Anabella – Rozdział CCXLVII

Anabella – Rozdział CCXLVII

Przygotować się do lądowania! – zabrzmiał komunikat pilota wygłoszony najpierw po francusku, a potem po angielsku.

Na ten znak w kabinie samolotu wszczęło się lekkie zamieszanie, pasażerowie poprawiali się na swoich miejscach i sprawdzali zapięcie pasów. Iza i Marta, które od ponad godziny siedziały obok siebie w milczeniu, każda zatopiona w swoich myślach, ocknęły się teraz i spojrzały po sobie z lekkim uśmiechem.

– Szybko minęło, nie? – zagadnęła Marta. – Krócej lecimy, niż czekałyśmy na lotnisku.

To była prawda. Z powodu złej pogody i związanych z nią opóźnień samolot wystartował z Warszawy prawie półtorej godziny po zaplanowanym terminie, co w połączeniu z trwającą od rana podróżą z Lublina i standardowym oczekiwaniem na odprawę lotniskową było tak męczące, że sam lot wydawał się już tylko komfortowym i przyjemnym odpoczynkiem. O ile na początku podróży dziewczyny rozmawiały o wszystkim, o czym tylko się dało, o tyle po wejściu na pokład samolotu zgodnie zamilkły i lot mijał im w niemal całkowitym milczeniu, tym bardziej że od rana żadna z nich nie była w najlepszym humorze. Marta martwiła się o Daniela, który wciąż przebywał w szpitalu i wcale nie czuł się dużo lepiej niż tuż po operacji, natomiast Iza wiozła w sercu smutek związany z chorobą Majka oraz z utraconą wczoraj szansą na sesję filozofii księżycowej i porządne pożegnanie przed wyjazdem.

Na szczęście Lodzia obiecała jej, że wraz z Pablem zatroszczą się o Majka i dopilnują zarówno procesu leczenia, jak i tego, żeby niczego mu nie brakowało, oczywiście sami również uważając na własne zdrowie. Ona niestety tym razem nie mogła pomóc, jedyne, co mogła dla niego zrobić, to załatwić sprawę prezentu dla Tosi, który wiozła w torebce wraz z dwoma innymi, tym od Pabla i Lodzi oraz własnym. Tak… lecz cóż to było w porównaniu z rozmową, której nie odbyli, a na której jemu przecież też tak bardzo zależało? Poczucie niedosytu i pozostawienia za sobą nierozwiązanego problemu, który po powrocie z Belgii prawdopodobnie będzie już nieaktualny, sprawiało, że opuszczała Polskę w minorowym nastroju, który dodatkowo wzmagały refleksje związane z wczorajszą spowiedzią u księdza Tomasza.

Do tego ostatniego z początku miała wręcz żal, że pewnie za bardzo pośpieszył się z modlitwą o sprzyjające dla niej okoliczności do „dystansu i ucieczki”, a modlitwa ta, silniejsza od jej własnej, została natychmiastowo wysłuchana, przez co Majk jak na zawołanie zachorował na grypę uniemożliwiającą zaplanowane na wczoraj spotkanie. Szybko jednak dostrzegła absurdalność takiego myślenia, po pierwsze ze wstydem wspominając słowa księdza, że modlitwa nie jest narzędziem do magicznego uzyskiwania natychmiastowych efektów, po drugie zaś uświadamiając sobie, że przecież Majk czuł się źle już w nocy z czwartku na piątek, czyli na wiele godzin przed ową spowiedzią.

„Przeciwnie, powinnam interpretować to jako niezależny znak, obiektywne potwierdzenie tego, że ksiądz ma rację” – myślała smutno. – „Jakkolwiek by mi się to nie podobało, nie mogę manipulować interpretacją takich znaków, muszę je odczytywać uczciwie. Może zresztą to był tylko zwykły pech?”

– Gdzie jest postój tych autobusów, co jadą do miasta? – zapytała Marta, kiedy samolot już wylądował i zatrzymał się na płycie lotniska. – Ty się orientujesz? Ja tu jestem dopiero pierwszy raz.

– A ja raptem drugi – wzruszyła ramionami Iza. – W dodatku tamtym razem nie jechałam do miasta nawetką, czekał na mnie Victor z samochodem, więc nawet nie miałam okazji przećwiczyć tej opcji. Ale spokojnie, Martuś, poradzimy sobie. Na razie i tak musimy poczekać na bagaże.

Z tym na szczęście nie było problemów, szybko odzyskały swoje walizki i niespełna dwa kwadranse później wyszły na zatłoczoną halę przylotów, gdzie przystanęły, starając się zorientować, w którą stronę powinny pójść. Wczoraj w rozmowie telefonicznej Ania z żalem oznajmiła, że akurat w tę sobotę państwo Magnon w ostatniej chwili zostali zaproszeni na dyplomatyczny obiad u teściów, w związku z czym Jean-Pierre niestety nie będzie mógł podjechać po nie na lotnisko. Co prawda obiecywał, że postara się znaleźć na zastępstwo kogoś ze znajomych, jednak Iza z całą stanowczością poprosiła, by się nie fatygował, zapewniając, że poradzą sobie z Martą same. Fakt, z czasów pobytu na tym lotnisku rok temu nie zapamiętała niemal nic, bowiem wówczas była pilotowana przez Victora i nie zwracała uwagi na otoczenie, skupiając się na rozmowie, jednak dziś to i tak nie miałoby znaczenia, zwłaszcza że przez rok wiele rozwiązań logistycznych i tak mogło się tu pozmieniać.

– Poczekaj, zaraz kogoś zapytamy, skąd odchodzą autobusy do centrum – powiedziała, rozglądając się jednocześnie po tablicach informacyjnych. – Tylko najpierw wydostańmy się z tego dzikiego tłumu, tu się nie da nawet zebrać myśli… Dobra, chodźmy tędy!

Mówiąc to, zwróciła się w głąb hali, dokąd, jak zauważyła, zmierzała większość pasażerów ich lotu. Nagle Marta chwyciła ją za rękę.

– Ty, patrz! – wskazała jej na stojącego kilka metrów dalej młodego mężczyznę o śniadej cerze i ciemnych włosach. – Spójrz na tego typa.

Ów, ubrany w białą koszulę, która jeszcze bardziej podkreślała jego ciemną karnację, z nieco zdezorientowaną miną studiował wiszącą na ścianie, wielką elektroniczną tablicę przylotów. W jego postaci nie byłoby nic dziwnego ani ciekawego, gdyby nie fakt, że trzymał w ręce kartkę formatu A4 z wypisanym czarnym mazakiem imieniem – Isabelle.

– Widzisz? To twoje imię – zauważyła Marta. – Może to ktoś po nas od tego Jean-Pierre’a?

Iza pokręciła głową sceptycznie.

– E, nie sądzę. Niejednemu psu na imię Burek. Gdyby chodziło o mnie, wpisałby nazwisko.

– Wcale niekoniecznie – nie zgodziła się Marta. – Wiesz, jak to teraz jest z ochroną danych osobowych, tutaj pewnie mają na tym punkcie jeszcze większego bzika niż u nas. O, zobacz – ruchem głowy znów wskazała na mężczyznę z kartką, który, najwyraźniej znalazłszy na tablicy to, czego szukał, udał się prosto pod wyjście, którym przed chwilą opuściły halę bagażową. – Widzisz, gdzie idzie? Tam, skąd właśnie przyszłyśmy!

Iza zawahała się.

– No, fakt – przyznała z zastanowieniem. – Dobra, niech ci będzie, poczekajmy chwilę i zobaczmy, czy znajdzie tę swoją Isabelle. Jeśli nie, to zapytam go wprost, czy przypadkiem nie chodzi o mnie. Moim zdaniem, to tylko zbieg okoliczności, ale dla spokoju sumienia sprawdźmy to.

Cofnęły się zatem z walizkami nieco na bok, by nie tamować ruchu, i przystanęły pod jedną z przeszklonych ścian, dyskretnie obserwując mężczyznę, który, wpatrzony w wejście na halę bagażową, był teraz ustawiony do nich plecami. Zgodnie z przewidywaniem Izy, w następnej chwili zatrzymała się przy nim młoda kobieta w zielonej sukience, wskazując na trzymaną przez niego kartkę, i oboje wdali się w ożywioną rozmowę. Dziewczyny wymieniły znaczące spojrzenia.

– Faktycznie, miałaś rację – przyznała Marta. – Zbieg okoliczności, to nie po nas. A szkoda, bo typ jest mega przystojny – dodała, na co Iza popukała się wymownie palcem w czoło i obie parsknęły śmiechem. – No dobra, to gdzie teraz idziemy? Prowadź, co? Może faktycznie lepiej kogoś zapytać, którędy się wychodzi na te autobusy?

***

Pensjonat dla studentów i młodych pracujących, w którym Iza i Marta miały zarezerwowany pokój, mieścił się w starej kamienicy w jednej z uliczek niedaleko centrum Liège.

– Dziękuję – oznajmiła recepcjonistka, wręczając im dwa komplety kluczy wraz z dowodami osobistymi, z których spisała ich dane. – Mieszkanie numer czternaście, trzecie piętro. Nie ma windy, schody są tam – wskazała na drzwi w głębi. – Cisza nocna między dwudziestą drugą a szóstą.

– Tak jest, dziękujemy pani – skłoniła się Iza i obie z Martą udały się we wskazaną stronę, ciągnąc za sobą turkoczące kółkami walizki.

Tapage nocturne? – powtórzyła cicho słowa recepcjonistki Marta, kiedy znalazły się na przestronnej klatce schodowej. – Co to jest?

– Cisza nocna – wyjaśniła jej Iza. – Znaczy, ściślej, nocny hałas, ale chodzi o to samo. Że nie wolno hałasować między dwudziestą drugą a szóstą rano. Nocny hałas zabroniony.

– A, okej! – pokiwała głową, składając uchwyt walizki, by wnieść ją po schodach. – Nie wiedziałam, że to się tak mówi. Ty, to ma być trzecie piętro bez windy? No to będzie trochę taszczenia, co?

W istocie wejście z ciężkimi walizkami po wysokich schodach na trzecie piętro, które okazało się poddaszem z lekkim skosem, mocno dał się obu dziewczynom w kość, jednak kiedy otworzyły drzwi przydzielonego im mieszkania numer czternaście, obie wydały zgodny okrzyk zachwytu.

– Łał! – zawołała Marta, wchodząc do przestronnego pokoju z dwoma łóżkami i wielkim stołem na środku. – Ty to widzisz, Iza? Mamy całe mieszkanie dla siebie!

– Faktycznie – przyznała z zadowoleniem Iza. – Studio na poddaszu z własną kuchnią i łazienką. Luksus! A sądząc po cenie, myślałam, że to będzie tylko pokój w większym tłumie… ech, Jean-Pierre! – uśmiechnęła się ze wzruszeniem. – To przecież jego robota.

– Fajne masz te belgijskie znajomości – przyznała Marta, z impetem siadając na jednym z łóżek, a następnie wyciągając się na nim. – No! Mega wygodne wyrko! A to mi przypomina, jaka jestem śpiąca… aaa! – ziewnęła szeroko, nie zadając sobie trudu, by zasłonić usta. – Głodna zresztą też, ale bardziej śpiąca.

– Zostaw wyrko, potem się wyśpimy, lepiej chodź zobaczyć, jaki mamy widok! – przywołała ją Iza, która właśnie podeszła do okna. – A niech to, ale czad! Tam daleko widać nawet Mozę!

Marta posłusznie poderwała się z łóżka, podeszła i stanęła przy niej, wydając okrzyk zachwytu. Rzeczywiście, z poddasza wysokiej kamienicy, która znajdowała się na skraju wąskiej uliczki i od tej strony otoczona była nieco niższymi budynkami, można było podziwiać wspaniałą panoramę miasta z rzeką w tle. Pogoda była tu o wiele lepsza niż w Polsce, przez chmury chwilami przeświecało nawet słońce, dlatego widok na miasto był zaiste piękny.

– Super – podsumowała z satysfakcją Marta. – Czekaj, zobaczę teraz, co jest w kuchni. Aaa… słuchaj, mam przecież jeszcze te kanapki, co mama mi zrobiła! – przypomniała sobie w natchnieniu. – Chcesz jedną? Jakby tu się jeszcze dało zrobić coś do picia, nie musiałybyśmy schodzić i szukać obiadu.

– Da się – zapewniła ją Iza, podążając za nią do kuchni i zaglądając do kolejnych szafek. – Mam w walizce parę saszetek z herbatą i z miętą, wzięłam na rozruch, zanim zrobimy jakieś zakupy. Patrz, mamy tu czajnik i zaparzacz do kawy, dwa garnki, nawet jakaś patelnia jest… sztućce i talerze też.

– A tu jest kawa – oznajmiła Marta, otwierając jedną z szafek i wskazując na stojący tam wieki słój. – Tyle że ziarnista. Mamy młynek?

– Mamy – skinęła głową Iza. – O, tu stoi. Wprawdzie mały i wygląda jak solniczka, ale jest. Dobra, dawaj te kanapki! – zaordynowała energicznie. – Masz rację, zjemy, co mamy, napijemy się herbaty, prześpimy się ze dwie godzinki i dopiero wieczorem wyjdziemy na miasto. Ja też mam już dość, jak tak dobrze policzyć, to jesteśmy w podróży od ponad dziesięciu godzin!

***

Dziękuję, elfiku, cieszę się, że dotarłyście szczęśliwie. Ja niestety nadal zdycham, może po nocy będzie lepiej. Zadzwonię jednak jutro, dzisiaj nie dam rady. Trzymaj się i odpocznij po podróży. M.

Iza z westchnieniem odłożyła telefon na szafkę nocną, zerknęła na Martę, która wciąż twardo spała na łóżku, i znów zamknęła oczy, rozluźniając mięśnie. Trwający niespełna dwie godziny ale za to niezwykle głęboki i regenerujący sen przywrócił jej siły, jednak nie na tyle, by miała motywację do podniesienia się z wygodnego łóżka, mimo że zbliżała się już godzina dziewiętnasta.

Przed drzemką wysłała kilka smsów do siostry i przyjaciół, zapewniając, że obie z Martą dotarły już szczęśliwie do miejsca przeznaczenia i od większości otrzymała natychmiastowe odpowiedzi. Wyjątkiem był Majk, który odpowiedział z dużym opóźnieniem, kiedy już zmorzył ją sen, i którego wiadomość odebrała dopiero teraz, a także Ania, która do tej pory nie odpowiedziała wcale.

„Biedaku kochany” – pomyślała, wyobrażając sobie rozpalonego gorączką Majka leżącego w łóżku we wzburzonej pościeli w niebiesko-zielone mazaje. – „Lecz się, zdrowiej jak najprędzej… oby tylko ta gorączka nie przyniosła jakichś komplikacji!”

Myśl tę przerwało cichutkie brzęczenie telefonu, który zostawiła na najcichszym tonie wibracji, by nie przegapić żadnego przychodzącego połączenia. Poderwała się na łóżku i sięgnęła po aparat – na wyświetlaczu widniało imię Ani. Nie chcąc budzić Marty, usiadła na łóżku z zamiarem podniesienia się i wyjścia na rozmowę do kuchni, jednak w tym momencie Marta sama poruszyła się i otworzyła oczy, a zorientowawszy się w lot w sytuacji, dała jej energiczny znak ręką, że już nie śpi i że hałas nie będzie jej przeszkadzał. Iza skinęła jej więc porozumiewawczo głową i odebrała połączenie.

– Cześć, Izunia! – rozległ się po drugiej stronie wesoły głos Ani. – Przepraszam, że tak późno reaguję, cały dzień byliśmy na tej kurtuazyjnej wizycie u teściów i dopiero teraz znalazłam twojego smsa. Cieszę się, że już jesteście, jak udała się podróż?

– Hej, Aniu – uśmiechnęła się. – Podróż w porządku, było trochę opóźnień, ale ogólnie wszystko poszło zgodnie z planem. Jesteśmy już na miejscu, wprawdzie jeszcze nierozpakowane, ale już zdążyłyśmy się przespać. I właśnie! Podziękuj koniecznie od nas Jean-Pierre’owi za tę genialną lokację, którą nam załatwił!

– Jesteście zadowolone? – zapytała ciepło Ania.

– Zadowolone? To mało powiedziane, jesteśmy zachwycone! Całe studio dla nas, z własną kuchnią i łazienką, a do tego z takim cudownym widokiem na miasto, że aż dech zapiera… I to za taką preferencyjną cenę? Aż nie chce mi się wierzyć, że w takim miejscu płacimy tak mało, przecież to centrum miasta! Mam ciche podejrzenie, czy na pewno to tyle kosztuje i czy on nam tu czegoś nie podpłacił…

– Ach! – zaśmiała się Ania. – Co za podejrzliwość! Jeśli nawet, to ja nic o tym nie wiem, musiałby to zrobić za moimi plecami, a to raczej mało prawdopodobne. Ale kto wie? Jutro wyjaśnimy sobie to wszystko na obiedzie… bo będziecie u nas zgodnie z planem, prawda?

– Oczywiście, Aniu, będziemy bez pudła. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję za zaproszenie.

– To super, Izunia, już nie mogę się doczekać. Koło czternastej, hmm?

– Tak jest.

– Jean-Pierre podjedzie po was samochodem – zaznaczyła. – Dzisiaj niestety nie mogliśmy zgarnąć was z lotniska, za co jeszcze raz przepraszam, ale mam nadzieję, że Cédric stanął na wysokości zadania?

– Cédric? – zdziwiła się Iza. – Jaki Cédric?

– No jak to jaki? – teraz z kolei zdziwiła się Ania. – Nie odebrał was z lotniska? Przecież obiecał to Jean-Pierre’owi.

Przed oczami Izy natychmiast mignęła postać widzianego na lotnisku młodego mężczyzny dzierżącego w ręce kartkę z jej imieniem.

– Miał na was zaczekać w hali przylotów i odwieźć was na kwaterę – mówiła dalej z niepokojem Ania. – Co prawda dogadali to dopiero dzisiaj rano, a ja nie chciałam już do ciebie dzwonić, wiedziałam, że jesteś w samolocie i masz wyłączony telefon, ale miał mieć kartkę z twoim nazwiskiem, poza tym Jean-Pierre podał mu twój numer na wypadek, gdybyście się rozminęli. I co? – dodała z niezadowoleniem. – Nie przyjechał po was? Nie spotkaliście się na lotnisku?

– Nie – pokręciła głową Iza, patrząc ze zgrozą na Martę, która w międzyczasie wygrzebała się już spod kołdry i usiadła na łóżku. – Ale… poczekaj, Aniu. Jak wygląda ten Cédric?

– Zwyczajnie, szczupły, mniej więcej wzrostu Jean-Pierre’a, czarne, krótko ścięte włosy… nie wiem, jak ci go opisać, nie ma żadnych znaków szczególnych, no, może tylko wyjątkowo ładny uśmiech. Czemu pytasz, skoro go tam nie było?

– No właśnie obawiam się, że był – westchnęła Iza. – I chyba faktycznie się minęliśmy.

Opowiedziała jej scenę z lotniska, cały czas pozostając w kontakcie wzrokowym z Martą, która, słuchając jej relacji, najpierw otwarła szeroko oczy ze zdziwienia, a następnie zatkała sobie usta obiema dłońmi, by się nie roześmiać.

– Podeszła do niego jakaś dziewczyna, uznałyśmy, że to jest ta Isabelle z kartki, więc odpuściłyśmy i poszłyśmy szukać autobusów – wyjaśniała Ani Iza. – Czyli to jednak chodziło o mnie… a niech to!

– Nie napisał na kartce twojego nazwiska?

– Nie, było tylko imię. Isabelle.

– No to brawo dla Cédrica, pięknie się zorganizował! – prychnęła Ania. – I nawet nie zadzwonił do nas, żeby uprzedzić, że się z wami rozminął… Ale czekaj, Izunia, dalej nie rozumiem – dodała zdziwiona. – Przecież on miał do ciebie numer telefonu. Nie dzwonił?

– Nie, nikt do mnie nie dzwonił – odparła ostrożnie Iza. – Tylko że… wiesz co? Może to przez to, że zapomniałam od razu uruchomić telefon i włączyłam go dopiero w autobusie? A w takim razie to była tylko i wyłącznie moja wina.

– Nie twoja, no co ty, my też załatwiliśmy to w ostatniej chwili i już nie było jak cię powiadomić. Czyli i tak musiałyście się tłuc po mieście autobusem i same szukać adresu? Szkoda… Miał podwieźć was samochodem pod same drzwi kamienicy i pomóc wam wnieść bagaże, to by wam oszczędziło kolejnej godziny podróży i mnóstwo niepotrzebnego wysiłku. No, ale trudno – westchnęła. – Skoro się nie spotkaliście, to nic już z tym nie zrobimy, mleko się rozlało. Zaraz powiem Jean-Pierre’owi i on już sam to z nim wyjaśni, a ja… cóż, kochanie, mogę tylko wyrazić żal, że się nie udało, i ponowić najserdeczniejsze zaproszenie na jutro. Obiecuję, że tym razem już nie będzie takiej wtopy.

– No co ty, Aniu! – żachnęła się Iza. – Jakiej wtopy? Traktujecie nas po królewsku i jeszcze masz wyrzuty sumienia? Przecież jesteśmy zwykłymi studentkami, od razu zakładałyśmy, że pojedziemy autobusem, szkoda tylko chłopaka, że się na darmo fatygował. Żałuję teraz, że jednak go nie zaczepiłam, mogłam przecież zapytać, na jaką Isabelle czeka… Na drugi raz będę miała nauczkę.

Kiedy, umówiwszy się z Anią, że nazajutrz kwadrans przed czternastą Jean-Pierre podjedzie po nie osobiście pod samą kamienicę i zabierze na obiad do Bressoux, rozłączyła się i odłożyła telefon na szafkę, przez chwilę siedziały z Martą naprzeciw siebie na łóżkach, patrząc na siebie w milczeniu, po czym jak na komendę parsknęły śmiechem.

– A nie mówiłam? – pokiwała głową Marta. – Tym razem musisz przyznać, że wykazałam się o wiele lepszą intuicją niż ty. Od razu coś mi podpowiadało, że ten facet jest tam po nas, trzeba było poczekać jeszcze pięć minut i wszystko by się wyjaśniło.

– No wiem, wiem – przyznała ze skruchą Iza. – Nieźle dałam ciała, że go nie zagadnęłam, a potem jeszcze za późno włączyłam ten telefon. Ale co tam, Martuś, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… Dzięki temu przejechałyśmy przez całe miasto, pozwiedzałyśmy trochę i nauczyłyśmy się poruszać komunikacją miejską, a to nam się na pewno jeszcze nieraz przyda. A teraz nie siedź tak, tylko zbieraj się! – rzuciła rozkazująco. – Idziemy na miasto poszukać jakiegoś sklepu, jutro przecież niedziela, a my nie mamy nic w lodówce!

***

Samochód sunął ulicami Liège w promieniach słońca, które tego pogodnego ostatniego dnia lutego rozświetlało miasto, tworząc w nim iście wiosenną atmosferę. Wyglądało ono tak skrajnie inaczej niż ponury, zamglony Lublin i deszczowa Warszawa, jakie Iza i Marta opuszczały zaledwie wczoraj rano, że dziewczyny miały wrażenie, jakby znalazły się w zupełnie innym świecie.

– Wszystko już wyjaśnione – zapewnił Izę Jean-Pierre, który wprawnie i szybko prowadził auto przez zawiłe skrzyżowania i estakady. – Cédric spóźnił się kilka minut i zanim znalazł wyjście dla pasażerów waszego samolotu, połowa już się rozeszła, w tym i wy. Anne mówiła, że widziałyście go, ale nie podejrzewałyście, że przyszedł po was, zwłaszcza że napisał na kartce tylko twoje imię. Podałem mu co prawda też nazwisko, ale w końcu go nie zanotował, tym bardziej że kompletnie nie zna polskiej ortografii, więc zostało mu w pamięci tylko imię. Myślał, że to wystarczy… W sumie faktycznie wystarczyłoby, gdyby przyjechał na czas i mógł obserwować wszystkich wychodzących pasażerów. Opisałem mu, jak wyglądasz, powiedziałem, że będziesz z koleżanką, miał więc wszelkie dane, żeby cię rozpoznać. Przepraszam, Isabelle, to moje niedopatrzenie i efekt działania w pośpiechu.

– To ja przepraszam ciebie, Jean-Pierre – odparła lojalnie Iza. – Powinnam była podejść i zapytać go, czy nie chodzi o mnie, ale zasugerowałam się tym, że rozmawiał z jakąś inną dziewczyną. Błędnie założyłam, że to na nią czekał, i stąd to całe nieporozumienie. Wyszło na to, że niepotrzebnie fatygował się na lotnisko, stracił tylko przez nas mnóstwo czasu.

– E, nic mu nie będzie – machnął lekceważąco ręką Jean-Pierre. – Szkoda tylko że wy jechałyście z lotniska tak niekomfortowo. A wszystko przez ten pośpiech, niespodziewaną zmianę planów i fakt, że wczoraj od rana byliśmy w podróży… Ale sama rozumiesz – uśmiechnął się do niej znad kierownicy. – Nie mogliśmy nie przyjąć zaproszenia na uroczysty obiad od moich rodziców, którzy chcieli w ten sposób uczcić informację, że będą mieli wnuka. To byłby z naszej strony faux pas.

– Ach, jasne! – odwzajemniła mu uśmiech Iza. – To się rozumie samo przez się. Słyszałam, że będziecie mieć synka, moje wielkie gratulacje, Jean-Pierre.

– I moje – dodała siedząca z tyłu i przysłuchująca się rozmowie Marta.

– Dziękuję, dziewczyny – odparł ciepło Jean-Pierre, na którego twarzy pojawił się wyraz dumy i wzruszenia. – Jestem naprawdę szczęśliwy. Przede wszystkim cieszy nas, że dziecko jest zdrowe, ale nie ukrywam, że fakt, że to chłopiec, też jest dla mnie źródłem wielkiej radości. Dzięki temu będę miał okazję zobaczyć, jak to jest być ojcem i córki, i syna… Chociaż moja córka, jak wiesz, jest tym faktem o wiele mniej zachwycona niż ja.

Roześmiali się wszyscy.

– O tak, o tym też słyszałam – przyznała wesoło Iza. – Ale przecież znaleźliście na to receptę. Nawet do nas do Polski dotarły wieści o szeroko zakrojonej strategii kolczykowej.

– Owszem – skinął z rozbawieniem głową mężczyzna. – Z racji okoliczności nadzwyczajnych zgodziliśmy się na przekłucie uszu i to odniosło pewien efekt, chociaż nie wiem, czy słyszałaś o drugiej strategii, którą wymyśliła Anne i która chyba jest jeszcze skuteczniejsza… A nie, przecież nie mogłaś o niej słyszeć – machnął ręką. – To świeży pomysł, którego do Polski jeszcze nie puszczaliśmy.

– Jaki? – zaciekawiła się Iza.

– Taki, że pozwoliliśmy Antoinette wybrać imię dla brata – oznajmił Jean-Pierre.

– O! To mocny ruch – zauważyła zdziwiona. – Nie boicie się, że wybierze jakieś dziwaczne, które nie będzie się wam podobało? To przecież jeszcze mała dziewczynka.

– Zabezpieczyliśmy się przed tym – zapewnił ją spokojnie. – Powiedzieliśmy, że jeśli imię, które dla niego wymyśli, będzie się podobało też nam, to damy mu tak na pierwsze, natomiast jeśli nie, to tylko na drugie.

– I zgodziła się?

– Oczywiście. Ta możliwość bardzo ją zainteresowała, a do tego rozumie ograniczenie i warunek, jaki postawiliśmy, sama przyznała, że mama i tata też powinni mieć tu coś do gadania – zaśmiał się. – Wiadomo, trochę nas niepokoi, co wymyśli, ale liczymy, że to nie będzie nic nieakceptowalnego, a trzeba przyznać, że dzięki temu efekt, o który chodziło Anne, został osiągnięty.

– Efekt oswojenia Antoinette z myślą o braciszku? – uśmiechnęła się Iza.

– Mhm. Od razu jest lepiej, zaczyna się przyzwyczajać do myśli, że to nie będzie siostra, i powoli to akceptować. Mamy nadzieję, że do czasu, kiedy brat pojawi się na świecie, sytuacja będzie uregulowana.

– Zwłaszcza jak zobaczy go na własne oczy – dodała z przekonaniem Iza. – Jestem pewna, że wtedy sama dojdzie do wniosku, że nie zamieniałaby go na żadną siostrę. A powiedz mi, jak czuje się Anne?

– Znakomicie – zapewnił ją z uśmiechem. – Kipi energią jak zwykle, a nawet, powiedziałbym, jeszcze bardziej niż zwykle. Zresztą zaraz sama zobaczysz.

Rzeczywiście, będąca już w końcu szóstego miesiąca ciąży Ania wyglądała kwitnąco i buzowała niespożytą energią pomimo rosnącego, całkiem już dużego brzucha. Obie z Tosią przywitały gości z wielką radością, widać było, że bardzo na to czekały, w salonie bowiem stał już bogato nakryty do obiadu, udekorowany świeżymi storczykami stół, a na dywanie siedziały w rządku liczne maskotki dziewczynki, które – jak wyjaśniła z rozbawieniem Ania – miały wraz z nimi uczestniczyć w imprezie.

– Poznajesz, ciociu? – zawołała po polsku Tosia, wskazując na dwie mocno już sfatygowane maskotki usadzone na honorowych miejscach wśród innych.

– Oczywiście, że poznaję – uśmiechnęła się Iza. – Piesek Michel i kotka Isabelle. Zgubiła tylko swoją różową kokardkę, hmm? Pamiętam, że miała ją na szyi, a teraz nie ma.

– No… – zmieszała się Tosia, zerkając ma matkę. – To był wypadek. Ale może kupimy nową kokardkę, co, mamusiu? Ciocia Isabelle ma rację, ona powinna mieć kokardkę na szyi, bo jak nie, to nikt nie będzie wiedział, że jest dziewczynką.

– Ważne, że ty to wiesz, Antoinette – zauważył Jean-Pierre, również przechodząc na polski, co wyraźnie zaskoczyło Martę, która po raz pierwszy usłyszała go mówiącego w tym języku i spojrzała na niego z uznaniem. – Jak ktoś zapyta, możesz mu powiedzieć, zresztą nie sądzę, żeby ktoś się pomylił. Chłopaki raczej nie noszą imienia Isabelle.

Tosia roześmiała się perliście.

– Chłopak Isabelle! – wykrzyknęła rozbawiona. – Aha! Nie żartuj, tatusiu!

– Ale kokardka na szyję zawsze się przyda – zauważyła dyplomatycznie Iza. – A ponieważ kotka Isabelle to moja imienniczka, umówmy się, że ja ją dla niej kupię, dobrze? Przyniosę ją następnym razem, kiedy się zobaczymy, może tak być, Tosieńko?

– Taaak! – ucieszyła się Tosia, chwytając ją za rękę i podskakując wokół niej tak dziarsko, że Iza musiała się z nią obracać, śmiejąc się przy tym wraz z całym przyglądającym się im towarzystwem. – Dziękuję, ciociu! A zobacz! – dodała, zatrzymując się nagle i odgarniając włosy z lewego ucha. – Widzisz? Mam przekłute uszy!

– O! – udała zdziwienie Iza. – I to są twoje nowe kolczyki?

– Na razie to są takie pierwsze, zwykłe i brzydkie – wyjaśniła jej z powagą Tosia. – Muszę je trochę ponosić, żeby zrobiły mi się w uszach ładne, zdrowe dziurki. Ale jak już się zrobią, to będę mieć ładniejsze. Takie prawdziwe!

– Aha – uśmiechnęła się tajemniczo Iza. – Na pewno. I to może nawet niejedne?

– Będę mieć kolczyki! Prawdziwe kolczyki! – roztańczyła się znowu Tosia, łapiąc ją za rękę i znów okręcając się z nią wokół własnej osi. – Takie ładne! Najładniejsze!

– Hej, już! Wystarczy tego świrowania, Tośka! – ucięła zdecydowanym tonem Ania. – Puść ciocię, czas siadać do obiadu!

– Zapraszamy – uśmiechnął się Jean-Pierre, uprzejmym gestem wskazując Marcie, by zajęła miejsce przy stole.

***

– Jak to? Majk jest chory? – zaniepokoiła się Ania i uśmiech, który od samego początku spotkania ani na chwilę nie schodził jej z ust, teraz zbladł jak zdmuchnięta świeca. – Nic nie słyszałam… Mocno? Co mu jest?

– Grypa – wyjaśniła smutno Iza, dokładając sobie odrobinę sałatki i zachęcającym gestem przekazując salaterkę Marcie. – Zaraził się od ludzi z ekipy, dużo osób u nas choruje, wręcz można powiedzieć, że mamy w pracy małą epidemię. Dlatego musiał na kilka dni całkowicie zamknąć restaurację, żeby uchronić resztę. No i niestety sam też padł.

– Niedobrze – pokręcił głową również zmartwiony tą informacją Jean-Pierre. – Grypa potrafi być wredna, mam nadzieję, że Michel ma dobrą odporność.

Iza natychmiast przypomniała sobie zaczerwienione oczy i wymiętą twarz Majka podczas ostatniej sesji filozofii księżycowej sprzed tygodnia. Sprzed tygodnia… a jej zdawało się, jakby to było już ze sto lat temu! Tak czy inaczej te jego „noce zarwane do białego rana”, które skutkowały skrajnym przemęczeniem po pełnych dniówkach intensywnej pracy, raczej nie przyczyniły się do wzrostu odporności – i może to właśnie dlatego dał się pokonać wirusowi?

„Tylko nie obwiniaj za to jej” – upomniała samą siebie, wdzięczna Marcie, że spontanicznie włączyła się do rozmowy, opisując państwu Magnon sytuację grypową, jaka obecnie panowała w Lublinie. – „Jesteś niesprawiedliwa, Izabello, nawet nie próbuj myśleć w taką stronę.”

– Dlatego strasznie bałyśmy się z Izą, żeby nie zachorować przed samym wyjazdem – ciągnęła Marta. – Na szczęście udało nam się uchronić, na pewno trochę przez to, że bardzo na siebie uważałyśmy i faszerowałyśmy się witaminami, sokiem z cytryny i czym tam tylko się dało.

– No tak – pokiwała głową Ania. – Bardzo dobra strategia, Bogu dzięki, że się nie zaraziłyście. Ale martwi mnie ten Majk, Izunia… – spojrzała z niepokojem na Izę. – Jak on się czuje, rozmawiałaś z nim?

– Tak. Gadaliśmy przez telefon dzisiaj rano, wprawdzie krótko, ale cały czas jesteśmy też w kontakcie smsowym. Nadal ma wysoką gorączkę, dzisiaj już jest odrobinę lepiej, ale wczoraj i przedwczoraj męczył się strasznie. Miał prawie czterdzieści stopni i nawet nie miał siły zwlec się z łóżka do łazienki, a co dopiero dłużej porozmawiać.

– Masakra – pokręciła głową Ania. – Czterdzieści stopni? Co za jadowity wirus!

– Okropny – przyznała z westchnieniem Iza. – Inni, którzy chorowali przed nim, też mieli taką wysoką gorączkę, więc dzięki temu przynajmniej wiedzieliśmy, że to nic nadzwyczajnego, po prostu taki jest przebieg tej grypy. Na szczęście, jak mówię, dzisiaj już czuje się lepiej, rozmawialiśmy rano parę minut, nadal był bardzo słaby, ale już zaczynał sobie żartować – uśmiechnęła się lekko. – Więc chyba nie jest tak źle.

– Ech, wariat kochany… – Ania również uśmiechnęła się z sympatią. – No to Bogu dzięki, oby wyciągnął się z tego jak najszybciej i bez komplikacji. A powiedz mi, ma tam porządną opiekę?

– Tak, w piątek, jak tylko dowiedziałam się, że zachorował, natychmiast zadzwoniłam do Lodzi i poprosiłam, żeby się nim zajęli.

– Bardzo słusznie! – ucieszyła się Ania. – To był najlepszy możliwy pomysł, Iza! Niech Paweł dba o niego i koniecznie wozi mu tam jakieś pyszne żarcie, ja sama dzisiaj do niego zadzwonię i nakażę mu to z wysokości mojego siostrzanego autorytetu. Tylko niech podaje mu wałówkę przez drzwi – zastrzegła. – Bo jeszcze sami z Leą zarażą się tym świństwem, a mają przecież w domu Edzia.

– Tak, od tej strony wszystko jest ogarnięte, Aniu – zapewniła ją Iza. – Umówili się, że będą podjeżdżać i kłaść siatki z jedzeniem na wycieraczce, kontaktują się z nim wyłącznie przez telefon. Majk mówi, że ma już prowiantu na dwa tygodnie do przodu, bo przez ból gardła niewiele może przełknąć… i to jest jedyne, co mnie trochę martwi – zaznaczyła. – To, że nie ma kto go przypilnować, żeby faktycznie coś zjadł, a nie można od nikogo wymagać, żeby wchodził tam i narażał się na wirusa. Ale z drugiej strony wiadomo, że w chorobie nie ma się apetytu, zwłaszcza jak gardło boli, a jego podobno boli dość mocno… na szczęście nie tak jak wtedy, jesienią, kiedy miał zapalenie oskrzeli, ale jednak boli, więc nic dziwnego, że nie ma ochoty na jedzenie. W każdym razie zapewnił mnie, że trochę je, a na pewno nie głoduje.

– To dobrze – pokiwała głową Ania. – Masz rację, brak apetytu to normalna rzecz przy takiej grypie, najwyżej trochę schudnie, a stracone kilogramy nadrobi, jak wyciągnie się z choroby. Byle miał na bieżąco wszystko, czego akurat mu potrzeba, w takich podbramkowych sytuacjach potrzebne jest wsparcie rodziny, a on w Lublinie rodziny nie ma już żadnej, może liczyć tylko na przyjaciół… Chociaż z drugiej strony Lea i Paweł są dla niego jak rodzina – uśmiechnęła się. – Naprawdę świetna intuicja, Iza, że zadzwoniłaś właśnie do nich, bardzo ci za to dziękuję.

Iza odwzajemniła jej tylko uśmiech, pochylając się nad talerzem z pyszną potrawką z króliczego mięsa z warzywami. Nie chciała pokazać po sobie emocji, jakie budził w jej sercu temat Majka – uprzedzony i z góry nastawiony na tę rozmowę komandos dzielnie czuwał na posterunku i dbał o to, by jej relacja z frontu brzmiała w pełni neutralnie i profesjonalnie, jak zwyczajny raport zaufanej przyjaciółki i współpracownicy, prawej ręki w firmie.

– Mówisz, że zamknął lokal na parę dni? – podjęła z nutą zdziwienia Ania. – To zupełnie do niego niepodobne, więc faktycznie to musi być podbramkowa sytuacja… ale miał rację. Cieszę się, że raz w życiu podjął taką racjonalną decyzję, widzę, że rozsądek wreszcie zaczyna u niego brać górę nad pracoholizmem.

– Czterdzieści stopni gorączki raczej dość skutecznie wybija z głowy pracoholizm – zauważył Jean-Pierre, podając serwetkę umazanej sosem córce. – Antoinette, masz, wytrzyj usta. Bo jeszcze poplamisz sobie sukienkę.

Tosia, która, jedząc, przysłuchiwała się rozmowie z naburmuszoną minką, posłusznie wykonała polecenie ojca, wycierając ubrudzoną buzię, po czym stanowczym gestem oddała mu brudną serwetkę.

– Ja nie chcę, żeby wujek Majk był chory – oznajmiła z niezadowoleniem. – I żeby miał gorączkę. Jak się ma gorączkę, to głowa bardzo boli, ja też kiedyś tak miałam – wyjaśniła siedzącej obok niej Marcie. – A ja wujka Majka bardzo kocham i chcę, żeby zawsze był zdrowy i żeby nic go nie bolało… i żeby nie płakał, tylko się śmiał, bo ja to bardzo lubię!

Zebrani przy stole dorośli skwitowali to pełnym sympatii śmiechem, a Jean-Pierre pogłaskał dziewczynkę po włosach.

– Nie bój się, wujek Majk szybko wyzdrowieje – zapewniła ją spokojnie Ania. – Sama widzisz, każdy czasem musi pochorować, nie tylko dzieci, dorośli też. A on na pewno nie płacze, nawet jak go boli, słyszałaś przecież, co powiedziała ciocia Isabelle? Jest słaby od choroby, ale i tak sobie żartuje i ma dobry humor.

„Że dobry, to nie powiedziałam” – pomyślała Iza, wspominając poranną rozmowę telefoniczną z Majkiem. – „Raczej czarny, a chwilami wręcz wisielczy… Żarty a dobry humor to przecież nie to samo.”

– Wujek Michel jest dzielny i niepokonany – dodał z sympatią Jean-Pierre. – I na pewno szybko poradzi sobie z chorobą. Przekaż mu od nas życzenia szybkiego powrotu do zdrowia, Isabelle.

– E tam, przekaż! – zaprotestowała Ania. – Nic nie przekazuj, Iza, ja sama do niego zadzwonię i podpytam, co i jak. Znam tego cwaniaka na wylot, przede mną nic nie ukryje i nie ściemni, mowy nie ma! Ale to dopiero jutro – zaznaczyła. – Poczekam, aż trochę lepiej się poczuje, miejmy nadzieję, że w ciągu następnej doby zejdzie mu już ta gorączka. No dobrze, dziewczyny, zostawmy już te tematy chorobowe i opowiadajcie mi teraz, jak minęła wam podróż… pomijając oczywiście tę wpadkę dyplomatyczną w wykonaniu Cédrica – tu spojrzała znacząco na męża, który tylko rozłożył ręce w geście bezradności. – I przede wszystkim mówcie, jak wam się mieszka na tym strychu, rozgościłyście się już?

***

– Super rodzinka, genialni ludzie – przyznała Marta, kiedy po powrocie do domu obie z Izą szykowały się do snu. – Czekaj, zamknę już to okno, wystarczająco się wywietrzyło, nie? Jeszcze w nocy zrobi nam się zimno.

– Aha, zamknij – skinęła głową Iza, wsuwając się pod kołdrę i sięgając do wyłącznika lampki nocnej. – I szybko zmiataj do wyrka, bo wyłączam światło!

– Dobra, już!

Lampka zgasła, jednak w pomieszczeniu nie zapadła całkowita ciemność, gdyż, choć zasłony na oknie były zaciągnięte, i tak przeświecała przez nie jasna łuna nocnych świateł miasta. W pokoju przez chwilę słychać było tylko szelest świeżej, pachnącej lawendą pościeli, kiedy dziewczyny układały się jak najwygodniej na swoich łóżkach i otulały kołdrami.

– Ale powiem ci, że piękne przywiozłaś te kolczyki dla małej – odezwała się Marta. – Sama bym chciała takie mieć, nie dziwię się, że Tosia aż siadła z zachwytu. Ogólnie to te wszystkie trzy pary łącznie musiały kosztować niebanalną kasę.

– Owszem – przyznała Iza. – Ale normalka, skoro to była współpraca kilku ofiarodawców, nie? Bardzo się cieszę, że podobały się Tosieńce, zwłaszcza że wszystko kupowaliśmy w ostatniej chwili, na spontana… Aaa! – ziewnęła przeciągle. – Ależ mi się chce spać… Chyba mam jeszcze tyły z wczoraj.

– Ja też – przyznała Marta, odpowiadając jej podobnym ziewnięciem. – A jutro trzeba będzie przecież wcześnie wstać, najpóźniej wpół do siódmej… Nie wiesz, czy to miejsce, gdzie mamy mieć staż, jest daleko stąd?

– Blisko – odparła Iza. – Dosłownie kilka przecznic dalej, sprawdzałam, spokojnie będziemy dochodzić na piechotę. Dzięki temu będziemy miały dużo czasu na poranną kawę, to ogromny codzienny zysk.

– Super – ucieszyła się Marta. – Jean-Pierre załatwił nam genialną kwaterę… znaczy nie nam, tylko tobie – poprawiła się. – Ja tylko na tym korzystam jako pasażer na gapę. Serio, Iza, masz tu mega znajomości… Dobrze załapałam, że ta Ania to rodzona siostra męża Lodzi, a on jest najlepszym przyjacielem twojego szefa z Anabelli? Czy coś pokręciłam?

– Załapałaś doskonale – zapewniła ją Iza. – Dodam, że mój szef jest ojcem chrzestnym synka Lodzi i Pabla, a Ania jego chrzestną.

– Ach… rozumiem. Cała sieć rodzinnych powiązań, a w tym wszystkim też ty. Musiałaś nieźle się z nimi zakumplować, skoro i ciebie traktują jak rodzinę. To głównie dzięki Lodzi, nie?

– Mhm – uśmiechnęła się w ciemnościach Iza, przymykając oczy, pod którymi natychmiast wyświetliła jej się twarz Majka. – Głównie dzięki Lodzi.

– Chociaż na pewno nie bez znaczenia jest też to, że pracujesz w Anabelli – mówiła dalej Marta. – Tego Majka, jak widzę, wszyscy uwielbiają, nie tylko w Polsce, tutaj też. W sumie nie dziwię się, mega fajny facet… wręcz dziwi mnie co innego. To prawda, co powiedziała Ania, że on nie ma żadnej rodziny i może liczyć tylko na przyjaciół?

– Nie do końca – sprostowała spokojnie. – Rodzinę ma, jak najbardziej, oboje jego rodzice żyją i są w świetnej formie, tylko nie mieszkają już w Lublinie, jakiś czas temu wyprowadzili się na Podkarpacie. Ma też babcię, która mieszkała tu jeszcze do niedawna, ale kiedy poważnie zachorowała, rodzice Majka musieli ściągnąć ją do siebie, żeby mieć ją pod stałą opieką. Mam przy tym nadzieję, że ona jeszcze wróci do Lublina… Ma tu mieszkanie, grób zmarłego męża, którego bardzo kochała, przyjaciółkę… więc może zdecyduje się wrócić, jak lepiej się poczuje.

Mówiąc te słowa, przypomniała sobie o pani Rozalii, do której dawno się nie odzywała. Czy nie powinna tego nadrobić? Obiecała przecież pani Irenie…

– Ty ją znasz? – zdziwiła się Marta.

– Aha. Śmieszna historia, bo poznałam ją zupełnie niezależnie, pod moim kościołem na Bernardyńskiej, do którego przyszła razem z przyjaciółką. Tę przyjaciółkę znałam wcześniej, więc zgadałyśmy się w naturalny sposób. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, kim jest i że świat jest taki mały.

„Nie wiedziałam też, do kogo należy seledynowa koszula nocna, w której czasem spałam” – dokończyła w myśli. – „A to połączyło nas najsilniejszą metafizyczną nicią, jaką można sobie wyobrazić, chociaż pani Irenka nadal o tym nie wie…”

– Hmm… no to nieźle cię wciągnęło w tę sieć koligacji – przyznała w zamyśleniu Marta. – I tak sobie myślę… albo nie, innym razem ci powiem, jeszcze palnę coś głupiego. W każdym razie po dzisiejszej królewskiej imprezie u Ani i Jean-Pierre’a trochę przestaję się dziwić, dlaczego tak się upierasz przy tej pracy w knajpie. To jest jak rodzinny interes, a ty jesteś w nim ważną personą, nawet jeśli ta rodzina jest nie z krwi, tylko z przyjaźni. W sumie każdy z was ma inne nazwisko, nie? A mimo to jesteście sobie bliscy jak rodzina.

– Nie rozpędzaj się tak, Martuś – pokręciła głową Iza, mile połechtana tymi słowami. – Z tą rodziną to zbyt szumne słowa, zwłaszcza w moim przypadku, bardziej chodzi o grono bliskich przyjaciół. Ale tak ogólnie masz rację… Kiedy pracuje się w takim środowisku i w takiej atmosferze, trudno nie zaangażować się jak w firmę rodzinną, chociaż ja u Majka jestem zwykłym pracownikiem.

– No, takim całkiem zwykłym to chyba nie – zauważyła z lekkim przekąsem Marta. – Jesteś jego zastępczynią, wielką szychą w zespole.

– Po prostu pełnię swoje obowiązki najlepiej, jak umiem – wyjaśniła skromnie. – I rzeczywiście doczekałam się uznania od szefa… ale to nie zmienia faktu, że w jego firmie nie mam żadnych udziałów i jestem tam zatrudniona na zwykłej umowie o pracę.

– No tak, w tym sensie tak, jasne – zgodziła się Marta. – Ale jednak jesteś z nim w bardzo bliskich relacjach pozazawodowych, to było dzisiaj świetnie widać, jak rozmawiałaś o nim z Anią i Jean-Pierrem. Znasz go na wylot, wiesz wszystko o jego rodzinie, teraz też o chorobie, dzwonicie do siebie co chwila… Czyli ten telefon dzisiaj rano w kuchni to też był on? – przypomniała sobie. – Nie dopytywałam cię, bo nie moja sprawa, ale wiedziałam, że to ktoś, kogo świetnie znasz. To było słychać po samym tonie głosu.

Zadowolona z faktu, że leżą w ciemnościach i Marta nie może widzieć jej twarzy, Iza słuchała, odbezpieczając ostrożnie broń komandosa.

– No? I co z tego wywiedziesz? – zapytała kpiąco.

– Nie, nic – odparła szybko Marta. – Tak sobie tylko dywaguję, bo to mnie zaciekawiło. Tosia też uwielbia Majka, bez przerwy go wspomina, a kolczyki, które jej kupił, wybrała do noszenia jako pierwsze, kiedy już będzie mogła zdjąć te ze stali chirurgicznej. To też coś znaczy.

– No… te kolczyki od Majka to taka trochę ściema – zauważyła wesoło Iza. – Bo tak naprawdę… tylko niech ci nie wpadnie do głowy powtórzyć to Tosi, okej?… tak naprawdę to ja je wybierałam. On nie mógł, bo już był chory, więc zlecił mi to zadanie i udajemy, że to on je kupił. Bardzo mu na tym zależało, Tosia to jego princesse – uśmiechnęła się. – A on od małego jest jej ulubionym wujkiem.

– Hmm – mruknęła Marta. – To widać. Musi mieć mega podejście do dzieci, aż dziwne, że nie chce mieć własnych. A skoro ty wszystko o nim wiesz, to może i to, dlaczego się nie ożenił? – w jej głosie zabrzmiała nuta ciekawości. – Przecież na pewno nie z braku kandydatek.

Iza zagryzła wargi.

– Wszystko przed nim – odparła spokojnie. – W naszym przyjacielskim gronie nie spisujemy go jeszcze na straty, ma dopiero trzydzieści pięć lat.

– No tak, prawda – zreflektowała się Marta. – Na faceta to jeszcze nie jest za późno, na nikogo zresztą… ale dobra, nie wnikam, w sumie nie moja sprawa, tak tylko zapytałam z ciekawości. A wracając do Tosi – zmieniła pośpiesznie temat – to uśmiałam się niebanalnie z tej akcji z braciszkiem. A zwłaszcza z tego, jak wykiwała rodziców z wyborem imienia. Myślisz, że pęknie i powie im wcześniej?

– Nie wiem – uśmiechnęła się Iza, wspominając dzisiejsze uroczyste oświadczenie Tosi, że już wie, jakie imię chce nadać bratu, ale że powie rodzicom dopiero, kiedy mały się urodzi. – Ja bym na jej miejscu długo nie wytrzymała, ale kto wie? Może tylko tak się drażni z rodzicami, żeby więcej ugrać? To jest mała, sprytna bestyjka, widziałaś na pewno po oczkach, hmm? Edzio, jej mały kuzynek, ma takie same, oboje to niezłe ziółka, a on jest w tym jeszcze lepszy, chociaż młodszy. Ja sama też jestem ciekawa, jakie imię wymyśliła, ale cóż… wszyscy musimy zdać się na łaskę i niełaskę princesse.

Parsknęły śmiechem i w pokoju zapadła cisza.

– No dobra, Martuś, śpijmy już – zaordynowała Iza, przekręcając się na boki i otulając ściślej kołdrą. – Dosyć gadania na dzisiaj, bo jutro zaśpimy, a mamy przed sobą naprawdę ciężki dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *