Światła wigilijnej nocy (8)

Światła wigilijnej nocy (8)

40.

 

Choć Edyta cieszyła się, że udało jej się zachować pracę, degradacja z kierowniczego stanowiska na zwykłego członka zespołu projektowego i powrót do starego działu, gdzie wynagrodzenia z założenia były dużo niższe, miała swoje konsekwencje – nie tylko finansowe, ale przede wszystkim środowiskowe. Decyzja prezesa w jej sprawie odbiła się szerokim echem w obu działach i o ile niektórzy z kolegów szczerze jej współczuli, o tyle większość z nich wyglądała na usatysfakcjonowanych, wręcz mentalnie podbudowanych jej porażką.

– O, cześć, Edka! – ucieszyła się na jej widok Magda, którą spotkała na korytarzu jakieś trzy tygodnie po zmianie stanowiska. – Słyszałam, że wyleciałaś z handlowego? Powiesz, za co stary cię zdegradował? Czy to tajemnica?

– Żadna tajemnica – wzruszyła ramionami. – Przecież wszyscy już o tym wiedzą. Spóźniłam się z raportem z projektu, a wiesz, jakiego on ma hopla na punkcie dotrzymywania terminów.

– No tak, no tak. Współczuję – jej głos wyrażał bardziej zadowolenie niż współczucie. – Zwłaszcza że to ci pewnie poleciało też po kieszeni. Ale nie łam się, będzie dobrze.

– Nie łamię się.

– A słuchaj – zastanowiła się Magda – może chciałabyś przyjechać do nas na ślub i wesele, co? To już za dwa i pół tygodnia, nie zapraszałam cię, bo mieliśmy z Kubkiem komplet, ale teraz zwolniło nam się parę miejsc. Miejsca last minute! – zaśmiała się. – W najlepszym hotelu w Karpaczu, full wypas i all inclusive! Bierzesz?

Edyta spojrzała na nią zdziwiona.

– Zapraszasz mnie na swoje wesele?

– No a co? – wzruszyła ramionami. – Mówię ci przecież, że mamy miejsca, parę osób nam zrezygnowało, a nie chcę, żeby były jakieś luki. To ma być bal nad bale! No dobra… nie jestem tak całkiem bezinteresowna – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Chodzi o tego Pawła, pamiętasz? Nie chciałaś jechać z nami do Trójmiasta, to straciłaś szansę, przygruchał sobie inną koleżankę, ale pod koniec czerwca zerwali i znowu jest wolny. Oczywiście będzie na weselu i tak sobie pomyślałam…

– Dzięki, Madziu – ucięła stanowczo Edyta. – To miłe z twojej strony, ale niestety nie będę mogła w tym czasie. Mam już inne plany na urlop.

– Oj tam, nie ściemniaj! – machnęła ręką Magda. – Myślisz, że ci wierzę? Ty się ciągle tak wzbraniasz i krygujesz, a Paweł nadal gdzieś tam na ciebie czeka. Co prawda sam jeszcze o tym nie wie! – zaśmiała się. – Ale się dowie, tylko musisz dać mu szansę. Mówię ci, Edka… od przeznaczenia nie uciekniesz! Daj już spokój z tym fochem, załatw sobie jakąś fajną kieckę i przyjeżdżaj, zobaczysz, że będzie fajnie. Wyślę ci namiary smsem.

– Madziu, dziękuję za zaproszenie, ale naprawdę nie mogę – powtórzyła tym samym stanowczym tonem Edyta. – Poszukaj póki czas kogoś innego, szkoda, żeby miejsce się zmarnowało. A ja już teraz życzę tobie i Kubkowi wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia… no i żeby wesele i podróż poślubna wypadły tak bajecznie, jak sobie to zaplanowaliście.

Po czym, uściskawszy naburmuszoną, urażoną kolejną odmową Magdę, pomaszerowała do swojego starego biura, gdzie przydzielono jej to samo co kiedyś miejsce przy oknie.

„Jasne, Paweł i moje przeznaczenie z biletem last minute!” – pomyślała z politowaniem, odpalając laptopa. – „Ty nie wiesz, co mówisz, kobieto. A ja już zaczynałam się serio zastanawiać, czy nie pojechać na to wesele… Ale jednak dobrze się stało. Lepiej, jak w takich imprezach w ogóle nie będę uczestniczyć.”

Choć wolała nie werbalizować tego, co przyszło jej na myśl, i tak czuła to całą sobą, a przez to już do końca dnia będzie miała zepsuty humor. Z góry wiedziała, jak to by się skończyło. Pojechałaby na ślub Magdy i Kubka, patrzyłaby, jak zakładają sobie obrączki, słuchałaby, jak składają sobie przysięgę, lecz widziałaby tam zamiast nich kogoś zupełnie innego. Wystrojonego w garnitur Sima wsuwającego złotą obrączkę na palec jakiejś spowitej w biel Rusałki… O szlag! Lepiej nawet nie próbować o tym myśleć! Zresztą może to się naprawdę wydarzy tego lata? Obiecał przecież siostrze, że zrobi wszystko, żeby…

Dość. Laptop już się uruchomił, trzeba działać. Praca, praca, praca. Na tym niższym stanowisku zresztą wcale nie jest źle, przynajmniej ma więcej spokoju i nie musi pilnować innych. Tylko własne zadania i koniec.

 

41.

 

I znów płynął dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Poranna rutyna – kawa, lekkie śniadanie, mycie zębów, tramwaj, biuro. Praca. A potem w drugą stronę – tramwaj, dom, kolacja, prysznic, łóżko. Budzik, którego lepiej nie zapomnieć nastawić, jeśli znowu nie chce podpaść prezesowi. Byle tylko nie wypaść z rytmu. Jeśli go utrzyma, wszystko będzie dobrze. Wręcz coraz lepiej. Musi. Przecież i tak nie ma innej opcji.

Jednak póki co tego czasu minęło chyba jeszcze zbyt mało, bo nadal wcale nie było lepiej. Tylko dwa i aż dwa miesiące od wizyty w leśniczówce i od tamtej chwili pod blokiem na parkingu, kiedy wysiadając z toyoty, widziała go po raz ostatni. Czy to możliwe, że nie zobaczy go już nigdy? Że już więcej nie spojrzy mu w oczy, nie usłyszy jego głosu? Że to już naprawdę koniec?

To było o wiele trudniejsze, niż z początku myślała. Wystarczało bowiem, że choćby jedna tego rodzaju myśl przedostała jej się nieopatrznie do głowy, i natychmiast szło domino. Mur, jakim na co dzień oddzielała się od wspomnień, kruszał wówczas i walił się, jakby był z piasku, a mentalna zbroja, w której z takim poświęceniem walczyła z samą sobą, okazywała się tylko tekturową atrapą, łatwą do przebicia nawet gołą ręką. Im więcej dni mijało, z tym większą mocą wracały do niej obrazy i dźwięki, które z początku wypychała na siłę z pamięci i świadomości. Zwłaszcza obraz twarzy Sima, jego oczu, jego policzków, ust… zarys jego sylwetki, jego ramion… wspomnienie jego uśmiechu, echo jego głosu… Jak się od tego uwolnić? Tak potwornie za nim tęskniła! I tak bardzo kochała… z każdym dniem wcale nie mniej, a coraz bardziej i bardziej!

Na przełomie sierpnia i września Edyta zdecydowała się na wzięcie urlopu wypoczynkowego, jednak tylko w wymiarze dwóch tygodni, chciała bowiem zachować sobie zapas na resztę roku, kiedy być może będzie go potrzebowała bardziej niż teraz. Kto wie, co dalej będzie się działo z jej psychiką? Jeśli w którymś momencie znienacka rozsypie się w kawałki, należne wolne przyda jej się, jak znalazł. Choć z początku poważnie zastanawiała się, czy na owe dwa tygodnie odpoczynku nie wykupić sobie zagranicznej wycieczki w jakimś pięknym zakątku świata, gdzie dzięki zmianie klimatu i otoczenia mogłaby wyciszyć zmysły i choć częściowo wygasić wspomnienia, szybko zrezygnowała z tego pomysłu i zdecydowała się na standardowy wariant podstawowy czyli spędzenie urlopu w rodzinnym miasteczku.

Zakochane serce ma chyba naturalną skłonność do masochizmu, skoro tak ją ciągnęło do Bobrzy… To przecież tam wszystko się zaczęło. Co prawda za nic w świecie nie weszłaby do pamiętnego lasu, zwłaszcza że był on oddalony od centrum miasteczka o ponad dziesięć kilometrów, jednak inne miejsca, które na początku maja odwiedzała razem z Simem, w tym jej własny dom rodzinny, też przecież były pełne znaczeń, na zawsze przeniknięte duchem jego obecności. Jakby wbrew temu, co sama sobie obiecała, mając świadomość, że to nie służy dobrze procesowi leczenia złamanego serca, Edyta nie potrafiła powstrzymać się od włóczenia się właśnie tam, gdzie najbardziej budziły się wspomnienia. Rynek w Bobrzy, gdzie Sim robił zdjęcia, wyglądał już dla niej inaczej niż kiedyś, podobnie jak znana od dzieciństwa droga do kościoła i na cmentarz, o samym cmentarzu nie mówiąc. Właściwie codziennie, odkąd tu przyjechała, zachodziła tam w ramach spaceru, w szczególności odwiedzając groby Elizy i Stefana, na których składała wiązanki kwiatów zbieranych na pobliskich łąkach i polach.

Wpatrując się w granitowe tablice nagrobne i wyryte na nich napisy, długo rozmyślała o tych dwojgu, o ich szalonej, zakazanej miłości i nagłym nieszczęściu, które przedwcześnie zakończyło ich pełne nadziei życie. Czy to nie znaczące, że oboje umarli w wieku dwudziestu siedmiu lat i czterech miesięcy? Podobno takie „zbiegi okoliczności” zdarzają się, gdy ludzi łączy niezwykle silna, wręcz metafizyczna więź…

Zdawać by się mogło, że podobna nić miała szansę połączyć ją i Sima, wszystko wyglądało przecież tak, jakby pchnęły ich ku sobie nadprzyrodzone moce. Działanie owych mocy niezwykle silnie odczuwała zwłaszcza przez tych kilka grudniowych dni tuż przed świętami, począwszy od spotkania ze Stefanem na stacji aż po wigilijną akcję ratowniczą w lesie. Potem coś ciągnęło ją do odwiedzenia Sima w szpitalu w Ostrowie, dzięki czemu, spotkawszy tam Monikę, złapała z nim kontakt (czy też raczej on złapał ją z nią), by mogli razem wyjaśniać tę zagadkę. Tyle że potem wszystko jakoś się rozmyło… Zwyczajnie urwało się i rozeszło po kościach, pozostawiając ją z bólem nieszczęśliwie zakochanego serca i z chyba już na zawsze rozwalonym życiem.

„Wszystko, absolutnie wszystko jest kwestią wzajemności” – myślała smętnie, wracając któregoś pogodnego wieczoru ze spaceru po cmentarzu i okolicznych łąkach. – „A raczej jej braku. Od samiutkiego początku pchała mnie do niego jakaś magiczna moc, właściwie to zakochałam się od pierwszego wejrzenia i gdyby on mi to odwzajemnił, bylibyśmy jak Stefan i Eliza wersja dwa zero. Zwłaszcza że nawet z wyglądu jesteśmy do nich podobni… Ale cóż, takie rzeczy zdarzają się chyba tylko w baśniach, a życie to przecież nie baśń.”

Rozważania te, snute podczas długich urlopowych spacerów czy w łóżku przed snem, wdzierały się jak woda przez szczeliny świadomości, której tu, w miasteczku, nie umiała już utrzymać w ryzach tak stanowczo jak w Warszawie. Wdzierały się i niepostrzeżenie opanowywały jej umysł, skłaniając do tego, przed czym wcześniej tak długo się wzbraniała – do szczegółowego, wręcz obsesyjnego analizowania tego, co się zdarzyło, jak i tego, co nie zdarzyło się, choć mogło się zdarzyć.

Albowiem coraz częściej, podobnie jak po pierwszym telefonie Sima w lutym, Edyta zastanawiała się, czy tamtego dnia po wizycie w leśniczówce słusznie zrobiła, zrywając z nim kontakt, mimo że on chyba chciał go kontynuować. Owszem, zrobiła to, żeby jakoś się bronić, odcięła się, by nie dać sobie więcej pretekstów do brnięcia w to beznadziejne uczucie, które, podsycane kolejnymi spotkaniami, prędzej czy później spaliłoby ją od środka. Zrobiła to, żeby się ratować, lecz czy ta samoobrona rzeczywiście była skuteczna? Czy faktycznie pomagała jej, czy tylko bardziej szkodziła? Co było gorsze – spalać się w ogniu nieodwzajemnionego uczucia, ale przynajmniej od czasu do czasu móc nasycić duszę ukochaną obecnością, czy tak jak teraz cierpieć i skręcać się z tęsknoty? Bo przecież w jej sercu nic się nie zmieniło, ogień, który próbowała stłumić, nie tylko dalej się tlił, ale wręcz im bardziej z nim walczyła, tym silniejszym buchał płomieniem, jak płonąca parafina, którą ktoś próbuje gasić wodą. Jaki więc sens miało pozbawienie się możliwości zobaczenia się z Simem przynajmniej od czasu do czasu?

A z drugiej strony – czy na pewno dałaby radę to wytrzymać? Teraz, kiedy nie odzywał się już od prawie trzech miesięcy, przynajmniej nie musiała narażać się na słuchanie o jego życiowych planach, których sama przecież nigdy nie będzie uczestniczką. Przede wszystkim nie musiałaby słuchać o Rusałce i wystawiać się na męki zazdrości, która i tak ją nękała… O ile nigdy dotąd nie zależało jej na żadnym mężczyźnie do tego stopnia, by być o niego zazdrosną, o tyle w przypadku Sima zazdrość towarzyszyła jej od samego początku. O Elizę, Monikę, którą w szpitalu wzięła za Elizę, o Rusałkę, nawet o te dziewczyny, które w restauracji bez żenady ściskały go i całowały… Nad tym nie dało się panować, to było silniejsze od niej, więc może lepiej, że nie miała z Simem kontaktu? Dzięki temu nie miała też pożywki do zazdrości.

Lecz może właśnie szybciej wyleczyłaby się z tego, gdyby mogła regularnie go widywać? Nieobecnych chętnie się idealizuje, a zazdrość łatwiej obrócić w rezygnację, gdy na co dzień dostaje się dowody na bezpodstawność marzeń i nadziei. Może gdyby poznała Rusałkę, łatwiej byłoby jej wziąć tego byka za rogi? Sim wszak prędzej czy później by jej ją przedstawił… Swoją drogą tego właśnie się obawiała i między innymi dlatego zerwała ten kontakt, ale może nie powinna była się przed tym wzbraniać? Wówczas przynajmniej od czasu do czasu mogłaby na niego spojrzeć, przypomnieć sobie kolor jego oczu i posłuchać jego głosu, a tymczasem na własne życzenia pozbawiła się tego i to prawdopodobnie już na zawsze. A jeśli czas udowodni, że to był jej największy błąd?

Zaszywając się pokoju na piętrze, w którym w maju jedną noc spędził Sim, a o którym matka i babcia nawet nie miały pojęcia, że stał się dla niej tajemną świątynią dumania, Edyta rozważała również i ten motyw – motyw błędu czy też raczej serii błędów, które być może popełniła od początku ich znajomości. Bo czy nie była względem niego zbyt chłodna, zbyt zdystansowana? Po tym, jak z najtkliwszą czułością głaskała go policzku, gdy leżał nieprzytomny, przy jego pierwszym telefonie zupełnie zmieniła front i zachowywała się, jakby nie tylko go nie znała, ale nawet nie chciała znać. Owszem, zrobiła tak głównie ze wstydu, by jakoś zneutralizować pomyłkę ze szpitala, lecz skoro on pamiętał to, co się wtedy działo, i najwyraźniej to akceptował, skoro nie widział przeszkód, żeby być z nią na ty, to co jej szkodziło po prostu na to przystać?

Im dłużej o tym myślała, tym wyraźniej postrzegała, z jaką konsekwencją utrzymywała ten dystans również później. Od samego początku to przecież Sim inicjował każdy kontakt, to on dążył do spotkań i rozmów, to on wychodził z wszelkimi inicjatywami i propozycjami – zawsze on! Ona, owszem, zaprosiła go do siebie do domu na robienie notatek ze śledztwa, a w majówkę zaproponowała mu nocleg w Bobrzy, ale to były tylko naturalne reakcje wynikające z rozwoju sytuacji. Nigdy nie odzywała się do niego pierwsza, nie dzwoniła, nie smsowała, nie szukała z nim kontaktu. Zawsze robił to on, ona zaś co najwyżej biernie się temu poddawała. Z jego perspektywy mogła zatem wydawać się zimna jak lód, czy zatem można się dziwić, że czuł się w jej życiu intruzem? Mówił wszak o tym wiele razy, nawet na sam koniec, kiedy w tak chłodny sposób żegnała się z nim w samochodzie.

No tak, tylko że on nic z tego nie rozumiał! Przecież to był u niej rodzaj reakcji paradoksalnej! Sama nie rozumiała, jak to się działo, bo działo się wbrew niej, ale tak było – im bardziej zależało jej na nim, im goręcej go kochała, tym większy zachowywała wobec niego dystans. O wiele milsza była choćby dla takiego Rubensa, który jako facet kompletnie jej nie obchodził… Sima, za którym od tylu miesięcy jej serce wyło jak wilk do księżyca, potraktowała w trakcie jazdy z leśniczówki jak powietrze, nie mówiąc już samym pożegnaniu, gdy zapytał o termin kolejnego spotkania, a ona kategorycznie go zbyła. Dlaczego tak postąpiła? Właśnie dlatego, że tak strasznie go kochała! I dlatego, że wiozła wówczas w sercu wspomnienie jego zachowania podczas tamtego incydentu z zawaloną belką sufitową… wspomnienie jego strachu o nią, jego dotyku, uścisku jego ramion… To było tak mocne, tak piękne i zarazem tak bolesne, że z trudem powstrzymywała łzy, a przez to znowu – znowu, po raz nie wiadomo już który! – nie umiała z nim rozmawiać.

Owszem, zdawała sobie sprawę, że tamte reakcje Sima wynikały jedynie z naturalnego strachu o drugiego człowieka, a może częściowo też z obawy przed odpowiedzialnością. Wszak to on zabrał ją na oglądanie leśniczówki, więc gdyby zginęła w niej przywalona starymi belkami, on sam mógłby mieć kłopoty. Policja, prokurator, do tego tłumaczenie się przed jej rodziną… Matka byłaby w ciężkim szoku, dowiadując się, że tego dnia jej mieszkająca w Warszawie córka znalazła się w tak absurdalnym miejscu, w dodatku tak niedaleko Bobrzy, i tam straciła życie. Bezwzględnie chciałaby wiedzieć, co tam robiła, kto ją tam zawiózł i po co, Sim zaś miałaby wielki problem jej to wytłumaczyć. Nic więc dziwnego, że był taki przerażony, że krzyczał, wołał ją, jak wariat przewalał deski, żeby do niej dotrzeć, a potem tulił ją do siebie z ulgą i na własnych rękach wyniósł z rumowiska. To były naturalne odruchy, każdy na jego miejscu zrobiłby tak samo, tak jak on zapewne nie postąpiłby inaczej, gdyby na jej miejscu znalazł się ktokolwiek inny.

A jednak… Nawet jeśli pobudki jego działania i zachowania były zrozumiałe, nie zmieniało to faktu, że to się wydarzyło. Nieraz, zwłaszcza w łóżku, gdy znajdowała się już w błogiej fazie przedsennego odrętwienia, wracał do niej obraz wystraszonej, zakurzonej twarzy Sima, jego krzyk, strach w jego głosie i to zdrobnienie, którym tego dnia nazwał ją nie raz, a kilka razy. Dusia. Wymawiał to słowo takim tonem, z takimi emocjami… raz z przerażeniem, raz z ulgą, a nawet zdawało jej się, że… nie, to musiała być tylko autosugestia, ale i tak nigdy tego nie zapomni. Tak jak do końca życia nie zapomni cudownego uścisku jego ramion, który poczuła wówczas po raz pierwszy – i po raz ostatni.

Tak czy inaczej, choć jej zdystansowane zachowanie wobec Sima było faktem, z punktu widzenia przyszłości i niemożliwych do spełnienia nadziei chyba nie miało większego znaczenia. Nawet gdyby była względem niego bardziej wylewna, to przecież i tak to by nic nie zmieniło, wręcz zrobiłaby z siebie idiotkę, jak wówczas w lesie, gdy zagapiła się w jego oczy jak przysłowiowa sroka w kość. Owszem, może podczas tego chłodnego pożegnania w samochodzie przez moment zrobiło mu się przykro, wszak była dla niego osobą mimo wszystko ważną, bądź co bądź w Wigilię uratowała mu życie, a może nawet w międzyczasie zdążył ją polubić. Lecz co z tego, skoro dla niej to i tak było za mało?

Uwadze matki i babci, które jak zawsze cieszyły się z jej dłuższej obecności w domu, nie umknęła nie tylko zmiana w zachowaniu Edyty, owo dziwne zamyślenie, refleksyjność i chroniczna nieobecność duchem, ale również wyraźna zmiana w jej wyglądzie. Ta zawsze wesoła, tryskająca zdrowiem dziewczyna teraz ewidentnie schudła (nic dziwnego, skoro ledwo skubała jedzenie, mimo że obie panie na głowie stawały, gotując dla niej ulubione przysmaki), a jej twarz, pomimo opalenizny, jakiej nałapała podczas długich spacerów po okolicy, wciąż zdawała się dziwnie blada, jakby przeźroczysta.

Czy to znaczyło, że jednak była zakochana? A może chora? Pani Marta zdecydowanie wolałaby dla swojej jedynaczki pierwszą opcję, która zresztą była o tyle bardziej prawdopodobna, że Edyta nie wykazywała oznak fizycznego osłabienia. Przeciwnie, ciągle latała na te spacery i podczas swych codziennych włóczęg przemierzała niezmordowanie tyle kilometrów, że człowiek ciężko chory na pewno nie miałby na to wystarczającej energii. A więc zakochana? Oby! Najwyższy czas, żeby wreszcie się kimś zainteresowała. Co prawda miłość jest ślepa i nigdy nie wiadomo, czy ów wybranek to na pewno będzie ktoś dla niej odpowiedni, ale zatroskana matka, w obawie, żeby córka całkowicie się przed nią nie zamknęła, wolała o nic jej nie wypytywać i po prostu czekać. Jeśli coś ma z tego wyniknąć, to i tak wyniknie, w takie sprawy lepiej się nie wtrącać. Pani Marta nie mogła jednak podarować sobie małego eksperymentu, aby, korzystając z nadarzającej się okazji, wybadać, czy trop, który zakładała, jest słuszny.

– Edziu, dzwoniła Brygida – oznajmiła, kiedy któregoś wieczoru, już pod koniec urlopu córka wróciła z długiego spaceru z bukietem kwiatów i zabrała się za przycinanie ich na stole w salonie z zamiarem ułożenia w wazonie. – Powiedziałam, że jesteś u nas i masz urlop do niedzieli, a ona od razu zapytała, dlaczego jeszcze nie odwiedziłaś jej w Poznaniu. Podobno w kwietniu obiecałaś jej, że przyjedziesz.

– Nie obiecywałam – sprostowała spokojnie Edyta. – Powiedziałam tylko, że o tym pomyślę.

– Na jedno wychodzi – machnęła ręką matka. – Ona to wzięła za obietnicę i pyta, czy nie wpadłabyś do nich w ten weekend. Jest jakiś pociąg od nas w sobotę rano, przespałabyś u Brygidy jedną noc, a w niedzielę wróciłabyś sobie już prosto do Warszawy. Z Poznania jest pełno bezpośrednich pociągów, i to ekspresowych, więc nawet szybciej byś dojechała niż stąd.

– Hmm – zastanowiła się Edyta, która nawet chętnie zaliczyłaby tę wizytę u ciotki, aby w przyszłości mieć już święty spokój. – W sobotę rano, mówisz?

– Aha! – podchwyciła matka. – Koniecznie pojedź, Edziu, rozerwiesz się tam trochę, pozwiedzasz miasto, a w sobotę wieczorem Brygida ma dla ciebie niespodziankę. Właściwie to niespodziankę trochę spodziewaną – mrugnęła do niej porozumiewawczo – bo chodzi po prostu o uroczystą kolację, na której chciałaby ci kogoś przedstawić.

Edyta natychmiast naburmuszyła się jak gradowa chmura.

– A nie, w takim razie nigdzie nie jadę – odparła stanowczo.

– Ale dlaczego? – zdziwiła się matka, przybierając przebiegłą minę. – To podobno miły chłopiec, co ci szkodzi go poznać? Jak się nie spodoba, to nie, ale dać szansę zawsze można. Przecież i tak nie masz na oku nikogo innego.

Edyta zacięła usta, nerwowymi ruchami przycinając ostatnie łodyżki kwiatów i pracowicie układając jeden po drugim w wazonie.

– No chyba że jednak kogoś masz – dywagowała od niechcenia pani Marta. – Bo wtedy to wiadomo, że inny się nie spodoba.

– Nie mam – ucięła stanowczo. – Ale i tak do cioci Brygidy nie pojadę.

– No, ale…

– Mamo, proszę – westchnęła Edyta, wtykając ostatniego kwiatka do wazonu i zbierając z blatu śmieci. – Bądź po mojej stronie i nie włączaj się w takie akcje, co? Jak będziecie mnie swatać na siłę, to skutek będzie dokładnie odwrotny, bo nie tylko nic z tego nie będzie, ale jeszcze niepotrzebnie się pokłócimy. A ja tego nie chcę.

Pani Marta zamilkła więc i wycofała się dyplomatycznie, konstatując z niezadowoleniem, że po tej rozmowie wie tyle co wcześniej, a może nawet jeszcze mniej. Edyta, która nie wspomniała matce i babci nawet o porażce w pracy i degradacji na niższe stanowisko, aby ich nie martwić, tym bardziej nie miała zamiaru nikomu zwierzać się z rozterek sercowych, a co dopiero wspominać w tym kontekście o Simie, którego obie panie przecież znały. I tak zresztą nie uniknęła tego tematu, pojawił się bowiem znienacka ostatniego dnia jej pobytu podczas rodzinnego obiadu, dosłownie na kilka godzin przed powrotem do Warszawy.

– A, Edziu, właśnie! – zagadnęła matka, dokładając sobie pysznego domowego bigosu, który ugotowały z babcią specjalnie dla niej. – Miałam cię zapytać, a ciągle zapominam… Co tam u pana Szymona? Masz z nim jeszcze jakiś kontakt?

Edyta omal nie udławiła się bigosem, jednak szybko się opanowała i przełknąwszy porcję, którą miała w ustach, przybrała na twarz wyraz zastanowienia.

– Z Simem? Nie, ostatnio się nie odzywał.

– Szkoda – odparła z żalem pani Marta. – Myślałam, że znasz dalszy ciąg tych jego poszukiwań historycznych o Dołanieckich, bo powiem wam, że to mnie nawet zaciekawiło. To zresztą taki miły młody człowiek… i to Wi-Fi tak szybko nam naprawił… Jakbyś go widziała, to przekaż mu ode mnie, że wszystko elegancko chodzi, dobrze?

– Dobrze – skinęła głową. – Oczywiście jeśli się odezwie, a ja nie zapomnę.

– A jakby chciał znowu przyjechać czegoś tu szukać, to od razu zaproś go do nas, nawet się nie pytaj – zaznaczyła matka. – Powiedz mu, że zawsze jest u nas mile widziany. No ale jedz, jedz, Edziu, bo ci wystygnie – dodała energicznie. – Zapakowałam ci już tego bigosiku dwa słoiki, weźmiesz sobie do Warszawy, co?

Edyta pokiwała głową, grzebiąc widelcem w talerzu.

– Bardzo chętnie, mamo, jest przepyszny. Dziękuję.

 

42.

 

Powrót z urlopu do pracy okazał się dla Edyty o wiele trudniejszy, niż się spodziewała. Po dwóch tygodniach rozluźnienia rytmu dobowego, kładzenia się spać i wstawania o nieregularnych porach, a także wielogodzinnych samotnych spacerów i snutych podczas nich rozmyślań ciężko jej było znów przyzwyczaić organizm do sztywnej rutyny, jakiej wymagał poranny dojazd do pracy na godzinę siódmą trzydzieści. Sprawiło to, że w trakcie kolejnych kilku tygodni aż cztery razy zdarzyło jej się zaspać – i to pomimo włączonego budzika, którego po prostu nie usłyszała. Ponadto zadania, jakie miała wyznaczone do wykonania przez nowego przełożonego o imieniu Andrzej, szły jej wyjątkowo opornie, gdyż chroniczny stan rozkojarzenia przeszkadzał jej w należytym skupieniu uwagi. Walczyła z tym jednak i jakoś sobie radziła, bo czy zresztą miała inne wyjście? Jeśli chciała utrzymać pracę, musiała każdego dnia brać się w garść i przynajmniej w minimalnym stopniu wywiązywać się z obowiązków zawodowych.

Praca była zresztą całym jej światem, jedynym impulsem do tego, by o poranku podnieść się z łóżka, jako że życie osobiste, w szczególności towarzyskie, praktycznie już nie istniało. Mimo że Magda, obnosząca już z dumą obrączkę ślubną, kilka razy próbowała zaprosić ją na taką czy inną imprezę, na której również przypadkowo mógł się pojawić Paweł, ona konsekwentnie odmawiała w nadziei, że dzięki temu wkrótce ktokolwiek w ogóle przestanie ją zapraszać. Lepiej się czuła w samotności, zaszyta w swojej norze jak ranne zwierzę, które, jeśli w ogóle ma wrócić do zdrowia, musi to zrobić z dala od oczu innych.

Któregoś wieczoru, mniej więcej w połowie października, po raz pierwszy od prawie czterech miesięcy z numeru Sima przyszedł krótki sms.

Cześć, Eda, co u Ciebie? Wszystko gra? Pozdrawiam, Sim.

Edyta długo siedziała nieruchomo, wpatrując się w te literki, tylko od czasu do czasu dotykając palcem ekranu, by nie zgasł, tak jakby bała się, że gdy na chwilę straci je z oczu, na zawsze znikną. Odezwał się. W końcu dał znak życia. Tylko co z tego? Nie było w tym nic zaskakującego, wszak zapowiedział, że czasem wyśle do niej właśnie takiego smsa – z pytaniem, czy wszystko okej. No i wysłał. Po czterech miesiącach! Czy to nie był najlepszy dowód na to, jak daleko znajdowała się na liście jego priorytetów?

Tak, u mnie wszystko w porządku – odpisała po długim namyśle. – A u Ciebie?

Pytanie to zadała z duszą na ramieniu, tylko dlatego że wypadało je zadać. Bo jeśli on odpisze jej coś, co znów powali ją na ziemię jak z kałasznikowa? Na przykład pochwali się, że się ożenił. Kiedy przyszedł sms zwrotny, była wręcz w pełni gotowa na taką właśnie informację. Jednak nie.

Też jakoś leci, dziękuję. Przejrzałem te nasze notatki, chcesz, żeby ci je oddać?

Serce Edyty zabiło mocniej. To przecież wyglądało jak pretekst do podtrzymania rozmowy, ba, wręcz do spotkania! Jak miała to interpretować? Gdyby nie chciał jej zobaczyć, nie pisałby tego, zwłaszcza że znał jej adres i już dawno mógł odesłać jej te notatki pocztą. A jeśli to znaczyło, że?… Jeśli on?…

Ech, nie! To tylko marzenia jej spragnionego serca i niespełnionej duszy. Nic więcej. On po prostu znowu tylko chciał być miły. Jednak propozycja oddania jej notatek wciąż wyświetlała się na ekranie, nie była złudzeniem. Co mu odpisać? Przecież nie byłoby w tym nic złego ani podejrzanego, gdyby odpisała mu na przykład tak:

Jeśli już ich nie potrzebujesz, to chętnie je wezmę. Gdzie i kiedy?

Wpisała te słowa do okienka edycji wiadomości, ale po namyśle jednak je wykasowała. To znowu zabrzmiało tak chłodno! A gdyby tak raz, choć ten jeden raz zaryzykować i odpisać mu jakoś inaczej, cieplej? Przecież ich kontakt i tak prawie nie istniał, więc co jej szkodziło postawić wszystko na jedną kartę?

Z sercem bijącym w piersi jak dzwon, drżącymi z emocji palcami wklepała w okienko edycji treść, którą od miesięcy nosiła na dnie duszy, lecz która, ubrana w literki na ekranie telefonu, wydała jej się tak szalona i odważna, że aż przerażająca. Jednak nie umiała odmówić sobie wpisania tych słów.

Tak. Spotkajmy się. Tęsknię za Tobą.

To była tylko wersja robocza wiadomości, ale ona i tak trzęsła się teraz jak galareta, a w głowie kręciło jej się jak na karuzeli. Wystarczyłoby nacisnąć przycisk Wyślij… tylko tyle, jedno kliknięcie i klamka zapadnie, w przeciągu kilku sekund Sim otrzyma tę wiadomość. Jak na nią zareaguje? Prawdopodobnie będzie zażenowany i szybko ją spławi, albo w ogóle nie odpowie – ale co, jeśli będzie inaczej? Czy nie powinna przyjąć zasady, że nie przekona się o tym, dopóki nie sprawdzi? Raz kozie śmierć.

A tak naprawdę to właściwie co jej szkodziło pójść jeszcze dalej i pojechać po bandzie? Rozdygotana już teraz do tego stopnia, że ledwo trafiała palcem w klawiaturę, dopisała do przygotowanej wiadomości jeszcze trzy słowa. Trzy słowa – jak trzy literki jego imienia.

Kocham Cię, Sim.

Boże! Jak to wyglądało! Serce chyba zaraz wyskoczy jej z piersi… Wiadomość gotowa, właśnie takiej treści, zgodnej z tym, co naprawdę czuła. Teraz wystarczy tylko nacisnąć Wyślij. Tylko tyle. Co jej szkodzi? Wszak od tego się nie umiera, więc i ona nie umrze. Co najwyżej się skompromituje, a jedyną konsekwencją tego będzie tylko brak kolejnych smsów i definitywne zerwanie kontaktu. W sumie niewielka strata wobec tego, co mogłaby zyskać, gdyby się okazało, że on…

Nie.

Edyta cofnęła palec, który już prawie dotykał ikonki wysyłania wiadomości. Jednak się nie odważy. Nie pogrąży się aż tak, nie zrobi sobie tego. Przecież to by się ciągnęło za nią już do końca życia, do ostatniego oddechu paliłaby się ze wstydu! Zresztą nie zrobi tego też ze względu na niego, nie postawi go w takiej głupiej sytuacji. A co, jeśli teraz gdzieś koło niego jest Rusałka, która to przeczyta? Takich rzeczy po prostu się nie robi.

Powolutku, z rozdzierającym bólem serca, literka po literce wykasowała treść wiadomości i w to miejsce pośpiesznie wpisała inną, po czym, nie zastanawiając się ani chwili dłużej, stanowczym ruchem palca, który już prawie wcale nie drżał, nacisnęła Wyślij. Pół sekundy później wiadomość poszła w eter.

Nie, nie trzeba, nie są mi potrzebne. Wszystkiego dobrego, Sim. Pozdrawiam, E.

 

43.

 

To były tylko dwa smsy, w dodatku prawie bez treści – ot, pytanie, co tam u niej i czy oddać jej stare, niepotrzebne już notatki. A jednak Edyta od kilkunastu dni nie mogła się pozbierać po tej krótkiej smsowej konwersacji. To nie był przecież byle sms, to był pierwszy znak życia od Sima, jaki dostała od pełnych czterech miesięcy! Już samo to wystarczyło, by nadać tym dwóm krótkim wiadomościom najwyższą rangę, status niemal świętego wersetu, a jeśli dodać do tego wspomnienie odpowiedzi, którą wpisała w okienko edycji, mimo że jej nie wysłała, trudno się dziwić, że wciąż cała trzęsła się od środka. Z jednej strony, na myśl o tym, jaką głupotę by zrobiła, gdyby sms poszedł do Sima w tamtej formie, zlewały ją na przemian zimne i gorące poty, z drugiej zaś sam układ literek trzech ostatnich wpisanych tam słów, które po raz pierwszy zmaterializowały się przed jej oczami w formie graficznej, zrobił na niej wrażenie, z którego nie umiała się otrząsnąć.

Sim nie odpowiedział jej na drugiego smsa, widocznie uznał jej odmowę notatek za konkludującą, a może znowu przez to poczuł się intruzem? Trudno, nawet jeśli, to on jakoś to przeżyje, a ona przecież nie mogła inaczej. Jeśli chciała być konsekwentna, musiała zagryźć zęby i dla własnego dobra zrezygnować z okazji do spotkania, zwłaszcza że jemu być może wcale nie zależało na tym, żeby ją zobaczyć, a po prostu chciał być miły i uprzejmy. To była wręcz najbardziej prawdopodobna interpretacja jego propozycji, o której zresztą pewnie dawno już zapomniał, podczas gdy ona wciąż ją roztrząsała. I to do tego stopnia, że w końcu nabawiła się kłopotów.

Październikowy epizod smsowy nie pozostał bowiem bez wpływu na jakość pracy Edyty, która już wcześniej pozostawiała sporo do życzenia. Rozkojarzona, nieobecna duchem, co chwila zawieszająca uwagę dziewczyna łapała opóźnienie za opóźnieniem i z trudem wyrabiała się z realizacją swoich zadań w granicznych terminach, to zaś generowało ryzyko dla całego zespołu, bowiem bez wykonania przydzielonej jej części nie można było zamknąć projektu. Ponadto coraz częściej zdarzało jej się spóźniać do biura, niekiedy nawet o godzinę, to zaś, choć prezes na razie nic o tym nie wiedział, nie mogło już pozostać bez reakcji przełożonych. W ostatnim tygodniu listopada, kiedy po raz kolejny spóźniła się na poranną odprawę, Andrzej nakazał jej pozostanie w biurze po godzinach pracy i przeprowadził z nią trudną dla obu stron rozmowę dyscyplinującą.

– Posłuchaj, Edyto, albo się dogadamy i razem coś z tym zrobimy, albo niestety będziemy musieli się rozstać – oznajmił jej stanowczo. – Przez jakiś czas mogłem przymykać oko, ale są granice, a dla mnie to też jest duże ryzyko. To nie jest biblioteka publiczna, tylko korporacja, tutaj zasady są twarde, kto nie wytrzymuje tempa, ten wypada z gry. Albo zespół będzie pracował wydajnie i terminowo, albo wszyscy oberwiemy po łbach, a ja oczywiście najbardziej, bo to ja wami zarządzam i moim obowiązkiem jest eliminować słabe ogniwa, zanim przyniosą szkodę.

– Tak, wiem –przyznała ze skruchą Edyta. – Przepraszam, że stałam się dla was słabym ogniwem i kulą u nogi. Mam ostatnio trochę problemów osobistych, oczywiście wiem, że to żadne usprawiedliwienie, po prostu chcę podkreślić, że to nie jest z mojej strony zła wola, ani celowe zaniedbanie, a po prostu ciężki okres w życiu.

– Rozumiem – odparł łagodniej Andrzej. – Ale to niestety nikogo tutaj nie obchodzi. Firma płaci, firma wymaga, takie są zasady, jeśli ktoś nie daje rady, musi szukać innej drogi, przykro mi. Nie chciałbym ci robić problemów na sam koniec roku, za miesiąc święta, głupio by było, jakbyś teraz musiała szukać innej pracy, ale ja też muszę dbać o swoje interesy. Dlatego zrobimy tak. Na razie nie podkabluję cię do starego za te spóźnienia do pracy i obsuwy w zadaniach, ale stawiam ci ultimatum: to ma się już więcej nie powtórzyć.

– Tak jest – pokiwała głową.

– Od jutra będziesz nie tylko w stu procentach punktualna, zdyscyplinowana i wydajna, ale wręcz będziesz najbardziej aktywnym i zaangażowanym pracownikiem, który wszystko robi nie na czas, a przed czasem. Krótko mówiąc, będziesz ciągnąć ten zespół nie w dół, tylko w górę. A jeśli zdarzy ci się choćby jeszcze jedna wpadka – podniósł w górę palec ostrzegawczym gestem – to niestety będę zmuszony wyciągnąć z tego konsekwencje. I bądź pewna, że to zrobię. Mnie też, Edyto, zależy na tej pracy.

Czy miała inne wyjście, niż przyjąć warunki, które jej postawił? Odrzucenie ultimatum oznaczałoby, że jutro na biurku prezesa spocznie raport Andrzeja na jej temat, a skutek raportu będzie oczywisty. Zgodziła się zatem na wszystko, obiecała solennie poprawę, jednak zrobiła to ze świadomością, że pomimo najszczerszych chęci prawdopodobnie i tak nie uda jej się z tej obietnicy wywiązać. Przez kilka dni może tak, ale na dłuższą metę raczej nie wytrzyma, zwyczajnie zabraknie jej energii, zwłaszcza że od dawna jechała na rezerwie.

Dlatego już tego samego wieczoru, wróciwszy do domu po rozmowie z przełożonym, otworzyła komputer i wyszukała strony z ogłoszeniami dotyczącymi ofert pracy w jej specjalności na terenie Warszawy, spodziewając się, że już niedługo będzie potrzebować alternatyw. Ku swemu zadowoleniu od razu znalazła kilka potencjalnie interesujących, które zachowała w zakładce Ulubione, jednak szybko przerwała te poszukiwania, bowiem musiała jak najszybciej położyć się spać, by nazajutrz stawić się w biurze punktualnie, a do tego mieć energię do udawania przodownicy pracy.

Niemniej przez kolejne wieczory kolekcja interesujących ją ofert rosła w Ulubionych jak przez pączkowanie, to zaś pozwoliło jej już bardzo poważnie myśleć o rychłej zmianie pracy. Co prawda nie chciała się tym zajmować przed świętami, które w istocie zbliżały się już wielkimi krokami, wolała odłożyć tę operację na czas po Nowym Roku, a to znaczyło, że w obecnej korporacji dobrze byłoby dotrwać jakoś przynajmniej do końca grudnia. Jednak czy wytrzyma mordercze tempo narzucone jej przez szefa? Na razie jeszcze to jej się jakimś cudem udawało, ale przecież Andrzej jasno zapowiedział, że wystarczy jedna wpadka i tym razem nie będzie litości.

Wówczas Edyta przypomniała sobie o zaległym urlopie wypoczynkowym, dokładnie tym, który w lecie zostawiła sobie „na czarną godzinę”, a ponieważ w pierwszej połowie roku nie wykorzystała z należnej jej puli nic, obecnie pozostało jej do wzięcia jeszcze dziesięć dni roboczych. Dziesięć dni! Zważywszy na korzystny układ świąt, które wypadały w środę i czwartek, oraz na przeplatające się z nimi weekendy, oznaczało to, że mogła wziąć urlop na prawie całą drugą połowę grudnia, co w sytuacji, w jakiej się znajdowała, było iście zbawienną perspektywą. Aby zatem nie sabotować tego planu, złożywszy wniosek urlopowy, który jakimś cudem został zaakceptowany, przez ostatnich kilka dni pracy w korporacji (choć póki co tylko ona wiedziała, że będą ostatnie) tym bardziej przykładała się do swoich obowiązków, co niezwykle satysfakcjonowało Andrzeja, dumnego ze skuteczności zastosowanych wobec niej środków dyscyplinujących.

 

44.

 

Pierwszych kilka dni urlopu Edyta spędziła na odsypianiu szalonego maratonu przodownictwa pracy, jak nazywała ostatnie dwa tygodnie morderczej pracy w zespole, oraz na szukaniu w Internecie kolejnych ofert nowego zatrudnienia. Wkrótce jednak musiała już zacząć myśleć o przygotowaniach do wyjazdu na święta, które oczywiście jak co roku zamierzała spędzić w Bobrzy.

– Mamo, przyjadę do was w sobotę – oznajmiła przez telefon matce. – Mogłabym w piątek, ale jeszcze posprzątam sobie trochę tu u siebie i spokojnie się spakuję, w sobotę zresztą może będzie mniejszy tłok? Myślę, że tym razem wsiądę w jakiś wcześniejszy pociąg, tak, żeby dojechać do miasteczka jeszcze za dnia.

– Świetnie, Edziu, ale i tak pamiętaj, żeby mieć naładowany telefon – zastrzegła pani Marta. – Ja się nie chcę znowu denerwować.

– Nie martw się, naładuję go do pełna, raz dostałam nauczkę i teraz już nigdy o tym nie zapomnę. Dużo będziemy mieli gości?

– Wszystkich oprócz Henia i Marysi. Jadzia z Ziutkiem też jeszcze się wahają, być może trafi im się z Ziutka pracy wycieczka na Kanary, to by sobie pojechali, dadzą znać, decyzje mają być w tym tygodniu. Chociaż ja to nie rozumiem, jak można spędzić święta na jakichś Kanarach? – dodała z niesmakiem. – Pewnie tam nawet barszczu z uszkami na wigilię nie dostaną… No, ale ja się nie wtrącam, każdy robi, co chce. Czyli sobota, tak? Dasz znać, o której mniej więcej dojedziesz?

– Oczywiście, mamo – zapewniła ją ciepło Edyta. – O wszystkim będę cię na bieżąco informować smsami. Pozdrów ode mnie babcię i do zobaczenia w sobotę!

„A teraz zabieramy się za świąteczne porządki tutaj” – oznajmiła samej sobie po zakończeniu połączenia, rozglądając się po salonie, w którym od wielu miesięcy sprzątała tylko po wierzchu. – „Czas najwyższy to ogarnąć, teraz już nie ma wymówek.”

Do Bożego Narodzenia pozostał dokładnie tydzień, w tym jeszcze dwa i pół dnia w Warszawie, w sam raz, żeby dokładnie wysprzątać mieszkanie i pochodzić po sklepach w poszukiwaniu prezentów dla mamy i babci. Układ z gośćmi z rodziny zakładał, że każdy kupuje prezenty tylko dla swoich najbliższych, ona jednak miała zamiar w tym roku wyłamać się i sprawić też mały podarek swojej ulubienicy Agusi, to zaś będzie wymagało odwiedzenia jakiegoś dobrego sklepu z zabawkami. Tym lepiej – każde zajęcie, które zajmowało jej czas i absorbowało myśli, było mile widziane. Zwłaszcza teraz, tuż przed świętami, kiedy zbliżała się rocznica pamiętnych wydarzeń, które swoją kulminację miały w środku lasu podczas wigilijnej nocy.

Lecz i tak, pomimo dbałości, jaką Edyta przykładała do precyzyjnego meblowania sobie czasu, nawet najbardziej intensywne zajęcia nie były w stanie wyłączyć pamięci ani zagłuszyć tęsknoty. Jedynym nikłym ognikiem pocieszenia była dla niej nadzieja na to, że w święta Sim może się odezwie, że napisze choćby krótkiego smsa z życzeniami na znak, że jeszcze o niej pamięta. A może to ona powinna napisać do niego pierwsza? Raz jeden wyjść z inicjatywą, pokazać mu w ten sposób, że wcale nie jest i nigdy nie był intruzem, zwłaszcza że okazja do tego będzie znakomita, w końcu wysłanie świątecznych życzeń to nie wyczyn, a standard. Gdyby wysłała mu je na przykład w Wigilię, zważywszy na to, jak znacząca to data, może odpisałby jej coś więcej niż tylko Wesołych Świąt?

Serce wciąż bolało, kłuło i reagowało nieprzyjemnym ściskiem na każde wspomnienie jego twarzy i uśmiechu, a szczególnie oczu o barwie tęczówek, która tak idealnie zgrywałaby się z zielenią bożonarodzeniowej choinki. Czy tak będzie już zawsze? Przecież od teraz, czy będzie tego chciała czy nie, każde Boże Narodzenie będzie jej się kojarzyć z Simem! Ze Stefanem, Elizą i Kalinką oczywiście też, ale to było jakby to samo, wszak tamci przybyli z innego wymiaru, mając de facto tylko jeden cel – uratować Sima. A raczej sprawić, by to ona go uratowała.

Co ciekawe, od tamtej Wigilii żadne z tych trojga już więcej nie wróciło, ani na jawie, ani we śnie, podobnie jak nie wrócił do niej koszmar ze zbliżającymi się światłami, ani wizja przygotowanej do wigilijnej wieczerzy leśniczówki. Od roku nic a nic! Zapowiadana za pośrednictwem tych snów nadprzyrodzona interwencja, wówczas tak silna i stanowcza, że choćby Edyta nawet chciała, i tak nie mogłaby się jej oprzeć, zakończyła się definitywnie o północy z Wigilii na Boże Narodzenie, w momencie, gdy Sim bezpiecznie odjechał karetką do szpitala w Ostrowie. Reszta to były tylko skutki, które miały wymiar już wyłącznie ludzki, bez domieszki metafizyki. I może tak właśnie miało być? W końcu ze wszystkich osób biorących bezpośredni udział w tym szaleństwie, tylko ona i Sim byli żywymi ludźmi z krwi i kości.

Lecz czy tamten metafizyczny plan, ktokolwiek był jego autorem, przewidywał możliwość wystąpienia skutków ubocznych? Czy wzięto pod uwagę, że wykonawczyni zleconego zadania zakocha się po uszy w uratowanym z wypadku mężczyźnie, on zaś pozostanie względem niej obojętny? Jeśli to było z góry przewidziane, byłby to okrutny machiawelizm, natomiast jeśli to był tylko błąd w sztuce, to do kogo kierować reklamacje i wniosek o odszkodowanie? A z drugiej strony, gdyby dało się cofnąć czas i nigdy tego nie przeżyć, zwłaszcza nigdy nie spotkać Sima, to czy Edyta zdecydowałaby się na taką opcję? Wszak nie spotkać go i nigdy nie spojrzeć mu w oczy było rzeczą niewyobrażalną!

Dzień przed wyjazdem do Bobrzy, kiedy robiła generalne porządki w salonie, wywalając wszystko z szafy i komód, zadzwonił odłożony na stół telefon – na ekranie wyświetliło się imię Rubensa.

– Hej, Duśka! – wesoły głos kolegi od razu wywołał na jej twarzy uśmiech. – Będziesz na święta w miasteczku? Bo mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia!

– Będę. Jaką propozycję?

– O, to super! – ucieszył się. – Ale tylko na święta będziesz, czy na sylwka też?

– Na sylwka też, zostaję do Nowego Roku.

– I masz już jakieś plany?

– Na sylwestra? Nie… raczej tylko szampana w domu z mamą i z babcią.

– Z mamą i z babcią? No co ty! Chyba cię pogięło! – wykrzyknął. – Nie możemy dopuścić do takiej katastrofy! Od tego jest właśnie moja propozycja. Co byś powiedziała na bal sylwestrowy w starym, dobrym towarzychu? W dobrym, znaczy, w naszym! – zaśmiał się. – Stara paczka plus cała masa bonusów, ile tylko uda się zebrać!

– Bal? – szepnęła spłoszona.

– No! U nas w miasteczku organizujemy, w remizie strażackiej. Taki z serpentynami, konfetti i domową żarcióweczką, w sensie, że każdy coś swojego przyniesie i będzie biba, nie? Muza z playlisty, orkiestry nie będzie, ale za to głośniki będziemy mieli takie, że uuuuu!… Bazyl zorganizuje. Tylko ludzi zbieramy, bo jak za mało nas będzie, to dupa, nie impreza. Muszą być tłumy, wtedy jest dopiero bal, co nie? Już mamy trochę ziomów ponagrywanych, z Dębówki przyjadą, z Końskiej Woli, nawet z Ostrowa parę osób… dziewczyny z Myszkowa też obiecały, że będą, a to mnie najbardziej interesuje, bo tam jest taka jedna… mmm! – rozmarzył się. – No kurde, mam nadzieję, że to wypali! To jak? Piszesz się?

– No… nie wiem – zawahała się Edyta.

– Oj, weź, nie bądź taka! – zawołał z perswazją Rubens. – Każda osoba się liczy, zwłaszcza dziewczyny, ode mnie z roboty będzie sporo chłopaków, a większość przyjdzie bez pary. To z kim mają tańczyć? Z kijem od szczotki? A ciebie, kurde, wszyscy lubią! Stara gwardia w całości się melduje, Czarna się wybiera, Dorka, Kama, Piotrek, Wojtek, Justyna… Jak powiem, że i ty będziesz, to wiesz, jak się ucieszą? No już, Duśka, nie daj się prosić! – dodał stanowczo. – Zobaczysz, że będzie fajnie!

Edyta pokręciła głową z wahaniem, ale jakoś nie miała serca odmówić sympatycznemu koledze, z którym zresztą kontakt odnowił się rok temu dzięki wydarzeniom tamtej nocy. Poza tym miała przecież wobec niego dług wdzięczności. Zresztą czy nie byłoby miło zobaczyć starych kumpli z miasteczka?

– No dobra, wstępnie wpisz mnie na listę – odparła po chwili namysłu. – Ale na razie tylko na rezerwową, okej? Muszę się zastanowić, pogadać z rodziną, nie wiem, co tam planują… Potwierdzę ci najpóźniej do końca tygodnia, może być?

– Okej! – zgodził się z satysfakcją. – Tylko pamiętaj, że na rezerwowej jesteś do niedzieli, a potem z automatu przechodzisz na główną. I nawet nie próbuj zmieniać zdania! Ja sobie nie wyobrażam, żeby cię tam nie było, a w ogóle to pomogłabyś nam z wystrojem sali, co? Ty się na tym znasz, zawsze byłaś w takich rzeczach najlepsza, pamiętasz szkolne gazetki? – prychnął śmiechem. – No, Duśka! Nie próbuj się wykręcać, bo jak powiesz, że nie, to przyjedziemy po ciebie całą bandą i wyciągniemy cię z chałupy siłą! I pojedziesz na ten bal w piżamie!

– Ale z ciebie świr! – Edyta też nie mogła powstrzymać parsknięcia śmiechem. – Okej, Rubens, nie piłuj już, przecież nie mówię, że nie. Dzięki za zaproszenie, wstępnie mówię tak, ale do niedzieli jeszcze potwierdzę.

– Dobra, to czekam! Potwierdzenie tylko na tak, innych nie przyjmuję! No to co? Dzięki za rozmowę, powo i trzymaj się, jesteśmy w taczu!

„Ależ to jest wariat!” – pomyślała z sympatią Edyta, odkładając telefon na stół i wracając do opróżniania kolejnych półek i szuflad z ubrań i różnych poupychanych tam drobiazgów, z którymi należało zrobić porządek. – „No, ale kto wie, może faktycznie będzie fajnie? Sylwester w remizie strażackiej z bandą starych kumpli to zupełnie co innego niż wesele takiej Madzi z korporacji w luksusowym hotelu w Karpaczu… dwa zupełnie inne światy! A ja jednak wolę ten skromniejszy.”

Otworzyła kolejne szuflady komody, wyrzucając z nich na oślep zawartość, by przejrzeć wszystko, wyrzucić niepotrzebne rzeczy, a resztę poukładać na nowo. Wprawdzie miała przed sobą jeszcze część popołudnia i wieczór, a torba podróżna leżała już w wysprzątanej na błysk sypialni prawie całkiem spakowana, ale i tak wolała się z tym pośpieszyć. Na szczęście salon był już ostatnim pomieszczeniem w kolejce do świątecznych porządków, co znaczyło, że wyrobi się w czasie idealnie.

„Procentuje doświadczenie z korporacji” – pomyślała z przekąsem, opróżniając ostatnią, najniższą szufladę komody, w której przechowywała zapasowe ubrania zimowe. – „Terminy, grafiki, planowanie zadań… potem nawet porządki w domu robi się według szablonu, który…”

Urwała, gdyż spomiędzy stosu swetrów i spodni, które właśnie wyciągnęła z dna szuflady, wypadło coś twardego i wymknąwszy się z owijającej je ściereczki do naczyń, z blaszanym hukiem potoczyło się po podłodze. Natychmiast rozpoznała przedmiot – był to stary kubek zabrany pół roku temu z ruin leśniczówki.

W głowie zakręciło jej się tak mocno, że musiała usiąść wprost na stosie ubrań wyciągniętych z szuflad i wyłożonych na kanapę. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w milczeniu w kubek, który, potoczywszy się pod stół, zatrzymał się przy jednej z jego nóg i znieruchomiał, po czym nagle, zupełnie niespodziewanie nawet dla samej siebie, wybuchnęła głośnym, rozpaczliwym płaczem, którego przez kolejną godzinę w żaden sposób nie była w stanie opanować.

 

45.

 

Sobotnie przedpołudnie przedstawiało typowy obraz ponurego grudniowego dnia – pochmurne niebo i temperatura oscylująca wokół zera, przez co na chodnikach zalegały zwały roztapiającego się śniegu, a ulice tonęły w brudnej wodzie rozpryskiwanej spod kół samochodów. Nie było bardzo zimno, ale utrzymująca się w powietrzu wilgoć robiła nieprzyjemne wrażenie, a śpieszący we wszystkie strony przechodnie zastanawiali się, czy aby na święta poprószy choć trochę i przymrozi, bo co to za Boże Narodzenie bez białego puchu?

Dworzec centralny w Warszawie był mocno zatłoczony, co zresztą w okresie okołoświątecznym nie dziwiło, ale Edyta nie śpieszyła się, bowiem, woląc nie narażać się na weekendowe korki, pojechała wcześniejszym tramwajem i przybyła na miejsce kilkadziesiąt minut przed odjazdem pociągu. Czas ten przydał jej się, ponieważ torbę podróżną miała ciężką, jak zwykle gdy jechała na święta do domu, dlatego po wyjściu z tramwaju mogła spokojnie i bez pośpiechu dotaszczyć ją na dworzec.

Zjechawszy ruchomymi schodami na właściwy podziemny peron, ustawiła torbę przy jednym z wielkich filarów, zdjęła czapkę, w której było jej już nieco za gorąco, i sprawdziła, czy w torebce niczego nie brakuje – był to odruch bezwarunkowy wykształcony w niej od dzieciństwa przez przewrażliwioną na tym punkcie matkę. Wszystko było na miejscu, zamknęła zatem skrupulatnie zamek i przewiesiła torebkę przez ramię w taki sposób, by mieć nad nią ciągłą pieczę. Więcej bagaży nie posiadała, nauczona wieloletnim doświadczeniem zawsze starała się ograniczać tylko do tych dwóch, a i tak zazwyczaj stresowała się, czy na pewno zdoła się z nimi odpowiednio szybko wykaraskać z pociągu na stacji docelowej. Zwłaszcza kiedy pociągi były tak przepełnione jak dziś. Jak zauważyła, te, które zabierały już pasażerów z sąsiednich peronów, dosłownie pękały w szwach, a ponieważ jej skład miał jechać trasą wiodącą meandrami na północ aż na Pomorze, raczej nie było szansy, że z nim będzie inaczej.

„Muszę jakoś dostać się do środka” – pomyślała z determinacją. – „Mogę stać na jednej nodze, wisieć, lewitować… wszystko jedno, byle tylko się zabrać, bo w następnym będzie jeszcze gorzej!”

Do pociągu zostało dwadzieścia pięć minut, a ponieważ jeszcze nie podano, w jakim sektorze się zatrzyma, Edyta w skupieniu nasłuchiwała komunikatów odczytywanych przez dworcowy megafon. To było bardzo ważne – wiedzieć, gdzie się ustawić, żeby jak najszybciej dostać się do drzwi. Potem już jakoś pójdzie, wiadomo, że z tą ciężką torbą łatwo nie będzie, ale może trafi się ktoś uprzejmy, kto wrzuci jej ją na półkę, a potem pomoże zdjąć przy wysiadaniu? Zazwyczaj tak bywało. Zazwyczaj…

Nie, tym razem nic nie było jak zazwyczaj. Po wydarzeniach sprzed roku nic już nigdy nie będzie takie samo. Zmieniło się wszystko, cały świat, całe życie, więc i ta podróż będzie inna niż zwykle, inne będą święta, choinka… wszystko! Przygoda wigilijnej nocy zostanie z nią już na zawsze, wyryta na dnie duszy niezacieralnym, metafizycznym śladem, ona zaś nie będzie już z tym walczyć, przeciwnie, będzie pielęgnować to wspomnienie, hołubić je w sercu jak najcenniejszy skarb aż po kres swoich dni. Szkoda, że historia, która ponoć tak lubi się powtarzać, w jej przypadku nie mogła powtórzyć się do końca i po korekcie błędu Elizy potoczyć się dalej wymarzonym torem… ale cóż. Jak sama to kiedyś ujęła, takie rzeczy dzieją się tylko w baśniach, a życie to przecież nie baśń.

Nagle ktoś stanął tuż przed nią, zasłaniając jej widok na pociąg, który obserwowała na sąsiednim peronie. Podniosła głowę i zamarła, nie wierząc własnym oczom.

Przed nią stał Ste… nie, to nie był Stefan! Wyglądał wprawdzie dokładnie jak on, miał te same półdługie blond włosy o popielato-płowym odcieniu, gładko ogolone policzki i oczy lśniące blaskiem szmaragdów, ale wystarczyło jej jedno spojrzenie w te oczy i od razu, nim upłynął krótszy od błysku światła ułamek sekundy, wiedziała, że to nie on!

– Sim – szepnęła zdumiona.

– Dusia – odpowiedział cicho mężczyzna.

Edyta poczuła, że kręci jej się w głowie. Co się z nią działo? Czy to jej się śniło? To przecież nie mogła być prawda! Ta sytuacja była zbyt absurdalna, by dało się ją ogarnąć umysłem! Czy to skołowane zmysły znów robiły jej psikusa? A jednak to się działo… stał przed nią, bez czapki, ubrany w czarną puchową kurtkę, podobną do tej, którą miał na sobie podczas wypadku w lesie… to przecież nie było złudzenie!

– Co ty… co ty tu robisz? – wydukała oszołomiona.

– Czekałem na ciebie – odpowiedział Sim. – Od paru dni koczuję tu i sprawdzam dokładnie każdy pociąg, który jedzie w twoje strony. Bałem się, że cię przegapię… ale jesteś – uśmiechnął się leciutko. – Wreszcie jesteś.

Edyta nie wierzyła już teraz nie tylko swoim oczom, ale i uszom. Czekał na nią? Sprawdzał pociągi? Jak to? Po co? Przecież miał jej numer telefonu, znał adres… Nie, to się jednak nie mogło dziać! To się wymyślało na bieżąco w jej głowie!

– Ale… dlaczego tutaj? – zapytała, z trudem artykułując słowa. – Przecież…

– Zależało mi, żeby to było tutaj. W miejscu, gdzie są pociągi.

Patrzyła na niego szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, szukając w jego źrenicach wyjaśnienia tego, co mówił, a co przecież kompletnie nie miało sensu. Pociągi? Dlaczego pociągi? To naprawdę musiał być sen, bo tylko we śnie dzieją się takie absurdy!

Jednak chwilę później nawet to, czy była to jawa czy sen, przestało mieć znaczenie, bowiem zbyt długie zaglądanie w tę magiczną, szmaragdową otchłań nie mogło obyć się bez konsekwencji. Otchłań ta otwierała się przed nią kusząco… wciągała ją coraz głębiej i głębiej… tym razem już nieubłaganie… na wieki wieków… bezpowrotnie! Wszak to, co w niej odczytywała, było tym, czego najbardziej pragnęła jej dusza, spełnieniem jej najsłodszych i najskrytszych marzeń! Czy zresztą już raz nie widziała w tych oczach tego co teraz? Ależ oczywiście, że widziała! W maju, w jej rodzinnym domu, gdy on spał obok za ścianą, a ona szła do niego w półsennym marzeniu, przenikała przez ścianę, by powiedzieć mu, że…

Serce Edyty biło teraz w piersi jak szalone. Zniknął gdzieś dworzec, pociągi, ludzie… zniknął cały świat! Zostały tylko lśniące jak dwa klejnoty szmaragdowe oczy Sima. Nie musiała już o nic więcej pytać, te oczy mówiły jej wszystko. O, jakże straszliwie się myliła! Jak źle to wszystko interpretowała! I jaka była dla niego niesprawiedliwa, jak bardzo go skrzywdziła! Nie mówiąc już o tym, jak bardzo skrzywdziła samą siebie.

Dlaczego wcześniej jej tego nie powiedział?!!! Dlaczego dopiero dziś?

Nie istniały już żadne przeszkody ani bariery. Ostrożnie, jak kiedyś w szpitalu, podniosła rękę do twarzy mężczyzny i pogładziła go po gładko ogolonym dziś policzku. Zadrżał cały pod dotykiem jej dłoni, a szmaragdowa otchłań jego oczu dziwnie zwilgotniała, jakby nagle zamieniła się w głębinę oceanu. Powinna mu coś powiedzieć… coś, co już dawno powinno paść z jej ust… powiedzieć, wyznać, a potem wytłumaczyć, przeprosić… Tyle miała mu do przekazania! Od czego zacząć?

– Zapuściłeś włosy – zauważyła.

Sim, który nie odrywał od niej poważnego spojrzenia, uśmiechnął się na to leciutko, samymi kącikami ust.

– Jestem teraz trochę bardziej podobny do Stefana? – zapytał.

Pokiwała głową, wciąż delikatnie gładząc go po policzku.

– Nie trochę, tylko całkowicie. Wyglądasz identycznie.

– Jak książę Wikingów?

Co on miał z tym księciem Wikingów? Już któryś raz o tym gadał, a to przecież było tylko takie luźne skojarzenie…

– Mówiłaś, że pierwszy raz spotkałaś Stefana w pociągu – podjął Sim. – Zrobił na tobie ogromne wrażenie, na które ja nie dostałem szansy, bo przy naszym pierwszym spotkaniu wzięłaś mnie za niego. Więc pomyślałem sobie, że jeśli maksymalnie upodobnię się do niego i odtworzę kontekst kolejowy, może, jak to mówią informatycy, plik się nadpisze i wreszcie będę miał u ciebie jakieś szanse.

Edyta cofnęła dłoń z jego policzka i jeszcze szerzej otworzyła oczy, nie wierząc własnym uszom. Co on wygadywał? Zwariował chyba! Stefan? Chyba nie myślał, że?… Przecież…

– Sim… – wyszeptała tylko ze zgrozą, kręcąc głową.

On zaś patrzył jej w oczy wzrokiem, który zdawał się przenikać ją na wskroś, sięgać do najskrytszych głębin jej duszy… O tak, niech czyta! Niech wie, co do niego czuje, co czuła od samego początku… niech zrozumie, że nigdy nie był dla niej intruzem… i niech nie ma jej za złe tych wszystkich błędów, które popełniła!

Poważna twarz mężczyzny z każdą sekundą coraz bardziej się rozjaśniała, a zielone tęczówki nabierały fosforyzującego blasku, niczym leśna gęstwina prześwietlona promieniami słońca. Powoli podniósł rękę i Edyta poczuła na swym policzku jej nieśmiały, pieszczotliwy dotyk. Świat w jednej chwili zawirował jak na karuzeli… przez jej ciało przeszły już nie iskry, a pioruny! Nad podziemnym peronem kolejowym Warszawa Centralna otworzyły się niebiosa, zalewając go tak silnym światłem, że musiała przymknąć oczy.

– Przyjechałem tu po to, żebyś znowu mnie uratowała – usłyszała jego szept tuż przy swojej skroni. – Musisz, Dusiu. Nie możesz mi odmówić, twoim przeznaczeniem jest ratować Sima z tarapatów. A teraz jest ze mną o wiele gorzej niż wtedy.

Odmówić mu? Nigdy! Kiedy wymawiał to zdrobnienie jej imienia, w jego ustach działało jak magiczne zaklęcie i natychmiast miał ją w swojej mocy. A zresztą – uratować go? Przecież ratując jego, ratowała też samą siebie! W metafizycznym planie nie było żadnego błędu! Tak miało być od początku, on i ona, złączeni na wieki nierozerwalną nicią, jednym krótkim spojrzeniem w oczy, jak Stefan i Eliza! To tylko ona w swej głupocie i ludzkiej słabości popełniała błędy, odpychała go i trzymała go na dystans, blokując ów plan, nie pozwalając, by zrealizował się do końca. Ale czy z przeznaczeniem można dyskutować? Nie miała już takiego zamiaru.

– Proszę, Dusiu, uratuj mnie – szepnął Sim. – Jeszcze raz uratuj mi życie.

– Dobrze – odszepnęła, kiwając posłusznie głową.

Czy to on pierwszy chwycił ją w objęcia i przytulił do siebie z całych sił, czy też raczej ona zaczęła, zarzucając mu na szyję oba ramiona i wspinając się na palce, by opleść ją nimi jak najmocniej? A może zrobili to wszystko jednocześnie? Dla Edyty czas zawiesił się z chwilą, gdy poczuła na swych ustach dotyk jego ust… upragnioną pieczęć, która na zawsze stemplowała jej los, ostatecznie dopełniała metafizycznego dzieła rozpoczętego rok temu w wigilijną noc. Jak mogła nie zrozumieć wcześniej, że i to – tak samo jak wypadek na leśnym zakręcie – było nieuniknione, odwiecznie zapisane w gwiazdach?

Siedząca kilka metrów dalej na stosie walizek dwójka staruszków przyglądała się z życzliwym uśmiechem parze młodych ludzi, którzy stali pod filarem obok ruchomych schodów zjazdowych na peron. Wysoki blondyn w czarnej kurtce kilka minut temu dołączył tam do czekającej z bagażem na pociąg dziewczyny w jasnym płaszczyku, na który opadały długie, brązowe loki. Widok był o tyle interesujący, że choć z początku oboje tylko rozmawiali, patrząc sobie w oczy, w pewnym momencie padli sobie w ramiona i teraz od kilku minut całowali się tak łapczywie i namiętnie, że chwilami prawie tracili równowagę, zataczając się na boki jak pijani, lecz nawet na chwilę nie rozłączając ust.

Edyta, wczepiając z rozkoszą palce w jasne kosmyki włosów Sima, dawno już zapomniała, gdzie jest i po co się tu znalazła, bo jakie to miało znaczenie? Liczyło się tylko to, że on był obok, że trzymał ją w ramionach, że mogła wreszcie poznać smak jego ust… i że wszystko wreszcie było dobrze! Metafizyczna siła, która rok temu pchała ją bez pardonu do niezrozumiałych działań po to, by doprowadzić ją do niego, teraz wróciła, by niczym potężny magnes przyciągnąć do siebie rozdzielone elektrony i połączyć je w jedno. Ktokolwiek próbowałby się przed tym bronić, byłby nie tylko głupcem, ale i samobójcą. Czy ona sama nie odczuła na własnej skórze, że wszelka obrona była bezcelowa i z góry skazana na porażkę?

A karuzela wciąż szalała… raz w jedną, raz w drugą stronę… w górę, w dół… zamieniała się w rakietę, która niosła ich pionowo do gwiazd, zataczała rundę po orbicie i znów lotem koszącym pruła ku Ziemi, wprost na podziemny peron dworca centralnego. Dopiero po długich minutach, zaspokoiwszy pierwszy wilczy głód złączonych ust, Edyta i Sim oderwali je od siebie, by znów spojrzeć sobie w oczy, zarazem pełne światła i przymglone szczęściem.

Tym razem to ona pierwsza musiała to powiedzieć. Wymówić te trzy cudowne słowa, które w maju wypowiadała w półsennym marzeniu, a w październiku zapisała w treści nigdy niewysłanego smsa. Ależ była głupia, że go wówczas nie wysłała! Teraz już wiedziała, jak on by go przyjął i jak by jej odpowiedział. Zyskaliby tyle czasu… tyle wspólnych chwil, które na zawsze zostały utracone! A przecież nigdy nie wiadomo, ile jeszcze ich będzie w przyszłości, życie jest takie kruche… Czy nie najlepiej przekonali się o tym Stefan i Eliza?

– Kocham cię, Sim – wyszeptała zapatrzona w szmaragdową głębię jego oczu.

– Ja też cię kocham, Dusiu – odszepnął wzruszony.

Delikatnie odgarnął jej z czoła i skroni długi, skręcony kosmyk włosów.

– Byłem twój od samego początku, od pierwszej sekundy tam, w lesie, kiedy zobaczyłem twoją twarz i zorientowałem się, że nie jesteś Elizą. Wiedziałem, że to nie ona, jesteś od niej o wiele piękniejsza. Zwłaszcza uśmiech masz inny… i te usteczka…

Musnął pieszczotliwie wargami jej usta i znów popatrzył jej w oczy.

– Dlaczego? – zapytał z wyrzutem. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?

– Przepraszam – wyszeptała ze skruchą.

– Odkąd odzyskałem świadomość po wypadku, marzyłem o tobie non stop, dniem i nocą. Pamiętałem twoje oczy i dotyk twojej ręki na policzku, nie trzeba mi było nic więcej, żeby przepaść na amen. Czekałem, kiedy będę mógł do ciebie zadzwonić, umówić się i wreszcie normalnie z tobą porozmawiać. Zadzwoniłem, a ty spławiłaś mnie jak śmiecia… i potem jeszcze tyle razy…

– Wiem. Wybacz mi to, Sim. Byłam dla ciebie okropna, ale skąd miałam wiedzieć? Myślałam, że zależy ci na kontakcie ze mną tylko po to, żeby wyjaśnić tamto.

– Skąd miałaś wiedzieć? – powtórzył. – Może stąd, że dobijałem się do ciebie jak głupi, dzwoniłem, kiedy tylko się dało, szukałem kontaktu jak wariat… Ale ty, chociaż byłaś dla mnie miła, ciągle dawałaś mi do zrozumienia, że na dłuższą metę nie chcesz mnie znać. Co miałem zrobić? Wolałem nie przeginać, żeby nie wyjść na stalkera i nie dostać bana na zawsze. Żeby do ciebie zadzwonić, starałem się zawsze mieć jakiś wiarygodny pretekst, a ich przecież nie jest nieograniczona ilość. Zresztą tego bana dostałem w końcu i tak… Tęskniłem za tobą – szepnął, tuląc ją mocno do siebie. – Boże, Dusia, gdybyś ty wiedziała, jak ja za tobą tęskniłem!

Oczy Edyty w ułamku sekundy napełniły się łzami żalu, skruchy i najtkliwszego wzruszenia. Nie walczyła jednak z nimi, pozwalając im swobodnie popłynąć po policzkach. Jak cudowna była świadomość, że teraz już nie musiała ich przed nim kryć!

– Ja za tobą też – wyszeptała. – Myślałam, że umrę z tęsknoty.

Sim schylił się i skrupulatnie, jedna po drugiej, scałował z jej policzków owe łzy, po czym znów podniósł głowę i popatrzył jej w oczy.

– To przecież było przeznaczenie – powiedział łagodnie, jak do psotnego dziecka, któremu trzeba wytłumaczyć, że nie wolno nigdy więcej robić takich rzeczy. – Z tym się nie dyskutuje, ani nie walczy, Dusiu. Kiedy Stefan i Eliza mówili nam, że to się powtórzy, mieli na myśli nie tylko wypadek w lesie… Ja to wiedziałem od początku, a kiedy na tym latte z cynamonem patrzyłem na ciebie, jak siedzisz po drugiej stronie stolika i opowiadasz o swojej korporacji, wiedziałem już na pewno: ona albo żadna. Tylko jeszcze musiałem jakoś przekonać do tego ciebie, a to wcale nie było takie proste… Aleś ty mnie przeczołgała i sponiewierała, Rusałko – pokręcił głową z mieszaniną czułości i niedowierzania. – Jeszcze nigdy od nikogo nie oberwałem po mordzie aż tak.

– Rusałko? – szepnęła Edyta.

A więc i to… Boże, jaka była głupia!

– Tak cię nazwałem zaraz po wypadku – wyjaśnił. – Zanim Monia powiedziała mi o waszej rozmowie w szpitalu, nie znałem twojego imienia, więc w myślach nazywałem cię Rusałką. Leśną Rusałką, bo w wigilijną noc chyba tylko takie stworzenia mogą włóczyć się po odludnym lesie i ratować różnych kretynów, tak jak syreny na morzu ratują tonących marynarzy. Ratują albo zwodzą – zaznaczył pobłażliwie – a ty zafundowałaś mi i jedno, i drugie, więc tym bardziej do ciebie pasuje.

– Przepraszam, Sim – powtórzyła Edyta, tuląc się do niego i uwalniając z oczu kolejną kaskadę łez. – Przepraszam, mój kochany…

A potem podniosła głowę, oplotła mu szyję ramionami i przeprosiła go raz jeszcze, tym razem już nie słowami, a pocałunkiem. I tak będzie musiała przepraszać go za to do końca życia, więc czy nie lepiej zacząć od razu, żeby nie tracić czasu?

– Już dobrze – uśmiechnął się, kiedy po długiej chwili oderwali usta od ust. – W sumie taka nauczka nawet mi się należała.

Pociąg z hukiem przetoczył się po torze koło nich, zatrzymał się i ludzie rzucili się do wagonów. Z kolejnego toru odjeżdżał już inny, pasażerowie biegali wokół z bagażami, przekrzykiwali się i nawoływali. Powoli do świadomości Edyty znów zaczęło docierać, że jest na dworcu, a obok leży jej torba, z którą jedzie do miasteczka na święta. Jednak i tak nadal centrum wszechświata były oczy Sima.

– Piękne masz te włosy – przyznała, przeczesując palcami blond kosmyki przy jego skroni. – Ale co to za pomysł, żeby upodabniać się do Stefana? Byłeś zazdrosny o swojego pra-pra-stryja? – uśmiechnęła się z rozbawieniem.

– A co myślisz? Jak sto tysięcy diabłów! – spochmurniał natychmiast Sim. – Ma, skubany, fuksa, że już nie żyje, bo jak nie, to bym go zatłukł gołymi rękami!

Edyta parsknęła śmiechem.

– No wiesz co! Jesteś niesprawiedliwy dla swojego przodka, on przecież nic złego ci nie zrobił. Jak w ogóle mogłeś pomyśleć, że podobał mi się bardziej od ciebie?

– Książę Wikingów – burknął. – Ciągle o tym mówiłaś.

– Wcale nie, powiedziałam tylko raz – sprostowała. – A potem to ty ciągle do tego nawiązywałeś. Czepiłeś się tego księcia Wikingów jak rzep, a to była zupełnie nieuzasadniona obsesja. Ech, ty… ty… – pogładziła go czule po policzku.

– Głupku, debilu, kretynie, ośle, palancie – podpowiedział rozpogodzony już Sim. – Idioto, głąbie, cymbale, bałwanie, pajacu. Matole, przygłupie, tłumoku.

– Z ust mi to wyjąłeś – uśmiechnęła się. – Chociaż i tak czegoś mi brakuje na tej liście.

Zewnętrzny świat zatłoczonego dworca i huczących za plecami pociągów powoli znów się materializował, stawał się coraz bardziej realny. Jakby oboje wracali tu z innego wymiaru rzeczywistości stopniowo, z miękkim lądowaniem. Edyta zerknęła na peronowy wyświetlacz, który zapowiadał już jej pociąg, dokładnie w tej samej chwili z megafonu rozległ się komunikat o jego rychłym wjeździe na stację.

– To chyba mój – powiedziała, spoglądając niepewnie na Sima. – Podjeżdża za minutę.

– A co nas to obchodzi? – wzruszył ramionami. – Przecież i tak nie pojedziesz do Bobrzy pociągiem, zwłaszcza z taką wielką torbą i w takim dzikim tłumie. To chyba oczywiste, że zawiozę cię tam samochodem.

– No… nie wiem – odparła przekornie, udając, że się zastanawia.

– Nawet nie próbuj znowu mnie zwodzić, okrutna Rusałko – ostrzegł ją z powagą. – Jak jeszcze raz mnie spławisz, pojadę znowu do tego lasu, rozpędzę się do dwustu i przypierdzielę taką poprawkę w tego świerka, że tym razem naprawdę zostanie ze mnie marmolada.

– Przestań, Sim! – ofuknęła go natychmiast Edyta. – To jest szantaż, tak nie wolno! Nigdy więcej tak nie mów, proszę cię.

Odetchnął z głębi piersi i pokiwał głową, tuląc ją do siebie.

– Okej, przepraszam… Ale ja naprawdę już bym tego nie zniósł, Dusiu. Uratowałaś mi życie i ono należy do ciebie, kiedy cię nie ma, zabierasz je ze sobą i robisz ze mnie zombie. Nic na to nie poradzę, że muszę walczyć o swoje.

Edyta podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego pojednawczo.

– Chcesz mnie odwieźć do miasteczka? Zgoda. Ale najpierw musisz zrobić kilka innych rzeczy.

– Co tylko każesz, Rusałko – odwzajemnił jej uśmiech.

– Po pierwsze przejdziemy się zaraz tymi galeriami i znajdziemy jakiś zakład fryzjerski – oznajmiła, wskazując w stronę ruchomych schodów. – A jak nie, to poszukamy go na mieście. Wejdziesz tam i zetniesz włosy – znów wsunęła dłoń w jasne pasma przy jego skroni. – Są przepiękne, ale ja chcę, żebyś wrócił do swojej starej fryzury. I żebyś znowu zapuścił zarost – pogładziła go po policzku. – Lubię taki, jak miałeś, taki przyjemnie kłujący.

Twarz Sima rozpromieniła się jak słońce, jednak powstrzymał uśmiech i przybrał sceptyczną, niezadowoloną minę.

– Mam ściąć włosy, które zapuszczałem przez pół roku? Poświęcałem się specjalnie dla ciebie, a tobie już się nie podoba? Ech, te kobiety… nigdy im nie dogodzisz.

– Tak, masz je ściąć – potwierdziła stanowczo. – Doceniam twoje poświęcenie, ale ja nie chcę Stefana ani żadnego księcia Wikingów. Chcę Sima. Mojego Sima.

To powiedziawszy, na znak końca dyskusji podała mu usta, do których natychmiast przylgnął uszczęśliwiony. Za ich plecami rozległ się odgłos wjeżdżającego na dworzec pociągu do Bobrzy, który po chwili z hukiem zatrzymał się przy peronie.

– A po drugie – podjęła Edyta, kiedy zakończyli długi pocałunek – jak już załatwisz tego fryzjera, podjedziemy do ciebie, spakujesz parę rzeczy do walizki i dopiero wtedy ruszymy w trasę. Nie wiem, jakie masz plany na Boże Narodzenie, ale będziesz musiał je odwołać, bo święta spędzisz u mnie.

– U ciebie? – oczy Sima rozbłysły radością. – A co na to twoja mama?

– Zaraz wszystko z nią ustalę. Jesteś beneficjentem bezterminowego zaproszenia w jej progi, więc wystarczy tylko ją uprzedzić. Zadzwonię do niej w czasie, kiedy będziesz u fryzjera, i poproszę, żeby przygotowała dla ciebie pokój. Wprawdzie nie wiem, czy ten sam co wtedy, bo na święta zwala się do nas cała rodzina i będzie tłoczno, ale dom jest duży i coś na pewno się znajdzie.

Sim uśmiechnął się.

– Jak się nie znajdzie, to mogę spać z tobą. Jakoś się pomieścimy.

Edyta pogroziła mu żartobliwie palcem, czując, jak na policzki wypełza jej delikatny rumieniec, a po karku biegnie słodki, ciepły dreszcz.

– Zaproszenie przyjmuję w ciemno i z radością – podjął Sim, poważniejąc. – Miałem jechać do Moni, ale odwołam to, siostra zrozumie. Gdzie ty, tam i ja, Dusiu… Bardzo chętnie do was pojadę, to miejsce jest dla mnie szczególne, zwłaszcza że… wiesz? Muszę ci coś powiedzieć. Właściwie nawet dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że kiedy spałem tam w maju, w środku nocy miałem niesamowity sen, czy raczej wizję… oczywiście śniłaś mi się ty. Miałem łeb nabity tobą pod korek, więc niby nie było innej opcji, ale to było tak realne, że myślałem, że dzieje się naprawdę. Rano byłem wściekły i załamany, że to był jednak tylko sen.

Edyta przyglądała mu się z zaintrygowaniem.

– Co to była za wizja?

– Kiedyś opowiem ci wszystko ze szczegółami, ale to było w pewnym sensie jeszcze bardziej szalone niż tamto z Elizą. W skrócie wydawało mi się, że przyszłaś do mnie, ale nie przez drzwi, tylko przeniknęłaś przez ścianę. A potem usiadłaś koło mnie na łóżku i głaskałaś mnie po gębie. Mówiłem wtedy do ciebie różne rzeczy, a potem bałem się, że naprawdę wypowiedziałem je na głos, na tyle głośno, że mogłaś to usłyszeć przez ścianę i skreślić mnie na zawsze… Masakra! – machnął ręką. – Ale i tak to była najpiękniejsza fatamorgana w moim życiu.

Edyta uśmiechnęła się ze wzruszeniem. Powiedzieć mu? Oczywiście, że powie, tyle że nie teraz, bo to za długa historia. Będą mieli jeszcze dużo czasu, żeby wszystko sobie dokładnie opowiedzieć.

– A druga rzecz to taka, że ten dom, twój dom w Bobrzy, to jest właśnie ten, który widziałem w tamtych nawracających snach.

– Ach! – zamrugała oczami zaskoczona. – Naprawdę?

– Mhm. Rozpoznałem go od razu, kiedy tylko tam podjechaliśmy. Byłem w szoku, ale nie chciałem nic ci mówić, żebyś nie pomyślała, że próbuję manipulować i cię osaczać. To jest ten sam dom, i z zewnątrz, i w środku, wszystko się zgadza co do jednego szczegółu. Rodzinny dom mojej Dusi – uśmiechnął się. – Pamiętasz, jak zastanawiałem się, czy ten sen był jakoś powiązany z tym drugim, ze światłami?

– Jednak był – szepnęła zarazem zadziwiona i uszczęśliwiona Edyta.

– Był, kochanie. Przepowiadał mi ciebie. Odkąd zabrałaś mnie do tego domu, marzyłem, żeby kiedyś wrócić tam z tobą… a dzisiaj to marzenie się spełni.

– To było i moje marzenie, Sim. Żeby znowu cię tam zabrać. Mama i babcia bardzo cię polubiły, zresztą na tyle wsławiłeś się brawurową naprawą Wi-Fi na piętrze, że zawsze będziesz u nich gościem pierwszej kategorii. Ale na świętach się nie skończy – zastrzegła. – Zostaniesz tam tyle co ja, aż do Nowego Roku. Oczywiście w pracy musisz na ten czas wziąć urlop, mam nadzieję, że twój szef się na to zgodzi?

– Pogadam z nim – zapewnił ją. – Myślę, że nie będzie świnią, ale jak powie nie, to rzucę w cholerę tę robotę i niech sobie radzi sam. I tak beze mnie daleko nie zajedzie.

Edyta roześmiała się.

– Postaraj się załatwić to polubownie, w razie czego ja też się z nim rozmówię i poproszę go we własnym imieniu o wyrozumiałość. Musisz zostać do Nowego Roku, bo kroi nam się szampańska impreza sylwestrowa i nie wyobrażam sobie, żebyś tam ze mną nie poszedł.

– Jaka impreza? – zaciekawił się.

– Bal sylwestrowy w remizie strażackiej w miasteczku – oznajmiła z dumą. – Taki w starym wiejskim stylu, z serpentynami, konfetti, domowym jedzeniem i bandą starych kumpli z okolicy. Co ty na to?

– Wiejski bal sylwestrowy w remizie strażackiej z moją Dusią? – uśmiechnął się z rozbawieniem Sim. – Zawsze o tym marzyłem. Wprawdzie do tej pory jeszcze sobie tego nie uświadamiałem, ale teraz już wiem, że właśnie tego brakowało mi do pełni szczęścia. Oczywiście, że z tobą pójdę, moja śliczna Rusałko – dodał, odgarniając jej z czułością kosmyk włosów z twarzy. – Przecież muszę cię pilnować, żebyś znowu nie zapatrzyła się na jakiegoś lokalnego Stefana, bo za to z przykrością musiałbym go ukatrupić. A zawsze lepiej zapobiegać, niż interweniować.

Edyta pokręciła głową z uśmiechem.

– Aha, i jeszcze jedno – przypomniał sobie. – Kupiłem leśniczówkę.

– Co? – wytrzeszczyła na niego oczy. – Co zrobiłeś?

– Kupiłem leśniczówkę pra-pra-stryja Stefana. Znaczy, tę ruinę w środku lasu.

– Żartujesz…

– Nie żartuję, Dusiu – widać było, że cieszyło go jej zaskoczenie. – Dotarłem do właściciela i wynegocjowałem z nim warunki kupna, pewnie przepłaciłem trzykrotnie, ale to bez znaczenia, ważne, że jest moja. Nasza – poprawił znacząco. – Na razie walczę o różne dokumenty, ale na wiosnę rozbierzemy to rumowisko, zostawimy tylko oryginalne fundamenty, wzmocnimy je i odbudujemy leśniczówkę w nowym standardzie. Zamontujemy jakieś generatory prądu, profesjonalne ogrzewanie kominkowe, zrobimy porządny dojazd i co roku będziemy spędzać tam Wigilię. Co powiesz na taki plan, kochanie?

– Co roku Wigilię… w leśniczówce? – szepnęła olśniona taką wizją Edyta.

– Aha. Stefan powiedział ci, że to miejsce zasługuje na pamięć, no to niech mu będzie. Zrobimy tam sobie muzeum imienia mojego pra-pra-stryja i twojej pra-pra-ciotki, masz już jeden kubek do wystawienia w gablocie, a w tych ruinach znajdzie się pewnie jeszcze niejeden eksponat. Ogarniemy też ogród, tam w sumie nawet nie trzeba będzie dużo roboty, te dzikie kwiatki i tak same rosną. Krótko mówiąc, razem nadamy temu miejscu nowe życie.

– Razem?

– Oczywiście, że razem, nie ma innej opcji. Bo przecież wyjdziesz za mnie, prawda?

– Ach…

– Tylko nie mów, że nie wiesz i że się zastanowisz – zastrzegł z powagą. – Wiadomo, że dla potomkini wielkich Dołanieckich potomek prostego leśnika to słaba partia, ale musisz jakoś przeboleć ten mezalians. Tu nie ma pola do negocjacji, taki już twój los, Dusiu. Będziesz musiała do końca życia męczyć się z Simem, czy tego chcesz, czy nie.

Serce Edyty było już tak przepełnione szczęściem, że miała wrażenie, jakby przelewało się przez jego brzegi. Podniosła rękę i znów pogładziła go czule po policzku.

– To chyba rzeczywiście mój los – przyznała. – Na szczęście nie mam nad sobą srogiego wuja, który by mnie za to wydziedziczył. Grozi mi tylko wylot z pracy, ale tym już się nie przejmuję.

– Jak to? – zdziwił się Sim. – Wylot z pracy?

– Aha. Przez to wszystko nagrabiłam sobie w korporacji, zdegradowali mnie i prawie wywalili, więc od stycznia będę musiała zmienić pracę. A może pogadam z twoim szefem, żeby w ramach rekompensaty zatrudnił mnie na tym niezależnym stanowisku do spraw reklamy, o którym kiedyś wspominałeś? – zażartowała.

– Prawie cię wywalili? – powtórzył z dezaprobatą Sim. – W takim razie twoja noga więcej tam nie postanie, wykluczone, żeby moja żona pracowała dla takich kretynów. A stanowisko u mojego szefa czeka na ciebie od dawna, potrzebne będzie tylko CV ze zdjęciem i list motywacyjny. Możesz je złożyć do mnie, pogadam z nim i zobaczę, co da się zrobić – mrugnął do niej porozumiewawczo. – Tylko najpierw będziesz musiała zdać egzamin praktyczny.

– Ach, ty! – zaśmiała się Edyta, klepiąc go żartobliwie po policzku. – Ja ci dam egzamin praktyczny!

Jego szmaragdowe oczy tryskały kaskadami szczęścia i radości, które tak wysycały barwę tęczówek, że Edycie zdawało się, jakby znajdowali się nie w podziemiach dworca kolejowego, a w środku prześwietlonego promieniami słońca lasu.

– Pogadamy o tym jeszcze, Dusiu, ustalimy zasady i zrobimy rozpiskę, okej? – zaproponował wesoło. – A póki co lecimy działać, musimy zacząć jak najszybciej, żeby dojechać do Bobrzy na jakąś rozsądną godzinę i przede wszystkim nie spóźnić się do twojej mamy na kolację. Najpierw ten fryzjer, potem wpadniemy na chwilę do jakiegoś jubilera i załatwimy jeszcze jedną rzecz, a jak będę w domu po ciuchy, przypomnij mi, żebym zapakował garnitur. W czasie kolacji wigilijnej mam zamiar zrobić przed twoją rodziną mały szoł i muszę się do tego odpowiednio przygotować. Obiecałem siostrze pewną rzecz, co prawda realizacja przesunie się na następny rok, ale promesa realizacji to też już przecież coś!

Siedzący wciąż na bagażach starsi państwo, którzy przez cały czas obserwowali spod oka dwójkę młodych ludzi na przemian rozmawiających i całujących się pod wielkim filarem peronu, dostrzegli teraz, że oboje, dotąd ściśle przytuleni, odsunęli się wreszcie od siebie, najwyraźniej zbierając się do odejścia. Dziewczyna o bujnych brązowych lokach poprawiła na sobie szalik i sprawdziła torebkę, mężczyzna zaś, schyliwszy się, dźwignął z podłogi jej torbę podróżną, po czym oboje udali się w stronę ruchomych schodów. Rozpromienieni jak słońce, objęci wpół i zatopieni w żywej rozmowie, jechali nimi w górę, nie zwracając już najmniejszej uwagi na świat za ich plecami, w tym na pociągi, z których jeden ukazał się właśnie w głębi tunelu w postaci dwóch szybko zbliżających świateł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *