Anabella – Rozdział XXXII
Kolejne dni upływały Izie na rozpamiętywaniu szczęścia, jakie znów stało się jej udziałem po czterech długich latach. Po czterech latach, podczas których tyle wycierpiała! Po czterech latach, podczas których zdążyła już zapomnieć smak jego pocałunków, dotyk jego dłoni, uścisk jego ramion… I oto nagle to wszystko wróciło, w jeden wieczór, ba, w jedną godzinę! Wróciło i znów wyniosło ją pod obłoki, nadało nowy sens jej życiu! Jakże inaczej wyglądał świat, gdy znowu rozjaśniała ją noszona w sercu nadzieja!
Bez względu na to, co robiła, czy gotowała obiad dla pana Stanisława i Kacpra, czy pilnie notowała wykład na uczelni, czy szorowała przypalony garnek u pana Szczepana, czy też roznosiła zamówienia po sali w Anabelli i żartowała z koleżankami na temat postępów Toma na drodze do serca pięknej Darii, każda jej najmniejsza czynność miała teraz nowe znaczenie, była bowiem krokiem w stronę przyszłego szczęścia z tym, którego już w dzieciństwie pokochała na wyłączność… krokiem na drodze do jej przyszłego życia z Michałem.
„Teraz już będzie dobrze” – rozmyślała, wracając do domu po zajęciach jednego z upalnych, czerwcowych dni. – „Wyszłam wreszcie z tłumu i w jego oczach przestałam być jedną z wielu, taką jak wszystkie. Ależ się zdziwił, kiedy dowiedział się, że od naszego rozstania nie spotykałam się z nikim innym! Tak na mnie patrzył… i tak mnie pocałował… jak kiedyś…”
Słodycz tego wspomnienia rozpalała jej serce podobnie jak jego smsy, które teraz rzeczywiście, zgodnie z obietnicą, przysyłał codziennie. Nie było w nich nic niezwykłego, ot, krótka wymiana informacji na temat tego, co robił, i pytanie, co u niej nowego… lecz czyż nie na tym właśnie polega czar codzienności we dwoje? Najważniejsze było to, że pamiętał o niej, że korespondował z nią, że po tak długim czasie odzyskała to, co odebrał jej zły los – i czego już nigdy więcej nie pozwoli sobie odebrać!
Z smsów Michała wynikało, że od końca maja przebywał w Korytkowie i nie zapowiadało się, by szybko miał wrócić do Lublina. Szpitalne badania jego ojca przedłużyły się, w ich firmie coraz bardziej piętrzyła się robota, a ponieważ promotor jego pracy dyplomowej zgodził się przełożyć obronę na wrzesień, dawało mu to spory oddech, gdyż w czerwcu miał do zaliczenia na studiach tylko dwa ostatnie egzaminy. Iza pogodziła się z perspektywą, że prędzej ona zakończy sesję i pojedzie na wakacje do Korytkowa, niż on przyjedzie do Lublina, i nie martwiło jej to wcale. Bo czy to ważne, gdzie i kiedy się spotkają? Ważne, że był taki plan i że trzymali ze sobą kontakt, reszta to były nieistotne drobiazgi.
Jedyną ciemną chmurą, jaka nie dawała jej spać po nocach, była sprawa działki Andrzejczakowej, owa prosta informacja, której nie podała Michałowi, choć wyraźnie dał jej do zrozumienia, jak bardzo mu na niej zależało. Była to w jej odczuciu skryta nielojalność względem niego i choć tłumaczyła sobie, że musiała przecież zachować ostrożność ze względu na wchodzące w grę inne osoby, w tym jej jedyną, najukochańszą siostrę, myśl o tym, że go okłamała, nie przestawała dręczyć jej sumienia. Michał już dwa razy dyskretnie nawiązał do tego w smsie, ona zaś codziennie obiecywała sobie, że nazajutrz zajmie się to sprawą, zadzwoni do Amelii i wybada ją delikatnie, czy nie byliby z Robertem skłonni odsprzedać Krzemińskim spornej działki. Jednak za każdym razem jakiś niewytłumaczalny tchórz ogarniał ją na tyle, że odkładała tę rozmowę na kolejny dzień.
Tego popołudnia akurat nie myślała o tym za dużo. Po powrocie do domu i wstawieniu obiadu, w oczekiwaniu na powrót Kacpra, z którym mieli zjeść wspólny posiłek, usiadła do powtarzania materiału na zbliżający się wielkimi krokami egzamin z historii Francji. Kiedy zadzwonił leżący obok niej telefon, a na wyświetlaczu pojawiło się imię Amelii, poczuła co prawda zaskoczenie i lekki stres, jednak przede wszystkim ucieszyła się. Nie tylko z faktu, że usłyszy głos siostry, ale również z tego, że okoliczności same zmuszają ją do rozmowy, której podświadomie unikała.
– Bardzo się cieszę, Izunia, że wszystko dobrze ci się układa – mówiła z radością Amelia po kilkunastu minutach rozmowy o bieżących sprawach. – Domyślałam się, że zaraz pewnie będziesz mieć egzaminy, więc przyszło mi do głowy, że muszę zadzwonić i zapytać, jak tam nastrój przed sesją… no i czy czegoś przypadkiem nie potrzebujesz. Ale widzę, że jesteś już samowystarczalna! – zaśmiała się. – Czyli, jak rozumiem, zdecydowałaś, że nadal będziesz pracować w tej restauracji?
– Tak, Melciu – potwierdziła Iza. – Szef w tym tygodniu przedłużył mi umowę, mam ją już na stałe, a od września wchodzę na pełny etat.
– Ach! – zdziwiła się Amelia. – Aż tak? Myślisz, że dasz sobie radę?
– Myślę, że dam – uśmiechnęła się Iza. – Skoro na trzech czwartych jakoś wyrabiam, to powinnam i na całym, chociaż łatwo nie będzie, wiadomo… Ale szef bardzo mnie na to namawiał, bo jednak warunki finansowe na pełnym etacie są o wiele lepsze, a jemu też zależy na zaufanych pracownikach. Jedna z koleżanek, moja przełożona, pod koniec lipca wychodzi za mąż i przez cały sierpień będzie na urlopie, a od września i października w knajpie robi się gęsto, ludzie wracają z wakacji, przyjeżdżają studenci…
– A ty wiesz już, kiedy przyjedziesz do nas na wakacje? – zaniepokoiła się Amelia. – Mam nadzieję, że szef puści cię chociaż na trochę na jakiś mały urlop…
– Puści, już mi to obiecał – zapewniła ją Iza. – Umówiliśmy się, że to będzie w lipcu, bo w sierpniu będę już potrzebna pod nieobecność Basi… no wiesz, tej mojej doświadczonej koleżanki, która wychodzi za mąż. W sumie nieźle się złożyło, bo sesję kończę planowo piątego lipca, więc od szóstego już mogłabym być u was. I zostałabym do dwudziestego piątego, to będą prawie całe trzy tygodnie.
– Ach… super! – ucieszyła się Amelia. – Trzy tygodnie to wcale nie tak mało! Odpoczniesz sobie trochę, nabierzesz sił po ciężkim roku, a my do tego czasu może już pchniemy do przodu tę rozbudowę sklepu. Robik już zaczął, wiesz? Niedługo zobaczysz, jak wszystko się u nas pozmienia. Na razie mamy tylko rozrysowane plany, ale chcielibyśmy uporać się z tym przed zimą, żeby szybko zwiększyć ofertę sprzedaży. Trzeba się pośpieszyć, bo u Krzemińskich też sprawy idą piorunem, już podobno zaczynają wykończeniówkę…
– Naprawdę? – podchwyciła żywo Iza, zastanawiając się, jak mimochodem skierować rozmowę na wątek działki Andrzejczakowej. – No to szybko się uporali ze stanem surowym, przecież minęło dopiero pół roku albo niewiele więcej… Pewnie obejście wokół hotelu też już zagospodarowują?
– A nie, tym jeszcze się nie zajęli – zaprzeczyła Amelia. – Na zewnątrz wszystko stoi tak, jak było. Oni chyba zresztą nadal mają nadzieję, że uda im się kupić od Andrzejczakowej tę naszą łąkę – zniżyła głos.
„Bingo!” – pomyślała triumfalnie Iza.
– Robcio podejrzewa, że z góry uwzględnili ją w planach zagospodarowania terenu – ciągnęła Amelia. – Znając ich zarozumialstwo, to jest nawet prawdopodobne. Krzemińscy zawsze myślą, że cały świat się do nich dostosuje, więc niewykluczone, że już dawno podzielili skórę na tym niedźwiedziu, chociaż jeszcze go nie upolowali. A jeśli tak, to teraz mają mały problem, bo nawet nie wiedzą, kto kupił od Andrzejczakowej tę ziemię! – parsknęła śmiechem.
– No to może trzeba im to powiedzieć? – poddała ostrożnie Iza, starając się zapanować nad drżeniem głosu. – Pewnie byliby zainteresowani jej odkupieniem. Moglibyście z Robim podbić trochę cenę i zarobić na tym ładnych parę tysięcy…
– No coś ty! – obruszyła się natychmiast Amelia. – Andrzejczakowa znienawidziłaby nas za to do końca życia! Nie mówiliśmy ci, że ona za nic nie chce, żeby ta ziemia trafiła w ręce Krzemińskich? Nawet nie chce na razie, żeby wiedzieli, komu ją sprzedała. Robi wspominał ci o tym chyba…
– Tak, wspominał – westchnęła Iza. – Ale przecież interes…
– Interes to będzie dopiero, jak sami zagospodarujemy tę działkę – zapewniła ją Amelia. – W tym miesiącu spłacimy Andrzejczakowej ostatnią ratę i dostaniemy komplet papierów. Ziemia będzie całkowicie nasza, więc jak tylko skończymy rozbudowę sklepu i trochę się odkujemy… bo ten remont i rozbudowa to jednak spory wysiłek finansowy… to zabierzemy się i za to. Jeśli dobrze pójdzie, to nawet w przyszłym roku można by o tym pomyśleć.
– Oj, Melciu… tylko czy wy nie mierzycie za wysoko? – powiedziała sceptycznie Iza, w duchu zdruzgotana takim postawieniem sprawy. – Rozbudowa sklepu, tyle inwestycji… i rodzina przecież rozwojowa… Nie lepiej byłoby wam pozbyć się tej działki, zamiast dokładać sobie stresu i kłopotu? A Krzemińskim ta ziemia naprzeciwko hotelu na pewno bardzo by się przydała, założę się, że zapłaciliby sporą przebitkę…
– Iza, no co ty opowiadasz? – przerwała jej zdziwiona Amelia. – Mielibyśmy wypuścić z ręki taką okazję na biznes i oddać ziemię Krzemińskim? Myślałam, że bardziej wierzysz w nasze możliwości i umiejętności – dodała smutno.
– Ależ wierzę, Melciu! – zawołała szybko Iza, czując, że wszystko zaczyna wymykać jej się z rąk. – Przecież nie miałam na myśli tego, że sobie nie poradzicie, po prostu martwię się, czy to nie będzie zbyt… obciążające. Dla ciebie i dla Roberta.
– O to się nie martw – odparła nieco weselej Amelia. – Mamy już wprawę w ciężkim boju, a do tego ogromny zapał, zwłaszcza Robik nabrał ostatnio takiej energii do działania, że aż go rozpiera! A co do Krzemińskich – dodała poważniej – to Andrzejczakowa przy sprzedaży jasno nam postawiła ten warunek. Ziemia za żadne skarby świata ma nie trafić w ich ręce. Nie mówiłam ci tego wcześniej, ale ona nawet opuściła nam cenę o pięć tysięcy w zamian za obietnicę, że nie odsprzedamy tej łąki Krzemińskiemu. Więc chyba rozumiesz, że nie możemy tego zrobić… no chyba że to by była ostateczność. Ale nawet wtedy raczej sprzedalibyśmy ją komuś innemu, a oni mogliby sobie od tego kogoś odkupić. Mam jednak nadzieję, że nie będzie takiej konieczności.
– Widzę, że Andrzejczakowa musi ich naprawdę nienawidzić – zauważyła posępnie Iza.
Rozumiała już teraz doskonale, że nie tylko nie będzie miała dobrych wieści dla Michała, ale że wręcz była w swoistej pułapce. Sytuacja z działką za jakiś czas mogła doprowadzić do zniszczenia tego, na czym w życiu zależało jej najbardziej… Jeśli Michał dowie się, kto kupił sporną ziemię… a przecież prędzej czy później wszyscy się dowiedzą… to co sobie o niej pomyśli? Nawet głupi nie uwierzyłby, że nic nie wiedziała o inwestycji własnej siostry! Uzna, że celowo go oszukała, i zerwie z nią kontakt na zawsze! A nawet gdyby, łamiąc tajemnicę, powiedziała mu, kto jest kupcem, to cóż to da, skoro Amelia i Robert, związani obietnicą daną Andrzejczakowej, i tak nie zgodzą się odsprzedać ziemi Krzemińskiemu?
– No, owszem – przyznała Amelia. – Nienawidzi ich do szpiku kości i z tego, co wiem, ma swoje powody. Sama nic mi nie mówiła, ale wiem poufnie od Dorotki, że Krzemińscy zrobili kiedyś Andrzejczakom bardzo podłe świństwo. Wolałabym nie opowiadać ci, o co chodziło, bo Dorotka prosiła, żeby nikomu, ale to nikomu tego nie powtarzać… ona sama opowiedziała mi o tym w najwyższym zaufaniu…
– Jasne, Melu – westchnęła z rezygnacją Iza. – Ja nawet nie chciałabym nic wiedzieć…
– W każdym razie możesz mi wierzyć na słowo, że to było nieładne – ciągnęła z lekką odrazą w głosie Amelia. – I zdaje się, że właśnie to pośrednio wpędziło do grobu Andrzejczaka. On przecież młodo umarł, nie miał nawet sześćdziesiątki. Zszedł z tego świata na ciężki zawał serca i Dorotka uważa, że to się stało tuż po tamtej akcji z Krzemińskimi. Hmm… jeśli faktycznie tak było, to wcale bym się nie dziwiła Andrzejczakowej… No, ale zostawmy to – zreflektowała się. – Może to tylko plotka, a Krzemińscy są teraz naszymi sąsiadami i my z Robciem osobiście nie mamy z nimi zatargów. Przeciwnie, bardzo korzystamy na tym, że inwestują naprzeciwko.
– No właśnie – szepnęła smutno Iza.
– Tak czy inaczej łąka jest nasza i zostanie nasza, to już postanowione – podsumowała stanowczo Amelia. – A ty, kochanie, pozdawaj sobie spokojnie te swoje egzaminy i przyjeżdżaj do nas na wakacje. Zobacz… tak naprawdę to już został tylko miesiąc! Nie mogę się doczekać mojej małej siostrzyczki! Przyjeżdżaj i przez trzy tygodnie będziesz odpoczywać jak królowa, już my się o to postaramy!
– E tam, odpoczywać – uśmiechnęła się leciutko Iza. – To nie mój styl. Pomogę wam przecież w sklepie, jak zawsze…
– To nie będzie konieczne – zapewniła ją Amelia. – Od czerwca pracuje już u nas nowa ekspedientka, poradzimy sobie bez problemu. A jak skończymy rozbudowę sklepu, zatrudnimy kolejną… albo nawet dwie!
– No to widzę, że interes naprawdę się rozwija – odparła w zadziwieniu Iza. – Ale nic mi nie mówiłaś o tej nowej ekspedientce, Melciu… co to za osoba?
– Zosia, najmłodsza córka Kowalikowej, tej spod poczty. Pamiętasz ją?
– Najmłodsza? – zastanowiła się Iza. – Ta mała blondyneczka z końskim ogonem?
– Dokładnie tak! – zaśmiała się Amelia. – Ma już prawie dwadzieścia lat, w tamtym roku skończyła szkołę i od tej pory nie mogła znaleźć pracy. Wiesz, jak to z tym jest w Korytkowie… To zresztą Dorotka mi ją poleciła i na ten moment jestem naprawdę zadowolona, wygląda na dobre, sumienne dziecko. Co prawda dopiero zaczyna, więc na razie nie chcę jej przechwalić… Tak czy inaczej mamy teraz pomoc i tym razem zadbam o to, żeby wakacje mojej małej, dzielnej siostrzyczki były w tym roku prawdziwymi wakacjami!
Po zakończeniu rozmowy z Amelią Iza z westchnieniem odłożyła telefon, podniosła się z krzesła i podeszła do okna, wpatrując się ponuro w puste podwórko między kamienicami. Aż za dobrze rozumiała, że sprawa łąki Andrzejczakowej, tak jasno i zdecydowanie postawiona przez Amelię, miała moc ukrytej miny, która tylko czekała na to, żeby w odpowiedniej chwili wybuchnąć. Wybuchnąć, zabierając jej Michała…
„Czy nie lepiej byłoby mu powiedzieć?” – zastanawiała się w rozterce. – „Byłabym nielojalna wobec Melci, ale gdybym poprosiła go, żeby nikomu nie mówił, skąd to wie… Tylko co to da? Mogę tym tylko pogorszyć sytuację, bo stary Krzemiński zacznie naciskać na Melę, pokłócą się jeszcze… Nie, to odpada. Nie mogę nic powiedzieć, muszę siedzieć cicho. Co prawda byłoby jedno idealne rozwiązanie…”
Westchnęła znowu, wpatrując się w zamyśleniu w okna przeciwległej kamienicy. Tak, było jedno idealne, logiczne rozwiązanie tej patowej sytuacji. Rozwiązanie, o jakim marzyła od lat… Gdyby ona i Michał weszli w oficjalny związek, odrębna własność rodzin Staweckich i Krzemińskich nie miałaby już takiego znaczenia. Byliby rodziną…
„Ech, nie!” – przerwała sobie tę myśl. – „Za daleko w tym idę, za dużo sobie wyobrażam! A to nigdy dobrze się nie kończy… Może kiedyś tak będzie, bardzo bym tego chciała, ale na razie nie wolno mi myśleć takimi kategoriami. Łąka Andrzejczakowej to pilny problem do rozwiązania już dziś… a dziś mogę niestety zrobić tylko jedno – dalej milczeć!”
***
– Iza, jesteś zajęta? – zagadnął przez drzwi Kacper.
Iza podniosła głowę znad książki.
– Trochę, a co?
– Możesz przyjść na moment do stryja? Chce z tobą pogadać.
Dziewczyna natychmiast zerwała się z krzesła, zdziwiona zarówno tym nietypowym zaproszeniem, jak i poważnym tonem Kacpra. Zamknęła książkę i zaintrygowana poszła za nim do pokoju pana Stanisława.
– Pani Izo – powiedział poważnie gospodarz, kiedy wszyscy troje usiedli przy stole w pokoju, przy którym zazwyczaj zasiadali tylko do niedzielnego obiadu. – Poprosiłem, żeby pani przyszła… przepraszam, jeśli przeszkodziliśmy pani w czymś ważnym, ale to nie potrwa dłużej niż pół godziny. Po prostu muszę mieć pani zgodę i w ogóle… musi pani o tym wiedzieć.
– Ale o co chodzi, panie Stasiu? – zaniepokoiła się Iza.
– Nie domyślasz się? – uśmiechnął się z przekąsem Kacper. – O takiego jednego przemiłego duszka z twojego pokoju.
– Ach! – szepnęła Iza. – O panią Ziutę…
– A ty się zamknij, szczylu, nie rób sobie z tego jaj! – zrugał surowo Kacpra pan Stanisław. – To są za poważne sprawy, żeby żarty sobie z tego stroić, dotrze to do ciebie w końcu czy nie?! Tak, pani Izo, chodzi o Ziutę… o moją nieżyjącą żonę – dodał spokojniej. – A dokładniej o spokój jej biednej duszy.
Iza pokiwała głową, patrząc na niego wyczekująco.
– Przed chwilą rozmawialiśmy o tym z Kacprem – ciągnął gospodarz, rzucając bratankowi kolejne dyscyplinujące spojrzenie. – Uznałem, że on też musi wszystko wiedzieć, chociaż najchętniej nic bym mu nie mówił, bo głupie to takie jeszcze i nieodpowiedzialne…
– A stryj to się ciągle czepia i czepia! – oburzył się Kacper. – Przecież tak tylko sobie gadam, wiem, że to nie żarty, aż taki tępy nie jestem… Ale stryjenki to też nie ma co tak bronić! Puszczała się lafirynda, to co się dziwić, że ją teraz szatany po piecach ganiają…
– Milcz, gówniarzu! – ryknął pan Stanisław tak głośno, że Iza aż podskoczyła, on zaś zaniósł się kaszlem, chwytając się za gardło.
– No dobra, dobra – rzucił ugodowo zmieszany tą gwałtowną reakcją Kacper. – Sorry, stryj, przegiąłem… nie chciałem tak o stryjence mówić, o zmarłej nie powinno się… Tak mi się wyrwało.
– Bo jeszcze żebyś ty był od niej lepszy – odparł ciszej, choć nadal surowo pan Stanisław, opanowawszy napad kaszlu. – Ale już kto jak kto…
– Ja nikomu rogów nie przyprawiam – zauważył oględnie Kacper. – Nie mam żony i póki co nie zamierzam mieć, bo jak tu, kurde, tylko jedną wybrać?… Ale jakbym wybrał jakąś i ożenił się… raczej tak nie będzie, ale załóżmy taką hipotetyczną hipotezę… to wtedy już bym takich numerów jak stryjenka nie robił. Nieeee… absolutnie! To by było nieuczciwe, bo co przysięga, to przysięga. A ja jestem człowiek honoru! – dodał dumnie.
– Łajdak i świnia jesteś, a nie człowiek honoru – oznajmił mu z urazą pan Stanisław. – Żadna porządna dziewczyna nawet spojrzeć na ciebie nie powinna, bezecniku jeden. A jak na Ziutę jeszcze jedno słowo powiesz…
– Spoko, stryj, nie burz się tak – przerwał mu pojednawczo Kacper. – Już nie będę się odzywał… sorry.
Gospodarz posłał mu jeszcze jedno ostrzegawcze spojrzenie i znów zwrócił się do słuchającej ich w milczeniu Izy.
– Tak jak pani mówiła – podjął – trzeba zadbać o spokój jej duszy. Bo ja rzeczywiście dotąd tylko chowałem głowę w piasek i jak zamknąłem pokój na klucz, to myślałem, że to coś rozwiąże. A przecież nie rozwiąże… Teraz już to rozumiem, ale to dopiero pani mi oczy otworzyła, pani Izo. I jak tak sobie myślę, że ona biedna od jedenastu lat gdzieś tam się tuła i spokoju zaznać nie może… ech! – pokręcił głową. – Płakać się chce…
– Rozmawiał pan z księdzem? – zapytała Iza, widząc, że rzeczywiście wilgotnieją mu oczy.
– Rozmawiałem – skinął głową. – Poszedłem do świętego Pawła, tak jak mi pani poradziła. Na takiego starego księdza trafiłem, jakiś dobry człowiek, mądry… i tak mnie za język pociągnął, że sam nie wiem kiedy wszystko mu wyśpiewałem. Wdzięczny mu jestem, bo naprostował mi myślenie, zresztą mówił tak samo jak pani, że żadnych duchów w piecu nie ma, ale może być tak, że dusza Ziutki naprawdę potrzebuje pomocy. Modlitwy, mszy świętej… Nie uśmiechaj się tak głupio, Kacper! – przerwał sobie, gromiąc wzrokiem bratanka. – Dla ciebie to może zabobony, ale ty jeszcze za durny jesteś, żeby coś z takich rzeczy pojąć!
– Przecież nic nie mówię – wzruszył ramionami Kacper.
– Nie mówisz, ale głupie miny stroisz! – fuknął pan Stanisław. – I jak mnie będzie denerwował, to zaraz stąd wylecisz, bo ja już nie mam do ciebie cierpliwości…
– I co dalej, panie Stasiu? – zagadnęła łagodnie Iza.
– No i dalej… właśnie! – podchwycił pan Stanisław. – O tym chciałem z panią pomówić.
– Ze mną? – zdziwiła się Iza.
– Tak, z panią – potwierdził stanowczo. – Ksiądz uznał, że trzeba by ten pani pokój dobrze wodą święconą pokropić, specjalną modlitwę z egzorcyzmem zmówić… Bo tak jak pani sama powiedziała, w tym piecu to może nie wiadomo co być i żeby to nie było co złego. Przyszedłby po niedzieli i zrobiłby to dla mnie, tylko że ja muszę mieć pani zgodę, pani tam przecież mieszka…
– Ach, jeśli chodzi o to, panie Stasiu, to nie ma problemu – zapewniła go Iza. – Przecież to oczywiste! Niech ksiądz przyjdzie, kiedy chce, może pan z nim wejść do mnie o każdej porze, bez względu na to, czy będę w domu czy nie. Nie będę zamykać drzwi, zresztą nie mam tam nic takiego… a modlitwa nawet jak nie pomoże, to przecież nie zaszkodzi.
– No właśnie – zgodził się pan Stanisław. – Dziękuję, pani Izo. To by była jedna rzecz. Bo druga to ta msza gregoriańska, ksiądz potwierdził, że dla duszy Ziutki to by było najlepsze. A ja za nią nigdy nic nie zamawiałem – westchnął. – Po prawdzie to obraziłem się na Pana Boga i nawet o tym nie myślałem. A ona biedna… No, w każdym razie mam na dniach przyjść do nich do kancelarii i zamówić taką mszę. Tylko muszę skądś pieniędzy wytrzasnąć…
– Pieniędzy? – podchwycił Kacper. – To za takie coś się płaci?
– A co ty myślisz, gówniarzu? – obruszył się pan Stanisław. – Jedną mszę w jej intencji to ksiądz może by i za darmo odprawił, sam mi to powiedział, ale gregorianka to trzydzieści mszy. Trzydzieści specjalnie za duszę Ziutki, codziennie jedna przez cały miesiąc.
– Tak – potwierdziła Iza. – Za moją mamę też taką miałyśmy.
– I co, pani Izo? – zainteresował się pan Stanisław. – Ile to kosztowało?
– Nie wiem – pokręciła głową. – Gregoriankę u nas ksiądz standardowo odprawia za pieniądze zebrane na tacę na pogrzebie. Taką mamy tradycję u nas na wiosce, ksiądz nigdy się nie targuje, nie mówi o stawkach. Ile się zbierze od ludzi, tyle jest.
– Aha – mruknął z rozczarowaniem. – Bo ja bym za Ziutkę chciał dać uczciwie… rozsądnie, ale uczciwie. Nawet jakbym miał gdzieś pożyczyć. Hmm… Podpytam trochę panią Kazię, może mi co doradzi?
– Czekaj, stryj – odezwał się znowu Kacper, który słuchał ich z zastanowieniem. – Ja tam nie wiem, czy modły jakiegoś klechy cokolwiek stryjence pomogą, ale spróbować, kurde, nie zaszkodzi, nie? I ja ci powiem, stary capie, że… ty się o kasę nie martw.
Pan Stanisław spojrzał na niego zdziwiony.
– Znaczy, że?… – zaczął ostrożnie.
– Znaczy, że dam ci na to, ile trzeba – oznajmił mu spokojnie Kacper. – Może ja jestem łajdak i świnia, ale lubię cię, stary zgredzie, i super mi się u ciebie mieszka, więc… no. Na stryjenkę nie pożałuję. Dowiedz się tam, ile klecha bierze za takie czary-mary, a ja ci to fundnę, kurde bele. Żeby nie było, że Kacper zły…
Iza uśmiechnęła się ze wzruszeniem, patrząc, jak przez twarz gospodarza przebiega fala emocji, a oczy znów podejrzanie mu wilgotnieją. Na chwilę zapadła cisza, po czym pan Stanisław wstał od stołu i podszedł do Kacpra, który również odruchowo podniósł się z krzesła.
– A toś mi zadał szyku, gówniarzu – powiedział do niego cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Nie spodziewałem się… No i co ja mam powiedzieć, Kacper? Że świntuch i hulaka jesteś, to fakt niezbity, ale serce to ty masz. A niech mnie… dobry z ciebie chłopak! Nie zapomnę ci tego – dodał uroczyście, otwierając ramiona i ściskając go serdecznie. – Na pamięć Ziutki przysięgam, że nie zapomnę!
– Dobra, stryju, luz – machnął ręką nieco zażenowany Kacper, odsuwając go od siebie. – Nie rób mi tu scen, to przecież nic takiego. Ja tam średnio wierzę, że to ma jakiś sens, ale kto wie… może to wcale nie będzie najgłupiej wydana kasa w moim życiu. Zresztą bardziej to robię dla ciebie niż dla stryjenki, bo jej to prawie nie pamiętam… Tyle tylko, że to była taka ładna czarnulka – uśmiechnął się lekko.
– A tak, piękna dziewczyna – westchnął pan Stanisław. – Nie pamiętasz jej dobrze, bo przecież wtedy mały jeszcze byłeś. Ile to ty miałeś lat, jak umarła? Trzynaście? Czternaście?
– Coś w ten deseń – zgodził się Kacper, siadając z powrotem na krześle. – A Przemek miał siedemnaście. Ale w ten rok przed śmiercią stryjenki to on był na wakacjach u mnie, a nie ja u niego… więc stryjenkę ostatni raz mogłem widzieć, jak miałem jakieś dwanaście. Jak przez mgłę ją pamiętam…
– Czekaj, przypomnę ci ją, przecież mam zdjęcia! – zreflektował się gospodarz, podchodząc do meblościanki w głębi pokoju i wyjmując z szuflady nad telewizorem oprawiony w brązową skórę album. – Tu mam wszystkie moje ulubione, kiedyś specjalnie wybierałem do tego albumu. Zaraz i pani Izie moją Ziutkę pokażemy… Te z młodości są najładniejsze, ale zaczniemy od ostatnich – zadecydował, kładąc album na stole między Kacprem i Izą i otwierając go z namaszczeniem. – Były robione na krótko przed tym jej pobiciem… o, zobaczcie. To jest właśnie moja Ziutka.
Iza z zaciekawieniem pochyliła się nad albumem i w ułamku sekundy zbladła jak płótno, a przed oczami zawirowały jej cienie. Z kolorowej, słabej jakości fotografii spoglądała na nią znajoma twarz „cyganki” o lśniących, czarnych jak węgiel oczach i ramionach okrytych kolorową chustą z frędzlami…
„Boże drogi” – przebiegło jej przez głowę. – „To ona! Nie… litości, tego już za wiele!”
– O, a tu są wcześniejsze – ciągnął pan Stanisław, przewracając karty albumu od tyłu do przodu. – Tu jak Przemuś jeszcze był w przedszkolu… Pamiętasz już teraz, Kacper? Zobacz, jaka śliczna była.
– No, mega laska, nie powiem – przyznał ze znawstwem Kacper. – Taka czarna, ognista… widać, że miała ostry temperamencik, he he! Zwłaszcza na tych z młodości to widać, bo na ostatnich to już trochę mniej…
„Więc to była ona!” – myślała tymczasem gorączkowo Iza, wpatrując się w kolejne ujęcia coraz młodszej, jakże znajomej twarzy. – „Ona, ewidentnie ona! Pani Ziuta…”
Odkrycie to tak nią wstrząsnęło, że na cały wieczór przysłoniło w jej świadomości wszystko, nawet myśli o Michale. Zdoławszy w miarę szybko ochłonąć i ukryć przed panem Stanisławem oraz Kacprem wrażenie, jakie zrobiły na niej zdjęcia zmarłej kobiety, dziewczyna zamknęła się w pokoju i nie zdejmując ubrania, aż do rana przeleżała na łóżku z szeroko otwartymi oczami i mętlikiem w głowie. Dopiero o świcie zmorzył ją mocny sen, z którego nie zdołał jej wyrwać nawet nastawiony na godzinę siódmą budzik.
***
– No to co? Idziemy na przystanek! – oznajmiła wesoło Lodzia, kiedy, jak co tydzień, spotkały się z Izą w umówionym miejscu przy wyjściu z dziedzińca uczelni. – Napisałam to wypracowanie, które mi zadałaś, jestem ciekawa, co powiesz, bo naprawdę się przyłożyłam… A na potem, do tańca, upiekłam specjalnie dla ciebie kruche ciasteczka z orzechami włoskimi. Co prawda bandziorek wyżarł mi wczoraj trzy czwarte blachy, ale zdążyłam ocalić kilka, zanim było za późno!
Roześmiały się obie i dziarskim krokiem ruszyły w stronę przystanku autobusowego, skąd jak zwykle miały pojechać do Lodzi na lekcję francuskiego i następującą po nim lekcję tańca Izy.
– Taki z niego łasuch? – zapytała rozbawiona Iza, zerkając z zafascynowaniem na rosnący z tygodnia na tydzień brzuch Lodzi.
Ubrana dziś w ciążowe dżinsy i dopasowaną niebieską bluzkę dziewczyna wyglądała zgrabnie i młodziutko pomimo swego stanu, którego nie dałoby się dostrzec, patrząc na nią od tyłu. Z boku jednak jej siedmiomiesięczny brzuszek był już doskonale widoczny i za każdym razem, kiedy Iza spoglądała na jej zmienioną sylwetkę, ogarniało ją uczucie jedynego w swoim rodzaju wzruszenia.
– Okropny! – potwierdziła ze śmiechem Lodzia. – Uwielbia zwłaszcza domowe ciasta i ciasteczka, a teraz, kiedy ja nie jem słodyczy, to już w ogóle ma raj…
Urwała nagle i obie z Izą przystanęły zaskoczone na środku chodnika, gdyż kilka metrów przed nimi nie wiadomo skąd wyrosła znajoma sylwetka wysokiego, niezwykle przystojnego mężczyzny w eleganckiej koszuli z krótkim rękawem. Był to Krawczyk. Podszedł do nich swobodnym krokiem, nonszalancko pobrzękując niesionymi w dłoni kluczykami od samochodu.
– Witam panie, co za niespodzianka! – zagadnął z uśmiechem, wyciągając dłoń do Lodzi. – Jakże miło mi panie widzieć!
Iza i Lodzia wymieniły znaczące spojrzenia, w których zaskoczenie mieszało się z niepokojem i niechęcią. Krawczyk ujął dłoń Lodzi, którą ta podała mu uprzejmie, i schyliwszy się szarmanckim gestem, musnął ją ustami. Po chwili to samo uczynił z dłonią Izy.
– Dzień dobry panu – odpowiedziała grzecznie Lodzia w imieniu ich obu.
– Panie zapewne wracają z uczelni? – zapytał retorycznie, ruchem głowy wskazując na rysujący się za ich plecami budynek uniwersytetu.
– Tak, skończyłyśmy zajęcia i jedziemy do mnie na lekcję francuskiego – wyjaśniła mu uprzejmie Lodzia. – Właśnie idziemy na przystanek.
– Ach… rozumiem – skłonił głowę Krawczyk, wpatrując się z nieukrywanym zachwytem w jej twarz. – Ale czy na pewno podróż zatłoczonym autobusem będzie wygodna i bezpieczna dla pani? – wskazał wymownym ruchem dłoni na jej brzuch.
– Oczywiście – zapewniła go Lodzia. – Zawsze jeździmy autobusem, o tej porze nie ma jeszcze tłoku.
– Zapewne – zgodził się Krawczyk. – Jednak skoro już się spotkaliśmy, to pozwolą panie, że je podwiozę. Mam tu obok samochód, akurat do niego wracałem.
Iza i Lodzia znów szybko skontaktowały się wzrokiem, potwierdzając tym sobie wzajemnie, że żadna z nich nie ma ochoty na skorzystanie z jego dżentelmeńskiej propozycji. Jednak z drugiej strony trudno było znaleźć pretekst, by mu odmówić, nie łamiąc przy tym zasad savoir-vivre’u… Dziewczyny jeszcze raz wymieniły niepewne spojrzenia.
– Dziękujemy panu, panie Sebastianie – odpowiedziała ostrożnie Lodzia. – To bardzo miło z pana strony, jednak nie chciałybyśmy angażować pańskiej uprzejmości. Na pewno jest pan bardzo zajęty, a my doskonale poradzimy sobie same. Lubimy z Izą raz w tygodniu pojechać razem autobusem, to daje nam czas na sesję babskich pogaduszek.
Iza uśmiechnęła się z uznaniem, oceniając, że dyplomatyczna odpowiedź Lodzi powinna zamknąć Krawczykowi usta. Okazało się jednak, że nic bardziej mylnego.
– Ja jednak nalegam, pani Leokadio – odparł niezrażony, wypowiadając jej imię podobnie miękkim tonem jak na koktajlu. – Będąc z natury niepoprawnym gburem, pozwolę sobie mimo odmowy dołączyć do towarzystwa pań i swoją obecnością popsuć klimat babskich pogaduszek. Tym bardziej, że zależy mi również na zamienieniu kilku słów z panią Izabellą – tu skłonił się Izie, która cofnęła się o krok z niepokojem. – Raczy pani bowiem przypomnieć sobie, pani Izo, że nie zamknęliśmy jeszcze pewnego istotnego tematu… ściślej, że ja nadal oczekuję na pani pozytywną odpowiedź w wiadomej dla nas obojga kwestii.
Swobodny ton jego głosu i lekki uśmieszek, jakim okrasił swą wypowiedź, nie wiedzieć czemu poirytowały Izę. Zważywszy na obecność Lodzi, która dodawała jej odwagi, oraz na fakt, że znajdowali się na neutralnym chodniku, a nie w Anabelli, postanowiła skorzystać z okazji i raz na zawsze zakończyć to, czego nie udało jej się dopiąć na koktajlu. Popatrzyła Krawczykowi prosto w oczy i pokręciła głową.
– Ależ proszę pana – odpowiedziała z chłodną uprzejmością. – To pan raczy przypomnieć sobie, że temat, o którym pan mówi, już dawno został zamknięty, a ja dałam panu odpowiedź w wiadomej dla nas obojga kwestii… i że była to odpowiedź negatywna.
Tym razem Lodzia, choć nie mogła wiedzieć, co dokładnie było przedmiotem tej wymiany replik, zerknęła na nią z uznaniem. Krawczyk uśmiechnął się.
– Negatywna… owszem – zgodził się swobodnie. – Ale nie jednoznacznie negatywna – podkreślił z naciskiem. – A ja, pani Izo… i pani Leokadio – ukłonił się teraz z kolei Lodzi – jestem człowiekiem upartym, który niejednoznaczną odpowiedź negatywną uważa za szansę na przyszłą odpowiedź… hmm… pozytywną.
Lodzia natychmiast spoważniała na te słowa, wydęła lekko usta i odwróciła wzrok.
– Ale mniejsza o to – ciągnął beztrosko Krawczyk, nie odrywając od niej oczu, które zalśniły teraz jakimś dziwnym blaskiem. – Mamy czas… A teraz pozwolą panie, że jednak je podwiozę – dodał, uprzejmym gestem wskazując na boczną uliczkę wiodącą w stronę miasteczka akademickiego. – Zaparkowałem dosłownie piętnaście metrów stąd, mam w samochodzie wolne miejsca, zatem nietaktem z mojej strony byłoby zgodzić się na to, by dwie znajome damy, które szczęśliwym trafem napotkałem dziś na swojej drodze, podjęły męczącą podróż autobusem.
Iza spojrzała na Lodzię i obie z rezygnacją pokręciły głowami.
– No dobrze – westchnęła Lodzia, dając Izie znak, że dalsze negocjacje będą bezcelowe. – Niech pan nas podwiezie. To miło z pana strony.
***
– No i sama widziałaś – powiedziała Iza, kiedy, pożegnawszy się z Krawczykiem na parkingu pod blokiem Lodzi, obie zmierzały alejką do klatki schodowej. – To jest kompletny świr!
– Bezczelny typ – przyznała Lodzia, ściągając z ramienia swój niewielki plecak, żeby wyjąć z niego klucze. – Rozkapryszony, pewny siebie cwaniak z wielką kasą! Teraz już się nie dziwię, dlaczego Majk tak go nie lubi. Przecież on się nawet nie kryje z tymi obleśnymi aluzjami! A do ciebie to już w ogóle uderzał bez żenady, to było aż niesmaczne… Powiedz, Iza, o co tam tak naprawdę chodziło? – zapytała, zniżając głos, gdyż właśnie weszły na klatkę schodową. – On już wcześniej składał ci jakieś niemoralne propozycje?
– Nie! – parsknęła śmiechem Iza. – Aż tak to nie, na szczęście… Chodziło o to, że jeszcze przed świętami zaproponował mi pracę u siebie w domu – wyjaśniła. – Tylko nie wspominaj nic o tym Majkowi, okej? Byłoby mi głupio… Chciał zapłacić mi dwa razy więcej niż to, co zarabiam w Anabelli… ale odmówiłam mu, bo nie interesuje mnie zmiana pracy. Poza tym ja u psychola pracować nie będę – oznajmiła stanowczo. – Więc powiedziałam mu, że nie, a on chyba nie może się z tym pogodzić i truje na ten temat przy każdym spotkaniu.
– Bardzo dobrze zrobiłaś – pochwaliła ją Lodzia, otwierając drzwi do swojego mieszkania. – Praca u niego w domu… jasne! Ciekawe, jakie obowiązki przydzieliłby ci w ramach tej podwójnej pensji… ha!
– Nie wiem – pokręciła głową Iza. – I nawet nie chcę wiedzieć. On jest jakiś dziwny… Pomyśl zresztą, skąd on się dzisiaj wziął na tym chodniku? Taki milioner, VIP z najwyższej półki, a włóczy się samotnie po ulicach na miasteczku akademickim?
– Otóż to – przytaknęła Lodzia. – I akurat wpadł na nas… co za zbieg okoliczności! Dobrze, że mu odmówiłaś Iza – dodała poważnie. – Z takimi trzeba bardzo uważać. Przystojniaczek palce lizać, wpływowy milioner… czyli w skrócie niebezpieczny koleś. Moja babcia zawsze powtarza, że mężczyźni to dranie i świntuchy, przesadza z tym oczywiście, ale w jego przypadku to jest jak wypisane na czole drukowanymi literami! Dobra, wchodźmy, ja muszę sobie usiąść, bo aż się zdenerwowałam…
Iza spojrzała na nią z niepokojem. Zdjąwszy buty, obie przeszły do salonu, gdzie Lodzia usiadła głęboko w fotelu, odchylając głowę na jego oparcie.
– Uff… nareszcie! – odetchnęła z ulgą.
– Przyniosę ci trochę wody – zaproponowała troskliwie Iza. – Sama widzisz, jaki to jest palant… Zawsze musi kogoś wkurzyć, nawet kobiety w ciąży nie oszczędzi! Poczekaj, Lodziu, siedź sobie spokojnie, a ja skoczę do kuchni po szklankę…
Pośpiesznie udała się do błękitnej kuchni i oniemiała, zatrzymując się w progu jak wryta… Kuchnia tonęła w kwiatach białego i fioletowego bzu, które, porozkładane na blacie i wiszących półkach, roztaczały wokół delikatny i przyjemny zapach. Na środku stołu leżała biała, złożona na dwoje kartka.
„To pewnie jakaś niespodzianka od Pabla” – pomyślała Iza, cofając się z uśmiechem.
– Lodziu, jednak musisz przyjść tu sama – oznajmiła jej wesoło.
– A co, nie możesz znaleźć szklanek? – zdziwiła się Lodzia, niechętnie podnosząc się z fotela i idąc za nią do kuchni. – Są w szafce nad blatem, po prawej stro… – urwała zaskoczona na widok kwiatowej niespodzianki. – O Boże drogi! – wyszeptała, a jej oczy w ułamku sekundy rozbłysły blaskiem szczęścia i czułości. – Wariat jeden…
Wzięła do ręki leżącą na blacie kartkę, przeczytała ją i z uśmiechem podała Izie.
– Czytaj! – nakazała jej z rozbawieniem. – Chyba nici z naszej przekąski do herbaty!
Na kartce widniała nakreślona odręcznym pismem wiadomość: Gwiazdeczko, nie powstrzymałem się i wtranżoliłem resztę twoich przepysznych ciasteczek z orzechami (wyszpiegowałem, gdzie je schowałaś). Należność oddaję w kwiatach. Kocham Cię. P.
Iza roześmiała się, oddając jej kartkę.
– Widzisz? Masz szpiega we własnym domu! – zauważyła wesoło. – Podstępem wyżera ciastka i płaci za nie kwiatami! Sprytny haker, nie ma co… A niedługo będzie ich dwóch!
– Ech… mój kochany żarłok – uśmiechnęła się ze wzruszeniem Lodzia, przyciskając na chwilę usta do liściku Pabla. – Dzisiaj wyjątkowo wyszedł do pracy później ode mnie i zaraz jakaś dywersja! No to cóż, Iza, herbata będzie bez ciastek… Na razie pomóż mi wstawić do wody te kwiaty, dobrze? Ależ ślicznie pachną… A potem siadamy do naszej lekcji, bo przez tamtego osła straciłyśmy już co najmniej kwadrans, a ja muszę koniecznie wiedzieć, czy dobrze napisałam to wypracowanie!
„Jak oni się kochają!” – myślała w zadziwieniu Iza, nalewając wodę do dzbanków, w których Lodzia ustawiała swoje kwiaty. – „Taka miłość przetrwa wszystko, każdą próbę, jestem tego pewna. Odnaleźli siebie nawzajem jak dwie połówki jednego orzecha… i teraz już nic ich nie złamie…”
***
Intensywne promienie słońca wlewały się do sali zajęciowej przez pootwierane na oścież okna, lecz i tak nagrzane powietrze zdawało się stać w miejscu.
„Nie odzywa się już czwarty dzień” – myślała ze ściśniętym sercem Iza, udając, że słucha wykładowcy, którego głos obijał się tylko o jej uszy jako dźwięk bez treści. – Ani jednego smsa, znaku życia… Może ma jakiś problem z telefonem?”
Była połowa czerwca, jej grupa kończyła właśnie ostatni wykład na pierwszym roku, a nazajutrz rozpoczynała się sesja egzaminacyjna. Iza już od tygodnia miała komplet zaliczeń, uczyła się więc tylko do egzaminów, jednocześnie pomagając w wyciągnięciu się na tróję kolegom z roku, którzy mieli problem z tym czy innym przedmiotem. Zbyszek, który dzięki niej zaliczył gramatykę, oznajmił stanowczo, że skoro jego dobrodziejka nie chce przyjąć rekompensaty pieniężnej, do końca sesji na dowód wdzięczności codziennie będzie stawiał jej i Marcie kawę, którą miały zwyczaj pić na parapecie w dolnym holu. Układ ten był o tyle wygodny, że chłopak sam biegał do automatu i przynosił im kubki z kawą niczym wykwalifikowany kelner, a wywoływane tym żarty kolegów i koleżanek z roku zbywał stoickim wzruszeniem ramion. Ogólnie Iza była na prostej drodze do błyskotliwego zaliczenia pierwszego roku studiów i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie owo niepokojące, trwające już czwarty dzień milczenie Michała…
Kontakt urwał się nagle. Z dnia na dzień Michał przestał przysyłać smsy, nie odpowiedział też na żadną z wiadomości, które ona sama od tego czasu wysłała do niego. Z początku czuła tylko lekki niepokój, podejrzewając u niego jakieś obiektywne trudności, przeciążenie pracą, problemy z zasięgiem lub z telefonem… jednak po trzech dniach ciszy na jej duszę znów opadła znajoma czarna mgła obaw i niepewności.
Tym razem obawy te przybrały złowrogą twarz ciążącej jej na sercu sprawy łąki Andrzejczakowej. Czyżby Michał dowiedział się z jakiegoś innego źródła, kto kupił działkę, i obraził się na Izę za jej nielojalność? Od trzech tygodni był przecież w Korytkowie… Iza wiedziała, że Amelia i Robert wpłacili już Andrzejczakowej ostatnią ratę za ziemię i otrzymali wszystkie dokumenty potwierdzające własność, zatem transakcja była w pełni zakończona. Sprzedająca mogła uznać, że nie musi już dłużej utrzymywać sprawy w tajemnicy, mogła powiedzieć o tym komukolwiek… ten ktoś nie utrzymał języka za zębami, a w tak małej miejscowości jak Korytkowo plotki przecież szybko się roznoszą… Jeśli informacja o tożsamości nabywców dotarła do Krzemińskich…
– Czyli codziennie we trójkę chodzicie na te gregorianki? – dziwiła się Marta, kiedy po ostatnich zajęciach zeszły na dół i wychodziły z budynku na dziedziniec. – Nawet Kacper tak wytrwale z wami chodzi?
– Aha – skinęła głową Iza. – To dla pana Stasia wyjątkowa sprawa. Dla mnie zresztą też, chociaż nie znałam jego żony… ale mieszkając w jej pokoju, czuję się, jakbym ją znała… Od razu powiedziałam panu Stasiowi, że będę z nim chodzić na te msze. Na tygodniu to jest tylko pół godziny, msza jest o siedemnastej, a ja zwykle mam to pasmo wolne. Tylko w poniedziałki pracowałam od szesnastej, ale na ten miesiąc poprosiłam Basię o przełożenie mi tego w grafiku na inną godzinę. Na szczęście to nie był żaden problem.
– A Kacper? – dopytywała szczerze zaciekawiona Marta. – Przecież chodzenie do kościoła to chyba nie jego styl?
– Zupełnie nie jego – zgodziła się Iza. – I wcale nie miał zamiaru z nami chodzić, dał tylko stryjowi pieniądze na zamówienie tej gregorianki. To był z jego strony niezwykły gest, ja sama nie spodziewałam się, że wyjedzie z taką propozycją. Pan Stasio od tamtej pory hołubi go jak rodzonego syna i złego słowa o nim nie powie… A Kacper najpierw nie chciał słyszeć o towarzyszeniu nam na mszach za stryjenkę, nikt go zresztą na to nie namawiał… ale potem nagle przemyślał sprawę i pierwszego dnia dołączył do nas. Tak po prostu… Stryjowi zabronił to komentować, więc nic nie mówimy, a on codziennie chodzi z nami jak w zegarku. Z pracy wraca przed siedemnastą, te swoje dziewczyny przekłada na później… Mam wrażenie, że w duchu postanowił sobie, że zrobi to dla stryja… przy tej okazji wydało się, że on go jednak na swój sposób kocha i ceni. I zresztą z wzajemnością.
– To rzeczywiście miłe – przyznała Marta. – Zobaczysz, z tego Kacpra jeszcze będą ludzie… A słuchaj, Iza – zagadnęła, jakby coś sobie przypomniawszy. – Ty dzisiaj pracujesz normalnie od osiemnastej?
– Od dwudziestej – sprostowała Iza. – Bo co?
– Bo pomyślałam, że może zerwałabyś się z pracy i pojechałabyś z nami na grilla – odparła niepewnie Marta. – Radzio zabiera mnie do swojego kumpla, on mieszka gdzieś pod Nałęczowem… Robimy grilla przy muzyce, kumpel mówił, żeby spraszać, kogo się da, tylko każdy ma przywieźć swoją wałówkę. Kroi się super impreza i gdybyś chciała, to mamy wolne miejsca w samochodzie.
– Niestety nie mogę, Martusiu – pokręciła głową Iza. – Praca to praca… zaczynam o dwudziestej, a wtedy wasz grill pewnie dopiero będzie się rozkręcać – uśmiechnęła się. – Poza tym to jest daleko…
– Ech, ty to tak zawsze! – westchnęła z dezaprobatą Marta. – Praca i praca… Zobacz, Iza, jak ty w ogóle żyjesz! Praca, nauka, obsługa kulinarno-gospodarcza jakichś starych dziadków, codzienna gregorianka za jakąś nieznajomą babę… A gdzie czas na chwilę odpoczynku? Na przyjemność? Na poznanie kogoś ciekawego? Zachowujesz się jak jakaś zgorzkniała i zdewociała wdowa po pięćdziesiątce, a nie jak dwudziestodwuletnia studentka! Uciekasz przed światem, zakopujesz się za życia… Ty, zobacz! – przerwała sobie nagle, łapiąc Izę za ramię i wskazując jej boczną ścianę budynku uczelni, z którego właśnie wyszły. – Czy to nie jest ten twój Daniel? I ma dzisiaj swój motocykl!
Rzeczywiście, pod ścianą od strony ulicy, gdzie znajdowały się parkingi dla rowerów, Iza dostrzegła znajomą sylwetkę Daniela. Ubrany dziś w czarne dżinsy i biały t-shirt chłopak schylał się nad swoim motocyklem zajęty odpinaniem łańcucha zabezpieczającego.
– Nie gniewaj się, Iza, ale ja muszę obejrzeć z bliska ten motocykl! – oznajmiła Marta głosem zdradzającym najwyższe podniecenie. – Nie wytrzymam, nie daruję sobie, muszę… ale fajna yamaha!
I nim Iza zdążyła zareagować, skręciła gwałtownie w stronę parkingu dla rowerów, podbiegła do Daniela i powitała go radosnym okrzykiem. Daniel wyprostował się zdziwiony, rozpoznał Martę i odwzajemniwszy jej pozdrowienie, rozejrzał się natychmiast dookoła. Dostrzegłszy Izę, stojącą w zawahaniu kilka metrów dalej, pobladł i oparł się ręką o swój motocykl, zaciskając kurczowo palce na kierownicy, jakby zakręciło mu się w głowie.
„A niech to diabli!” – pomyślała z niepokojem Iza. – „Ale mnie wkopała!”
Uznając, że w tej sytuacji niegrzecznie byłoby odejść bez słowa, skierowała się niechętnie w ich stronę, by przywitać się z Danielem.
– Serio, ale super sprzęt! – zachwycała się tymczasem Marta, obiegając motocykl dookoła i z roziskrzonymi oczami przyglądając się jego różnym elementom. – Nie jest za duży, ale ma swoją masę, musi świetnie trzymać się drogi…
– Cześć, Iza – powiedział tymczasem cichym głosem Daniel, wyciągając rękę do Izy.
– Cześć, Daniel – odpowiedziała zmieszana. – Miło cię widzieć…
– A powiedz mi, on bardzo głośno pracuje? – zapytała Marta, podnosząc głowę znad motocykla. – Tuningowałeś go czy ma ustawienia fabryczne?
– Nie, nic z nim nie robiłem – pokręcił głową Daniel, odrywając oczy od Izy i spoglądając ze zdziwieniem na Martę. – Pracuje dosyć głośno, ale w normie. Widziałem dużo głośniejsze.
– Aha. A sprawdzałeś, w ile sekund rozpędza się do stówy?
– Nie – uśmiechnął się. – Znaczy… rozpędzałem się oczywiście, tylko nie sprawdzałem czasu. Jest dynamiczny, do stówki dobija szybko, ale nie powiem ci, w ile sekund od zera, musiałbym zrobić taki pomiar.
– Kurczę, ale bym się kajtnęła! – westchnęła Marta, pieszczotliwie gładząc dłonią czarną skórę siodełka. – Tyle lat nie jeździłam na motocyklu!
– No to pogadaj z Danielem – poradziła jej Iza, podchwytując temat, by uniknąć niezręcznego milczenia. – W mieście lepiej nie próbować rozpędzać się do stówy, ale jakieś kółko grzeczną pięćdziesiątką moglibyście na szybko wykonać…
– Chciałabym bardzo – przyznała Marta, zerkając badawczo na Daniela. – Nawet mam dzisiaj spodnie, a nie spódnicę, super by się składało. Ale kolega pewnie się śpieszy, co się będę napraszać…
Daniel zawahał się, spojrzał na nią, na Izę, na swój motocykl, a potem znowu na nią.
– Nie no… możemy się kajtnąć – rzucił wreszcie bez przekonania. – Małe kółko po miasteczku akademickim to jakieś dziesięć minut, dałoby się zrobić.
– Serio?! – Marta z wrażenia aż zachłysnęła się powietrzem. – Kajtnąłbyś się ze mną?
– Nie ma sprawy – odparł uprzejmie Daniel, ściągając motocykl ze stojaka i ustawiając go przy wyjeździe na ulicę.
– Ja tu na was poczekam – odezwała się Iza, która teraz z rosnącym rozbawieniem przyglądała się rozpromienionej wizją przejażdżki koleżance.
– Poczekasz? – ucieszył się Daniel.
– Jasne! – zapewniła go żywo Iza. – Sama jestem ciekawa, jak wam pójdzie rundka i jak Martusia oceni twój bolid. Tylko uważaj, bo trafiłeś na prawdziwą pasjonatkę!
– Właśnie widzę – uśmiechnął się Daniel.
Zajął miejsce na siodełku i dał Marcie znak, żeby usiadła za nim. Dziewczyna aż podskoczyła z radości i z zachwytem w oczach wykonała polecenie.
– Trzymaj się! – rzucił Daniel, odpalając silnik, który zahuczał rasowym dźwiękiem i ruszył z miejsca przy wtórze euforycznego pisku Marty.
Iza roześmiała się na widok jej skrajnie podnieconej miny i cofnąwszy się pod ścianę, obserwowała, jak wyjeżdżają na ulicę i ruszają w stronę skrzyżowania. Akurat zapaliło się zielone światło, więc Daniel dodał gazu i motocykl odjechał w głąb ulicy, wyprzedzając zwinnie ruszające dopiero samochody.
„Wariatka!” – pomyślała z rozbawieniem Iza. – „To się nazywa mieć prawdziwego fioła… Duszę diabłu by zapisała, i to bez wahania, żeby tylko móc się kajtnąć na motorze!”
– Iza? – usłyszała obok zdziwiony głos.
Odwróciła się szybko. Chodnikiem, wśród większej grupy studentów, szedł Radek z niewielkim plecakiem zarzuconym na ramię. Dał znak swoim kolegom, żeby szli dalej, sam zaś skręcił w jej stronę.
– Cześć – zagadnął, podchodząc bliżej. – Widzę, że skończyliście… Marta już poszła?
– Nie do końca – pokręciła głową Iza, tłumiąc śmiech na myśl o tym, jak zareaguje Radek na widok Marty wracającej z szalonej przejażdżki motocyklowej. – Chwilowo jej nie ma, ale zaraz tu wróci. I to w wielkim stylu!
– Aha – odparł, choć jego mina wskazywała na to, że nie bardzo rozumie to mętne wyjaśnienie. – No to fajnie… poczekam tu z tobą na nią, okej?
– Okej – zgodziła się Iza, zastanawiając się, o czym w takim razie mogłaby z nim porozmawiać przez tych kilka minut, żeby uniknąć krępującej ciszy. – Słyszałam, że wieczorem wybieracie się na grilla?
– A tak – przyznał wesoło. – Będą tłumy, nie może nas tam zabraknąć. A propos, nie chciałabyś wybrać się z nami? Marta mówiła, że ci to zaproponuje, a mamy w aucie miejsce, więc…
– Nie, niestety nie mogę – odparła przepraszającym tonem Iza. – Martusia już mnie zapraszała, to miło z waszej strony, ale wieczorem muszę być w pracy.
– A, okej, rozumiem – skinął głową. – Dalej pracujesz w tej knajpie w centrum?
– Tak, w Anabelli. Ale nie widuję was tam wcale – zauważyła z lekkim wyrzutem. – Chyba tylko raz byliście… no, może dwa.
– Fakt, nie zaglądamy tam ostatnio – odparł Radek. – Jeden z moich bliskich kumpli ma jakiś zatarg z właścicielem… A właśnie! – klepnął się lekko dłonią w czoło. – Ty chyba znasz Michała Krzemińskiego, nie? Coś mi się kojarzy, że kiedyś wspominał, że jesteście z tej samej wiochy… dobrze mówię?
– Tak – szepnęła Iza, momentalnie blednąc jak ściana. – Chodziliśmy razem do podstawówki.
– O właśnie! – ucieszył się Radek. – Czyli dobrze mi się kojarzyło… No to właśnie Michu nie lubi tego typa z Anabelli, kiedyś się z nim poprztykał o coś tam, nie wiem nawet o co… w każdym razie nie chce tam chodzić, więc i my nie zaglądamy za często. W końcu jest full innych knajp na mieście, nie?
– To prawda – przyznała Iza, starając się jak najszybciej ochłonąć. – Od tej strony na Lublin nie można narzekać.
– Ale to fajnie, że znacie się z Michem – podjął z zadowoleniem Radek. – Można by kiedyś wybrać się na imprezę w jakimś większym gronie… On nawet dzisiaj wieczorem miał być na tym grillu, ale rano napisał mi smsa, że chyba jednak go nie będzie. Szkoda, bo zapowiada się balanga na sto dwa! – zaśmiał się. – Pewnie do rana stamtąd nie zjedziemy!
„Misio miał być dzisiaj na grillu pod Nałęczowem?” – zdziwiła się Iza, czując, jak jej serce pomimo upału ogarnia lodowy chłód. – „Napisał mu smsa… czyli nie ma żadnego problemu z telefonem. Boże drogi… Muszę go jakoś wybadać, dowiedzieć się czegoś więcej!”
– On pewnie ma teraz mało czasu – zauważyła, siląc się na obojętny ton. – Zdaje się, że jest w domu… wiesz, tam u nas, pod Radzyniem… to jest jednak sto kilometrów stąd.
– To Michu znowu pojechał do siebie? – zdumiał się Radek. – Przecież wczoraj widziałem się z nim w Lublinie… no, ale może i tak. Ostatnio miał jakąś jazdę w chacie, stary mu się sypie… Zresztą pewnie o tym słyszałaś, bo widzę, że macie stały kontakt – dodał, zerkając na nią z lekko zdezorientowaną miną. – Dziwne, nic mi nie mówił, a przecież wie, że znacie się z Martą…
W tym momencie zza rzędu samochodów z mocnym warkotem silnika wyjechał motocykl z Danielem i trzymającą się go z tyłu Martą, której długie blond włosy powiewały na wietrze niczym zwycięska chorągiew. Blada jak płótno Iza słabym ruchem ręki wskazała ich Radkowi.
– Marta już jest – powiedziała cicho, nie patrząc ani na niego, ani na nich.
Radek spojrzał zaskoczony na skręcający w ich stronę motocykl i na widok jego pasażerki wytrzeszczył oczy, a szczęka opadła mu spektakularnie. Widok, zgodnie z przewidywaniami Izy, był przekomiczny, jej jednak nie było już do śmiechu… Wiadomość o tym, że Michał był wczoraj w Lublinie i nie odezwał się do niej, dosłownie zbiła ją z nóg. Miała wrażenie, że otaczający ją świat nagle stracił kolory, a światło czerwcowego słońca przygasło jak obleczone ciemnym, żałobnym woalem.
– Radzio!!! – zakrzyknęła radośnie Marta, zeskakując dziarsko z siodełka motocykla, podbiegając do chłopaka i wieszając mu się na szyi. – Jesteś!
Nadal zaskoczony Radek przytulił ją do siebie i pocałował w usta.
– Jeździłaś na motorze? – zapytał ze zdumieniem.
Zerknął przy tym na Daniela, który prowadził motocykl w ich stronę, wpatrując się w Izę stojącą ze wzrokiem wbitym w chodnik.
– Tak, ale super było! – zawołała z radością Marta, ciągnąc go za rękę w stronę Daniela. – Zobacz, jaką kolega ma ekstra yamahę! Był tak miły, że zabrał mnie na małą rundkę. Dzięki, Daniel, już tak dawno nie jeździłam… A przy okazji to poznajcie się – zreflektowała się. – To jest Daniel, kolega Izy. Z polonistyki. A to mój chłopak Radek.
Panowie uścisnęli sobie uprzejmie dłonie, przy czym wzrok Daniela znów skręcił w stronę zamyślonej, trzymającej się na uboczu Izy. Marta tymczasem skakała w zachwycie wokół motocykla, ciągnąc za sobą za rękę oszołomionego jej zachowaniem Radka.
– Zobacz, jakie ma fajne chromy! – mówiła z zapałem. – Świetny model, pierwszy raz nim jechałam, a już czuję, że podchodzi mi jak żaden… Szkoda, że nie masz takiego sprzętu, Radziu – dodała poważnie. – Pomyśl tylko, jakie genialne wycieczki moglibyśmy sobie urządzać…
Radek, który dotąd przyglądał jej się w oszołomieniu, wyprostował się na te słowa i wzruszył ramionami.
– E tam, ja nie lubię motorów – oznajmił jej spokojnie. – Nie wiem, serio, co ty w tym widzisz… aż tak cię to jara, czy tylko się zgrywasz? Ja zdecydowanie wolę mocne auto.
Rozświetlone entuzjazmem oczy Marty natychmiast przygasły.
– No, okej – westchnęła. – Samochód na pewno daje większe możliwości, ale… to jednak nie to samo…
– Co u ciebie, Iza? – zapytał tymczasem cichym głosem Daniel, który podszedł do niej, nie zwracając najmniejszej uwagi na parę rozmawiającą przy jego motocyklu. – Mam nadzieję, że wszystko dobrze?
– Dziękuję, jako tako – uśmiechnęła się z trudem, nie patrząc na niego. – Zaliczenia mam z głowy, teraz tylko cztery egzaminy i wakacje. A ty jak żyjesz?
– Jakoś leci – odparł, zagryzając wargi. – Na wakacje pewnie jedziesz do domu?
– Tak, do siostry – skinęła głową. – Już bardzo się za nią stęskniłam, ostatnio widziałyśmy się na weekendzie majowym…
– To cześć wam, my już lecimy! – oznajmił Radek, podchodząc do nich z Martą, której twarz nie wyrażała już tego podniecenia i entuzjazmu co przed chwilą, lecz wydawała się przygaszona i zamyślona. – Siema, Iza, szkoda, że nie możesz jechać z nami na grilla, ale trudno, znajdziemy jakąś inną okazję… Trzymajcie się!
– Ja też już idę – podchwyciła szybko Iza, z ulgą odsuwając się od Daniela. – Mam trochę obowiązków… Na razie, bawcie się dobrze! Cześć, Daniel.
I nie czekając na odpowiedź, skinęła im na pożegnanie ręką, po czym pośpiesznie, nie odwracając się, odeszła chodnikiem w stronę centrum miasta.
„Dowiedział się!” – myślała z rozpaczą, kiedy po zamknięciu się w pokoju zaciągnęła zasłony i zwinęła się w kłębek na łóżku, nakrywając się kocem razem z głową. – „Wszystkiego się dowiedział i znienawidził mnie za to, że nie powiedziałam mu prawdy! Dlatego się nie odzywa, dlatego nie zadzwonił, chociaż wczoraj był w Lublinie… Może dzisiaj też tu jest? I milczy… Ech, czułam, że tak będzie! Źle zrobiłam… trzeba było powiedzieć mu od razu wszystko, co wiedziałam, okazać mu lojalność, jasno udowodnić, że jestem po jego stronie… nawet gdybym miała stanąć przeciwko Meli! Dlaczego tego nie zrobiłam? Jaka ja jestem głupia…”
Dźwięk przychodzącego smsa poderwał ją na nogi. Gorączkowo chwyciła telefon i z bijącym mocno sercem, w którym na ułamek sekundy zakiełkowała nieśmiała nadzieja, otworzyła skrzynkę. Sms był od Victora. Jak leci, Isabelle? Mógłbym zadzwonić wieczorem? Potworne rozczarowanie szarpnęło sercem Izy… Nie odpowiadając mu na smsa, odłożyła telefon na biurko i znów okrywszy się szczelnie kocem, wybuchła rozpaczliwym płaczem, którego dłużej już nie umiała powstrzymać.