Anabella – Rozdział CCXXVII

Anabella – Rozdział CCXXVII

„Pośpisz sobie tutaj, a ciotka skorzysta z okazji i otworzy na chwilę komputer” – mówiła w myślach do małej Klary Iza, ustawiając ostrożnie wózek ze śpiącą dziewczynką przy łóżku w swoim pokoju. – „Napiszemy chociaż dwa, trzy zdania drugiego rozdziału i jak o trzynastej przyjdzie do ciebie ciocia Dorotka, będę mogła z czystym sumieniem iść pomóc mamusi w sklepie.”

Zbliżało się już południe, ona zaś od rana działała na pełnych obrotach, zgłosiła się bowiem do pilnowania Klary, by Amelia mogła spokojnie nadzorować działania w sklepie. Jako że siostrzenica była bardzo absorbująca, dopiero teraz, kiedy po zjedzeniu zupki warzywnej zasnęła w wózku, Iza mogła pomyśleć o efektywnym wykorzystaniu pasma czasowego, jakie pozostało jej przed przekazaniem małej pod opiekę Doroty. Przyjaciółka Amelii, która pomagała jej w ten sposób regularnie, dziś musiała udać się do lekarza w Radzyniu ze swoim niepełnosprawnym ojcem, to zaś zajęło jej cały ranek i przedpołudnie, dlatego dopiero około trzynastej miała przyjść, by zmienić Izę. Ta umówiła się z Amelią, że po południu stanie do pracy w sklepie, by nie tylko odciążyć siostrę, ale też odświeżyć sobie kompetencje sprzedawczyni, a przy okazji porozmawiać z Zosią i z Agnieszką.

Choć zależało jej na rozmowie i z jedną, i z drugą, szczególnie niecierpliwie czekała na spotkanie z Agnieszką, od wczoraj bowiem zjadała ją ciekawość, jak potoczyła się jej nocna konfrontacja z Piotrkiem i przede wszystkim jaka była jej konkluzja. Rano wysłała do przyjaciółki krótkiego smsa z pytaniem I jak?, jednak do tej pory nie dostała odpowiedzi i to zaczynało ją już lekko niepokoić. A jeśli jednak, wbrew oczekiwaniom, wcale się nie dogadali? Albo pojawiły się jakieś inne, niespodziewane komplikacje? Czekała zatem na Dorotę jak na szpilkach, lecz po uśpieniu Klary, nie chcąc spędzić reszty czasu oczekiwania bezproduktywnie, usiadła do przywiezionego z Lublina i przygotowanego już od wczoraj na biurku laptopa, by popracować choć trochę nad pracą licencjacką.

Cisza panująca w domu sprzyjała skupieniu, jednak Iza jakoś nie mogła ruszyć z pisaniem, mimo że rozdział miała zaczęty już od kilku dni, a treści poukładane według drobiazgowego planu, który wystarczyłoby tylko realizować krok po kroku. Chaotyczne myśli na różne tematy, choć metodycznie wypychane z głowy, huczały w niej i tak, skutkiem czego w ciągu pół godziny z trudem wydusiła z siebie trzy zdania złożone, z których w dodatku wcale nie była zadowolona. Dlatego kiedy za oknem usłyszała ożywione głosy, rozpoznając po chwili na ich tle śmiech Amelii, bez wahania skorzystała z pretekstu, by przerwać opornie idącą pracę, i zerwała się od biurka, aby sprawdzić, z kim siostra wracała do domu w tak szampańskim humorze.

Jak się okazało, towarzyszył jej po prostu Robert, a także Dorota, którą państwo Staweccy spotkali najwyraźniej dopiero przy furtce, bowiem przystanęli przy niej, witając się i rozmawiając z ożywieniem. Zerknąwszy na nich przez okno Iza pochyliła się nad wózkiem wciąż śpiącej Klary, troskliwie poprawiła jej kocyk i wycofała się z pokoju, przymykając drzwi, by hałas rozmowy, który zbliżał się już od strony ganku, nie zbudził jej ze snu.

– Ja! Ja jej powiem! – śmiała się Amelia, wbiegając z hałasem do domu. – Ani mi się ważcie wtrącać!

– Nie bój się, nikt się nie odważy! – zapewnił ją wesoło Robert, który wszedł tuż za nią i uprzejmie przytrzymał drzwi Dorocie idącej z półotwartymi ustami i na wpół zszokowaną, na wpół wniebowziętą miną. – Kto by śmiał narażać się szefowej!

– Ciiiiicho! – zdyscyplinowała ich surowym półgłosem Iza, wychodząc do nich do przedpokoju. – Klara śpi, nie drzyjcie się tak, zbudzicie mi ją!

– Ups! – uciszyła się natychmiast Amelia, zatrzymując się i zakrywając obiema dłońmi usta, jednak roześmiane oczy nadal skrzyły jej się radosnym blaskiem.

Robert i Dorota też zatrzymali się posłusznie i teraz już bardzo powoli i ostrożnie cała trójka zabrała się za rozbieranie z wierzchnich ubrań, jednak widać było, że aż kipią z podekscytowania i niecierpliwości.

– Cześć, Iza! – szepnęła Dorota, ściskając ją na powitanie. – Miło cię widzieć, ależ ty ślicznie wyglądasz!

– Gdzie jest Klarcia? – zapytała również szeptem Amelia. – U siebie w pokoju?

– Nie, u mnie – odparła rzeczowo Iza. – Zamknęłam drzwi, ale śpi już prawie godzinę, niedługo może się obudzić.

– To chodźmy do salonu – zadecydował Robert, ściągając buty i zakładając domowe kapcie. – Jak się obudzi, i tak będzie ją słychać, a my mamy ci, Iza, coś ważnego do powiedzenia.

– Tylko ciii! – przestrzegła go kolejny raz Amelia. – Ja powiem!

Robert żartobliwym gestem podniósł ręce do góry na znak, że całkowicie poddaje się woli żony, i pierwszy pomknął do salonu, by otworzyć przed towarzyszkami drzwi. Iza, która miała cichą nadzieję, że ten wzmożony alert dotyczy sprawy, o której myślała od rana, a entuzjastyczna reakcja bliskich jest dobrym znakiem, uśmiechnęła się tylko i sama również przepełniona ciekawością udała się za nimi. Nie myliła się. Kiedy tylko Robert bezszelestnie przymknął drzwi salonu, Amelia natychmiast się ożywiła, chwytając ją za obie ręce i z cichym śmiechem usadzając na najbliższym krześle.

– Siadaj, Iza, musisz siedzieć, inaczej się przewrócisz! Mamy niesłychane wieści! Nie uwierzysz!

– No?

– Agnieszka Kmiecik wychodzi za mąż za Piotrka Siwca!

– Ach! – roześmiała się z ulgą Iza. – To świetna wiadomość!

„Jednak!” – pomyślała z radością. – „Dogadali się!”

Tymczasem Amelia, która przyglądała jej się w napięciu podobnie jak Robert i Dorota, najwyraźniej liczyła na bardziej spektakularny efekt, bo przez jej twarz przebiegł wyraz lekkiego rozczarowania.

– Nie jesteś zaskoczona? – zdziwiła się. – To przecież bombowa wiadomość, a ty wyglądasz, jakbyś się tego spodziewała.

– Oczywiście, że się spodziewała – pokiwał z rozbawieniem głową Robert. – Przecież wczoraj była u Agnieszki i gadały kilka godzin, no to co w tym dziwnego?

– Ach, no tak! – odetchnęła Amelia. – Fakt, nie pomyślałam o tym… Tak, Iza? Agnieszka już wczoraj ci wszystko wygadała?

– Tak – przyznała spokojnie Iza. – Ale w tajemnicy, więc nie mogłam wam nic powiedzieć, a poza tym jeszcze wczoraj nic nie było rozstrzygnięte. O tym, że faktycznie zaręczyli się z Piotrkiem, dowiedziałam się dopiero przed chwilą z twoich ust.

– Jak to? – zdumiała się Amelia. – To kiedy oni zdążyli się zaręczyć?

– No pewnie właśnie wczoraj – uśmiechnęła się Iza, rozbawiona jej zdezorientowaną miną. – Skąd mam znać takie szczegóły, Melu? Nie było mnie przy tym, a z Agą się dzisiaj nie widziałam, nawet nie odpisała mi na smsa.

– Ale… przecież ty byłaś u niej wieczorem.

– Tak, ale wyszłam o dwudziestej pierwszej – wyjaśniła, teraz już z trudem tłumiąc śmiech – a noc jest przecież długa, zwłaszcza w zimie.

– Aaaa… to ja już wiem! – zaśmiał się Robert. – Właśnie się dziwiłem, co Piotrek taki nadgorliwy, że przyjechał aż tak wcześnie rano, już o siódmej widziałem jego samochód pod halą, a miał być w pracy dopiero na siódmą trzydzieści. Teraz już kapuję. On tu był od wczoraj i nigdzie się nie ruszał, całą noc spędził u Agnieszki.

– Ach, tak, na pewno! – podchwyciła zaintrygowana Dorota. – Pewnie wczoraj przyjechał do niej, jak Iza wyszła, i już został. Może właśnie przyjechał się oświadczyć?

– Pewnie tak – pokiwała w zadziwieniu głową Amelia, opadając na fotel. – Czyli to jest taka świeża sprawa… z wczoraj w nocy!

– Świeża – zgodził się wesoło Robert, nie spuszczając wzroku z rozpromienionej, rozbawionej Izy. – Ale, moim zdaniem, to, że to się stało właśnie wczoraj, tuż po wizycie naszej siostrzyczki u Agnieszki, to nie jest przypadek. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że nasza mała Izabelka w jakiś sposób maczała w tym palce!

Wszyscy czworo, łącznie z Izą, roześmiali się, po czym natychmiast umilkli w obawie, że obudzą Klarę. W głębi domu jednak nadal panowała cisza.

– Widzicie? Nie zaprzecza! – ciągnął Robert. – Ona przecież zawsze wszystko wie pierwsza, w Korytkowie bywa raz na trzy miesiące, a i tak jest tutaj szarą eminencją. Pamiętacie tę akcję w grudniu z Moniką Klimek i Darkiem? Kto był wtedy o wszystkim najlepiej poinformowany?

– Iza – przyznała Amelia, przyglądając się siostrze z mieszaniną wyrzutu i uznania. – Masz rację, Robciu. Ja nie wiem, jak ona to robi, ale jej faktycznie wszyscy wszystko mówią!

Iza znów roześmiała się, starając się nie robić tego za głośno.

„Jeszcze nieraz się zdziwisz, Melu” – pomyślała z humorem – „bo to nie jest mój ostatni as w rękawie. Jakbym wam powiedziała, co wiem o Zosi, Zbyszku i jego niedawnej wizycie incognito w Korytkowie, to by wam szczęki opadły, a co dopiero, jakbyście się dowiedzieli, że osobiście znam narzeczoną Miśka Krzemińskiego!”

Myśl ta rozbawiła ją jeszcze bardziej niż zaskoczenie Amelii, jednak nie miała zamiaru dzielić się z nimi tymi informacjami, zwłaszcza w obecności Doroty.

– Przestańcie, chyba nie będziemy rozmawiać teraz o mnie, co? – rzuciła wesoło. – Mów mi lepiej, Melu, skąd masz te bombowe informacje. Aga ci powiedziała?

– No właśnie! – podchwyciła z zaintrygowaniem Dorota.

– Powiedzieli nam to oboje – odparła Amelia, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia z mężem. – W przerwie w pracy Piotrek poprosił Roberta, żeby poszli we dwóch do mnie sklepu, bo chciałby z nami porozmawiać. Oczywiście Robik nie wiedział, o co chodzi, i aż się wystraszył.

– Myślałem, że chce się zwolnić z roboty – wyjaśnił Robert. – A dla mnie to by była katastrofa, Piotrek to jeden z moich najlepszych pracowników, moja prawa ręka. Ale z drugiej strony jakoś nie pasowała mi jego mina, wyglądał, jakby wygrał milion w totolotka, a nie jak człowiek, który ma przed sobą trudną rozmowę o pracy.

– Tak, to prawda! – podchwyciła żywo Amelia. – Od razu to zauważyłam, jak tylko weszli, różnica w porównaniu do ostatnich tygodni przeogromna! Agnieszkę widziałam rano tylko przez chwilę, właściwie to powiedziałyśmy sobie przez schody cześć i tyle, bo jak przyszłam, była już z Pepciem na górze, a ja pracowałam z dziewczynami na dole, ewidencjowałam na zapleczu towar w komputerze. I jak Piotrek przyszedł z Robciem i powiedział, że chciałby porozmawiać z nami, ale razem z Agnieszką, to ja też się zaniepokoiłam, że jest jakiś problem. W ogóle nie przyszło mi do głowy, że to może być taka wiadomość!

– I co, rozmawialiście we czwórkę? – zapytała słuchająca z zapartym tchem Dorota.

– Tak, wysłałam Werkę na górę, żeby zastąpiła Agnieszkę, bo było trochę klientów, i Aga przyszła do nas z Pepciem… a właściwie to przyfrunęła jak na skrzydłach! – zaśmiała się. – Chyba jeszcze nigdy nie widziałam jej takiej radosnej, Piotrka zresztą też. Oboje świecili jak słońce!

– To fakt – przyznał z uśmiechem Robert.

– No i powiedzieli nam, że planują się pobrać, i chcą, żebyśmy od razu o tym wiedzieli jako ich pracodawcy. A nam dosłownie szczęki opadły, nie, Robciu? Ale ucieszyliśmy się strasznie, ja to aż musiałam sobie usiąść, tak mnie zaskoczyli!

– Chociaż z drugiej strony to wcale nie jest zaskakujące – zauważył Robert. – Obiektywnie patrząc, taki scenariusz był do przewidzenia.

– Tak, ja o tym nieraz myślałam! – przyznała z podekscytowaniem Dorota. – I mówiłam ci to nawet, Amelia, pamiętasz? Że Agnieszka powinna zabrać się Piotrka, bo to odpowiedzialny facet, a do tego przepada za Pepusiem, lepszego nigdzie nie znajdzie.

– Ale ona wcale lepszego nie szukała – machnęła ręką Amelia. – W ogóle nie szukała… Zresztą, miałam o tym nie mówić, ale jak już wszystko tak się fajnie rozwiązało, to wam powiem. Kiedyś, parę miesięcy temu, raz jeden podpytałam o to Agnieszkę i chwilę na ten temat pogadałyśmy. Nie o Piotrku – zaznaczyła – bo tego wolałam nie ruszać, żeby nie zrobić tam jakiejś niedźwiedziej roboty, ale ogólnie porozmawiałyśmy sobie parę minut o facetach i o jej planach na przyszłość w tym kontekście.

– No? I co? – zaciekawiła się Dorota, przysiadając obok niej na krześle.

– Powiedziała mi, że to jej już nie interesuje, bo po Rafale ma taki uraz psychiczny do mężczyzn, że już nigdy nie będzie w stanie żadnemu z nich zaufać. I że teraz liczy się dla niej tylko Pepcio.

– Ale jednak Piotrkowi jakoś udało się pokonać w niej ten uraz – uśmiechnął się Robert. – Chociaż przyznam, że dobrze się z tym krył. Taki scenariusz, jak mówiłem, był do przewidzenia, ja też nieraz o nim myślałem, ale w pewnym momencie spisałem go na straty i machnąłem na to ręką. Tak się przyzwyczaiłem do tego, że oni zawsze wszędzie są razem, ale że to działa tylko na zasadzie współpracy przy Pepim, że przestałem wierzyć, że coś poważniejszego z tego będzie. Dlatego dzisiaj byłem naprawdę zaskoczony, nie sądziłem, że Piotrkowi może chodzić właśnie o to.

– No widzisz! – zaśmiała się Dorota. – A tu taka niespodzianka! Ale co? – dodała z podekscytowaniem. – To jest tajemnica, czy można już mówić innym?

Iza, Amelia i Robert roześmiali się, wszyscy bowiem od dawna znali jej karmiącą się sensacjami i lokalnymi plotkami naturę.

– Można, można – zapewnił ją Robert. – My też ich o to zapytaliśmy, Piotrek mówi, że nie mają powodu się z tym kryć, wręcz są z tego dumni, a wiocha przecież i tak się dowie, więc możemy sobie mówić, komu chcemy.

– O, to super! – podnieciła się jeszcze bardziej Dorota.

– Tylko, Dorciu, na spokojnie – powstrzymała ją Amelia. – Dzisiaj zaraz po pracy Piotrek i Aga idą do Kmiecików, żeby poinformować ich o swojej decyzji, więc może daj im szansę zrobić to osobiście, hmm?

Iza i Robert znów roześmiali się, a Dorota machnęła niecierpliwie ręką.

– No co ty, w tamtą stronę na razie nie będę szła. Jak już, to najpierw zajrzę do Klimków, bo Kowalikowie i tak dowiedzą się od Zosi, nie? Zresztą i tak bym nie zdążyła do Kmiecików przed Agnieszką, przecież muszę teraz zostać z Klarcią.

– Chyba zwolnię cię dzisiaj z tego obowiązku, Dorciu – odparła litościwie Amelia – bo widzę, że już siedzisz jak na szpilkach. Miałam jeszcze wrócić do sklepu i poukładać faktury z tamtego tygodnia, zebrała mi się już cała góra, ale nie będę miała dzisiaj do tego głowy, zostanę w domu z małą. Oczywiście jeśli Iza, zgodnie z planem, pójdzie do sklepu mnie zastąpić.

– Oczywiście, Melu – skłoniła się uprzejmie Iza. – Pomimo rewolucji ten plan się nie zmienił.

– Dzięki, Izunia. Tym bardziej że Werka kończy dzisiaj wcześniej, już za pół godziny.

– A ja zaraz przejdę się do Klimków – oznajmiła z satysfakcją Dorota. – I może przy okazji podpytam Klimkową o Monikę? To będą dwie pieczenie przy jednym ogniu!

Iza, Robert i Amelia znowu parsknęli śmiechem.

– I widzisz, Mel? – zagadnął z humorem Robert. – Tak wczoraj narzekałaś, że ostatnio w Korytkowie nudno, że brakuje jakiejś bomby… no to masz. Nie mówiłem, że zaraz coś wykraczesz?

– Nie narzekałam! – sprostowała Amelia. – Stwierdzałam tylko fakty. Ale nawet jak wykrakałam, to co? Źle? Wykrakać taką bombę to dla mnie sama radość!

– Ale znamienne jest to, że właśnie was, Robciu i Melu, Piotrek i Aga poinformowali o swoich planach jako pierwszych – zauważyła z uznaniem Iza. – To znak wielkiego szacunku do was. Agnieszka nawet wczoraj podkreślała, że w najcięższym czasie w jej życiu wyciągnęliście do niej pomocną dłoń, nadal to pamięta i po dzisiejszej akcji widać, jak jesteście dla niej ważni. A ja jako wasza siostra pękam z dumy.

– Dobra, dobra, nie ściemniaj i umniejszaj swoich własnych zasług, siostro – pokiwał wesoło głową Robert. – Ja naprawdę jestem skłonny założyć się o sporą kasę, że wczoraj osobiście ukartowałaś to z Agnieszką, i to raczej my powinniśmy pękać z dumy. Zwłaszcza że im wcale nie chodziło o szacunek, a na pewno nie wyłącznie o to – podkreślił. – Poinformowali nas o swoim szczęściu jako pierwszych głownie dlatego, że mieli do nas interes.

– O! – zaciekawiła się Dorota. – Jaki?

– Poprosili nas jutro o cały dzień wolnego – wyjaśniła jej Amelia. – Z samego rana chcą pojechać z Pepciem do Radzynia, najpierw na rehabilitację, potem pozałatwiać różne sprawy, może też kupić pierścionek zaręczynowy? – uśmiechnęła się. – Ale przede wszystkim podpytać Giziaka o procedurę związaną z przysposobieniem dziecka.

– Ach, no tak! – Dorota z zachwytem złożyła ręce i przycisnęła je do piersi. – Pepcio będzie miał tatusia!

– Mhm – Amelia zerknęła z rozbawieniem na Roberta. – Właściwie to już go ma, nie wiem, kiedy to zrobili, ale Pepi już nauczył się mówić na Piotrka tata.

– Serio? – zdumiała się szczerze Iza. – Od wczoraj?

– No chyba tak – Amelia rozłożyła ręce w żartobliwym geście bezradności. – Bo jak tylko Agnieszka przyniosła go na zaplecze, Pepik od razu na widok Piotrka zawołał tata! i zaczął się do niego wyrywać. Tata, tata! Ale się przy tym uśmialiśmy!

– Pewnie Piotrek pracował nad tym od rana – zauważył Robert. – Wczoraj był przecież u Agi na noc, więc pewnie odkąd Pepi się obudził, uczył go nowego słowa. A ten maluch to bystra sztuka, więc załapał w lot.

– Tak musiało być – przyznała Amelia.

– Czyli Aga mu pozwoliła – uśmiechnęła się z mieszaniną wzruszenia i satysfakcji Iza. – I to od razu… dobra decyzja!

– Tak, ale to, że Pepcio będzie mówił na Piotrka tata, samo w sobie nie wystarczy – podkreśliła Amelia. – Trzeba przejść całą procedurę prawną, przysposobienie, nadanie nazwiska… Piotrek chce się do tego jak najlepiej przygotować, tak, żeby nie stracić ani jednego dnia, kiedy będą mogli być pełną rodziną. Dlatego od razu jadą na konsultacje do Giziaka, muszą przecież jeszcze rozwikłać sprawę Rafała i alimentów, praw ojcowskich i tak dalej. A z załatwianiem ślubu też już dzisiaj wystartują – dodała wesoło. – Zaraz po pracy, jak już zajrzą do Kmiecików, lecą do kościoła pogadać z proboszczem.

– No proszę, jakie tempo! – zaśmiała się Iza.

– Jak tak dalej pójdzie, wyprzedzą jeszcze Michała Krzemińskiego – dodała z żartobliwym przekąsem Dorota.

– Kto wie? – przyznała Amelia. – Wprawdzie przygotowania zajmą im pewnie ze trzy miesiące, te procedury trochę trwają, ale mamy dopiero początek lutego, do połowy maja jeszcze daleko, więc to wcale niewykluczone, Dorciu. A jeśli chodzi o jutro i ten ich wyjazd do Radzynia, to oczywiście zgodziłam się i dałam Agnieszce wolne, w takiej sytuacji nie miałabym serca jej odmówić. Tylko że przez to – tu spojrzała znacząco na Izę – znowu będę miała kadrową katastrofę w sklepie.

– Nie będziesz miała, bo ja oczywiście zastąpię Agę – zadeklarowała natychmiast z rozbawieniem Iza. – Obejmę jej stoisko na cały dzień, mam tylko nadzieję, że połapię się, gdzie co leży. Ach, ty spryciaro! – pogroziła palcem siostrze. – Przecież wiem, że o to właśnie ci chodziło!

Roześmiali się wszyscy.

– Dzięki, Izunia – powiedziała ciepło Amelia. – Z jednej strony nie mam sumienia tak ciągle zawracać ci głowy, miałaś przecież pisać pracę, ale z drugiej jutro naprawdę będzie problem, bo już wcześniej akurat na ten wtorek obiecałam wolne Werce. I wiesz, jak zrobimy? Ja wezmę górę, bo wiem, co gdzie leży u Agi, a ty pomożesz na dole Zosi, co? Wera dzisiaj musi wyjść wcześniej, a jutro w ogóle jej nie będzie, Zośka sama na dole miałaby ciężko. Za to od środy już ci daję spokój! – zaznaczyła uroczyście, podnosząc w górę dłoń. – Sama widzisz, że to awaryjna sytuacja…

Urwała, gdyż z głębi domu dobiegł do ich uszu piskliwy płacz Klary, co natychmiast poderwało wszystkich na równe nogi. Jak się okazało, dziewczynka była już wyspana i z niecierpliwością czekała na wyjęcie z wózka, w którym Iza przed spaniem przypięła ją pasami bezpieczeństwa. Okoliczność ta zaaferowała panie na tyle, że porzuciły chwilowo gorący temat Agnieszki, Robert zaś, upewniwszy się, że wszystko jest w porządku, przypomniał sobie, że przecież musi wracać do pracy, gdzie wraz z Piotrkiem, Wojtkiem i Konradem nadal działali przy wykańczaniu górnego piętra hali.

Kiedy sytuacja została opanowana, Amelia zmieniła Izę w opiece nad Klarą, a Dorota z Robertem wyszli, Iza ubrała się i ruszyła na umówione zastępstwo w sklepie, jeszcze raz zapewniając siostrę, że jutro od rana chętnie zastąpi na cały dzień Weronikę. Dopiero kiedy zamknęła za sobą furtkę i znalazła się na drodze, przypomniała sobie o telefonie, który w biegu wrzuciła do kieszeni, a na którego ekranie mignęło jej jakieś powiadomienie o smsie. Wyjęła zatem aparat, by sprawdzić, od kogo przyszła wiadomość i czy wymagała pilnej odpowiedzi. Rzeczywiście w skrzynce odbiorczej czekał na nią jeden nowy sms – jak się okazało, jego nadawczynią była Agnieszka.

Iza, przepraszam, że dopiero teraz. Powiedziałam mu TAK. Umieram ze szczęścia. A.

„Ach!” – pomyślała z rozbawieniem, wrzucając telefon do kieszeni i przyśpieszając kroku. – „Poczekaj, Aguś, nie umieraj jeszcze, przecież najpierw musisz mi wszystko opowiedzieć!”

***

„I jeszcze jedna!” – pomyślała ze skrywaną irytacją Iza na widok wchodzącej do sklepu klientki, która dołączyła do ogonka oczekujących. – „Co za kocioł, to chyba przez to, że jest poniedziałek i cała wiocha ruszyła na zakupy!”

Rzeczywiście, jak na złość, ruch był dziś wyjątkowo intensywny, tym bardziej, że sklep Amelii, będąc usytuowany blisko hotelu, był regularnie oblegany przez jego gości, którzy mieszali się w kolejce z rdzennymi mieszkańcami Korytkowa. Po przybyciu Iza musiała zatem natychmiast stanąć do pomocy Zosi na wolnym stanowisku, które kilkanaście minut wcześniej zwolniła Weronika, i nie miała jeszcze ani chwili, żeby zajrzeć na górę do Agnieszki, do której też na pierwsze piętro wspinali się liczni klienci. W dodatku sąsiedzi z Korytkowa, zdziwieni jej obecnością w sklepie, witali się z nią po kolei i zagadywali, co tym bardziej wypełniało jej każdą minutę, nie wypadało bowiem z każdym z nich nie zamienić choćby kilku słów grzeczności.

Sprawiało to, że nie miała kiedy porozmawiać również z Zosią i tylko w jednym momencie, kiedy sklep na krótką chwilę cudem opustoszał, dziewczyna zapytała ją zza swojej lady konspiracyjnym głosem, czy słyszała o Agnieszce.

– Tak się cieszę, Iza! – powiedziała rozradowana. – Oni już dawno powinni być razem, ja się nawet o to w kościele modliłam! Piotrek to taki dobry człowiek, Aga na pewno będzie z nim szczęśliwa. A Pepuś będzie miał mamę i tatę… kochany maluszek!

Iza słuchała jej z radością, nie tylko tą współdzieloną z racji szczęścia Agnieszki, ale też z tą drugą, związaną bezpośrednio z osobą Zosi, która, zgodnie z tym, co powiedział w sobotę Zbyszek, wyglądała już na całkiem wyleczoną z nieszczęśliwej wakacyjnej miłości. Energia w ruchach, uśmiech na twarzy, promienne oczy i emanująca od niej wewnętrzna siła czyniły z niej zupełnie inną osobę niż tamta zdruzgotana, cierpiąca męki złamanego serca dziewczyna sprzed kilku miesięcy, której zaczerwienione, opuchnięte oczy świadczyły, że co noc wypłakiwała z siebie wszystkie łzy.

Zresztą dziś to była też zupełnie inna dziewczyna niż ta sprzed lipcowo-sierpniowego epizodu ze Zbyszkiem, widać było, że po przeżytym kryzysie nie wróciła do swej pierwotnej postaci, lecz jakby wydoroślała, stała się bardziej śmiała i pewna siebie, to zaś przełożyło się też na jej wygląd. Choć nadal miała swe dziewczęce rysy twarzy, nie ulegało wątpliwości, że to nie była już zagubiona nastolatka lecz coraz bardziej świadoma swojej wartości młoda kobieta, która przechodziła właśnie podobną metamorfozę, jaką dwa lata wcześniej przeszła sama Iza. Czy to nie był znak, że przeżyte cierpienie finalnie wyszło jej na dobre? Jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało, obserwująca ją spod oka w trakcie wspólnej pracy Iza nie mogła powstrzymać się od takiej konkluzji.

„A Monsieur Zbigniew niech spada na szczaw” – myślała z humorem, ważąc cukierki dla jakiejś pary z hotelu Krzemińskich i nabijając należność na kasę – „i na przyszłość wyciągnie wnioski ze swojego głupiego zachowania. Przynajmniej nauczy się, że komu jak komu, ale rasowym korytkowiankom takich numerów się nie robi!”

Myśl ta rozbawiła ją, ale i przepełniła czymś innym – lokalną dumą, która wynikała z silnie w niej zakorzenionej tożsamości związanej z rodzinną miejscowością. Tak czy inaczej, patrząc na Zosię jako jedną ze „swoich”, odczuwała podobną ulgę i satysfakcję, jaka kilka miesięcy temu była jej udziałem, gdy wreszcie zdołała uwolnić serce od Michała Krzemińskiego. W Zosi bowiem – i tej z dziś, i tej z przeszłości – było coś z niej samej, obserwując ją przy ladzie, Iza coraz bardziej rozpoznawała w postaci tej dziewczyny samą siebie, jakby widziała się w lustrze, mimo że z wyglądu były zupełnie inne, a ich doświadczenia również pokrywały się tylko częściowo.

Natomiast Weroniki nie widziała dziś wcale, ta wyszła bowiem z pracy niedługo przed jej przybyciem, co jednak wcale jej nie zmartwiło.

„Jeszcze się zobaczymy, bez obaw” – pomyślała. – „Skoro Mela twierdzi, że już z nią lepiej, to tylko się cieszyć, ciekawe tylko, czy dalej będzie mnie traktować z takim dystansem, tak jakbym jej coś zrobiła. Ale może ona traktowała tak wszystkich, kiedy miała ciężki czas? Mela nieraz mówiła, że nie umie się z nią dogadać, więc może to ja za bardzo brałam do siebie te jej fochy?”

Mimo to coś na dnie serca, sama nie wiedziała co, podpowiadało jej, że dystans okazywany przez Weronikę odnosił się bezpośrednio do niej i że niekoniecznie miał związek z jej własnym mentalnym oporem z początku znajomości. Lecz w takim razie z czym? Na to pytanie nie znała odpowiedzi i wyglądało na to, że póki co jeszcze jej nie pozna.

Dopiero około siedemnastej, na godzinę przed zamknięciem sklepu, przyszedł moment ulgi, kiedy tłum wreszcie się przewalił i na horyzoncie chwilowo nie było widać żadnego klienta. Iza skorzystała zatem z okazji i poprosiwszy Zosię, by wewnętrznym dzwonkiem dała jej znać, kiedy znowu pojawią się kupujący i będzie potrzebować jej pomocy na dole, pomknęła po schodach na piętro do Agnieszki.

Blask, jaki bił z twarzy i oczu przyjaciółki, był dla Izy najlepszym potwierdzeniem treści dzisiejszego smsa.

– Izunia, jestem jak zaczarowana – wyszeptała Agnieszka, kiedy ściskała ją serdecznie z gratulacjami i życzeniami szczęścia. – Prawie nie wierzę, że to się dzieje naprawdę!

– Nic dziwnego, od wczoraj dużo się zmieniło, co? – uśmiechnęła się Iza. – Swoją drogą działacie jak rakieta, narzuciliście takie tempo, że nawet ja za wami nie nadążam! Mela mówi, że już dzisiaj wybieracie się do proboszcza.

– Tak – Agnieszka zarumieniła się jak nastolatka. – To Piotrek tak ciśnie, powtarza, że nie chce tracić ani minuty, a ja nie protestuję. Zresztą nawet jakbym chciała, to i tak nie dałabym rady go zatrzymać.

– Wczoraj, kiedy powiedziałaś mu, że się zgadzasz, pewnie był zachwycony, hmm? – domyśliła się Iza. – Zwłaszcza jeśli, jak podejrzewałaś, spodziewał się całkiem przeciwnej odpowiedzi.

– O tak – uśmiechnęła się z rozrzewnieniem. – Zachwycony to mało powiedziane, mało co nie popłakał się z radości, rymsnął przede mną na kolana, aż podłoga zadrżała, i jak nie zacznie całować mnie po rękach… Boże drogi! Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak się cieszył… i to z czego? Z tego, że pakuje się w pułapkę na całe życie? – zaśmiały się obie. – Ale to było cudowne, czułam się… nawet nie umiem tego opisać, Iza, bo jak powiem, że czułam się jak królowa, to nie powiem nic. To było coś, czego nie miałam jeszcze nigdy, ani z Rafałem, ani tym bardziej z tym kretynem Michałem – skrzywiła się z niesmakiem. – I nawet wiem dlaczego. Po prostu żaden z nich nigdy tak naprawdę mnie nie kochał.

– Za to Piotrek cię kocha – podsumowała z radością Iza. – Co do tego nie ma wątpliwości, jego reakcje świadczą same za siebie. Powiedział ci to wprost?

– Od wczoraj już chyba z milion razy. Ale przyznał, że sam zrozumiał to dopiero w ostatnich tygodniach – zaznaczyła. – Tak jak się domyślałam i nawet mówiłam ci wczoraj, on też od grudnia przeszedł bardzo ciężką drogę.

– W sensie, że dopiero kiedy pojawiła się kwestia słowa na te, zaczął o tobie myśleć jak o kobiecie i potencjalnym materiale na żonę?

– Tak, chociaż on twierdzi, że to jest bardziej skomplikowane, bo od zawsze mu się podobałam – w jej wzruszonym głosie zabrzmiał pobłażliwy ton. – Pewnie zdrowo ściemnia, ale co tam, lubię taką ściemę… Mówi, że po prostu nie myślał o mnie serio w takich kategoriach, bo był przekonany, że i tak nie miałby u mnie żadnych szans. Ale jak dotarło do niego, że jedyną drogą na bycie ojcem Pepcia, którym czuł się od samego początku, jest ożenić się ze mną, i że to jest realny scenariusz, który musi za wszelką cenę spróbować wprowadzić w życie, nagle puściły mu w głowie wszystkie tamy i zrozumiał, że niczego innego nie pragnie. I że już od dawna mnie kocha – dodała ciszej. – Powiedział, że odkąd to do niego dotarło, chodził jak nieprzytomny, jakby ktoś walnął go drągiem po głowie, pracował jak automat, ledwo jadł i spał, zwłaszcza od dnia, kiedy już oświadczył mi się i czekał w strachu na moją odpowiedź. Jak to ujął, doszło do niego, że właściwie od samego początku kochał mnie w Pepciu, a Pepcia we mnie, oboje mamy przecież te same oczy… ale przy tych oświadczynach nie mógł mi tego powiedzieć, żeby, jak mówi, mnie nie wystraszyć i nie zrazić do siebie jeszcze bardziej. Ech, głupek… – pokręciła głową ze wzruszeniem. – Ale rozumiem go, ja sama przecież miałam dokładnie to samo.

– Czyli ty też kochasz go od dawna, tylko o tym nie wiedziałaś? – uśmiechnęła się Iza.

– Głupie, nie? Ale tak właśnie jest, Iza. Wczoraj świetnie zdiagnozowałaś te moje fochy i awantury, jestem pod wrażeniem, bo faktycznie było tak, jak powiedziałaś. Ja sama tego nie rozumiałam, ale tymi awanturami robiłam mu po prostu sceny zazdrości o to, że nie zwraca na mnie uwagi. Niezła ze mnie idiotka – pokręciła głową z dezaprobatą. – Zamiast dać facetowi sygnał, że jestem nim zainteresowana, że podoba mi się i tak dalej, ja urządzałam mu sceny bez powodu i darłam się na niego o byle pierdołę. Ale skąd mogłam wiedzieć? – rozłożyła ręce. – Przez tę blokadę, którą nałożyłam sobie po Rafale, byłam totalnie ślepa na własne uczucia, mimo że one przecież gdzieś tam były i cały czas po cichu rosły, jak trawa pod śniegiem.

– Piękna metafora! – zaśmiała się Iza. – W dodatku w sam raz na tę porę roku. A najważniejsze, że wczoraj trawka wyszła spod śniegu i teraz będzie tylko rosnąć, wręcz zakwitnie jak różany ogród! Widziałam wczoraj, w jakim tempie Piotrek gnał do ciebie z Małowoli, nie zdążyłam jeszcze dobrze dojść do domu, a on już był w Korytkowie. I został aż do rana, tak? – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Bo nasz detektyw Robcio już zdążył to wydedukować.

Agnieszka roześmiała się perliście.

– Detektyw się nie myli – przyznała wesoło. – Tak, został u mnie na noc, to prawda, bez sensu byłoby, żeby wracał do Małowoli po takiej śliskiej drodze, a poza tym w tych pierwszych godzinach po prostu nie byliśmy w stanie się rozstać. Ale wcale nie robiliśmy nic zdrożnego – zaznaczyła z rozbawieniem. – Na to przyjdzie jeszcze odpowiedni moment, wczoraj po prostu gadaliśmy aż do rana, mieliśmy sobie do powiedzenia milion rzeczy!

– Otóż to – uśmiechnęła się Iza, wspominając z rozrzewnieniem miękkie kłęby włosów Majka pod swoimi palcami. – Czasem rozmowa, zwłaszcza tak kluczowa jak ta wasza wczorajsza, to szczęście i spełnienie samo w sobie. Wcale nie trzeba nic więcej.

– Żebyś wiedziała – Agnieszka odetchnęła z głębi piersi, a z jej błękitnych oczu wytrysnęła kolejna kaskada światła. – Wczoraj nawet nie myśleliśmy o takich rzeczach, musieliśmy wszystko sobie powyjaśniać, opowiedzieć o tym, co czujemy, co czuliśmy wcześniej… obgadać strategię… Wręcz to, że Piotrek na nic takiego nie naciskał, jeszcze bardziej mnie urzekło, udowodnił mi tym, że nie jest z tych debili, co myślą tylko o jednym, że ma świadomość, że na tym etapie są ważniejsze sprawy niż to. Zresztą jak dla mnie same pocałunki, rozmowa o nas i to, że mogłam się przytulić do mojego anioła – uśmiechnęła się z czułością – to było piękno tego etapu, w zupełności wystarczające, żeby czuć się jak w raju. Nie mówię już nawet o tym, że oboje byliśmy wczoraj w stanie szoku i chyba nadal w nim jesteśmy! – zaśmiała się, kręcąc głową. – Ale uwielbiam to, przysięgam ci, Iza, że jeszcze nigdy w życiu tak się nie czułam… nigdy! Dopiero teraz widzę, jaka byłam głupia, że poleciałam na takich bezwartościowych gnojków jak Michał czy Rafał, na takich żałosnych bawidamków, którzy koło prawdziwego mężczyzny nigdy nawet nie siedzieli. To jest taka fundamentalna różnica, aż nie mogę w to uwierzyć! I jestem taka szczęśliwa… A niech to, nie sądziłam, że jeszcze kiedyś w życiu spotka mnie coś takiego!

Iza uścisnęła ją serdecznie raz jeszcze, z zachwytem obserwując emanujące z jej oczu, i twarzy metafizyczne światło szczęścia, ów jedyny w swoim rodzaju wewnętrzny blask, którego nie da się porównać z żadnym innym. Agnieszka wyglądała dziś tak pięknie i świeżo, że nikt by nawet nie pomyślał, że spędziła bezsenną noc.

„Bezsenna noc bezsennej nocy nierówna” – pomyślała, mimo woli wspominając własny letarg po styczniowej rozmowie z Lodzią, kiedy upadły jej księżycowe złudzenia. – „A oni wczoraj działali na innym paliwie niż jedzenie i sen!”

– Pierwszy raz w życiu czuję się naprawdę kochana – ciągnęła ze wzruszeniem Agnieszka. – Tak prawdziwie, bezwarunkowo, z szacunkiem… jak wczoraj powiedziałaś mi o tym szacunku, to ciągle mam to w głowie, bo to jest przecież właśnie to! Pierwszy raz czuję, że ktoś chce mojego dobra, że chce mi wszystko dać, całego siebie, że zależy mu, żebym była szczęśliwa… a nie tylko brać, brać, brać i myśleć o sobie. Dopiero teraz widzę, że Michał i Rafał, nawet jak prawili mi komplementy i byli dla mnie słodcy, myśleli tylko i wyłącznie o swojej przyjemności, o tym, żeby wyciągnąć ze mnie jak najwięcej, a potem… co tam, potem śmiecia można wyrzucić i poszukać czegoś lepszego – przez chwilę w jej rozanielonych oczach mignęły gniewne ogniki. – Zwłaszcza kiedy pojawiają się kłopoty. Tak się teraz wstydzę, że w ogóle na nich spojrzałam! Oczywiście już dawno doszłam do wniosku, że byłam naiwną, bezmózgą idiotką, to dla mnie nic nowego, ale teraz, kiedy poczułam, co to znaczy naprawdę być kochaną, ważną… jedyną… on ciągle powtarza to słowo, wiesz? – głos zadrżał jej ze wzruszenia – i wiem, że mówi to szczerze… dopiero teraz w pełni widzę ogrom tej mojej głupoty i naiwności.

– Nie tylko ty, Aga – zapewniła ją z przekąsem Iza. – Ja byłam dokładnie tak samo głupia i naiwna, złapałam się w tę samą pułapkę i zajęło mi dobrych kilkanaście lat, żeby się z niej wydostać.

– No właśnie – westchnęła Agnieszka, poważniejąc. – Przecież ja przez moje głupie zauroczenie Michałem zraniłam też ciebie, ty wtedy tak strasznie go kochałaś… To było chamskie, tak samo jak tamta plota, którą rozpuściłam o tobie i o Piotrku… swoją drogą nie sądziłam, że kiedyś to się tak odwróci, to dla mnie kolejna nauczka. Ale tego Michała to naprawdę mogłam sobie darować – skrzywiła się. – Przez to straciłam cię na wiele lat i mogłam stracić na zawsze, a to by była jedna z największych strat w moim życiu. Niepowetowana.

– Zraniłaś mnie – przyznała ciepło Iza. – Wtedy owszem, nawet bardzo, ale dzięki temu uratowałaś mnie przed serią jeszcze gorszych błędów. W pewnym sensie wzięłaś na siebie moje ryzyko, chociaż oczywiście żadna z nas nie interpretowała tego wtedy w ten sposób.

– Prawda, Michał Krzemiński to ryzyko wcielone – przyznała Agnieszka, znów krzywiąc się z niesmakiem. – Taki pieprzony egoista, że jak o tym pomyślę, aż mi się niedobrze robi. Brak serca, brak mózgu, tylko ładna atrapa na zewnątrz, chociaż to w sumie też kwestia gustu, bo teraz ten laluś już kompletnie mi się nie podoba. Ale masz rację, Iza. Kto wchodzi z nim w konszachty, ten dużo ryzykuje, wręcz ma z góry przewalone, dlatego współczuję tej jego przyszłej żonie. Biedna, naiwna kobieta, nie ma pojęcia, w jakie piekło się pakuje.

Iza również spoważniała, ze smutkiem wspominając twarz Aliny, która jak piękna ćma pofrunęła do tego samego ognia co niegdyś ona, z tą samą nieświadomością i naiwnością wynikającą ze ślepego uczucia.

– A z drugiej strony może się mylę, może oni oboje są siebie warci? – mówiła dalej Agnieszka. – Ta dziewczyna to jakaś milionerka, jej ojciec ma całą sieć hoteli w Warszawie i na Pomorzu, więc Michał de facto będzie finansowym pantoflarzem i we wszystkim będzie musiał słuchać się żony. Tylko co będzie robił za jej plecami, to możemy sobie wyobrazić… No, ale dobra, szkoda czasu na tego popaprańca – machnęła ręką. – Masz rację, obie byłyśmy głupie, ale to już na szczęście za nami, w porę odzyskałyśmy wzrok. Zwłaszcza ja wyszłam z tego obronną ręką… zresztą może to doświadczenie z Michałem było mi potrzebne po to, żeby w pełni docenić Piotrka? Mam nadzieję, że ty też trafisz na kogoś takiego… na swojego anioła – dodała ciepło, ujmując ją za rękę. – Wręcz jestem pewna, że tak będzie, Izunia. To by było niesprawiedliwe, gdybyś po tym idiocie Krzemińskim nie dostała szansy na coś lepszego, a zasługujesz na to o wiele bardziej niż ja.

– Nieprawda, Aguś – zapewniła ją z łagodnym uśmiechem Iza, chętnie odwzajemniając jej uścisk dłoni. – To właśnie ty w dwustu procentach zasługujesz na szczęście i jestem zachwycona, że między tobą i Piotrkiem wszystko tak się właśnie potoczyło. Zresztą w tych sprawach nie liczą się żadne zasługi, to kwestia uśmiechu albo kopniaka od losu, na to nie ma się wpływu. Ale kto wie? Mówiłam ci kiedyś, że w naszym wieku jeszcze za wcześnie na bilanse, pamiętasz? Snułaś takie czarne scenariusze, a teraz sama widzisz, jak wszystko w kilka tygodni odwróciło ci się w życiu do góry nogami. Więc może i mnie czeka jeszcze kiedyś coś dobrego?

Choć sama niezbyt wierzyła w te słowa, czysta logika nakazywała je wypowiedzieć, bo taka była prawda – wszak nikt nie wie, co go czeka za następnym zakrętem, a życie jakże często udowadnia, że określenia zawsze i nigdy należy stosować z umiarem. W kontekście tego, co w ostatnich tygodniach przydarzyło się Agnieszce i Piotrkowi, nawet jej trudno było powstrzymać się od optymizmu i od cichutkiej, nieśmiałej nadziei, że może jednak… kiedyś… Dopóki życie trwa, wszelkie furtki są otwarte, a doświadczenia z przeszłości udowodniły jej już wystarczająco mocno, że nigdy, przenigdy nie wolno się poddawać.

– Jestem pewna, że tak! – zawołała żarliwie Agnieszka. – Ty też znajdziesz swoje szczęście, Izunia, zobaczysz! Dostałaś już wystarczająco kopniaków od losu, teraz czas, żeby wreszcie się do ciebie uśmiechnął. I mam nadzieję, że to się stanie jak najszybciej.

– Zobaczymy – machnęła ręką lekceważąco. – Zostawiam to losowi, ale nie o mnie teraz mowa, Aga, mów dalej o was. Słyszałam, że jutro wybieracie się do Radzynia na konsultacje prawne u Giziaka?

– Tak. Musimy podpytać go o kilka rzeczy, przy okazji załatwimy rehabilitację Pepcia na ten tydzień, a potem Piotrek chce mi jeszcze coś pokazać. Nie chciał powiedzieć co, to jakaś niespodzianka – uśmiechnęła się. – Jestem bardzo ciekawa, tym bardziej że w to, zdaje się, jest zamieszany Robert.

– Robert? – powtórzyła Iza, natychmiast wspominając uwagi Roberta na temat dyskrecji, jaką obiecał Piotrkowi w jakiejś tajemniczej sprawie. – Mój szanowny szwagier knuje coś z twoim aniołem za plecami własnych żon i narzeczonych?

– Najwyraźniej! – zaśmiała się Agnieszka, odrzucając na plecy swe piękne blond loki. – I jestem bardzo ciekawa co!

Wewnętrzny dzwonek, którym Zosia miała znać, że potrzebuje pomocy na kasach, zaalarmował nie tylko obie dziewczyny, ale i małego Pepusia, który jak zawsze grzecznie bawił się w swoim kojcu na górnym zapleczu.

– Mamaaaaa! – dobiegł zza uchylony drzwi jego dźwięczny, dziecięcy głosik. – Mama!

– Już biegnę, kochanie! – zawołała Agnieszka, wymieniając szybko z Izą ostatni uścisk. – Dzięki, Izunia, mam nadzieję, że jeszcze uda nam się dzisiaj pogadać, a jak nie, to pewnie dopiero w środę, bo jutro mnie nie ma, cały dzień będziemy z moimi chłopakami w rozjazdach. Ale na spotkanie z Beti i Emi zgłaszam się jak najbardziej, to dalej aktualne! – zaznaczyła, znikając już w drzwiach na zaplecze. – Piotrek zostanie z małym, już mi to obiecał, a ja chętnie z tobą pojadę, tylko daj znać wcześniej, okej?

Iza skinęła głową z uśmiechem. Na schodach rozległy się odgłosy kroków i rozmowy klientów wspinających się na piętro, co dla nich obu było ostatecznym znakiem, że czas już wracać do pracy.

***

Ruch w sklepie, który na godzinę przed zamknięciem znów się wzmógł, w ostatnich minutach przed osiemnastą opadł i wreszcie całkowicie zamarł, dzięki czemu Iza mogła wreszcie zamienić kilka spokojniejszych słów z Zosią. Nie chcąc bez okazji poruszać drażliwego tematu, który nosiła w głowie, zagadnęła ją na razie tylko neutralnie o nowe hobby związane z rękodzielniczym szyciem torebek i od pierwszej sekundy widać było, że trafiła w dziesiątkę. Rozpromieniona Zosia z zapałem pokazała jej swoją własną torebkę, zaiste pięknie uszytą z ciemnego dżinsu i ozdobioną ręcznymi obszyciami, a także opowiedziała o zamówieniach, jakie otrzymała od Amelii oraz od innych koleżanek i które realizowała w domu w wolnym czasie.

– Każda będzie inna, niepowtarzalna – zapewniała ją z podekscytowaniem. – Tę dla Amelii już prawie kończę, jej zamówienie ma absolutne pierwszeństwo, to zresztą chyba oczywiste. Ale i tak nikomu jej nie pokażę, dopóki nie będzie całkowicie gotowa – zastrzegła. – Nie lubię pokazywać moich robótek, zanim ich nie skończę.

– Oczywiście, Zosieńko – uśmiechnęła się Iza. – Nie miałam zamiaru cię do tego nakłaniać, wbrew pozorom nie jestem szpiegiem nasłanym przez Amelię. Pytam z ciekawości, bo może i dla mnie byś kiedyś coś uszyła? Oczywiście bez pośpiechu – zaznaczyła. – Mogłoby być dopiero na kwiecień, jak wrócę ze stażu za granicą i przyjadę do Korytkowa na Wielkanoc, zresztą wcześniej i tak pewnie tu nie zajrzę.

– Bardzo chętnie! – Zosia aż pokraśniała z radości. – To będzie dla mnie wielki zaszczyt, Iza.

– E tam zaszczyt, nie przesadzaj – machnęła ręką. – Po prostu biznes, ty szyjesz piękną rzecz, a ja za nią płacę. A potem będę nią szpanować po Lublinie – uśmiechnęła się. – Jak moje koleżanki ze studiów i z pracy zobaczą takie spersonalizowane rękodzieło, to dopiero posypią ci się zamówienia!

– Ach! – Zosia złożyła ręce z zachwytu nad tą wizją. – Naprawdę? Rozreklamowałabyś moje robótki w Lublinie?

– No pewnie! – zaśmiała się Iza. – Takie cudeńka wręcz same się rozreklamują, ja będę tylko zbierać i przekazywać ci zamówienia. Jestem pewna, że klientek ci nie zabraknie, ale musisz przyłożyć się i uszyć mi coś naprawdę wyjątkowego – zaznaczyła, podnosząc w górę palec. – Taki prototyp, którym będę wszystkich kusić, aż zabraknie ci mocy przerobowych.

– Właśnie – sposępniała Zosia. – Gdybym miała maszynę do szycia, szłoby dużo szybciej… I kupię ją sobie! – dodała stanowczo. – Kupię już niedługo, do kwietnia to na pewno, już trochę oszczędności mam. Ale chcę zebrać więcej, żeby kupić taką naprawdę świetną, jak się da, to z najwyższej półki. Może tata trochę mi dołoży? – rozmarzyła się. – Bylebym tylko umiała to obsłużyć, spróbuję doszkolić się w Internecie, ewentualnie zapiszę się na jakiś kurs w Radzyniu…

Urwała i obie podskoczyły na głośny szczęk drzwi wejściowych. Zosia natychmiast odłożyła prezentowaną torebkę i we dwie wyjrzały z zaplecza, przekonane, że to jeszcze jakiś jeden spóźniony klient, jednak myliły się – był to bowiem Piotrek.

– Iza! – ucieszył się na jej widok, podchodząc i ściskając ją serdecznie. – Cześć, jak ja cię dawno nie widziałem! Agniesia wspominała, że przyjechałaś wczoraj… Już wszystko wiesz, prawda?

Iza serdecznym gestem położyła mu obie dłonie na przedramionach, z uśmiechem przyglądając się jego okrytej gęstym, czarnym zarostem twarzy, w której promieniały tryskające szczęściem oczy.

– Wiem, Piotruś – powiedziała ciepło. – Wszystko wiem i z całego serca obojgu wam gratuluję. Bądźcie szczęśliwi jak w niebie i niech wszystko układa wam się jak najlepiej!

– Dzięki, Iza – odparł z sympatią. – Zrobimy, co tylko się da, żeby tak było, a tobie wielkie dzięki za duchowe wspieranie Aguni. Nieraz mówiła, jakie to dla niej ważne, a co jest ważne dla niej, jest ważne i dla mnie. Pamiętam zresztą, jak wspierałaś i mnie, wtedy, w szpitalu, kiedy było mi najciężej… i przede wszystkim nie powtórzyłaś jej tych głupot, które wtedy o niej gadałem – spojrzał na nią znacząco. – Jestem ci za to bardzo wdzięczny, nawet jeśli dzisiaj to już nie ma znaczenia, bo nie mamy i nie będziemy mieć z Agą przed sobą żadnych tajemnic. Ja i tak ze wszystkiego, co było kiedyś, wyspowiadam jej się po kolei jak na świętej spowiedzi, ale tobie nigdy nie zapomnę życzliwości z tamtych czasów. Jesteś naszym dobrym duchem i mam nadzieję, że tak już zostanie na zawsze.

– Oczywiście, że zostanie – zapewniła go wesoło Iza. – Nie pozbędziecie się mnie tak łatwo, jestem przecież mamą chrzestną waszego syna!

Rozpromieniona twarz Piotrka rozjaśniła się jeszcze bardziej na dwa ostatnie słowa.

– Tak jest! – rzucił z radością, zerkając ku schodom wiodącym na pierwsze piętro. – I właśnie przepraszam cię, Iza, dzięki za rozmowę, ale muszę lecieć już po moje skarby, mamy jeszcze dzisiaj milion spraw do załatwienia.

– Pewnie, leć! – roześmiała się Iza. – Nie trzymam cię dłużej, wiem, że każda minuta jest cenna. Powodzenia!

Kiedy Piotrek zniknął na schodach, wróciła na zaplecze, gdzie Zosia zbierała swoje rzeczy, minęła już bowiem godzina zamknięcia sklepu i nie spodziewały się więcej klientów.

– To co, Zosieńko? – zagadnęła wesoło. – Jutro pracujemy razem cały dzień?

– Naprawdę? – ucieszyła się dziewczyna.

– Aha. Mela będzie na górze za Agę, a my tutaj. Będzie okazja, żeby sobie pogadać – mrugnęła do niej porozumiewawczo, notując, że przez wesołą twarz Zosi przemknął przy tym przelotny cień. – Oczywiście jeśli będziesz chciała.

– Bardzo chcę! – zapewniła ją natychmiast dziewczyna. – Nawet miałam cię o to prosić przy jakiejś okazji, bo muszę ci powiedzieć dwie rzeczy.

„Dwie?” – dziwiła się Iza, zakładając na zapleczu sklepu płaszcz, kiedy Zosia już wyszła, a wkrótce po niej przemknęli do wyjścia również Piotrek i Agnieszka z Pepusiem. – „O jednej wiem, spodziewam się, że chodzi o Zbyszka, ale jaka może być ta druga?”

W torebce, którą właśnie ściągała z wieszaka, odezwał się sygnał przychodzącego smsa. Wyjęła telefon i spojrzała – Majk.

Elfiku, gadałem z Kacprem. Kiedy mogę zadzwonić, żeby zdać Ci raport?

Uśmiechnęła się, wklepując odpowiedź.

Dziękuję, Michasiu. O dowolnej porze, ale po 22.00, dobrze? Wtedy będę już wolna, po kolacji z rodziną, bo wcześniej muszę trochę z nimi posiedzieć.

Majk odpowiedział natychmiast.

Ok, zamelduję się po 22.00. Do usłyszenia.

Wiadomość była zwięzła i raczej sucha, jednak Iza aż zatańczyła na środku sklepowego zaplecza z wygaszonym już aparatem w dłoni.

„Widzisz, Aga?” – pomyślała wesoło, zgarniając ze stolika przy wejściu klucze od sklepu i kierując się do wyjścia. – „Nie tylko ty będziesz dzisiaj szczęśliwa! Co prawda ty masz cały tort, a ja tylko okruszki, ale za to jakie!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *