Anabella – Rozdział CLXIII
– Zbyszek chory – oznajmił Kuba zapytany o nieobecnego dziś kolegę. – Przeziębił się jak cholera, smarka wiadrami i leży z gorączką, będzie miał zwolnienie lekarskie do końca tygodnia. A co? Coś mu przekazać?
– Tylko życzenia zdrowia – odparła spokojnie Iza. – Mam do niego jedną drobną sprawę, ale nic pilnego, załatwimy to osobiście, jak wróci. W każdym razie dzięki za info, pozdrów go, jakbyś z nim gadał.
– Jasne. Dzięki, Iza.
Ostatnie słowa wypowiedział przyciszonym głosem, wycofując się, gdyż grupa Izy wchodziła właśnie do sali na mające się rozpocząć za chwilę zajęcia, on zaś ze swoją czekał jeszcze na wykładowczynię. Zajmując miejce, Iza z rezygnacją wysunęła z kieszeni i dyskretnie ukryła w zamykanej kieszeni plecaka przedmiot, który wczorajszego wieczoru wręczyła jej Zosia – srebrny breloczek z niewielką zawieszką w formie czterolistnej koniczynki. Jako że nie przepadała za tego rodzaju misjami, chętnie załatwiłaby to jak najszybciej, żeby mieć z głowy, ale skoro Zbyszek akurat się rozchorował…
Nie miała zresztą teraz czasu myśleć o Zbyszku i breloczku, gdyż właśnie zaczynało się seminarium licencjackie, na którym dziś miały być wstępnie ustalane tematy prac, ona zaś wciąż nie mogła się zdecydować, czy wybrać zakres raczej współczesny, czy jednak historyczny. Choć nie miała jeszcze na to konkretnego pomysłu, na jedno była zdecydowana – chciała swoją pracę w jakikolwiek sposób powiązać z Paryżem, którego mityczna aura przyciągała ją od dawna, mimo że jeszcze nigdy nie udało jej się osobiście odwiedzić tego miasta.
– Dobrze, może być Paryż – zgodził się profesor prowadzący seminarium, kiedy w mętnym zarysie naszkicowała mu wizję swoich zainteresowań. – Ale to jest zbyt ogólny zakres, pani Izabello. Musi pani po pierwsze zdecydować się na coś konkretnego, a po drugie znaleźć perspektywę, która nie będzie powielaniem tego, co już na ten temat napisano. Niestety, w przypadku Paryża z góry uprzedzam, że to nie będzie łatwe, bo o tym mieście powstały już całe tony książek.
– Rozumiem – odpowiedziała grzecznie. – Postaram się poszukać czegoś oryginalnego, panie profesorze.
– Tylko proszę skupić się na czymś naprawdę niewielkim – zastrzegł wykładowca. – Szukać może pani w dowolnej dziedzinie, literatura, sztuka, architektura, gastronomia, rozrywka… w grę wchodzi wszystko, co w jakikolwiek sposób wiąże się z Paryżem, ale temat ma dotyczyć czegoś bardzo konkretnego. Praca licencjacka z założenia nie jest obszerna, proszę o tym pamiętać.
– Tak jest.
– Dobrze. Daję pani na to dwa tygodnie. Do końca miesiąca wszystkie panie mają mieć gotowe tematy, dlatego te dwa tygodnie proszę potraktować jako termin ostateczny i nieprzekraczalny. Rozumiemy się?
Jako że nie tylko Iza, ale również pozostałych osiem koleżanek zapisanych na seminarium kulturowe nie miały jeszcze sprecyzowanych pomysłów, zapowiedziany deadline przyprawił je o lekką panikę.
– Słuchajcie, ja to się nie mam czasu nie wiadomo ile nad tym modlić – zapowiedziała stanowczo Kinga. – Biorę pierwszy temat z brzegu, a co z nim zrobić, to będę się martwić potem. Już i tak z przygotowaniami ledwo się wyrabiam na zakrętach, a tu jeszcze weź ustalaj temat pracy!
– I weź ją napisz – zauważyła z przekąsem Marta. – Bo kiedy ty, Kinia, będziesz miała czas na pisanie? Najpierw miesiąc miodowy, potem normalne, codzienne obowiązki…
– Małżeńskie – dokończyła z niewinną miną Martyna.
Dziewczyny wybuchnęły śmiechem.
– Dam radę – zapewniła ją z rozbawieniem Kinga. – Po imprezie to już będzie błogi spokój, tylko teraz mamy taki mega kocioł. A i tak dobrze, że moja mama z przyszłą teściową ogarniają większość zadań, bo ja to bym chyba zwariowała. Mówię wam, nigdy bym nie przypuszczała, ile spraw trzeba załatwić, żeby zorganizować ślub i wesele!
Ta uwaga wystarczyła, by koleżanki natychmiast zapomniały o niewygodnym problemie seminaryjnym i rzuciły się w wir omawiania szczegółów dotyczących przygotowań do imprezy, która miała się odbyć za niecałe cztery tygodnie.
– Iza, pójdziesz ze mną na dniach poszukać sukienki? – zapytała Marta, kiedy po zajęciach wyszły z uczelni na ulicę. – Ta twoja jest super, będzie ci pasować idealnie, a ja niestety muszę kupić nową, bo jednak koniecznie chcę coś czerwonego. Patryś mówi, że lubi mnie w czerwonym, więc nie mam wyjścia, nie? – mrugnęła do niej wesoło. – Ale to taki odważny kolor, że trochę się boję, żeby nie przesadzić z fasonem albo nie popaść w kicz. Więc będę potrzebowała rady kogoś rozsądnego.
– Ach, i tą rozsądną osobą mam być ja? – uśmiechnęła się z przekorą Iza. – A myślałam, że już dawno przestałaś cenić mnie akurat za rozsądek!
– Bardzo śmieszne – skrzywiła się Marta. – Owszem, jeśli chodzi o facetów, to zdania w twojej sprawie nadal nie zmieniłam i nie zmienię, dopóki się nie ogarniesz. Ale jeśli chodzi o sukienkę…
– Okej! – zaśmiała się Iza. – Rozumiem! Jeśli chodzi o sukienkę, chętnie skorzystasz z moich usług doradczych, bo na tym odrobinę się znam. Może nie tak dobrze jak na podawaniu do stołu, ale na pewno lepiej niż na facetach, a to już przecież coś!
– Tak, właśnie tak – wzruszyła ramionami Marta. – Możesz się śmiać, ale ja nadal uważam, że ten pomysł, żeby iść na wesele Kini z Danem, to… no, ale dobra, mniejsza o to, i tak zrobisz po swojemu, już się z tym pogodziłam. To co z tą sukienką?
– Nie ma sprawy, Martusiu – odparła pogodnie. – Chętnie z tobą pójdę jako doradca, chociaż zastrzegam, że będziesz musiała dostosować się do terminu, jaki ci zaproponuję. Okej? Bo u mnie czas to cenny towar, a dzisiaj wracam do pracy po tygodniu przerwy i pewnie okaże się, że mam milion zaległości. Ale spoko, damy radę! – zapewniła ją wesoło. – O ile na facetów szkoda mi każdej minuty, o tyle na wybieranie z tobą sukienki czasu żałować nie będę! Bo w końcu są sprawy ważne i ważniejsze, nie?
Mówiąc to, zerknęła spod oka na swą towarzyszkę i roześmiała się serdecznie na widok jej zdegustowanej miny.
***
„Zaraz się zobaczymy” – cieszyła się Iza, zmierzając pośpiesznie w stronę Zamkowej chodnikiem o tej porze oświetlonym już światłem latarni. – „Tylko trzy dni bez ciebie, a ja już tak strasznie tęsknię! Oby tylko wszystko było u ciebie w porządku…”
Ostatniej myśli towarzyszyło ukłucie podskórnego niepokoju, który nawracał od czasu Dnia Francuskiego i był związany z ryzykiem kolejnego kryzysu u Majka. Od wideokonferencji z Anią minął wszak ponad tydzień, czyli zbliżał się ów kluczowy moment, w którym w takich sytuacjach po pierwotnej zwyżce dobrego humoru zazwyczaj następował u niego psychiczny krach. Oczywiście zawsze była nadzieja, że tym razem do tego nie dojdzie, że będzie inaczej, jednak to nie zmieniało faktu, że na przestrzeni najbliższych dni jako jego terapeutka będzie musiała zachowywać zdwojoną czujność.
Obecne akurat na sali Gosia, Ola i Wiktoria ucieszyły się na jej widok, witając się z nią radośnie i zasypując pytaniami o zdrowie, na które zresztą najlepszą odpowiedź stanowił jej wygląd, nieporównywalnie korzystniejszy względem tego, jaki prezentowała tydzień wcześniej na Dniu Francuskim.
– Nasza wiedźma ewidentnie doszła już do siebie – oceniła z zadowoleniem Ola. – Co nie, dziewczyny? Zobaczcie, nawet cerę ma dzisiaj zupełnie inną niż w tamtą sobotę. Chyba że to tylko taki umiejętny makijaż, hmm, Iza?
– Nie, nie mam makijażu – uśmiechnęła się z rozbawieniem, mimochodem zerkając na pamiętną bransoletkę z ukruszonym różowym serduszkiem, którą od czasu spotkania u Klaudii koleżanka nosiła na stałe na przegubie ręki. – Dzisiaj już nie jest potrzebny, czuję się super i jestem całkowicie zdrowa. Dla pewności poszłam nawet przebadać się u gastrologa i on potwierdził, że nic mi nie jest, to było tylko wredne zatrucie pokarmowe. Ale wystarczy o mnie, dziewczyny, teraz wy opowiadajcie. Co tam nowego na pokładzie? Nie było mnie przez tydzień z okładem, więc pewnie sporo się działo.
– A, owszem, całkiem sporo – przyznała Gosia. – Po pierwsze mamy nową księgową, ale to już chyba wiesz? Była u nas na Dniu Francuskim i podobno nawet się z nią zapoznałaś.
– Zgadza się – skinęła głową Iza.
– To i tak jesteś do przodu, bo ja na przykład jeszcze ani razu jej nie widziałam – zauważyła Ola. – Na Dniu Francuskim nie zwróciłam uwagi, a potem nie miałam ani jednej okazji. Chyba nie mam szczęścia, a przecież jestem tu codziennie.
– To dlatego, że ona ma nie etat, tylko jakąś inną umowę – wyjaśniła jej Wiktoria. – I przychodzi tu koło południa, a wychodzi przed piętnastą, więc można ją spotkać tylko na pierwszej zmianie. A ty zwykle jesteś na nocki, nie? Ja widziałam ją tylko raz, wygląda na spoko babkę. No i najważniejsze, że szef zadowolony – podkreśliła. – Podobno zatrudnił ją, żeby zluzować z części obowiązków Izę… tak, Iza?
– Aha – przyznała z lekkim zakłopotaniem Iza. – To prawda. Na razie przyjęliśmy ją tylko na pół roku, żeby trochę zastąpiła mnie w papierach, bo muszę skupić się na skończeniu licencjatu. Ale kto wie, jak się sprawdzi, może zostanie na dłużej? Firma przecież się rozrasta, więc od pewnej wielkości standardowo powinna mieć na stanie profesjonalną księgową.
– Racja – przyznała z nutką rozbawienia Gosia. – Zwłaszcza że szef nie cierpi papierów, więc jak raz się tego pozbył, to drugi raz już sobie na głowę nie weźmie.
– A właśnie, jest już szef? – zagadnęła mimochodem Iza, która, odkąd weszła do lokalu, tylko czekała na taką okazję.
– Jeszcze nie – pokręciła głową Wiktoria. – Trzy godziny temu pojechał z Lidią i z Kacprem na inspekcję na Koncertową, mieli coś tam poomawiać na miejscu pod kątem wystroju i organizacji, więc pewnie im się przeciągnęło. Ale zaraz powinni być z powrotem. A my właśnie czekamy na Lidzię jak na szpilkach – dodała, schylając się ku niej i zniżając konspiracyjnie głos. – Na nią i na Klaudię, bo jak ty przyszłaś, to już tylko ich dwóch brakuje nam do kompletu.
– Zwłaszcza Klaudii – uśmiechnęła się Ola.
– Aha – zgodziła się Wiktoria. – Bo to było wczoraj, wiesz?
– Co? – zdziwiła się Iza, również instynktownie zniżając głos.
– Wielka akcja z Bartkiem – wyjaśniła jej Gosia. – Ostateczne ukoronowanie śledztwa w sprawie wiarołomcy.
– Ach, kapuję! – zaciekawiła się. – Serio, wczoraj to załatwiła? I co, jak jej poszło? Macie jakieś przecieki?
– Nic a nic. Nie chciała słówka pisnąć, dopiero dzisiaj ma nam wszystko opowiedzieć. Powinna niedługo być.
– No – pokiwała głową Wiktoria. – Ale nie nastawiajcie się na szybki przekaz, jesteśmy w robocie, a na to trzeba mieć spokojne pasmo. Może dopiero po północy uda się pogadać. A wiesz, Iza, że nasz projekt na wystrój Koncertowej poszedł do realizacji? W tym sensie, że szef zamówił już ekipę remontową, w sobotę gadał z nimi na temat podłogi i ścian. Mają nam to zrobić do końca listopada.
– O, super! – ucieszyła się. – Nie, nic nie wiedziałam, szef jeszcze mi nie wspominał, ale to dobrze! Niedługo będzie można zająć się zamawianiem mebli.
– Dokładnie. Jeśli Lidzia ma ruszyć po Nowym Roku, to już i tak mało czasu zostało. Był plan, że może uda się z inauguracją przed świętami, ale, moim zdaniem, to jest mało realne.
– Moim też – zgodziła się Iza. – Zawsze przecież są jakieś obsuwy, a lepiej przygotować się porządnie, niż ruszać z niedoróbkami. No i jeszcze trzeba skompletować kadrę.
– Podobno Kacper ma tam iść na stałe – powiedziała Gosia. – Szef zatrudnia go na pełny etat i odsyła na Koncertową jako męską rękę. A co do reszty, to nie wiem, jakie są plany.
Iza czym prędzej odsunęła od siebie mimowolną myśl o klątwie Anabelli, jaka powróciła do niej natychmiast na wzmiankę o zatrudnieniu Kacpra na pełny etat. Przed oczami mignęła jej urocza buzia Kasi…
– Ja też jeszcze nie wiem, ale na pewno trzeba będzie zatrudnić kilka nowych osób – odparła w roztargnieniu. – Zwłaszcza ze dwie kucharki. Liza ściga mnie o to już od paru miesięcy, ale co ja sama mogę zrobić? Czekam na sygnał od szefa, a on chce najpierw przemyśleć strukturę zatrudnienia, zwłaszcza że do końca roku jest jeszcze pani Wiesia.
– W każdym razie my zostajemy tutaj – zaznaczyła Ola. – Antek też, Chudy i Tom… a właśnie! Tom! – przypomniała sobie. – Chciałaś nowinki. No to w tamten czwartek znowu była tutaj Daria.
– Serio? – skrzywiła się z niechęcią Iza.
– Aha – pokiwała głową Wiktoria. – Przyszła z koleżankami, jak Tomek już skończył zmianę, więc mógł się z nimi bawić w swoim wolnym czasie. Biegał do kuchni po paluszki, tak jak kiedyś na samym początku, pamiętacie? – uśmiechnęła się z rozbawieniem. – I picie im donosił, ale za to za każdym razem dostawał buziaka, więc chyba stratny nie był.
– I nawet dał się zaciągnąć na parkiet – dodała równie rozbawiona Gosia. – Co prawda nie chciał, ale jak tu odmówić dziewczynie, kiedy pięknie prosi? Oczywiście tańczył po swojemu, czyli jak słoń w składzie porcelany, ale przecież liczą się intencje, nie?
– No tak – zgodziła się z przekąsem Iza. – Mam tylko nadzieję, że był przy tym wystarczająco romantyczny.
Dziewczyny roześmiały się.
– Trudno powiedzieć – odparła oględnie Wiktoria. – Ale Darii chyba się tym razem podobało, wyglądała na zadowoloną. Przez cały wieczór robiła sobie z nim selfiki, a jej kumpele nagrywały na pamiątkę filmiki, jak razem tańczą. Dziwi mnie to trochę – dodała z nutą niedowierzania w głosie. – Bo mieli taki mega kryzys, ona przychodziła tu z innymi chłopakami, on chodził jak śnięty, a teraz nagle znowu wszystko super, jakby nic się nie stało.
– Może Daria poszła po rozum do głowy i w końcu dotarło do niej, jaki równy gość z naszego Toma? – zastanowiła się Ola. – I że trudno jej będzie znaleźć kogoś bardziej wyrozumiałego?
Gosia i Wiktoria pokiwały głowami, lecz Iza znowu tylko skrzywiła się z dezaprobatą, w duchu podzielając niedowierzanie barmanki. Bo, pomijając już nawet pytanie o to, czy zachowanie Darii było całkiem normalne, czy owo metodyczne rozbudzanie na nowo uczuć w złotym sercu Toma na dłuższą metę nie okaże się dla niego zgubne?
– Tak czy inaczej Tom znowu buja w obłokach – podsumowała wesoło Gosia. – A przynajmniej fruwa pod sufitem. Chociaż w tym akurat i tak nie przebije naszej Zuzi!
Tym razem roześmiały się wszystkie, nie wyłączając Izy.
– Bo co? – zapytała ta ostatnia, zerkając w głąb sali, gdzie nieliczne zajęte stoliki obsługiwała biegająca z rozwianym włosem Zuzia. – Ona też fruwa?
– I to jak! – zapewniła ją Ola. – Mało głową sufitu nie przebija! Zwłaszcza kiedy w pobliżu znajduje się pewien znany nam wszystkim osobnik płci męskiej, który do tej pory chyba jeszcze nie ogarnął sytuacji!
– Oj tak! – zaśmiała się Wiktoria, również śledząc rozbawionym wzrokiem drobną sylwetkę młodziutkiej koleżanki. – Nie rozumiem, jak można być tak ślepym, ale Chudy codziennie udowadnia, że jednak można. Natomiast co do tego fruwania Zuzi, to nie myśl, Iza, że to jest tylko przenośnia – zastrzegła. – Gdybyś widziała, co oni tu ostatnio wyprawiali! Ona, Chudy i Tym.
– A co robili? – zaciekawiła się Iza.
– Z Zuzi samolot! – wyjaśniła jej wesoło. – A raczej rakietę! Chudemu już chyba nie wystarcza, że mała ogarnia te wszystkie chwyty ze sztuk walki, których ją uczy, i zaczyna jej na maksa ćwiczyć błędnik. Stawia jej wymagania jak dla kosmonautów! W czwartek, jak skończyli zmianę i nie było już klientów, a my sprzątałyśmy śmiecie ze stolików, zrobili jej z Tymem taki trening, że byłyśmy w szoku. Normalnie nią rzucali, wyobrażasz to sobie? Jak jakąś kukiełką! Jeden do drugiego, na odległość paru metrów, a do tego tak wysoko, że jakby, nie daj Boże, spadła, to chyba by się zabiła.
– Chudy oczywiście twierdził, że wszystko ma pod kontrolą – zaznaczyła z przekąsem Ola. – Może i tak, silny jest, skubaniec, i obaj z Tymem mają mega refleks, ale wystarczyłby jeden błąd… ech, nawet nie chcę myśleć! Ja momentami nie mogłam na to patrzeć.
– Ale jej się podobało – podkreśliła Wiktoria, ruchem głowy znów wskazując na uwijającą się między stolikami Zuzię. – Ona w ogóle bezkrytycznie idzie w każdą kretynadę, którą wymyśli ten wariat, wręcz im większy dym robią, tym bardziej jest zachwycona. Wiadomo, że miłość robi z mózgu sieczkę, ale żeby do tego stopnia? Fakt, że jest niesamowicie sprytna, a formę ostatnio wyrobiła sobie taką, że tylko pozazdrościć, ale ja się jednak boję, że to się kiedyś źle skończy.
– No to czad – pokręciła z rozbawieniem głową Iza. – Kto by się spodziewał, że z naszej Zuzi wyrośnie taki komandos!
– Nikt – przyznała ze śmiechem Gosia. – Ale ona to ona, problem w tym, że Chudy tak się rozochocił, że nawet my nie jesteśmy bezpieczne!
– Bo?
– Bo jest już termin drugiego szkolenia z samoobrony – wyjaśniła jej Wiktoria. – W przyszłą środę, tak jak wtedy, czyli przed otwarciem lokalu. Rozkaz szefa, ale wiadomo, że stał za tym Łukasz.
Iza uśmiechnęła się, jednak na wzmiankę o szkoleniu z samoobrony serce ścisnęło jej się smutno. To właśnie tamtego wrześniowego dnia, kiedy odbywało się pierwsze szkolenie, Majk patrzył na nią dziwnie na parkingu, ona zaś, broniąc się przed samą sobą i nie rozumiejąc, że potrzebował natychmiastowej terapii, uciekła jak ostatni tchórz. Gdyby tak mogła cofnąć czas… Ba! Gdyby mogła go cofnąć, wiele wydarzeń z tamtego dnia wyglądałoby zupełnie inaczej!
– Chociaż akurat w tym punkcie go popieram – ciągnęła z przekonaniem Wiktoria. – Ja sama chciałabym się nauczyć trochę samoobrony, bo jak tak patrzę na Zuzkę, to aż jej zazdroszczę tych umiejętności. Fakt, że mała ma dryg, ćwiczy z Chudym dopiero trzy miesiące, a już jaka wyszkolona! – prychnęła znowu śmiechem. – Mnie by wystarczyła jedna trzecia tego, co ona umie, i już spokojniej chodziłoby się nocami po ulicy.
– Prawda – zgodziła się Ola. – Ja też nie mam nic przeciwko szkoleniu. Zresztą musimy z Klaudią zemścić się kiedyś na Tymku. Jeszcze mu pokażemy, kto tu rządzi!
Wiktoria, Iza i Gosia roześmiały się na wspomnienie żartobliwej walki, w której Tym grał rolę agresora.
– A szef też ma rację, jak mówi, że priorytetowo w samoobronie ma się przeszkolić Lidia – podjęła Wiktoria. – Bo jak potem będzie sama ogarniać tę Koncertową, to może jej się przydać. Wiadomo, że kapitan opuszcza statek ostatni, więc nieraz będzie zamykała lokal i sama wracała do domu już po północy. Tamta dzielnica niby jest bezpieczna, o wiele bezpieczniejsza niż nasza, ale zawsze coś się może wydarzyć, nie?
– Aha – przyznała Iza. – Na szczęście ona mieszka blisko, dosłownie dwie ulice dalej, musi tylko przejść przez osiedle.
– No, sytuacja idealna – uśmiechnęła się Gosia. – Lidzia jest zachwycona, że szef zaproponował jej tę fuchę, wiecie? Mówi, że dzięki temu będzie miała czym zająć głowę przez pierwsze pół dnia, kiedy chłopcy są w szkole i w przedszkolu. Wieczorami i tak zajmuje się nimi jej mama, zresztą obu im się to opłaca, bo ona ma tak niską emeryturę, że tylko dzięki pensji Lidzi jakoś wiążą koniec z końcem. Więc teraz Lidia nie tylko będzie miała bliżej do pracy, ale też więcej zarobi. A komu to się bardziej przyda niż jej?
– Na pewno nie mnie – skrzywiła się Ola. – Wy sobie wyobrażacie, jak ona się będzie tam musiała uharować? Wiadomo, ma dzieciaki, a życie towarzyskie jej nie interesuje, więc ta fucha faktycznie jest dla niej w sam raz. Ale ja bym tak nie mogła. Wolę zarobić mniej, ale mieć wolność i spokojną głowę, zwłaszcza że szef przecież i tak nam świetnie płaci.
Iza słuchała tej rozmowy z uśmiechem, w duchu szczęśliwa, że podpowiedziana Majkowi kandydatura Lidii na stanowisko szefowej nowego lokalu okazała się tak trafnym typowaniem. Co prawda lokal miał ruszyć dopiero po Nowym Roku, a nie chwali się dnia przed zachodem słońca, jednak znając sumienność i determinację Lidii, nie miała wątpliwości, że nowa placówka Anabelli będzie w dobrych rękach.
– O, patrzcie, o wilku mowa! – rzuciła Wiktoria, wskazując na wejście na salę, w którym właśnie pojawiła się Lidia w towarzystwie szefa i Kacpra. – Dziewczyny, szybko, tace w dłoń i do roboty! Żeby nas szef nie przyłapał na plotkowaniu!
– Daj spokój, Wika, przecież jeszcze mało klientów – wzruszyła ramionami Ola, niechętnie sięgając po tacę. – A Zuzka i tak już wszystkich obleciała!
Mówiąc to, skinęła porozumiewawczo ręką do przebiegającej właśnie w stronę zaplecza Zuzi, której twarz na widok Izy rozpromieniła się jak słońce.
– Dzień dobry pani! – zawołała do niej w przelocie. – Jak fajnie, że pani już jest! Ja muszę biec po zamówienia!
– Cześć, Zuzieńko – uśmiechnęła się rozbawiona Iza. – Biegnij, biegnij, nie zatrzymujemy cię. My też już idziemy ci pomagać.
Jednocześnie, choć pozornie nie patrzyła w stronę drzwi, cała jej uwaga skupiona była na okolicach wejścia na salę, gdzie właśnie przystanęli świeżo przybyli zaczepieni przez przechodzącego tamtędy Tyma. Widziany z daleka zarys charakterystycznej sylwetki Majka wystarczał do tego, by otaczające ją ściany półmrocznego lokalu rozbłysły jak skąpane w promieniach słońca, nasycając żywymi barwami wszystko, co tylko znajdowało się w zasięgu wzroku. Czy owa magia ukochanej obecności, tak dobrze znana wszystkim zakochanym, nie jest mimo wszystko niezwykłym zjawiskiem?
„Niezwykłym i przyjemnym” – zgodziła się w myślach sama ze sobą, kątem oka obserwując, jak Majk klepie wesoło Tyma po ramieniu, po czym wraz z Lidią i Kacprem podejmuje przerwaną drogę w stronę baru. – „Wręcz uskrzydlającym! Mam tylko nadzieję, że nic po mnie nie widać. Zawsze najtrudniejszy jest ten pierwszy moment!”
Tym razem jednak nie musiała się o to martwić, gdyż zarządzanie owym pierwszym momentem znacząco ułatwił jej Kacper.
– Iza!!! – wrzasnął z daleka, przyśpieszając kroku. – Jesteś! Kurde, jak ja cię dawno nie widziałem!
Odwróciła się z uśmiechem i z miejsca wylądowała w jego ramionach. Hałaśliwe powitanie wywołało śmiech w gronie koleżanek i przyciągnęło uwagę siedzących w pobliżu klientów, którzy na kilka chwil zgodnie skupili na nich wzrok.
– Chodź tu, daj się chociaż cmoknąć w policzek! – zażądał wesoło Kacper, schylając się i składając jej na policzku głośny pocałunek. – O więcej nie proszę, bo nawet mi nie wolno! Kasia by mnie zabiła!
Wiktoria, Gosia i Ola, a także podchodzący już do nich Lidia i Majk skwitowali to kolejnym zgodnym wybuchem śmiechu.
– Wystarczy, puszczaj ją, frajerze! – zawołał Majk, rozdzielając ich stanowczym gestem. – Jak zależy ci na Kasi, to nie ma całowania ani przytulania innych! A już zwłaszcza w miejscu pracy!
– Ale to jest przecież Iza! – zaprotestował Kacper. – Ja ją tylko jak siostrę!
– Dobra, dobra! – pokiwał głową Majk, wymieniając z Izą porozumiewawczy uśmiech. – Wystarczy, powiedziałem. Chcesz, żebym naskarżył twojej Kasi? Idziemy na zaplecze dokończyć interesy, a potem zmienisz Tyma i przejmiesz jego teren, dopóki nie przyjdzie Chudy. Jasne? Iza, chodź z nami, będziesz mi potrzebna. A ty, Lidia, przebieraj się i stajesz do pomocy dziewczynom na sali.
– Tak jest! – odpowiedziały naraz Iza i Lidia, po czym, spojrzawszy po sobie, roześmiały się jak na komendę, a wraz z nimi Wiktoria, która wracała już właśnie do obsługi baru.
Uszczęśliwiona obecnością i wciąż dobrym humorem Majka Iza chętnie udała się do gabinetu w towarzystwie obu panów, którzy, podążając korytarzem za nią, nie przerywali wszczętej na sali rozmowy.
– Bo szef to niby taki święty, co? – prychnął z żartobliwą urazą Kacper. – A kto ją leczył z inwersji? Sam widziałem!
– Słucham? – zdziwił się Majk, na co Iza pokręciła tylko głową z dezaprobatą. – Inwersji?
– No tak. Bo Iza ma inwersję na facetów – wyjaśnił mu Kacper. – Jakby jej nie miała, to ja bym ją już dawno… no, wiadomo, hehe! – zaśmiał się znacząco. – Ale ani razu nie chciała, a ja zdanie kobiety szanuję, człowiek honoru jestem, nie? Za to szef…
– Kacper, przestań! – przerwała mu z niesmakiem Iza, odwracając głowę i z rozbawieniem zerkając na zdezorientowaną minę Majka. – Zawsze musisz mi wstyd robić?
– Zresztą u mnie teraz to już nawet jakby chciała, to i tak by nie wchodziło w grę – zaznaczył Kacper, ignorując jej uwagę. – Ale szef to co innego, zresztą już dawno miałem zapytać, jak szefowi udało się znaleźć na to sposób.
– Co mi się udało? – zdziwił się jeszcze bardziej Majk.
– Kacper, wyluzuj – pokręciła głową Iza, naciskając klamkę drzwi gabinetu, do którego właśnie dotarli, i wchodząc do środka. – A ty, szefie, nie słuchaj go, konfabuluje i głupoty opowiada.
– O właśnie! – podchwycił Kacper. – Zaraz się dowiemy, jak naprawdę było! Uwierzę ci dopiero, jak szef to potwierdzi!
Zaciekawiony Majk wszedł za nimi do środka i zamknął drzwi. Iza z politowaniem popukała się palcem w czoło, po czym, machnąwszy lekceważąco ręką, zerknęła na biurko, gdzie piętrzyły się stosy powyjmowanych z półek klaserów z dokumentami.
– A co tu się stało? – zdziwiła się. – Jakieś tornado przeszło przez nasze dokumenty?
Majk zatrzymał ją ruchem ręki.
– Zaraz – rzucił, przyglądając się podejrzliwie Kacprowi. – Najpierw powiedzcie mi, o co chodzi. Co to jest inwersja?
– No, że ona z facetami nic a nic – wyjaśnił mu usłużnie Kacper.
Iza roześmiała się na widok wciąż zdezorientowanej miny Majka.
– Awersja – poprawiła spokojnie. – Na początku, kiedy składał mi niedwuznaczne propozycje, powiedziałam mu, że mam awersję do mężczyzn, a on, jak widać, wziął to sobie bardzo głęboko do serca.
– Ach! – zaśmiał się Majk. – Kapuję! Faktycznie, mówiłaś już to kiedyś, zapomniałem… I to stąd wzięła się ta słynna zimna ryba?
– No – zgodził się Kacper. – Iza tak już ma, chociaż nie z każdym. Ja tam się nie wtrącam – mrugnął do niego znacząco. – Ale szef wie o tym najlepiej.
– Ja? – uśmiechnął się Majk, zerkając na rozbawioną i jednocześnie lekko zniesmaczoną Izę.
– Kacper widział nas kiedyś, jak odwoziłeś mnie do domu po nocnej zmianie – wyjaśniła mu spokojnie. – Przytuliłeś mnie na pożegnanie, a on wyciągnął z tego daleko idące wnioski. Wiadomo jakie, bo on zawsze wszystkich mierzy własną miarą. Ale w sumie dobrze się składa – wzruszyła ramionami, znów zerkając z zaintrygowaniem na stertę dokumentów na biurku. – Powiedz mu raz a dobrze, że to nieprawda, bo jak ja mu to tłumaczę, to za nic mi nie wierzy.
– Rozumiem – pokiwał głową rozbawiony Majk, klepiąc Kacpra po ramieniu. – Cóż, stary, z przykrością bo z przykrością, ale muszę potwierdzić słowa Izy. Jeśli podejrzewasz, że jestem tym mitycznym szczęśliwcem, który przełamał jej awersję do facetów, to niestety jesteś w błędzie. Ona ze mnie też, jak z ciebie, zrobiła kumpla i starszego brata, a z takiego statusu, jak wiemy, niełatwo jest wyjść. Ale nie traćmy nadziei! – zaśmiał się, obejmując żartobliwym gestem Izę, której na te słowa mocniej zabiło serce. – Bo nadzieja umiera ostatnia, prawda, pani Zimna Rybo? Ha! Jak to będzie po francusku?
– Poisson froid – skrzywiła się, starannie kryjąc buzujące w sercu emocje. – Pasuje do mnie idealnie.
– Mademoiselle Poisson froid – powtórzył wesoło Majk, puszczając ją i zapraszającym gestem wskazując, by usiadła w fotelu. – Z takiego statusu też, jak mniemam, ciężko się wychodzi, ale pani również niech nie traci nadziei.
– Serio, to szef też z nią nic a nic? – skrzywił się z rozczarowaniem Kacper, przyglądając się im niedowierzająco. – Starszy brat? A niech cię, Iza! To ja już powoli zaczynałem w ciebie wierzyć, a ty… ech! Nie obraź się, ale, chociaż ogólnie super z ciebie babka, od tej jednej strony jesteś kompletnie nie do życia!
– Przecież nigdy tego nie ukrywałam, Kacperku – uśmiechnęła się Iza.
– Dobra, koniec wygłupów, zabieramy się za robotę – zdyscyplinował ich Majk, zerkając na nią spod oka. – Iza, trzeba przygotować umowę dla tego frajera. Wpisz mu cały etat od pierwszego listopada, na razie na trzy miesiące. Standardowy zakres obowiązków na stanowisku ochroniarza.
Wspomnienie klątwy Anabelli znów na chwilę ścisnęło serce Izy, jednak szybko odgoniła od siebie tę myśl. Bo jeśli, jak twierdziła Ola, to rzeczywiście był tylko przypadkowy zbieg okoliczności? Wiktoria od razu zauważyła, że umowa dla Kacpra byłaby tego najlepszym probierzem, więc czy to nie będzie świetna okazja do udowodnienia, że Ola ma rację? Zwłaszcza że ona sama w tym przypadku z całego serca pragnęła, aby ją miała.
– Tak jest – skinęła głową, posłusznie zasiadając za biurkiem i uruchamiając komputer. – Już się za to biorę.
Majk szerokim gestem podstawił Kacprowi krzesło, sam zaś usiadł na kozetce.
– Tylko pamiętaj, że za obowiązki detektywa ci nie płacę – rzucił mu nonszalancko. – U Chudego możesz działać, ile chcesz, ale tylko po godzinach pracy u mnie, jasne? Taki stawiam wam obu warunek.
Kacper, który właśnie zajął miejsce na kześle, spojrzał na niego zdziwiony.
– To szef o tym wie?
Iza również podniosła czujnie głowę, zerkając na Majka, który ze stoicką miną przeciągnął sobie dłonią po włosach.
– Oczywiście, że wiem – wzruszył lekko ramionami. – A co sobie myślałeś, frajerze? Chudy to lojalny chłopak, już dawno wyspowiadał mi się ze swoich planów i zapytał mnie o zdanie. A ja nie mam nic przeciwko tej linii waszego rozwoju, byle to nie kolidowało z wypełnianiem obowiązków u mnie. Jasne?
– Tak jest – pokiwał skwapliwie głową Kacper.
– Agencja detektywistyczna to świetny pomysł na biznes – ciągnął spokojnie Majk. – A skoro Chudego to jara, ma uprawnienia i w dodatku was do pomocy, to mogę tylko trzymać za niego kciuki. Oczywiście jako wasz pracodawca mógłbym stawiać blokady, ale to nie mój styl. Zdaję sobie sprawę z tego, że nic nie trwa wiecznie i że moja najlepsza kadra prędzej czy później musi pójść swoją drogą zawodowego rozwoju, w końcu praca w tej firmie do najambitniejszych wyzwań nie należy. Zresztą Chudy obiecał mi, że z pracy u mnie na razie nie zrezygnuje, ale za jakiś czas, jak nowa nitka dobrze się rozkręci, pewnie będzie chciał iść na swoje. I ja to całkowicie rozumiem – zaznaczył. – Dlatego on, ty i Tymoteusz macie w tym moje błogosławieństwo.
– Dzięki, szefie – odparł cicho Kacper, przyglądając mu się z mieszaniną niedowierzania i szacunku. – Kurde… równy z szefa gość.
Zajęta wpisywaniem danych do komputera Iza uśmiechnęła się leciutko na tę uwagę, znów dyskretnie zerkając na Majka, który, pochylony do przodu w nonszalanckiej pozie z łokciami opartymi na kolanach, z kamienną twarzą wpatrywał się w podłogę.
– Mam wątpliwości tylko co do Zuzki – ciągnął z zastanowieniem. – Ale o tym już pogadam bezpośrednio z Chudym, zresztą ona jest dorosła, więc niczego nie mogę jej zabronić. Słuchaj, Kacper – dodał poważnym tonem. – Dla ciebie mam jeszcze inne zadanie i tutaj chciałbym móc na ciebie liczyć w stu procentach.
– Oczywiście, szefie! – wyprostował się na krześle Kacper, zamaszystym ruchem kładąc sobie dłoń na piersi. – Co tylko szef każe! Ja człowiek honoru jestem!
– Świetnie – uśmiechnął się z rozbawieniem Majk. – Chodzi mi o pomoc dla Lidii. Tak jak się umawialiśmy, od stycznia będziesz skierowany na Koncertową i chciałbym, żebyś był tam jej prawą ręką do spraw technicznych, ochrony, ale też do rozładowywania i dźwigania towaru, jeśli zajdzie taka potrzeba. To nie jest robota dla kobiet.
– To się rozumie! – zapewnił go żywo Kacper. – Żadnej kobiecie nie pozwolę dźwignąć więcej niż pięć kilo! To moja fucha. Zwłaszcza że mam w tym doświadczenie, trzy miechy pracowałem przecież w pierdlowej kuchni. Ja w ogóle wszystko mogę robić, co tam tylko będzie trzeba, nie?
– I właśnie o to mi chodzi – skinął z zadowoleniem głową Majk.
– Zrobię wszystko, co tylko mi szefowa każe, o to szef się nie martwi. Iza, możesz mi to nawet wpisać do umowy, ja się migał nie będę! A zresztą…
Przerwało mu nagłe wtargnięcie do gabinetu Antka.
– Szefie, może szef przyjść na salę? – rzucił od progu, na co Majk natychmiast zerwał się z kozetki. – Mamy aferę, jakichś dwóch się pobiło, Tym ledwo ich rozdzielił. A do tego oblali kawą klientkę z drugiego stolika.
– Niech to szlag! – mruknął pod nosem Majk, dając Izie i Kacprowi znak, żeby poczekali. – Jasne, już idę, Antonio.
Po jego wyjściu w gabinecie na kilka chwil zapadła cisza.
– Iza, sorry – rzucił nieco zmieszany Kacper. – Mam nadzieję, że nie strzeliłem jakiejś gafy, jak tak sobie żartowałem z szefem z twojej inwersji, co? Nie bądź na mnie zła.
– Nie jestem – wzruszyła ramionami. – Szef to mój przyjaciel i zna się na żartach, a ty przynajmniej przekonałeś się, że mówiłam prawdę. Dobra, mniejsza o to, chodź tu do mnie, Kacper – dodała rozkazująco. – Zerknij, czy dobrze wpisałam ci wszystkie dane.
Kacper posłusznie zerwał się z krzesła i obszedłszy biurko, pochylił się nad ekranem.
– Chyba jest okej – odparł po chwili uważnej analizy.
– Czyli klamka zapadła? – zagadnęła Iza, przeglądając raz jeszcze na ekranie przygotowany wstępnie szkic umowy. – Umowa na stałe?
– No – uśmiechnął się. – Mógłbym szukać dalej, może gdzieś na budowie by mnie w końcu wzięli, ale pogadałem z szefem i z Chudym i jednak wolę pracować u was. Zwłaszcza te nocne wypady z chłopakami, robota detektywa, no i ta adrenalina… Kurde, Iza, to jest to, co chciałbym robić! To jest lepsze niż latanie za kobitkami, zresztą teraz, przy Kasi, to w ogóle nie wchodzi w grę. Więc na razie zahaczam się tutaj, szef się zgodził, mówi, że się przydam, bo teraz potrzebujecie ludzi. A poza tym obiecał mi, że w styczniu przyjmie Jaśka – zaznaczył. – I za to powinieniem go już w ogóle po rękach całować.
– Jaśka? – zdziwiła się Iza, podnosząc głowę znad ekranu. – Tego z więzienia?
– No – zerknął na nią z niepokojem. – A co, będziesz miała coś przeciwko?
– Nie, tylko zaskoczyłeś mnie. Jasiek u nas?
– Aha. Szef mi ufa, wie, że jestem człowiek honoru, a ja go nie zawiodę, przysięgam – tu uderzył się z powagą w pierś. – Ale jak ty byś się nie zgodziła, to mogłoby być krucho, bo szef bardzo szanuje twoje zdanie. Mnie też zresztą bierze na umowę, bo jestem z twojego polecenia, dlatego wielkie dzięki, Iza. Obiecuję, że kiedyś się odwdzięczę.
– E tam – uśmiechnęła się. – Nie przesadzajmy. Szef sam podejmuje takie decyzje, to przecież jego firma, więc skoro chce zatrudnić Jaśka, to dziękuj tylko jemu. Swoją drogą to szlachetne z twojej strony, że chcesz pomóc koledze z celi.
– Kasia też tak powiedziała – wypiął z dumą pierś Kacper. – I w ogóle ucieszyła się, że będę miał stałą pracę, a dla mnie najważniejsze, żeby ona była zadowolona. Ale fakt, że Jaśkowi też chciałbym jakoś pomóc – przyznał. – Bo jak łajza wyjdzie z pierdla i nikt się nim nie zajmie, to wiadomo, co będzie. Recydywa, nie? Z niego jest spoko chłopak, chciałby żyć uczciwie, tylko sam się nie ogarnie, za fujarowaty na to jest. Więc kto ma mu pomóc, jak nie Kacper? Ale to też dzięki tobie, Iza – zaznaczył. – I dzięki szefowi. Przecież nawet to, że pan mecenas pomógł mi ustawić się w tym pierdlu… że trafiłem na Jaśka, a nie na jakiegoś degenerata… To wszystko dzięki wam. Gdybyś ty wiedziała, jak ja się cieszę, że cię poznałem! Że wynajęłaś ten pokój po stryjence Ziucie… A właśnie! – klepnął się w czoło. – Zapomniałem! Stryj kazał ci podziękować.
– Za co?
– Za posprzątanie grobu stryjenki na święta. Bo to przecież ty, co nie? Kto by inny?
– A tak, ja – skinęła głową z uśmiechem. – Ja i szef.
– Szef? – zdziwił się Kacper. – Sprzątał z tobą grób stryjenki Ziuty?
– Aha – odparła pogodnie. – Pomagał mi sprzątać wszystkie, które w jakiś sposób są dla mnie ważne, zwłaszcza grób naszego wspólnego przyjaciela. Ale pani Ziuty też.
Na pamięć wróciły jej sceny sprzed kilku dni, kiedy oboje z Majkiem porządkowali groby na obu lubelskich cmentarzach, nie zapominając ani o miejscu wiecznego spoczynku pani Ziuty, ani o odwiedzeniu grobu jego dziadka. Tam zresztą wystarczyło zapalić tylko znicz, miejsce to bowiem było zadbane i zawsze idealnie wysprzątane przez babcię Irenkę.
– Okej – Kacper zerknął na nią podejrzliwie. – W każdym razie stryj kazał ci podziękować, no to przekazuję, nie? Był tam w święto zapalić znicz i widział, że elegancko wszystko zrobione, a jemu przecież nigdy się nie chce. On zresztą do stryjenki nie lubi chodzić – dodał z pobłażaniem. – Boi się.
Iza podniosła na niego czujny wzrok.
– Boi się? Dlaczego?
– A bo ja wiem? – wzruszył ramionami. – Nie chce nigdy o tym gadać, ale przecież ślepy nie jestem, widzę, że ma cykora. Pewnie mu się tam stryjenka kiedyś ukazała, hehe! – zaśmiał się lekceważąco. – I nie dziwię się, sam bym wylazł z grobu go nastraszyć, jakby mnie pochował pod płotem w takiej mokrej dziurze.
Po plecach Izy przebiegł mimowolny dreszcz, jednak słowa Kacpra nie wywołały w niej wielkiego zdziwienia. Od dawna bowiem, znając niechęć pana Stanisława do odwiedzania grobu żony, domyślała się, że przyczyną tego musiało być jakieś metafizyczne doświadczenie, którym starszy pan nie chciał się dzielić z nikim innym, a do tego, nie rozumiejąc go, zwyczajnie bał się powtórki.
„Nic dziwnego” – pomyślała. – „Kto by się nie bał w takiej sytuacji? To tylko ja jestem taką zwariowaną pasjonatką cmentarzy.”
Uśmiechnęła się do siebie na ostatnią myśl, wspominając żarty Majka, który tak właśnie nazwał ją, kiedy w werwą zbierała zbutwiałe liście z cementowej płyty na grobie pani Ziuty. Bo czy to nie była prawda? Lubiła wszelkie cmentarze do tego stopnia, że można było nawet doszukiwać się w tym pasji… Zaraz, zaraz, pasja? Z czym to jej się kojarzyło? Ach, tak! Pasja do francuskiego! Pasja do cmentarzy… praca licencjacka! Paryż!
„Père-Lachaise!” – mignęło jej w głowie. – „Ha! Bingo!”
– A jeśli chodzi o szefa, to wiesz co? – zagadnął ostrożnie Kacper, zerkając na jej dziwnie rozpromienioną twarz. – W sumie szkoda, że nie dajesz mu się leczyć z tej inwersji. Serio, Iza. Jak tak sobie teraz myślę, ile rzeczy razem robicie, nawet po tych cmentarzach razem się włóczycie… No, ale dobra, ja tam się nie wtrącam – machnął ręką. – Sam nie lubię, jak mi ktoś się wwala w życie z buciorami, to sam też nie będę. Człowiek honoru jestem, nie?
***
– Dobra, podpisuję, jedna jest dla ciebie i od razu lecisz do swoich zadań – oznajmił stanowczo Majk, składając podpis na przygotowanej przez Izę umowie w dwóch egzemplarzach i wręczając Kacprowi jeden z nich. – Na razie pomożesz Antkowi przygotować parkiet pod dyskotekę, a jak przyjdzie Chudy, oddajesz się pod jego rozkazy. Jasne?
– Tak jest! – wyprostował się karnie Kacper.
– No to odmaszerować. A ty, Iza, znajdź mi w międzyczasie aktualną umowę ubezpieczenia, okej? Jutro będziemy musieli je uruchomić.
Iza natychmiast poderwała się z fotela, kierując się w stronę półki z klaserami, pośród których brakowało tych w kolorze niebieskim, ułożonych obecnie w bezładną stertę na biurku. Po samym ich kolorze, przypisanym dokumentom podatkowym, domyśliła się już, że bałagan w biurze miał związek z wdrażaniem Natalii w dokumentację firmy, jednak czy faktycznie w tym celu trzeba było wyjąć z półek wszystkie naraz? Tymczasem Kacper, złożywszy swoją umowę na cztery, pieczołowicie schował ją do wewnętrznej kieszeni sfatygowanej dżinsowej kurtki i posłusznie opuścił pomieszczenie.
Po jego wyjściu Majk rozsiadł się na kozetce i z leciutkim uśmiechem na ustach obserwował Izę, która właśnie rozłożyła na wolnym kawałku blatu odpowiedni klaser i wypięła z niego żądaną umowę ubezpieczenia.
– Proszę, tu jest aktualna – oznajmiła neutralnym tonem. – Co tam się w ogóle stało? Jakaś większa szkoda?
– Nie, nic szczególnego – zapewnił ją spokojnie. – Standardowe zalanie kawą ubrania, jutro rano się tym zajmę. Połóż mi to tylko gdzieś na wierzchu, dobrze? I chodź tu do mnie – dodał stanowczo, wskazując jej miejsce obok na kozetce. – Mam pilniejszą sprawę do załatwienia.
– Tak jest – odparła, w duchu ucieszona tym rozkazem. – Słyszałam już od dziewczyn, że na Koncertowej praca idzie jak burza. Położę ci tu z brzegu, żeby nie zniknęło pod tymi klaserami z podatkami, okej? Widzę, że Natalia intensywnie się wczytuje nawet w te najstarsze?
Odłożyła dokument we wspomniane miejsce i posłusznie usiadła obok niego, starannie kryjąc wzruszenie, jakie budziła w niej jego obecność i widok burzy świeżo umytych włosów, które lśniły zdrowym blaskiem w świetle palącej się na biurku lampki.
– Mhm – skinął głową Majk, odgarniając sobie te włosy w tył nonszalanckim gestem. – Chce przejrzeć całą historię, żeby wyrobić sobie wizję rozwoju finansowego firmy, bo to może rzutować na bieżące rozliczenia. Profesjonalne podejście, podoba mi się – zaznaczył. – W piątek nie zdążyła wszystkiego przejrzeć, więc pozwoliłem jej tak zostawić, ale jutro tu będzie, to sobie dokończy i odłożymy te klasery na miejsce. Nie martw się, elfiku – uśmiechnął się z rozbawieniem. – Osobiście dopilnuję, żeby ten bajzel został należycie uprzątnięty.
– Ech, nie o to chodzi… przecież to ty tu rządzisz – odparła nieco zmieszana Iza. – Mnie to nie przeszkadza, tak tylko zapytałam. Skoro jest taka potrzeba…
– Jest taka potrzeba – zapewnił ją ciepło. – Ale zostawmy już w spokoju te podatki, co? Mamy od tego specjalistkę, więc niech się tym zajmuje, a z tobą mam do omówienia inne sprawy. Najpierw to.
Mówiąc to, sięgnął ręką za jej plecami i ze stosu poskładanych w rogu kozetki obrusów wziął tekturową podkładkę z przypiętym do niej dokumentem.
– Co to? – zdziwiła się Iza.
– Twój aneks do umowy.
– Aha – uśmiechnęła się. – Już gotowy?
– Mhm. Przygotowałem go osobiście – zaznaczył, przekazując jej dokument do rąk. – Jak nie cierpię papierologii, tak w tym jednym przypadku stwierdziłem, że muszę zrobić wyjątek. Proszę, elfiku. Przeczytaj sobie i podpisz. W dwóch egzemplarzach, drugi jest pod spodem.
Iza pochyliła się nad aneksem, który, zgodnie z ustaleniami poczynionymi tydzień wcześniej, zawierał nowe warunki jej pracy w Anabelli na czas od pierwszego listopada do końca czerwca. Poszczególne punkty dokumentu określały zakres jej obowiązków w skorygowanym wymiarze czasowym, jednak kwota wynagrodzenia, jaka widniała na dole, była mniej więcej o trzydzieści procent wyższa od tej z dotychczasowej umowy.
– Nie, szefie, na to się nie zgadzam – oznajmiła z wyrzutem, wskazując palcem te cyfry. – Ograniczasz mi zakres obowiązków, wymagasz tylko czterech godzin dziennie na sali, a za to dajesz podwyżkę? Jak dalej będziesz tak prowadził swoje interesy, to szybko pójdziesz z torbami! Nie mogę na to pozwolić.
Majk roześmiał się, ona zaś od razu zwróciła uwagę na czystą barwę tego śmiechu i szczerą radość, jaka w nim zabrzmiała. Dziwne. Kiedy ona martwiła się o niego, oczekując, że dziś będzie krucho z jego psychiką, on, przeciwnie, zdawał się być w wyjątkowo szampańskim humorze, wręcz wyglądał jak nowonarodzony. Czy to był dobry, czy jednak zły znak?
– No i proszę, jak Mademoiselle dba o moje interesy! – zakpił wesoło. – Bardziej niż o swoje, a to świadczy o lojalności pracownika, któremu już za sam ten fakt należy się podwyżka! A czy Mademoiselle przeczytała w całości warunki umowy? Zwłaszcza ostatni punkt?
– Wsparcie koncepcyjno-doradcze i działania na rzecz realizacji strategii rozwoju firmy – odczytała na głos, po czym podniosła na niego zdezorientowane spojrzenie. – No i co z tego? To przecież nic nie znaczy. A przynajmniej nic konkretnego.
Roześmiał się jeszcze bardziej i pokręcił głową.
– Ech, Izula – odparł ciepło, obejmując ją ramieniem. – Nieprawda. Wiadomo, że z wierzchu to tylko taki bełkot słowny, ale pod tym kryją się wszystkie najlepsze rzeczy, które robisz dla tej firmy i jej szefa. Na niektóre z nich trudno znaleźć cenę, bo pewnych spraw po prostu nie da się przeliczyć na pieniądze, ani nawet ująć ich explicite w umowie. Dlatego zaufaj mi i podpisz ten papierek – podsumował, wyciągając z kieszeni długopis i podając go jej. – No już. Będziemy to mieli z głowy.
– Jesteś pewien? – spojrzała na niego z wahaniem.
– Jak tego, że żyję – zapewnił ją z uśmiechem. – No, podpisuj!
Jego szare oczy zalśniły przy tym w półmroku gabinetu tak intensywnym blaskiem, że przez krótki moment zdały jej się dwa razy jaśniejsze niż zwykle, jakby rozświetliła je od środka ponadnaturalna poświata podobna do światła księżyca. Serce zabiło jej mocno, a po karku przeszedł słodki dreszcz, którego nie umiała opanować. Jakiż był przystojny w tej odsłonie! Czy tak wyglądałby na co dzień, gdyby dane mu było trwale zaznać szczęścia? Co prawda wtedy byłby całkowicie poza jej zasięgiem, ona bowiem, jako terapeutka złamanego serca, żywiła się nie tyle jego szczęściem co niespełnieniem, mogąc być przy nim najbliżej wówczas, kiedy był najbardziej nieszczęśliwy. A jednak ów przebłysk innego niż zwykle światła w ukochanych oczach nie mógł nie zrobić na niej wrażenia, od którego na ułamek sekundy wszystkie jej mięśnie ogarnęło znajome odrętwienie.
Czym prędzej chwyciła za długopis i schyliwszy się nad kartkami, podpisała je mechanicznie, nie próbując już dłużej protestować. Tym bardziej że przecież on i tak postawiłby na swoim, ona zaś musiała się skupić na tym, by zachować kamienną twarz. Jako jego przyjaciółka. Terapeutka. Sanitariuszka. Takie przecież było jej zadanie.
„Im wyżej się wznosisz, tym boleśniej upadasz” – mignęło jej w głowie.
Znów ogarnął ją podskórny niepokój. Bo skąd wzięła się u niego ta promieniejąca od wewnątrz radość, która nie ustępowała od tylu dni? Czy to było normalne? Na twarzy Majka nie było widać ani śladu kryzysu, którego obie z Lodzią tak się obawiały, ani jednej oznaki cierpienia, które jeszcze kilka tygodni wcześniej niemal krzyczało z głębin jego oczu. Przeciwnie, dziś twarz ta promieniała jak rzadko kiedy, może nawet jak nigdy dotąd. Czyżby znowu udawał? Umiałby to robić tak doskonale? A może wciąż jeszcze nie osiągnął punktu kulminacyjnego i to nadal była droga w górę? Może tym razem po prostu ów smutny proces potrwa trochę dłużej?
– I super – skinął z zadowoleniem głową, odbierając od niej podpisane dokumenty i przechylając się, by odłożyć je na biurko. – Jeden dla ciebie, a ten drugi wepniesz potem do klasera z umowami, dobrze?
– Tak jest.
– A teraz posłuchaj, mały elfie – dodał, ujmując ją za obie dłonie i z uśmiechem patrząc jej w oczy. – Mamy tylko parę minut, zaraz trzeba będzie lecieć na salę i gasić następne pożary, ale muszę zdać ci szybki raport z frontu. Dzisiaj był naprawdę intensywny dzień.
Choć ów promienny uśmiech z jednej strony niepokoił Izę, z drugiej był tak zaraźliwy, że nie mogła go nie odwzajemnić. I ten ciepły dotyk jego dłoni…
– Tak, wiem – pokiwała głową. – Podobno projekt z Koncertowej poszedł do realizacji i prace zaraz mają ruszyć?
– Już ruszyły – sprostował wesoło. – Dzisiaj rano weszła ekipa i działają, byliśmy z Lidią na kontroli, ustalaliśmy z kierownikiem szczegóły. Mają nam to zrobić na koniec listopada, a jak się uda, to będzie gotowe nawet wcześniej.
– Rewelacja, szefie. To chyba znaczy, że powinniśmy już rozglądać się za meblami?
– Dokładnie tak. Zdjąłem dzisiaj z Kacprem wstępne wymiary, przepiszę to na jakąś kartkę i pod koniec tygodnia trzeba by pojeździć po paru firmach meblarskich i zapytać o oferty. Musimy zamówić wszystko na wymiar, dokładnie według projektu Klaudii. Problem tylko w tym, że te biura nie są czynne aż do wieczora. Będziesz miała jakieś okołopołudniowe wolne pasmo w tym tygodniu?
– Postaram się coś wykombinować – zapewniła go Iza, w duchu rozkoszując się dotykiem jego dłoni, które nadal ściskały jej dłonie. – Na przykład w piątek mogę się urwać z dwóch wykładów, odpiszę sobie potem notatki od koleżanek.
– Super. Wybacz, że znowu wtryniam się ze sprawami firmy na teren twoich studiów, ale chcę, żebyś przy tym była. Noblesse oblige, Mademoiselle – mrugnął do niej porozumiewawczo. – W każdym razie załatwimy to tak, żebyś nie była stratna, obiecuję. I to jest jedna rzecz. Druga to Dzień Francuski. Załatwiłem już plakaty z aktualizacją daty, będą na czwartek, ale musisz jeszcze potwierdzić mi menu. Zostawiamy to z października?
– Mhm… na razie zostawmy – pokiwała głową z zastanowieniem. – Na pewno za jakiś czas fajnie będzie wprowadzić nowe dania, ale teraz nie ma czasu, trzymajmy się tego, co już jest przećwiczone. Muszę tylko wprowadzić do menu informację o alergenach – zaznaczyła. – Wtedy to przeoczyłam, a to mimo wszystko ważna rzecz.
– Dobrze, to przygotuj jak najszybciej poprawną wersję i wysyłamy do drukarni. I to by była druga sprawa, bo jest jeszcze trzecia. Mianowicie kwestia kuchni.
– Kuchni? – zerknęła na niego uważnie. – Masz na myśli Koncertową?
– Też. Nie wiem, skąd wzięła się u mnie taka świetna passa… a właściwie wiem, ale nie powiem! – zaśmiał się. – Po prostu jedno dobre wydarzenie przyciąga kolejne, co mogę potwierdzić moim osobistym doświadczeniem starego frajera. Tak czy inaczej i to mamy załatwione – dodał poważniej, puszczając jej dłonie. – Rozmawiałem dzisiaj z panią Wiesią i mam następczynię na jej stanowisko.
– O! – zdziwiła się. – Naprawdę?
– Mhm. Odchodzi na emeryturę od Nowego Roku, ale jej własna córka akurat od stycznia będzie bez pracy, więc zapytała, czy nie mogłaby zahaczyć się u nas.
– O proszę!
– No. Pani Wiesia gwarantuje jakość jej usług, a ja nie mam wątpliwości, że talent kucharski wyssała z mlekiem matki, dlatego chętnie się zgodziłem. To się nazywa zastępowalność pokoleń!
Roześmiali się oboje.
– Rzucimy ją oczywiście na Koncertową – zaznaczył Majk. – To nam rozwiązuje sprawę obsługi kuchni, bo osobie z polecenia pani Wiesi można zaufać w ciemno. Na początek wystarczy jedna kucharka plus trochę cateringu z Zamkowej, a jak Lidia rozkręci placówkę, pomyślimy o kolejnych zatrudnieniach.
– Jasne – uśmiechnęła się. – Rzeczywiście masz dzisiaj niesamowitą passę, zresztą widać po tobie, że aż kipisz energią. Dawno cię w takiej odsłonie nie widziałam.
– Ja siebie też – zapewnił wesoło. – Czuję się, jakby mi spadło z karku z dziesięć lat. Ech, elfiku… tak się cieszę, że już wróciłaś! Powiedz, jak było w Korytkowie?
– Dobrze – odparła w roztargnieniu Iza, zerkając na niego spod oka. – A właściwie to różnie, bo miałam dwie nieprzyjemne rozmowy, ale przynajmniej pobyłam sobie trochę z rodziną i zobaczyłam siostrzenicę. Ale powiedz mi, Majk…
– Nieprzyjemne rozmowy? – podchwycił, poważniejąc. – Czyżby z wiadomym dżentelmenem?
– Nie, nie z Miśkiem – zaprzeczyła żywo. – Chociaż w pewnym sensie z jego powodu, przynajmniej w jednym przypadku, bo niestety ciągle jeszcze obrywam rykoszetem za swoją głupotę. Jego samego na szczęście nie widziałam wcale, nie było go nawet w kościele, zresztą myślę, że nie kwapił się zbytnio do łażenia po wiosce z rozwaloną gębą. Korytkowskie plotkarki zachodzą w głowę, kto mu tak podbił oko, wiesz? – uśmiechnęła się znacząco. – A ja miałam satysfakcję z tego, że jako jedyna znam tę tajemnicę… no i sprawcę zbrodni.
Majk parsknął śmiechem, zamaszystym gestem odgarniając sobie włosy z czoła.
– Cała przyjemność po mojej stronie, proszę pani – skłonił lekko głowę. – I gdyby kiedyś trzeba było poprawić tę robotę, to proszę pamiętać, że zawsze jestem do usług. Ale co masz na myśli, mówiąc, że ciągle obrywasz za swoją głupotę? – spoważniał znowu. – Chodzi o jego rodzinę?
– Nie. Z jego rodziną też nie mam kontaktu, Bogu dzięki, zresztą jego ojciec nadal jest w szpitalu i niedługo będzie miał operację na sercu. To zupełnie inna sprawa, dotyczy mojej koleżanki z Korytkowa, chociaż Miśka w sumie też… Ale opowiem ci o tym innym razem, okej? Dzisiaj nie mamy na to czasu.
– Okej – zgodził się natychmiast. – W takim razie urządzimy sobie niebawem jakąś kolejną sesję terapii po godzinach, bo ja też chciałbym porozważać filozoficznie kilka spraw. Tym razem na spokojnie i wręcz na wesoło – zaznaczył. – Hmm, co ty na to? Do diabła z dołkami psychicznymi, kryzysami i topieniem smutków w brandy! Do diabła z Miśkiem i złamanym sercem mojego elfika! Wkraczamy w nowy etap terapii, etap konstrukcji i filozofii pozytywnej! Cokolwiek by to znaczyło!
Znów roześmiał się, błyskając oczami, z których promieniała radość. Iza zerknęła na niego czujnie.
– Właśnie tego nie rozumiem – powiedziała ostrożnie. – Jesteś w takim świetnym humorze, masz tyle energii… Oczywiście jako twoją przyjaciółkę bardzo mnie to cieszy, ale jako terapeutkę jednak trochę martwi, bo nie wiem, jak to interpretować. Serio to te dzisiejsze sukcesy zawodowe aż tak cię uskrzydliły?
Majk przez dłuższą chwilę przyglądał jej się z uśmiechem, który topił serce, ogarniając je falą słodkiej słabości. Wytrzymała jednak jego wzrok, celowo przybierając na wpół pytającą, na wpół zaniepokojoną minę.
– Tak i nie – odpowiedział ciepło. – To znaczy tak, ale nie tylko. Bardziej chodzi o nastawienie i ogólne tło. To bardzo dziwne wrażenie, ale naprawdę czuję się, jakbym przeniósł się w czasie dziesięć lat wstecz i odzyskał dawną energię do pracy, tę z samego początku, z czasów, kiedy dopiero zakładałem firmę. To takie przyjemne uczucie! Oczywiście liczę się z tym, że za jakiś czas ten stan opadnie, do parteru albo nawet jeszcze niżej – zaznaczył, nieco poważniejąc. – Mimo wszystko nadal jestem tym samym nieuleczalnie naiwnym frajerem, który pewnie zbyt łatwo daje ponieść się marzeniom, a z nich może nigdy nic nie będzie… ale to jest na ten moment mało ważne. Póki mogę, chcę się cieszyć chwilą, jak przystało na starego Epikurejczyka z wieloletnim doświadczeniem, chociaż tym razem rozumiem to pojęcie zupełnie inaczej. Epikureizm idealistyczny – wyjaśnił z rozbawieniem. – To lubię zdecydowanie najbardziej, tyle że od jakichś dziesięciu lat nie miałem do tego warunków. A teraz czuję się, jakbym wrócił do źródła. Wiem, że zachowuję się jak potłuczony, ale to nic złego, elfiku, przysięgam. Dlatego proszę, nie martw się o mnie – dodał łagodnie na widok jej wciąż niewyraźnej miny. – Nie wpadnę w nowy kryzys, nie będę pił brandy, rzucał się z mostu, ani tarzał w błocie do granicy zapalenia płuc, to ci obiecuję. W ogóle nie zrobię nic, czym mógłbym zmartwić mojego anioła. Wyleczyłaś mnie już z tego, moja dzielna terapeutko. I bardzo ci za to dziękuję.
Mówiąc to, sięgnął po jej dłoń i na chwilę podniósł ją do ust. Muśnięcie jego warg na skórze sprawiło Izie nieziemską przyjemność, jednak jego słowa, choć te o brandy brzmiały uspokajająco, znów nieprzyjemnie ścisnęły jej serce. Pokręciła głową z niedowierzaniem.
– Ja? Przecież ja nie zrobiłam nic takiego, Majk…
– Zrobiłaś więcej, niż myślisz – zapewnił ją spokojnie. – I to od razu na samym początku, kiedy wymyśliłaś tę naszą amatorską terapię, a ja chwyciłem się tego pomysłu jak tonący brzytwy. Bez tej brzytwy naprawdę bym utonął, Iza – dodał poważnie. – A z nią, chociaż czasem było naprawdę ciężko, wyciągnąłem się z Rowu Mariańskiego na powierzchnię i wreszcie płynę z prądem. Po prawie dwóch latach terapii i paru ostrych kryzysach dzięki tobie znowu widzę słońce.
Znów pokręciła głową, odruchowo spuszczając oczy.
– Widzę, że co bym nie powiedział, i tak nadal się o mnie martwisz – ciągnął ciepłym głosem Majk. – A niepotrzebnie, naprawdę. I… no dobra, powiem ci, co jest bezpośrednią przyczyną mojego świetnego humoru – zdecydował się nagle, na co Iza natychmiast podniosła na niego czujny wzrok. – Miałem zachować to dla siebie, a tobie powiedzieć kiedy indziej, ale niech tam… Zresztą może to i lepiej? W sumie chcę, żebyś o tym wiedziała, zwłaszcza że takimi rzeczami mogę się dzielić tylko z tobą.
– Czyli? – wyszeptała z jednej strony zaintrygowania, z drugiej zaś nieprzekonana, czy na pewno chce o tym wiedzieć.
– W weekend po raz ostatni przyśnił mi się mój anioł stróż – wyjaśnił wciąż tym samym przyciszonym, ciepłym głosem. – I na odchodne powiedział mi to samo co Szczepek na parę minut przed śmiercią. Dokładnie to samo, Iza – jego twarz rozpromieniła się na nowo. – Jakby obaj mówili jednym głosem! Wybacz, że na razie nie mogę ci powiedzieć, o co konkretnie chodziło, to taka nasza męska tajemnica, ale obiecuję, że kiedyś ze wszystkiego ci się wyspowiadam. W ramach terapii i… i nie tylko – uśmiechnął się znacząco. – W każdym razie to był bardzo pozytywny przekaz. Coś w rodzaju przepisu na szczęście.
– Ach… przepisu na szczęście? – szepnęła.
– Mhm. Niesamowita sprawa, tak samo niesamowita jak ta twoja z Ziutą… i jak tamta cyganka pod Leroy Merlin. Kiedy Szczepek gadał o tym ze mną, nie chciałem słuchać, wzbraniałem się, uciekałem mentalnie sam przed sobą, ale to w sumie w dużym stopniu dzięki tym rozmowom szybko odnalazłem właściwą drogę. A potem, kiedy przed samą śmiercią wymógł na mnie pewną obietnicę… i teraz anioł stróż powiedział mi to samo… Może jestem głupi, ale czuję się, jakby skrzydła mi urosły… o tak! – skonkludował wesoło, rozpościerając szeroko ramiona. – Dlatego nie martw się o mnie, mały elfie. Naprawdę. O nic nie pytaj, ale nie martw się, bo staremu frajerowi Majkowi nic nie grozi, przeciwnie, wiadomość z zaświatów głosi, że szczęście jeszcze go nie ominęło. Tyle że nadal musi trochę na nie poczekać, zachować cierpliwość, choćby krew gotowała się w nim jak w piekielnym kotle.
Iza pokręciła głową z nieprzekonaną miną, pod którą kryła nawał emocji buzujących w ściśniętym sercu. A więc znowu mówił o nadziei? O nadziei i o szczęściu, na jakie przepis dał mu anioł stróż… Czy ten przepis w jakiś sposób dotyczył Anabelli, czy chodziło jednak o coś zupełnie innego? Nie miała odwagi o to zapytać.
– Po prostu pewnych rzeczy nie da się przyśpieszyć – mówił dalej Majk. – One są jak kwiaty, które same muszą zakwitnąć w swoim czasie, albo jak księżyc, który sam musi dojść do pełni. Więc niech dochodzi, a ja w tym czasie załatwię jeszcze kilka spraw, które od dawna łażą mi po głowie. Wcześniej nie miałem na to ani sił, ani motywacji, ale teraz, kiedy anioł stróż powierzył mi ważną misję, nic mnie nie powstrzyma.
Ach, ten ścisk w sercu! Będzie musiała metodycznie nauczyć się nad nim panować, podobnie jak nad wyrazem twarzy, wyćwiczyć odpowiednie reakcje w takich sytuacjach, aby niczego nie było po niej widać. Jakby była zupełnie obojętna, oczywiście pomijając naturalną troskę wynikającą z przyjaźni… Tej na szczęście nie musiała przed nim ukrywać. Wręcz przeciwnie.
– Okej – odparła cicho. – Nic z tego nie rozumiem, ale może kiedyś… Powiedz mi tylko jedno, Majk, bo to mnie uderzyło. Dlaczego mówisz, że twój anioł stróż rozmawiał z tobą po raz ostatni i przekazał ci coś „na odchodne”? Skąd możesz to wiedzieć?
– Stąd, że on sam jasno mi to zapowiedział – wyjaśnił pogodnym tonem. – Obiecał, że dalej będzie mnie wspierał, ale już z daleka. Dał mi też kilka innych wskazówek i pożegnaliśmy się jak najlepsi kumple, a sekundę potem się obudziłem. Z jednej strony trochę mi szkoda, bo fajny z niego gość, ale z drugiej to, co mi powiedział… W każdym razie bądź o mnie spokojna, elfiku – zniżył głos, podnosząc rękę i odgarniając jej z policzka kosmyk włosów. – I zaufaj mi, dobrze? Przysięgam, że nie wpadnę w żaden kryzys, a jeśli nawet wpadnę, to natychmiast powiem ci o tym wprost i poproszę o pomoc explicite. D’accord, Mademoiselle?
– D’accord, Monsieur – odparła nieco uspokojona. – Trzymam cię za słowo.
– Świetnie – uśmiechnął się, cofając rękę. – No to teraz powiedz, kiedy umawiamy się na sesję filozofii? Plus kolejne porządne doładowanie elfikową energią – zaznaczył – bo chociaż na razie nie brakuje mi drastycznie prądu, przed twoim wyjazdem do Liège muszę nazbierać trochę zapasów. Co byś powiedziała na najbliższy piątek?
– W piątek po południu jadę do Krawczyka… – odparła z namysłem Iza.
Twarz Majka natychmiast spoważniała.
– No tak – pokiwał głową, lekko zacinając wargi. – Zapomniałem, że mój anioł świadczy anielskie usługi terapeutyczne też innym frajerom. Na którą się z nim umówiłaś?
– Na piętnastą. Ale wieczorem będę wolna – dodała szybko. – I w sumie chciałabym opowiedzieć ci o wszystkim na bieżąco, zdać raport z wizyty u Krawczyka, więc chyba dobrze się składa. Może umówimy się koło dziewiętnastej u mnie? – zaproponowała. – Zmianę w pracy ustawiłam sobie na noc, zaczynam dopiero o dwudziestej drugiej, więc gdybyś i ty był wtedy wolny, mielibyśmy trzy godziny i na Krawczyka, i na rozmowę o filozofii. A potem razem poszlibyśmy na Zamkową zakończyć dniówkę w firmie.
– Genialny plan, elfiku – zgodził się natychmiast Majk, a jego twarz znów rozpromieniła się jak słońce. – Tak się umawiamy, a teraz koniec narady, trzeba biec na salę. Pamiętaj, że obowiązują cię cztery godziny kelnerskiej pracy dziennie!
Iza roześmiała się, posłusznie podrywając się z kozetki.
– Tak jest, szefie! Lecę tylko do szatni po mój fartuszek i za chwilę melduję się na posterunku!