawić tej sprawy i darować Marciniakowej kolejnego bestialskiego oszustwa. Choć sama sobie tego nie uświadamiała, była to dla niej chwila próby i prawdy o sobie, bowiem jeszcze rok temu nie odważyłaby się zrobić tego, co miała zamiar wykonać dziś. Z natury łagodna i ugodowa, w skrajnej sytuacji umiała aktywować w sobie ów rys kobiecej stanowczości i wewnętrznej siły, którą już dawno bezbłędnie wyczuł, a następnie dyskretnie podsycał w niej i pielęgnował Majk. Dzięki rosnącemu w niej stopniowo poczuciu własnej wartości, związanemu również z ustabilizowaną sytuacją zawodowo-finansową, Iza była dziś zupełnie innym człowiekiem niż tamta zahukana i niepewna siebie dziewczyna sprzed roku, która, podobnie jak dziś Zuzia, wybiegła wówczas z płaczem na ulicę, zamiast stanowczo zawalczyć o swoje.

Zuzia z przestrachem, ale już bez płaczu patrzyła na swą niespodziewaną sojuszniczkę, która bez cienia lęku czy zawahania nacisnęła klamkę i wparowała do komisu, gdzie Marciniakowa kończyła właśnie spokojne wypalanie papierosa. Na widok Izy, którą rozpoznała od razu pomimo gęsto kłębiącego się dymu, podskoczyła na krześle jak oparzona, odruchowo odkładając dymiący papieros na popielniczkę.

– A czego to… – zaczęła zaskoczona.

– Proszę wypłacić pracownikowi pełną pensję – rzuciła twardo Iza, nie bawiąc się w powitania i formułki grzecznościowe. – Natychmiast.

Marciniakowa na chwilę zaniemówiła. Widok dawnej pracownicy, niegdyś pokornej i zahukanej, lecz dziś elegancko ubranej, wykazującej w ruchach i mowie wielką pewność siebie, stojącej przed nią z zaciśniętymi ustami i oczami ciskającymi gromy, zdumiał ją i sprawił, że pomimo wrodzonego tupetu kobieta poczuła się niekomfortowo. Przybrała jednak wyniosłą minę i podniosła się z krzesła.

– A co to mi robi awanturę? – wzruszyła ramionami, choć w jej głosie zabrzmiała niepewna nutka. – Nic jej do tego, jak się rozliczam z pracownikiem. Wynosi mi się ze sklepu, jak nic nie kupuje… Nie jej interes.

– Proszę wypłacić pracownikowi pełną pensję – powtórzyła surowo Iza, patrząc jej prosto w oczy. – Przywłaszczyła sobie pani sześćset złotych z wypłaty należnej tej dziewczynie – wskazała na Zuzię, stojącą przy drzwiach i obserwującą scenę z przestraszoną miną. – Proszę je natychmiast oddać.

Nadal niezbyt pewna siebie, ale widocznie przekonana, że najlepszą obroną jest atak, Marciniakowa wyprostowała się w bojowym geście i postąpiła krok w stronę Izy.

– A skąd wie, co ja sobie przywłaszczyłam, a co nie? – rzuciła ostro. – Jaki mam układ z pracownikiem, to nie jej sprawa. Bo co? Będzie mi tu grozić? Rozkazywać? Może znowu gacha na mnie naśle, co?

Ostatnie słowa wypowiedziała z wyraźną obawą, co świadczyło o tym, że wspomnienie Kacpra i jego spektakularnej interwencji sprzed roku wciąż było żywe w jej pamięci.

– Naślę, kogo trzeba – zapewniła ją z zaciętą miną Iza. – A w pierwszej kolejności policję i prokuratora. Myśli pani, że nie wiem, że ja i ona – znów wskazała na ciężko zszokowaną Zuzię – nie jesteśmy jedynymi osobami, które pani oszukała lub usiłowała oszukać? Znam nie tylko swój i jej przypadek. I może być pani pewna, że jeśli natychmiast nie wypłaci pani tej dziewczynie należności za ciężką pracę w podłych warunkach, które ja akurat doskonale znam… to nie zawaham się zrobić użytku nie tylko z mojej wiedzy na temat pani metod działania, ale i z kontaktów, jakie posiadam w gronie prawniczym – jej głos zabrzmiał ostrzegawczo, na co Marciniakowa cofnęła się o krok i lekko zbladła. – Czas wreszcie na dobre ukrócić pani obrzydliwe praktyki i ochronić w ten sposób kolejne osoby, które będzie pani chciała skrzywdzić w przyszłości. Proszę o natychmiastowe wypłacenie pracownikowi przywłaszczonych sześciuset złotych.

Marciniakowa cofnęła się o kolejny krok.

– Ale jakich znowu przywłaszczonych? – wymamrotała, nieudolnie udając oburzenie. – Wszystko dostanie w swoim czasie, a wstrzymałam, bo…

– Natychmiast! – wycedziła z pasją Iza, czując, że z wściekłości przed oczami robi jej się czerwono. – Czekam pół minuty i albo pani płaci, albo wzywam policję. Na początek wystarczą zeznania moje i Zuzanny, ale szybko znajdziemy i pozostałe osoby pokrzywdzone. Osobiście tego dopilnuję.

Marciniakowa cofnęła się już teraz całkowicie za biurko i niespokojnym gestem otworzyła szufladę, skąd wyjęła plastikowy woreczek z pieniędzmi.

– I co się denerwuje? – rzuciła urażonym tonem, choć dłonie z wymalowanymi na czerwono paznokciami trzęsły jej się coraz mocniej. – Ja nikogo tu nie krzywdzę. Mówiłam, że zapłacę po Nowym Roku, jak spełni warunki… ale mogę i teraz, niech tam…

Wyjęła z woreczka plik banknotów, z którego wysupłała sześć stuzłotowych i położyła je na brzegu biurka.

– O, i niech ma – powiedziała łaskawie, wskazując stojącej w oddali Zuzi, żeby podeszła po pieniądze. – Było się o co kłócić… A umowę podpisała na styczeń i luty, to wtedy warunki ma spełniać, bo tego nie popuszczę.

W jej głosie zabrzmiała nutka groźby, wobec której podchodząca już do biurka Zuzia cofnęła się gwałtownie i z przestrachem spojrzała na Izę.

– Umowę? – podchwyciła czujnie Iza, ruchem ręki wskazując dziewczynie, by wzięła przygotowane pieniądze. – Bierz swoje wynagrodzenie, no już… Mam rozumieć, że podpisałaś z tą panią jakąś kolejną umowę?

Zuzia pokiwała twierdząco głową, nie śmiejąc sięgnąć po pieniądze, które Iza bez wahania zgarnęła z biurka i wcisnęła jej do ręki.

– Masz, trzymaj to – poleciła jej, po czym znów odwróciła się do Marciniakowej. – Chcę zobaczyć tę umowę. Proszę mi ją pokazać.

– A co się wtrąca w nieswoje interesy! – oburzyła się kobieta, chowając do szuflady woreczek z pieniędzmi i zatrzaskując ją z hukiem. – Zapłaciłam! Jak mnie szantażuje, to niech jej będzie. Ale teraz to się wynosi! Umowa podpisana i nic jej do tego!

Lecz Iza nie zamierzała odpuścić. Doskonale pamiętała, że Marciniakowa trzyma bieżące dokumenty na wierzchu, po lewej stronie biurka… Choć w normalnej sytuacji nigdy by tak nie postąpiła, tym razem, niesiona falą niekontrolowanych emocji, sięgnęła po plik papierów leżących na skraju biurka i przewertowała je w rękach, szybko odnajdując w nich znany sobie dobrze formularz umowy stosowany przez Marciniakową. Rzut oka na dane pracownika, gdzie wpisane było imię Zuzanna, potwierdził jej, że była to niefortunna umowa naiwnej Zuzi. Marciniakowa aż zawyła z oburzenia.

– Oddaje mi to! – krzyknęła z wściekłością, wybiegając zza biurka, by odebrać Izie dokument. – Oddaje mi, złodziejka jedna!

Iza błyskawicznie cofnęła się o krok i nim kobieta zdążyła do niej dobiec, w niespodziewanym dla samej siebie ataku furii podarła kartkę na osiem części, po czym dodatkowo zgniotła ją w niewielką kulkę, którą ostentacyjnym gestem podała Marciniakowej.

– Proszę – odpowiedziała, siląc się na spokojny, lodowaty ton, który jeszcze bardziej rozsierdził właścicielkę komisu. – Może pani sobie napalić tym w kominku. Chodź, Zuza – dodała rozkazującym tonem, zwracając się do dziewczyny, która obserwowała tę scenę z mieszaniną przerażenia i podziwu. – Wychodzimy stąd. Właśnie zerwałaś umowę z tą panią i już tu nie pracujesz.

Marciniakowa zaskowyczała jak zranione zwierzę, w odruchu bezsilności rozcapierzając palce. Przez moment miała minę, jakby chciała rzucić się na Izę, by podrapać ją swymi długimi, wymalowanymi na czerwono paznokciami, jednak stanowcza, dumna mina dziewczyny, której oczy nadal ciskały błyskawice, skutecznie powstrzymała ją przed tego rodzaju działaniem. Niewątpliwie w pamięci kobiety wciąż pozostawała nieprzyjemna wizyta Kacpra sprzed roku, a ostrzeżenia, jakie kilka minut wcześniej usłyszała z ust byłej pracownicy, również nie skłaniały jej do zaogniania konfliktu. Opuściła zatem ręce, dysząc z wściekłości wywołanej już nie tylko samą interwencją Izy, ale także świadomością, że, mając nieczyste sumienie, jest wobec niej bezradna.

– I jeszcze jedno – dodała zimno Iza. – Będę na bieżąco monitorować, kogo pani zatrudnia i czy przypadkiem znowu pani kogoś nie oszukuje. A jeśli dowiem się, że kolejny raz zrobiła pani komuś krzywdę, to proszę mieć pewność, że wyciągnę z tego odpowiednie konsekwencje. Do widzenia – rzuciła dumnie, wskazując Zuzi wyjście z komisu.

Drżąca i znów bliska płaczu dziewczyna, ściskając w dłoni podwójny zwitek banknotów, posłusznie podeszła do drzwi i wysunęła się przez nie na schody. Iza podążyła za nią, stanowczym gestem zamykając za sobą drzwi i jedynie siłą woli powstrzymując się, by nimi nie trzasnąć. Po chwili obie znów znalazły się na ośnieżonym chodniku. Zmrok zapadł już prawie zupełnie, ulice oświetlone były ciepłym blaskiem sodowych latarni i zaczynał prószyć lekki śnieżek. Fala zimnego powietrza otrzeźwiła Izę, która szybko opanowała buzujące emocje i z zaniepokojeniem zerknęła na zegarek. Było dwadzieścia po szesnastej, podczas gdy na osiemnastą była umówiona u pana Szczepana, a jeszcze zamierzała się przebrać…

Tymczasem Zuzia, ze łzami w oczach i postawą pełną respektu, dała jej znak, że chce coś powiedzieć.

– No już – uśmiechnęła się do niej Iza, zatrzymując się na środku chodnika obok skrzyżowania. – Było trochę nerwów i krzyku, ale sprawa załatwiona.

– Dziękuję – wyszeptała z wdzięcznością dziewczyna. – Bardzo dziękuję, proszę pani… Nie wiem, jak ja się pani odwdzięczę…

– Odwdzięczysz się jeszcze – zapewniła ją Iza, która po udanej interwencji u Marciniakowej już całkowicie odzyskała dobry humor. – No, nie maż się, Zuzka, tylko naciągaj czapkę na uszy i biegnij do domu, bo mama i siostra czekają na kasę, nie? – mrugnęła do niej wesoło. – Trzeba zabrać się za świąteczne zakupy!

– Bardzo, bardzo pani dziękuję – powtarzała Zuzia, patrząc na nią nieśmiało. – Taka pomoc… jakby mi pani z nieba spadła… Już nie mam pracy, ale wcale tego nie żałuję. Miała pani rację… dla tej baby nie warto pracować… Dziękuję, że mnie pani od niej uwolniła.

– Uwolniłam cię, bo mam w tym własny interes – odparła z powagą Iza, sięgając do plecaka i wyciągając z niego etui z dokumentami. – No, jak myślisz? Pozbawiłam cię pracy, więc teraz chyba sama muszę cię zatrudnić, prawda?

– Jak to? – wyszeptała zdumiona Zuzia.

– Podarłam twoją umowę, więc to chyba oczywiste, że w zamian muszę dać ci drugą – wyjaśniła jej spokojnie Iza. – I dostaniesz o wiele lepszą. Proszę, trzymaj to… Tu jest adres firmy, w której będziesz pracować, i mój telefon.

Mówiąc to, podała jej wizytówkę, jedną z pakietu, który przed miesiącem zamówił dla niej Majk. Widniały na niej jej dane zawodowe: Izabella Wodnicka, Zastępca szefa, Klubo-restauracja „Anabella”, Zamkowa 6/1A, Lublin oraz numer telefonu i adres mailowy. Dziewczyna patrzyła na to zaskoczona.

– Będziesz pracować u nas w restauracji – ciągnęła rzeczowo Iza. – Nie wiem jeszcze, co potrafisz, ale przeszkolimy cię i znajdziemy dla ciebie jakieś zajęcie. Teraz mamy niedobór rąk do pracy, jedna osoba zwolniła się, dwie kolejne idą na urlop, ja też jutro wyjeżdżam i wracam dopiero po Nowym Roku, więc akurat świetnie się składa. Dzisiaj jest ostatni dzień, kiedy pracujemy przed świętami, ale od dwudziestego ósmego, a zwłaszcza w noc sylwestrową, szef będzie bardzo potrzebował ludzi. O warunkach pogadasz z nim osobiście – poinstruowała ją, zdejmując rękawiczkę i sięgając do kieszeni plecaka po długopis. – Przyjdziesz dzisiaj pod ten adres… najlepiej po dwudziestej pierwszej, dobrze? Wtedy szef już powinien być na miejscu. Przyjdziesz, pokażesz mu tę wizytówkę i powołasz się na mnie… Czekaj, daj mi to jeszcze na chwilę.

Wyjęła z dłoni Zuzi wizytówkę i na jej odwrocie nabazgrała kilkanaście słów, walcząc z mrozem, który wyziębiał jej dłoń: Proszę o zatrudnienie Zuzanny na okres próbny – na moją odpowiedzialność i na warunkach ustalonych przez szefa. Izabella. Następnie oddała wizytówkę dziewczynie, która aż zaniemówiła z wrażenia, i szybko naciągnęła z powrotem rękawiczkę.

– Ależ mróz! – pokręciła głową. – I nawet śnieg zaczyna padać… Będzie prawdziwe Boże Narodzenie! Słuchaj, Zuzieńko, śpieszę się straszliwie, mam dzisiaj jeszcze jedno ważne spotkanie… Zrób tak, jak mówię, okej? Mnie już dzisiaj nie będzie w pracy, ale ta wizytówka wystarczy. Powiesz szefowi, że po świętach chcesz podjąć pracę na dowolnym stanowisku, a on już cię pokieruje… Czekaj, powiedz mi jeszcze jedno. Ile ty masz lat?

– Osiemnaście i dwa miesiące – odparła grzecznie dziewczyna, patrząc na nią jak na zjawisko nie z tej ziemi. – Właśnie niedawno skończyłam…

– Czyli jesteś pełnoletnia – stwierdziła z zadowoleniem Iza. – Znakomicie. Chociaż powiem ci, że wyglądasz na jakieś piętnaście albo szesnaście… Nie chodzisz do żadnej szkoły?

– Nie – szepnęła dziewczyna, jakby z zawstydzeniem. – Po podstawówce skończyłam tylko kurs krawiecki i od razu musiałam pójść do pracy, żeby chociaż trochę pomóc mamie…

– Rozumiem – odparła ciepło Iza, odnajdując w jej słowach kawałek własnej historii. – No dobrze, porozmawiamy sobie jeszcze o tym wszystkim innym razem. A dzisiaj zrób tak, jak ci powiedziałam. Jeśli sprawdzisz się, zatrudnimy cię na stałe, a wtedy zarobisz dwa razy więcej niż u tej wrednej jędzy – ruchem głowy wskazała w głąb ulicy, gdzie mieścił się komis Marciniakowej. – A teraz śmigaj do domu! – dodała wesoło. – No już, bo zaraz mi się tu przeziębisz! Musicie zabrać się z mamą i siostrą za przygotowywanie świąt!

Zuzia patrzyła na nią z miną wyrażającą głębokie wzruszenie i wdzięczność, a jednocześnie wielki respekt przemieszany z odrobiną niedowierzania.

– Dziękuję – wyszeptała, ściskając w czerwonych już od mrozu dłoniach pieniądze i wizytówkę od Izy. – Pani jest taka dobra… jak dobra wróżka. Albo jak anioł z nieba.

– Aha, jasne! – roześmiała się Iza. – Widziałaś kiedyś anioła, który drze umowę na strzępy?

Zuzia również parsknęła śmiechem i pokręciła głową.

– Nie widziałam – przyznała. – Nigdy wcześniej nie widziałam, a nawet nie wierzyłam w anioły. Dopiero dzisiaj…

– Leć do domu, mała! – przerwała jej z rozbawieniem Iza. – I pamiętaj, dwudziesta pierwsza w Anabelli! Zamkowa sześć, lokal w podziemiu. Pytaj o szefa i powołaj się na mnie. Trzymaj się, wszystkiego dobrego i wesołych świąt!

Po czym, uścisnąwszy serdecznie zmarzniętą dłoń, w której dziewczyna kurczowo trzymała wizytówkę, odwróciła się i lekkim krokiem odeszła w stronę nieodległej już kamienicy pana Stanisława. Zuzia patrzyła za nią w milczeniu, a jej spłakana, zaczerwieniona od mrozu i płaczu twarz rozjaśniała się powoli jak dotknięta ciepłym promieniem słońca.

– Wesołych świąt – wyszeptała, nie spuszczając oczu z oddalającej się zgrabnej sylwetki swej dobrodziejki odzianej w długi brązowy płaszcz z wielbłądziej wełny. – Mama miała rację. Anioły naprawdę istnieją…

***

– Nie, panie Stasiu, ja nie będę jadła – oznajmiła Iza, naprędce stawiając przed gospodarzem talerz z obiadem. – Zaraz idę na kolację do Szczepcia, organizujemy mu dzisiaj wieczerzę wigilijną, więc będę miała okazję najeść się pod korek.

– To pewnie już się nie zobaczymy? – zauważył pan Stanisław, ze smakiem zabierając się za jedzenie. – Jutro pani tak rano wyjeżdża…

– Mam pociąg o ósmej trzydzieści – przyznała Iza, odstawiając świeżo umyty garnek na suszarkę do naczyń. – Ale dziś wieczorem wrócę koło dwudziestej pierwszej, więc jeszcze zdążymy się pożegnać. A pana syn to kiedy przyjeżdża? Już jutro?

– W niedzielę – sprostował pan Stanisław. – Chłopcy podobno już nie mogą się doczekać. Spodobało im się odwiedzanie dziadka! Przemuś mówi, że na ferie zimowe też ich podeśle, żeby pobyli ze mną z tydzień w Lublinie. Szkoda, że znowu pani ich nie pozna, zawsze się mijacie… A ten biedny Kacper sam święta spędzi w więzieniu – westchnął. – Szkoda mi szczyla, chociaż sam sobie winien. No, ale nic… nie będę już pani zagadywał, pani Izo, niech pani idzie się wybrać, żeby się pani przeze mnie nie spóźniła!

Iza uśmiechnęła się do niego i wytarłszy ręce po zmywaniu naczyń, udała się do swojego pokoju, aby wybrać się na kolację, jaką dziś organizowali z Majkiem u pana Szczepana. Właściwie wszystko było już przygotowane od wczoraj, choinka była ubrana, rzeczy do nakrycia stołu czekały na rozłożenie, Majk miał donieść jeszcze tylko kilka drobiazgów, a do tego oboje umówili się co do prezentów dla staruszka – Iza kupiła dla niego nową satynową piżamę, zaś Majk miał zająć się zakupem ciepłych kapci, które w zimowym czasie przeciwdziałałyby wielkiej zmorze pana Szczepana, jaką było marznięcie stóp. Swój prezent Iza miała gotowy już od kilku dni, potrzebowała jednak około pół godziny na przygotowanie dla staruszka jeszcze jednej niespodzianki, jaką nosiła w głowie już od wielu miesięcy. Dziś wreszcie przyszedł czas, aby wprowadzić w życie plan, do realizacji którego poprzedniego dnia dokonała specjalnych zakupów.

Ową zaplanowaną niespodzianką było ubranie się i uczesanie na wzór Hani w taki sposób, by jak najbardziej podkreślić swoje podobieństwo do niej. O ile na początku znajomości z panem Szczepanem niepokoiła się, czy owo dyskretne acz niezaprzeczalne podobieństwo nie wpływa źle na jego stan zdrowia, przywołując mu przed oczy postać zmarłej żony, o tyle teraz, po wielu rozmowach, jakie przeprowadziła z nim na ten temat, nie miała już takich obaw. Odkąd na jego nocnej szafce na stałe zagościło oprawione w srebrną ramkę zdjęcie Hani, które niegdyś z bólem skrywał na dnie szuflady, Iza wiedziała już na pewno, że każdy jej gest czy spojrzenie, które odżywiało w pamięci staruszka wspomnienie ukochanej kobiety, nie tylko nie wpływało źle na jego chore serce, ale wręcz poprawiało mu humor.

Myśl o tym, żeby wcielić się w postać Hani właśnie w Boże Narodzenie, a ściślej w dzień, kiedy wraz z panem Szczepanem będą jedli kolację wigilijną przed jej wyjazdem do Korytkowa, chodziła Izie po głowie już od wielu tygodni, a w ostatnich dniach ostatecznie nabrała rumieńców. W tym celu kupiła sobie białą sukienkę, podobną do tych, jakie Hania miała na sobie na licznych znanych jej zdjęciach, a choć znalezienie zbliżonego fasonu było bardzo trudne, w jednym ze sklepów udało jej się trafić na niemal idealną kreację. Dokupiła sobie do tego wsuwki do włosów ozdobione sztucznymi białymi kwiatami i choć ekspedientka uprzedziła ją, że takie wsuwki stosuje się głównie do fryzur na ślub i wesele, Iza uznała, że nie ma to znaczenia. Pamiętała bowiem, że na jednym z ulubionych zdjęć pana Szczepana Hania miała wpięte we włosy białe kwiaty, które tuż przed wykonaniem fotografii dostała od męża, i serce podpowiadało jej, że do tego właśnie zdjęcia powinna nawiązać zarówno strojem, jak i fryzurą.

Emocje, jakie towarzyszyły jej w tych przygotowaniach, przyćmiły przykre wspomnienie sceny z Marciniakową, które na ten moment zdołała jakoś odłożyć na bok. Zakładając sukienkę, czuła jeszcze echa oburzenia oraz ponurego triumfu po nauczce udzielonej byłej pracodawczyni, jednak kiedy stanęła przed lustrem w łazience i upięła włosy w wysoki, staromodny kok, jaki zwykła nosić Hania, wszelkie myśli o Marciniakowej ulotniły się z jej głowy jak kamfora.

Iza niezwykle rzadko upinała włosy, zazwyczaj nosząc je rozpuszczone, a w tego rodzaju kok nie uczesała się chyba jeszcze nigdy. I sama musiała przyznać, że efekt był piorunujący, bo oto przed wąskim lustrem zawieszonym w łazience pana Stanisława ujrzała Hanię we własnej osobie… Hanię jak ze zdjęcia… w białej zwiewnej sukience, z wielkimi błyszczącymi z emocji brązowymi oczami i charakterystyczną, nieco wzniesioną ku górze linią brwi, którą eksponowała staromodna lecz bardzo pasująca do owalu jej twarzy fryzura.

„Ja naprawdę wyglądam jak ona” – pomyślała z mieszaniną zdumienia i niedowierzania. – „Bez żartów, w tej sukience i z tym kokiem jestem do niej podobna jak siostra bliźniaczka! Dopiero teraz widać to w stu procentach, a Szczepcio przecież zauważył to od razu! Zaraz jak tylko pierwszy raz spojrzał na mnie, wtedy na ulicy…”

Uśmiechnęła się do siebie na wspomnienie pierwszego spotkania z panem Szczepanem i z Majkiem w zimny, deszczowy wieczór sprzed ponad roku. Jakże inaczej wyglądały obecnie ich relacje, jak bardzo od tamtej pory wszyscy troje zżyli się ze sobą! Do tego stopnia, że dziś razem zjedzą wieczerzę wigilijną…

Iza ocknęła się z zamyślenia i z zaniepokojeniem zerknęła na zegarek. Była za kwadrans osiemnasta, trzeba było już iść.

***

– Ktoś przyszedł – dobiegł zza drzwi pokoju głos pana Szczepana, kiedy Iza weszła do przedpokoju i zamknęła za sobą drzwi. – Słyszałeś, Michasiu? To chyba Izulka.

– Tak, to ja, Szczepciu! – potwierdziła wesoło. – Już jestem, rozbiorę się tylko z płaszcza i biegnę do was!

Zdjęła płaszcz i ściągnąwszy ostrożnie czapkę tak, by nie naruszyć fryzury, wsunęła stopy w przyniesione na tę okazję białe pantofelki, które idealnie harmonizowały z jej nietypową kreacją. Serce biło jej mocno z wrażenia na myśl o tym, że dziś wieczorem, bardziej niż samą sobą, będzie Hanią… Hanią, której nie było na świecie już od pół wieku, lecz której obecność czuła dziś przy sobie niezwykle wyraźnie. Była to dobra i życzliwa obecność… podobna do odczuwanej przez nią niekiedy niemal namacalnie obecności zmarłych rodziców… obecność pełna sympatii i przychylności, nieuchwytnego zmysłami ciepła. Zabrawszy ze sobą przyniesiony dla staruszka prezent, podekscytowana Iza nabrała powietrza w płuca i weszła do pokoju, skąd dobiegała ożywiona rozmowa obu panów.

Pomieszczenie, wczoraj pięknie przez nią wysprzątane, oświetlone było jedynie światłem lampki, która znajdowała się na nocnej szafce przy łóżku, oraz różnobarwnymi światełkami migoczącymi na choince stojącej pod oknem. Pan Szczepan jak zawsze siedział na swoim fotelu, który tym razem przysunięty był do stołu tak, by mógł wygodnie przy nim jeść, z nogami szczelnie okrytymi ciepłym kocem. Na krześle obok niego siedział Majk, który, choć miał dziś na sobie swoje ulubione wytarte dżinsy, założył do nich białą odświętną koszulę, a jego bujna czupryna mieniąca się w blasku lampek choinkowych wydawała się mocniej niż zwykle ujarzmiona za pomocą grzebienia.

Na widok Izy wchodzącej do salonu w białej sukience i nietypowym uczesaniu obaj panowie zaniemówili i znieruchomieli, patrząc na nią jak na zjawisko nie z tej ziemi. W pokoju zapanowała idealna cisza.

– Dobry wieczór, Szczepciu – odezwała się cicho Iza.

Powolutku podeszła do pana Szczepana, który wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami, napełnionymi zdumieniem, ale i rosnącym zachwytem.

– Hania – wyszeptał wzruszony. – Moja Hanusia…

Iza z uśmiechem pochyliła się nad nim i ucałowała go serdecznie w pomarszczony policzek, po czym zerknęła porozumiewawczo na Majka, który siedział nieruchomo na krześle, wpatrując się w nią z zaskoczeniem przemieszanym z nutą podziwu. Kiedy spojrzała na niego, ocknął się z oszołomienia i pokręcił głową.

– A niech cię, młoda – powiedział z uznaniem. – Wyglądasz dokładnie jak ona!

– Dokładnie jak ona – powtórzył szeptem pan Szczepan, nie odrywając oczu od Izy. – Jak Hania…

– Zapowiadałam ci już kiedyś, Szczepciu, że kiedyś ubiorę się i uczeszę jak Hania – przypomniała mu wesoło Iza, spoglądając na zastawiony nakryciami stół. – I pomyślałam sobie, że dzisiaj będzie na to najlepsza okazja. Cieszę się, że ci się podoba. A stół już gotowy! Widzę, że wszystko sam poustawiałeś, szefie – zwróciła się do Majka. – To w takim razie nie ma na co czekać. Skoczę od razu do kuchni i zajmę się odgrzewaniem barszczu.

– Wstawiłem go już – oznajmił jej Majk, podnosząc się z krzesła. – Reszta dań też od pół godziny grzeje się w piekarniku. Właśnie miałem iść sprawdzić, czy już są gotowe, ale podejrzewam, że i tak będzie można podawać je z marszu.

– To chodźmy – podchwyciła energicznie Iza, podchodząc do choinki, by włożyć pod nią swój prezent dla staruszka . – Szczepciu, poczekaj na nas parę minutek, dobrze? Zaraz podamy jedzenie i zaczniemy. Przyniosę też opłatek, mam go w torebce.

Oboje z Majkiem przeszli do kuchni, po drodze zabierając z przedpokoju opakowanie z opłatkiem. Po otwarciu drzwi wionęła na nich fala zapachu barszczu bulgoczącego już cicho w stojącym na wolnym ogniu garnku, a także pieczonej ryby, która odgrzewała się w piekarniku. Stół zastawiony był rozmaitymi półmiskami z przekąskami, które Majk częściowo wyjął z lodówki, a częściowo przyniósł ze sobą.

– Ojej, aż mi wstyd, że przyszłam tak późno – pokręciła głową Iza, przepasując się kuchennym fartuchem. – Sam wszystko za mnie zrobiłeś, nawet uszka nałożyłeś na talerze… Trzeba było poczekać – dodała z wyrzutem. – Teraz będę czuła się bezużyteczna.

– Spokojnie, elfiku – uśmiechnął się Majk. – Specjalnie przyjechałem wcześniej, żeby cię odciążyć, zresztą zastawianie świątecznego stołu to dla mnie sama przyjemność. Moja mama zawsze mi to zlecała, od dzieciństwa to było wyłącznie moje zadanie. Może trochę dlatego zostałem restauratorem? – zaśmiał się, na co Iza również parsknęła śmiechem. – No, odsuń się, barszczem zajmę się ja, żebyś nie poplamiła sobie tej białej sukienki. Jak chcesz, to możesz nosić na stół przystawki.

– Tak, tylko jeszcze wyłożę na talerz ten opłatek – odparła Iza, sięgając na suszarkę po mały talerzyk. – Więc mówisz, że świąteczny stół to zawsze było twoje zadanie? A teraz? Co roku jeździsz na święta do rodziców?

– Oczywiście – skinął głową Majk, wyłączając gaz pod garnkiem z barszczem i przelewając ostrożnie zupę do przygotowanej wazy. – Nie mógłbym w święta siedzieć w domu sam, chyba był fioła dostał… W tym roku też pojadę, w niedzielę ruszam do nich do Rzeszowa razem z babcią. Jedyny problem to taki, że od rana będę musiał pakować do samochodu te jej klamoty. Dwie godziny wyjęte z życiorysu, aż mi się słabo robi, jak o tym pomyślę!

Zajęta wykładaniem opłatka na talerzyk Iza roześmiała się.

– Twoja babcia to musi być wyjątkowo obrotna kobieta – zauważyła wesoło. – A do tego stanowcza i bardzo żywotna jak na swój wiek!

– O tak – przyznał z lekkim przekąsem Majk. – Powiedziałbym, że czasami aż za bardzo. Kłócimy się nieraz, aż pióra lecą, bo niestety nie jest ze mnie zadowolona… No trudno. Podasz mi tę ściereczkę? Leży tam, koło ciebie.

– Proszę – Iza z uśmiechem podała mu żądaną ściereczkę i jej wzrok padł na lodówkę, na której w szklanym wazoniku stały piękne pomarańczowo-czerwone frezje. – O, widzę, że nawet jakieś kwiatki przyniosłeś na ozdobę… Może od razu damy jej na stół?

– A właśnie! – podchwycił Majk, odstawiając wazę na blat i sięgając na lodówkę po wazon. – Dobrze, że mi przypomniałaś. Nie, to nie na ozdobę… Te kwiatki są dla ciebie.

– Dla mnie? – zdumiała się Iza. – Jak to dla mnie? Niby z jakiej okazji?

– Bez okazji – uśmiechnął się, wręczając jej wazon. – Albo, jeśli wolisz, to może być mały, całkowicie spontaniczny prezent pod choinkę. Głupia sprawa, ale okej… powiem ci, jak było. Kiedy szedłem tutaj z żarciem dla Szczepka, przechodziłem koło kwiaciarni, wiesz, tej na rogu Koziej… i centralnie w oknie stały za szybą te frezje. Chyba nigdy ci tego nie mówiłem, ale mam wielką słabość do frezji – wyjaśnił jakby z lekkim zawstydzeniem. – W dzieciństwie przynosiła je zawsze taka moja jedna ulubiona ciocia, uwielbiałem ich zapach… zawsze kojarzył mi się z czymś dobrym i fajnym. Więc dzisiaj od razu zwróciłem na nie uwagę, a do tego przyciągnął mnie ich kolor. To jest twój kolor, Iza – dodał ciszej. – Taki jak na tej twojej czapce, jak na tamtej bluzce, w której kiedyś byłaś u Pabla i Lodzi… Dzisiaj super wyglądasz w tej białej kiecce, ale to nie jesteś ty, tylko Hania… bo ty najbardziej jesteś sobą w tym kolorze – ruchem głowy wskazał na kwiaty. – Połączenie pomarańczowego i czerwonego, wychodzi z tego taki rudy odcień, który bardzo pasuje do twojej buzi. Dlatego te frezje od razu skojarzyły mi się z tobą i pomyślałem, że kupię je dla ciebie. I tyle, koniec historii – uciął neutralnym tonem.

– Dziękuję – odparła zaskoczona Iza, wpatrując się w kwiaty, które trzymała w obu dłoniach wraz z wazonem. – To bardzo miłe… Rzeczywiście lubię ten kolor, Mela też uważa, że najlepiej do mnie pasuje. I masz rację, że frezje przepięknie pachną – dodała, podnosząc kwiaty i zanurzając w nich twarz. – W sumie nawet podobnie do moich ulubionych perfum, one też mają taką kwiatową nutę…

– Prawda – szepnął w osłupieniu Majk, jakby dopiero teraz uderzyła go ta analogia.

– Bardzo ci dziękuję, Michasiu – powtórzyła Iza, odstawiając wazon z kwiatami na lodówkę i wspinając się na palce, żeby ucałować go w policzek. – To miłe dowiedzieć się, że takie piękne kwiaty kojarzą się komuś ze mną. Jeszcze nigdy nie usłyszałam od nikogo takiego komplementu! – uśmiechnęła się. – Masz już ten barszcz? Poczekaj, zaniesiemy go na stół razem z przystawkami, a potem trzeba jeszcze wyjąć tę rybę z piekarnika.

Majk pokiwał głową i bez słowa, automatycznym ruchem sięgnął po wazę z barszczem, by zanieść ją na stół. Z jego twarzy nie schodził wyraz zamyślenia.

***

– Przeczytaj jeszcze na głos tę Ewangelię, Izulka – poprosił pan Szczepan, podając Izie wyświechtaną Biblię, kiedy wszyscy troje stanęli nad gotowym wigilijnym stołem ozdobionym płonącymi świecami. – Niech sobie przypomnę, jak Hania ją czytała… bo to ona odczytywała ją zawsze na Wigilię.

Iza uśmiechnęła się, posłusznie wzięła z jego rąk księgę, którą staruszek zawczasu otworzył na odpowiedniej stronie, i stanąwszy bliżej słabego źródła światła, zaczęła czytać. Jej miękki, dźwięczny głos opowiadał historię narodzenia Dzieciątka, w którą obaj jej towarzysze wsłuchiwali się z początku ze skupioną uwagą, lecz następnie z rosnącym roztargnieniem. W milczeniu przyglądali się oświetlonej ciepłym blaskiem świec twarzy dziewczyny, z której podpiętego wsuwkami i ozdobionego białymi kwiatami koka wysunął się teraz długi kosmyk włosów… Przeszkadzał jej w czytaniu, zatem od czasu do czasu podnosiła dłoń, by wdzięcznym gestem odgarnąć go sobie z policzka, a wtedy przez oblicza obu panów przebiegały krótkie błyskawice emocji. Emocji najwyraźniej wspólnych, choć każdy z nich przeżywał je osobno… Jeden bowiem w tym niepozornym geście odnajdywał utraconą przed wielu laty ukochaną żonę, która dziś zdawała się odżyć w postaci tej młodej dziewczyny, drugi zaś zapewne myślał o tej, którą od dzieciństwa kochał na wyłączność, a którą Iza przypominała mu chwilami tak samo mocno jak tamtemu Hanię.

W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą – rozbrzmiewał spokojny, czysty głos Izy. – Wtem stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. I rzekł do nich anioł: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu…”

Kolorowe lampki migotały na choince, tworząc wraz z blaskiem świec i zastawionym stołem ciepłą, rodzinną atmosferę. Pan Szczepan słuchał, nie odrywając oczu od dziewczyny, a po jego zmarszczonym policzku powolutku płynęła łza wzruszenia. Majk, który stał nieruchomo obok niego, również wpatrywał się z poważną miną w czytającą Izę. Jego wzrok, skupiony najpierw na jej twarzy, przesunął się powoli na jej ramiona obleczone w białą sukienkę z dużym dekoltem, na chwilę spoczął na jej dłoniach trzymających księgę, po czym ogarnął całą jej sylwetkę i znów przeniósł się na jej widoczną z półprofilu twarz. Szare oczy mężczyzny, przepełnione teraz niezwykłym, jedynym w swoim rodzaju światłem, śledziły uważnie każdy jej gest, jakby w oczekiwaniu na coś, co miało lub mogło się zdarzyć… coś ważnego, choć nie wiadomo co… niemniej coś, co było bardzo blisko…

A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to zostało przedtem powiedziane – dokończyła Iza i odłożywszy księgę na komodę, uśmiechnęła się do nich. – A teraz, kochani, podzielimy się opłatkiem… Ups, czekajcie! Zapomniałam o opłatku! – złapała się za głowę. – Widzisz, szefie? Przynieśliśmy wszystko, a najważniejsze zostało w kuchni… Momencik!

Dawszy im znak, żeby usiedli, wybiegła do kuchni po opłatek, frunąc do drzwi niczym leciutki biały motyl. Pan Szczepan opadł na swój fotel i popatrzył na Majka z miną wyrażającą najgłębsze wzruszenie.

– Jaka ona śliczna, Michasiu – szepnął w zachwycie. – Taka sama jak moja Hania…

Majk uśmiechnął się i pokiwał głową w zamyśleniu.

– Racja – przyznał cicho. – Jedno muszę ci przyznać, stary capie… znasz się na kobietach. Szacun, Szczepek. Do takich dziewczyn jak Hania czy Iza rzadko która się umywa, bo uroda urodą, ale one mają w sobie jeszcze inne piękno… takie, bym powiedział… wewnętrzne piękno duszy.

– Właśnie – zgodził się staruszek. – Czujesz to w Izulce, prawda? Ja od razu to w niej wyczułem… tak samo jak kiedyś w Hani… A ty jesteś mądry chłopak – dodał, jeszcze bardziej zniżając głos i patrząc na niego znacząco. – Ty wiesz, co jest ważne, a co nie… hmm?

Majk znów nieznacznie pokiwał głową, lecz tym razem nie odpowiedział, za to odwrócił oczy, a jego twarz przybrała twardy, jakby niechętny wyraz.

– Ja wiem, że ona tobie przypomina tamtą – ciągnął szeptem pan Szczepan, pochylając się ku niemu nad stołem. – Pamiętam przecież, co mi mówiłeś, synku. Ale sam pomyśl… a jeśli to nie ona przypomina ci tamtą, ale tamta przypominała ci ją? Przeszłość, przyszłość… czy to ważne? Dla Pana Boga czas się nie liczy…

Majk drgnął jak ukłuty szpilką, po czym wyprostował się i spojrzał na niego surowo.

– Daj już spokój, Szczepan – rzucił niechętnie, poprawiając ułożenie sztućców przy jednym z talerzy. – Nie filozofuj, co? I z Panem Bogiem mi tu nie wyjeżdżaj, bo ja z Nim mam na pieńku od ładnych paru lat…

– Już! – zawołała wesoło Iza, która w tym momencie wpadła z powrotem do pokoju z talerzykiem z opłatkiem. – Bierzcie po kawałku i łamiemy się… Szczepciu, najpierw z tobą!

Podeszła do staruszka i schyliwszy się nad nim, wyszeptała mu do ucha życzenia świąteczne, wymieniła się z nim kawałkami opłatka i ucałowała go w policzek, po czym dała znak Majkowi, żeby zrobił to samo. Ten podszedł posłusznie, podał panu Szczepanowi swój opłatek i poklepał go przyjaźnie po ramieniu.

– No, stary cwaniaku! – rzucił wesoło, nonszalanckim gestem ręki odgarniając sobie włosy z czoła. – Ode mnie zdrówka, dobrej formy i tego, żebyśmy znowu spotkali się tu za rok w tym samym składzie… bo nie przewiduję, żeby mogło być inaczej! Kapewu? Za rok widzimy się tak samo jak dzisiaj, u ciebie, w tym lokalu – szerokim ruchem ramienia zakreślił przestrzeń wokół siebie. – Już my się o to z Izą postaramy… Dobra, stary, a teraz dawaj pyska!

Schylił się i za przykładem Izy cmoknął go w policzek, mierzwiąc mu przy tym żartobliwie rzadkie włosy na głowie. Staruszek pokręcił głową przecząco.

– Nie, Michasiu – odparł cicho. – Ja już następnej Wigilii nie doczekam. Niedługo pójdę do mojej Hanusi. Ale tak się cieszę, że dzisiaj przyszliście do mnie we dwoje i że razem możemy zjeść kolację…

– Przestań, Szczepek – przerwał mu surowym tonem Majk, zerkając na posmutniałą na te słowa Izę. – Nie opowiadaj głupot, stary ośle, spokojnie dociągniesz minimum do dziewięćdziesiątki. W wakacje trochę się o ciebie baliśmy, fakt, bo cienki byłeś jak przecier pomidorowy… ale teraz już masz formę jak co najmniej siedemdziesięciolatek!

Roześmiali się wszyscy troje. Majk jeszcze raz poczochrał pana Szczepana po resztkach siwych włosów, jakie jeszcze zostały mu na głowie, po czym wyprostował się i odwrócił się do stojącej przy nich Izy.

– I dla ciebie też samych dobrych rzeczy, mała – powiedział ciepło, wyciągając do niej rękę z opłatkiem. – Zdrówka i wszelkiego powodzenia na kolejny rok!

– Dziękuję, Michasiu – odparła, odłamując kawałek opłatka i podając mu swój. – I dla ciebie… wszystkiego najlepszego.

Majk skinął głową i oficjalnie cmoknął ją w policzek, obejmując ją na chwilę ramieniem. Iza pomyślała, że życzenia, które złożyli sobie w ten sposób, były bardzo powierzchowne, wręcz sztywne, i przez krótki moment poczuła z tego powodu dziwną przykrość. Uśmiechnęła się jednak i beztroskim gestem wskazała swoim towarzyszom stół.

– No to siadamy do kolacji, panowie! – zarządziła wesoło. – I piorunem zabieramy się za jedzenie, bo barszcz nam wystygnie!

***

– Szczepek, wyglądasz przebojowo! – zaśmiał się Majk na widok staruszka wystrojonego w nową piżamę i futrzane kapcie, które dostał jako prezenty pod choinkę. – W takim rynsztunku mógłbyś wystąpić nawet na salonach!

– Ale połóż się już, Szczepciu, jesteś bardzo zmęczony – dodała równie rozbawiona Iza, odchylając kołdrę i wskazując panu Szczepanowi, żeby usiadł na łóżku. – No już, leki wzięte, możesz spokojnie kłaść się i spać aż do rana.

– Ale kiedy mnie się wcale nie chce spać, Izulka – zaprotestował staruszek, usiadł jednak posłusznie na łóżku i zsunął z nóg kapcie. – Tak miło się z wami rozmawiało, tak się dzisiaj pośmiałem… długo tego nie zapomnę. A najbardziej tego, jak dałaś nauczkę tej babie! Muszę koniecznie opowiedzieć to pani Jadzi. Co nie, Michasiu? Kto by się spodziewał, że z naszej Izulki wyrośnie taka wojowniczka!

Obaj z Majkiem roześmiali się na wspomnienie szeroko omówionej przy wigilijnym stole sceny sprzed kilku godzin. Iza opowiedziała im bowiem w szczegółach o przygodzie z Marciniakową, wspominając zwłaszcza o Zuzi, która po dwudziestej pierwszej z jej polecenia miała zameldować się w Anabelli w sprawie przyjęcia do pracy na okres okołosylwestrowy. Majk, który tego wieczoru otworzył lokal po raz ostatni przed świętami, przyjął tę wiadomość z pełną życzliwością.

– Oczywiście, że przyjmę ją, Izula – zapewnił ją, rozbawiony opowieścią o nauczce danej Marciniakowej. – Nawet bałbym ci się przeciwstawiać, ostatnio robisz się coraz bardziej niebezpieczna… Wolę nie ryzykować twojej zemsty w razie niewypełnienia polecenia, mimo wszystko życie mi jeszcze miłe!

Wieczerza wigilijna okraszona dwugodzinną pogawędką skończyła się już, oboje z Majkiem posprzątali stół i pomogli panu Szczepanowi przygotować się do spania, pozostało tylko zmywanie naczyń w kuchni. Tymczasem minęła już dwudziesta trzydzieści, należało zatem kończyć wizytę, w szczególności Majk, który musiał zajrzeć do firmy i zostać tam aż do zamknięcia. Iza również powinna już była iść do domu, miała bowiem jeszcze sporo pakowania, a rano musiała wstać wcześnie na pociąg do Radzynia. Pożegnawszy się zatem z panem Szczepanem, którego zostawili ułożonego do snu w salonie, gdzie zgasili światło i lampki na choince, Iza i Majk udali się do przedpokoju, aby po cichutku zebrać się do wyjścia.

– Leć już, szefie – powiedziała półgłosem Iza. – Ty bardziej się śpieszysz, ja zostanę jeszcze kwadransik i pozmywam mu te naczynia. Zwłaszcza że przygotowałeś wszystko za mnie, więc ja teraz przynajmniej odwdzięczę się i posprzątam.

– Okej – skinął głową Majk, nakładając i wiążąc buty, a następnie narzucając na siebie swoją skórzaną kurtkę. – Dzięki, Iza, faktycznie czas się kurczy. Słuchaj… mam tylko do ciebie jeszcze jedną małą prośbę – dodał ciszej.

Iza spojrzała na niego pytająco. Majk sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął stamtąd niewielkiego futrzanego kotka-maskotkę w kolorze białym z różową kokardką na szyi.

– Chciałbym prosić cię o małą przysługę – wyjaśnił, podając jej zabawkę. – Będziesz za tydzień w Bressoux… przekaż ten drobiazg ode mnie dla Tosi, dobrze?

Iza z uśmiechem sięgnęła po maskotkę.

– Jasne! – zapewniła go skwapliwie. – Jaki śliczny kotek! Tosia będzie zachwycona! Oczywiście, że przekażę jej go, nie ma sprawy. Prezent pod choinkę z życzeniami świątecznymi od wujka Majka, tak?

Spojrzała na niego z porozumiewawczym uśmiechem, który jednak szybko znikł jej z twarzy, gdyż Majk nie odwzajemnił go. Po raz kolejny tego wieczoru zrobiło jej się przykro, od początku spotkania wyczuwała bowiem z jego strony dyskretny powiew chłodu i dystansu, którego źródła nie potrafiła odgadnąć. Teraz jednak na myśl przyszło jej, że może właśnie owo wspomnienie Tosi kładło się dziś cieniem na jego nastrój. Wszak samo kupno maskotki i prośba o przekazanie jej dziewczynce mogła być dla niego powodem do smutku… Może myśl o tym, że to ona, Iza, jedzie do Belgii, podczas gdy on nie będzie mógł zobaczyć tej, dla której biło jego serce, budziła w nim naturalny żal do losu? Może nawet odczuwał w tym względzie jakąś zazdrość? Tak, to pewnie było to! To by wyjaśniało ten dystans… W tej sytuacji doprawdy nie powinna mieć mu za złe tego niezbyt dobrego dziś humoru…

– Przekażę – powtórzyła ciszej, sięgając po swoją torebkę, by włożyć do niej maskotkę. – Dam jej to od ciebie, jak tylko przyjadę, obiecuję.

Nie patrząc na niego, zamknęła torebkę i odłożyła ją na przedpokojową szafkę. Majk w milczeniu obserwował jej gesty, a jego twarz powoli traciła kamienny wyraz, coraz mocniej drgając pod naporem siłą powstrzymywanych emocji.

– Jeszcze raz życzę ci wszystkiego dobrego na święta i z okazji Nowego Roku – podjęła Iza, starając się wrócić na neutralny ton, by nie potęgować zawisłego w powietrzu smutku. – Dziękuję ci za wszystko… za ten urlop i za to, że zajmiesz się Szczepciem w czasie mojej nieobecności… Obiecuję, że po powrocie odrobię to z nawiązką. No, leć już, robi się późno – dodała, zerkając na przedpotopowy zegar zawieszony na ścianie przedpokoju. – Wesołych świąt, szefie.

Milczący wciąż Majk przez cały ten czas wyglądał, jakby wahał się, jak zareagować, jednak ostatnie słowa Izy niespodziewanie stały się kroplą, która przepełniła czarę.

– Chodź tu! – rzucił rozkazująco, podchodząc do niej i stanowczym gestem ogarniając ją ramionami. – Chodź do mnie, niedobry nocny elfie.

Zaskoczona Iza nie tylko poddała się jego gestowi, lecz sama również przytuliła się do niego z mimowolną radością. Jej serce zalała kojąca fala ulgi na myśl, że jednak nie ma do niej żalu i że wszystko jest dobrze, znów tak, jak powinno być… Delikatny zapach wody kolońskiej, którym przesiąknięta była jego koszula pod niezapiętą jeszcze kurtką, przyjemnie podrażnił jej nozdrza.

– Chciałaś mnie wygonić bez prawdziwego pożegnania, tak? – ciągnął z wyrzutem Majk, tuląc ją do siebie tak samo mocno i łapczywie, jak kilka dni wcześniej czynił to w areszcie Kacper. – „Wesołych świąt, szefie” i spadaj na szczaw, frajerze? Bez przytulenia, bez elfikowej energii na całe dwa tygodnie? Okrutna istoto… Miałabyś sumienie tak cynicznie zepsuć mi święta?

Iza milczała, zupełnie nie myśląc o tym, co mówił. Wtuliła się w jego ramiona, przymknęła oczy i z rozkoszą, niczym narkoman, wdychała ów jedyny w swoim rodzaju, oszałamiający jej zmysły zapach… zapach łączący w sobie nutę wody kolońskiej i ciepła męskiego ciała… zapach symbolizujący bliskość drugiego człowieka i poczucie bezpieczeństwa… ten, który ostatnio tak często czuła w marzeniach i snach… zapach Michała! Tak, to przecież z nim zawsze jej się kojarzył! Z nim… z ukochanym… To na jego wspomnienie rozgrzewał jej zmysły, napełniał słodkim drżeniem całe jej ciało… Przy Kacprze nie czuła tego nigdy, bo Kacper nie przywoływał jej na pamięć Michała. W tej roli, w nadzwyczajnym trybie terapii, zawsze występował tylko on… Majk.

– Będzie mi tego strasznie brakowało, Izulka – ciągnął półgłosem, ostrożnie gładząc jej włosy, przez co finezyjnie upięty kok rozluźnił się, a kilka ozdobionych sztucznymi kwiatami wsuwek odczepiło się i bezszelestnie opadło na podłogę. – Nie chciałem robić scen przy Szczepku, bo on też nic z tego nie rozumie… jak wszyscy… Ale teraz nigdzie nie pójdę, dopóki nie złożymy sobie prawdziwych świątecznych życzeń. I dopóki nie pożegnamy się jak ludzie. Będę za tobą tęsknił, wiesz? Będę czekał, aż wrócisz…

Ach, jak dobrze jej było! Jak cudownie! W tle głosu Majka odezwał się tamten głos… ten drugi, ukochany… Będę dzwonił codziennie wieczorem, Izulka. I będę bardzo tęsknił. Czekaj na mnie, skarbie… Słodycz wspomnienia, niezaburzonego tym razem żadnym smutkiem teraźniejszości, ogarnęła Izę jak różowa mgła i uniosła jej duszę w obłoki. Ekscytująco przyjemny zapach i ciepło, jakim emanowała jego pierś, sprawiły, że nagle zaczęło jej się kręcić w głowie… Upojona niczym alkoholem, w tych krótkich ułamkach sekundy szczęśliwa bez granic, zadrżała jak liść osiki na wietrze i bezwiednie osunęła się w jego ramionach, odchylając głowę w tył. Przez chwilę poczuła się, jakby z prędkością światła frunęła do gwiazd…

„Kochany” – szepnął jakiś głos na dnie jej duszy. – „Jedyny…”

Majk odsunął ją od siebie na odległość ramion, w oszołomieniu wpatrując się w jej rozjaśnioną słodyczą twarz z przymkniętymi oczami, okoloną opadającymi w bezładzie włosami z poluzowanego koka. Przez jej rysy, rozluźnione w wyrazie nieziemskiego szczęścia, zdawało się przeświecać wewnętrzne światło… Trwało to jednak tylko kilka sekund, gdyż w następnej chwili Iza ocknęła się, otworzyła oczy i wyprostowała się zmieszana.

– Przepraszam – szepnęła, odwracając wzrok i próbując uwolnić się z jego uścisku. – Wybacz, Majk. Ta terapia jest szalona… Nie wiem, jak to się dzieje, ale znów skojarzyłeś mi się z nim. Przepraszam cię.

Majk nie pozwolił jej się odsunąć, lecz znów przytulił ją do siebie i pokręcił głową.

– Nie przepraszaj. No co ty, Iza? Terapia to terapia, umawialiśmy się przecież, że w tym trybie można wszystko… Nadal mocno o nim myślisz, prawda? – zapytał ciszej.

Iza przestała stawiać opór i z powrotem, choć tym razem ostrożniej, przytuliła policzek do jego piersi.

– Tak – westchnęła, choć jakiś głos płynący z dna duszy podpowiadał jej odległym echem, że to nie tak, że nie do końca… Stłumiła go jednak, nim zdążył na dobre przeniknąć do jej świadomości. – Staram się odpychać to, jak tylko mogę, ale sam wiesz, że to jest nierówna walka. Jednak te zmory wracają… Do ciebie pewnie dzisiaj też wróciły, prawda?

– Te zaręczyny Miśka nadal są aktualne? – zapytał Majk, nie podejmując jej ostatniej uwagi, jakby w ogóle jej nie usłyszał.

– Chyba tak – odpowiedziała niepewnie. – Melcia nie słyszała nic o zmianie planów, więc ta uroczystość pewnie się odbędzie. Mają zaręczyć się dokładnie o północy. Uciekam przed tym do Bressoux… ale nawet tam, kiedy o północy będę pić szampana, moje myśli pewnie będą przy nim, w Korytkowie. Boję się, że już zawsze noc sylwestrowa i Nowy Rok będą mi się kojarzyć właśnie z tym…

– Nadal tak bardzo ci na nim zależy? – szepnął ledwo dosłyszalnie.

– Tak, oczywiście – pokiwała głową, tłumiąc znów odległy głos swej duszy, który szeptał jej coś, czego za żadne skarby świata nie chciała dopuścić do swojej świadomości. – Po co o to pytasz? Przecież wiesz, że kocham go od zawsze… tak samo jak ty ją…

Majk znieruchomiał i nieco rozluźnił uścisk ramion.

– Tak – mruknął zdawkowo.

– Ja wiem, Majk, że ty masz do mnie trochę żalu – podjęła odważnie Iza, podnosząc na niego oczy. – Nawet jak zaprzeczysz, to ja i tak wiem, że tak jest. O to, że jadę tam, a ty zostajesz tutaj… że zobaczę ich… ją… Trochę dziwnie się z tym czuję, bo w tym kontekście jestem osobą zupełnie z zewnątrz. Nie chciałabym, żebyś gniewał się na mnie o to, że tam będę, i miał do mnie jakiś żal… ale…

– Gniewał się? – powtórzył zaskoczony Majk. – Ja? Na ciebie? O to, że jedziesz do Bressoux?

– No… właśnie tak – szepnęła niepewnie Iza. – Tak sobie pomyślałam…

– Przestań, Iza – pokręcił głową, znowu mocniej przytulając ją do siebie. – Głupoty wygadujesz. O co miałbym się gniewać? Ja właśnie bardzo się cieszę, że tam pojedziesz. Przynajmniej odpoczniesz sobie trochę, rozerwiesz się, zwiedzisz kawałek świata… Słyszałem, że uszczęśliwisz Victora rolą jego towarzyszki na balu noworocznym? – dodał żartobliwie.

– Aha – odparła, nieco uspokojona. – Ja też bardzo się z tego cieszę, bo on genialnie tańczy. Wreszcie raz w życiu będę mogła wytańczyć się po wszystkie czasy i…

Urwała nagle, przypomniawszy sobie poniewczasie to, co Majk mówił jej kiedyś o tańcu, i zamilkła zmieszana. W kontekście Bressoux niezręcznie było wszak wspominać mu o czymś, co dla niego było tak bolesnym symbolem.

„A niech to” – pomyślała z niezadowoleniem. – „Czy ja dzisiaj bez przerwy muszę popełniać jakieś faux pas?”

– Wytańcz się, Izulka – odpowiedział łagodnie Majk. – Zasługujesz na to, żeby raz wreszcie móc pobawić się normalnie, bez ciągłej bieganiny i usługiwania innym. Z jednej strony żałuję, że w Sylwestra nie będzie cię w firmie, ale z drugiej cieszę się, że nie będziesz musiała harować tego wieczoru… i że spędzisz go jak królowa… Tak właśnie powinno być. Jesteś tego warta.

– Dziękuję ci – uśmiechnęła się Iza. – Tak naprawdę to będzie mój pierwszy w życiu prawdziwy bal sylwestrowy.

Majk pokiwał powoli głową.

– Czyli o północy będziesz myśleć o nim? – podjął po chwili w zamyśleniu. – Będziesz tam z Victorem, ale będziesz myśleć o Miśku frajerze i o jego świeżych zaręczynach?

– Tak – szepnęła smutno. – Niestety… Chyba że uda mi się nie myśleć o tym… jakoś zapomnieć. Może napiję się wina, żeby o północy zaszumiało mi w głowie? – zażartowała, podnosząc na niego wzrok. – Już raz sprawdziłam skuteczność tej metody, reset jest totalny, a to by mnie bardzo urządzało… Brandy już nie ruszę – zapewniła go z niesmakiem – ale mogłabym spróbować znieczulić się dobrym winem.

– Racja – przyznał cichym, poważnym głosem Majk. – Ale proszę cię, elfiku… nie rób tego beze mnie. Jeśli miałabyś się upić, to chciałbym wtedy być przy tobie. Wydzieliłbym ci odpowiednią, nieszkodliwą dawkę, a potem pilnowałbym cię jak pies i pomagał ci leczyć kaca.

– W trybie terapii? – uśmiechnęła się.

– Wszystko jedno – odwzajemnił jej leciutko uśmiech. – Może być w trybie terapii. Powiedz mi coś jeszcze, Iza… Uporasz się z myśleniem o Miśku w godzinę po północy?

– To znaczy? – spojrzała na niego zdziwiona.

– Chodzi mi o to, czy przez godzinę od toastu noworocznego zdążysz już namyśleć się o nim na tyle, żeby o pierwszej w nocy przypomnieć sobie o kimś innym – wyjaśnił jej spokojnie.

– O kimś innym? – powtórzyła niepewnie. – Czyli o kim?

– O mnie.

– Ach… o tobie! – szepnęła z uśmiechem. – Rozumiem! Chcesz, żebyśmy telepatycznie połączyli się myślami o godzinie pierwszej w Nowy Rok?

– Właśnie tak – skinął głową Majk. – Złożymy sobie wtedy telepatyczne życzenia noworoczne. Zadzwoniłbym do ciebie, ale na balu i tak nie usłyszysz… zresztą nie będę ci przeszkadzał. Wystarczy mi, jeśli będę wiedział, że o tej godzinie przez minutę pomyślisz o mnie. Obiecasz mi to?

Iza pokiwała głową twierdząco.

– Obiecuję, Michasiu – zapewniła go skwapliwie. – Nie tylko pomyślę, ale też prześlę ci tą drogą życzenia i energię na cały Nowy Rok.

– Okej – uśmiechnął się. – Będę na to bardzo niecierpliwie czekał. Mój ty mały elfie… – zniżył głos, w którym zabrzmiała dziwnie tkliwa nutka. – Proszę cię, uważaj tam na siebie… na tych wszystkich lotniskach i w ogóle… Dbaj o siebie i wracaj do nas jak najszybciej. Wyślesz mi małego smsa, że szczęśliwie dojechałaś?

– Jasne – zapewniła go Iza, w głębi serca poruszona tą troską. – Wyślę ci, jak tylko dojadę do Bressoux. Nawet jeśli to będzie w środku nocy – tu spojrzała odruchowo na zegar i na jej twarzy pojawił się wyraz niepokoju. – Ojej, ależ ten czas leci! Zobacz, już za dziesięć… Musimy się zbierać. Zwłaszcza ty powinieneś już iść.

– Idę – westchnął z żalem Majk. – Idę już, Izulka. Jeszcze tylko jedno ostatnie przytulenie… proszę.

Pan Szczepan, który, choć leżał już w łóżku, nie był jeszcze zanadto śpiący, z ciekawością nasłuchiwał dobiegających zza drzwi pokoju przyciszonych głosów. Nie rozumiejąc ich, a słysząc tylko ich odległy szmer, po kilku minutach podniósł się zaintrygowany, usiadł na łóżku i wsunąwszy stopy w swoje nowe futrzane kapcie, cichutko zakradł się do uchylonych drzwi, przez które jasną smugą padało światło z przedpokoju. W ich szparze ujrzał stojącą na środku wąskiego pomieszczenia parę, tak ściśle przytuloną, że wzburzone teraz i na wpół już rozpuszczone ciemne włosy Izy mieszały się w jedno z efektownie rozczochraną ciemnoblond czupryną Majka. Pan Szczepan uśmiechnął się do siebie z satysfakcją i powoli pokiwał głową.

– Moje dzieci – szepnął do siebie wzruszony. – Niech wam Pan Bóg błogosławi…

Cofnąwszy się nieco głębiej w cień, by mieć pewność, że młodzi go nie dostrzegą, obserwował, jak oboje żegnają się, wymieniając jakieś ostatnie uwagi, jak Majk zapina sobie kurtkę pod szyją i zakłada podaną mu przez Izę czapkę, a następnie wychodzi z mieszkania, dziewczyna zaś pośpiesznie udaje się do kuchni. W tym jednak momencie, nim staruszek zdążył się wycofać, jego oczom ukazał się krótki epilog tej sceny. Drzwi wejściowe uchyliły się bezszelestnie i ciemna sylwetka Majka na powrót wsunęła się do środka. Mężczyzna rozejrzał się ostrożnie, a następnie schylił się i podniósł z podłogi przedpokoju jakiś mały przedmiot, który z daleka wyglądał jak jeden z owych białych kwiatów, jakie Iza miała dziś we włosach. Schowawszy szybkim gestem swą zdobycz do kieszeni, jeszcze raz zerknął kontrolnie na wejście do kuchni, z której dobiegał teraz szum wody i szczęk zmywanych talerzy, po czym cichutko wycofał się na klatkę schodową, tym razem definitywnie zamykając za sobą drzwi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *