Anabella – Rozdział CCXLII
– Rozumiem cię doskonale, elfiku – pokiwał głową Majk, kiedy po obiedzie i wstawieniu naczyń do zmywarki znów zasiedli na wersalce w salonie Izy, by kontynuować rozmowę. – W kwestii tej przesuniętej odpowiedzialności całkowicie zgadzam się z twoją siostrą, ale rozumiem też twój punkt widzenia, zwłaszcza to wyczulenie na odpały Miśka i solidarność z jego, jak to nazwałaś, ofiarami. To się, moim zdaniem, psychologicznie uzasadnia, chociaż mam nadzieję, że za jakiś czas uodpornisz się i na to… Swoją drogą tę Alinę też uważasz za jego potencjalną ofiarę? – zerknął na nią z lekkim rozbawieniem.
– Niestety tak – odparła stanowczo Iza. – Potencjalną czy nawet już realną, bo to, jak ona wczoraj się zachowywała, było dla mnie szokiem. W listopadzie na weselu Kini i Andrzeja wydawała mi się zupełnie inną dziewczyną, taką pogodną, otwartą, zadowoloną z życia… a wczoraj prawie jej nie poznałam. Trudno uwierzyć, jak w kilka miesięcy związek z Miśkiem zrył jej psychę, w każdym razie różnica jest ogromna. Wyglądała dosłownie jak rozjechana walcem.
– Mhm, widziałem – przyznał. – Obie wyglądałyście na rozjechane, ale ona zdecydowanie bardziej niż ty.
– Bo u mnie to była tylko chwilowa reakcja, a ona tym żyje naprawdę. Nie wiem, jakie są relacje między nimi, nie obchodzi mnie to, ale na pewno tak nie powinna wyglądać i zachowywać się osoba, która niebawem wychodzi szczęśliwie za mąż. Oczywiście nie wykluczam, że Ali się myli, że dopadła ją tylko jakaś obsesyjna, bezpodstawna zazdrość, a Misiek jest tym razem niewinny, ale jeśli już, to jednak z naciskiem na tym razem. Za dobrze go znam, żeby mieć co do tego złudzenia.
– Mhm. Kapuję.
– A wracając do mojego subiektywnego poczucia społecznej odpowiedzialności za jego wybryki – ciągnęła – to i ja mam nadzieję, że to mi z czasem minie. Na razie, jak by na to nie spojrzeć, to jest wszystko jeszcze bardzo świeże. Czy ta eksplikacja satysfakcjonuje mojego starszego brata i możemy już zmienić temat? – spojrzała na niego prosząco. – Naprawdę szkoda mi na to czasu, wolałabym pogadać o czymkolwiek innym, chociażby o tym coup de foudre w ujęciu filozoficznym.
Majk uśmiechnął się.
– Tak jest, kochanie. Starszy brat przyjmuje twoje wyjaśnienia i grzecznie schodzi z tematu. Wybacz, że znowu do tego wróciłem, może jestem uprzedzony, ale chyba nikt na świecie nie działa mi na nerwy bardziej niż twój Misiek.
– Na szczęście już nie mój – skrzywiła się z niesmakiem Iza. – Wypraszam sobie. A co do działania na nerwy, to patrz, jaki ciekawy zbieg okoliczności… dziwnym trafem mam dokładnie to samo.
Majk parsknął śmiechem i objął ją ramieniem.
– No dobrze, nie gniewaj się, elfiku – odparł pojednawczym tonem. – Musiałem cię o niego dopytać, bo to mnie dręczyło, poza tym od tego poniekąd zależy dalsza część naszego podsumowania terapii. Skoro mówisz, że ona jest jednak zakończona, a reperkusje pomiśkowe ograniczają się tylko do tych punktów, które wymieniłaś, to muszę ci wierzyć i liczyć na to, że po cichu nie robisz starszego brata w balona.
Iza pokręciła głową z rozbawieniem.
– Nie robię, Michasiu. Jeśli o to chodzi, mogę ci przysiąc, na co tylko chcesz.
– Nie musisz, wierzę ci. Owszem, przyznaję, że trochę zbiłaś mnie z tropu, ale w pozytywnym sensie, wyszło na to, że jestem frustratem i tyle, co zresztą bardzo mnie cieszy. W każdym razie masz rację, zostawmy już to i pogadajmy o coup de foudre. To się zresztą wiąże z dwiema innymi sprawami, o których i tak chciałem dzisiaj z tobą porozmawiać, mianowicie ze złudzeniami i z czasem. Wprawdzie to ostatnie tłukliśmy filozoficznie już nieraz, ale zwykle a propos mnie, a nie ciebie, dlatego dzisiaj chciałbym popatrzeć na to tylko pod twoim kątem.
– Okej – westchnęła z rezygnacją Iza. – Chociaż ja bym wolała pogadać ogólnie, a nie ciągle tylko o mnie.
– Ogólnie też będzie – zapewnił ją Majk. – Tego w dyskusji filozoficznej i tak nie da się uniknąć, ale dzisiaj chcę jednak skupić się głównie na tobie. W piątek, kiedy będzie moje pasmo i zacznę opowiadać ci moje ostatnie przygody – uśmiechnął się lekko – to pewnie na nic innego nie starczy nam czasu, a na paru wątkach dotyczących ciebie bardzo mi zależy. Chciałbym obgadać je, zanim wyjedziesz do Liège i zostanie nam tylko telefon, czyli środek komunikacji, za którym, jak wiesz, nie przepadam. A swoją drogą – przesunął sobie dłonią po czole i oczach, po czym zakrył nią usta, by ziewnąć lekko – ta wczorajsza zarwana noc zaczyna nieźle dawać mi w kość, dlatego, skoro zakończyliśmy ciężki temat Miśka, miałbym teraz ochotę na poobiednie rozluźnienie protokołu i chwilę przyjemności, której do tej pory świadomie i celowo sobie odmawiałem. Hmm? – znaczącym ruchem podbródka wskazał na jej kolana. – Mogę?
„Jednak!” – mignęło w głowie Izy, a fala radości i ulgi zalała jej serce.
– Jasne, kładź się! – odparła żywo, podrywając się z miejsca, by przesunąć się na brzeg wersalki. – Tylko siądę trochę bardziej z boku, żebyś miał gdzie położyć nogi… o tak. Zapraszam, szefie. A może chcesz poduszkę?
– Nie, absolutnie – zaprotestował Majk, natychmiast chętnie wyciągając się jak długi na łóżku i moszcząc wygodnie głowę na jej kolanach. – Żadnych poduszek, to by mi zaburzyło pobór księżycowej energii i tankowanie paliwa na stacji Dobra Wróżka. Precz z poduszkami. Tylko tak, Izula… tylko tak – szepnął, przytulając policzek do jej brzucha i przymykając z błogością oczy. – Nie chcę ani trochę inaczej. Ale dokończ dzieła, hmm?… Proszę.
Iza z uśmiechem i sercem przepełnionym wzruszeniem wsunęła obie dłonie w jego włosy.
– Mmm – zamruczał zadowolony. – I to jest to… Na początku nie chciałem, bo musiałem priorytetowo pogadać z tobą o Miśku, a bałem się, że jak się tak położę, to natychmiast odjadę i nici będą z rozmowy. Ale teraz już sobie nie podaruję… uzależnienie to uzależnienie, można z tym walczyć, ale tylko przez chwilę, a potem trzeba się poddać. Ja się poddaję. Biała flaga, jak mówi Pablo. Rozwala mnie czasem swoim nieogarnięciem, ale ogólnie dobry z niego chłopak, super kumpel. O tak… jak ja to uwielbiam, elfiku… – przylgnął ściślej głową do jej dłoni, wciąż nie otwierając oczu. – Tłumaczyłem frajerowi, dlaczego na razie nie mogę pójść va banque i chyba mnie zrozumiał, chociaż bez względu na wszystko rekomenduje mi więcej odwagi. Ha, łatwo mu mówić… odwaga! Najważniejszy jest bilans zysków i strat, a nie jakaś tam odwaga czy inne męstwo… Ale dobra, o tym pogadamy w piątek – przerwał sam sobie. – Teraz mów ty. O tobie i o coup de foudre.
– Wolałabym w ujęciu filozoficznym – odparła Iza, przesiewając czule przez palce kosmyki jego włosów. – Bo ja i coup de foudre to nie jest dobry zestaw.
– Dlaczego nie?
– Bo nie – wzruszyła ramionami. – Po prostu nie jestem z tych, którzy potrafią zakochać się w kimś od pierwszego wejrzenia. Nigdy mi się to nie zdarzyło i myślę, że nigdy się nie zdarzy, dlatego ta twoja prognoza o coup de foudre w Belgii… nie tylko twoja zresztą, słyszałam to też od paru innych osób… nie ma szans powodzenia.
– No, tego akurat nie możesz być pewna – zauważył przekornie Majk. – Coup de foudre ma to do siebie, że dopada ludzi znienacka i powala na glebę bez ostrzeżenia, zanim zdążą wyciągnąć bagnet. Właśnie na tym to polega, elfiku. Pablo też kiedyś myślał, że jest odporny, pamiętam, jak przechwalał się, jaki to z niego mocno stąpający po ziemi racjonalista, że koło romantyków to on co najwyżej siedział na sąsiednim krześle, a sam jest nieprzemakalny. I co? Wystarczyło, że pewna mała gwiazdeczka wpakowała go raz do schowka na szczotki pod schodami i nie było zmiłuj. Poszedł w jasyr w ciągu pięciu minut.
Oboje parsknęli śmiechem.
– No tak – przyznała ciepło Iza. – Lodzia i Pablo to w ogóle historia jak z bajki, aż trudno uwierzyć, że w realnym świecie takie się zdarzają. Oni zresztą zawsze byli dla mnie najlepszym przykładem na to, że coup de foudre nie tylko istnieje, ale ma przed sobą przyszłość, w tym sensie, że faktycznie okazuje się wyborem na całe życie. Bo przecież nie zawsze tak jest.
– Nie zawsze – przyznał Majk. – Ale zdarza się częściej, niż się wydaje, elfiku. Pablo to przykład wyjątkowo spektakularny, chociaż gdybyś zobaczyła swego czasu jego siostrę, kiedy poznała Jean-Pierre’a… Trudno uwierzyć, jeśli nie widziało się tego na własne oczy, ale zapewniam cię, że tam iskry też tryskały jak fontanny To chyba u Lewickich rodzinne – uśmiechnął się. – Oboje padli słodkimi ofiarami coup de foudre i zauważ, że oboje świetnie na tym wyszli.
– To prawda. Oboje tworzą piękne, szczęśliwe rodziny i mam nadzieję, że w tym szczęściu przejdą całe wspólne życie. Bardzo im tego życzę.
– Ja też. Lubisz Pabla?
– Słucham? – zdziwiła się. – Oczywiście, że tak. Bardzo go lubię i bardzo szanuję, jego zresztą nie da się nie lubić. Dlaczego pytasz?
– Pytam, bo on też bardzo cię lubi – wyjaśnił Majk – a od czasów przebojów z Bastkiem w roli głównej jest twoim zagorzałym fanem. Twój fanklub rozrasta się w kosmicznym tempie, zwłaszcza w męskiej części, chociaż oczywiście nie tylko. Sam Bastek już dawno do niego należy, wczoraj na stałe dołączył do niego nasz naczelny ślimakożerca Wojtek, a co będzie dalej, to aż strach pomyśleć.
– Bardzo śmieszne – skrzywiła się Iza.
– Mówię serio, elfiku – zapewnił ją, otwierając oczy i patrząc na nią do góry. – Wybacz dygresję, ale muszę to powiedzieć, pośrednio w kontekście coup de foudre, ale też filozofii życiowej. Gadałem trochę z Pablem o tobie i to, w jaki sposób on cię postrzega, jest całkowicie zgodne z tym, jak postrzegam cię ja, mimo że do naszych wniosków doszliśmy innymi drogami i siłą rzeczy mamy inny punkt widzenia. Ale w fundamentalnych kwestiach zgadzamy się na sto procent. Wiesz, jak cię nazwał ten frajer?
– Jak? – zapytała cicho, w duchu nieco zdziwiona, że rozmawiali explicite o niej, aczkolwiek sympatię ze strony Pabla czuła od dawna i to akurat wcale jej nie dziwiło.
– Przeźroczystym aniołem – uśmiechnął się Majk, znów z błogością przymykając oczy pod dotykiem jej palców na włosach i czole. – Jak pan mecenas jest twardym prawnikiem, który umie gadać paragrafami, tak ta poetycka metafora cholernie mu się udała, muszę mu to przyznać. Spodobała mi się, bo ma kilka wymiarów, a przede wszystkim świetnie oddaje twoją naturę. Przeźroczystość to twoja cecha, elfiku, przy czym obaj zgadzamy się, że tu nie chodzi tylko o wymiar metafizyczny… ech! – pokręcił z rozbawieniem głową, lecz tylko lekko, nieznacznie, tak, by nie przeszkadzać jej w gładzeniu go po włosach. – Nie sądziłem, że akurat od niego usłyszę takie trafne przemyślenia, ale jak widać, nie doceniłem go, i to zresztą już nie pierwszy raz. Kiedyś opowiem ci to dokładniej, wyliczę ci wszystkie aspekty tej jego metafory, ale dzisiaj powiem tylko jedno. Prawdziwe anioły są przeźroczyste, nigdy nie narzucają swojej obecności i między innymi właśnie dlatego człowiek czuje się przy nich spokojny, bezpieczny… szczęśliwy… czasem świadomie, czasem podświadomie, a czasem zupełnie nieświadomie, zależy od okoliczności. W każdym razie w twoim przypadku to się sprawdza w stu procentach. Kropka, koniec dygresji – podsumował lekkim tonem. – Mów dalej o coup de foudre.
– Nie pamiętam już, na czym skończyłam – odparła z namysłem Iza. – Chyba na tym, że Pablo i Lodzia są najlepszym przykładem na trwałość takiego uczucia, ale chciałam dodać, że znam też wiele przykładów, gdzie ono się rozwijało o wiele dłużej i z początku wcale nie było ewidentne. A ja sama identyfikuję się raczej z tą drugą grupą.
– Mhm. Wiem. Ta druga grupa to maratończycy, jak wiesz, ja też do nich należę. Ale mimo wszystko nie możesz wykluczyć, że kiedyś dopadnie cię coup de foudre.
– Nie dopadnie – pokręciła głową stanowczo.
– Skąd wiesz? – wzruszył lekko ramionami, nie otwierając oczu. – Cytując Pabla, dzisiaj już po raz nie wiem który, ale frajer ma naprawdę trafne spostrzeżenia, a retorycznie od zawsze ciężko mu było skoczyć… no więc, cytując Pabla, serce nie znosi pustki. Kiedy ma się je wolne, wszystko może się zdarzyć.
„Kiedy ma się je wolne” – powtórzyła w myśli Iza, delikatnie przesiewając przez palce kosmyki jego włosów. – „A w moim przypadku tak nie jest, promyczku… szkoda tylko, że nie mogę ci tego powiedzieć.”
– Nie do końca – odparła spokojnie. – Żeby zadziałał coup de foudre, ono nie tylko musi być wolne, jest jeszcze drugi warunek. Musi być w pełnej dyspozycji.
Majk otworzył oczy i spojrzał na nią czujnie, choć widać było, że powieki same mu opadają ze zmęczenia i niewyspania.
– W dyspozycji?
– Aha. W sensie otwarte – wyjaśniła. – A moje takie nie jest.
Przyglądał jej się chwilę w milczeniu, po czym znów przymknął powieki i przytulił mocniej policzek do jej brzucha.
– Hmm – mruknął. – No tak. Wiadomo, że po Miśku nadal potrzebujesz czasu, wiem o tym i sam ci to bez przerwy powtarzam. Ale ta dyspozycja może przyjść z dnia na dzień, ani się obejrzysz, nagle spotkasz jakiegoś Jean-Pierre’a i pozamiatane.
– Nie – szepnęła. – Nie spotkam.
– Skąd taka pewność? – upierał się. – A jak spotkasz?
– To ci o tym powiem i wtedy uczciwie przyznam ci, że miałeś rację. Ale dopiero wtedy – podkreśliła. – Nie wiem, dlaczego koniecznie chcesz mi to wmówić, tak samo jak wcześniej próbowałeś mi wmówić, że nadal mam coś do Miśka. Domyślam się, że to wynika z troski starszego brata o młodszą siostrę i jestem ci za to wdzięczna, ale pozwól, że niczego nie będę ci udowadniać. Zresztą nawet nie mam jak. Po prostu zostanę przy swoim przekonaniu.
– Jesteś zła? – uśmiechnął się lekko.
– Nie – pokręciła głową. – Przecież nie mam o co.
– O to, że tak cię dzisiaj prowokuję. Bo nie ukrywam, że prowokuję cię świadomie, a ściślej po cichu i bez zapowiedzi przeprowadzam na tobie mały eksperyment psychologiczny.
– Eksperyment? – skrzywiła się, zatrzymując ruch dłoni.
– Mhm. Ale nie bądź zła, kochanie, to nic groźnego – zapewnił ją łagodnie. – Po prostu szukam odpowiedzi na kilka pytań, które mnie nurtują i które są dla mnie ważne. Zastanawia mnie zwłaszcza, w którym miejscu rozmijamy się w naszych koncepcjach szczęścia, bo wydaje mi się, że od czasu, kiedy skończyłaś z Miśkiem, całkowicie zmieniłaś zdanie co do swojej wizji przyszłości. Dotąd byłem przekonany, że mieliśmy je podobne, wprawdzie tylko w teorii, bo zanim zadziałała nasza terapia, praktykę wykluczaliśmy, ale jednak zgadzaliśmy się w większości punktów. A od pewnego czasu, jakoś tak od jesieni, mam wrażenie, że zrezygnowałaś z dawnych marzeń. Ale może się mylę?
„O skubańcu” – pomyślała z uznaniem Iza. – „Jednak to zauważyłeś… Na szczęście nie masz przesłanek, żeby skojarzyć przyczynę, ale i tak jesteś świetnym psychologiem, prześwietlasz mnie jak rentgen.”
– Z dawnych marzeń? – powtórzyła. – Masz na myśli te związane z Miśkiem?
– Tak. I to jest zresztą jeden z powodów, dla których zatrułem ci dzisiaj krew tym frajerem i moją tezą o jego wpływie na twoją przyszłość. Pomyślałem sobie, że kiedy skończyłaś z nim, skończyły się też twoje marzenia z nim związane, a to by znaczyło, że wcale się z niego nie wyleczyłaś, tylko nadal w tym tkwisz, nawet nieświadomie. W tym ostatnim punkcie wyprowadziłaś mnie już skutecznie z błędu i bardzo się z tego cieszę, ale tezę o zabitych marzeniach nadal uważam za aktualną i bardzo chciałbym dotrzeć do przyczyny.
„Nie dotrzesz do niej” – odpowiedziała mu smutno w myśli Iza. – „Nie dam ci jej poznać, bo to by była dla mnie katastrofa. Ale kłamać też nie chcę… muszę to po prostu jakoś zniuansować.”
– O jakich konkretnie zabitych marzeniach mówisz? – zapytała, by zyskać na czasie.
– O tych, o których sama mi mówiłaś, kiedy rozmawialiśmy o Miśku.
– Ale kiedy dokładnie? Nie pamiętam tego.
– Już jakiś rok temu, wtedy, kiedy… ale pogłaskaj mnie jeszcze, dobrze? – poprosił, na co Iza natychmiast wznowiła ruch dłoni. – O tak… Wtedy, kiedy miał się zaręczyć z tamtą Sylwią, która ostatecznie kopnęła go w tyłek, tylko nie pamiętam, czy to było przed czy po fakcie. Znaczy, ta nasza rozmowa. Nie pamiętam też, jak na to zeszło, ale mówiłaś mi o swoim marzeniu związanym z białym welonem i podróżą poślubną do Paryża.
– Ach, tak, pamiętam – przyznała zmieszana Iza. – Faktycznie, mówiłam… racja.
– Knajpki na Champs-Elysées, łódki na Sekwanie… jak one się nazywały, przypomnij mi?
– Bateaux-mouches.
– Mhm, bateaux-mouches. Wspólne zwiedzanie Paryża wieczorową porą… a na deser, chociaż wtedy chyba jeszcze o tym nie myślałaś, byłby ten twój cmentarz z licencjatu.
– Père-Lachaise – uśmiechnęła się.
– Właśnie. Przyznaj się, na dziś w twoim marzeniu to byłoby pewnie jedno z najważniejszych miejsc, chociaż mam poważne wątpliwości, czy Misiek byłby zachwycony, gdybyś ganiała go po jakichś grobach i częstowała historiami umarlaków.
Iza parsknęła śmiechem.
– Wtedy też, o ile dobrze pamiętam, opowiadałaś mi o tym pół żartem, w duchu autoironii – zaznaczył. – Ale ja odebrałem to jako faktyczne zwierzanie się z twoich dawnych marzeń, które na tamtym etapie oczywiście nie mogły się spełnić. Co ciekawe, pół roku później Misiek wrócił do ciebie z podkulonym ogonem i miałaś pełną możliwość realizacji tych marzeń, zamienienia ich w konkrety. Ale jednak z niej nie skorzystałaś. Czy to znaczy, że już wtedy były martwe?
„Zniuansować” – powtórzyła w trybie rozkazu końcówkę swej poprzedniej myśli Iza. – „Słyszysz, komandosie? Do roboty!”
– Nie, nie były – odparła spokojnie. – Ani wtedy, ani potem, ani nawet teraz. Ja z nich nigdy nie zrezygnowałam, Majk. Te marzenia w pewnym sensie nadal są żywe, tyle tylko że dzisiaj, tak jak przy tamtej rozmowie, traktuję je z przymrużeniem oka, jako coś, co i tak nigdy się nie spełni. Zresztą chyba już wiem, na czym polega nasze nieporozumienie… po prostu przez cały czas mówimy o czymś innym. Ty o marzeniach, które są tylko mrzonką, a ja o realnych planach, w których, biorąc pod uwagę stan obecny, nie ma dla mnie miejsca na nic więcej niż działalność dobrej wróżki. Zwłaszcza na coup de foudre.
– Hmm – mruknął Majk.
– Po tych wszystkich nauczkach, jakie dostałam, staram się po prostu mocniej stąpać po ziemi, jak Pablo – uśmiechnęła się, gładząc go leciutko po skroniach samymi opuszkami palców. – To nie znaczy, że nie mam marzeń, bo one żyją własnym życiem i nigdy nie da się zabić ich do końca. Ale robię wszystko, żeby nad nimi panować, inaczej to one przejmą nade mną kontrolę, a tego nie chcę.
– Kapuję – przyznał, a na jego twarzy, choć nadal miał zamknięte oczy, pojawił się wyraz skupienia i namysłu. – Słuszna uwaga, elfiku. Marzenia i plany to nie zawsze to samo.
– Niestety nie to samo, chociaż wiadomo, że cudownie jest, kiedy się pokrywają. Marzenia są siłą napędową planów, ich najlepszą motywacją, tyle że w momencie, kiedy jedne i drugie zaczynają się rozjeżdżać, lepiej wcisnąć hamulec, żeby nie rozwalić się o ścianę. Bo niekontrolowane marzenia łatwo mogą zamienić się w złudzenia, a im bardziej żyje się złudzeniami, tym potem bardziej się cierpi.
– O cholera – szepnął Majk, z trudem otwierając klejące się oczy i spoglądając na nią z uznaniem. – Ile w tym treści… Tak, masz rację. Marzenia to bujanie w obłokach, na luzie i bez ograniczeń, a plany ściśle zależą od okoliczności… nieprzystawalność jednych i drugich generuje złudzenia… pięknie powiedziane. Czyli twój system zakłada ostrożność, nakazuje ograniczyć się do planów, uśpić marzenia i żyć normalnie, a to chyba najrozsądniejsze, co można zrobić. Zwłaszcza że w grę wchodzi kwestia poczucia sprawczości, tak wiele rzeczy od nas nie zależy… Ale jednak nie zawsze się tak da. Hmm… poczekaj chwilę, Izuś, daj mi to przemyśleć.
Przymknął z powrotem oczy, wtulając policzek w fałdy jej bluzki na brzuchu, ona zaś zamilkła posłusznie i gładziła go teraz już nie tylko po włosach i skroni, ale również po brwi i przymkniętej powiece, delikatnie obrysowując palcami ich kontur.
„Marzenia” – pomyślała czule. – „Moje najpiękniejsze marzenia od zawsze mają tylko jedno imię. Twoje. Ja ich wcale nie zabiłam i nigdy nie zabiję, Michasiu, zamknę je tylko na dnie serca i nie pozwolę im wyjść, żeby to one nie zabiły mnie.”
Jako że minęła już szesnasta, w salonie powoli kładły się pierwsze cienie nadchodzącego zmierzchu, tworząc przyjemny nastrój spokojnego, niedzielnego popołudnia. Ciężar głowy Majka na jej kolanach, miękkość jego włosów pod palcami i ciepło jego oddechu, który czuła wyraźnie przez bawełnianą bluzkę, w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund ciszy wprawiły ją w przedziwny stan oderwania od rzeczywistości połączony z przemożnym poczuciem bycia na jedynym właściwym miejscu we wszechświecie – właśnie tu, przy nim. Może nie było to spełnieniem samym w sobie, na pewno nie dorównywało temu wrażeniu stabilnego szczęścia, które niedawno dane jej było poznać we śnie, ale na pewno było jego namiastką, owym magicznym okruszkiem, który pozwalał zakosztować smaku kradzionej ambrozji, stając się punktem styku między smutną rzeczywistością i wspomnianym przed chwilą marzeniem.
„To nie jest złudzenie” – myślała, wkładając w opuszki palców buzujące w sercu, niemożliwe do ubrania w słowa uczucie. – „Wszystko inne może tak, ale nie to. Jesteś tu przecież, kochanie… może i noc zarwałeś z nią, ale teraz jesteś tutaj… mój… Może zresztą to źle, może tak nie powinno być?” – zastanowiła się leniwie. – „Anabella pewnie nie byłaby zadowolona, gdyby nas teraz widziała, może nawet znienawidziłaby mnie za to, mimo że nie robimy nic niewłaściwego… zwłaszcza ty… Ty przecież nie wiesz, co mam w sercu… ufasz mi, myślisz, że to tylko niewinna przyjacielska filozofia, i dobrze ci z tym. Chcesz tylko trochę kontaktu, ciepła, bliskości drugiej osoby, której każdy czasem potrzebuje, a od niej widocznie jeszcze nie możesz tego mieć. Hmm… swoją drogą trochę dziwne, bo mam wrażenie, że wystarczyłoby ci kiwnąć palcem, a ona byłaby twoja natychmiast… ale może o czymś nie wiem? Po co zresztą w to wnikać? Najważniejsze, żeby teraz było ci dobrze, żebyś czuł się przy mnie bezpiecznie… i mam nadzieję, że tak jest” – uśmiechnęła się, patrząc na jego twarz, której rysy wyrażały teraz bezwzględny spokój i rozprężenie. – „Zaraz pewnie zaśniesz mi tu na kamień, po zarwanej nocy byłby na to czas, a ja nie mam nic przeciwko temu. Śpij, Michasiu… Śpij, ile tylko chcesz, odpoczywaj i nie martw się już o mnie, poradzę sobie jakoś. Bylebym od czasu do czasu mogła mieć taki okruszek jak teraz.”
Czas mijał, wybijał swój monotonny rytm, sekunda po sekundzie, minuta po minucie. Zmierzch nie był już tylko słabym cieniem, ale szarą, ciemniejącą mgłą, która coraz szybciej osnuwała meble i kąty salonu. Choć Majk poprosił o chwilę milczenia tylko po to, by przemyśleć to, co powiedziała, Iza nie miała wątpliwości, że panująca wokół cisza i efekt gładzenia go po włosach wkrótce uśpią go całkowicie, nieuchronnie i niepostrzeżenie, zanim on sam zdąży się zorientować. Był dzisiaj taki zmęczony i niedospany… Widziała to przecież, zwłaszcza przy obiedzie, kiedy jadł, prawie przysypiając nad talerzem, widziała zaczerwienione białka jego oczu, wymiętą twarz i dyskretne ziewnięcia, które starał się tłumić, a choć przez cały czas rozmawiał z nią energicznie i walczył o to, by utrzymać stan najwyższej uwagi, to się musiało przecież tak skończyć. I skończyło się. Właśnie teraz, właśnie tu, na jej kolanach… jakby aniołowie zrealizowali nieśmiałe zamówienie płynące z głębin jej duszy…
Nie myliła się. Oddech Majka leżącego nieruchomo z twarzą zatopioną do połowy w fałdach jej bluzki stawał się coraz równiejszy, głębszy i spokojniejszy, jego głowa, wygodnie umoszczona na jej kolanach, ciążyła na nich coraz bezwładniej, a całe ciało wyciągnięte na wersalce z każdą minutą coraz wyraźniej się rozluźniało – mężczyzna ewidentnie zapadał w mocny, regenerujący sen. Iza obserwowała to z radością i satysfakcją, albowiem w głębi duszy pragnęła się nacieszyć nim dzisiaj właśnie w taki sposób – w skupieniu i ciszy, bez konieczności odpowiadania na niewygodne pytania, bez strachu, że za chwilę on powie coś, czym nieświadomie ją zrani, albo ona nieopatrznie odkryje przed nim jakąś niebezpieczną kartę. Kiedy spał, nie musiała się tego bać, mogła w pełni skupić się na bieżącej chwili ulotnego szczęścia i nie myśleć o niczym innym, zwłaszcza o złych rzeczach.
Jedyne, co ją martwiło, to myśl, by śpiącemu nie zrobiło się zimno. Co prawda w mieszkaniu panowała dość wysoka jak na tę porę roku temperatura, która pozwalała przebywać tam w lekkich ubraniach, jednak we śnie postrzega się ją inaczej i zawsze warto się czymś przykryć, aby się nie przeziębić. Niestety, nie miała pod ręką koca, owszem, w nocnej szafce, przy której siedziała, trzymała lekki pled, jednak by otworzyć drzwiczki i po niego sięgnąć, musiałaby się mocno wychylić, a to rodziło ryzyko, że wybudzi Majka z pierwszego, najcenniejszego snu. Postanowiła więc na razie nie ruszać się i poczekać z tym, aż mocniej zaśnie, zwłaszcza że miał na sobie grubą, flanelową koszulę z długim rękawem i póki co nie wydawało się, by było mu zimno.
Nie było. Bo czy przy niej mogło mu być zimno? Zanim zapadł w senną mgłę, co w istocie stało się zadziwiająco szybko i de facto bez żadnej kontroli jego świadomości, Majk tylko przez kilka pierwszych chwil usiłował skupić uwagę na słowach Izy o planach, marzeniach i złudzeniach. Rozróżnienie to, zaiste pełne treści i obdarzone przeogromnym potencjałem filozoficznym, niezmiernie go zaciekawiło, jednak w tym momencie, gdy czuł we włosach dotyk jej dłoni, nie miał już siły go analizować, postanowił więc, że zaczeka z tym choć kilka minut, by najpierw w pełni nacieszyć się jej bliskością.
Wciąż tak bardzo za tym tęsknił! Za każdą taką chwilą jak ta, nie przygodną i efemeryczną, wykradzioną gdzieś przelotnie na fotelu samochodu, ale właśnie za taką – spokojną, domową, sam na sam z nią, z dala od zasięgu innych ludzi i przede wszystkim z perspektywą, że to może potrwać trochę dłużej, że nie musi się za moment skończyć. Tak zresztą wyobrażał sobie pełnię szczęścia, o które od ponad roku prowadził cichą lecz upartą walkę i które od czasu do czasu przebłyskiwało w jego życiu naprawdę, tak jak teraz, paradoksalnie utrudniając mu tym samym ową walkę. Teraz, leżąc na kolanach Izy, czując jej ciepło i dotyk dłoni we włosach, po raz kolejny gratulował sobie, że wytrzymał presję i nie spieprzył tego jakimś falstartem, że nie spalił bezmyślnie tego cudownego mostu, który od prawie dwóch lat prowadził go właśnie w to miejsce, jedyne sensowne w całej galaktyce – tutaj, przy niej.
Rozmowa z Pablem zajęła im wczoraj całą noc i żaden z nich tego nie żałował, choć wiadome było, że obaj przypłacą to zmęczeniem i koniecznością odespania przegadanych godzin w ciągu dnia. Logistycznie nie było to na rękę ani Pablowi, który miał zaplanowaną niedzielę z rodziną, ani jemu samemu, który był umówiony z Izą na sesję filozofii księżycowej, jednak żadnemu nawet przez myśl nie przeszło, by raz zaczętą rozmowę na tak kluczowy temat odkładać na jakąś nieokreśloną przyszłość. Rozmowę, o której, jak się okazało, obaj marzyli od lat, a dla której niespodziewanym wyzwalaczem okazało się jakieś kompletnie bzdurne domniemanie heter na temat Natalii… Choć w pierwszej fazie doprowadziło to do nieprzyjemnego napięcia, pod koniec, nad ranem, kiedy skończyła im się woda, co uznali za znak, że czas zbierać się na chatę, śmiali się już z tego obaj do rozpuku, jak za dawnych szalonych, szczeniackich lat.
Śmiali się, lecz wcześniej były chwile, kiedy i jednemu, i drugiemu łzy stawały w oczach. Odkąd Pablo odgadł prawdziwą tożsamość nowej Anabelli, a następnie uroczyście przyrzekł, że nic nie powie heterom ani Lodzi (a można było mieć stuprocentową pewność, że dotrzyma słowa), on sam mógł wreszcie otworzyć przed nim duszę i wyrzucić z siebie to, co dusił na jej dnie już od ponad roku. Jakaż to była ulga! Tym bardziej że Pablo, kiedy dowiedział się, o kogo chodzi, i nie musiał już poruszać się w sferze domysłów, okazał się genialnym rozmówcą, który w pełni zrozumiał jego dylematy i niczego mu na siłę ani nie doradzał, ani nie odradzał. Owszem, wspomniał o potrzebie jasnego, odważnego postawienia sprawy, przed którym, jak twierdził, i tak nie da się uciec, ale zgodził się, że być może to jeszcze nie był dobry moment i że lepiej poczekać, zwłaszcza gdy ma się tak wiele do stracenia.
Lecz najbardziej wzruszającą częścią rozmowy była sekwencja dotycząca bezpośrednio jej osoby – małego elfika, który wówczas, między czwartą a piątą nad ranem, zapewne smacznie sobie spał, lecząc się z bólu głowy po ciężkiej dniówce w pracy i nie mając najbledszego pojęcia, co mówią o nim dwaj frajerzy siedzący w ciszy niedzielnego poranka w pustej kancelarii adwokackiej. Słowa, jakie wówczas padły z jego wreszcie rozwiązanych ust, na zawsze pozostaną mu w pamięci jako najpiękniejszy hymn na cześć ukochanej kobiety, jaki wygłosił przed kimkolwiek w całym swoim dotychczasowym życiu. Idąc za ciosem, pod wpływem chwili podzielił się z Pablem wszystkim, co się z nią wiązało, łącznie z ideą księżycowej duszy i zadanym mu przez tajemniczą cygankę motywem lustra, w którym odwrócone imiona Izabella Anna odbijały się barwami nieziemskiej, metafizycznej nadziei.
Albo jednym ciosem rozwalę bank i wygram wszystko, albo przegram i wtedy na zawsze złożę broń – podsumował. – Dla mnie nie ma innej opcji, Pablo.
Wygrasz – zapewnił go z przekonaniem przyjaciel. – Nawet jeśli faktycznie będziesz musiał trochę poczekać, to na koniec wygrasz, jestem tego pewny. Twój mały elfik nie przyfrunął do ciebie tylko po to, żeby załatwić cię na szaro i odlecieć, anioły tak nie robią, Majk… Zresztą za dużo rzeczy składa się tu w jeden spójny i logiczny obraz, żeby to miał być tylko przypadek.
Słowa te, będące niezależną werbalizacją tego, co on sam czuł w głębi swojej księżycowej duszy, dodały mu otuchy, jakiej nikt od dawna nie wlał w jego serce. Sam fakt uwolnienia przed przyjacielem buzujących od wielu miesięcy emocji, przyjazna, wspierająca w każdym calu reakcja Pabla, a także świadomość zlikwidowania jednego ze swych najbardziej dręczących, przetrwałych życiowych klinczów sprawiły, że obok ulgi poczuł też zapał do walki, którego w ostatnim czasie tak bardzo mu brakowało. W tym świetle podjęta już wcześniej decyzja o tym, że dziś, w ramach sesji filozofii księżycowej, musi porozmawiać z Izą o tym, co od wielu dni spędzało mu sen z powiek i szarpało nowymi falami zazdrości, mianowicie o Miśku, tym bardziej nabrała kolorów i wyparła wszelkie inne potrzeby, stając się absolutnym priorytetem.
Porozmawiał. Wymęczył temat na wszystkie strony, do tego stopnia, że chyba ją tym trochę zirytował, zdawał sobie z tego sprawę, ale chciał wiedzieć na pewno, że ta historia jest naprawdę zakończona. Że ciągu dalszego nigdy nie będzie i że od tej strony nie musiał się niczego bać, że zazdrość retrospektywna jednak nie była uzasadniona. Pozostała zatem tylko ta prospektywna, niezwiązana już z Miśkiem lecz z widmem innej męskiej postaci, dziś jeszcze nieznanej, ale przecież prawdopodobnej… postaci kogoś, kto przyjdzie jak swego czasu Jean-Pierre do Ani i zagarnie ją jednym spojrzeniem, uruchamiając ów cholerny coup de foudre, przed którym nikt, choćby bardzo chciał, nie potrafi się obronić.
Niemniej to, co powiedziała o coup de foudre i braku dyspozycji serca, nieco go uspokoiło, przynajmniej na ten moment, przed jej wyjazdem do Belgii, który bez cienia wątpliwości będzie dla niego drogą przez mękę. Chwilami łapał się na myśli, że wolałby, by pojechała tam już teraz, choćby jutro, wówczas mógłby zacząć odliczać dni, wszak im szybciej to się zacznie, tym szybciej się skończy… Ale przed podróżą chciał z nią jeszcze raz porozmawiać. Nie dzisiaj. W piątek. Dziś jeszcze nie był na to gotowy, chciał tylko ją wybadać, za moment pociągnie też wątek, który poruszyła, ciekawą kwestię filozoficznego rozróżnienia między planem, marzeniem i złudzeniem… genialna nitka, trzeba ją koniecznie wykorzystać! Natomiast w piątek porozmawia z nią inaczej i może wreszcie zbierze się na gest odwagi, do którego Pablo wczoraj tak gorąco go zachęcał. Nie żeby od razu strzelać z największej armaty, to na razie, zwłaszcza w świetle dzisiejszej rozmowy z nią, było wykluczone… ale co szkodziło oddać strzał ostrzegawczy? Wręcz teraz, tuż przed kilkutygodniowym rozstaniem, byłby na to idealny moment.
Powiedzieć jej kilka słów więcej niż zwykle. Zasugerować to jeszcze mocniej i jednoznaczniej niż wcześniej, na tyle mocno, by wreszcie przebić pancerną zbroję przyjaźni, która przysłaniała jej oczy, nie pozwalając jej widzieć w nim mężczyzny. Skierować jej myśli w stronę, w którą chyba nie poszły jeszcze nigdy, i sprawdzić, co stanie się, gdy pójdą. Uchylić na chwilę maski starszego brata… tylko tak lekko, na krótki moment, by ona niczego nie mogła być na sto procent pewna, a on w razie porażki miał szansę wycofać się na poprzednią pozycję bez dotkliwych strat. Po prostu wysłać jej impuls i czekać. Może dzięki temu, będąc daleko, zacznie myśleć o nim inaczej niż zwykle? W czasie tego długiego rozstania będzie miała na to spokojny czas, niezakłócany rytmem codzienności i – miał nadzieję – naznaczony tęsknotą, która wyostrza inteligencję serca o wiele skuteczniej niż cokolwiek innego. Jednak żeby to upragnione ziarno zakiełkowało, musi zostać posiane. Właśnie teraz. A ściślej w piątek, tuż przed jej sobotnim wylotem do Liège.
Tak, powie jej i będzie czekał. Na czas jej nieobecności rzuci się w wir pracy, a jeśli będzie mu źle, pogada sobie z Pablem, teraz wreszcie miał ten wentyl bezpieczeństwa psychicznego. Jak to w sumie dobrze, że hetery wymyśliły sobie tę bzdurę o Natalii! Choć było to irytujące, na dobrą sprawę przyniosło same pozytywne skutki. Bardzo proszę, niech sobie myślą, co chcą, nie będzie wyprowadzał ich z błędu, jedyne, nad czym się zastanawiał, to czy w piątek poruszyć ten wątek w rozmowie z Izą. Mógłby wszak skorzystać z tego pretekstu, by wytłumaczyć się ze sceny z paznokciami, co do której Pablo zasugerował, iż mogła sprawić jej przykrość. On sam co prawda nie sądził, by Iza zwróciła na to większą uwagę, ale jeśli Pablo miał w tym trochę racji, może warto było do tego nawiązać, choćby w żartach? Z drugiej strony nie miał ochoty o tym mówić, wręcz na samą tę myśl czuł opór i niesmak, albowiem, choć teza heter obiektywnie była zabawna, z jego punktu widzenia była przede wszystkim żenująco głupia. Po co więc tracić na to czas? Zwłaszcza że Iza raczej nic o tej tezie nie wiedziała – wszak gdyby hetery się tym z nią podzieliły, pewnie już by go o to zapytała, nawet z czystej ciekawości.
Jakże marzył o tym, żeby kiedyś usiąść z nią jak wczoraj z Pablem i opowiedzieć jej wreszcie otwarcie wszystko po kolei! Wprost, bez ogródek, nazywając rzeczy po imieniu, bez niedomówień i nieporozumień, bez konieczności ważenia każdego słowa z obawy, by nie stało się kamieniem u szyi. Wreszcie nie musieć niczego przed nią kryć. Już teraz nazbierało się tego tyle, że pół życia mu zajmie, żeby wszystko jej wyznać i omówić w duchu filozofii księżycowej, jednak teraz jeszcze nie miał odwagi, by przerwać tę zaklętą pieczęć i zaryzykować wszystko.
Odwaga. Czym jest odwaga wobec potrzeby jej bliskości, dotyku, zaufania? Tak dobrze mu było dziś na bezpiecznej pozycji bezwstydnego tchórza! Leżąc z głową na jej kolanach, czując jej ciepło i dotyk jej paluszków w swych włosach i na twarzy, chwilowo nie potrzebował niczego więcej, bo właśnie to było sednem szczęścia, o którym marzył od lat. Owszem, pragnął wszystkiego, jej serca, duszy i ciała, złączenia dróg na zawsze, wspólnego sensu życia… ale ów sens wyrażał się przede wszystkim w tym, co miał od niej teraz – w jej pełnej ciepła i spokoju obecności. Cała reszta, jeśli uda mu się ją zdobyć, będzie tylko logiczną konsekwencją tego, co działo się teraz, w tym pokoju… nadbudową na fundamencie, który przez ostatnie dwa lata oboje stworzyli wspólnymi siłami, aby dziś, w tym momencie, mogło być tak, jak jest. Tak dobrze… tak błogo… tak cudownie…
Iza gładziła wciąż czule włosy Majka, mimo że wiedziała, iż ów od kilku minut śpi już tak głęboko, że nie może czuć tego dotyku. I cóż z tego? Teraz robiła to już nie tyle dla niego, co dla siebie, wszak ona również tak bardzo tego potrzebowała… Musiała skorzystać z okazji, zwłaszcza teraz, przed samym wyjazdem do Belgii, mając przed sobą perspektywę kilkutygodniowego rozstania i świadomość, że kiedy stamtąd wróci, nic może nie być już takie samo jak wcześniej. Kto wie, może dziś i w piątek to będą dwie ostatnie okazje, kiedy może być przy nim tak blisko i głaskać go po włosach? Tym bardziej musiała się tym nacieszyć, nawet jeśli z doświadczenia wiedziała już doskonale, że okruszków szczęścia nie da się najeść na zapas.
Przed oczami mignęła jej scena z wczorajszego wieczoru, widziana jak przez mgłę o łososiowym poblasku… jej dłoń przy dłoni tamtej i słowa Majka, które zraniły ją, choć on, nie mając pojęcia, ile dla niej znaczą, na pewno nie chciał jej zranić. Dziś to już nie miało większego znaczenia, to był wszak tylko drobiazg, jedno z wielu wyzwań komandosa, który w przyszłości będzie stawiany w dużo trudniejszych sytuacjach. Wczoraj zresztą przez Alinę miała wyjątkowo słabe nerwy i głowę, więc może dlatego to ją tak dotknęło?
Zmierzch coraz głębiej spowijał salon na Bernardyńskiej, wciskał się w każdy zakamarek i rozmywał ciemną mgłą kontury mebli, otulając nią również ich postacie, na tyle że nawet rysy twarzy będącego blisko niej Majka z minuty na minutę stawały się coraz mniej wyraźne. Mimo to widziała spokojny wyraz jego oblicza, ów ufny wyraz twarzy aniołka z małowolskiego kościoła, z którym wiele razy kojarzył jej się, kiedy spał.
„Słodziaku ty mój” – pomyślała z czułością, przesiewając przez palce jego włosy, jak najdelikatniej i najostrożniej, by go nie obudzić. – „Tak cię kocham… Naopowiadałeś mi dzisiaj takich bzdur, tak kompletnie niczego nie rozumiesz… Sugerujesz, że spotkam kogoś w Belgii i zakocham się w nim od pierwszego wejrzenia? Nie żartuj nawet. Nie ma takiej opcji, nie będę Anią bis.”
Anią bis… Mętne skojarzenie przemknęło jej przez głowę i zgasło. Coś o lustrze… Czy chodziło o ten obraz, rok temu przed zabawą sylwestrową, kiedy stały obie w łazience na pierwszym piętrze w domu państwa Magnon w Bressoux i ubrane w swe balowe kreacje patrzyły na siebie w lustrze? Może tak, może nie… zdawało jej się, że było coś jeszcze… jakaś inna analogia, której teraz nie była w stanie przywołać, ale która przez krótki ułamek sekundy błysnęła jej w podświadomości jak promyk księżyca.
Nieważne. Najważniejsze, że on był tutaj, że spał na jej kolanach spokojnie jak dziecko. Musiał spać bardzo głęboko, gdyż oddychał równo i nie reagował już w ogóle ani na jej dotyk, ani nawet na ruch, kiedy ostrożnym gestem, wciąż w obawie, by nie zrobiło mu się zimno, wysunęła dłoń z jego włosów i spróbowała wychylić się do szafki nocnej po pled. Ów leżał na dolnej półce, więc żeby po niego sięgnąć, musiałaby poruszyć się i przysunąć tam jeszcze trochę, zwiększyć zasięg ręki jeszcze chociaż o kilka centymetrów.
Nie, jednak lepiej nie. Na razie lepiej nie próbować, szkoda byłoby zbudzić Majka, poza tym nadal nic nie wskazywało na to, by było mu zimno. Przeciwnie, miała wrażenie, że we śnie jego ciało jeszcze bardziej się rozgrzewa, a oddech, który przez materiał bluzki czuła na swym brzuchu, staje się płomienny jak ogień… A może to były reakcje nie jego, lecz jej własnego ciała? Trzeba było to sprawdzić, upewnić się, że nie było mu zimno, najlepiej dotknąć jego dłoni, jednak obie ręce trzymał wyciągnięte wzdłuż ciała i trudno jej było do nich sięgnąć. Mimo to spróbowała, przechylając się ostrożnie nad jego głową i na ile mogła, wyciągając ramię. Delikatna mgiełka zapachu wody kolońskiej wionęła na nią, w mgnieniu oka rozbudzając zmysły…
Udało się. Jej dłoń łatwiej, niż jej się wcześniej wydawało, zdołała dosięgnąć do jego leżącej bezwładnie dłoni i sprawdzić jej temperaturę – była ciepła. Usatysfakcjonowana cofnęła zatem rękę, po czym, sunąc nią ostrożnie po mankiecie, a następnie rękawie jego koszuli, wyprostowała się z powrotem z najwyższą ostrożnością, dbając o to, by nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, które mogłyby wybudzić go ze snu. A jednak dłoń, choć powinna, nie chciała oderwać się od jego ramienia, co więcej, niepostrzeżenie skręciła na jego pierś i zatrzymała się dopiero w miejscu, gdzie opuszki palców natrafiły na guziki miękkiej, flanelowej koszuli. Natychmiast przed oczami mignęła jej tamta scena z urodzinowego wieczoru sprzed pół roku, kiedy Majk leżał tak jak dziś, na wznak, z rozchylonymi połami szlafroka, które odsłoniły jego nagi tors. Gorący prąd przebiegł przez całe jej ciało na to wspomnienie… Dziś był co prawda całkowicie ubrany i guziki miał zapięte pod szyję, ale od czego była wyobraźnia? I ten zapach… delikatny, ledwo postrzegalny, ale na nią działający jak tornado!
Czy to nie dziwny zbieg okoliczności, że historia przypadkowo tak się powtarzała? Wówczas jej dłoń leżała na jego piersi dokładnie w tym samym miejscu co dziś, w okolicach serca… tak samo przylgnęła doń i za żadne skarby świata nie chciała się odkleić… i tak samo jak wówczas nie słuchała jej woli, jakby była osobnym bytem! Różnica była tylko taka, że wtedy nie dzieliła ich żadna tkanina, ale czy tkanina może być przeszkodą dla kogoś, kto i tak doskonale wie, co jest pod spodem?
Nie mając powodu ani motywacji, by z tym walczyć, pozostawiła dłoń na jego piersi, drugą zaś z powrotem ostrożnie wsunęła w jego włosy. Oddychał już teraz tak równo i głęboko, że nie można było mieć żadnych wątpliwości co do tego, iż znajdował się w fazie bardzo mocnego snu, z którego taki delikatny dotyk jak ten nie powinien go wybudzić. W salonie było już prawie całkiem ciemno, zmierzch zamienił się w regularny zmrok zimowego wieczoru, a najjaśniejszym punktem w całym pomieszczeniu były okna, przez które z zewnątrz padała poświata zapalających się powoli świateł miasta.
Iza ostrożnie pochyliła się nad Majkiem i przymknęła oczy, z premedytacją wciągając w nozdrza oszałamiający zmysły zapach jego szamponu, wody kolońskiej i ciepła jego ciała. Fala znajomej słodyczy, spotęgowana ciepłem jego oddechu i ciężarem jego głowy na kolanach, natychmiast rozlała się po jej całym ciele i wzburzyła krew, pochłaniając ją już teraz całkowicie, nie dając szans na obronę… Po co zresztą miała się bronić? Wszak właśnie tego chciała, tego pragnęła, o tym marzyła! Tak bardzo chciała znów to poczuć! Jeszcze raz poznać zmysłami to, co z taką intensywnością odczuwała tylko i wyłącznie przy nim, a czego w przeszłości dane jej było zaznać już kilka razy, zawsze pod wpływem jego bezpośredniej bliskości. Poczuć, że była kobietą.
Mijały minuty, które dla niej z jednej strony były jak sekundy, z drugiej trwały wieczność. Jak on to kiedyś powiedział?
W krainie elfów czas płynie jak chce…
To prawda. Teraz również płynął, jak chciał, znaczony rytmem głębokiego oddechu Majka i szumem krwi w jej żyłach. De facto nie robiła nic, a na pewno nic złego, po prostu jedną dłonią delikatnie gładziła i przesiewała przez palce jego włosy, drugą zaś trzymała mu na piersi, starając się przez warstwę flanelowej koszuli wyczuć bicie jego serca. Tylko tyle, jednak to w zupełności wystarczało jej, by odczuwać w ciele ową szaloną burzę zmysłów, za którą tak tęskniła… Lecz co, jeśli to był już ostatni raz?
***
W pokoju było ciemno, przez co wskazówki ściennego zegara ledwo majaczącego na ścianie nie były na tyle widoczne, by Iza mogła z całą pewnością rozpoznać godzinę. Miała jednak świadomość, że od momentu, kiedy Majk zasnął na jej kolanach, minęło już dużo czasu, co najmniej godzina, może nawet dwie, nie potrafiła tego określić. Spał bardzo mocno i głęboko, tak mocno, że od samego początku ani razu się nie poruszył, ona zaś, szczęśliwa i wzruszona, dawno już przestała głaskać go po włosach, jednak wciąż trzymała zatopioną w nich dłoń. Mimo że i ona siedziała teraz nieruchomo, nie czuła żadnego dyskomfortu, jego głowa ciążyła na jej kolanach, ale nie uwierała jej, jakby była w naturalny sposób dopasowana do tego miejsca i do tej pozycji. Pożar krwi wygasł już i zamienił się w uczucie cichej tkliwości, z jaką przeżywała te długie, spokojne chwile jego bezpośredniej bliskości, chłonąc płynące od niego ciepło i delikatny zapach wody kolońskiej, którym przesączone były jego ubrania i włosy.
Gdzieś w tle rozległy się dobiegające z klatki schodowej przytłumione odgłosy kroków i głośnych rozmów grupy ludzi, którzy prawdopodobnie wchodzili na górę, bowiem dźwięki te najpierw przybliżyły się, rozbrzmiewając niedaleko drzwi jej mieszkania, a potem stopniowo przycichły. Wówczas Majk po raz pierwszy od długiego czasu poruszył się i odetchnął głębiej, co znaczyło, że zaczyna się przebudzać, a następnie, ocknąwszy się, poderwał głowę, wyraźnie zaskoczony tym, gdzie jest i co się z nim dzieje. W ciemnościach rozproszonych padającą od okien łuną miejskich świateł natychmiast dostrzegł pochyloną nad nim twarz dziewczyny, która przyglądała mu się z delikatnym uśmiechem na ustach.
– O szlag! – wymamrotał zaniepokojony, mrugając z trudem rozklejonymi powiekami. – Zasnąłem?
– Na kamień – zapewniła go z rozbawieniem Iza, łagodnym gestem odgarniając mu włosy z czoła. – Spałeś jak zabity, musiałeś być naprawdę potwornie zmęczony.
– A niech to, przepraszam, elfiku – pokręcił głową ze skruchą, po czym, opadłszy z powrotem na jej kolana, podniósł rękę, by przetrzeć sobie oczy. – To się stało kompletnie poza moją kontrolą, chociaż w sumie wiedziałem, że tak będzie… Która jest godzina?
– Nie wiem, nie widać po ciemku, a nie mam przy sobie telefonu. Ale mogę załączyć lampkę, o ile oczywiście to ci nie będzie przeszkadzało.
– Załącz, skarbie, nie będzie – zapewnił ją, gramoląc się, by podnieść się do pozycji siedzącej. – I tak muszę już wstawać, coś czuję, że zdrowo przegiąłem… o cholera! – skrzywił się, gdyż w tym momencie zapalone przez Izę światło lampki stojącej na nocnej szafce przy łóżku zalało salon, wyłaniając z cienia zegar, który wskazywał godzinę osiemnastą piętnaście. – Aż tyle spałem? I to przez cały czas u ciebie kolanach? Przepraszam, Izula, pewnie cała przez mnie zdrętwiałaś. Trzeba było skopać złoma na podłogę.
Iza parsknęła śmiechem.
– Nigdy w życiu bym tak nie zrobiła – odparła ciepło. – Bardzo się cieszyłam, że zasnąłeś, wprawdzie tylko po naszemu, na dwie godzinki jak ptak na gałęzi, ale wiem, jaki to jest wartościowy i regenerujący sen.
– Prawda, czuję się zregenerowany – przyznał, przesuwając dłonią po czole z nadal jeszcze nie do końca przytomnym wyrazem twarzy. – Ale to, że zablokowałem cię na dwie godziny, jest niedopuszczalne, serio, nie wiem, jak do tego doszło. Myślałem nad tym, co powiedziałaś, i nagle mnie ścięło, odjechałem jak rakieta w kosmos.
– O tak, widziałam – przyznała wesoło. – Rakieta wystartowała bardzo szybko, nie wiem, czy zajęło jej to nawet pięć minut. Martwiłam się tylko, żeby nie zrobiło ci się zimno, bo nie miałam pod ręką koca. A właściwie to prawie miałam, tu w szafce – wskazała na mebel przy łóżku. – Ale z tej pozycji miałam trochę za daleko, żeby po niego sięgnąć.
– Nie było takiej potrzeby – zapewnił ją Majk. – Było mi cieplutko i tak fajnie, że nie miałem szans utrzymać się na powierzchni, zatonąłem w pół minuty jak Titanic. Wybacz, skarbie. Przyszedłem tu na rozmowę w trybie filozofii księżycowej, a zrobiłem sobie twoim kosztem poobiednią sjestę… ech, jak być frajerem, to być nim po całości, oto moje życiowe motto.
Iza roześmiała się, wygładzając na sobie wygniecioną u dołu bluzkę. Majk również poprawił ubrania i przejechał sobie ręką po włosach.
– Najgorsze jest to, że zmarnowałem full cennego czasu przewidzianego na rozmowę – ciągnął z żalem. – I niestety wątek planów, marzeń i złudzeń musimy odłożyć do piątku, bo jest już prawie wpół do siódmej i zaraz będę musiał lecieć.
Iza natychmiast przypomniała sobie jego wcześniejszą wzmiankę o „stałym fragmencie gry” i przez głowę przebiegła jej mimowolna, nieprzyjemna myśl. Czy to znaczyło, że był gdzieś umówiony na kolejną zarwaną noc? Wyspał się i zregenerował siły u niej, by potem… Nie, nie chciała nic o tym wiedzieć. Żadnych głupich pytań.
– Jasne – odparła lekko, również wstając z wersalki. – W sumie ja też powinnam jeszcze zajrzeć na chwilę do kompa i przygotować się na zajęcia, jutro mam seminarium. Muszę przedstawić profesorowi wyniki pracy, żeby klepnął mi to przed wyjazdem, chcę mieć pewność, czy nie poszłam w jakąś ślepą uliczkę.
Majk pokiwał głową.
– Tym bardziej powinienem już spadać – przyznał, schylając się i ujmując obie jej dłonie w swoje. – Szkoda mi tych dwóch godzin, ale trudno, mam nadzieję, że w piątek uda nam się to nadrobić. Tak czy inaczej jestem ci bardzo wdzięczny za dzisiaj, cholernie trzeba mi było takiego doładowania, nawet jeśli połowa to było tylko tankowanie przez sen. W sumie na jedno wychodzi… dziękuję, mój aniele.
Mówiąc to, schylił się znienacka i na dwie albo nawet trzy długie sekundy przycisnął mocno usta do jej dłoni, aż zachwiała się na nogach. Jednak kiedy wyprostował się i znów na nią spojrzał, była już całkowicie opanowana i spokojna.
– Zresztą w piątek dla równowagi zrobimy na odwrót – zaznaczył z powagą. – Czyli tym razem to ja ukołyszę cię do snu. Zgoda?
– Zgoda, szefie – uśmiechnęła się. – Dobry pomysł, może dzięki temu łatwiej mi będzie zasnąć w tym stresie przed podróżą? A tak serio, to ja też dziękuję ci za dzisiaj. Za rozmowę, za quiche na obiad i za te zapasy, które mi przyniosłeś.
– Nie ma za co, Izula – odparł ciepło, wycofując się do przedpokoju i sięgając na wieszak po kurtkę. – Chętnie bym jeszcze został i dokończył rozmowę, ale co zrobić, siła wyższa… Tak czy inaczej przemyślę sobie twoją teorię niekontrolowanych marzeń przepoczwarzających się w złudzenia – zaznaczył. – To mnie bardzo zainspirowało, ja też ostatnio sporo o tym myślę, zresztą i tak chciałem pogadać z tobą o złudzeniach, a dzisiaj niestety nie zdążyliśmy. Ten piątek będzie naprawdę kluczowy.
Narzucił na siebie kurtkę, schylił się, by zawiązać buty, po czym, wyprostowawszy się, uśmiechnął się do niej i stanowczym gestem pociągnął ją do siebie.
– No, chodź tu jeszcze do mnie na chwilę, elfiku – powiedział, ogarniając ją ramionami i przytulając. – Dzisiaj padłem na placu boju jak mucha, ale w piątek dokończymy wątek, opowiem ci też parę innych ciekawych rzeczy, między innymi o mojej rozmowie z Pablem. Bo, jak wspomniałem już dzisiaj kilka razy, pogadałem sobie z nim wreszcie bardzo poważnie.
Iza pokiwała głową, przymykając oczy z policzkiem przytulonym do jego piersi.
– O tamtym? – szepnęła.
– Mhm – odparł cicho z ustami tuż przy jej uchu. – O tamtym. O Anabelli. Dzisiaj specjalnie tego nie ruszałem, sam muszę jeszcze parę rzeczy przemyśleć, ale w piątek będę chciał się z tobą podzielić paroma uwagami Pabla, moim zdaniem bardzo trafnymi, i zapytać cię, co o tym sądzisz. Zależy mi na twojej opinii, dobra wróżko.
W jego głosie zabrzmiało podszyte wzruszeniem rozbawienie, które dobrze już znała, bowiem często pojawiało się w tym właśnie kontekście – kiedy wspominał jej o Anabelli.
– Dobrze – pokiwała głową, w duchu zmrożona na lód.
– Nie ma to jak pogadać o takich sprawach otwarcie z zaufanym przyjacielem, potrzebowałem już tego bardzo… prawie tak bardzo jak doładowania elfikową energią – przytulił ją mocniej, tak mocno, że na chwilę zabrakło jej tchu, po czym puścił. – No, spadam, kochanie, nie chcę się spóźnić – dodał neutralnym tonem, wycofując się do drzwi. – A ty siadaj spokojnie do tych swoich umarlaków z licencjatu, lepiej, żeby profesor jutro ci to zaakceptował, bo jak nie, to będzie na mnie i jeszcze oberwę za to od ciebie po uszach!