Lodzia Makówkówna – Rozdział XXX

Lodzia Makówkówna – Rozdział XXX

Sobotni poranek dwudziestego ósmego kwietnia powitał Lodzię bajeczną, wiosenną pogodą i świergoleniem ptaka, który ukrył się w dzikim winie tuż obok jej okna. Otworzyła oczy i przetarła je z uśmiechem, przypominając sobie poprzedni wieczór w całości spędzony z Pablem na żartobliwej dyskusji nad projektem Maćka i zakończony długim, wspólnym spacerem jej osiedlem. Pablo wymyślił bowiem, odwożąc ją do domu, że pokaże jej swoją sentymentalną drogę z pamiętnego wieczoru czwartego listopada, kiedy to zatrzymał samochód na parkingu obok parku i postanowił przejść się do Piotrka na piechotę, po drodze zaliczając bójkę z małolatami i przygodę swego życia przy Czeremchowej osiem.

„Od tamtego czasu minęło tylko pół roku” – pomyślała w zadziwieniu Lodzia. – „Gdyby sześć miesięcy temu ktoś powiedział mi, że niebawem zakocham się do nieprzytomności w jakimś bandziorze starszym o trzynaście lat, uznałabym to za kiepski żart z gatunku science fiction!”

Na śniadanie zeszła w radosnym nastroju i z rozświetlonymi jasnym blaskiem oczami, co nie umknęło podejrzliwej uwadze Wielkiej Triady, która tego poranka spodziewała się raczej zobaczyć na jej obliczu osnuty melancholią żal na myśl o utraconym szczęściu. Szczęście owo miało wszak skrystalizować się wieczorem w formie uroczystych zaręczyn połączonych ze spóźnionym świętowaniem jej dziewiętnastych urodzin, mieli być goście, radość, rzewne snucie planów na przyszłość… Tymczasem impreza musiała zostać zredukowana do spóźnionego o dziesięć dni modułu urodzinowego, spóźnionego przez to właśnie, że chciano go połączyć z niedoszłym modułem zaręczynowym. Czyż można sobie wyobrazić bardziej spektakularny przykład pokrzyżowania planów i organizacyjnego niewypału?

– Makowiec już się szykuje – oznajmiła z westchnieniem Ciotka Lucy. – Miał być na podwójną okazję, ale cóż… takie jest życie! Nie można mieć wszystkiego.

Filozoficzna uwaga Ciotki wywołała rozbawiony uśmiech na twarzy Lodzi, który po raz kolejny potwierdził zadziwiającą nieprzystawalność jej zachowania do statusu nieszczęśliwie zakochanej dziewczyny o świeżo złamanym sercu. Wielka Triada wymieniła znaczące spojrzenia. Owszem, należało cieszyć się, że Lodzia pozbierała się już po straszliwym ciosie, który przez kilka dni od powrotu z gór tak wyraźnie odbijał się w jej zapłakanych oczach, jednak ta nagła, biegunowa zmiana humoru również była ze wszech miar niepokojąca. Niepokojąca i nad wyraz podejrzana! Szczególnie w obliczu nowych rewelacji, które Matylda spod czwórki wyjawiła przed godziną Mamusi idącej do sklepu po bułki na śniadanie…

– Lodziu, podaj sól – odezwała się Babcia. – O, dziękuję ci, drogie dziecko. Weźmiesz sobie jeszcze ogórka?

– Chętnie, babciu – odparła grzecznie Lodzia.

Sięgnęła po talerzyk i podsunęła go najpierw zapraszającym gestem Tatusiowi.

– Dziękuję ci, kochanie – kiwnął głową.

Nałożył sobie ogórka na kanapkę i uśmiechnął się do niej przez stół.

– Czyli będzie makowiec, suflety czekoladowe, babeczki z bitą śmietaną i owoce – podsumowała Mamusia, zwracając się do Ciotki Lucy. – A na koniec tort z mrożonymi malinami. Już przygotowałam dziewiętnaście świeczek, powtykamy je w ciasto tuż przed podaniem.

– A toast z winem będzie? – zapytał od niechcenia Tatuś.

Lodzia uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo.

– Będzie, Mareczku – zapewniła go Mamusia. – Mamy jeszcze butelkę tego domowego wina, które Emilia dała nam w marcu na rewizycie…

Na dźwięk tego imienia przed oczami Lodzi natychmiast stanęła przemiła kobieta ocierająca łzy wzruszenia ze swych ciemnych oczu, które odziedziczył po niej Pablo.

– Ech! Jak to się wszystko pokomplikowało! – westchnęła Ciotka, ogarnięta dziś wyjątkowo ckliwym nastrojem. – Takie święto miało być… Biedna Lodzieńka!

– Cicho, Lucy! – upomniała ją surowym tonem Babcia. – Nie przypominaj. Chcesz, żeby dziecina znowu się popłakała?

Wszystkie trzy spojrzały przy tym wyczekująco na Lodzię, jakby spodziewały się, że dziewczyna zareaguje odpowiednio i chociaż westchnie lub się skrzywi, jednak nie było po niej widać najmniejszych oznak nadchodzącego kryzysu nerwowego. Siedziała spokojnie i ze smakiem pałaszowała kanapkę z pasztetem i ogórkiem, spoglądając znad niej swymi błękitnymi oczami rozpromienionymi jak poranne słońce.

– Wypijemy chociaż ten toast i Lodzia zdmuchnie swoje świeczki – ciągnęła Mamusia, dolewając sobie herbaty. – W tym roku słabo to wyszło, ale dziewiętnaście lat to przecież ani osiemnastka, ani okrągła dwudziestka. Za rok urządzimy jej coś huczniej.

W tym czasie Lodzia, ubawiona widokiem miny Tatusia, którego obietnica toastu wprawiła w podejrzanie świetny humor, uśmiechnęła się do niego i puściła mu przez stół figlarne oko. Tatuś natychmiast odpowiedział jej tym samym, po czym ku jej zdumieniu zrobił coś, czego nigdy nie robił, mianowicie… pokazał jej język. Nie mogąc się powstrzymać, nigdy bowiem nie widziała, żeby pozwalał sobie na takie wygłupy w obecności majestatu Wielkiej Triady, prychnęła śmiechem tak mocno, że ogórek spadł jej z kanapki na kolana. Babcia spojrzała na nią z dezaprobatą, Ciotka ze zdziwieniem, Mamusia ze zgrozą.

– Lodziu, a co tobie tak wesoło? – zapytała z urazą.

Lodzia szybko zebrała ogórka z kolan i odłożyła go na talerz.

– Nic, mamo – odparła grzecznie. – Taki mam po prostu dobry humor…

W tej samej chwili pochwyciła spojrzenie Tatusia, który podparł głowę na łokciu, aby nikt poza córką nie mógł zobaczyć jego twarzy, i znów zrobił żartobliwy grymas, tym razem wytrzeszczając do niej oczy. Lodzia zatkała sobie szybko usta dłonią, niemal dusząc się od tłumionego śmiechu.

– Może to nerwowe? – szepnęła z zaniepokojeniem Ciotka Lucy do Babci. – Żeby tylko jakaś choroba psychiczna nie wdała się po takim szoku…

Wyraz zgrozy na twarzy Mamusi uległ natężeniu.

– Lodziu! – rzuciła surowo, na co Lodzia natychmiast spoważniała, a Tatuś wyprostował się na krześle i z powagą sięgnął po kolejną bułkę. – Coś ty mi, dziecko, podejrzanie się ostatnio zachowujesz! – dodała z niepokojem. – I to nawet nie ostatnio, tylko od paru miesięcy przez cały czas tak jest! Raz się śmiejesz, raz płaczesz, ciągle takie huśtawki nastrojów… Powiem szczerze, że ja już nic z tego nie rozumiem. A jeszcze Matylda znowu takie rzeczy opowiadała o tym czarnym samochodzie…

– Zosiu, miałaś nic jej nie mówić – przypomniała półgębkiem Ciotka Lucy.

– Wiem, Lucy! – fuknęła Mamusia. – Przecież nic nie mówię. Ale sama zobacz, jak ona się zachowuje. Raz płacze, aż się serce kraje, a teraz znowu wygłupia się przy stole… Sytuacja jest niewesoła po tym, co się ostatnio stało, a ona tu jakieś śmichy-chichy sobie urządza! Ja nie mówię, że masz nam tu dzisiaj płakać, Lodziu, bo wcale tego nie chcemy, ale mogłabyś przynajmniej zachować trochę… hmm, powagi.

– Postaram się, mamo – obiecała Lodzia, uznawszy, że lepiej nie zaogniać relacji z Mamusią, żeby nie wywołać jakiegoś niepotrzebnego konfliktu albo, co gorsza, szlabanu na wyjścia w domu.

Mamusia jakby czytała w jej myślach.

– A poza tym to gdzie ty tak ostatnio chodzisz wieczorami? – ciągnęła z niezadowoleniem. – Nie ma cię i nie ma! Przecież chyba nie uczycie się z Julcią do tej matury od rana do późnej nocy? Ja sama namawiałam cię po wycieczce, żebyś więcej wychodziła na spotkania z przyjaciółmi, ale teraz coś mi się wydaje, że z tego nic dobrego nie wynika!

Lodzia szybko ugryzła kanapkę, żeby ukryć niepokój.

– Byle tylko w jakieś złe towarzystwo nie wpadła, Zosiu – pokręciła głową Babcia, słodząc sobie zaparzone w kamionkowym kubku ziółka.

– Aż tak to może nie – wyraziła nadzieję Mamusia, nie spuszczając z Lodzi podejrzliwego wzroku. – To rozsądne dziecko. Ale dziwne jest to wszystko, naprawdę bardzo dziwne…

Lodzia westchnęła z rezygnacją i sięgnęła po dzbanek z herbatą. Zerknęła przy tym na Tatusia i ze zdziwieniem zauważyła, że ów zupełnie nie stracił dobrego humoru; przeciwnie, przyglądał jej się nadal z wesołym wyrazem twarzy, a kiedy na niego spojrzała, natychmiast puścił do niej porozumiewawcze oko.

„Tata dzisiaj w świetnym humorze” – pomyślała z rozbawieniem. – „To chyba ten toast z winem tak go cieszy. No i na pewno jest zadowolony, że już nie ryczę po kątach… Ale aż dziwne, że o nic mnie nie pyta i nie drąży o bandziorka. W niedzielę miał na to wielką ochotę, pohamował się siłą, przecież widziałam… A potem już nic. Uśmiecha się tylko do mnie i robi głupie miny przy stole… no, tego to jeszcze nie było!” – z trudem powstrzymała śmiech, spuszczając głowę, by Wielka Triada nie zauważyła kolejnej manifestacji jej nieadekwatnego nastroju. – „Za to one znowu chodzą i węszą” – spoważniała. – „Pani Matylda coś im nagadała, pewnie wczoraj była w grupie tych pań, które mijaliśmy z Pablem koło parkingu… No cóż, to się długo nie ukryje, awantura zbliża się wielkimi krokami. Pewnie wjadą mi z tym w sam środek matury! Łatwo nie będzie. Byle tylko babcia zawału przez to nie dostała…”

Wywołane tą ostatnią myślą zafrasowanie na twarzy dziewczyny zostało przyjęte przez Wielką Triadę z rodzajem ulgi.

– Sama widzisz, Zosiu, ona tylko tak na zewnątrz się wygłupia – szepnęła konspiracyjnie Ciotka Lucy do Mamusi. – W środku dziecko dalej cierpi…

Lodzia i Tatuś wymienili ukradkiem przez stół wesołe spojrzenia i spokojnie powrócili do konsumowania swoich kanapek.

***

Lodzia zeszła na dół punktualnie o osiemnastej ubrana w szarą, satynową sukienkę z koronką. Przez całe przedpołudnie pomagała Ciotce Lucy przy makowcu, a Mamusi przy babeczkach z bitą śmietaną, po obiedzie zaś usiadła do notatek z lektur, aby odświeżyć sobie kolejną partię materiału przed maturą.

„Jutro i pojutrze przejrzę Młodą Polskę, a potem literaturę współczesną” – planowała, schodząc po schodach. – „Akurat do piątku zdążę ze wszystkim, a potem jeszcze ta matma…”

W salonie ubrane z wyszukaną elegancją Mamusia i Babcia kończyły ustawianie na stole talerzyków deserowych, podczas gdy Ciotka Lucy nadzorowała w kuchni piekące się jeszcze suflety.

– Matylda miała zajrzeć do nas już godzinę temu – mówiła z niezadowoleniem Mamusia do Babci. – Miała przynieść mi ten duży nóż do ciasta, który pożyczyłam jej w tamtym tygodniu. I proszę, nie ma jej, pewnie zapomniała, a akurat by się przydał!

– E, daj spokój, Zosiu – machnęła ręką Babcia, sadowiąc się wygodnie na kanapie po ustawieniu ostatniego talerzyka. – Noży mamy pod dostatkiem, zresztą dziś przyjęcie bez gości, nie musimy się aż tak przejmować.

– O, Lodzia już przyszła! – ucieszyła się Mamusia na widok córki. – No, muszę powiedzieć, że bardzo ładnie się ubrałaś, drogie dziecko… A gdzie Mareczek?

– Jestem! – zameldował się Tatuś, wkraczając dziarsko do salonu.

Był elegancko ubrany w białą koszulę i marynarkę, twarz mu jaśniała i ogólnie wydawał się być w iście szampańskim humorze. Lodzia uśmiechnęła się do niego promiennie, na co odpowiedział jej takim samym szerokim uśmiechem. Do salonu weszła także Ciotka Lucy wystrojona w odświętną, kwiecistą sukienkę przewiązaną w pasie sztywno wykrochmalonym kuchennym fartuszkiem. W rękach niosła wielką tacę z makowcem.

– Ojej, Zosiu, to my już zaczynamy? – zaniepokoiła się, widząc gotowy stół. – Bo ja tam w kuchni jeszcze sufletów pilnuję… Przyniosłam już makowiec. O, jak Lodzieńka ślicznie wygląda! Jaka szkoda, że dzisiaj… no, ale nieważne, nieważne! Lodziu, przesuń trochę ten talerzyk, bo mi się taca nie pomieści. Dziękuję, właśnie tak.

Makowiec wylądował na jednym z dwóch honorowych miejsc na stole, drugie bowiem było zarezerwowane na urodzinowy tort z mrożonymi malinami, który czekał jeszcze w lodówce. Mamusia, dopiero teraz przypomniawszy sobie o serwetkach, zabrała się w pośpiechu za ich rozkładanie przy nakryciach, zaś Ciotka Lucy przystanęła, by poprawić ustawienie filiżanek do herbaty, które poprzesuwały się nieco przy umieszczaniu na stole tacy z ciastem.

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.

– Matylda – westchnęła Mamusia. – Nóż w końcu przyniosła. Lucy, idź otwórz, co?

– Suflety!!! – wykrzyknęła w odpowiedzi Ciotka Lucy, łapiąc się za głowę. – Zapomniałam! Niech Lodzia otworzy, ja muszę lecieć pilnować!

Po czym w panice wybiegła do kuchni, ledwie wyrabiając się na zakręcie w progu salonu.

– Idź otworzyć, Lodziu – poleciła córce Mamusia. – Weź nóż do ciasta od pani Matyldy, a gdyby koniecznie chciała ze mną rozmawiać, to niech poczeka, najpierw muszę skończyć rozkładać te serwetki.

Lodzia kiwnęła posłusznie głową i chciała już ruszyć do przedpokoju, kiedy niespodziewanie zatrzymał ją Tatuś.

– Zostań, Lodziu, ja otworzę. Coś mi się wydaje, że to mój gość.

Mamusia i Babcia natychmiast podniosły głowy i spojrzały na niego zdumione.

– Mareczku! – zawołała karcąco Mamusia. – Jak to… twój gość?!

Babcia wyprostowała się na kanapie i zasiadła w pozycji czujnej czapli, patrząc na zięcia jak na przybysza z kosmosu. Myśl, że Mareczek śmiał na własną rękę, bez pytania ich o zgodę zaprosić kogoś do domu na przyjęcie urodzinowe córki, nikomu nie mieściła się w głowie. Nawet Lodzia popatrzyła na niego z zaskoczeniem.

– Przepraszam, najpierw otworzę – odpowiedział nieco speszony Tatuś. – Zaraz porozmawiamy.

Wyszedł szybko do przedpokoju i słychać było, jak otwiera drzwi wejściowe, a potem rozmawia z kimś półgłosem na tle dobiegającego z kuchni rumoru, który oznaczał, że Ciotka Lucy wyładowywała właśnie w pośpiechu z piekarnika suflety czekoladowe. Mamusia i Babcia popatrzyły po sobie z mieszaniną zgrozy i zaintrygowania.

– Mareczek? – wyszeptała z niedowierzaniem Mamusia, wstrząśnięta do głębi pierwszą w życiu niesubordynacją tak zawsze posłusznego i uległego małżonka. – Co on wyprawia?

Lodzia, choć także zaintrygowana, natychmiast doceniła humorystyczną stronę sytuacji.

„Tata się emancypuje” – pomyślała z rozbawieniem. – „Pierwszy raz w życiu nie zapytał ich o pozwolenie na cokolwiek. Tego jeszcze nigdy nie…”

W tym momencie myśl urwała jej się, a w oczach pociemniało, gdyż do salonu wszedł Tatuś w towarzystwie swego tajemniczego gościa. Wpatrzone w drzwi Mamusia i Babcia ujrzały przed sobą elegancko ubranego mężczyznę o przenikliwym spojrzeniu inteligentnych, ciemnobrązowych oczu.

„On!” – szepnął w duszy Lodzi zdumiony głos, zupełnie jak w przedstudniówkowe popołudnie, kiedy wysiadłszy z taksówki z makowcem, spotkała na ulicy bandziora.

Obaj panowie weszli do środka i zatrzymali się tuż przy drzwiach. Tatuś trzymał w ręku butelkę czerwonego wina, którą najwidoczniej dostał przed chwilą w prezencie, a jego mina świadczyła o tym, że choć nie czuje się najpewniej na pierwszej linii frontu, jest gotowy z pełną determinacją wywiązać się ze swojego zadania. Z kolei Pablo, ubrany z najwyższą elegancją w ciemnoszary garnitur, białą koszulę i jasny krawat, tonął pod wielkim naręczem kolorowych kwiatów, które opadały mu aż na ramię. Wszedł spokojny, lekko uśmiechnięty, całkowicie opanowany i pewny siebie. Na widok Lodzi jego oczy rozświetliły się, jakby wraz z kwiatami wniósł do salonu świecące wciąż za oknem popołudniowe słońce… Pochwyciwszy jej wystraszone spojrzenie, mrugnął do niej dyskretnie samym kącikiem oka.

„Oprychu niemożliwy!” – pomyślała słabo Lodzia, przytrzymując się kurczowo poręczy krzesła. – „Ty mnie kiedyś nerwowo wykończysz tymi twoimi intrygami…”

Jednak pomimo przestrachu, jaki ogarnął ją w pierwszej chwili, już w następnej jej duszę przepełniło nieuchwytne myślą, lecz wyczuwalne instynktem poczucie bezpieczeństwa. Przypomniała sobie jego słowa sprzed tygodnia. Czy ty myślisz, że ja jestem jakimś niedowarzonym smarkaczem? Sądzisz, że zostawię cię z tym samą? W jednej sekundzie zrozumiała, że od tamtej pory musiał nieustannie myśleć o jej rodzinnym problemie i pomimo drastycznie ograniczonego czasu intensywnie pracować nad jego rozwiązaniem. Zrozumiała również w lot, dlaczego Tatuś o nic jej nie wypytywał i przez kilka dni tak późno wracał z pracy.

„Skubańcu” – pomyślała z uznaniem. – „Więc taki miałeś pomysł… Przerobiłeś tatę!”

Jej wciąż strwożone serce zabiło podziwem dla odwagi, jaką zademonstrował Pablo, wchodząc tak beztrosko do jaskini lwa. Awantura była co prawda nieunikniona, ale teraz stało się jasne, że ona sama nie będzie jej pierwszą ofiarą, gdyż to on, niczym prawdziwy Rycerz z jej dziewczęcych snów, przyszedł przyjąć na siebie pierwszy impet nawałnicy, osłonić ją własną piersią, wystawić się za nią na ciosy. Wprawdzie nie wyglądał bynajmniej na potencjalną ofiarę zbliżającej się krwawej walki ani na szykującego się na pożarcie męczennika, jednak to zapewne dlatego, że jeszcze nie wiedział, co go czeka…

Kiedy Pablo i Tatuś weszli do salonu i zatrzymali się przy drzwiach, na moment zapanowała cisza. Ochłonąwszy z pierwszego, piorunującego wrażenia, Lodzia zerknęła ukradkiem na Mamusię i Babcię. O ile ta ostatnia patrzyła na niespodziewanego gościa jedynie ze standardowym zdziwieniem i zaintrygowaniem, o tyle stojącej obok Mamusi ewidentnie opadła szczęka, w eleganckim przybyszu rozpoznała bowiem uczynnego dżentelmena, który miesiąc wcześniej w szpitalu rozmienił jej pieniądze i odprowadził ją z bagażami do taksówki.

– Pozwólcie, że przedstawię wam mojego gościa – odezwał się Tatuś, zwracając się do obu pań. – Pan Paweł Lewicki. Panie Pawle, to moja żona Zofia i teściowa Krystyna.

– Bardzo mi miło – odpowiedział Pablo.

Skłonił się uprzejmie siedzącej na kanapie Babci i uśmiechnął się czarująco do Mamusi, która właśnie ocknęła się z pierwszego oszołomienia. Rzuciwszy najpierw dla fasonu krytyczne spojrzenie na Tatusia, z powrotem przeniosła wzrok na przybysza, postąpiła kilka kroków w jego stronę i odruchowo wyciągnęła do niego rękę.

– Ale my się chyba już znamy – zauważyła niepewnie, przyglądając mu się z niedowierzaniem. – Jak to?… Pan tutaj?

– W istocie – uśmiechnął się swobodnie. – Z braku manier nie przedstawiłem się pani poprzednim razem, uznałem więc, że wypadałoby naprawić ten karygodny faux pas… Bardzo proszę na początek przyjąć kwiaty.

Wręczył zdezorientowanej Mamusi wielki, pięknie skomponowany bukiet herbacianych róż i storczyków, po czym schylił się szarmanckim gestem, aby ucałować podaną sobie dłoń. Mamusia, na której kurtuazja ta zrobiła wielkie wrażenie, oniemiała całkowicie, nieco mechanicznym gestem przyjmując od niego kwiaty. Pablo skłonił jej się lekko, po czym podszedł do siedzącej na kanapie Babci, nachylając się nad nią, by wręczyć jej nieco mniejszą, lecz i tak imponującą swym rozmiarem wiązankę kolorowych tulipanów, jedną z dwóch identycznych, które wychynęły spod róż i storczyków.

– Pozwoli pani – uśmiechnął się uprzejmie. – Nie jest to może w zwyczaju, ale uprzedzono mnie, że zastanę tu kilka pań…

Babcia popatrzyła na niego podejrzliwie, jednak przyjęła kwiaty i nie spuszczając z niego badawczego wzroku, położyła je sobie na kolanach. Niezwykły gość rozejrzał się za Ciotką, lecz nie dostrzegłszy jej na horyzoncie, przełożył sobie tulipany do drugiej ręki, odkrywając ostatni bukiet, na widok którego obserwująca go Mamusia drgnęła i wyprostowała się w geście zaalarmowania. Bukiet ów składał się bowiem z niezapominajek przetykanych tu i ówdzie białą margaretką… Pablo podszedł z nim do stojącej przy drugim końcu stołu Lodzi, która nadal ze zdenerwowania mieniła się na twarzy.

– I jeszcze bukiecik dla naszej solenizantki – oznajmił z powagą, wręczając jej kwiaty.

Następnie ujął jej dłoń i ucałował ją z ukłonem.

– Wariacie… – szepnęła ledwo dosłyszalnie Lodzia, kiedy podnosił głowę.

Spojrzał na nią z uspokajającym uśmiechem, mrugnął do niej wesoło i z pokerową miną odwrócił się z powrotem do Mamusi, która analitycznym, choć co prawda niezbyt przytomnym wzrokiem wpatrywała się wciąż z daleka we wręczone córce kwiaty. Wyraz jej twarzy świadczył o przebiegającym w mózgu intensywnym procesie obróbki danych…

Lodzia zerknęła tymczasem na Tatusia, który z chwilą, gdy uwaga ogółu przestała skupiać się na nim, odzyskał pewność siebie i znów wykazywał oznaki szampańskiego humoru. Po raz pierwszy od wejścia do salonu poruszył się, odstawił swoją butelkę wina na stojący przy drzwiach stolik z gazetami i uśmiechnął się do córki.

– Zosiu, ale kto to jest? – zapytała z zaintrygowaniem siedząca dotąd cicho Babcia.

– To jest ten pan, który rozmienił mi pieniądze w szpitalu i pomógł mi znieść toboły do taksówki – wyjaśniła jej rzeczowym tonem Mamusia. – Jestem mu jeszcze winna pięć złotych.

– Skądże znowu! – uśmiechnął się z rozbawieniem Pablo.

– Tak, tak, pięć złotych, ja dobrze pamiętam! – zapewniła go Mamusia. – Wtedy był pan inaczej ubrany, ale ja od razu pana rozpoznałam. Co za zbieg okoliczności! Nie podejrzewałam, że jeszcze się spotkamy, a już zupełnie nie rozumiem, skąd Mareczek pana zna… Nic nam nie powiedział!

Tu spojrzała karcąco na Tatusia, który natychmiast przybrał niewinny wyraz twarzy.

– No właśnie! – szepnęła Babcia.

– Ale że też tych kwiatów tyle pan naznosił! – ciągnęła Mamusia, kręcąc głową. – Niepotrzebnie, taki wydatek… Skoro Mareczek pana zaprosił, to pewnie pan wie, że dzisiaj mamy przyjęcie urodzinowe naszej córki. Spóźnione urodziny w rodzinnym gronie… To przecież żadna okazja, żeby aż tyle kwiatów kupować, i to dla nas wszystkich. Niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie! A w ogóle te niezapominajki, co pan przyniósł dla Lodzi… – dodała, poważniejąc. – Mareczek pewnie panu powiedział, jakie ona kwiaty lubi, ale że pan do tego dobrał dziwnym trafem akurat margaretki… Przecież ona właśnie takie już raz dostała! W szpitalu.

– Zgadza się – odparł swobodnie Pablo. – Dostała je ode mnie.

W Mamusię jakby piorun strzelił.

– Od pana?! – zachłysnęła się, patrząc na niego ze zgrozą.

Pablo z powagą skłonił głowę na znak potwierdzenia. Mamusia rzuciła szybkie spojrzenie na Lodzię, jednak ponieważ córka nie patrzyła na nią, stojąc z twarzą zatopioną w swoich kwiatach, przeniosła wzrok na Tatusia, spiorunowała go spojrzeniem bazyliszka, po czym zerknęła na równie zdumioną Babcię i podniósłszy rękę do czoła, wrzasnęła w stronę kuchni:

– Lucy!!!

Ryk ten miał na celu zawezwanie posiłków, gdyż nie ulegało wątpliwości, iż w tak dramatycznej sytuacji Wielka Triada powinna trzymać się razem. Straszliwy, metaliczny łomot dobiegający z kuchni zaświadczył niezbicie o tym, że zajęta sufletami Ciotka usłyszała to alarmujące wezwanie i z wrażenia upuściła na podłogę jakiś przedmiot, prawdopodobnie blachę po makowcu. Jednak już chwilę potem jako niezawodna i wierna kompanka wpadła do salonu ze ścierką do naczyń w ręce, wyhamowując z trudem tuż za progiem.

– Już, Zosiu, co się sta… – zaczęła i urwała jak rażona gromem na widok Pabla.

Zebrane w salonie towarzystwo od razu zauważyło, że nie była to standardowa reakcja na widok nieznajomego gościa. Ciotka stanęła jak skamieniała, z otwartymi ustami, a ścierka wypadła jej z rąk i miękko opadła na podłogę. Na twarzy Pabla również odmalowało się zaskoczenie, które jednak szybko ustąpiło miejsca dyskretnemu wyrazowi rozbawienia.

– Lucy, o co chodzi? – zapytała podejrzliwie Babcia.

Ciotka nie odpowiedziała. Wciąż patrzyła w osłupieniu na niespodziewanego gościa, a zdumienie na jej obliczu powoli zmieniało się w wyraz najwyższego zachwytu i uwielbienia.

– Pan mecenas… – wyszeptała olśniona.

Zaskoczona Lodzia podniosła głowę, spojrzała na nich szeroko otwartymi oczami, po czym znów czym prędzej zanurkowała twarzą w kwiaty.

„Pan mecenas!” – pomyślała, z trudem tłumiąc śmiech. – „A niech was… ale jaja!”

– Co takiego? – zdumiała się Mamusia, odruchowo odkładając na krzesło swój bukiet.

Pablo skłonił się Ciotce z uprzejmym uśmiechem.

– Miło mi panią widzieć, pani Lucyno. A to dopiero niespodzianka! Jakże się miewa pani Klotylda?

Podszedł do niej i wręczył jej kwiaty, które wzięła do ręki bezwiednym gestem, nie odrywając od niego oczu. Mamusia i Babcia wymieniły zdezorientowane spojrzenia.

– Ależ znakomicie, znakomicie, dziękuję – wydukała zszokowana Ciotka. – Klocia w najlepszym zdrowiu… Ale co też pan mecenas… tutaj?

– Lucy, co ty wygadujesz? – zapytała podejrzliwie Mamusia, próbując za wszelką cenę ochłonąć z wrażenia. – Jaki znowu mecenas?

– No, to jest przecież pan mecenas… pan mecenas Lewicki, adwokat Kloci – odparła Ciotka, rozkładając ręce w geście bezradnego zdumienia. – Panie mecenasie, no niech pan sam powie…

– Zostałem już przedstawiony – zapewnił ją Pablo, zerkając na Tatusia, który kiwnął głową na potwierdzenie, po czym zwrócił się znów do Mamusi. – Ale powtórzę, jeśli panie sobie życzą. Nazywam się Paweł Lewicki, w istocie jestem prawnikiem, pracuję w kancelarii adwokackiej Piotra Wysockiego na Zamkowej. Z panią Lucyną znamy się bardzo dobrze, gdyż towarzyszyła zawsze jednej z moich klientek, której sprawę spadkową niedawno udało nam się pomyślnie zakończyć.

Szczęki Mamusi i Babci opadły jak na komendę.

– Wybaczy pani, pani Lucyno – zwrócił się Pablo do wniebowziętej Ciotki. – Nie zapytałem nigdy pani o nazwisko czy adres, ta wiedza nie była mi do niczego potrzebna. Sprawa dotyczyła pani Klotyldy i dysponowałem tylko jej personaliami. Jak widać, wszelka informacja może się okazać przydatna… Nie spodziewałem się, że spotkam panią tutaj, a pani niewątpliwie nie spodziewała się zobaczyć mnie. Myślę jednak, że spotkanie to nie sprawia nikomu z nas przykrości. Mnie na pewno nie.

– Ależ panie mecenasie! – zawołała wylewnie Ciotka. – Gdzieżby przykrość… ja jestem po prostu zachwycona!

– Lucy! – upomniała ją z niesmakiem Babcia.

Niemalże bogobojne uwielbienie, jakie Ciotka okazywała gościowi Tatusia, zdumiewało wszystkich, nie wyłączając Lodzi. Mamusia i Babcia nie odrywały już teraz od Pabla oczu. Na ich twarzach, obok niedowierzania, pojawił się wyraz najwyższego zaintrygowania zaprawiony nutą respektu.

– To pan jest adwokatem? – wymamrotała dość mocno zbita z tropu Mamusia.

– No, przecież mówię ci to, Zosiu! – wtrąciła Ciotka, rzucając jej oburzone spojrzenie.

Pablo skinął lekko głową.

– Tak – odparł po prostu, jak kiedyś, w samochodzie, gdy to samo pytanie zadał mu Tatuś.

– I to pan tak pięknie załatwił sprawę tego spadku? – pokiwała głową Babcia, przyglądając mu się z mimowolnym uznaniem. – Lucy opowiadała nam, jaka to była skomplikowana historia. Bardzo pana chwaliła…

– Wszystkim się zajął! – wykrzyknęła w uniesieniu Ciotka. – Wszystkiego dopilnował! A jak na koniec wystąpił w tym sądzie i wszystko pięknie podsumował! Sędzina nie miała żadnych wątpliwości. Tak się napracował, nasz kochany pan mecenas… i nawet nie chciał od Kloci dodatkowych pieniędzy, ona do teraz ma wyrzuty sumienia! A jeszcze…

– Bardzo proszę, pani Lucyno – przerwał jej łagodnie Pablo. – Proszę nie stawiać mnie w niezręcznej sytuacji, nie przyszedłem tu w charakterze zawodowym… I proszę nie tytułować mnie mecenasem. Nie lubię przenosić relacji zawodowych na grunt prywatny, tym bardziej, że sprawa pani Klotyldy już została zakończona. Mam na imię Paweł i cieszyłbym się, gdyby tak zechciała pani do mnie się zwracać.

Ciotka oniemiała i pokręciła głową na znak, że nie wyobraża sobie takiej poufałości.

– No dobrze – podsumowała ostrożnie Mamusia, przyglądając się Pablowi podejrzliwie, choć nie bez respektu. – Ja rozumiem, że Lucy… Ale proszę mi powiedzieć, skąd wy się znacie z Mareczkiem? I przede wszystkim z Lodzią!

Spojrzała znów na córkę, którą ten zwariowany zbieg okoliczności ujawniony przez Ciotkę owszem zdumiał, jednak znacznie mniej, niż sama mogłaby się spodziewać.

„No, oczywiście!” – myślała setnie ubawiona. – „Mogłam się tego domyślić! Przecież ten szuler jest wszędzie i wszyscy go znają, a nasze fatum jak zwykle musiało zrobić jakiś numer. Pomyśleć tylko, że w listopadzie to ciocia mogła otworzyć te drzwi… Zobaczyłaby swojego cudownego pana mecenasa w bardzo ciekawej odsłonie!”

Myśl ta wywołała na jej twarzy wyraz takiego rozweselenia, że Mamusię aż zatkało. Pablo również zerknął na dziewczynę i uśmiechnął się promiennie, widząc jej błękitne, roześmiane oczy spoglądające na niego znad bukietu niezapominajek o tym samym kolorze.

– Poznaliśmy się z panem Markiem w szpitalu – odpowiedział uprzejmie Mamusi, z trudem odrywając wzrok od uroczego obrazka.

– Tak – potwierdził Tatuś. – Pan Paweł był tak miły, że odwiózł nas z Lodzią do domu samochodem, kiedy wracaliśmy ze szpitala. Mieliśmy dużo bagaży…

– Ale zaraz, zaraz, Mareczku! – przerwała mu Mamusia, patrząc na niego z wyniosłym niezadowoleniem. – Ty musisz nam to wszystko wytłumaczyć! Po pierwsze, nic mi nie powiedziałeś! No jak to tak! A po drugie… po co właściwie zaprosiłeś dziś tutaj tego pana?

– To jest właśnie sedno sprawy – podchwycił Pablo, uprzedzając odpowiedź Tatusia, do której ten bynajmniej się nie kwapił. – Pozwoli pani, że ja to wyjaśnię.

Mamusia przeniosła wzrok z Tatusia na niego, zastanowiła się chwilę i kiwnęła głową.

– Proszę – zgodziła się, przyjmując wyczekujący wyraz twarzy.

Babcia i Ciotka Lucy również zamieniły się w słuch.

– Przyszedłem tu dzisiaj w konkretnym celu – oznajmił Pablo, a jego głos przybrał uroczysty ton. – Chcę prosić o rękę państwa córki Leokadii.

Efekt tych słów był piorunujący. Wielka Triada zamarła w bezruchu jak uchwycona na stop-klatce, a ponieważ Tatuś i Lodzia również się nie poruszyli, w salonie zapanowała cisza, w której można by usłyszeć brzęczenie muchy, gdyby akurat jakaś mucha zdecydowała się zabrzęczeć. W ciszy tej, niczym trąba jerychońska, rozbrzmiał po kilku długich sekundach cichutki, bezgranicznie zdumiony szept Ciotki Lucy:

– Pan mecenas… o rękę naszej Lodzi!

Był to jakby sygnał pobudki. Wstrząśnięta Mamusia ocknęła się i odzyskała głos.

– Słucham? – wyszeptała z niedowierzaniem.

– Proszę o rękę pani córki – powtórzył z powagą Pablo.

Stojąca kilka kroków dalej Lodzia patrzyła na tę scenę najpierw pełna niepokoju, lecz następnie ogarnięta zdziwieniem wobec braku eksplozji bomby atomowej, która powinna nastąpić właśnie w tym momencie i nastąpiłaby niewątpliwie, gdyby to ona odkryła przed Wielką Triadą karty. Ku jej zaskoczeniu Pablowi nikt nie skoczył do gardła, ba, nikt nawet nie wydawał się mieć takiego zamiaru, przynajmniej nie w tej pierwszej, najgorszej chwili.

„Trzymaj się, bandziorku!” – pomyślała z uznaniem. – „Świetnie ci idzie!”

Pablo zerknął znów na nią i napotkał jej rozpromieniony wzrok. Jego oczy wypełniły się światłem, a na usta wybiegł mu łagodny uśmiech, który ona znała bardzo dobrze, lecz którego inni, jak choćby obserwująca go nadal z nabożnym zdumieniem Ciotka Lucy, nie widywali u niego nigdy. W reakcji na jego świetliste spojrzenie z modrych oczu dziewczyny również, jak promyki słońca, trysnęły iskierki czułości… Odwzajemniła mu uśmiech, przechylając lekko głowę w zalotnym geście, który natychmiast wywołał na jego twarzy wyraz zachwytu.

Ta niema rozmowa dwóch zakochanych serc nie umknęła uwadze nikogo z zebranych w salonie, z tym że jedynie Tatuś przyglądał im się spokojnie i z lekkim uśmiechem, podczas gdy na obliczach Wielkiej Triady odmalowały się na ten widok objawy głębokiego wstrząsu. Pomijając sam fakt pojawienia się w ich domu niespodziewanego gościa, który okazał się jednocześnie znajomym Tatusia, uprzejmym dżentelmenem ze szpitala i adwokatem Kloci, pomijając nawet to, że tak szybko i otwarcie wystąpił z prośbą o rękę jedynej córy rodu Makówków, szokująca była przede wszystkim różnica wieku i statusu pomiędzy nim, dojrzałym mężczyzną w czwartej dekadzie życia, doświadczonym prawnikiem broniącym zawodowo trudnych spraw przed sądem, a nią, drobną, delikatnej urody dziewiętnastolatką z warkoczem, która jeszcze chodziła do szkoły i za kilka dni miała zdawać maturę. W świadomości Wielkiej Triady oboje reprezentowali tak zupełnie inne światy, że na zdrowy rozum wydawało się niemożliwe, aby to, co wypowiedział przed chwilą ów człowiek, mogło być czymkolwiek innym niż jakimś szalonym żartem… Jednak z drugiej strony oczy tej niezwykłej, wpatrzonej w siebie pary mówiły same za siebie!

– O rękę Lodzi… – wyszeptała Babcia, przenosząc zdumiony wzrok z jednego na drugie.

– Ale jak to? Pan?! – nie mogła uwierzyć Mamusia.

– Tak – Pablo oderwał rozpromienione oczy od Lodzi i zwrócił się ponownie do niej. – Rozumiem zdziwienie pań, gdyż panie mnie nie znają… nawet pani Lucyna zna mnie w zupełnie innym charakterze. Lecz proszę mi wierzyć, że zjawiam się tutaj w pierwszym możliwym momencie. Wcześniej nie miałem do tego prawa. Nie chcę pozostawiać w tej kwestii żadnych nieporozumień i niedomówień, dlatego stawiam sprawę jasno. Całym sercem kocham Lodzię i szczycę się tym, że odwzajemnia ona moje uczucie. Wiem, że jeszcze o tym nie mówiła w domu z obawy przed reakcją pań… dlatego ja powiem za nią. Pani córka uczyniła mnie już szczęśliwym człowiekiem i przyrzekła mi swoją rękę.

Wielka Triada patrzyła na niego jak zahipnotyzowana.

– Lodzia… przyrzekła panu rękę? – powtórzyła powoli Mamusia tonem sugerującym, że nie do końca rozumie znaczenie tych słów.

– Tak jest – oczy Pabla zalśniły dumą i szczęściem. – Obiecała mi, że zostanie moją żoną.

Oszołomione potrójne spojrzenie Wielkiej Triady spoczęło teraz na Lodzi, która, zawstydzona całą sytuacją, spłonęła delikatnym rumieńcem. Babcia, przypomniawszy sobie, że w takiej chwili powinna przecież dostać zawału, chwyciła się dramatycznym gestem za serce, jednak widząc, że nikt nie zwrócił na to uwagi, zrezygnowała z tej opcji i znów znieruchomiała na kanapie, czujnie obserwując rozwój wypadków. Ciotka Lucy, rozpływająca się z zachwytu nad niespodziewanym zwrotem akcji, nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa, lecz wpatrywała się tylko na przemian (czule) w Lodzię i (bałwochwalczo) w Pabla. Jedynie Mamusia, choć wstrząśnięta, zachowała względną przytomność umysłu i zdolność mówienia.

– Lodziu! – zawołała groźnie do córki. – Czy to prawda?!

– Tak – odpowiedziała cicho lecz wyraźnie Lodzia.

Podniosła przy tym zadziornie głowę znad swoich niezapominajek, spoglądając wyzywająco na rodzicielkę, co wywołało natychmiast rozbawiony uśmiech na twarzy Pabla. Mamusia nagle osłabła, nogi się pod nią ugięły i bezsilnie opadła na stojący obok fotel.

– To niemożliwe – wyszeptała oszołomiona. – Niemożliwe…

– Ale jak to, Lodziu? – zapytała cierpko Babcia, widząc, że musi przejąć pałeczkę w obliczu nokautu, jakiemu chwilowo uległa Mamusia. – Czy ty nie stroisz sobie z nas przypadkiem żartów? Naprawdę chcesz wyjść za mąż za… za tego pana?

W jej głosie obok zaskoczenia i niedowierzania zabrzmiało lekkie zgorszenie. W odpowiedzi Lodzia odłożyła swoje kwiaty na brzeg stołu, podbiegła do Pabla i przytuliła się do niego, z ufnością obejmując go wpół, on zaś, uszczęśliwiony, ogarnął ją ramionami, schylił się ku niej i delikatnie ucałował ją w czoło. Ta subtelna, niemniej wyraźna manifestacja uczuć nie pozostawiała żadnych wątpliwości.

– Nasza Lodzia! – wyszeptała zachwycona Ciotka Lucy, wznosząc oczy do nieba i składając nabożnie ręce. – Za pana mecenasa… Niech ja to powiem Kloci!

– Lucy! – upomniała ją z poirytowaniem Babcia.

I uznawszy, że atak sercowy będzie tu mimo wszystko jak najbardziej na miejscu, znów złapała się za serce teatralnym gestem. Ciotka spojrzała na nią zaniepokojona, podbiegła do kanapy, zbierając po drodze z podłogi swoją ścierkę do naczyń, i zabrała się ofiarnie za wachlowanie nią Babci z zamaszystym łopotem. Obydwie zerkały przy tym czujnie na resztę obecnych, aby nie stracić nic z dalszego przedstawienia.

Tymczasem Mamusia, która zdążyła już względnie się pozbierać, podniosła się z fotela i z poważną miną podeszła do stojącej na środku salonu pary.

– Chwileczkę – rzuciła stanowczo, zwracając się do córki. – Lodziu, co to wszystko ma znaczyć? Dlaczego nic nam nie powiedziałaś?!

Lodzia w milczeniu przytuliła się mocniej do Pabla i spoglądała na nią buńczucznie swymi ślicznymi, niebieskimi oczami z bezpiecznej przystani jego ramion.

– Bała się – odparł za nią Pablo, gładząc ją po włosach. – Zważywszy, że panie koniecznie życzyły sobie wydać ją za mąż za kogoś innego, wybrały panie dla niej kandydata i wykazywały przy tym niepodlegającą dyskusji stanowczość, nie miała odwagi zaprotestować. Zresztą, jak mówiłem, jest to świeża sprawa, a mnie zależy na tym, by sytuacja od początku była jasna. Za stary już jestem na to, żeby bawić się w podchody i ukrywać się po kątach, stąd moja dzisiejsza obecność tutaj. Z prośbą o rękę Lodzi przyszedłem zwrócić się głównie do pani, gdyż pan Marek wyraził już swoją opinię na ten temat. Jest ona dla mnie korzystna, za co jestem bardzo wdzięczny – tu zerknął z lekkim uśmiechem na Tatusia.

Mamusia również spojrzała na niego, dopiero teraz przypominając sobie o głównym winowajcy, i jej twarz przybrała wyraz najwyższego oburzenia i potępienia.

– Mareczku! – zgromiła go. – To ty taki jesteś?! Za moimi plecami przyrzekłeś temu panu rękę Lodzi?!

Tatuś zmieszał się pod jej piorunującym spojrzeniem.

– Pan Marek niczego mi nie przyrzekał – sprostował spokojnie Pablo. – Wyraził tylko swoją przychylność. Lodzia jest pełnoletnia i ma prawo sama decydować o sobie. Niemniej oczywistym jest, że obojgu nam zależy na dobrych relacjach z rodziną, dlatego zwróciłem się do ojca mojej przyszłej żony z prośbą o poparcie naszych planów, dziś natomiast z tą samą prośbą zwracam się do pani jako do jej matki. Proszę nie czuć się urażoną z powodu tej kolejności, po prostu pana Marka znam nieco lepiej niż panią i wydało mi się stosowne porozmawiać o tym na początek z nim jak mężczyzna z mężczyzną.

Mamusia, która bynajmniej nie wyglądała na przekonaną tą argumentacją, pokręciła głową, mierząc wciąż Tatusia wzrokiem bazyliszka.

– Mareczku, ty się zapominasz! – zareprymendowała go surowo. – Wtrącasz się w nieswoje sprawy!

– Właśnie! – dodała Babcia, zapominając, że jest przecież w trakcie groźnego ataku serca.

– Zosiu, przecież… – próbowała zaprotestować Ciotka, ale umilkła natychmiast zmiażdżona morderczym spojrzeniem Mamusi i potulnie wróciła do wachlowania Babci ścierką do talerzy.

– Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żebyś tak nas zawiódł, Mareczku – oznajmiła urażonym tonem Babcia, wychylając się nieco w bok, gdyż łopocząca jej nad głową ścierka zasłaniała jej widok. – Lucy, daj już spokój… Mareczku, co to w ogóle ma znaczyć?! Podjąłeś decyzję za nas?!

Pablo, który przez chwilę z rozbawieniem przyglądał się scenie reanimacji Babci ścierką do naczyń, spoważniał teraz, jego rysy lekko się ścięły, podniósł głowę i już zamierzał się odezwać, kiedy stała się rzecz niespodziewana – zawsze pokorny i uległy Tatuś wyprostował się nagle i postąpił odważnie dwa kroki do przodu.

– Przepraszam cię bardzo, Zosiu – powiedział do żony, ignorując zupełnie teściową. – Doprawdy nie rozumiem tej uwagi o wtrącaniu się w nieswoje sprawy. Lodzia jest tak samo moją córką jak twoją i jako ojciec mam tu chyba coś do powiedzenia. Możecie sobie decydować we wszystkich sprawach, w jakich chcecie, ja się nie wtrącam i to mi nie przeszkadza. Ale tam, gdzie chodzi o dobro i szczęście mojej jedynej córki, nie dam się zakrzyczeć.

Szczęka Mamusi po raz kolejny tego dnia spektakularnie opadła.

– Pan Paweł jest człowiekiem godnym zaufania – ciągnął Tatuś zdumiewająco stanowczym, dźwięcznym głosem. – A Lodzia, o czym wiem już od jakiegoś czasu, wybrała go zgodnie ze swoim sercem, a nie z waszymi decyzjami, sugestiami i zaleceniami, które, jak same wiecie, okazały się już raz… chybione.

Mamusia i Babcia popatrzyły na siebie ze zgrozą wobec tak jawnie i publicznie sformułowanego zarzutu. Pablo spojrzał na Tatusia z uznaniem, Lodzia z podziwem i czułością.

„Kochany tata” – pomyślała. – „Przekracza sam siebie, żeby mi pomóc. Naraża się mamie i babci… Ależ to niesamowite! Skąd u niego dzisiaj tyle odwagi?”

– Tak, jak pan Paweł wspomniał, wyraziłem swoją przychylność dla niego, ale nie zrobiłem tego w nieprzemyślany sposób – kontynuował odważnie Tatuś. – Długo rozmawialiśmy, zadałem mu wiele trudnych pytań, na które szczerze mi odpowiedział, i odpowiedź ta jest dla mnie satysfakcjonująca. Bez względu na to, co powiecie wy, ja swojego poparcia nie wycofam, gdyż mam pewność, że to leży w interesie Lodzi i jest zgodne z tym, co ona sama czuje. Mówcie sobie, co chcecie, o jakichś tam tradycjach rodzinnych, wizjach kandydatów i innych waszych pomysłach na życie tego dziecka. Dla mnie nie ma nic ważniejszego niż prawdziwe szczęście mojej małej dziewczynki.

Ta niezwykle długa jak na niego tyrada wywarła ogromne wrażenie na Mamusi i Babci, które na kilka chwil całkowicie zaniemówiły. Wzruszona Lodzia wysunęła się z objęć Pabla, podeszła bezszelestnym krokiem do Tatusia i z wdzięcznością ucałowała go w policzek.

– Dziękuję, tato – szepnęła, na co on uśmiechnął się do niej porozumiewawczo, tak samo jak robił to zazwyczaj, gdy siedzieli naprzeciw siebie przy stole.

W salonie zapanowała cisza. Lodzia, leciutko i cicho jak motyl, wróciła do Pabla, który z uśmiechem objął ją znów ramieniem, i podniosła na niego swe błękitne oczy. Rozumiała doskonale, że owej wielkiej awantury, której tak się bała, już nie będzie, że bomba została wstępnie rozbrojona i nawet jeśli będą jeszcze jakieś uwagi, obiekcje i protesty, najgroźniejszy front burzowy przeszedł już nad jej głową, nie czyniąc właściwie żadnych szkód. Wiedziała dobrze, komu to zawdzięcza.

– Tobie też dziękuję, bandziorku – powiedziała cicho.

Słowa te zostały wypowiedziane półgłosem, lecz na tyle wyraźnie, że usłyszeli je wszyscy zebrani. Na dźwięk przezwiska, które Lodzia tak wiele razy powtarzała w gorączce i na którego jałowej analizie Wielka Triada spędziła niejedno posiedzenie rodzinnej rady, wszystkie trzy panie drgnęły i wymieniły znaczące spojrzenia. Nie było w nich już takiego szoku jak wcześniej, było to raczej stwierdzenie oczywistego wyjaśnienia nierozwiązywalnej dotąd zagadki. Mamusia, która wciąż stała przed Pablem w pozycji bojowej, pokiwała powoli głową.

– Ja już wszystko rozumiem – powiedziała, patrząc na niego na wpół oskarżycielsko, na wpół z zafascynowaniem. – Te kwiatki w pudełku po cieście oczywiście były od pana.

Pablo uśmiechnął się tylko i skinął głową twierdząco.

– I do szpitala przyszedł pan wtedy do Lodzi – ciągnęła Mamusia, mierząc go przenikliwym wzrokiem śledczego na tropie krwawej zbrodni. – To pan zaplatał jej warkocz, to pan przychodził po godzinach odwiedzin, to pan przyniósł jej tamte niezapominajki…

– To również on oddał ją pod specjalną kuratelę ordynatora oddziału – dodał Tatuś.

– Mareczku, nie wtrącaj się – upomniała go łagodnie Mamusia, nie odrywając ani na chwilę oczu od Pabla. – Więc pan tam wcale nie był przypadkowo… I to pana ona wołała w gorączce, przez pana miała ciągle takie huśtawki nastrojów i chlapała po obrusach. Teraz rozumiem też to, co mówiła Matylda! – dodała nagle w olśnieniu. – To pan tańczył z nią walca w restauracji! A potem na ulicy!

– Owszem – przyznał swobodnie Pablo, spoglądając z uśmiechem w rozpromienione oczy Lodzi, która znów podniosła je na niego w porozumiewawczym geście. – Tańczyliśmy już w różnych miejscach, prawda, kochanie? Oboje bardzo lubimy taniec.

– Pan mecenas… tańczył na ulicy? – wyszeptała z niedowierzaniem Ciotka.

– I to pan jeździ czarnym samochodem! – ukoronowała swoje oskarżenie Mamusia tonem wskazującym na to, że zarzut ten uważa za najpoważniejszy ze wszystkich.

– Zgadza się – odparł z rozbawieniem Pablo. – Właśnie stoi przed państwa domem.

Mamusia odetchnęła z satysfakcją, jaką napełnił ją pozytywny wynik śledztwa i rozwiązanie zagadek, które od tak dawna dręczyły jej duszę.

– A ona wszystko przed nami ukrywała! – pokręciła głową, patrząc z wyrzutem na córkę.

– Pan mecenas powiedział przecież, że bała się z nami o tym rozmawiać, Zosiu – przypomniała jej nieśmiało Ciotka. – Bo my rzeczywiście ciągle tak ją namawiałyśmy na tego Karola… Może nie powinnyśmy się były wtrącać? To był od początku wielki błąd…

– Co chcesz, Lucy, Karol wydawał się przecież idealny – fuknęła cierpko Babcia. – To nie nasza wina, że w końcu okazał się jedynie tym, kim był… czyli typowym samcem!

Pablo zagryzł szybko wargi, tłumiąc parsknięcie śmiechem, jednak chwilę potem powściągnął się i zachował pełną powagę. Tylko jego oczy skrzyły się wesoło.

– No, już mniejsza o to, mamo – podjęła ostrożnie Mamusia, znów spoglądając surowym wzrokiem na Pabla. – Czyli tak się sprawy mają… Mnie się od czasu tych kwiatków w pudełku zupełnie nic nie zgadzało, nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. Teraz już wszystko jasne. Pan ciągle gdzieś tam był, bez przerwy pan się przy niej kręcił… Ale niech pan sobie nie myśli, że to jest takie proste! – zaznaczyła wyniośle. – Pomijając wszystko inne, pan jest przecież od naszej Lodzi dużo starszy!

– Właśnie! – podchwyciła Babcia, podnosząc w górę palec. – Miałam to powiedzieć, Zosiu. Ten pan jest przecież za stary dla naszej Lodzieńki! Wyobrażacie sobie, jaki to byłby mezalians?

Pablo i Lodzia wymienili rozbawione spojrzenia.

– Ile pan ma lat? – zapytała Mamusia suchym tonem policjanta prowadzącego przesłuchanie.

– Trzydzieści dwa – odparł uprzejmie Pablo.

– Taki młody… – szepnęła Ciotka Lucy.

Mamusia i Babcia spojrzały na nią jak na dezerterkę z domu wariatów.

– Młody?! – obruszyła się Babcia. – Co ty bredzisz, Lucy?! Trzydzieści dwa lata to młody?!

– Chodzi mi o to, że taki pan mecenas młody jak na adwokata – wyjaśniła jej Ciotka nieco urażonym tonem. – Taki młody, a już taki doświadczony i taką ma wiedzę… taką dobrą opinię… tak wszystko umie załatwić! A dla naszej Lodzi, to… no cóż. Przecież jeśli go kocha…

– Lucy! – fuknęła z dezaprobatą Mamusia.

– Tak, ciociu – odezwała się nagle milcząca dotąd Lodzia. – Kocham pana mecenasa… kocham Pawła i oświadczam wam, że jeśli mam wyjść za mąż, to wyjdę wyłącznie za niego. Już dawno podjęłam decyzję – dodała stanowczo, podnosząc butnie głowę. – A wy, jeśli nie chcecie, żebym została starą panną, musicie się z tym pogodzić i przyjąć go w tej roli. Dla was to może jest mezalians, ale ja tylko z nim mogę być szczęśliwa.

Pablo uśmiechnął się ze wzruszeniem, schylił się i ucałował ją czule we włosy. Babcia wpatrywała się we wnuczkę z dziwnym wyrazem twarzy.

– Jak ona to mówi! – wyszeptała do siebie, lekko blednąc. – Zupełnie jak on… jak Edzio!

Ciotka Lucy spojrzała triumfująco na Mamusię.

– Widzisz, Zosiu? – pokiwała głową z satysfakcją. – Lodzieńka jasno stawia sprawę.

– No, ale zaraz, zaraz! – zatrzymała ją Mamusia z miną człowieka, któremu wszystko wymyka się spod kontroli. – Przecież to jest trzynaście lat różnicy!

– Tak, to niewątpliwie robi wrażenie – zgodził się Pablo. – Jednak proszę mi wierzyć, że jest to tylko różnica metrykalna. Rozumiemy się z Lodzią tak dobrze, jak gdybyśmy byli rówieśnikami… może nawet lepiej. Proszę nie wierzyć pozorom. Ja, pomimo mojego wieku i sposobu, w jaki zarabiam na chleb, nie jestem wcale takim nadętym sztywniakiem, na jakiego czasami może wyglądam…

– Ależ panie mecenasie… – szepnęła Ciotka Lucy.

– … a Lodzia jest niezwykle mądrą i rozsądną dziewczyną z zasadami, o jakich nie ma pojęcia niejedna moja równolatka. Od razu widać, że otrzymała staranne wychowanie, a jej wspaniały charakter i urok osobisty dopełniają reszty. Zapewniam panią, że to ja uczę się więcej od niej niż ona ode mnie.

Oczy Wielkiej Triady zalśniły na te słowa nieprzepartą dumą. Mamusia i Babcia wymieniły spojrzenia, które świadczyły o tym, że komplement mile je połechtał.

– Owszem, włożyłyśmy wiele wysiłku w wychowanie Lodzi – przyznała wyniosłym tonem Mamusia. – I rzeczywiście osiągnęłyśmy znakomite efekty. Dlatego tym bardziej zależy nam na tym, żeby wyszła za mąż za właściwego człowieka. A skąd mogę mieć pewność, że pan zasługuje na rękę mojej córki?

– Zosiu, przecież to jest pan mecenas – odezwała się strofująco Ciotka, jakby sam ten fakt wystarczał na zbicie wszelkich kontrargumentów. – A Lodzia przecież jasno powiedziała…

Pablo patrzył na Mamusię z poważną, lecz całkowicie spokojną miną.

– Taka obawa z pani strony jest jak najbardziej naturalna – przyznał łagodnym tonem. – Tym bardziej, że trudno jeszcze w moim przypadku mówić o zasługach. Te dopiero będę się starał zbierać. Dziś proszę po prostu o zaufanie. Proszę o nie ze względu na to, że swoim zaufaniem zechciała obdarzyć mnie Lea… tak nazywam Lodzię – wyjaśnił z uśmiechem. – A jak sama pani wie, jest ona bardzo ostrożna i rozsądna w swoich opiniach i decyzjach. Pan Marek również miał do mnie wiele obiekcji – zaznaczył, zerkając na Tatusia, który skinął głową na potwierdzenie. – Niektóre z nich zapewne jeszcze pozostały i pozostaną przez jakiś czas, dopóki nie udowodnię czynem, że od teraz najważniejszym celem mojego życia jest szczęście państwa córki. Jednym z jego elementów są oczywiście dobre relacje z państwem i zapewniam, że ze swojej strony zrobię wszystko, żeby należycie je pielęgnować. W męskiej rozmowie, jaką przeprowadziliśmy z panem Markiem kilka dni temu, odpowiedziałem, jak sam już wspomniał, na wiele jego pytań, również bardzo trudnych. Niewątpliwie i pani ma do mnie niejedno. Zapewniam, że w tej materii jestem do pani pełnej dyspozycji.

Ciotka Lucy patrzyła na niego z nabożnym zachwytem.

– Pan mecenas to jak coś powie… – szepnęła, kręcąc głową.

Mamusia zerknęła na nią z uwagą.

– A właśnie, Lucy! – podjęła, znów spoglądając surowo na Pabla. – Dobrze, że o tym wspomniałaś. Pan jest zbyt… zbyt…

– Stanowczy – podpowiedziała jej Babcia, przybierając podobnie surową minę.

– Otóż to, zbyt stanowczy – podjęła Mamusia. – I zbyt pewny siebie. To oczywiście pożądane cechy w przypadku adwokata, ale dla naszej Lodzi…

Pablo uśmiechnął się lekko.

– Jeśli mają panie na myśli to, że będę odgórnie narzucał Lodzi swoje zdanie, to mylą się panie – zapewnił, mocniej przytulając do siebie dziewczynę. – Co prawda przyznaję, że słabo pasuję do kryteriów, jakie biorą panie pod uwagę przy wyborze kandydata na jej męża, a wiem o tym co nieco… Nawiasem mówiąc, proszę zauważyć, że nawet Karol, którego same panie dla niej wybrały, nie spełniał tych warunków w stu procentach.

– Pan zna Karola? – wtrąciła z zaskoczeniem Mamusia.

– Znam, nawet całkiem nieźle – skinął głową Pablo. – Bardzo sympatyczny chłopak. Ale nie o tym chciałem teraz mówić, muszę mimo wszystko odnieść się do zarzutu pań… Otóż, o ile w istocie nie jestem człowiekiem, którym można sterować w jakikolwiek narzucony sposób, o tyle jest w moim życiu osoba, która ma nade mną pełną władzę. To moja pięta Achillesa… moja wielka słabość – uśmiechnął się do Lodzi. – Ona nie potrzebuje używać środków dyscyplinujących, żeby rządzić mną, jak zechce.

„Akurat!” – pomyślała z przekąsem Lodzia. – „I tak zawsze postawisz na swoim, szachraju!”

– Co nie znaczy, że nie lubię z nią ponegocjować – mrugnął do niej, jakby czytając w jej myślach. – Mamy teraz właśnie taką jedną sporną kwestię… ale mam nadzieję, że uda nam się znaleźć kompromis. Moja dzisiejsza wizyta u państwa jest kluczowym krokiem w tę stronę, gdyż obawa Lodzi przed reakcją pań zakłóca jej spokój, którego potrzebuje przed maturą, a co za tym idzie, wpływa też na nasze plany, które wymagają już na tym etapie zdecydowanych działań. Ufam, że dziś załatwimy to pomyślnie. Tak czy inaczej, wracając do tematu… mogę sobie być stanowczy, pewny siebie i niesterowalny, jednak ta mała gwiazdeczka ma mnie w swojej mocy i może rozporządzać mną według uznania. Oczywiście tylko i wyłącznie ona – zastrzegł, zerkając znacząco na Mamusię, a potem na Babcię.

Obie panie wymieniły spojrzenia świadczące o tym, że nie do końca satysfakcjonuje je takie postawienie sprawy. Jedynie Ciotka nadal wpatrywała się w Pabla jak w obrazek.

– No, powiedzmy – podjęła ostrożnie Mamusia po krótkiej chwili ciszy. – Ale ja rzeczywiście nie omieszkam zadać panu paru trudnych pytań, zanim wyrażę moje zdanie na temat tego, z czym pan tu dzisiaj przyszedł.

Pablo skłonił głowę na znak, że jest na to gotów. Mamusia i Babcia patrzyły na niego przez chwilę w milczeniu, nie bardzo wiedząc, od czego zacząć, ani nie mając do końca pomysłu, jak dalej się zachować.

Choć jego niespodziewana wizyta i jeszcze bardziej zaskakująca prośba o rękę Lodzi mogły budzić oczywiste emocje, obiektywnie trudno było cokolwiek zarzucić temu eleganckiemu, uprzejmemu człowiekowi, który przyszedł tu zaproszony przez Tatusia, przyniósł ze sobą kwiaty i jak dotąd w żaden sposób nie uchybił etykiecie, na którą szczególnie wyczulona była Babcia. Przeciwnie, wykazywał się nienagannymi manierami, budził zaufanie sympatycznym wyglądem, a uczucia, jakie względem niego tak jawnie manifestowała Lodzia, tym bardziej nakazywały traktować go poważnie. W dodatku był to przecież znany im już ze swej skuteczności adwokat, co samo w sobie budziło respekt obu pań, pomijając bałwochwalcze uwielbienie, jakie bez żenady okazywała mu Ciotka Lucy. Jako że zachowanie etykiety i dobrego tonu było kwestią rodowego honoru, urządzenie temu dżentelmenowi jakiejkolwiek awantury nie wchodziło w grę, choć sprawa, z którą przyszedł, jeszcze żadnej z pań nie mieściła się w głowie. Nie zmieniało to bowiem faktu, że był w ich domu gościem, a jak dotychczas nie został przecież jeszcze odpowiednio podjęty…

– Ale nie zapominajmy, że dzisiaj obchodzimy urodziny Lodzi – zauważyła przytomnie Mamusia, rozglądając się wokół siebie okiem gospodyni. – Spóźnione, bo spóźnione, ale to w końcu jej święto… a my tak stoimy na środku, zamiast usiąść! Lucy, trzeba będzie przynieść te twoje suflety! Chociaż czekaj, to może później, najpierw zjemy makowiec. Ty, Mareczku, skocz szybko po dwa wazony, włożymy do wody kwiaty…

Tatuś kiwnął głową i posłusznie wyszedł z salonu.

– A ty, Lodzieńko, przynieś jeszcze jedno nakrycie dla pana – zarządziła Mamusia, na co Lodzia spojrzała z uśmiechem na Pabla, wysunęła się z jego objęć i pofrunęła do kuchni.

Ciotka Lucy podeszła do stołu i zajęła się gorączkowym przestawianiem leżących tam rzeczy, aby wygospodarować odpowiednie miejsce dla nieplanowanego gościa. Mamusia jeszcze raz wymieniła kontrolne spojrzenia z Babcią, po czym zwróciła się do stojącego wciąż na środku salonu Pabla, który z dyskretnym zainteresowaniem obserwował spod oka mityczną Wielką Triadę w komplecie.

– Cóż, jest pan naszym gościem… panie Pawle – powiedziała uprzejmie. – Zapraszam do stołu. Sądzę, że da się pan skusić na kawałek świetnego makowca?

– Bardzo chętnie – uśmiechnął się Pablo.

Ciotka Lucy spojrzała na nich rozpromieniona i energicznym gestem chwyciła za nóż do ciasta.

– Makowiec dla pana mecenasa! – szepnęła do siebie z zachwytem, przyglądając się, z której strony ciasta można by odkroić jakiś porządny kawałek z jak największą ilością rodzynek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *