Anabella – Rozdział CXLIX
Uczelniane korytarze, napełnione gwarem w pierwszy dzień nowego roku akademickiego, wydały się dziś Izie jakimś innym światem, odległym o miliony lat świetlnych od tego, który opuściła przed wakacjami. Tak wiele zdarzyło się przez ostatnie trzy miesiące! Jednak, jak się okazało, nie tylko jej dotyczyła wakacyjna życiowa rewolucja – sensacją towarzyską w damskim gronie trzeciego roku romanistyki stała się wiadomość o zaplanowanym na koniec listopada ślubie Kingi z poznanym w wakacje Andrzejem. Ponieważ ta do tej pory nawet nie miała chłopaka, zaintrygowanie koleżanek, skupionych wokół niej w ścisłym wianuszku pod salą wykładową, by obejrzeć pokazywane im na ekranie telefonu zdjęcia, sięgało przysłowiowego zenitu.
– Przystojniak – oceniła Martyna. – A jak super razem wyglądacie na tle tych skał i zachodu słońca… mmm, romantyczne zdjęcie!
– Ale jak to, Kinia? – nie mogła wyjść ze zdumienia Weronika. – Naprawdę nas nie wkręcasz? Znacie się dwa miechy i od razu ślub?
– Ja też jestem w szoku – pokręciła głową Asia.
– Może to z konieczności? – mrugnęła do niej znacząco Monika, na co Kinga roześmiała się, szczerze ubawiona zaskoczeniem koleżanek.
– Nie, Monia, nie z konieczności – zapewniła ją wesoło. – Po prostu mój Endrju tak chciał, a ja się zgodziłam. Wiem, że z boku to wygląda dziwnie, ale my jesteśmy tego pewni, oboje czujemy, że takie coś zdarza się tylko raz w życiu, więc nad czym tu się zastanawiać? Chcemy być razem na dobre i na złe.
– I tak szybko się organizujecie? – zdziwiła się Julita. – Listopad przecież już za miesiąc!
– Chodzi o ostatnią sobotę listopada, dwudziestego ósmego – zaznaczyła spokojnie Kinga. – Czyli mamy jeszcze prawie dwa miesiące. To będą andrzejki, jeśli jeszcze się nie zorientowałyście – dodała z uśmiechem. – Zależy nam na tej dacie, bo chcemy połączyć jego imieniny z weselem. Śmiejemy się, że dzięki temu mój mąż przynajmniej nigdy nie zapomni o rocznicy ślubu!
– Ahaaaa! – roześmiały się koleżanki. – Sprytnie!
– Ale nie powiedziałam wam jeszcze najważniejszego – podjęła z tajemniczą miną Kinga. –Tego, że wy też jesteście zaproszone na wesele, więc rezerwujcie sobie z góry tę datę!
Odpowiedział jej radosny okrzyk z owacją, który poniósł się echem po korytarzu, aż grupki studentów z innych kierunków poskoczyły, odwracając się w ich stronę.
– Kiiinia! Serio? Zapraszasz nas? Ale tylko nas czy wszystkich? Cały rok?
– Cały rok – potwierdziła wesoło. – Chłopaków też. Jak tylko przyjdą, to od razu im to powiem. Oczywiście każdy może wziąć ze sobą kogoś do towarzystwa, zaproszenia będziemy rozdawać w przyszłym tygodniu. Moja psiapsióła z podstawówki będzie druhną i już się tym zajmuje.
– Suuuper! Kinia, jesteś wielka! Ale będzie impra!
– I zapraszacie aż tylu gości? – zdziwiła się Marta. – Na samym naszym roku mamy dwadzieścia sześć osób, razy dwa, bo z osobami towarzyszącymi… Matko! To przecież ogromne koszty!
– No to co? – wzruszyła ramionami Kinga. – Moi przyszli teściowie fundują imprezę, a nie będą przecież żałować na wesele jedynaka, co nie?
– Aaaa! – zawołały ze śmiechem dziewczyny. – To co innego! Widziałyście? Kinia wyrwała milionera!
– Aż tak to nie – pokręciła głową z rozbawieniem. – Ale za dziesięć lat, kto wie? Może naprawdę zostanie milionerem?
Naciskana przez podniecone i zaintrygowane koleżanki, by opowiedziała coś więcej o swoim wybranku, z chęcią nakreśliła im jego sylwetkę oraz historię ich krótkiej znajomości. Dwudziestoośmioletni Andrzej, poznany na wakacyjnej wycieczce do Grecji, mieszkał w jednej z podlubelskich miejscowości, gdzie jego rodzice od lat prowadzili hurtownię kamer przemysłowych i sprzętu do monitoringu. On sam od kilku lat pracował tam jako szef działu sprzedaży i finansowo świetnie mu się powodziło, jednak, jak podkreśliła Kinga, dotąd nie miał szczęścia w miłości. To oczywiście zmieniło się, kiedy wreszcie spotkał ją czyli, jak podkreślał, swoją drugą połówkę i cudowny lek na doskwierającą mu samotność. Klimat greckich wysp, nadmorskich zachodów słońca i spacerów po wybrzeżu sprawił, że uczucie między nimi rozkwitło w ciągu kilku dni, a do Polski Kinga wracała już jako jego narzeczona.
– Ale pierścionek dostałam dopiero na oficjalnych zaręczynach w obecności naszych rodzin – zaznaczyła, prezentując złote cudo z brylantem połyskujące na serdecznym palcu. – Byli w niezłym szoku, radzili nam, żeby odwlec ślub chociaż do lata, że niby lepsza pogoda, ciepło, ja już po dyplomie i tak dalej… ale nic nie mogli zrobić, bo my byliśmy nieugięci. Ślub w andrzejki i koniec! Mielibyśmy czekać jeszcze całe pół roku? Mowy nie ma!
Zgromadzone wokół niej dziewczyny, słuchające tej opowieści jak zaklęte, zgodnie parsknęły śmiechem.
– Wariaci – pokręciła głową Asia, patrząc na nią z mieszaniną niedowierzania, potępienia i uznania. – Ślub po czterech miesiącach znajomości! A jak wam się odwidzi po roku albo dwóch?
– Nie odwidzi nam się, nie bój się – zapewniła ją stanowczo Kinga. – Jesteśmy sobie przeznaczeni. Nie umiem wam tego wytłumaczyć, bo tego nie da się wziąć na rozum, ale to się po prostu czuje.
– Ja cię rozumiem, Kinia – pokiwała głową Marta, zerkając wymownie na przysłuchującą się im w milczeniu, równie zaskoczoną jak pozostali Izę. – Z przeznaczeniem się nie dyskutuje. Jak się poczuje, że to ten, tutaj w środku – położyła sobie dłoń na sercu – to się jest tego pewnym i niczego nie trzeba sprawdzać latami. Nie ma się żadnych wątpliwości.
– Dokładnie tak – szepnęła Kinga, a jej oczy rozbłysły.
– I kto to mówi, Martuś? – zdziwiła się Martyna. – Czekaj, czekaj! Czyżby było coś, o czym nie wiemy? Nie powiesz chyba, że ty też poznałaś na wakacjach miłość życia!
– Owszem, poznałam – skinęła głową Marta z tajemniczym uśmiechem, znów rzucając Izie znaczące spojrzenie. – Co prawda nie oświadczył mi się od razu jak Andrzej Kini, ale sprawa jest na dobrej drodze.
Na te słowa koleżanki, łącznie z Kingą, wydały przeciągły okrzyk i rzuciły się w jej stronę, dopytując o szczegóły. Kolejne dziesięć minut minęło zatem na omawianiu sylwetki Patryka i oglądaniu jego zdjęć na telefonie, przy czym szczególny aplauz i rozbawienie wzbudziła informacja, że poznali się na rajdzie motocyklowym.
– A gdzieżby indziej! – zaśmiała się Monika. – Marta przecież musi mieć przy sobie zapalonego motocyklistę! Inaczej zanudziłaby się na śmierć!
– Ej, a co z Danielem? – przypomniała sobie Asia. – Mówiłaś, że jak zrobisz to prawko, to całe wakacje na wycieczki motocyklowe będziesz jeździć właśnie z nim.
– Ja tak mówiłam? – zdziwiła się Marta. – E nie… to były tylko takie luźne plany. Dan to fajny kumpel, jestem mu bardzo wdzięczna za pomoc w przygotowaniu do egzaminu, ale mimo wszystko, jeśli chodzi o motocykl, to on jest amatorem. Poza tym mówił, że w wakacje będzie pracował – zaznaczyła, nieco pochmurniejąc i tym razem nie próbując spoglądać na milczącą nadal Izę. – A ja wolę używać motocykla do lepszych celów niż rozwożenie pizzy po mieście.
– Zwłaszcza że ten Patryk pewnie jest nieźle nadziany – zauważyła Weronika, przeglądając kolejne zdjęcia. – Wystarczy spojrzeć, nie, dziewczyny? Same markowe ciuchy, a ten motocykl, chociaż ja się nie znam, też wygląda na drogą zabawkę.
– Harley z najwyższej półki – przyznała z dumą Marta.
– No to zabierasz go w andrzejki na wesele Kini! – stwierdziła Monika, obejmując ją ramieniem. – A za jakiś czas rewanż i zaprosicie nas na swoje własne!
Koleżanki roześmiały się chóralnie, zerkając w głąb korytarza, skąd dopiero teraz dochodzili Kuba i Zbyszek, z daleka ze zdziwieniem obserwując nadzwyczajne poruszenie w ich gronie. Kinga pomachała im wesoło ręką.
– Pewnie, chociaż myślę, że przedstawię wam go dużo wcześniej – ciągnęła Marta. – W przyszłym tygodniu ma być w Lublinie, więc może przyjdzie po mnie po zajęciach. A kiedy poznamy Andrzeja? – odbiła żartobliwie piłeczkę do Kingi.
– Też niedługo – zapewniła ją ciepło koleżanka. – Dzisiaj nie mógł ze mną przyjść, bo ma pilne zlecenie do realizacji, ale może jutro? Albo pojutrze?
– Co tu się dzieje? – zagadnął Zbyszek, kiedy obaj z Kubą podeszli do towarzystwa i zaczęli odwzajemniać powitalne uściski koleżanek.
Usłyszawszy najnowsze rewelacyjne wieści o Kindze, zaskoczeni zaproszeniem na listopadowe wesele, pogratulowali jej z powagą, zapewniając, że chętnie wezmą udział w tej uroczystości. Dziewczyny dały im jednak dojść do słowa tylko na chwilę, śmiejąc się i przekrzykując, na co zresztą powoli kończył już się czas, gdyż za kilka minut miały rozpocząć się pierwsze zajęcia w nowym roku akademickim.
Stojąca z boku Iza zerknęła ukradkiem na Zbyszka, a on w tym samym momencie zerknął na nią. Skinęła mu lekko głową na powitanie, czym prędzej odwracając wzrok. Zbyszek spoważniał i zagryzł wargi, wpatrując się w swoje buty.
– Ale, ale, czekajcie! – zawołała ze śmiechem Weronika. – Może to wcale nie koniec tych powakacyjnych rewelacji? Dziewczyny, chłopaki, przyznawać mi się tu szybko! Kto jeszcze ma nam coś do powiedzenia?
Towarzystwo rozejrzało się po sobie ze śmiechem, szturchając się wzajemnie łokciami.
– Ej, Iza nic nie mówi! – zauważyła Monika, na co wszystkie spojrzenia jak na komendę skierowały się na wywołaną koleżankę. – Widzicie? Stoi tylko i się uśmiecha! O co zakład, że ona też ma dla nas jakąś niespodziankę?
– Ooo, fakt! – podchwyciły koleżanki. – Iza, gadaj! Ty też w tym roku wychodzisz za mąż?
– Ech… nie! – roześmiała się Iza, podchodząc do Kingi i obejmując ją serdecznym gestem. – Gratulacje, kochana, wcześniej nie mogłam się do ciebie dopchać, ale teraz skorzystam z okazji, żeby złożyć ci życzenia szczęścia na nowej drodze życia. Ten twój Andrzej na pierwszy rzut oka wygląda bardzo sympatycznie. Oby wam się wiodło!
– Dzięki – uśmiechnęła się uszczęśliwiona Kinga, odwzajemniając jej uścisk. – Ale ty?…
– U mnie, wbrew pozorom, w tych sprawach nic się nie zmieniło – zapewniła ją ku rozczarowaniu koleżanek, które wydały zgodny jęk zawodu. – No co, jeszcze mało wam na dzisiaj wrażeń? – zaśmiała się, kątem oka rejestrując poważną minę obu przyglądających jej się spod oka chłopaków. – Na mnie nie liczcie! Za mąż w najbliższym czasie nie wychodzę, a na facetów generalnie nie mam czasu, ale skoro jestem już przy głosie, to powiem, jaka impreza na ten moment pochłania całą moją uwagę. Co prawda dotąd wolałam się nie odzywać, bo to w ogóle nie umywa się do tego, co zafundowały wam dziś Kinia i Martusia, ale cóż… każdy szyje na swoją miarę.
– Czyli? – zaciekawiły się natychmiast koleżanki. – Co cię tak pochłania?
– Dzień Francuski w Anabelli – oznajmiła z dumą.
– Dzień Francuski? – zdziwiły się.
Dopytywana o szczegóły wyjaśniła im – szybko i krótko, gdyż w głębi korytarza pojawiła się już sylwetka nadciągającej wykładowczyni – sedno powierzonej jej organizacji comiesięcznego wieczoru w stylu francuskim w klubo-restauracji Anabella, co ze strony grupy spotkało się z wyrazami zainteresowania i uznania.
– Świetny pomysł! – przyznała Weronika. – Czegoś takiego chyba jeszcze nie ma w Lublinie, a kuchnia francuska plus tańce przy francuskiej muzyce… no, no! To może być hit!
– Jako romaniści musimy tam być! – dodała stanowczo Kinga. – I to bez dwóch zdań. Ja będę na pewno, muszę zarazić mojego Endrju miłością do wszystkiego co francuskie!
Towarzystwo spojrzało po sobie znacząco i jak na komendę gruchnęło śmiechem, jednak natychmiast umilkło, kłaniając się grzecznie podchodzącej już do nich wykładowczyni.
– Kiedy to będzie, Iza? – zapytała Kinga, gdy prowadząca zajęcia otwierała kluczem drzwi od sali.
– Premiera w przedostatnią sobotę października, dwudziestego czwartego – odparła rzeczowo. – Jutro wyślę wam plakat, mój szef zamawia już druk i wersję elektroniczną. Wczoraj poprawialiśmy tekst, bo projektant zrobił parę błędów we francuskich słowach, ale dzisiaj już powinno być w porządku. Tak czy inaczej czujcie się zaproszeni!
Koleżanki pokiwały głowami, podnosząc w górę kciuki, po czym wszyscy po kolei weszli do sali wykładowej, zajmując miejsca i wyciągając notatniki. Iza skinęła na Martę i obie usiadły pod oknem, przez które widać było obsypane żółkniejącymi liśćmi gałęzie drzew rosnących na uczelnianym dziedzińcu.
***
– Jutro na siódmą trzydzieści! – prychnęła Marta, kiedy, pożegnawszy się z resztą koleżanek, obie z Izą wyszły z uczelni na ulicę. – Co za nieludzka godzina! Nie wiem, jak ja wstanę o szóstej, ostatnio przestawiłam się na tryb nocny, a tu od razu taki plan… Przez pierwszych kilka dni będę chodzić jak zombie.
– Ja też – zapewniła ją stoicko Iza.
– No, ty to już w ogóle! – przyznała ze współczuciem Marta. – Z tymi twoimi nockami w knajpie to jest nie do zrobienia, zwłaszcza że tak rano zaczynamy aż trzy dni w tygodniu!
– Fakt – westchnęła, poprawiając na ramieniu pasek skórzanej torby na książki, którą kupiła sobie na nowy rok akademicki. – Tyle razy nie mogę zarywać, będę musiała inaczej poustawiać sobie grafik w pracy i w niedziele, poniedziałki i czwartki przerzucić się na popołudniową zmianę. Da się zrobić, tyle że zaraz po zajęciach będę musiała biec do roboty, a nocne zmiany odpracuję w pozostałe dni. Ech… dlaczego ta doba jest taka krótka? Przecież gdzieś jeszcze trzeba będzie upchnąć pisanie pracy licencjackiej!
– No właśnie – pokiwała głową Marta. – Na jakie seminarium się wybierasz?
– Nie wiem jeszcze, w każdym razie wszystko, byle tylko nie literatura! – odparła stanowczo, po czym obie spojrzały po sobie i prychnęły śmiechem. – A ty?
– Ja też jeszcze nie wiem, ale też raczej nie literatura. Najlepiej coś jak najbardziej lajtowego, żeby nie gnić w książkach od rana do wieczora. Mam ważniejsze sprawy na głowie – uśmiechnęła się znacząco. – I nie tylko ja, Kinia też!
– To prawda – odwzajemniła jej leciutko uśmiech Iza. – Obie macie na co poświęcać czas. Zwłaszcza ona.
Marta zerknęła na nią spod oka. Napięcie, jakie powstało między nimi po pamiętnej wrześniowej rozmowie na starówce, w międzyczasie nieco się rozładowało, ale wciąż nie ustąpiło do końca, mimo że żadna z nich nie próbowała wracać do tamtego drażliwego tematu. Iza w duchu żałowała, że wówczas niepotrzebnie podzieliła się z nią swoją opinią o Patryku, którego przecież nie znała – jakie więc miała prawo, aby go oceniać? Zwłaszcza w kontekście rychłego ślubu Kingi, która swojego narzeczonego znała równie krótko, a już podjęła tak poważną decyzję.
„Nie miałam prawa mieszać się w takie sprawy” – pomyślała, kiedy obie na chwilę zamilkły, idąc chodnikiem w stronę centrum miasta. – „Co ja mogę wiedzieć o uczuciach innych ludzi? Powinnam to jakoś odkręcić…”
– To mówisz, że niedługo przedstawisz nam Patryka? – zapytała ciepło, nie patrząc na nią.
– Aha – pokiwała głową Marta. – Ma przyjechać w ten weekend i zostanie w Lublinie aż do wtorku. To jego ostatni rok magisterki, więc mają mało zajęć, nie to co my. Poproszę, żeby w poniedziałek przyszedł po mnie na uczelnię, to wtedy go poznacie. Zwłaszcza zależy mi, żebyś ty go poznała – zaznaczyła ciszej, również odwracając wzrok. – Bo mimo wszystko nadal mam nadzieję, że jednak go polubisz.
Iza aż podskoczyła, zatrzymując się na środku chodnika.
– Przestań, Martuś – powiedziała ze skruchą. – Nie powinnam była wtedy tak zareagować, zwłaszcza że nie znam go osobiście. To było niepotrzebne, wstyd mi za to, co ci wtedy powiedziałam, i bardzo cię za to przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że wtedy, w połowie września, sama miałam bardzo ciężki moment, jeśli chodzi o uczucia, więc to jakoś musiało się przełożyć na to, co mówiłam i jak reagowałam.
– Ach! – zaciekawiła się od razu Marta, przyglądając jej się z niepokojem. – Ciężki moment? Nic nie mówiłaś… A co się stało?
– Pamiętasz, co opowiedziałam ci kiedyś w Old Pubie? – zapytała od niechcenia Iza, czując, że w tej sytuacji winna jej była choć odrobinę szczerości. – Wtedy co płakałaś po rozstaniu z Radkiem?
– Oczywiście, że pamiętam! – odparła zaintrygowana Marta. – O tym chłopaku, którego kochasz całe życie, a on ciągle tobą pomiata. Aha… czyli to przez niego byłaś wtedy taka przygaszona!
– Mhm – skinęła głową, w duchu gratulując sobie, że nigdy nie wyjawiła przed nią, kim był ów tajemniczy chłopak. – Nie podejrzewałam, że to zauważysz, ale tak… właśnie tak.
– Pewnie znowu zrobił ci jakąś przykrość? – zapytała ze współczuciem Marta. – I przez to byłaś zła na cały świat, a na facetów w szczególności?
– Poniekąd – uśmiechnęła się leciutko, znów spokojnym krokiem ruszając do przodu. – Rzecz w tym, że straciłam całe lato na złudzenia z nim związane, a w dniu, kiedy rozmawiałyśmy, byłam świeżo po spotkaniu z nim… spotkaniu, które definitywnie mnie z tych złudzeń wyleczyło.
– Rozumiem – szepnęła Marta. – A właściwie to nie rozumiem… ale ogarniam, że to musiało być dla ciebie jakieś wielkie rozczarowanie.
– Owszem – zgodziła się smętnie Iza, zapatrując się w dal ulicy, którą szły. – Rozczarowałam się bardzo, przede wszystkim samą sobą. Widzisz, Martusiu… ja też mogłam przyjść dzisiaj na rozpoczęcie roku jak Kinia, z zaręczynowym pierścionkiem na palcu, ale tak się jakoś stało, że nic z tego nie wyszło – uśmiechnęła się z pobłażaniem.
– Ach…
– Tak. I bardzo dobrze się stało, bo, jak mówię, dzięki temu wyleczyłam się ze złudzeń, a dziś cieszę się, że jestem od nich wolna. Ale możesz sobie wyobrazić, jaki wtedy miałam emocjonalny kocioł, w tych dniach tak mi się wszystko w życiu pogmatwało, że chyba nie byłam do końca sobą. Dlatego, jeśli chodzi o to, co powiedziałam o Patryku…
– Daj spokój! – machnęła ręką Marta. – Zapominamy o tym, Iza, w ogóle już się tym nie przejmuj. Teraz to ja mam wyrzuty sumienia, że tak ci trułam o sobie, zamiast zapytać, co u ciebie i pozwolić ci się wygadać. A przecież widziałam, że jesteś strasznie blada, taka jakaś przygaszona i jakby nerwowa. Myślałam, że to od zmęczenia… ech, ależ byłam głupia! – pokręciła głową. – Gdybym wiedziała, że to przez tamtego chłopaka… Opowiesz mi, co się między wami stało? – zapytała ostrożnie. – Nie wiedziałam, że byliście razem.
– Tak naprawdę to nie byliśmy – sprostowała Iza, ucieszona, że udało jej się względnie rozładować sytuację. – Ale to balansowało na granicy i… nagle skończyło się. Tym razem już definitywnie.
– Nic nie rozumiem – pokręciła z niedowierzaniem głową Marta.
– Opowiem ci więcej przy jakiejś lepszej okazji – obiecała jej Iza, dochodziły już bowiem do skrzyżowania, na którym ich drogi zwykle się rozchodziły. – Wpadniesz do mnie na kawę, bo nie zdążyłam ci się jeszcze pochwalić, że przeprowadziłam się już na Bernardyńską, i…
– Ach, przeprowadziłaś się? – podchwyciła żywo. – To ja muszę koniecznie…
Przerwał jej dzwonek telefonu w kieszeni żakietu. Sięgnęła po niego, zerknęła na wyświetlacz i oczy jej rozbłysły.
– Patryś – wyszeptała wyjaśniająco.
Iza z uśmiechem pokiwała głową.
– Jasne, odbieraj, mną się nie przejmuj! – odparła wesoło, skręcając w boczną uliczkę. – I tak muszę lecieć, inaczej spóźnię się do pracy. Pa, Martuś, pogadamy jutro!
***
„Zbyszek unika mnie jak ognia, Kuba też” – myślała Iza, wpinając do odpowiedniego klasera rozliczone faktury z września, a nierozliczone odkładając na brzeg biurka. – „A przecież wcale się nie kryją z tym, co odwalili w Korytkowie. Martusia mówiła, że wczoraj przed wykładem z kulturówki sami opowiadali dziewczynom o wypadku z Pepciem i o wezwaniu do sądu, więc nie boją się, że coś im wygadam. Nie, to nie o to chodzi. Więc o co? Czyżby się na mnie obrazili? Pfi… mało mnie to obchodzi, ale jednak trochę głupio to wygląda, jak tak ostentacyjnie schodzą mi z drogi. A może to ma jakiś związek z Miśkiem? Albo z tamtym Darkiem od Moniki Klimek? W końcu dałam mu do Zbyszka numer telefonu…”
Pokręciła głową, ne mogąc się zdecydować na żadną z interpretacji. Co prawda dziwne zachowanie, jakie przez ostatnie dni prezentowali względem niej obaj koledzy, było jej nawet na rękę, gdyż, wciąż czując żal po krzywdzie wyrządzonej małemu Pepusiowi, wcale nie miała ochoty z nimi rozmawiać, jednak z drugiej strony ów nie do końca zrozumiały dystans sprawiał jej dyskomfort. Bo jeśli jednak w jakiś sposób wiązało się to z Michałem? Po nim wszak można się było spodziewać wszystkiego, niewykluczone, że w odruchu zemsty nagadał im na jej temat jakichś upokarzających bzdur. Myśl ta, sama w sobie nieprzyjemna, w kontekście Zbyszka i Kuby irytowała ją tym bardziej, zważywszy że to Michał zaprosił ich obu na wakacje do Korytkowa, psując w ten sposób na dłuższą metę jej relacje z kolegami z roku. Czy przez tego człowieka i jego głupie pomysły wciąż musiała się denerwować? Czy nawet na uczelni nie mogła czuć się komfortowo?
„Nie, no dobra… może niesprawiedliwie go oskarżam” – zreflektowała się, podnosząc się z fotela, by odłożyć klaser na półkę. – „A zresztą, co mnie obchodzą Zbyszek i Kuba? Szkoda na nich czasu, teraz muszę na serio skupić się na studiach, bo ten rok to nie będą żarty. Licencjat, egzaminy… no i ten Erasmus. Mam jeszcze trzy tygodnie na decyzję, czy aplikować w tym roku na jakiś staż, czy odpuścić. W sumie fajnie by było, nie powiem, że nie miałabym ochoty na taki wyjazd, tylko jak znaleźć na to czas? Akurat teraz, kiedy Majk rozkręca filię na Czechowie? Nie, nie… za bardzo będę potrzebna tutaj, a o stażu pomyślę raczej w przyszłym roku. Zresztą na razie to ja się muszę martwić tym, żeby na środę zdążyć napisać pracę na leksykę! Jutro trzeba będzie zwlec się wcześniej i chociaż zacząć, bo inaczej nie dam rady z tym grafikiem…”
Z westchnieniem przeciągnęła dłonią po czole i odłożywszy klaser na swoje miejsce, sięgnęła po odłożony na poręcz krzesła kelnerski fartuszek, by przewiązać się nim i ruszyć na salę, gdzie zapewne gęstniał już tłum klientów. Pierwszy tydzień łączenia lawinowo narastających obowiązków w pracy z zajęciami na uczelni dał jej się już mocno w kość, a perspektywa dalszego zagęszczania się harmonogramu zadań do wykonania w duchu przerażała ją, mimo że ze wszystkich starała się wywiązywać jak najlepiej. Głos rozsądku podpowiadał jej, że na dłuższą metę nie da rady pogodzić tych obciążeń i że z czegoś będzie musiała zrezygnować, jeśli chciała w ciągu doby znaleźć choć kilka godzin na sen.
Albowiem prawdą, o której własny organizm przypominał jej bezlitośnie każdego dnia, było to, że była już bardzo zmęczona. Od wielu miesięcy pracowała wszak na pełnych obrotach, właściwie bez dnia wakacji, nie mając czasu ani na fizyczny odpoczynek, ani na psychiczny reset, a jeśli dodać do tego burzę emocji i rewolucję życiową, jakie ostatnio stały się jej udziałem, w nowy rok akademicki wchodziła na resztkach sił. Tymczasem obowiązków w pracy wcale wcale jej nie ubywało, a zważywszy że jednocześnie rozpoczynała ostatni rok studiów wymagający zaliczenia różnych specjalistycznych przedmiotów i napisania pracy licencjackiej, nietrudno było przewidzieć, że takiego tempa długo już nie wytrzyma. Zdecydowanie należało coś z tym zrobić, w szczególności porozmawiać z Majkiem o zdjęciu z niej choć niektórych obowiązków, by mogła w rozsądny sposób przeorganizować plan każdego dnia i tygodnia pracy.
A jednak zwlekała z tym. Wiedząc, że zdjęte z niej zadania szef prawdopodobnie będzie musiał wykonać osobiście, podczas gdy wciąż jeszcze był w trakcie rekonwalescencji po chorobie, nie miała serca domagać się od niego takich ulg. Codzienny widok jego szczuplejszej niż zwykle sylwetki, wciąż poszarzałej cery i podkrążonych oczu, które tak kochała, a w których nadal czaił się ukryty smutek, sprawiał, że serce jej topniało, i sto razy bardziej wolała zawalić coś na studiach, niż zostawić go w firmie bez pomocy. Ciężki kryzys, który przeszedł ze wrześniu, bez wątpienia wciąż trwał, ona zaś mogła wesprzeć go tylko tak – stojąc przy nim murem i biorąc na siebie choć część rutynowych spraw, jakie każdego dnia trzeba było załatwić w lokalu lub na mieście. Działała zatem po staremu, radząc sobie jakoś z dnia na dzień z nawałem piętrzących się obowiązków, choć odnosiła przy tym coraz przemożniejsze wrażenie, że każda doba jest jakby krótsza od poprzedniej i przez to coraz ciężej jest upakować w niej zaplanowane zadania.
***
– Kacper przyszedł! – zaanonsowała wesoło Ola, kiedy Iza wychodziła z korytarza zaplecza.
– Ach, Kacper! – ucieszyła się, rozglądając się po gościach zgromadzonych wokół baru. – Gdzie?
– Gada przy wejściu z Chudym – wyjaśniła jej koleżanka. – Ale już zdążył mnie zaczepić i zapytać o ciebie. Powiedziałam, że jesteś, a on… o, zobacz, już tu idą! – dodała, wskazując na wychylające się z półmroku sali sylwetki obu mężczyzn, którzy zbliżali się do baru zatopieni w konspiracyjnej rozmowie. – I patrz, jak oni razem wyglądają! Jak Flip i Flap!
Iza roześmiała się, z rozbawieniem przyznając Oli rację, gdyż w istocie kontrast między wysokim, patykowato szczupłym Chudym i krępym, niewysokim Kacprem o szerokim obliczu porośniętym obecnie szczecinowatym zarostem był tak spektakularny, że aż komiczny. Do tego, jako że obydwaj manifestowali wyjątkowo dobry humor, a Kacper zdawał się wręcz promienieć od środka, wyglądali tak sympatycznie, że na ich widok nie sposób było się nie uśmiechnąć.
Dostrzegłszy ją, Kacper aż podskoczył. Zamaszystym gestem podał rękę Chudemu, który, uścisnąwszy ją, zawrócił na pięcie ku drzwiom, i biegiem, niemal w podskokach podszedł do baru, skąd Iza brała właśnie pustą tacę.
– Iza!!! – wrzasnął radośnie, aż skupieni przy blacie Wiktorii klienci odwrócili się jak na komendę. – Nareszcie!!! Dwaj dzióba, siostra!
Po czym, nie bacząc na nic, chwycił ją w ramiona i okręcił wokół siebie, odrywając na chwilę od podłogi.
– Puszczaj, świrze! – roześmiała się Iza, jednak przytuliła się do niego i z nieskrywaną radością ucałowała go w policzek. – No co ty! Tydzień mnie nie widziałeś i już taka scena? Ale jaki ty dzisiaj jesteś wesoły!
– Wesoły?! – zawołał Kacper, jeszcze raz okręcając wokół siebie jak piórko, aż przechodzące obok Klaudia i Gosia zatrzymały się, obserwując ich ze śmiechem. – Co tam wesoły, Iza! Szczęśliwy!!! Jak w raju!!! Noż, kurde, mówię ci! Taki szczęśliwy to ja jeszcze w życiu nie byłem! Aż mnie telepie! Jakbym się wódy napił!
– Chyba wiem, czyja to zasługa – pokiwała wesoło głową, próbując oswobodzić się z jego niedźwiedziego uścisku. – No już, puszczaj mnie! Bo powiem Kasi!
Kacper zarechotał wesoło, posłusznie stawiając ją na podłodze.
– A pewnie, że powiesz! – zgodził się wesoło. – Będziesz miała okazję! Będziesz miała milion okazji! Iza, ja pierniczę… jaki ja jestem szczęśliwy! Mógłbym latać nad podłogą! Jakbym miał, kurna, skrzydła!
Jako że nie silił się na dyskrecję, a jego tubalny głos roznosił się wokół baru, budząc pełne sympatii zainteresowanie gości, znajdujące się w pobliżu Klaudia, Gosia, Ola i Wiktoria, która na kilka minut przekazała bar Kamili, nie umiały pohamować ciekawości i otoczyły ich wianuszkiem. Roześmiany, promieniejący jak słońce mężczyzna chętnie wyściskał je wszystkie, z namaszczeniem całując każdą w policzek.
– Usteczka też bym wam wycałował, że uch! Ale nie mogę! – rozłożył bezradnie ręce, budząc tym śmiech nie tylko kelnerek, ale i obserwujących ich gości. – Jakby się moja dziewczyna dowiedziała, miałbym przewalone!
Uwaga ta wywołała jeszcze większy wybuch wesołości, który ściągnął pod bar również Patrycję, Lidię i Zuzię. Znały one Kacpra tylko z widzenia, jednak słyszały już o nim niejedną zabawną opowieść, jako że stara gwardia z zespołu Anabelli doskonale pamiętała jego barwną postać z czasów remontu męskiej łazienki.
– Niemożliwe! Dziewczyna?! – śmiała się Wiktoria. – W liczbie pojedynczej? Co ty nie powiesz! A tak się zarzekałeś, że nigdy nie dasz się usidlić!
– Ale się dałem – odparł beztrosko Kacper. – I tak mi dobrze w tych sidłach, że na nic bym ich nie zamienił! Jakbym wtedy wiedział, że spotkam taką Kasieńkę… No szczęśliwy jestem, kurde! Szczęśliwy jak w raaaaju!
Mówiąc to, rozpostarł ramiona i zakręcił się wokół tanecznym krokiem, budząc jeszcze większe salwy śmiechu kelnerek. Te, jako że minęła dopiero osiemnasta i na sali nie było jeszcze zbyt dużych tłumów, mogły poświęcić kilka minut na rozmowę, w której brylowały zwłaszcza Wiktoria, Klaudia i Ola, przedstawiając Kacprowi nowe koleżanki i z zaciekawieniem dopytując go o Kasieńkę. Iza, która przysłuchiwała im się z rozbawieniem, jednocześnie monitorując stan sali, do której obsługi szybko wróciły Lidia i Zuzia, dowiedziała się zatem z wesołej paplaniny Kacpra, iż tego dnia poprosił ukochaną o to, by została jego oficjalną dziewczyną, ona zaś chętnie się zgodziła i nawet zaprosiła go na najbliższą niedzielę do domu, by przedstawić swoim rodzicom i bratu.
– Bałem się jak nie wiem, żeby mi nie odmówiła – opowiadał z przejęciem zebranym wokół niego kelnerkom, do których teraz dołączył nawet Antek, serdecznie ściskając mu dłoń. – No bo takie kizi-mizi bez zobowiązań to co innego, ale jako oficjalnego faceta to mogła mnie nie chcieć, co nie? Ale ona nawet sekundy się nie zastanawiała! Od razu się zgodziła! A wiecie dlaczego? Bo mnie kocha! – dodał z dumą, uderzając się pięścią w pierś. – Mnie! Nikogo więcej! Tak powiedziała! Że nieważne, że po przejściach jestem, bo jak się kogoś kocha, to się go nie wstydzi, więc od razu rodzinie mnie przedstawi. Ach, mój aniołek… cudo moje! – wywrócił oczami, wywołując kolejną falę wesołości zebranego towarzystwa. – Drugiej takiej nie ma na świecie! Przyprowadzę ją tu kiedyś, to sami zobaczycie! Tylko o tym, co kiedyś gadałem, to przed nią ani mru-mru, okej? – zastrzegł z powagą, na co dziewczyny, dusząc się ze śmiechu, pokiwały głowami. – Bo ja wtedy gadałem jak potłuczony, głupi byłem, że ech… co ja o życiu wiedziałem?! Dopiero ona mnie wszystkiego nauczyła! Moja Kasieńka, moja różyczka, sarenka… moje słoneczko kochane!
– Nic jej nie powiemy! – zapewniła go wesoło Ola. – Ale musisz obiecać, że przyprowadzisz ją do nas jak najszybciej!
– Właśnie! – zawtórowała jej Wiktoria. – Koniecznie musimy ją poznać, inaczej skręci nas z ciekawości!
Wesoła pogawędka trwała w najlepsze, podczas gdy Iza czekała cierpliwie, chcąc zamienić z Kacprem na osobności kilka słów na temat obiecanego rozliczenia za jedzenie, które ów od półtora tygodnia pobierał z kuchni Anabelli. Ponadto miała zamiar zapytać o zdrowie pana Stanisława, gdyż ostatnio nie miała ani chwili czasu, aby zajrzeć na Narutowicza, a do tego doszła intrygująca sprawa Kasieńki, którą sama też bardzo chętnie by poznała – i to najlepiej nie przelotnie w pracy, ale w jakichś spokojniejszych warunkach.
Tymczasem w półmrocznym tle sali, w okolicach wejścia, rozegrały się dwie krótkie sceny, które, choć Iza stała daleko, nie umknęły jej czujnemu oku. Pierwszą z nich była konspiracyjna rozmowa Klaudii i Chudego, który, korzystając z zamieszania wywołanego przez Kacpra, za pośrednictwem Zuzi zawezwał koleżankę na stronę i z poważną miną przekazywał jej jakieś informacje, najwyraźniej niezbyt dobre, bo rozbawiona mina Klaudii w mgnieniu oka zniknęła bez śladu, ustępując miejsca poirytowaniu, wręcz wzburzeniu. Po kilku minutach rozmowy, kiedy mówił głównie Chudy, a Klaudia słuchała zmrożona, tylko od czasu do czasu zadając mu jakieś pytanie, ochroniarz wskazał ruchem głowy drzwi i oboje szybkim krokiem ruszyli w tamtą stronę, opuszczając lokal.
Obserwująca ich z mieszaniną zdziwienia i niepokoju, pewna jednak, że oboje znają swoje obowiązki, więc koleżanka za chwilę wróci na stanowisko pracy, Iza odprowadziła ich wzrokiem aż do wyjścia, gdzie rozgrywała się druga przyciągająca uwagę scena. Była to konfrontacja Toma i Darii, która dziś wyjątkowo przyszła bez swoich koleżanek i z miejsca zaczepiła zaskoczonego ochroniarza, wdając się z nim w otwartą rozmowę. Choć widok ten był bardzo intrygujący, Iza nie zdążyła nic wywnioskować z miny Toma, gdyż w międzyczasie przysłuchujące się monologowi Kacpra kelnerki rozeszły się, kręcąc ze śmiechem głowami, a on sam podszedł do niej i chwycił ją pod łokieć.
– Iza, muszę koniecznie z tobą pogadać! – oznajmił jej stanowczo. – O tej kasie za żarcie, ale nie tylko. Masz dwie minuty?
– Mam – skinęła głową, taksując kontrolnym wzrokiem salę, na której wszystkie koleżanki wróciły już do obsługi stolików. – Chodźmy do kuchni, akurat mam sprawę do dziewczyn, a ty weźmiesz sobie to jedzenie, widziałam, że Dorcia już je dla was przygotowała. A jeśli chodzi o Kasieńkę, to… no, no! – mrugnęła do niego porozumiewawczo, kiedy weszli w korytarz zaplecza. – Moje gratulacje! Czyli jednak się odważyłeś?
Twarz Kacpra, jak zawsze, gdy była mowa o Kasi, w ułamku sekundy oblekła się wyrazem wzruszenia i błogości.
– No! – skinął głową z satysfakcją. – Odważyłem się i nie żałuję! Tak się czuję, że mówię ci, normalnie jakbym na jakichś skrzydłach fruwał! Jutro idę do pierdla na widzenie z Jaśkiem, to mu się pochwalę, a przy okazji poczekam na Kasię i odprowadzę ją po robocie… ach! – wzniósł oczy ku sufitowi. – Raj! Żyć, nie umierać!
Iza roześmiała się, wprowadzając go do kuchni, gdzie powitał ich radosny okrzyk kucharek, wszystkie bowiem, łącznie z panią Wiesią, zdążyły już polubić tego sympatycznego gościa, który trzy razy w tygodniu zaglądał do nich po zamówione porcje jedzenia. Przejąwszy z rąk Elizy przygotowaną paczkę, Kacper również im nie omieszkał się pochwalić swoim sercowym sukcesem, a następnie, odpowiadając na pytanie Izy, zapewnił, że stryj ma się dobrze i chętnie już by ją zobaczył.
– Jakbyś wpadła do nas w następną niedzielę, to byłoby super – powiedział, kiedy wyszli już z kuchni i zatrzymali się w korytarzu. – Bo w tym tygodniu to ja idę na obiad do Kasi i powiem ci, że w sumie trochę się stresuję. No bo kto wie, jak odbiorą mnie jej starzy, nie? – westchnął, poważniejąc. – Po wyroku, kurde, jestem, a to się zawsze źle kojarzy. Roboty też dalej nie znalazłem, wiadomo dlaczego…
– Nic nie znalazłeś? – zerknęła na niego Iza. – Nic a nic?
– No… u jednego gościa mam coś tylko na godziny porobić – machnął ręką z rezygnacją. – Od poniedziałku weźmie mnie na próbę, ale z góry zapowiedział, że dopóki mnie nie sprawdzi, to o pełnym zatrudnieniu mowy nie ma. Więc za grosze będzie się robiło… No ale co tam, na początek dobre i to, ja tam narzekał nie będę. Kasy mi na razie nie brakuje, ważne, żeby gdzieś się zahaczyć, a jeszcze mu pokażę, że człowiek honoru jestem! A właśnie, Iza – przypomniał sobie, zerkając na trzymaną w ręce paczkę z jedzeniem. – Mów, co z tym rozliczeniem za żarcie? Już drugi tydzień od was biorę, a nikt mi jeszcze złotówki nie policzył. Mówiłaś, że coś wymyślisz, a tu ciągle…
– To już załatwione – przerwała mu Iza. – Właśnie wczoraj rozmawiałam o tym z szefem i on powiedział, że ma pomysł, ale sam chce z tobą ustalić warunki. Dlatego powiedz mi, kiedy miałbyś czas, żeby się z nim…
– O, Kacper! – rozległ się za nimi wesoły głos Majka, który właśnie wpadł na zaplecze od strony kuchni, niosąc w ręce teczkę z dokumentami. – Ha! Cześć, frajerze! Łapa!
Kacper, który również ucieszył się na jego widok, z szacunkiem podał mu rękę. Majk, zerknąwszy porozumiewawczo na Izę, która przyglądała im się z uśmiechem, serdecznym gestem uścisnął mu dłoń, a drugą ręką poklepał go przyjaźnie po ramieniu.
– No, co tam u ciebie, młody? – rzucił ciepło. – Nic się nie zmieniłeś, taki sam frajer jak zawsze! Jak się czujesz na wolności?
– Super! – zapewnił go Kacper. – Jak w raju! I przy okazji chciałem szefowi podziękować, bo Iza mówiła, że to dzięki szefowi pan mecenas Lewicki zajął się moją sprawą. A gdyby nie on, to bym tam pewnie posiedział jeszcze drugie tyle!
– Niewykluczone – zgodził się pogodnie Majk. – Ale skoro to pan mecenas tak pięknie cię z tego wykaraskał, to dziękuj na kolanach panu mecenasowi, ja tu nie mam nic do rzeczy. Słyszałem, że wylądowaliście ze stryjem na męskim gospodarstwie i teraz żarciówkę od nas bierzesz, co? – mrugnął do niego wesoło. – I jak, smakuje wam?
– Pycha! – odparł skwapliwie Kacper. – Tylko właśnie chciałem się umówić co do rozliczenia, bo ja człowiek honoru jestem, a Iza mówiła, że szef…
– Dobra, chodź ze mną, pogadamy – odparł stanowczo Majk, wskazując mu drzwi od gabinetu w głębi korytarza. – Iza, do ciebie też mam ważną sprawę, nawet dwie, ale to później, najpierw załatwię z Kacprem. Na sali wszystko okej?
– Tak, szefie – skinęła głową z uśmiechem, w duchu uszczęśliwiona jego wesołym, pełnym energii tonem, który w ostatnich tygodniach wybrzmiewał dość rzadko. – Faktury też ogarnięte i zrobiłam zamówienie na piwo, dostawa jutro przed trzynastą.
– Très bien, Mademoiselle – odparł z wystudiowanym francuskim akcentem Majk, na co Iza zaśmiała się z aprobatą, podnosząc w górę kciuk, po czym zwrócił się z powrotem do Kacpra i popchnął go lekko w stronę gabinetu. – No już, idziemy, młody. Mam dla ciebie pięć minut, góra dziesięć, więc nie traćmy czasu. Załatwimy to po męsku.
***
– Ej, słyszałaś newsa? – zaczepiła ją poufnym tonem Wiktoria, kiedy Iza weszła za ladę baru, by pobrać z półki jedną z czystych tac. – O Tomku i Darii?
– Nie, nic nie słyszałam! – aż podskoczyła, z zaniepokojeniem zerkając w głąb ciemnej, przygotowanej już pod dyskotekę sali. – Widziałam ich tylko, jak gadali przy drzwiach, ale żadne newsy jeszcze do mnie nie dotarły. A co?
– Wrócili do siebie! – oznajmiła z satysfakcją Wiktoria, ustawiając na blacie kufle do piwa i szkło do drinków. – Dziewczyny przed chwilą miały niezłe widowisko, bo takie buziaki tam po kątach szły, że uuu… Chyba tylko ty byłaś w tym lepsza! – zażartowała, puszczając do niej wesołe oko. – Mam na myśli wtedy pod bluszczem, z tym twoim tajemniczym blondasem, którego nota bene ciągle jeszcze nam nie przedstawiłaś!
Iza uśmiechnęła się tylko i wzruszyła lekko ramionami, wciąż usiłując wypatrzyć w ciemnościach postawną sylwetkę Toma. Na sali jednak było teraz zbyt ciemno, a światła przy barze zbyt jasne, by dostrzeć cokolwiek z tej odległości.
– Dobra, to idę tam na zwiady – powiedziała wesoło, ignorując temat Michała, który Wiktoria w ostatnich tygodniach już nie pierwszy raz próbowała wszcząć, zawsze jednak bez powodzenia. – Kto ma teraz sektor B?
– Zuzia i Patrycja – odparła neutralnym tonem barmanka. – A co do Toma i Darii, to przed chwilą migdalili się tam w kącie, koło Antka – ruchem głowy wskazała ciemną przestrzeń w okolicach parkietu. – Tylko nie spłosz ich tam! To by była zbrodnia!
– Jasne! – zaśmiała się Iza. – Nie bój się, popatrzę tylko z daleka!
Kiedy jednak ruszyła już przez salę, uśmiech na jej wargach zbladł i ustąpił miejsca wyrazowi lekkiej irytacji, bowiem powrót Darii, choć Tom niewątpliwie właśnie o tym marzył, jej bynajmniej się nie podobał.
„Ale to przecież nie moja sprawa” – pomyślała, zerkając w stronę sektora D, gdzie pracowała już normalnie Klaudia w towarzystwie Gosi. – „O, Klaudzia już wróciła na stanowisko, to super… Mam tylko nadzieję, że Tomek nie dostanie po głowie po raz drugi. Tak czy inaczej z sercem się nie dyskutuje, a ja będę trzymać za niego kciuki bez względu na wszystko. Co prawda ta Daria jest dziwna, jakaś taka niezrównoważona… no, ale może przesadzam? Może po prostu się do niej uprzedziłam? A z drugiej strony jakoś nie mam w tej sprawie dobrych przeczuć…”
W pamięci mimowolnie wyświetliła jej się wychudzona twarz Krawczyka, a w uszach zabrzmiał jego głos. Chcę poznać hipotezę klątwy, pani Izo… Jednak po chwili na jego rysy stopniowo nałożyły się inne – rysy śniadej twarzy „cyganki” o oczach czarnych jak węgiel, których barwa też powoli zaczęła blednąć, aż przybrała stalowoszary odcień oczu Majka. Był w nich ten sam smutek, który ostatnio obserwowała u niego regularnie, a igrające w nich srebrzyste księżycowe światło zdawała się przysłaniać brudna, gęsta mgła… Wzdrygnęła się, czym prędzej odganiając od siebie to skojarzenie, które w kontekście słowa klątwa było dziwnie nieprzyjemne. A jeśli nad Anabellą naprawdę wisiała klątwa niespełnionej miłości jej założyciela? Czy w takim razie Tom, dopóki był tu zatrudniony, mógł liczyć na szczęście z Darią?
„Bzdura, absurd, wytwór mojego chorego umysłu!” – zrugała się w myśli, kierując kroki ku stolikom przy samym wejściu, by zebrać od zasiadających tam klientów zamówienia, i jednocześnie rozglądając się za Tomem i Darią. – „Jaka klątwa, Iza, w co ty się znowu wkręcasz?… No i gdzie ten Tomek i Daria? Hmm, ewidentnie tu ich nie ma… czyżby wyszli na zewnątrz?”
W istocie poszukiwanej pary nigdzie nie było, zaś na stanowisku Toma przy drzwiach krążył Jacek, który pół godziny wcześniej skończył już swoją zmianę. Uznawszy zatem, że obaj mężczyźni z uwagi na okoliczności ustalili koleżeńskie zastępstwo, Iza standardowo przyjęła zamówienia i wróciła do baru, przy którym klientów obsługiwała Kamila, zaś wyraźnie wzburzona Klaudia rozmawiała na boku z Wiktorią.
– Opowiem wam wszystko, jak spotkamy się u mnie – zaznaczyła, po czym obie aż podskoczyły na widok nadciągającej koleżanki. – O, właśnie, Iza, pilna sprawa! Dałoby się ogarnąć nam grafik na wolną sobotę?
– Na tę najbliższą – zaznaczyła podekscytowana Wiktoria. – Klaudia zaprasza nas do siebie na babskie pogaduszki! Pamiętasz? Umawiałyście się już wstępnie z Gosią i Lidzią, a ja i Ola dołączamy obowiązkowo. Nie ma opcji, żeby taka impreza odbyła się bez nas!
– Aha, pamiętam – pokiwała głową Iza, zerkając na Klaudię, która nerwowym gestem poprawiała sobie włosy. – Czekałam tylko na sygnał. Mówicie, że najbliższa sobota? I tylko my sześć?
– Na razie tylko my – potwierdziła Wiktoria, ściszając głos. – Więcej niż sześć Klaudia u siebie nie pomieści, a zależy nam, żeby spotkać się i pogadać na spokojnie, zwłaszcza że tu, zdaje się, jakaś sensacja wisi w powietrzu… To co, Izka? Ogarniesz nam to? Sobota wieczór, tak, żebyśmy wszystkie sześć po szesnastej były już wolne.
– Okej – zgodziła się chętnie Iza. – Jak będzie jakaś luźna chwila, zerkniemy razem na grafik i spróbujemy to zorganizować.
– Tylko nic nie mówmy innym, okej? – zastrzegła Klaudia. – Nie chcę potem pretensji, że kogoś nie zaprosiłam. Tajny zlot czarownic, jasne, Iza?
– Jasne – skinęła głową z powagą. – Powiedz tylko, co mamy przynieść na ten zlot, żeby czary się udały?
– Najlepiej jakiś porządny alkohol! – parsknęła śmiechem Wiktoria i natychmiast spoważniała, widząc wciąż pochmurną minę Klaudii. – No co, źle mówię?
– Dobrze – potwierdziła stanowczo ta ostatnia, wciąż bez cienia uśmiechu. – Przynieście jakieś jabole, mogą być podłe, byle w dużej ilości. Jeśli chodzi o mnie, mam ochotę urąbać się w trupa.
***
– Siadaj, elfiku, i słuchaj, bo mamy mało czasu – zapowiedział energicznie Majk, wskazując Izie kozetkę, na której posłusznie usiadła. – Mówiłem, że mam do ciebie dwie sprawy, ale teraz już de facto nazbierały się trzy, a jak tak dalej pójdzie, to do wieczora będzie ich z dziesięć i już w ogóle nie wyrobię się z zaległościami.
Przysunął sobie krzesło, ustawił naprzeciw kozetki i opadł na nie, bezwiednym ruchem dłoni przeciągając sobie po włosach. Iza z rozrzewnieniem obserwowała ten gest, choć na wierzchu starała się zachowywać w pełni skupioną minę profesjonalistki.
– Trzy? – powtórzyła, nie spuszczając z niego wzroku. – Ale dobre czy złe?
– Myślę, że dobre – uśmiechnął się z przekąsem. – Chociaż na dłuższą metę cholera wie, nie jestem prorokiem. Chodzi o kwestie organizacyjne – wyjaśnił rzeczowo. – Pierwsza rzecz, ta najświeższa, to Kacper. Dogadałem się z frajerem, trzeba będzie przygotować dla niego umowę.
– Ach… zatrudniasz go? – zdumiała się i jednocześnie ucieszyła Iza.
– Mhm. Na razie na pół etatu i na okres próbny, muszę go sprawdzić przez miesiąc, a potem zobaczymy. Podobno w budowlance ciężko mu znaleźć robotę, wyrok więzienia ciągnie się za nim jak wilczy list.
– Tak – pokiwała głową. – Już któryś raz mu odmówili, dostał tylko jakieś słabo płatne zlecenie na godziny. Pewnie jakby dłużej poszukał, to coś by znalazł, ale ten status osoby karanej jednak na nim ciąży.
– No właśnie. A u nas bardzo się przyda. Jak podpiszemy tę umowę z Sajkowskim, będę potrzebował przynajmniej jednego dodatkowego ochroniarza, Kacper będzie w sam raz.
– Dziękuję – szepnęła Iza.
Choć pomysł ten dawno już krążył jej po głowie, zwłaszcza gdy Kacper opowiadał jej o swych kolejnych porażkach w szukaniu pracy, nie śmiała prosić Majka o zatrudnienie go w Anabelli. Co prawda firma z każdym miesiącem potrzebowała więcej kadry, a Kacper idealnie nadawał się na ochroniarza, jednak Iza nie chciała ani nadużywać swojej pozycji, ani brać na siebie odpowiedzialności za tego bądź co bądź nie do końca obliczalnego chłopaka. Jednak skoro inicjatywa wyszła od Majka i on sam postanowił mu zaufać…
– Nie masz za co dziękować – wzruszył ramionami. – Nie robię tego dla ciebie, po prostu zatrudniam nowego pracownika, sama wiesz, jak teraz potrzebujemy rąk do pracy. Kacpra przynajmniej już trochę znam i dawno zdążyłem go polubić, to równy chłop, tylko trzeba go temperować na bieżąco. Już raz proponowałem mu dorywcze godziny, ale wtedy pracował za dobre pieniądze na budowie i nie był zainteresowany. Za to teraz, kiedy sytuacja się zmieniła, obaj możemy mieć z tego zysk. Fakt, że frajer jest po wyroku, ale to mi nie przeszkadza, chociaż ostrzegłem go, że jeśli odwinie jakikolwiek numer, to nasza idylliczna współpraca kończy się w jednym momencie.
– Jasne – zgodziła się skwapliwie Iza. – To podstawowy warunek, jaki trzeba mu postawić. Mam nadzieję, że on sam to rozumie i nie nadużyje twojego zaufania.
– Też mam taką nadzieję – pokiwał głową Majk. – Tak czy inaczej decyzja została podjęta. Umowa na miesiąc, standardowa stawka za okres próbny, zaczyna od poniedziałku.
– Tak jest. Jeszcze dzisiaj przygotuję dla niego papiery.
– Super, dzięki, Izula – zerknął na nią spod oka. – Przygotowanie umów chciałbym zachować na liście twoich obowiązków, robisz to genialnie, natomiast co do reszty, musimy koniecznie parę rzeczy zrewidować. Już zresztą podjąłem pierwsze działania w tej sprawie, liczę, że w ciągu dwóch tygodni powinno się udać to załatwić, trzeba tylko ustalić szczegóły. Ale to potem – zaznaczył, widząc jej zdziwione i lekko zaniepokojone spojrzenie. – Na razie musimy na szybko obgadać sprawę Koncertowej. Miałabyś jutro czas, żeby pojechać tam ze mną na inspekcję lokalu?
– Jutro? – zastanowiła się, skanując naprędce w głowie plan zajęć na uczelni. – Ale mniej więcej o której?
– Wszystko jedno, byle przed osiemnastą – odparł spokojnie. – Widziałem, że na jutro masz wpisaną zmianę dopiero od dwudziestej, więc to ci pewnie zaburza jakieś plany, ale sytuacja jest wyjątkowa. Strategiczny odbiór lokalu przed podpisaniem umowy, dobrze by było niczego nie przeoczyć. Oczywiście wiadomo, że mogę to zrobić sam – zaznaczył – jednak wolałbym, żebyś tam ze mną była.
– Będę – zgodziła się, natychmiast podejmując decyzję o rezygnacji z popołudniowego wykładu z historii cywilizacji francuskiej. – O piętnastej skończę zajęcia i będę do dyspozycji. Mam przyjechać do firmy?
– Nie, za duża strata czasu, to ja podjadę po ciebie na uczelnię – odparł szybko Majk. – Poczekaj na mnie na tyłach przy skwerku, okej? Zdążysz na piętnastą piętnaście?
– Tak jest, szefie – uśmiechnęła się. – Jak rozkaz, to rozkaz.
– Nie żaden rozkaz, tylko prośba – sprostował łagodnie. – Wiem, jaka jesteś teraz zaganiana, a ja jeszcze dowalam ci obowiązków. Obiecuję, że to się zmieni, ale jutro to jest naprawdę ważny moment dla firmy i zależy mi na obecności mojej prawej ręki.
– Oczywiście, Majk – odparła z powagą. – Twoja prawa ręka zamelduje się bez pudła na postarunku. Piętnasta piętnaście przy skwerku.
– Świetnie – uśmiechnął się. – Oczywiście odbierzesz sobie te nadgodziny w dowolnym czasie. Jutro możesz od razu skrócić nocną zmianę albo przerzucić to na inny dzień, jak tam ci pasuje.
– Aaa… owszem, chętnie! – podchwyciła, przypominając sobie prośbę Klaudii i Wiktorii. – Mogłabym wziąć to wolne w sobotę wieczorem? Mam ważne prywatne spotkanie – wyjaśniła z tajemniczym uśmiechem – i jeśli nie byłoby dla ciebie problemem przejąć wtedy kontrolę w firmie, to byłabym ci bardzo wdzięczna.
Majk, którego twarz na te słowa natychmiast spochmurniała, szybkim, nieco nerwowym ruchem sięgnął do kieszeni po telefon i aktywował wyświetlacz.
– Nie ma sprawy – odparł neutralnym tonem, przesuwając palcem po ekranie, by przejrzeć nagromadzone powiadomienia. – W sobotę będę na miejscu aż do zamknięcia, a ty masz wtedy wolne.
– Dziękuję – uśmiechnęła się.
– Musimy też omówić sprawy kadrowe – ciągnął, wciąż wpatrując się w ekran telefonu. – Na Koncertowej na początek ustalimy dyżury, ale chciałbym oddelegować tam na stałe przynajmniej jedną z dziewczyn, żeby przejęła kontrolę nad lokalem i dyrygowała pracą na miejscu. Kogo proponujesz?
– W sensie kierowniczki filli? – upewniła się Iza, przyglądając mu się z namysłem.
– Mhm. Ty oczywiście byłabyś w tym najlepsza – zaznaczył, wygaszając telefon i podnosząc na nią spokojny wzrok – ale masz już za dużo obowiązków, a poza tym jesteś mi potrzebna na Zamkowej. Dlatego chciałbym tam wysłać kogoś innego, oczywiście z odpowiednim dodatkiem do pensji, ale ze zwiększonym zakresem obowiązków. No, rzucaj kandydaturę, elfiku. Którą z dziewczyn byś rekomendowała?
– Hmm – zastanowiła się. – To musiałaby być któraś z najbardziej doświadczonych. Wika byłaby idealna, ale tutaj, bez niej na barze, byłoby nam ciężko.
– Nie, Wika zostaje na Zamkowej – zastrzegł stanowczo Majk. – To zaraz po tobie moja druga linia pomocy, razem z Antkiem i Chudym. Ci troje na pewno muszą zostać. Typuj kogoś innego. Może Klaudia albo Ola?
– Może – zawahała się. – Chociaż kiedyś gadałam z nimi i takie fuchy organizacyjne chyba średnio je interesują. Klaudia mówiła, że za nic w świecie nie chciałaby być na moim miejscu, bo lubi odbębnić swoje i spadać do domu, więc nie wiem… Ale może Lidia? – spojrzała na niego w natchnieniu. – O właśnie! Lidzia byłaby świetną kandydatką! Jest mega szybka i pracowita, świetnie zorganizowana i zmotywowana, zwłaszcza że przy dwojgu dzieci na nadmiar kasy nie narzeka. No i poza tym… Czekaj, momencik, coś sprawdzę! – poderwała się z miejsca.
Wyminąwszy nieco zdziwionego tym manewrem towarzysza, energicznym krokiem pośpieszyła do regału, skąd zdjęła klaser zawierający aktualne umowy o pracę, rozłożyła go na biurku i pochyliła się nad nim, szukając dokumentu dotyczącego Lidii. Jako że sama kiedyś przygotowywała jej umowę, w pamięci majaczył jej szczegół, który w tej sytuacji mógł mieć istotne znaczenie.
Majk, który został w tej samej pozycji na krześle, odwrócił się teraz bokiem w jej stronę i z poważną miną obserwował spod oka jej postać. Długie, równiutko uczesane włosy błyszczały w świetle lampki jak ciemna jedwabna tkanina… Kiedy, jedną ręką przerzucając kartki, drugą sięgnęła, by odgarnąć sobie z twarzy zawadzający kosmyk, drgnął lekko, zagryzł wargi i spuściwszy głowę, wpatrzył się w czubki swoich butów, między którymi na podłodze walał się niewielki zmięty papierek. Wyglądał jak jakiś stary, zgnieciony w kulkę paragon, który nie wiedzieć skąd znalazł się na zawsze wysprzątanej podłodze gabinetu. Może leżał na kozetce, zagubiony w fałdach patchworkowej kapy, a teraz, kiedy Iza poderwała się gwałtownie z miejsca, sfrunął z niej niesiony falą powietrza? Zupełnie jak tamto piórko, plume d’oiseau, w pogoni za którym tańczyła w promieniach słońca na tle wydętej wiatrem firanki…
– O jest! Dobrze myślałam! – zawołała triumfalnie Iza, szybkim gestem wypinając znaleziony dokument z klasera i podchodząc z nim do Majka, który natychmiast podniósł głowę, przybierając neutralną minę. – Proszę bardzo, umowa Lidii. Zobacz, gdzie ona mieszka!
Posłusznie zerknął na wskazywane prze nią palcem miejsce w umowie.
– Paderewskiego – przeczytał powoli na głos i oboje spojrzeli na siebie znacząco.
– Aha! To przecież tuż obok! – podchwyciła z zapałem, opadając z powrotem na kozetkę i z rozmachem odkładając klaser na bok. – Miałaby nie tylko wyższą pensję, ale też blisko do pracy! Oczywiście zrobisz, jak zechcesz, szefie – zaznaczyła, widząc jego nieprzekonaną minę. – Ale ja osobiście rekomenduję Lidię.
– Hmm – mruknął Majk, powolnym gestem chowając telefon do kieszeni. – Musiałbym się zastanowić… Szczerze mówiąc, zaskoczyłaś mnie, bo o Lidii w ogóle nie pomyślałem, ale nie wykluczam, że to jest całkiem niezły pomysł. Wezmę go pod uwagę – skinął głową. – I na dniach podejmę decyzję, tylko muszę się z tym przespać. To mimo wszystko dość strategiczny ruch. Na razie nic nikomu nie mów, okej? Zwłaszcza Lidii.
– Jasne, szefie – uśmiechnęła się. – Nie pisnę ani słówka. To kiedy planujesz podpisać cyrograf z Sajkowskim?
– W przyszłym tygodniu – odparł rzeczowo. – Dlatego tak nalegam, żebyś jutro pojechała ze mną na tę wizję lokalną. Umowa nominalnie będzie od listopada, ale musimy się przygotować do wjazdu, przede wszystki ogarnąć papiery, a potem zrobić tam mały lifting. Oceniam, że realnie można by uruchomić lokal od Nowego Roku. Wcześniej nie zdążymy, ale to i tak będzie zawrotne tempo.
– Do takiego jesteśmy przyzwyczajeni – pokiwała głową z żartobliwym przekąsem. – Wręcz mamy to we krwi.
– Prawda – odwzajemnił jej nieco blady uśmiech. – A teraz zachrzan będzie w podwójnym trybie turbo. Akurat dla mnie to idealna sytuacja, wręcz o to walczę, żeby nie mieć za dużo czasu na myślenie, ale postaram się w miarę możliwości nie wkręcać w to innych. To ja jestem tu szefem frajerem i ja mam zapieprzać do nieprzytomności, reszta ma swoje zakresy obowiązków określone w umowach, a ja muszę je respektować.
Iza, która natychmiast spoważniała na wzmiankę o „czasie na myślenie”, przyglądała mu się ukradkiem z nieprzyjemnie ściśniętym sercem.
„Biedaku” – pomyślała smutno, przepełniona nagłym pragnieniem wsunięcia dłoni w jego włosy i przejęcia na siebie tą drogą choć odrobiny duchowego ciężaru, jaki wciąż musiał go przytłaczać. – „Tak bardzo chciałabym ci pomóc…”
Nie śmiała jednak proponować mu kolejnej sesji przyjacielskiej terapii, o której on – choć obiecał jej, że wkrótce znajdą wolne pasmo na rozmowę, by nadrobić kilkutygodniowe zaległości – w ostatnich dniach nie tylko nie wspominał, ale wręcz zdawał się unikać tego tematu jak ognia. Widocznie na ten moment możliwości wsparcia w trybie terapii były dla niego wyczerpane i żadna, nawet najszczersza rozmowa nie mogła przynieść mu ulgi. Znów musiał metodycznie poradzić sobie z tym sam, a ona mogła tylko czekać, aż znów będzie jej potrzebował.
Ta bezsilność i poczucie związanych rąk z jednej strony sprawiały jej przykrość, ale z drugiej rozumiała Majka doskonale, jako że sama też dopiero od niedawna była względnie gotowa, żeby opowiedzieć mu o swoim życiowym zwrocie akcji z Michałem. Wcześniej trudno jej było rozmawiać o tym z kimkolwiek, zwłaszcza z nim… Dopiero teraz, kiedy sytuacja była już opanowana, a świeżo odkryta miłość skrzętnie ukryta na dnie serca i przysłoniona maską zawodowej rutyny, chętnie zwierzyłaby mu się z tego, przez co przeszła w ostatnich tygodniach. Tak… jednak wobec jego wciąż trwającego kryzysu psychicznego temat Michała i wszystkiego, co dotyczyło jej osoby, był mniej ważny, właściwie zupełnie nieistotny. Najbardziej liczyło się to, żeby jakoś pomóc jemu. Tylko jak?
– Nie zgadzam się, żebyś zapieprzał do nieprzytomności – zaprotestowała łagodnie. – Nie zapominaj, że jesteś świeżo po chorobie i nie masz jeszcze swojej normalnej odporności. Tak czy inaczej na mnie możesz liczyć – zapewniła go, wyciągając dłoń i kładąc ją na chwilę na jego przedramieniu. – Pomogę ci we wszystkim. Jakoś się zorganizuję i ogarnę sprawy na uczelni tak, żeby nie kolidowały mi z obowiązkami tutaj. Nie muszę być przecież na wszystkich zajęciach, ani mieć mega ocen, wystarczy zaliczyć semestr.
– Nie, Izula – pokręcił głową Majk, wpatrując się melancholijnie w jej dłoń. – Jesteś studentką i w tym roku masz do napisania pracę licencjacką, musisz się na tym skupić. Byłbym ostatnim łajdakiem, gdybym w takim momencie zagarniał dla firmy cały twój czas, wiedząc, że robisz to kosztem studiów, a nieraz nawet snu. Nie ma mowy – podkreślił stanowczo, podnosząc na nią wzrok. – Sumienie by mnie zeżarło. W przeciwieństwie do pana Sebastiana jeszcze je posiadam i nie mogę sobie pozwolić na to, żeby gryzło mnie po nocach. Dlatego, jak już wspomniałem, muszę przynajmniej czasowo zluzować cię w obowiązkach i niektóre z nich przejąć na siebie.
– Absolutnie! – zaoponowała, cofając dłoń i patrząc na niego z wyrzutem. – Nigdy nie zgodzę się na to, żebyś przy takim nagromadzeniu własnych obowiązków brał na siebie jeszcze moje! Tym bardziej że przecież płacisz mi solidnie za ich wykonywanie.
– Za to, co wykonujesz ekstra, powinienem płacić ci dwa razy więcej – zauważył spokojnie Majk. – I chętnie bym zapłacił, ale pieniądze to tylko pieniądze, a liczą się też inne rzeczy. Nie rób takich min, bo naprawdę nie żartuję, Iza. Masz teraz wyjątkowo intensywny moment w życiu, musisz skupić się na swoim rozwoju, a ja nie chcę go w żaden sposób ograniczać. Już teraz czuję się jak ostatni wyzyskiwacz, kiedy jutro zaraz po zajęciach muszę zgarnąć cię na tę Koncertową, mimo że planowo do dwudziestej miałaś mieć wolne. I to nie jest pierwszy raz. Myślisz, że tego nie widzę? Ciągle zmieniasz przeze mnie plany, dostosowujesz się i odpieprzasz nadmiarową robotę, której nikt inny albo nie chce, albo nie umie się podjąć. Jestem ci za to ogromnie wdzięczny, jednak tak dalej być nie może.
– Ale…
– Nie ma żadnego „ale”, skarbie. Podjąłem już decyzję i nie wycofam się z niej. Od listopada aż do obrony dyplomu zakres twoich obowiązków w mojej firmie ograniczy się tylko do tych najważniejszych. Resztę czasu masz poświęcić na swoje sprawy na uczelni.
– Ale… jak to? – szepnęła zaskoczona.
– Po prostu – uśmiechnął się lekko. – W pierwszej kolejności dostaniesz mniej godzin fizycznej pracy na sali jako kelnerka, nie więcej niż trzy do maksymalnie czterech dziennie, a reszta twojego etatu to będzie praca nadzorcza i papierkowa. Z papierkowej zostawię ci to, co teraz robisz najlepiej, czyli rozliczenia nadgodzin, wykazy zasług do premii dla pracowników i dalsze przygotowywanie umów, również tych na Koncertową. Właściwie wszystko oprócz wynagrodzeń, którymi nadal będę zajmował się osobiście, oraz faktur i podatków, którymi od listopada zajmie się ktoś inny. Do tego organizacja pracy pod moją nieobecność, no i ten comiesięczny Dzień Francuski… Chyba trochę zbyt lekkomyślnie dowaliłem ci jeszcze to – westchnął – a ty jako wzorowy pracownik, zamiast wybić mi to z głowy, grzecznie wzięłaś na siebie kolejny nadmiarowy obowiązek. Widzisz, jaki kretyn z tego twojego szefa? – uśmiechnął się smutno. – I niestety z tego w moim wieku już się nie wyrasta. No, ale trudno, plakaty rozwieszone, więc teraz już się z tej francuskiej imprezy nie wycofamy, a nikt nie zajmie się tym lepiej niż ty.
– Zwłaszcza że nikomu innemu na to nie pozwolę – zaznaczyła z nutą urazy Iza. – To moje sztandarowe zadanie, nie wyobrażam sobie, żebyś mi je odebrał!
– Nie odbiorę – zapewnił ją ciepło. – Będziesz ikoną imprezy, o to się nie bój. Odbieram ci tylko część godzin przy fizycznej obsłudze klientów na sali oraz ogarnianie faktur i podatków. Przez organizację Dnia Francuskiego i inne awaryjne zadania to się i tak wyrówna z nawiązką, więc warunki płacowe zostają te same. Właściwie chodzi nie tyle o jakieś głębokie zmiany, co o rozsądne przeorganizowanie zakresu twoich obowiązków – uściślił rzeczowo. – Po prostu nie chcę, żebyś przychodziła mi do pracy przemęczona i ledwo wyrabiała na zakrętach, rozumiemy się? Wypoczęty pracownik to wydajny pracownik, więc i ja mam w tym swój konkretny interes.
– No dobrze – uśmiechnęła się uspokojona, w duchu wdzięczna mu za takie postawienie sprawy. – Skoro szef tak każe, to co ja mogę mieć do gadania? Muszę się podporządkować. A kto będzie zajmował się fakturami i podatkami? – zaciekawiła się. – Ktoś od nas?
– Nie – pokręcił głową. – U nas przecież nikt poza mną i tobą na tym się nie zna. Wynajmę fachowca z zewnątrz, już gadałem o tym z Justyną. Ona od lat pracuje w różnych placówkach i ma znajomości wśród księgowych, obiecała, że rozejrzy się za kimś godnym polecenia.
– Aha, okej… W sumie dobry pomysł – przyznała. – Zwłaszcza teraz, kiedy firma się rozrasta i trzeba będzie obsługiwać dwa lokale.
– Mhm. Już dawno powinienem był pomyśleć o pełnym etacie dla księgowej, więc niewykluczone, że z tą osobą od Justyny nawiążemy na dłuższą metę stałą współpracę. Oczywiście jeśli się sprawdzi – zaznaczył. – Będzie mieć na to pół roku, bo tyle zakontraktuję na początek, a potem zobaczymy. No, ale teraz już koniec narady, wracamy do roboty! – dodał energicznie, podnosząc się z krzesła i odstawiając je z hałasem pod ścianę. – Szczegóły dogadamy jutro.
– Tak jest, szefie – odparła automatycznie, również podrywając się z miejsca.
– A na koniec jeszcze tylko minutka doładowania baterii – dodał innym tonem Majk, zastawiając jej drogę i wyciągając ku niej ramiona, w które natychmiast wtuliła się z radością. – O tak… Mały zastrzyk energii dla szefa frajera, żeby jakoś dożył do końca tej zmiany.
Pokiwała głową z uśmiechem. Objąwszy go jak zawsze wpół, przylgnęła w milczeniu policzkiem do jego ciepłej, delikatnie pachnącej wodą kolońską piersi, całą sobą chłonąc jego życiodajną bliskość. Tak bardzo go kochała! Tak bardzo – i tak zwyczajnie. Dziś bez zmysłowych uniesień i słodkich dreszczyków, na które chyba była zbyt zmęczona, ale tak po prostu… w sposób tak naturalny i oczywisty, jakby był dla niej nie tyle obiektem romantycznych westchnień co powietrzem do oddychania i chlebem powszednim, którego każdy okruch daje siłę, by wytrzymać kolejny dzień. Czy trzeba jej było czegoś więcej? Nie. W tej krótkiej chwili przyjacielskiego doładowania kosmicznej energii, mając świadomość, że on też jej potrzebował, czując przy sobie ciepło jego ciała i jego oddech we włosach, była w pełni nasycona i szczęśliwa.
„Istnieję dla ciebie tylko jako przyjaciółka, terapeutka i współpracowniczka” – myślała leniwie, przymykając oczy, by w pełnym skupieniu móc wdychać jego zapach. – „Jako kobieta jestem dla ciebie powietrzem, abstraktem, bytem niemożliwym. Ale czy to ważne? Wystarczy mi to, co mam, bylebyś ty wreszcie się pozbierał i odzyskał jako taki spokój. Będziemy walczyć o to razem, kochanie… obiecuję ci to…”
Minuta już chyba upłynęła, może nawet dwie… albo i trzy. Nawet gdyby w stu procentach skupiła uwagę, nie umiałaby ich policzyć, bowiem przy nim czas płynął zupełnie inaczej. Gdyby tak można było go zatrzymać! Zatrzymać na wieczność ten moment jego bliskości… zatrzymać go chociaż w pamięci, dołożyć kolejny skarb do swej kolekcji najpiękniejszych wspomnień…
– Pamiętam o rozmowie – odezwał się cicho Majk, powoli rozluźniając uścisk ramion.
Iza natychmiast rozwarła powieki i przybrawszy neutralną minę, posłusznie odsunęła się od niego.
– O rozmowie? – powtórzyła z głupia frant.
– Mhm, o tej naszej zaległej – wyjaśnił spokojnie, znów wyjmując z kieszeni telefon i aktywując wyświetlacz. – Miałaś mi opowiedzieć w trybie terapii o swoich ostatnich życiowych rewolucjach.
– Tak – szepnęła.
– Oczywiście domyślam się mniej więcej, czego dotyczą, a ponieważ to są sprawy dużego kalibru, trzeba nam będzie na to kilku spokojnych godzin, kiedy nikt nie będzie nam przeszkadzał. Tymczasem teraz, jak oboje wiemy, jest taki zapieprz, że ciężko wykroić nawet pół godziny.
– Jasna sprawa – zgodziła się skwapliwie. – To nic pilnego, Majk, naprawdę. Sytuacja u mnie jest na tyle stabilna, że rozmowa na ten temat to nie zając, może poczekać na jakąś dogodniejszą okazję. Na przykład na tę naszą zaległą parapetówkę na Bernardyńskiej – mrugnęła do niego znacząco.
– Okej – uśmiechnął się leciutko, chowając telefon. – O tym też pamiętam. Wszystko nadrobimy, Izula, niech tylko odrobinę przejaśni się na horyzoncie.
– Tak jest, na razie się tym nie przejmujmy – podchwyciła energicznie. – Czas nie jest z gumy, każdy z nas ma teraz milion obowiązków, więc w pierwszej kolejności trzeba rozładować te piętrzące się wagony – uśmiechnęła się. – To co, szefie? Biegniemy na salę ogarnąć chociaż jeden?
Na spiętej dotąd twarzy Majka odmalowała się ulga, przywracając mu uśmiech i względną żywotność gestów.
– Biegniemy – skinął głową. – Po takim doładowaniu energii mogę ogarnąć nawet dwa! Dziękuję ci, elfiku. Passez, s’il vous plaît*… – dodał żartobliwie, zamaszystym gestem otwierając przed nią drzwi na korytarz. – Hmm? Dobrze powiedziałem?
– Parfait, mon chef! – zapewniła go wesoło, ruszając przodem przez korytarz zaplecza i w duchu zastanawiając się, czy to nagłe przejście na francuski było u niego dobrym znakiem czy jednak tylko kolejną zgrywą w celu odwrócenia jej uwagi od ciężaru, jaki nadal nosił w głębi duszy.
_____________________________________________________________________
* Passez, s’il vous plaît (fr. ) – Proszę, niech pani przejdzie.