Anabella – Rozdział CXI
„Psychol poczuł się trochę lepiej i zaczyna się aktywować” – myślała z irytacją Iza, wspominając rozmowę z Eweliną. – „Mam nadzieję, że chociaż Lodzi i Pablowi da spokój, chociaż to wcale nie jest pewne, bo jakoś nie wierzę, że czepiłby się tylko mnie. Musi mieć w tym jakiś cel i to wcale nie jest to, o czym mówiła Ewelina. Porządkowanie sumienia… pff! Jasne! Krawczyk i sumienie! Prędzej gruszki na wierzbie wyrosną, a Kacper zostanie mnichem ascetą…”
Właśnie wróciła po szybkiej kąpieli do swojego pokoju na stancji i przebrawszy się w piżamę, usiadła na łóżku, by przed snem rozczesać świeżo umyte włosy. Dochodziła już trzecia nad ranem, dlatego jej jedynym marzeniem było teraz położyć się i zasnąć, to zaś wymagało metodycznego wyciszenia buzujących w głowie myśli. Niestety, część z nich, tak jak ta o Ewelinie i Krawczyku, wciąż nawracały uporczywie i nie pozwalały się wygonić, jednak Iza nawet zbytnio z nimi nie walczyła. Z dwojga złego wolała już myśleć o Krawczyku niż o innych rzeczach, które o wiele bardziej ściskały jej serce… do tego stopnia, że w porównaniu z jej osobistymi dylematami wątek zblazowanego milionera czy kłócących się ciągle Antka i Karoliny stanowiły niemal formę psychicznego relaksu.
„Na szczęście… oczywiście na szczęście dla nas, bo dla niego na nieszczęście… leży przykuty do wyrka, więc jest relatywnie niegroźny. Przynajmniej w tym sensie” – wzdrygnęła się na wspomnienie szalonego błysku w oczach Krawczyka i jego bezczelnych umizgów do Lodzi. – „Ale w takim razie czego może chcieć ode mnie? Barbie bredziła coś o korzyściach finansowych, więc oczywiście miała na myśli jakiś zakichany in-te-re-sik… Aha, jasne, już lecę” – skrzywiła się, odkładając szczotkę do włosów na biurko. – „Niedoczekanie twoje, psycholu.”
Sięgnęła po odłożoną na krzesło torebkę, z której rutynowo wyciągnęła telefon. Na ekranie blokady znajdowało się powiadomienie o jednym nowym smsie, który przyszedł z numeru oznaczonego jako Michaś.
Iza, chciałbym pogadać. Oddzwoń w wolnej chwili. Pora bez znaczenia. Majk.
Serce Izy zabiło mocno, tak mocno, że aż zakręciło jej się w głowie – podobnie jak tydzień wcześniej, kiedy Majk niespodziewanie pojawił się w Anabelli. Jednak tym razem oprócz radości z kontaktu, którego aż do końca jego urlopu w ogóle się nie spodziewała, odczuła też niepokój. O co mogło chodzić? Przecież umowa zakładała, że Majk na dwa tygodnie całkowicie odetnie się od spraw zawodowych i skupi się na odpoczynku. Jeśli chciał rozmawiać, to musiał mieć po temu ważny powód. Oby nie chodziło o nic złego…
Zerknęła na godzinę – było kilka minut po trzeciej. To nie był czas na rozmowy. Sms pochodził z godziny dwudziestej trzeciej dwanaście, czyli nadszedł podczas jej nocnej zmiany w Anabelli, ona jednak, zajęta pracą i bezustannym rozwiązywaniem piętrzących się problemów, nie odebrała go, nie mając nawet chwili, by spojrzeć na telefon.
„A niech to!” – pomyślała z bijącym sercem. – „Teraz już za późno oddzwaniać. A z drugiej strony jasno napisał, że pora nie ma znaczenia.”
Po chwili wahania wklepała wiadomość zwrotną. Nie obudzę Cię? Minęło kilka sekund i aż podskoczyła na dźwięk dzwonka, a ekran telefonu rozświetlił się informacją o przychodzącym połączeniu. Michaś. Odebrała natychmiast.
– Wybacz, elfiku, że zawracam ci głowę – odezwał się ciepły głos Majka. – Pewnie dopiero wróciłaś z roboty?
– Aha – przyznała. – Wróciłam jakieś dwadzieścia minut temu i dopiero teraz znalazłam twojego smsa. To ty mi wybacz, bo to już nie pierwsza taka obsuwa. Mam nadzieję, że tym razem bez poważniejszych konsekwencji?
– Ech!… – prychnął śmiechem. – Nie, nie martw się, nie piję brandy, ani mi to w głowie. I w ogóle nie dzieje się nic złego – zaznaczył, jakby czytając w jej myślach. – Po prostu chciałem chwilę z tobą pogadać… powiedzmy, że na początek służbowo, w ramach kontrolnego telefonu w połowie mojego urlopu. Ale jeśli jesteś bardzo zmachana i chcesz iść spać, to nie będę teraz zajmował ci czasu, przełożymy to na jutro.
– Nie, nie! – zaprotestowała żarliwie, przepełniona ulgą, że jednak nie dzwoni z żadną złą wieścią. – Aż taka zmęczona nie jestem, bez przesady! Zresztą jak tu spać, kiedy szef robi nalot kontrolny? I tak bym nie zasnęła, ze stresu do rana nie zmrużyłabym oka!
Majk znów parsknął śmiechem.
– Okej, Izula. Z tą kontrolą oczywiście żartowałem, ufam ci w stu procentach i co najwyżej mogę zaoferować ci wsparcie doradcze na odległość. Jeśli oczywiście jest taka potrzeba – zaznaczył.
– Nie, nie ma – zapewniła go spokojnie. – W firmie wszystko gra, wiadomo, że zawsze zdarzają się jakieś zawirowania i niespodziewane sytuacje, ale nic, nad czym nie dałoby się zapanować. Jak przyjedziesz, zdam ci szczegółowy raport.
– Zawirowania i niespodziewane sytuacje? – zaniepokoił się Majk. – To znaczy?
– Nic, nad czym bym nie panowała – powtórzyła stanowczo, uznając, że na razie, póki wraz z Pablem i Lodzią byli na urlopie, nie będzie mu wspominać o wizycie Eweliny. – Chociażby nawał klientów. Nikt z nas nie spodziewał się, że w sezonie letnim będzie ich aż tylu. Od paru dni wieczorami dosłownie pękamy w szwach.
– Aha – odetchnął z ulgą. – W tym sensie…
– W czwartek musiałam sprowadzić dwie dodatkowe kelnerki na dorywcze godziny, bo nie dałybyśmy rady – relacjonowała dalej Iza. – A sama pomagam Kamie na barze, bo Wika poszła na urlop, a jedna osoba nie wyrobiłaby się z obsługą, wieczorem robi się naprawdę dziki tłum. Widziałeś kiedyś coś takiego na początku sierpnia?
– Owszem, widziałem – odparł z zastanowieniem. – Może nie co roku i nie zawsze w sierpniu, ale taki kilkudniowy wzrost obłożenia w środku wakacji faktycznie potrafi się zdarzyć. Nie wiem, od czego to zależy… I co, nadal tak jest?
– Nadal. Ja oczywiście nie narzekam, wręcz przeciwnie, przecież większe obroty to większy utarg i korzyść dla wszystkich. Po prostu melduję szefowi, że takie coś wystąpiło w ostatnich dniach i na razie się utrzymuje.
– No to trochę pech, że trafiło akurat na ciebie i twój dyżur – odparł z nutą niezadowolenia w głosie. – A ja sobie wyjechałem jak ostatni frajer… Chociaż z drugiej strony twój chrzest bojowy będzie przez to jeszcze bardziej miarodajny.
– Dokładnie – uśmiechnęła się. – Ja nie lubię łatwych zadań, więc wszystko składa się idealnie. Co to by była za przyjemność, przyjść do pracy i nie mieć nic do zrobienia? Jak jest nawał klientów, to przynajmniej nie ma opcji, żeby się nudzić! Wszystko musi działać w trybie turbo, do tego zawsze trafi się jakaś awantura albo bójka…
– Były bójki? – przerwał jej Majk.
– Aha – potwierdziła beztrosko. – Pewnie, że były. Od twojego wyjazdu Chudy, Tymek i Tomek mieli już kilka poważniejszych interwencji, po jednej nawet delikwenta zabrało pogotowie. Ale to akurat nie z powodu bójki, tylko dlatego, że się czymś najarał.
– No tak – mruknął. – Wezwałaś policję?
– Oczywiście. Znam procedurę, wszystko załatwiliśmy zgodnie z wytycznymi, przyjechał policjant, złożyliśmy z Chudym zeznania i od tamtej pory cisza. Mam nadzieję, że temu chłopakowi nic się nie stało, sprawa rozeszła się po kościach i już się nie odezwą. A nawet gdyby, to i tak nie mamy sobie nic do zarzucenia, nasze chłopaki znają swój fach i prędzej sami pozwolą się pobić, niż komuś zrobią krzywdę. Niczym się nie stresuj, szefie, naprawdę – dodała z powagą. – Czuwam nad firmą, wszystko jest pod kontrolą, papiery ogarniane na bieżąco, stare dokumenty zarchiwizowane, najważniejsze zeskanowane i zapisane w komputerze, wszystkie umowy załatwione… aha, ten Kuźnicki jak na razie sprawdza się, wiesz? Dziewczyny są bardzo zadowolone z jakości mięsa.
– Świetnie – odparł z satysfakcją. – W takim razie przetestujemy go do końca sierpnia i jeśli okaże się w porządku, to podpiszemy z nim dłuższą umowę, może nawet do końca roku.
– Aha, to by było dobre rozwiązanie. Zaoszczędziłoby nam sporo zachodu, jeśli chodzi o organizację i papierologię. Tak czy inaczej, w kwestii stanu firmy wszystko mam pod kontrolą – zapewniła go. – We wtorek pojadę tylko do ZUS-u, dzwoniłam tam w piątek i potwierdzili mi termin i godzinę. Musiałam się upewnić, bo to ty bukowałeś.
– Spokojnie, ZUS możesz odpuścić – odpowiedział Majk. – Zadzwoń tylko i przełóż rezerwację wizyty na następny tydzień, ja już to załatwię.
– Ale po co? – zdziwiła się. – Dla mnie to nie problem, przygotowałam już papiery, mam pełnomocnictwo, więc pojadę i załatwię to we wtorek, jak było umówione. Po co jeszcze ty masz się tym przejmować po powrocie z urlopu?
– Okej… dzięki – po głosie można było poznać, że się uśmiecha. – Skoro to nie problem, to chętnie ci odstąpię tę przyjemność. Ech… żelazna z ciebie dama, mały elfie! – dodał żartobliwie. – Urodzona bizneswoman. Muszę ci pogratulować, ale jeszcze bardziej gratuluję sobie, bo od razu to wyczułem!
– Może nie tak całkiem od razu – sprostowała wesoło Iza. – Na początku nie miałeś do tego podstaw, ewentualnie dopiero potem, jak nabrałam trochę doświadczenia, które zresztą zawdzięczam głównie tobie.
– Jak to nie miałem podstaw? – prychnął Majk. – Jak mówię, że wyczułem od razu, to znaczy, że tak było. Pamiętasz ten wieczór, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz na ulicy?
– Pewnie, że pamiętam – uśmiechnęła się. – Ty, ja i Szczepcio. Nieźle wtedy lało.
– Mhm, lało jak cholera, do tego cały plac na podwórku był zajęty, a Szczepek nie pozwalał mi zaparkować z towarem na chodniku. Ech, stary frajer… a niech go! – zaśmiał się. – Tak chojraczył, że w końcu wtranżolił girę do tego kanału, a ja, naiwny głupek, zamiast olać buca, jeszcze próbowałem mu pomóc. I co? W podzięce zarobiłem tylko laską po plerach, aż mi się styki w mózgu zwarły.
– Ach! – roześmiała się Iza, rozbawiona sformułowaniami, jakich użył do opisu tamtego niezapomnianego wydarzenia.
– Na szczęście zdążyłem oberwać tylko raz, bo od drugiego bata uratował mnie pewien mały nocny elfik – ciągnął wesoło Majk. – Pamiętasz, jaka byłaś stanowcza? Podbiegłaś i wyrwałaś frajerowi laskę z ręki, a ja dzięki temu miałem czas na odzyskanie terenu. To była bardzo twarda reakcja z twojej strony. Wtedy nie zwróciłem na to większej uwagi, byłem zbyt wściekły na Szczepka, ale potem, jak już zaczęłaś u mnie pracować, skojarzyłem tę akcję i pomyślałem, że nie każdy w tamtej sytuacji wykazałby się taką odwagą.
– To nie była odwaga, bardziej impuls – sprostowała skromnie. – A Szczepcio nie protestował, bo jak tylko na mnie spojrzał, zobaczył Hanię i chyba nawet nie zauważył, że zabrałam mu tę laskę.
– Może – zgodził się ciepło. – Ale to i tak nie umniejsza wartości twojego aktu odwagi. Już wtedy pokazałaś, że wbrew pozorom twarda z ciebie sztuka, i potem wiele razy udowadniałaś to ponad wszelką wątpliwość. A ja od samego początku bardzo to doceniałem.
– Miło mi, szefie – uśmiechnęła się Iza. – Tak czy inaczej w firmie wszystko gra, podlałam ci też w domu kwiatki… jak dotąd tylko dwa razy, ale z moich obserwacji wynika, że wystarcza im szklanka wody co trzy dni.
– Tak jest – przyznał z zadowoleniem. – Raz na trzy dni w upale to idealny odstęp, zapomniałem to doprecyzować. Dzięki, Iza.
– Nie ma za co, dla mnie to przyjemność. Te dwa fiołki w kuchni przestawiłam na stół, żeby nie były tak blisko okna. Niby w kuchni słońce tak bardzo nie praży, ale jak jest sucho i upał, to lepiej, żeby stały trochę w cieniu.
– Racja! – przyznał zaskoczony Majk. – A niech to… zapomniałem przestawić ich z parapetu? Miałem taki zamiar, ale pewnie coś mi odwróciło uwagę, już nie pamiętam. Za to ten z salonu na pewno postawiłem na stole – zaznaczył. – To akurat pamiętam doskonale.
– Postawiłeś – przytaknęła Iza. – I dobrze, bo na parapecie od tej strony na bank by się spalił. Nie wiem, co to za kwiat, ma takie trawiaste liście, więc pewnie jest wytrzymały, ale i tak lepiej nie ryzykować.
– Lepiej nie ryzykować – powtórzył zdecydowanym tonem Majk. – Zwłaszcza że na tym kwiatku szczególnie mi zależy.
Iza drgnęła, a serce ścisnęło jej się boleśnie. Na szczęście trwało to tylko chwilę i szybko minęło, jednak przez fakt, że nie podjęła wątku, a Majk chyba na to czekał, w telefonie na kilka długich sekund zapadła cisza.
– Czekam, aż zakwitnie – podjął cichszym głosem, w którym, jak zdało się Izie, zabrzmiała nuta wzruszenia. – Pewnie robię coś nie tak, bo to już trwa i trwa, ale co tam… akurat w czekaniu nie jestem najgorszym zawodnikiem. A może on kwitnie tylko raz do roku, jak kwiat paproci? – zażartował. – Wcale by mnie to nie zdziwiło.
Iza dalej milczała, nie wiedząc, jak podjąć temat, który najchętniej by już skończyła.
– W każdym razie dziękuję ci, Izulka, że mi go podlewasz – kontynuował spokojnie. – Tamte dwa od babci też. To dla mnie bardzo ważne. Hmm… taka słabość do kwiatków to chyba znak, że już się starzeję, co?
Iza, choć wątek kwiatka z salonu był dla niej dziwnie niekomfortowy, uznała, że tym razem już wypada się odezwać.
– Chyba tak – zgodziła się, nadając swojemu głosowi jak najweselszy, żartobliwie kąśliwy ton. – Następnym etapem tego nieodwracalnego procesu będzie hodowla rybek w akwarium, a na koniec jakiś piesek albo kotek kanapowy.
Majk roześmiał się serdecznie.
– Ech, ty!… ładnie to się tak nabijać ze staruszka? Niestety na starość pamięć szwankuje, więc rybki na pewno odpadają – zaznaczył wesoło. – Nie miałbym czasu się nimi zajmować, zapominałbym je nakarmić i w końcu zagłodziłbym je na śmierć. To już prędzej pasowałby ten kot albo pies… w sumie w sam raz jak na starokawalerskie gospodarstwo.
– Mógłbyś też hodować żółwia – zaproponowała w równie wesołym tonie Iza, zadowolona, że zmienili temat. – Łatwiej byłoby ci za nim nadążać!
Roześmiali się oboje i w tym momencie Iza przypomniała sobie, że jest przecież środek nocy, a w domu śpi pan Stanisław. Na szczęście dzielił ich pusty pokój Kacpra, a łóżko gospodarza mieściło się pod jeszcze kolejną ścianą salonu, dzięki czemu odgłos śmiechu mógł nie docierać do miejsca, gdzie spał. Niemniej należało zachować ostrożność.
– Ciii… nie mogę się tak głośno śmiać – powiedziała, zniżając głos. – Jeszcze obudzę pana Stasia…
Urwała, gdyż dokładnie w tym momencie zdało jej się, że stojący w kącie piec kaflowy, który milczał od wielu miesięcy, wydał z siebie cichy odgłos, jakby głuche mruknięcie. Znieruchomiała, odsuwając telefon od ucha, by przekonać się, czy dobrze słyszała. Nie, jednak nic. Cisza.
– Okej, jasne – odparł Majk, również odruchowo ściszając głos. – Wybacz, elfiku, wiem, że nie powinienem dzwonić o takiej zbrodniczej porze…
– Przestań, właśnie super, że dzwonisz. Ale dość już gadania o firmie i o tym, co się dzieje tutaj – dodała zdecydowanym tonem. – Teraz opowiedz mi, co tam u was w Beskidach. Jak mija urlop?
– Świetnie – zapewnił ją z ożywieniem. – Pogodę jak dotąd mamy znakomitą, teraz trochę się chmurzy, ale nie pada, więc jest okej. A ja wreszcie mam czas, żeby pobawić się z Edkiem. Gdybyś ty widziała, co to jest za gagatek! – zaśmiał się. – Potencjał łobuzerski top level, jakbym widział siebie i Pabla z dzieciństwa, w dodatku razem wziętych! Nawiązaliśmy kumpelską komitywę drugiego stopnia i stworzyliśmy zgrany team, zwłaszcza odkąd do małego frajera dotarło, że wujka Majka nie warto skalpować czy nawet targać za włosy, za to o wiele bardziej opłaca się z nim współpracować. Co prawda nasz team z najfajniejszymi aktywnościami musi kryć się przed Lodzią, żeby biedna mama, która i tak już momentami wymięka przez pomysły syna i jego nieogarniętego ojca chrzestnego, nie dostała zawału serca. Ale to tylko drobne utrudnienie, zwłaszcza że mamy z Edkiem swoje dni na wyłączność, a wtedy hulaj dusza!
– W jakim sensie na wyłączność? – zainteresowała się Iza, słuchająca tej relacji z uśmiechem na ustach.
– W takim, że podzieliliśmy się obowiązkami tak, żeby każdy mógł odpocząć i skorzystać z uroków gór – wyjaśnił jej Majk. – Edek dopiero za parę dni będzie kończył rok, więc wiadomo, że z takim szczylem nie chodzi się na forsowne wycieczki, co najwyżej na krótkie trasy w odpowiednim osprzętowaniu. Dlatego umówiliśmy się, że co drugi dzień ja zostaję z nim na kwaterze i rządzimy tam we dwóch, a Pablo bierze samochód i zabiera Lodzię na całodzienny wypad w dalsze góry. On jest maniakiem gór, zwłaszcza tych najdzikszych, i chce jej jak najwięcej pokazać, poza tym mają jakieś tam swoje zwyczaje, sekrety… więc ja chętnie biorę na siebie opiekę nad Edwardem, a oni mają wtedy wolną rękę.
– Rozumiem – pokiwała głową.
– Cieszy mnie to podwójnie, bo kiedy wracają z Pablem po takim wypadzie, widzę, że Lodzia jest jak nowo narodzona – ciągnął wesoło. – Niby zmachana, z bolącymi nogami, ale taka szczęśliwa, że aż świeci od środka. A u niej to widać szczególnie.
– To prawda – szepnęła Iza, przypominając sobie blask błękitnych oczu Lodzi.
– Widać, że oboje potrzebują takiego oddechu, a ja cieszę się, że mogę im pomóc, tym bardziej że zabawa z Edkiem to dla mnie sama przyjemność. Ogólnie są super rodziną… uwielbiam na nich patrzeć, zwłaszcza wychwytywać takie mikro-drobiazgi, które pokazują, jak dobrze im razem i jak do siebie pasują. Cieszy mnie to cholernie, głównie ze względu na Pabla – dodał ciepło. – Jak by na to nie spojrzeć, frajer jest moim najlepszym kumplem, od wczesnego dzieciństwa znamy się jak łyse konie i dla mnie to jest taka niesamowita satysfakcja widzieć, że jest szczęśliwy. Ta mała gwiazdeczka okazała się dla niego prawdziwą gwiazdką z nieba.
– O tak – uśmiechnęła się Iza. – Lodzia bardzo go kocha, to widać gołym okiem i przy każdej okazji. A do tego świetnie daje sobie radę jako pani domu.
– „Świetnie” to mało powiedziane. Ma niezwykłą intuicję, czyta frajerowi w myślach, zawsze wie, czego mu potrzeba, a do tego twardą ręką trzyma gospodarstwo i ogarnia Edka. Gadaliśmy o tym ostatnio… znaczy ja i Pablo. Lodzia usypiała młodego, a my wzięliśmy sobie zgrzewkę piwa i poszliśmy w teren. Siedliśmy sobie w trawie… tak samo jak my wtedy, na końcu świata, pamiętasz? – zniżył nagle głos.
– Pamiętam – szepnęła ze wzruszeniem.
– No. Świecił praktycznie taki sam księżyc jak wtedy, aż miałem déjà vu… z tą różnicą, że komary cięły jak diabli! – prychnął śmiechem. – Ale tylko do pewnego momentu, potem nawet one poszły spać, a my z frajerem gadaliśmy prawie do rana. W końcu mieliśmy czas porozmawiać jak ludzie… a raczej jak starzy kumple. Tak szczerze, otwarcie i na wszystkie możliwe tematy.
– A przy tym poszła cała zgrzewka piwa? – domyśliła się wesoło Iza.
– Oczywiście! – zaśmiał się. – Co to jest zgrzewka sześciu piw na dwóch, w dodatku na łonie natury? Tyle co nic. Więc pogadaliśmy trochę o życiu, o robocie, a potem, jak zwykle, zeszło na kobiety… znaczy na Lodzię – poprawił się szybko. – Ja też podkreślałem to co ty przed chwilą, czyli że mała rewelacyjnie radzi sobie jako pani domu, a ma przecież dopiero dwadzieścia jeden lat. Tutaj na pewno dużą rolę odegrało jej wychowanie, w domu rodzinnym od małego szkolono ją w prowadzeniu gospodarstwa, ale to nie zmienia faktu, że wzięła na siebie ogromne obowiązki i wywiązuje się z nich modelowo. Pablo jest jej za to cholernie wdzięczny, ma świadomość, że wkopał ją we wczesne małżeństwo i macierzyństwo, a przez to skrócił jej lata studenckiej wolności, które w sumie każdemu by się należały. Wie, że to była trochę egoistyczna zagrywka z jego strony… oczywiście ani trochę tego nie żałuje, wręcz przeciwnie, ale jednak ciągle główkuje, jak zrekompensować jej to wczesne uwiązanie przy dzieciaku i ogólnie to, że tak szybko zwalił jej na głowę tyle obowiązków.
– E tam – pokręciła głową Iza, wspominając różne sceny z przeszłości i rozmowy z Lodzią. – Niepotrzebne kompleksy. Dla niej rekompensatą za wszystko jest on sam… jego obecność przy niej, to, że ją kocha… no i Edzio.
– Dokładnie to mu powiedziałem – przyznał Majk. – On zresztą o tym wie i jest tak wariacko szczęśliwy, że, jak mówi, aż sam się tego boi. Edka nie zamieniłby na żadne skarby świata, oszalał na jego punkcie i tu zresztą wcale mu się nie dziwię. W każdym razie fajnie nam się gadało i w sumie nawet dla tej jednej rozmowy we dwóch, w trawie, z księżycem nad górami i z puszką piwa w ręce, warto tu było przyjechać. Obaj poczuliśmy się jak kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze nie mieliśmy przed sobą tajemnic. To było takie super uczucie… No, ale o czym ja ci truję? – zreflektował się. – Zadałaś mi jedno proste pytanie, a ja rozgadałem się jak katarynka i bredzę, co mi ślina na język przyniesie.
– I dobrze, tak ma być – zapewniła go. – Uwielbiam cię słuchać, tak fajnie o tym wszystkim opowiadasz! Bardzo się cieszę, że jesteś zadowolony z wyjazdu, mam nadzieję, że odpoczniesz pomimo zarwanych nocy. Ale czekaj, nie dokończyłeś… Co drugi dzień zajmujesz się Edziem, a Lodzia i Pablo idą wtedy w góry. A w te pozostałe dni?
– W pozostałe robimy na odwrót. Oni zostają z Edkiem, jadą sobie z nim na zakupy albo na pamiątki, ewentualnie siedzą na kwaterze i leczą zakwasy po wycieczce, a ja wtedy jestem wolny i mogę łazić, gdzie chcę.
– I łazisz?
– Oczywiście! Przecież nie po to przyjechałem w góry, żeby cały urlop przesiedzieć na tyłku!
– No tak! – zaśmiała się. – Wybacz głupie pytanie, szefie. Ja też gadam, co mi na myśl przyjdzie, zanim…
Znów urwała, zerkając na piec kaflowy, albowiem dobiegł stamtąd kolejny głuchy hałas, a zaraz po nim cichy jęk, który zabrzmiał jak świst wiatru. Zerwała się z łóżka z telefonem w dłoni. Kolejny świst – długi, przeciągły, jeszcze bardziej jękliwy…
– Iza? – zaniepokoił się Majk, którego przytłumiony głos w odjętej od ucha słuchawce dobiegał jak zza muru. – Jesteś tam?… Halo? Coś się stało?
Iza szybko podniosła rękę z aparatem i na powrót przytknęła go do ucha.
– Nie… nie wiem – odparła niepewnie. – Poczekaj chwilkę, okej? Muszę coś sprawdzić.
– Jasne – szepnął.
Ostrożnie odłożyła na biurko telefon z nieprzerwanym połączeniem i na palcach, z bijącym sercem podeszła bliżej pieca. Choć niepokój ściskał ją za gardło, czuła, że musi sprawdzić ten dźwięk, przekonać się, czy na pewno był realny i nie pochodził z wyobraźni, która akurat teraz, po ponad roku ciszy, z niewiadomych przyczyn płatałaby jej figle. Świst, choć tym razem dwa razy cichszy, powtórzył się – nie, na pewno jej się nie zdawało! Zimny dreszcz przebiegł jej po karku, a potem po plecach, wzdłuż całego kręgosłupa. Nie cofnęła się jednak, lecz odważnie postąpiła kolejny krok do przodu.
– Pani Ziuto? – szepnęła. – To pani?
Odpowiedziała jej cisza.
– Chyba nie chce mnie pani nastraszyć, prawda? – szeptała dalej. – Czy pani znowu czegoś potrzebuje? Rok temu mówiła mi pani, że już jest dobrze… ale może jednak nie?
Cisza.
– Bo jeśli jakoś mogę pani pomóc, to nie ma sprawy, tylko muszę wiedzieć jak – kontynuowała ledwie dosłyszalnym szeptem, z rodzącą się w głowie niewyraźną myślą, że gdyby ktoś zobaczył ją teraz, jak przemawia do pieca kaflowego, prawdopodobnie z miejsca odesłałby ją do wariatkowa. – Proszę dać mi jakiś znak, przez kogokolwiek… odczytam go jakoś, a przynajmniej się postaram.
Nadal głucha cisza.
– Aha… a tak przy okazji – ciągnęła niepewnie. – Skoro pani już tu jest, to chciałabym bardzo pani podziękować za pomoc w sprawie Pepusia. I za te wszystkie wskazówki dla mnie. O mgle, o dobrej drodze… Może tego nie widać, ale ja jestem za nie naprawdę bardzo wdzięczna, chociaż tak do końca ich nie rozumiem. Pani Ziuto? Niech się pani odezwie… Jest pani tu jeszcze? Pani Ziuto?
Piec kaflowy stał nieruchomo w najgłębszej ciszy, tak głębokiej, że poprzednie dźwięki teraz wydawały się niemożliwe. A może to jednak była tylko wyobraźnia? Iza odczekała jeszcze kilkanaście sekund i nie usłyszawszy już nic więcej, wróciła na łóżko, po drodze zgarniając z biurka telefon.
– Już jestem – rzuciła ze zmieszaniem do słuchawki.
– Co się stało, Izula? – zapytał zaniepokojony Majk.
– Nie wiem… chyba nic takiego – odparła skonfundowana. – Jestem u siebie na stancji, w pokoju, w który jest ten piec kaflowy… ten, o którym ci opowiadałam… no wiesz.
– No wiem – odparł bez wahania. – Miejsce manifestacji naszej cyganki, tak?
Jego głos brzmiał tak naturalnie, jakby rozmawiali o pogodzie. Iza odetchnęła z ulgą.
– Dokładnie. I właśnie miałam wrażenie, że się odezwała.
– W piecu?
– Aha. Wprawdzie nie jestem tego na sto procent pewna – zaznaczyła. – To był tylko taki świst, jakby wiatr. Fakt, że dzisiaj w nocy trochę wieje, ale przecież nieraz już wiało, pogoda bywała o wiele gorsza niż teraz, a z piecem przez ostatni rok nic się nie działo, ani razu nie słyszałam żadnych hałasów. A teraz… nie wiem, po prostu czułam, że to była ona. Tylko, jeśli tak, to dlaczego daje mi o sobie znać akurat w ten sposób? Hałasy w piecu były dobre na początek… ale teraz?
– Może z jakiegoś powodu chciała o sobie przypomnieć? – zastanowił się Majk.
– Może – pokiwała głową w zamyśleniu. – Niewykluczone, że znowu potrzebuje modlitwy. Chociaż to mi się wydaje mało prawdopodobne, bo rok temu podziękowała mi i powiedziała, że już jest dobrze, a po tamtej stronie to się chyba nie zmienia… sama nie wiem… Tak czy inaczej pójdę jutro do Świętego Pawła i zamówię za nią mszę – dodała stanowczo. – Pomoże czy nie pomoże, na pewno nie zaszkodzi. A zawsze lepiej przesadzić, niż czegoś nie dopilnować.
– Racja – zgodził się.
– A z drugiej strony ona mi wtedy obiecała, że już nie będzie mnie niepokoić – ciągnęła z zastanowieniem Iza. – I nie dotrzymała słowa, bo ciągle nawiedza moich znajomych, a ja sama też przecież widziałam ją w kościele w Korytkowie. Nie rozmawiałyśmy, ale jednak mi się ukazała… a teraz ten piec… O co jej może chodzić?
– Nawiedza twoich znajomych? – podchwycił czujnie. – Kogo jeszcze oprócz mnie?
– Pomijając pana Stasia, do którego znowu przyszła we śnie… no, ale to w końcu jej mąż, więc nic dziwnego… to kolejny raz trafiła na nią pani Jadzia. Wprawdzie nie widziała jej, ale słyszała, jak chodziła po mieszkaniu na Bernardyńskiej. A tuż przed moim wyjazdem z Korytkowa ukazała się Misiowi.
– Hmm – mruknął Majk.
– I co ciekawe, on był wtedy nie w Korytkowie, tylko w jakimś motelu pod Warszawą. Zatrzymał się tam z ojcem w drodze powrotnej, bo cały dzień załatwiali różne sprawy i jego ojciec, który jest sercowcem, źle się poczuł – tłumaczyła. – Więc Misio wynajął pokój w pierwszym lepszym motelu przy drodze, żeby ojciec mógł odpocząć, i kiedy akurat rozmawiałam z nim przez telefon, na korytarzu tego motelu zobaczył panią Ziutę… Niezły numer, co?
– Hmm… no tak – przyznał bez przekonania. – Ale czy miał pewność, że to była ona?
– Tak, miał – zapewniła go z entuzjazmem. – A jeśli nawet on nie miał, to ja ją mam, i to na sto procent. Pamiętasz, jak zapytałeś mnie o to, czy ona ukazuje się też Misiowi? To mnie wtedy tak uderzyło, że przy jakiejś okazji zagadnęłam go o to, opisałam mu ją i wprost postawiłam pytanie, czy ją zna. Najpierw z rozpędu powiedział, że nie, zresztą chyba wtedy nawet się nad tym nie zastanowił, bo był jakiś taki… wkurzony, do tej pory nie mam pojęcia o co. Ale potem przemyślał to i przypomniał sobie, że taka osoba faktycznie zatrzymała go kiedyś na ulicy w Lublinie i nie pozwalała przejść. Z opisu jej zachowania od razu wynikało, że to pani Ziuta, nie mam co do tego ani cienia wątpliwości.
– Okej – szepnął Majk.
– A teraz rozpoznał ją w tym motelu – ciągnęła Iza. – On na nią mówi „Indianka”, nie „cyganka”, ale wiadomo, że to nie ma znaczenia, a opis nie zostawia żadnych wątpliwości. Miała na sobie tę swoją kolorową chustę z frędzelkami… Przeszła obok Misia, popatrzyła na niego… nawet opisał jej oczy, jak to ujął, „czarne jak u diabła”… i nic nie powiedziała, tylko zeszła na dół schodami, a kiedy on pobiegł za nią, to już nigdzie jej nie znalazł. Zinterpretował to jako omam wzrokowy ze zmęczenia, wiesz? – zaśmiała się. – Aż mu wstyd było, bał się, że wezmę go za wariata. Ale ja jestem od tego daleka… Co prawda nie mówiłam mu, kto to jest i dlaczego tak dziwnie znikła, bo wtedy uznałby, że to ja zwariowałam, ale dla mnie ta informacja już sama w sobie jest wystarczająca.
Po drugiej stronie linii panowała cisza.
– A jeśli chodzi o panią Jadzię, to słyszała takie samo chodzenie w mieszkaniu Szczepcia jak wtedy – mówiła dalej Iza. – Ona też myśli, że to jej się tylko wydawało, ale ja wiem, że nie. Nie chcę jej straszyć, więc udaję, że to mnie ani trochę nie dziwi, i daję do zrozumienia, że pani Ziuta to moja znajoma, której udostępniam klucze. Tak czy inaczej ona ciągle krąży w moim otoczeniu i nie daje o sobie zapomnieć. Zresztą ty też ostatnio mówiłeś, że znowu ci się śniła, kiedy byłam w Korytkowie… prawda? – przypomniała sobie.
– Mhm – odparł zdawkowo Majk.
– Ale mówiła coś w tym śnie? Czy tylko patrzyła?… Oczywiście jeśli chcesz o tym mówić – zastrzegła, w jego milczeniu wyczuwając instynktownie lekki opór. – To są w końcu bardzo osobiste sprawy, nie chcę, żebyś pomyślał, że na ciebie naciskam. Po prostu to mnie ciekawi, bo chciałabym w końcu zrozumieć rolę pani Ziuty w moim życiu… ale oczywiście nie za wszelką cenę. Bez wkraczania na czyjeś osobiste terytorium.
– Nie, Izula – odparł spokojnie. – Nie mów tak. W moich sprawach, poza jednym jedynym wyjątkiem, którego natury niestety nie mogę ci wyjaśnić, nie ma nic na tyle osobistego, żebym miał to przed tobą kryć. Powiedziałem ci o sobie więcej niż komukolwiek innemu. Znasz mnie na wylot mocą bratniej księżycowej duszy.
– Tak – szepnęła wzruszona. – Tak jak ty mnie.
– Akurat Ziuta to ciężki temat, dlatego z nikim oprócz ciebie go nie poruszam – ciągnął. – Nie mówiłem o tym nawet Pablowi. Co prawda on może nie wziąłby mnie za świra, bo sam też miewał różne metafizyczne przygody, ale jednak, kiedy z nim gadam, nie umiem tego z siebie wydusić. W ogóle nie potrafię wejść na taki poziom… z nikim. Tylko z tobą mogę o tym rozmawiać tak normalnie i swobodnie.
– A ja z tobą – zapewniła go skwapliwie.
– Dlatego, jeśli chcesz, mogę ci opowiedzieć o tym śnie. Nawet jeśli Ziuta stoi teraz za tobą i podsłuchuje, o czym gadamy – zażartował.
Iza wzdrygnęła się i mimo woli obejrzała się za siebie.
– Przestań! – rzuciła z wyrzutem. – Nie strasz mnie, wariacie!
– Wybacz! – prychnął śmiechem Majk. – Czasem takie głupoty przychodzą mi do głowy, nie mogłem się powstrzymać. Ale nie ważyłbym się tak żartować, gdybym nie wiedział, że ty i tak niczego się nie boisz. A na pewno nie duchów, co?
– Nie boję się – zgodziła się, w istocie od razu uspokojona tą myślą. – Owszem, to nie jest komfortowe i czasem w takiej sytuacji zimny dreszcz przejdzie mi po karku… tak jak teraz, kiedy ty sobie żartujesz, a ja siedzę sama w ciemnościach z tym piecem za plecami… ale ja wiem, że ani pani Ziuta, ani nikt inny z tamtej strony nie zrobi mi nic złego. A swoją drogą to uważaj, bo dla niej przestrzeń nie jest problemem i może właśnie stoi za tobą! – odgryzła się żartem. – U mnie w piecu cisza, więc pewnie teraz przeniosła się do ciebie!
– Łaaaa! – zawołał Majk z udawanym przestrachem. – Okrutny elfie, natychmiast cofnij te słowa! Chcesz, żebym dostał zawału?!
Roześmiali się oboje.
– Mam nadzieję, że Ziuta nie ma nam za złe tych wygłupów – podjął Majk. – Zwłaszcza że w tym śnie, w którym przyszła do mnie niedawno, rozmawialiśmy częściowo właśnie w takim żartobliwym tonie. To było niesamowite i jednocześnie absurdalne, bo wybrała taki głupi temat do rozmowy, że do tej pory nie mogę w to uwierzyć.
– Czyli?
– Gadaliśmy o starych dokumentach z czasów, kiedy zakładałem firmę. A dokładniej o umowie za pierwsze lata dzierżawy i takich tam mniej potrzebnych papierach sprzed dziesięciu lat.
– Serio? – zdumiała się Iza. – Rozmawiała z tobą o czymś takim?
– Aha. I w dodatku to była bardzo wesoła rozmowa, pamiętam, że tryskałem w tym śnie świetnym humorem i sypałem żartami jak z rękawa, a Ziuta odpowiadała mi w podobnym tonie. Głównym motywem było to, że, jak twierdziła, frajer ze mnie i fajtłapa, który nie umie nawet porządnie poprowadzić firmy, a jako przykład podała właśnie te papiery.
– Ach! – parsknęła śmiechem Iza. – Zarzuciła ci, że nie znasz się na prowadzeniu firmy? Ty?
– No tak – potwierdził wesoło. – Tyle że mnie to w tym śnie wcale nie bulwersowało, a tylko bawiło. I nawet częściowo przyznawałem jej rację.
– Ale o co chodziło z tymi papierami? Coś z nimi było nie tak?
– Z samymi papierami nie, tylko z tym, co z nimi zrobiłem – wyjaśnił jej Majk. – A raczej z tym, czego nie zrobiłem. Bo faktycznie nigdy nie zarchiwizowałem ich jak należy, nie uporządkowałem, nie schowałem do klasera, a tylko walnąłem w jakiejś teczce na dno szafy w gabinecie. Pewnie dalej gdzieś tam są, nawet nie sprawdzałem, już ładnych parę lat nie zaglądałem na te najniższe półki. I tak prawdę mówiąc, to zupełnie zapomniałem o istnieniu tych papierów, dopiero Ziuta mi o nich przypomniała. Nie wiem, może tak działa podświadomość? W każdym razie ciekawa akcja, nie?
– Ciekawa – przyznała Iza. – Ale nie lekceważ tego, Majk. Kto wie, co ona chciała ci przez to powiedzieć? Może to znak, że trzeba będzie mimo wszystko zajrzeć do szafy i zarchiwizować te dokumenty? Do czegoś mogą się przydać.
– Też tak pomyślałem – zgodził się bez wahania. – Dlatego jak tylko wrócę z urlopu, mam plan wygrzebać wszystko z tych dwóch ostatnich półek i sprawdzić, co tam jest. Nie sprzątałem w tej szafie od wieków, nigdy mi się nie chciało, ale teraz chyba trzeba będzie. Co niepotrzebne, to się wyrzuci, potrzebne rzeczy się zostawi, a do tego zyskamy trochę dodatkowego miejsca w szafie, więc jakaś tam korzyść i tak z tego będzie. Nie mam zamiaru dyskutować z cyganką, z zaświatami wolę nie zadzierać – dodał wesoło. – Zresztą może to miał być tylko taki chytry sposób na zmuszenie mnie do porządków w gabinecie?
– Może – uśmiechnęła się Iza, zerkając z rozbawieniem na piec kaflowy, teraz już całkowicie spokojna i zrelaksowana. – Po pani Ziucie wszystkiego można się spodziewać. I trzeba przyznać, że niezła z niej figlarka.
– Tak, chociaż to była tylko jedna część naszej rozmowy – zaznaczył Majk. – Druga była już poważna i jak zwykle bardziej zagmatwana. Dotyczyła między innymi tamtej twojej prośby o modlitwę za chrześniaka i mojej reakcji na nią.
– Ach! – szepnęła. – Naprawdę?
– Tak. I wyobraź sobie, że tym razem Ziuta mnie pochwaliła! – zaśmiał się. – W końcu to ona, kiedy spotkałem ją na chodniku pod blokiem, powiedziała mi, że potrzebujesz pomocy i odesłała mnie do ciebie po wskazówki. A we śnie chyba przyszła rozliczyć mnie z wykonania misji. Powiedziała mi też kilka innych rzeczy, które tylko czas może zweryfikować, ale które bardzo podtrzymały mnie na duchu. O nich jednak wolałbym na razie nie mówić.
– Jasne – odparła szybko.
– A z kolei z tym drugim facetem gadałem we śnie o samochodach.
– Z twoim aniołem stróżem? – uśmiechnęła się.
– Aha. Skoro tak go nazywasz… Ostatnio śni mi się dosyć często i coraz bardziej zachodzę w głowę, kto to, do cholery, może być, bo ewidentnie z kimś mi się kojarzy, a nie mogę załapać z kim. Nie masz pojęcia, jakie to jest wnerwiające! Ale sam facet ogólnie jest spoko – zaznaczył. – Czuję w tych snach, że równy z niego gość, i za każdym razem mam wrażenie, że zawiązujemy coraz większą sztamę.
– Fakt! – parsknęła śmiechem Iza. – Skoro gadacie już nawet o motoryzacji!
– Właściwie to nie tyle o motoryzacji, co o technice prowadzenia samochodu – sprostował Majk. – Zwłaszcza w kontekście unikania wypadków komunikacyjnych.
– Aha… to też ciekawe.
– Podejrzewam, że to moja psycha wypluwa we śnie takie obrazy – podjął w zamyśleniu. – Po pierwsze wiadomość o tym waszym wypadku w Korytkowie naprawdę mocno wryła mi się w mózg, a po drugie, jak wiesz, mam ten dawny uraz z podróży z babcią, kiedy omal nie zmiótł nas tir. Zresztą zawsze, kiedy przejeżdżam w okolicach tamtego miejsca, czuję się nieswojo, a ponieważ sen, przynajmniej częściowo, jest projekcją tego, co obciąża naszą podświadomość, to pewnie dlatego pojawił się właśnie taki wątek rozmowy. W sumie o wiele łatwiej wytłumaczalny niż te dokumenty w szafie.
– No tak, prawda – pokiwała głową, przypominając sobie sen o Krawczyku, w który wplótł się proroczy, jak się później okazało, wątek wypadku Agnieszki. – Nad podświadomością nie da się panować, ale te senne obrazy nie biorą się przecież tak zupełnie znikąd. I co powiedział ci twój anioł stróż? – zagadnęła wesoło. – Dał ci przynajmniej jakieś sensowne rady i wskazówki?
– Rozmawialiśmy o prędkości na zakrętach. O niedostosowaniu jej do warunków pogodowych, o sile odśrodkowej i czasie, jaki kierowca ma na reakcję w krytycznej sytuacji. W sumie gadał bardzo sensownie, we śnie całkowicie się z nim zgadzałem i zresztą nadal się zgadzam. Powiedział, że czasem jedna albo dwie sekundy mogą zaważyć na biegu zdarzeń i jeśli ich zabraknie, to ceną może być życie. Cóż… sam na własnej skórze tego doświadczyłem, więc wiem, co miał na myśli.
Iza zadrżała na smutne wspomnienie z dzieciństwa, które na te słowa wróciło do niej nagle jak czarna zmora z przeszłości.
– Tak – odpowiedziała cicho. – Tobie na szczęście nic się wtedy nie stało, twojej babci też… ale na przykład mój tata rzeczywiście zginął w takim wypadku.
– Cholera – zmieszał się Majk. – Faktycznie… Wybacz mi, Izulka. Przepraszam, że gadam ci o takich rzeczach, straszny ze mnie dureń.
– Nie, wcale nie! – podjęła szybko. – Mówiłam ci już kiedyś, że nie mam problemu, żeby o tym rozmawiać. Po prostu tak mi się skojarzyło, kiedy powiedziałeś o tych brakujących sekundach. Nie znam okoliczności śmierci taty, mama nigdy nie chciała tego drążyć, ale być może u niego to była właśnie kwestia kilku takich sekund. Chodzi mi o to, że twój anioł stróż na pewno wie, co mówi.
– Też tak myślę – zgodził się. – Jeśli oczywiście to jest naprawdę mój anioł stróż, a nie tylko wytwór mojej sennej wyobraźni.
– Ja wolę myśleć, że to anioł – uśmiechnęła się Iza. – To mi się narzuca, zwłaszcza kiedy rozmawiamy na takie metafizyczne tematy. Ale i tak, kto by to nie był, widzę, że nawiązaliście niezłą nić porozumienia! W następnym śnie pewnie razem pójdziecie na piwo. Albo nawet na wódkę, żeby wypić oficjalny bruderszaft!
– A… czemu nie? – zaśmiał się Majk. – Nie miałbym nic przeciwko temu. Chętnie poznałbym jego personalia, o ile oczywiście je ma, chciałbym dowiedzieć się przynajmniej, jak ma na imię i czy kiedykolwiek spotkaliśmy się w realu. Ziutę i jej historię znam dzięki tobie, a on… mój anioł stróż… w sumie podoba mi się to określenie, wiesz?… on nadal jest dla mnie jedną wielką zagadką. Ale nie tracę nadziei, że kiedyś ją rozwiążę – podkreślił. – Podobnie zresztą jak kilka innych, które męczą mnie od lat.
– No tak – pokiwała głową. – Każdy takie ma.
– Otóż to. Całe życie składa się z zagadek i niewiadomych, a jego urok polega na szukaniu dla nich rozwiązań. Każdy nowy dzień, choćby nie wiem jak dokładnie był zaplanowany, jest jedną wielką zagadką i nigdy do końca nie można przewidzieć, co się w nim wydarzy.
– Racja – szepnęła.
– Na przykład nasza dzisiejsza rozmowa. Kto by się spodziewał, że przerwie nam ją Ziuta i że w związku z tym zejdziemy na takie zwariowane tematy? Co prawda, biorąc pod uwagę te wszystkie niesamowitości, jakie nam się przytrafiają, takie lajtowe akcje jak ta dzisiejsza z piecem już mnie nawet jakoś szczególnie nie dziwią. Ale to nie zmienia faktu, że są niezwykłe. Tak jak mówiłem, to jest możliwe tylko z tobą… z moją księżycową terapeutką, która rozumie mnie sto razy lepiej niż cała reszta ludzkości. A ja co jakiś czas potrzebuję takich osobisto-metafizycznych rozmów jak tlenu.
– I to dlatego postanowiłeś dzisiaj zadzwonić? – zapytała z uśmiechem.
– Nie – zaprzeczył spokojnie. – Akurat dzisiaj nie miałem w planach ani metafizy, ani terapii, ani nic takiego. Po prostu chciałem z tobą pogadać, tak spontanicznie i bez konkretnego pomysłu na rozmowę. Chciałem cię usłyszeć… tylko tyle.
– Bardzo się cieszę, że zadzwoniłeś – odparła ciepło Iza. – A jeszcze bardziej cieszę się z tego, że do twojego powrotu zostało już tylko kilka dni. Może to nieelegancko z mojej strony, bo powinnam życzyć ci jak najdłuższego odpoczynku na urlopie – zreflektowała się. – Ale jednak knajpa bez szefa to nie to samo, mimo że organizacyjnie radzimy sobie bez problemu. Chyba wszyscy podświadomie to zauważają, zwłaszcza stara kadra i stali klienci. Nie masz pojęcia, ile osób już o ciebie pytało! Firma bez ciebie nie ma ani duszy, ani charakteru – dodała ciszej. – Dlatego super, że wracasz już w sobotę.
– Hmm… właśnie miałem o tym mówić – odparł niepewnie Majk, jakby lekko zmieszany. – To jest chyba jedyna konkretna rzecz, którą de facto planowałem z tobą poruszyć, oczywiście oprócz sprawdzenia, czy wszystko u was okej. No i teraz zabiłaś mi klina…
– To znaczy? – zdziwiła się.
– Chodzi o tę sobotę – wyjaśnił jej rzeczowo. – Sprawa wygląda tak. Pablo i Lodzia wracają do Lublina w piątek wieczorem, ja jeszcze w czwartek będę im potrzebny, bo obiecałem zająć się Edkiem, więc zostaję do końca ich pobytu i wyjeżdżam z kwatery razem z nimi. Tyle że, jak wiesz, zanim wrócę do domu, muszę skręcić jeszcze pod Rzeszów po babcię. Będę u rodziców wczesnym wieczorem i w sumie miałbym jeszcze czas, żeby koło północy zjechać do Lublina, ale musiałbym wpaść tylko na chwilę po babcię i od razu ruszać w trasę. To mi się trochę nie zgrywa, zwłaszcza jeśli chodzi o babcię. Mówiąc wprost, nie byłbym człowiekiem tylko gburem bez serca i manier, gdybym miał ciągnąć starowinkę w nocną podróż, nie mówiąc już, że na ładowanie jej klamotów też będzie mi potrzeba trochę czasu. Co prawda ojciec na pewno mi w tym pomoże, ale jednak wolałbym nie cisnąć do oporu i wyjechać z babcią do Lublina dopiero w sobotę.
– Rozumiem – odpowiedziała Iza, w lot domyślając się, o co mu chodziło. – Masz rację, zwłaszcza że w trasę lepiej ruszać wyspanym i za dnia. A to znaczy, że trudno ci będzie wyrobić się, żeby w sobotę wieczorem jeszcze zajrzeć do firmy. Podróż trochę potrwa… zanim odwieziesz babcię, rozpakujesz samochód… poza tym będziesz zmęczony po takiej trasie… no jasne! Nie ma sprawy, Majk – uśmiechnęła się. – Poradzimy sobie bez szefa przez jeden dzień dłużej, zwłaszcza że w sobotę jest święto, więc raczej dużo klientów nie będzie. Ja zresztą zdecydowanie wolę, żebyś wrócił dopiero w niedzielę, ale za to wyspany, w formie i w dobrym humorze.
– Dziękuję ci, elfiku – odparł z powagą Majk. – Dług wdzięczności, jaki niniejszym zaciągam wobec ciebie, czyni ze mnie bankruta. Przysięgam na mój nędzny łeb, że odpracuję to podwójnie, ale na tej sobocie naprawdę mi zależy. Zmęczenie i nocna podróż z babcią to jedno, ale drugie jest równie ważne. Chodzi o wizytę u rodziców. Widzisz, odświeżyłem trochę kontakt z nimi, jakoś tak fajnie nam się gadało ostatnim razem… No i mama zaprasza, żebym pobył u nich jeszcze chociaż kilka godzin, a ja nie mam serca jej odmówić.
– Aha – pokiwała skwapliwie głową Iza, natychmiast przypominając sobie, co na temat jego relacji z rodzicami mówiła pani Lewicka. – Słusznie, Majk. Takiego zaproszenia nie wolno odrzucić. Twojej mamie byłoby przykro, gdybyś wpadł do nich tylko jak po ogień, zabrał babcię i odjechał. To zresztą nawet nie wypada.
– Też tak uważam – zgodził się. – I tak słabo wypadam w relacjach z nimi, zwłaszcza jako jedynak. Szczerze mówiąc, to mi już od dawna po cichu piłuje sumienie, czuję się jak syn marnotrawny. Myślę, że nawet mój ojciec, chociaż nic nie mówi, chciałby zatrzymać mnie przynajmniej na kolację i śniadanie, mama z kolei upiera się przy wspólnym obiedzie, a ja… skoro mam twoje słowo i nie muszę śpieszyć się do firmy, to chyba nie będę oponował. Cholernie rzadko ich widuję, bo po pierwsze odległość, a po drugie w ostatnich latach mieliśmy trochę na pieńku, zwłaszcza ze staruszkiem. Teraz to się trochę zmieniło, nie do końca, ale powiedziałbym, że… dość zauważalnie… dlatego zależy mi, żeby zostać z nimi na ten jeden piątkowy wieczór i pół soboty.
– Oczywiście, Michasiu – odpowiedziała łagodnie, w głębi serca ucieszona myślą o tym, jaką radością dla rodziców Majka będzie ta krótka wizyta niesfornego jedynaka. – Nie ma rzeczy ważniejszych niż odbudowa zachwianych relacji, twoi rodzice na pewno będą zachwyceni. A słuchaj… może zostałbyś z nimi nawet jeszcze dłużej, aż do niedzieli? – zaproponowała spontanicznie. – Dla mnie nie ma problemu, jeśli chodzi o firmę, przecież…
– Nie, do niedzieli to nie – zaprzeczył stanowczo. – Za długo też nie mogę tam siedzieć, bo znowu zejdziemy na śliskie tematy, zetniemy się niepotrzebnie i wszystko się zwali… wiesz, jak to jest. W takich sprawach trzeba zachować równowagę, a w tym przypadku ona jest bardzo delikatna. Dopóki nie mogę zadowolić ich aspiracji i stać się takim synem, jakiego chcieliby mieć… a niestety nie mogę… musimy wyciągnąć maksa z tak zwanej dyplomacji. Wszyscy troje, mama, ojciec i ja. Babcia zresztą też, ale to inna historia… Tak czy inaczej wracam do Lublina w sobotę w nocy – podsumował zdecydowanym tonem. – A w niedzielę melduję się na posterunku.
– Tak jest, szefie – odparła posłusznie Iza. – Będzie tak, jak ty zadecydujesz.
– Dziękuję ci, elfiku. Jestem ci naprawdę niesamowicie wdzięczny. Obiecuję, że po powrocie odbębnię wszystko, co nagiąłem, a tobie dam tyle wolnego, ile tylko sobie zażyczysz.
– Hmm… skoro o tym mowa, to dobrze się składa – podchwyciła z namysłem. – Owszem, zażyczę sobie dwa wolne dni, a najlepiej trzy. Chodzi o weekend za dwa tygodnie, od piątku dwudziestego pierwszego do niedzieli dwudziestego trzeciego sierpnia. Mam wtedy chrzest mojej siostrzenicy, więc muszę być w Korytkowie, zwłaszcza że będę jej mamą chrzestną.
– Ach… jasne! – odpowiedział szybko Majk. – Nie ma sprawy, Izula.
– Tyle że nie planowałam wtedy wolnego sensu stricte – zaznaczyła. – Chciałam raczej dogadać się z dziewczynami na parę zmian w grafiku, żeby odrobić te trzy dni w innych terminach, bo przecież nie mogę tak ciągle…
– Dostaniesz wolne sensu stricte, bez żadnego odrabiania – zapewnił ją stanowczo. – Odrabiać to raczej będę ja. Po pierwsze mój dług wdzięczności za podlewanie kwiatków, po drugie dodatkowy dzień zastępstwa za mnie, którego nie było w umowie, a po trzecie dzisiejszą rozmowę, kiedy to zająłem ci pół nocy i pozbawiłem cię snu jak ostatni egoista. Za każdy z tych punktów należy ci się, lekko licząc, co najmniej jeden dzień wolnego, czyli wychodzi na to, że bierzesz te trzy dni, o których mowa, i jesteśmy kwita.
– Ach! – roześmiała się Iza. – Skoro tak stawiasz sprawę! Chcesz premiować to, co dla mnie jest samą przyjemnością, to okej, ja nie mam nic przeciwko temu… Twoja strata, szefie!
– Niech będzie – zgodził się wesoło. – Każdy może interpretować to po swojemu, ważne, żebyśmy oboje byli zadowoleni. To mówisz, że chrzest siostrzenicy… Czyli będziesz już miała dwójkę chrześniaków?
– Aha – uśmiechnęła się. – Rodzina powiększa mi się w takim tempie, że ledwo nadążam!
– Właśnie widzę! Jesteś w tym już lepsza ode mnie, ja na razie mam na koncie tylko Edka. Chociaż patrząc na to, jaki z niego hycel, można by powiedzieć, że liczy się za dwóch!
Roześmiali się oboje.
– No dobrze, Izulka, chyba czas już najwyższy, żebym się odmeldował – podjął z nutą żalu Majk. – Jest prawie czwarta, nie wyśpisz się jutro, a ja przez cały dzień będę miał przez to wyrzuty sumienia.
– Spokojnie, wyśpię się – zapewniła go szybko Iza. – Nie zapominaj, że teraz na uczelni mam wakacje i rano nie muszę nigdzie iść. Jutro bez problemu mogę zacząć dzień od dziesiątej, a nawet od jedenastej i nic złego się nie stanie, więc twoje wyrzuty sumienia możemy z góry uznać za nieuzasadnione.
– No… okej – odparł jakby nie do końca przekonany. – Ale i tak pora jest dzika, pewnie nawet Ziuta poszła już spać, a ja cię dalej męczę. Tak czy inaczej bardzo ci dziękuję za tę nocną rozmowę, to jest dla mnie coś, czego nie da się ani przecenić, ani nawet opisać. Wiesz? – dodał ciszej. – Wyszedłem sobie na dwór, siedzę teraz na brzegu tarasu, wszyscy wkoło już dawno śpią jak zabici, łącznie z żabami i komarami, i tylko ja, stary nocny frajer z powalonym rytmem dnia i nocy, gadam sobie z tobą, gapię się w niebo i czekam na księżyc. Tyle że dzisiaj niestety go nie ma.
– Pewnie schował się za chmurami? – domyśliła się Iza.
– Mhm. Niestety. Zdaje się, że pogoda się psuje.
– Tak, słyszałam, że psuje się w całym kraju – przytaknęła. – U nas też od wczoraj się chmurzy, wieje taki dziwny wiatr i niedługo pewnie będzie padać. To ma potrwać tylko jeden do dwóch dni, ale dla was, na urlopie w górach, każdy dzień pogody liczy się przecież podwójnie. Mam nadzieję, że nie będzie tak źle.
– Jak popada, to też nic się nie stanie – odparł spokojnie Majk. – Ja tam lubię deszcz… Iza?
– Tak?
– Skoro już jesteśmy przy księżycu, to, zanim się rozłączę, chciałbym cię o coś zapytać… sprawdzić jedną rzecz – podjął z wahaniem. – Co prawda dzisiaj niby nie gadamy w trybie terapii, ale i tak każda rozmowa z tobą ma w sobie jakieś jej elementy, więc zaryzykuję. Najwyżej wyjdę na stukniętego frajera, trudno. Powiem ci… tylko potraktuj to jako zabawę – zastrzegł. – Nie bierz tego zbytnio na poważnie, okej?
– Okej – pokiwała głową, zaciekawiona, o co mogło mu chodzić.
– Wymienię zaraz z głupia frant dwie liczby – ciągnął Majk głosem, w którym czuć było rosnące napięcie. – A ty dopowiesz do nich jeszcze jedną. Jakąkolwiek, taką, jaka pierwsza spontanicznie przyjdzie ci na myśl. Masz sekundę na to, żeby ją dopowiedzieć, a ja ocenię, czy jest właściwa. Zgoda?
– Zgoda – uśmiechnęła się z mieszaniną rozbawienia i zaintrygowania. – Ale powiesz mi potem, o co chodziło w tej zabawie?
– Zobaczymy – odparł przekornie. – To zależy od tego, czy trafisz we właściwą liczbę. Jeśli spudłujesz, to nie powiem ci nic.
– No dobra, okej! – zaśmiała się. – Spróbuję! Rozumiem, że mam tylko jedną szansę?
– Tylko jedną – potwierdził z powagą. – I pamiętaj, sekunda na odpowiedź. Gotowa?
– Mów.
– Dziewięć, osiem.
Serce Izy zabiło mocno. W tym samym ułamku sekundy, w którym w jej uszach wybrzmiał dźwięk wypowiedzianych przez niego liczb, w pamięci, niczym błyskawiczny flesz światła, mignął jej osnuty czerwonawą mgłą księżyc z poprzedniego wieczoru, kiedy o trzeciej nad ranem wracała z pracy na stancję. Kod… księżycowy kod! Więc to jednak wcale nie był ciąg przypadkowych liczb!
– Trzy – odparła natychmiast, bez chwili zawahania, czując, że z wrażenia zaczyna jej się kręcić w głowie.
Po drugiej stronie linii zapanowała cisza.
– I co? – zapytała z tą samą nutą przekory, której wcześniej użył on. – Trafiłam?
– A więc widziałaś go… – szepnął Majk.
– Widziałam. Tylko przez chwilę, jak wracałam do domu, pojawił mi się w zasięgu wzroku między kamienicami.
– Taki czerwony? – upewnił się.
– Aha. Czerwony i za mgłą.
– Tak…
– Jak tylko go zobaczyłam, od razu przyszedł mi na myśl ten nasz trzyjedynkowy sylwestrowy kod – ciągnęła z przejęciem. – Tyle że na potrzeby sytuacji trzeba było go zmodyfikować, a to, co wyszło… dziewięć-osiem-trzy… było tak niepodobne do niczego, że długo się nad tym nie zastanawiałam. Tak tylko mignęło mi w głowie.
– Ale zapamiętać zdążyłaś – zauważył.
– Zdążyłam. Chociaż sama nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to mi w ogóle utkwiło w pamięci. Dopiero teraz, kiedy wypowiedziałeś dwie pierwsze liczby, przypomniałam to sobie i od razu wiedziałam, jaka ma być trzecia.
– Właśnie to chciałem sprawdzić – odparł cicho Majk. – Byłem ciekaw, czy wyjdę na kretyna, ale postanowiłem zaryzykować i… sama widzisz. Teraz nie muszę ci już chyba tłumaczyć, na czym miała polegać ta zabawa?
– Nie musisz – uśmiechnęła się. – Księżycoholicy rozumieją się w lot. Czyli to była twoja sprawka! Nadawałeś do mnie księżycowym kodem o trzeciej nad ranem?
– Nadawałem… – przyznał niepewnie. – Chyba tak, chociaż bardziej miałem wrażenie, że to ty nadajesz do mnie. To nie trwało długo, tylko kilka sekund… Nie miałem zamiaru wysyłać w eter żadnych telepatycznych wiadomości, nawet o tym nie myślałem, po prostu wyszedłem sobie po trzeciej nad ranem na taras, zobaczyłem ten dziwny księżyc i… to był taki metafizyczny strzał, nawet nie wiem, jak go określić.
– Pewnie księżyc spontanicznie skojarzył ci się ze mną? – domyśliła się Iza. – Bo ja miałam to samo, od razu pomyślałam o tobie.
– Mhm – zgodził się. – Owszem. Ale to było jeszcze coś więcej, Iza… tak silne skojarzenie, że aż fizycznie poczułem twoją obecność. Taką naprawdę realną, jakbyś faktycznie stała koło mnie i jakbyśmy razem patrzyli na ten księżyc.
Iza przymknęła oczy, starając się przypomnieć sobie, co wówczas czuła, ale na pewno to nie było to, o czym mówił. Nie, nie czuła wtedy jego obecności… po tym, jak odrzuciła myśl o księżycowym kodzie jako absurdalną, raczej zrobiło jej się smutno i ciężko na sercu… A jednak faktem było, że oboje w jednym czasie odczytali ów kod! Czy to nie był kolejny, jakże wymowny dowód na głębokie, istotowe porozumienie ich dusz?
– Nooo… przez moment naprawdę patrzyliśmy na niego razem – zauważyła. – A to znaczy, że nasza telepatyczna księżycowa poczta działa o wiele lepiej, niż można by się spodziewać. W pewnym sensie nawet lepiej niż telefon czy sms.
– O tak – przyznał zamyślonym głosem Majk. – I to już nawet mnie nie szokuje, chociaż nadal bardzo dziwi. Nie wiem, Izula, może jestem większym frajerem, niż ustawa przewiduje, ale dla mnie takie numery są kwintesencją życia… dowodem na to, że nie jesteśmy tylko kawałkiem mięsa naciągniętego na kości i wyposażonego w wysokiej generacji komputer pod czaszką, ale że jest w nas mimo wszystko coś więcej.
– Dusza – szepnęła.
– Mhm, dusza – powtórzył z powagą. – Bez dwóch zdań. Tyle że ja jej wcześniej w ogóle nie czułem, a na pewno nie w takim sensie. Owszem, miałem jakieś tam swoje przemyślenia, różne filozoficzne koncepcje, sentymentalizmy… okej. Ale jednak to był zawsze namacalny teren krwi i kości, mózgu i serca, umysłu, temperamentu… jak by tego nie nazwać. Nigdy nie wznosiłem się na taki metafizyczny poziom, żeby komunikować się ponad przestrzenią z innymi osobami. Nigdy. Dopiero ty mnie tego nauczyłaś.
– Ja?
– Tak, ty – odparł stanowczo. – Nie wiem, kim jesteś, mały elfie, ale oprócz tego, że z wierzchu jesteś piękną kobietą, musisz mieć w sobie jakąś domieszkę kosmicznego pierwiastka nie z tego świata. Może to coś z księżyca? Albo z krainy elfów? – zażartował. – Nie mam pojęcia, ale faktem jest, że takie dziwne, ponadnaturalne rzeczy zaczęły mi się przydarzać dopiero od niedawna i zawsze ma to jakiś związek z tobą. Cyganka, o której sama mówiłaś, że nawiedza różnych twoich znajomych… księżycowa telepatia rodem z baśni science-fiction… doładowania elfikowej energii, które wcale nie są tylko figurą retoryczną, bo za każdym razem naprawdę dają mi energetycznego kopa… i nasza zwariowana terapia, która, nawet jeśli czasowo robi ze mnie galaretę, na koniec zawsze stawia mnie na nogi. Nawet ten mój anioł stróż, jak go nazywasz, zaczął mi się śnić dopiero niedawno… Mam uwierzyć, że to wszystko przypadek?
– Nie – przyznała w zamyśleniu. – Masz rację, Majk, to nie jest przypadek. Co prawda chyba jeszcze nikt nigdy nie powiedział mi tego aż tak wprost i na głos, ale ja też to widzę. Coś ewidentnie chodzi wokół mnie… a raczej nie tyle „chodzi”, co po prostu jest. To jest coś, na co nie mam żadnego wpływu, ale odczuwam to regularnie, a czasami odczuwają to też inne osoby, z którymi mam kontakt. Tak jak ty. Zastanawiam się tylko, według jakiego klucza to działa… na przykład wizyty pani Ziuty. Najpierw myślałam, że ona najczęściej zaczepia osoby, z którymi jestem związana najbliżej, ale ta teoria ma słabą stronę, bo na przykład Meli czy Robcia nie odwiedza w ogóle, a oni są moją najbliższą rodziną.
– A skąd wiesz? – zapytał podchwytliwie. – Może ich odwiedza, tylko siostra się do tego nie przyznaje?
– Nie – zaprzeczyła stanowczo Iza. – Wiedziałabym o tym. Mela opowiada mi wszystko, co dzieje się w Korytkowie, zwłaszcza jeśli to są takie dziwne rzeczy, a przecież nie wie, kim jest pani Ziuta, więc to by tym bardziej zwróciło jej uwagę. Poza tym mam dowód na to, że oni z Robertem nie mogą jej zobaczyć. Kiedy rok temu rozmawiałam z panią Ziutą na peronie w Radzyniu, oni oboje przyjechali tam po mnie, szli w moją stronę od dworca i nie widzieli jej, chociaż stała naprzeciwko mnie. Wręcz dziwili się, że tak stoję odwrócona i patrzę w pustą przestrzeń.
– Niezłe – przyznał Majk. – Chyba jeszcze mocniejsze niż ten księżycowy kod. Od zawsze miałaś takie paranormalne przygody?
– Nie – pokręciła głową przecząco. – To się zaczęło dopiero od przyjazdu do Lublina, od tego pieca na stancji – mówiąc to, zerknęła kontrolnie na rysujący się w ciemnościach kontur pieca w kącie. – A on szalał już wcześniej… Wiem, bo powiedział mi to najpierw Kacper, a potem pan Stasio, więc to na pewno nie miało związku ze mną. Dopiero potem coś się zaczęło dziać… tak jakbym przez sam fakt mieszkania w tym pokoju została w coś wplątana… Tyle że to „coś” jest bardzo pozytywne – zaznaczyła. – W ogóle, jeśli chodzi o panią Ziutę, to od początku czuję, że jest mi bardzo życzliwa, i mam nawet na ten temat małą teorię.
– Powiesz mi jaką?
– Pewnie – uśmiechnęła się. – Skoro rozmawiamy w takim trybie… nawet nie tyle terapii, co telepatii, ale masz rację, że w tych rozmowach elementy terapii są zawsze, bo nawet samo wyrzucenie z siebie takich rzeczy bardzo pomaga na psychę. Chodzi o moją relację z duszami zmarłych – wyjaśniła mu. – Odkąd zginął mój tata, a miałam wtedy tylko osiem lat, rzeczywistość duchowa stała się dla mnie tak samo realna jak rzeczywistość materialna, bo intuicyjnie wiedziałam, że on gdzieś tam jest… że żyje, tylko inaczej… Nigdy nie umiałam tego wyjaśnić, ale czasami miałam wrażenie, jakbym wyczuwała jego obecność, taką dobrą, życzliwą, pełną wsparcia… Lubiłam odwiedzać go na cmentarzu, opowiadałam mu różne moje sekrety i wydawało mi się, że on naprawdę mnie słucha… i że rozumie mnie jak nikt inny… To mi bardzo pomagało, podnosiło mnie na duchu. A potem, kiedy do taty dołączyła też mama, moja relacja ze światem duchowym jeszcze bardziej się pogłębiła. Teraz też przy każdej możliwej okazji odwiedzam ich oboje i opowiadam im wszystko, co wydarzyło się w moim życiu od ostatniego razu, kiedy u nich byłam. Zrobił się już z tego taki rytuał, że nie wyobrażam sobie przyjechać do Korytkowa i nie zajrzeć chociaż na kilka minut na cmentarz, choćby nie wiem jak krótki był mój pobyt. Mela o tym wie i nawet specjalnie dla mnie hoduje w ogrodzie ulubione kwiatki mamy – dodała ze wzruszeniem. – Na wiosnę tulipany, w lecie groszek pachnący, a na jesień kolorowe astry… Hoduje je po to, żebym mogła zrywać je sobie i nieść na cmentarz, kiedy wpadam do nich w odwiedziny. Nie zawsze jest czas na zrywanie polnych kwiatów, a ogródek jest zawsze pod ręką, dlatego jestem Meli przeogromnie wdzięczna za to, że robi to dla mnie, chociaż ma tak mało czasu… Zaraz, chyba totalnie zjechałam z tematu – zreflektowała się. – Dlaczego mi nie przerywasz?
– A dlaczego miałbym ci przerywać? – zdziwił się Majk. – I niby w którym miejscu zjechałaś z tematu? Usiłujemy przecież ustalić, skąd wzięła się twoja metafizyczna zdolność przenikania w inne wymiary rzeczywistości, więc tutaj każdy szczegół może być ważny.
– No tak – uśmiechnęła się. – Chociaż to wcale nie jest moja zdolność, bo to się dzieje samo, poza mną. A przynudzanie na temat kwiatków z ogródka Meli raczej nie jest ważnym szczegółem. Czekaj, o czym ja mówiłam?… Aha, o moim kontakcie z mamą i tatą, o ich opiece nade mną. Wiesz? – dodała, zniżając głos. – Myślę, że to oni czuwali nade mną tamtego dnia, kiedy połknęłam te nieszczęsne tabletki… a właściwie to czuwali nad nami obiema. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem tego pewna. Tak mnie wtedy tknęła myśl o Meli… zobaczyłam wszystko jakby z innej strony, z jej perspektywy… w ułamku sekundy zrozumiałam, jak bardzo mogłam ją skrzywdzić i jak egoistyczne było moje myślenie.
Wzdrygnęła się na wspomnienie owych strasznych, ciemnych chwil, jakby jej dusza znów na moment przeniosła się w scenerię tamtego koszmarnego wieczoru.
– Mój biedny elfiku… – szepnął Majk.
– Tak czy inaczej z duchową rzeczywistością od dawna jestem za pan brat – podjęła, czym prędzej porzucając nieprzyjemny temat. – A co do pani Ziuty, to uważam, że ona jest kimś w rodzaju łącznika między tamtym światem a tym, bo z jakiegoś powodu może tu przychodzić. Inni nie mogą się z nami kontaktować, tylko ona. I wydaje mi się, że do tych kontaktów wybrała sobie głównie mnie, bo wiedziała, że ja się tak łatwo nie wystraszę, a jej sygnały potraktuję poważnie. Przynajmniej poważniej niż kto inny… Zresztą za pierwszym razem, kiedy ukazała mi się w Korytkowie, to było właśnie na cmentarzu, przy grobie mamy i taty. Wtedy nie poznałam jej od razu, bo było już ciemno, ale potem skojarzyłam, że to była ona.
– Hmm, odważna jesteś – zauważył z uznaniem Majk. – Łazić sama po ciemku po cmentarzu i jeszcze gadać z duchami…
– No, wtedy to faktycznie trochę się wystraszyłam – zaznaczyła dla porządku. – I to wcale nie była odwaga, tylko raczej nieuwaga. Zamyśliłam się, zagapiłam i nie zauważyłam, że czas leci, a to była zima, więc szybko robiło się ciemno. Sama z siebie nigdy o tej porze nie poszłabym na cmentarz, aż taka odważna nie jestem. Zawsze chodzę tam za dnia… W każdym razie, wracając do tematu, moja teoria jest taka, że bliski kontakt z duszami kochanych zmarłych może otwierać drzwi do innego wymiaru. Chociaż to by w sumie wyjaśniało tylko spotkania z panią Ziutą – dodała z namysłem. – Bo jeśli chodzi o naszą telepatię i księżycowy kod, to nie wiem… Myślę, że to nie zależy tylko ode mnie, ty też musisz mieć w tym jakiś udział.
– Niewykluczone – zgodził się. – Ale tak czy inaczej to ty mnie w to wciągnęłaś, podstępna wywoływaczko duchów z krainy nocnych elfów. Co zresztą w pewnym sensie było konieczne, bo, moim zdaniem, księżycowy kod działa tylko w dwupaku. Ja też mam swoją teorię na ten temat.
– Jaką? – zaciekawiła się.
– Teorię wyszytą na kanwie motywu księżycowych dusz – odparł w zamyśleniu. – Zainspirowałaś mnie ostatnio tym sformułowaniem, więc rozwinąłem sobie ten wątek i myślę, że doszedłem do ciekawych wniosków.
– Opowiesz mi?
– Hmm – zawahał się. – No dobra, okej. Nie wiem, kiedy następnym razem uda nam się zejść na takie tematy, więc skoro już przy nich jesteśmy, to podzielę się z tobą na gorąco tym, co wydumałem. Co prawda za to bestialskie zarywanie ci nocy będę się pewnie smażył całą wieczność w najgorętszym piekielnym kotle, ale co tam… biorę to na klatę.
Oboje jednocześnie parsknęli śmiechem. Iza, której w międzyczasie zrobiło się nieco chłodno, wsunęła się teraz z powrotem pod kołdrę i nakrywszy się nią aż po brodę, położyła telefon na poduszce obok głowy, żeby wyprostować rękę, zmęczoną już jego trzymaniem w pozycji zgiętej w łokciu.
– No to mów – zażądała, zwracając głowę w stronę telefonu. – Co wydumałeś? W jakim dwupaku działa księżycowy kod?
– W dwupaku nadawca-odbiorca – wyjaśnił jej spokojnie. – To niby banał, ale nie do końca, bo jednak nie każdy może nadawać na tej linii, ani nie każdy może odbierać wiadomości. To jest kanał komunikacji zarezerwowany dla księżycowych dusz.
– A tak, to prawda – zgodziła się, sięgając po telefon drugą ręką i na powrót podnosząc go do ucha.
– Mówiłaś o nich, że nie są takie od początku, same z siebie, tylko nabierają pewnych cech stopniowo, w procesie cierpienia – ciągnął z namysłem Majk. – To była bardzo ciekawa idea, zaintrygowała mnie od razu, bo w tym naprawdę coś jest. Pewien rodzaj psychicznego cierpienia, właśnie takiego, jakiego my oboje, niezależnie od siebie, doświadczyliśmy w życiu, formatuje duszę w specyficzny sposób… a właściwie to, według mnie, nie tyle całą duszę co jej jedną połowę.
– Połowę? – zdziwiła się.
– Aha – potwierdził stanowczo. – To jest właśnie podstawa mojej teorii, którą zaraz ci wyłożę. Kiedy człowiek długo cierpi w ten sposób… tak jak my, z powodu złamanego serca czy jak to tam nazwać… to coś się w nim nieodwracalnie zmienia. Co do tego chyba nie ma wątpliwości, prawda?
– Nie ma – przyznała smutno, przypominając sobie swoje ostatnie wątpliwości i dylematy związane z Michałem. – Racja, szefie… Dużo się zmienia i to są tak głębokie zmiany, że potem, nawet kiedy chce się wrócić do poprzedniego stanu, okazuje się, że to wcale nie jest takie proste.
– Otóż to – zgodził się. – Ale, według mnie, te fundamentalne zmiany nie dotyczą nas w całości, bo jedna połowa naszej duszy pozostaje zawsze taka sama, jaka była od początku. Nasza natura, charakter, sposób bycia… to się de facto jakoś bardzo nie zmienia, zresztą trudno, żeby się zmieniało, skoro to jest nasze ja od dziecka. Zmienia się tylko ta druga połowa… ta bardziej ukryta, rozmyta… odpowiedzialna za nasze uczucia, różne ciężkie sekrety… To tylko ona staje się księżycowa.
– Hmm – pokiwała głową Iza. – Wiesz co? Jeszcze nie wiem, o co dokładnie ci chodzi, ale już podświadomie łapię, że to ma sens.
– Więc kiedy tylko jedna połowa duszy staje się księżycowa, z zewnątrz nikt tego nie zauważa – ciągnął cichym głosem Majk. – Tym bardziej, że my sami instynktownie eksponujemy tę nienaruszoną, zwyczajną połówkę naszej osobowości, wręcz staramy się narzucać ją otoczeniu po to, żeby lepiej się zakamuflować. Przynajmniej ja tak mam – zaznaczył. – Na zewnątrz rżnę profesjonalnie głupa i wesołego frajera, Epikurejczyka od siedmiu boleści… i pozornie najweselszy jestem wtedy, kiedy w środku najbardziej mnie rozwala, a stado piekielnych demonów tnie mnie tępymi nożami na kawałki.
– Tak, wiem, Michasiu – westchnęła Iza. – Ja też to znam. Kiedy jest najciężej, wtedy tym bardziej trzeba się uśmiechać i żartować, chociaż ten uśmiech to taki bardziej grymas bólu. Ale ważne, żeby inni brali go za prawdziwy uśmiech, bo wtedy nie czepiają się i nie zadają niepotrzebnych pytań.
– Dokładnie. I ta strategia jest bardzo skuteczna, bo przecież nieksiężycowa połówka duszy też jest naszym prawdziwym obliczem – zaznaczył. – To nie jest fałsz, my nie ukrywamy się pod żadną sztuczną atrapą, po prostu eksponujemy tę część nas, która lepiej pozwala nam się zintegrować z otoczeniem. Dzięki niej wypracowujemy sobie jakąś oficjalną pozycję i styl bycia, który jest de facto naszym prawdziwym stylem… takim, jaki byłby zawsze, gdyby nie spotkało nas cierpienie, tylko gdybyśmy od początku mogli być szczęśliwi.
– Prawda – szepnęła, uderzona trafnością tych słów.
– Dlatego, dopóki nie popełnimy jakiegoś błędu, czyli dopóki sami niechcący się nie zdemaskujemy, nikt nie odkryje w nas tej drugiej, księżycowej połowy duszy. Mogą ją w nas odgadnąć tylko ci, którzy sami taką mają… bo ta z kolei w każdym jest podobna, o ile nie identyczna. To by wyjaśniało, dlaczego oboje, chociaż z wierzchu jesteśmy tak skrajnie inni, w głębi naszych istot, w tak zwanym trybie terapii, czujemy się tacy sami. Bo w połowie naprawdę jesteśmy tacy sami – podkreślił. – Każdy z nas ma po pięćdziesiąt procent takiej samej pneumy.
– Racja – przyznała. – I to pewnie dlatego tak szybko sobie zaufaliśmy.
– Ja tobie prawie od razu – zaznaczył Majk. – Sam się temu dziwiłem, ale intuicja od początku podpowiadała mi, że jesteś taka jak ja i że jeśli ktoś na tym świecie może mnie zrozumieć, to tylko ten mały, skromniutki elfik, który przyfrunął do mnie nagle nie wiadomo skąd… jakby celowo zesłany mi na ratunek w najgorszym momencie mojego życia. Do tego te wszystkie podobieństwa, skojarzenia, zbiegi okoliczności… Prawie się nie znaliśmy, a ja już wtedy czułem silną potrzebę podjęcia z tobą rozmowy na najbardziej osobiste tematy, takie, na które nie mogłem rozmawiać z nikim innym, nawet z Pablem. Fakt, że na początek musiałem nawalić się brandy jak wieprz, żeby odważyć się w ogóle wystartować, ale kiedy ty zareagowałaś dokładnie tak, jak przewidywałem, to był mój wielki triumf… i wielka radość… i ulga… A potem było już coraz łatwiej, zwłaszcza odkąd wspomniałaś o przyjacielskiej terapii, a ja rzuciłem się na ten pomysł jak sęp. To było zresztą potrzebne nam obojgu.
– O tak… to prawda – szepnęła.
– Po prostu księżycowe połówki naszych dusz same instynktownie szukały dialogu – podsumował tonem oczywistym.– Szczepek zresztą też to miał, czasem, skubaniec, łapał takie rzeczy, że aż mnie gięło w pół. Tyle że on był już na wylocie, więc u niego to nie miało takiego znaczenia, za to ty i ja, jako względni rówieśnicy, od początku rozumieliśmy się w lot. To dlatego tak świetnie nam się gadało… zwierzało… szukało rozwiązań… i nawet milczało.
– Tak…
– Bo ja tak cholernie lubię z tobą milczeć, Iza… – dodał cicho. – A najbardziej lubię przy tobie podsypiać, wiesz? Najchętniej z głową na twoich kolanach. Przymulam się wtedy tak połowicznie, standardowa połówka mojej duszy śpi jak suseł, wypoczywa i regeneruje się, a czuwa tylko ta księżycowa. I tak jest dobrze. Najlepiej na świecie.
– Mhm, ja też to lubię – uśmiechnęła się ze wzruszeniem Iza, wspominając długie milczące kwadranse w pachnącej ziołami trawie zalanej księżycowym blaskiem.
– Szkoda, że teraz gadamy przez telefon – zauważył z żalem. – Bo gdyby to było na żywo, nie przepuściłbym okazji, żeby znowu wprosić się z łbem na twoje kolana i doładować baterie. Dzisiaj to by mi się przydało wyjątkowo… no ale trudno, odłożymy to na kiedy indziej – westchnął. – Tak czy inaczej, wracając do mojej teorii o połówkach księżycowych dusz, zakładam w niej taki sam mechanizm dopełnialności jak w przypadku faz księżyca. No, może nie do końca taki sam… ale bardzo podobny.
– To znaczy?
– To znaczy, że kiedy w pobliżu nie ma nikogo z księżycowej rasy, nasza lunarna połówka pozostaje w nowiu i dopiero jak wyczuje w pobliżu drugą taką samą, razem z nią wchodzi w fazę pełni. Sama nie może tej pełni osiągnąć, bo jest tylko połówką, ale jeśli spotka się z drugą, obie dopełniają się wzajemnie i tworzą duchową symbiozę.
– Ach! – szepnęła Iza. – Rozumiem! Patrz, jakie to proste i oczywiste… a ja nigdy o tym nie pomyślałam!
– Ja też nie – zapewnił ją ciepło. – To ty poddałaś mi ostatnio tę myśl, kiedy żegnaliśmy się na parkingu, a ja ją tylko trochę rozwinąłem. I to wyjaśnia tyle rzeczy, w taki prosty sposób… Oczywiście możemy o tym mówić tylko między nami, bo gdybym wyłożył tę teorię komukolwiek innemu, pewnie uznałby, że jestem totalnie szurnięty! – zaśmiał się. – Telefon do szpitala psychiatrycznego murowany, przyjechaliby po mnie z kaftanem bezpieczeństwa, zapakowali do karetki i wio! Żegnaj wolności!
– Nie martw się, mnie też by zwinęli – zapewniła go wesoło Iza. – Niechby tylko ktoś podsłuchał, o czym teraz gadamy! Oboje mielibyśmy zapewnione zakwaterowanie w wariatkowie, co prawda na innych oddziałach, ja na damskim, ty na męskim… ale leki na bank przypisaliby nam te same!
Roześmiali się cicho.
– Poradzilibyśmy sobie, elfiku – zapewnił ją żartobliwie Majk. – Księżycowych dusz nie da się wykiwać. Nocami zakradałbym się do ciebie przez balkon, ewentualnie po jakiejś rynnie czy gałęzi i sabotowalibyśmy wdrożone leczenie, gadając sobie do rana o takich rzeczach jak teraz i razem gapiąc się na księżyc.
– Ach! – zaśmiała się. – Co za perspektywa!
– No co? – odparł pogodnie. – Mnie tam by się podobało. Żadnych zmartwień, kłopotów, użerania się z dostawcami… No, ale okej, czas już kończyć, Izula – dodał, poważniejąc. – Która to godzina? Cholera, dwadzieścia po czwartej!… Serio, kończymy. Bardzo ci dziękuję za rozmowę, a właściwie za terapię, bo jak zwykle tak to się skończyło… ale teraz już naprawdę musisz iść spać, inaczej wyrzuty sumienia zeżrą mnie z kopytami. Słyszysz, mały elfie? – dodał surowo. – Masz natychmiast kłaść się spać! To jest polecenie służbowe.
– Tak jest, szefie – uśmiechnęła się. – Jestem gotowa do wykonania zadania. Melduję, że leżę już w łóżku zawinięta w kołdrę i rzeczywiście zaczyna mnie morzyć, więc kiedy rozłączę się z tobą, starczy mi pewnie siły tylko na to, żeby odłożyć telefon na biurko, i natychmiast zasnę jak zabita.
– W porządku, wykonać! – zatwierdził z powagą. – A ja rozłączam się i sam też spróbuję się położyć, inaczej rano Edek zajeździ mnie na śmierć, a ja nawet nie będę miał siły się bronić. No… dobranoc, elfiku. Śpij dobrze.
– Ty też, Michasiu. Dobranoc.
„Księżycowy kod…” – pomyślała sennie, odkładając wygaszony telefon na biurko i szczelniej zawijając się w kołdrę. – „Kto by pomyślał… to naprawdę działa…”
Z przyjemnością wtuliła policzek w poduszkę i zamknąwszy oczy, pozwoliła swemu ciału odpłynąć w błogie, senne odrętwienie. Nie myślała już o niczym, chciała tylko spać… Dopiero na samej granicy zapadnięcia w czarną przepaść przez krótki moment zdało jej się, że widzi przed sobą rozmytą twarz „cyganki”, która, szepcząc coś do niej niezrozumiale, kiwa głową z aprobującym uśmiechem.