Anabella – Rozdział LVI
Iza, błagam, musimy się spotkać! Mogłabyś przyjechać do mnie jutro na trzynastą? Bardzo mi zależy. Lodzia. Treść smsa, który przyszedł w środowy wieczór, zaalarmował i zaniepokoił Izę swym dramatycznym tonem, zupełnie niepodobnym do standardowego stylu smsów, jakie w przeszłości dostawała od Lodzi. W tej krótkiej wiadomości wyczuła tak silny ładunek emocji, że choć nazajutrz miała już z góry zaplanowaną każdą minutę, uznała, że w awaryjnej sytuacji nie ma takich planów, których nie można by zmodyfikować, i bez wahania odpisała: Oczywiście, Lodziu. Będę u ciebie jutro o trzynastej. Iza.
„Po zajęciach miałam wracać do domu, żeby ugotować obiad na dwa dni, bo w piątek nie zdążę” – kalkulowała, odkładając telefon na biurko. – „Ale zerwę się z literatury i pojadę prosto do niej. A to znaczy, że gotowaniem muszę zająć się jeszcze dziś. Referat załatwię w przyszłym tygodniu… Kosicki chyba mnie ukatrupi, a o czwórce na semestr mogę zapomnieć, ale trudno, olać. W końcu w życiu są ważniejsze sprawy niż czwórka z literatury…”
Ta ostatnia myśl wiązała się z trwającą na uczelni styczniową gorączką zaliczeniowo-egzaminacyjną, kończył się już bowiem semestr zimowy i przez zajęcia przetaczała się fala sprawdzianów. O ile te związane ze znajomością języka francuskiego Iza bez przygotowania zaliczała na najwyższe oceny, o tyle jej zmorą były przedmioty, na których należało opanować konkretną wiedzę, gdyż, zważywszy na ogrom obowiązków, jakie w tym roku akademickim wzięła na swoje barki, na naukę pozostawało jej niewiele czasu.
Jej największym wyrzutem sumienia była literatura francuska, którą na koniec pierwszego roku zdała z wielkim trudem, obiecując wykładowcy, że w kolejnym semestrze będzie bardziej przykładać się do nauki. Niestety, ze względu na jej napięty do granic wytrzymałości harmonogram obowiązków pozauczelnianych, jak dotąd niewiele wyszło z tej obietnicy i na koniec semestru szykowała jej się zaledwie trójka, co napełniało ją wstydem i wielkim niezadowoleniem z samej siebie. Uparła się zatem, że w styczniu w końcu weźmie się porządnie za literaturę i zamysł ten realizowała konsekwentnie od kilku dni, w każdej wolnej chwili tonąc w książkach z opracowaniami lektur, które piętrzyły się na jej biurku niczym Himalaje. I oto, kiedy wreszcie zdołała przygotować skomplikowany i ambitny referat, dzięki któremu nazajutrz miała poprawić swe marne oceny, znów pojawiła się komplikacja… Jak jednak miała odmówić Lodzi, gdy ta pilnie potrzebowała się z nią zobaczyć?
„Mam nadzieję, że to nic bardzo złego” – myślała z niepokojem, jadąc w czwartek autobusem do niej do domu. – „Oby tylko psychol znów nie narozrabiał! A jeśli jednak nie odpuścił i dalej ją gnębi? Obawiam się, że właśnie o to chodzi, bo w jakiej innej sprawie Lodzia chciałaby się spotkać akurat ze mną? Nie widziałam jej od miesiąca, więc kto wie, co on od tamtej pory zdążył naodwalać… Bogu dzięki, że przynajmniej Majk zerwał z nim umowę, im mniej kontaktów i zobowiązań względem niego, tym lepiej…”
Nim Lodzia otworzyła jej drzwi, Iza usłyszała dobiegający zza nich płacz dziecka i przypomniała sobie o tym, co mówiła Nina. Czyżby mały Edzio był chory? Niepokój ścisnął jej serce, a wzrósł jeszcze mocniej, kiedy zobaczyła przed sobą bladą twarz Lodzi z przygaszonymi, podkrążonymi oczami, która stanęła w progu, kołysząc na rękach marudzącego synka. Iza od razu zauważyła, że bardzo urósł od ostatniego czasu, kiedy go widziała, jednak w następnej chwili całą swoją uwagę skupiła na Lodzi, gdyż zmiana na niekorzyść, jaka zaszła w niej od grudnia, aż biła po oczach.
– Wejdź, Izunia – zaprosiła ją cichym, smutnym głosem. – Ciii… Edi, kochanie… nie płacz już, skarbie… Zamkniesz drzwi, Iza? Dzięki. Ściągnij sobie płaszcz i poczekaj chwilkę, dobrze? Spróbuję położyć go spać.
Iza posłusznie wykonała jej polecenia, po czym, rozebrana już z płaszcza i butów, wstąpiła na chwilę do łazienki, by umyć ręce. Wróciwszy do błękitnego przedpokoju, przystanęła na środku i nasłuchiwała dobiegającego z sypialni płaczu dziecka, który teraz wzmógł się jeszcze bardziej. Uznając, że może będzie mogła do czegoś się przydać, ostrożnie zajrzała przez drzwi i obserwowała, jak zrezygnowana Lodzia z powrotem wyciąga chłopca z łóżeczka, w którym odmówił leżenia, i przytula go do siebie, by go uspokoić. W gestach i całej postaci dziewczyny widoczne było tak wielkie zmęczenie i smutek, że Iza przez moment poczuła, że oczy zaczynają ją szczypać od spontanicznie napływających łez współczucia.
Nie zastanawiając się dłużej, niesiona gorącą chęcią pomocy i ulżenia w jakiś sposób zmęczonej młodej matce, podeszła cicho do niej i położyła jej dłoń na ramieniu.
– Lodziu, może ja go potrzymam? – zaproponowała łagodnie. – Umyłam właśnie ręce. Co mu jest, że tak płacze?
– Jest śpiący i marudzi, a nie może zasnąć – westchnęła Lodzia, z rezygnacją przekazując jej dziecko, które Iza przechyliła do pozycji leżącej i utuliła w ramionach. – Męczymy się tak już ze dwie godziny, oboje mamy dość…
– No, cichutko, Edziulku, ciiichuuutko… – szeptała czule Iza, kołysząc w ramionach niemowlę, które, zdziwione jej widokiem, przestało płakać i patrzyło na nią nieufnie swymi ciemnymi, zaczerwienionymi od płaczu oczkami. – Już pewnie nie pamiętasz cioci Izy, bo dawno jej tu nie było… niedobra ciotka, prawda?… Ależ ty urosłeś! Jesteś ze dwa razy cięższy niż ostatnim razem… No to jak? Pośpimy sobie troszkę? Powiedz, że tak… Musimy pospać, żeby mamusia odrobinkę sobie odpoczęła, wiesz? No, Edi, śpimy… śpimy, mój mały słodziaku… trzeba spaaać…
Chłopczyk patrzył na nią jak urzeczony, prawie nie mrugając powiekami. Lodzia uśmiechnęła się blado, widząc, że efekt zaskoczenia pozwolił Izie osiągnąć przynajmniej chwilowy sukces, gdyż w domu zapadła błoga cisza.
– Czego się napijesz, Iza? – zapytała szeptem.
– Jeśli masz herbatę z malinami… – odszepnęła jej Iza, tuląc w ramionach małego Edzia.
– Tę od Majka? Pewnie, że mam. Idę zaparzyć – pokiwała głową Lodzia i na palcach wycofała się z sypialni.
Iza została teraz sama z Edziem, który, odwróciwszy główkę, by spojrzeć za wychodzącą z pokoju matką, załkał cichutko, ale ukołysany mocniej, znów uspokoił się i tarł tylko śpiące oczka swymi małymi piąstkami.
– Śpij, kochanie – szeptała z czułym uśmiechem Iza, kołysząc go w ramionach. – Jesteś taki śliczny… i taki straaasznie śpiący… Śpij, Ediku… śpij, mój malutki…
Dziecko wciąż patrzyło na nią zmęczonymi, ale zaciekawionymi oczkami, a widząc jej promienny uśmiech, nagle samo uśmiechnęło się od ucha do ucha i zagaworzyło coś cichutko, pakując do buzi i śliniąc małe paluszki. Iza z zachwytem wpatrywała się w rozpogodzoną już buzię chłopca, którego oczka po chwili zaczęły się coraz bardziej przymykać, aż – ku jej wielkiej radości i satysfakcji – zamknęły się zupełnie. Mały Edzio westchnął sobie jeszcze kilka razy i rozluźnił mięśnie ściśniętych dotąd rączek, a po kilku minutach jego coraz równiejszy i spokojniejszy oddech zaświadczył o tym, że zapadł w mocny sen. Ponieważ przez ostatnich kilka tygodni rzeczywiście urósł i nabrał wagi, Izie wydawało się, że jego uśpione ciałko z minuty na minutę staje się coraz cięższe.
„Ty klocuszku” – pomyślała z rozbawieniem. – „Nieźle już ważysz, ciocia zaraz wymięknie! Trzeba będzie położyć cię do łóżeczka… Hmm, mama zrobiłaby to najlepiej…”
Jakby odgadując jej myśl, do sypialni zajrzała Lodzia, zdziwiona panującą tam od dziesięciu minut ciszą.
– Śpi? – szepnęła od progu.
Iza z uśmiechem pokiwała głową twierdząco. Lodzia, której mina wyrażała lekkie niedowierzanie, podeszła do nich na palcach i z tkliwym uśmiechem spojrzała na uśpionego synka. Przejąwszy go ostrożnie z rąk Izy, odłożyła go do łóżeczka i przykryła kołderką, a choć maluch prychnął przy tym i kwęknął cichutko przez sen, widać było, że nie ma najmniejszego zamiaru się obudzić.
– Jaki jest słodziutki… – szepnęła Iza, patrząc jak zaczarowana na jego prześliczną buzię.
– Tak – szepnęła smutno Lodzia.
Iza czujnie podniosła głowę i rzuciła jej zaniepokojone, pytające spojrzenie. Lodzia musiała odczytać jego treść jak w otwartej książce, gdyż w odpowiedzi pokręciła smętnie głową, a jej piękne błękitne oczy lekko zwilgotniały.
– Chodźmy do kuchni – wyszeptała, szczelniej otulając Edzia kołderką. – Herbata czeka.
Rzeczywiście, w kuchni unosił się już wspaniały aromat malin, jednak Iza zarejestrowała to tylko mimochodem, coraz mocniej zaniepokojona wyglądem i zachowaniem Lodzi, która wskazała jej krzesło i w milczeniu, nieco drżącą ręką nalewała herbaty.
– Proszę, Izunia – powiedziała cichutko, stawiając przed nią filiżankę. – Chcesz do tego jakieś ciastko? Mam dobre herbatniki…
– Nie, Lodziu, dziękuję – odparła stanowczo Iza. – Dajmy spokój herbatnikom, powiedz mi lepiej, co się stało, bo ja zaraz zawału serca dostanę. Czy coś złego dzieje się z… Edziem?
Imię chłopca wyszeptała jak najciszej, w duchu błagając Boga, by to był fałszywy trop.
– Nie – pokręciła głową Lodzia. – Z Edim wszystko w porządku.
Iza odetchnęła z ulgą.
– Więc co? – zapytała, przyglądając jej się ze współczuciem. – Powiedz mi, kochana, nie duś już tego, bo zaraz mi serce pęknie… Przecież widzę, że to coś poważnego, skoro wyglądasz jak siedem nieszczęść. Ja zresztą… chyba się domyślam, o co chodzi.
– Domyślasz się? – wyszeptała Lodzia, odwracając oczy.
– Chciałaś pilnie ze mną porozmawiać – ciągnęła z najwyższą ostrożnością Iza. – Ze mną… czyli musi chodzić o coś, o czym zwykle rozmawiałyśmy na osobności. Łatwo mi odgadnąć, kto tu namieszał w kotle.
Lodzia milczała, a jej dłoń, którą położyła sobie na kolanach, coraz mocniej drżała.
– To ten psychol Krawczyk, prawda? – zniżyła głos Iza.
Lodzia pokręciła głową, choć niepewnie, jakby bez przekonania.
– Nie on? – zdziwiła się Iza.
– On też – westchnęła Lodzia, podnosząc wreszcie głowę i spoglądając na nią oczami, w których nie było dawnego blasku, a tylko ból i bezdenny smutek. – Miał w tym wszystkim swoją rolę, bo od tego się zaczęło… Ale to nie o to chodzi, Izunia.
– A o co? – szepnęła bezradnie Iza.
Lodzia znów spuściła głowę i nerwowo splotła obie dłonie, jakby zbierała siły, by wydusić z siebie trudne wyznanie. Iza wiedziała, że w takich chwilach nie wolno nikogo przynaglać, lecz trzeba poczekać, aż sam będzie gotowy, zastygła zatem w bezruchu i czekała, patrząc tylko ze współczuciem na jej bledziutką, poszarzałą twarz.
– Powiem ci, dlaczego chciałam widzieć się właśnie z tobą, Iza – odezwała się wreszcie Lodzia cichym, złamanym głosem. – Tylko proszę, pozwól mi powiedzieć to powoli… to jest dla mnie bardzo ciężkie… trudno mi dobrać słowa…
Iza zadrżała. Przez głowę przebiegło jej, że skoro nie chodzi o Krawczyka, to chyba wolałaby wcale nie wiedzieć, co tak przygasiło tę zawsze promieniejącą wewnętrznym światłem dziewczynę. Jednak głębokie współczucie i świadomość, że Lodzia oczekuje od niej pomocy, natychmiast przytłumiły tę ulotną myśl.
– Oczywiście, Lodziu – odparła szybko, przechylając się w jej stronę i łagodnym gestem kładąc dłoń na jej dłoni. – Poczekam, ile tylko trzeba, obiecuję.
– Poprosiłam cię, żebyś przyjechała, bo… muszę zaryzykować i zadać ci kilka pytań – ciągnęła z trudem Lodzia. – Być może tylko ty będziesz umiała mi na nie odpowiedzieć… ewentualnie jeszcze mógłby Majk, ale z nim nie chcę o tym rozmawiać. Nie – pokręciła głową, kryjąc na chwilę twarz w dłoniach. – Z nim nie… już wolę z tobą…
Znów na długą chwilę zapadło milczenie.
– Odpowiem ci na każde pytanie najlepiej, jak umiem, Lodziu – zapewniła ją cichutko Iza, czując, że może powinna coś powiedzieć. – I zrobię, co w mojej mocy, żeby ci pomóc. Chociaż jeszcze nie wiem, o co chodzi…
– Powiem ci – szepnęła Lodzia. – Chodzi o… o Pabla.
– O Pabla… – powtórzyła zaskoczona Iza.
Nieprzyjemny niepokój szarpnął nagle jej serce… jakieś ulotne skojarzenie, którego nie umiała uchwycić myślą… Patrzyła na Lodzię szeroko otwartymi oczami, siłą tłumiąc w sobie pytanie, które cisnęło jej się na usta. Wiedziała jednak, że nie powinna go zadawać, lecz musi poczekać, aż ona sama to z siebie wydusi.
– Tak – pokiwała głową Lodzia. – Niestety o niego. Uwierz, że nie jest mi łatwo o tym mówić… ale muszę, Iza, inaczej zwariuję w tej niepewności. Zagryzę się na śmierć, a ze mną mój biedny, kochany Edik… – jej głos zadrżał i załamał się, a z oczu powolutku spłynęły jej po policzku dwie wielkie łzy. – On nic nie jest winien, a też przez to cierpi… tak dobrze wyczuwa te wszystkie emocje, nerwy… Widziałaś? Przy tobie zasnął od razu, kiedy tylko wzięłaś go na ręce. Uspokoił się, bo ty byłaś spokojna. To jest coś, czego ostatnio z własnymi rodzicami nie ma nawet jak na lekarstwo. I płacze przez to, męczy się, chociaż nic przecież nie rozumie… mój skarb maleńki…
Iza słuchała jej ogarnięta coraz większym niepokojem. W jakim sensie mogło chodzić o Pabla, że budziło to w Lodzi aż takie emocje? Na zdrowy rozum była tylko jedna opcja, lecz była ona tak nieprawdopodobna, że Iza nie chciała w nią uwierzyć. Czyżby Pablo?… Siłą woli odsunęła narzucającą jej się potworną myśl.
„Nie, nie!” – przebiegło jej przez głowę. – „To na pewno nie to… niemożliwe!”
– Zacznę może z innej strony – ciągnęła z trudem Lodzia, wyraźnie starając się opanować. – Opowiem ci od początku, od tamtego momentu, kiedy widziałyśmy się ostatni raz. W Anabelli na moich imieninach…
– Pamiętam – pokiwała głową Iza. – To było już miesiąc temu.
– Tak… przed świętami – przyznała Lodzia. – I pamiętasz na pewno… sama zapytałaś o Krawczyka, więc myślę, że pamiętasz… tamtą scenę na koniec, kiedy do nas podszedł.
– Pamiętam – powtórzyła Iza, przyglądając jej się ze współczuciem. – Pablo wtedy nie był zadowolony. Widziałam to, nie dało się ukryć, nawet nie chciał podać mu ręki. Musiał być bardzo o ciebie zazdrosny. O to chodzi?
– Tylko częściowo – westchnęła Lodzia. – I to jest ta najmniej istotna część… ale już wtedy coś się popsuło.
– Popsuło? – szepnęła Iza.
– Niestety, Izunia – pokiwała smutno głową Lodzia, znów nerwowo zaciskając dłonie. – Poczekaj… wszystko powoli ci powiem. Wtedy, tamtego wieczoru, zaczęliśmy z Pablem poważną rozmowę – podjęła cichym, zdeterminowanym głosem. – Pytał oczywiście o tamtego, chciał wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, bo zauważył, że i ja, i Krawczyk zachowywaliśmy się co najmniej dziwnie. Szkoda, żeby nie… To był moment, kiedy rzeczywiście przyszedł czas, żeby o tym porozmawiać. Tylko widzisz, Iza – zniżyła jeszcze bardziej głos. – Ja tak strasznie się bałam, że Pablo pogniewa się na mnie za to wszystko… za to, że wcześniej nic mu nie powiedziałam, a zwłaszcza że nie pokazałam mu tamtego listu… Chciałam mu wszystko wyjaśnić, zaczęłam nawet… ale tak się w tym pogubiłam… a potem zacięłam się i nie wiedziałam, jak to wszystko ująć… aż w końcu on doszedł do wniosku, że coś kręcę i ukrywam przed nim. Bardzo się zdenerwował…
– O mój Boże – wyszeptała z ciężkim sercem Iza.
– Tak – pokiwała głową Lodzia, a po policzku powolutku pociekła jej łza. – Zepsułam to na całej linii. Po prostu zatkało mnie, miałam pustkę w głowie, nie wiedziałam od czego zacząć. Więc milczałam… milczałam i milczałam… A on zinterpretował to oczywiście po swojemu i… nie wytrzymał.
– W jakim sensie? – zapytała zaniepokojona Iza.
– Wyszedł z domu – odpowiedziała cichutko Lodzia. – Nawet nie trzasnął drzwiami ani nic, tylko po prostu ubrał się i wyszedł.
– Ach…
– Czekałam, aż wróci – ciągnęła drżącym głosem. – Myślałam, że zwariuję, tak mi było źle… ale nie mogłam biec za nim, bo Edi spał w łóżeczku, nie mogłam przecież zostawić go samego. W końcu położyłam się do łóżka i czekałam na niego po ciemku. Wrócił po północy, rozebrał się w przedpokoju i od razu poszedł spać do salonu. Do mnie nawet nie zajrzał… Ja też nie odważyłam się pójść do niego.
– Ale, Lodziu… dlaczego? – wyszeptała wstrząśnięta tą opowieścią Iza. – Przecież byłaś i nadal jesteś niewinna! Czysta jak łza… Dlaczego nie powiedziałaś mu tego, nie wyjaśniłaś, że to nie była twoja wina, tylko tego psychola?…
– Nie wiem – pokręciła głową Lodzia, a łzy pociekły jej teraz po policzkach obfitym strumieniem. – Nie wiem, Iza… nie umiałam… Z jednej strony czułam się winna, że ukrywałam przed nim to wszystko… a z drugiej w środku czułam się dotknięta, że on aż tak bardzo mi nie ufa. Bo tak jest zawsze – dodała z bólem. – Choćbym nie wiem, jak go zapewniała, że kocham tylko jego… choćbym nie wiem, w jaki sposób próbowała mu to udowodnić… ech…
Łzy ciekły jej teraz bez żadnych hamulców, jak z odkręconego kranu. Iza patrzyła na nią z gorącym współczuciem, sama z trudem powstrzymując łzy, które napływały jej do oczu i słonym smakiem zalewały ściśnięte gardło.
– Nie mów tak, Lodziu – powiedziała cicho, przypominając sobie, co kiedyś o uczuciu Pabla do żony mówił jej Majk. – Przecież on tak reaguje i jest taki zazdrosny o ciebie dlatego, że bardzo cię kocha. Naprawdę bardzo… każdy to widzi gołym okiem.
Lodzia pokręciła głową przecząco, a jej twarz przybrała nagle dziwnie zacięty wyraz. Na nowo zaniepokojona Iza uznała, że lepiej będzie najpierw dać jej dokończyć, a dopiero potem wypowiadać swoje zdanie.
– I co było dalej? – zapytała ostrożnie.
– Rano wyszedł wcześnie do pracy – odparła smutno Lodzia. – Nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Za to kiedy wrócił wieczorem, zachowywał się normalnie. Nie nawiązał już ani jednym słowem do tamtego. Nic, tak jakby nie było tematu. Mówił o pracy, o Edziu… nosił go na rękach, pomógł go wykąpać i nakarmić… jak zwykle. Żartował sobie, rozmawialiśmy, zjedliśmy razem kolację, uśpiliśmy małego… Tyle że potem znowu poszedł spać do salonu.
– Ups… – wyrwało się Izie.
– No właśnie – westchnęła Lodzia. – Tym razem poszłam za nim, żeby zapytać, dlaczego to robi. Zbagatelizował, powiedział, że poprzedniej nocy dobrze mu się tu spało i że teraz też pośpi sam, bo rano musi być w formie. Tak zupełnie normalnie to powiedział, na wesoło, nawet pocałował mnie i przytulił… ale nie wrócił do sypialni. I od tamtej pory to się nie zmieniło.
– Czyli… cały czas śpi w salonie? – zapytała z niedowierzaniem Iza.
– Aha – pokiwała głową Lodzia. – Już miesiąc.
– I nie próbowałaś z nim rozmawiać, wyjaśnić tego wszystkiego? – zdziwiła się Iza.
– Próbowałam – odparła smutno. – Próbowałam kilka razy, chciałam to wyprostować jak najszybciej, najlepiej jeszcze przed świętami… Ale nie dało się. Pojawił się między nami taki dziwny dystans… chłodek… Kiedy tylko zbierałam się, żeby poruszyć temat, Pablo w pierwszej chwili aż sztywniał, jakby go piorun poraził… a potem nagle obracał wszystko w żart i schodził z tematu… albo uciekał bawić się z Edziem… Czułam, że nie chce o tym rozmawiać. Aż w końcu ja sama też zacięłam się w sobie – dodała z westchnieniem. – Owszem, czułam się winna całej sytuacji, ale z drugiej strony przecież chciałam ją wyjaśnić… i de facto nie miałam sobie nic do zarzucenia, jeśli chodzi o tamtego świra… Tylko tyle, że nie mówiłam nic Pablowi na bieżąco… ale przecież robiłam to tylko po to, żeby zaoszczędzić mu nerwów! – dodała z bólem. – Nie chciałam, żeby się tym dręczył, bo wiem, jak to by go gryzło! I nie chciałam robić kłopotów Majkowi…
– Majk zerwał z nim umowę od tego roku – poinformowała ją blado Iza.
– To dobrze – szepnęła Lodzia. – Dla Majka oczywiście… Lepiej, żeby nie miał już za wiele do czynienia z tym człowiekiem. Majk świetnie zna się na ludziach, nie dziwię się, że z nim skończył. Ale dla mnie to już chyba nie ma znaczenia, Izunia…
Głos znów załamał jej się i słowa uwięzły jej w gardle.
– Co ty mówisz, Lodziu? – pokręciła głową Iza, znów przechylając się, by ująć ją za rękę. – Nie opowiadaj takich rzeczy, przecież to się w końcu wyjaśni… Pablo jest wielkim zazdrośnikiem, to prawda, ale przemyśli to na pewno i sam prędzej czy później będzie chciał do tego wrócić. A ty wtedy powiesz mu, jak było, i wszystko się ułoży…
– Poczekaj – szepnęła Lodzia, kręcąc głową. – To jeszcze nie wszystko. To właściwie dopiero początek…
– Początek? – powtórzyła zdumiona Iza.
– Niestety tak – podjęła Lodzia tym samym smutnym tonem. – Najgorsze zaczęło się po Nowym Roku. Ogólnie nie było za dobrze, ale wydawało mi się, że powoli sytuacja zaczyna się przejaśniać. Pojechaliśmy z Pablem spędzić Sylwestra z jego rodzicami. Mama zajęła się Edikiem, a my spędziliśmy bardzo fajny wieczór, po północy poszliśmy na spacer we dwoje… świecił taki piękny księżyc w pełni…
– Tak – przyznała z uśmiechem Iza. – Ja też go widziałam, chociaż byłam w Belgii.
– No właśnie – na twarz Lodzi również wybiegł bledziutki uśmiech. – Będziesz musiała kiedyś poopowiadać mi o tym wyjeździe… ale nie dzisiaj, Iza.
– Jasne, Lodziu – odparła szybko. – Mów, co było dalej.
– No więc byliśmy na tym spacerze – podjęła Lodzia. – Cudownie nam się gadało, zupełnie tak jak dawniej. Rzucaliśmy się śnieżkami, tarzaliśmy się w zaspach jak dzieciaki z podstawówki… I kiedy wracaliśmy, powiedziałam mu, że go kocham, a on pocałował mnie i powiedział mi to samo. Byłam taka szczęśliwa! Pewna, że to przełom, że teraz już wszystko będzie dobrze… Co prawda mama jak na złość pościeliła nam w osobnych pokojach, żartując, że przynajmniej przez jedną noc odpoczniemy sobie od siebie. Ale nie przejęłam się tym, bo uznałam, że niebawem pojedziemy do domu, więc wszystko spokojnie nadrobimy… wreszcie porozmawiamy… wreszcie w pełni do siebie wrócimy…
Zerknęła na Izę, jakby chcąc się upewnić, że rozumie, o co jej chodzi. Iza uśmiechnęła się leciutko i pokiwała głową, choć serce rozdzierał jej niepokój, czuła bowiem, że w opowieści Lodzi zbliża się jakiś wyjątkowo przykry moment.
– I właśnie tego dnia, w Nowy Rok, zadzwoniła do mnie Jula – mówiła dalej Lodzia. – Poprosiła mnie o spotkanie u niej w domu. Zgodziłam się oczywiście. Umówiłam się z moją mamą… bo moi rodzice mieszkają obok Juli, tylko kilka ulic dalej… że na dwie godzinki zostawię u nich Edzia, a sama pójdę z nią pogadać. Pablo chętnie podwiózł nas swoim samochodem i obiecał, że przyjedzie zabrać nas z powrotem do domu koło dwudziestej. Ciągle było super… jak dawniej… Przez cały czas układałam sobie w głowie to, co będę chciała powiedzieć mu wieczorem, żeby wreszcie wszystko wyjaśnić i raz na zawsze zakończyć to nieporozumienie. I wtedy znienacka dostałam obuchem.
– Od niego? – szepnęła z niepokojem Iza.
– Nie – pokręciła głową Lodzia. – Od Juli.
– Jak to?
– W taki sposób, że Jula chciała ze mną rozmawiać właśnie o nim – westchnęła Lodzia. – Gryzła się z tym od kilkunastu dni, aż w końcu uznała, że jednak musi ze mną pogadać, zwłaszcza że przed Sylwestrem zwierzyłam jej się z tych moich małżeńskich kłopotów. Musiałam już przed kimś to z siebie wyrzucić… Tylko jej jednej o tym powiedziałam, nikomu innemu… dopiero teraz mówię to tobie… I wtedy, w Nowy Rok, przeprosiła mnie, że wcześniej nie powiedziała mi wszystkiego. A wiedziała coś, co mnie… prawie zabiło – drżący głos Lodzi przeszedł w ledwie dosłyszalny szept.
Iza milczała, nie śmiejąc zadać pytania, które niemal samo wyrywało jej się z ust.
– Co prawda wtedy jeszcze nie wzięłam tego bardzo na poważnie – ciągnęła Lodzia, starając się wrócić do normalnego tonu głosu. – Właściwie to nie uwierzyłam jej. Bo Jula powiedziała mi, że przed świętami, kiedy była na mieście z koleżankami z psychologii, widziała Pabla w knajpie z jakąś kobietą.
Iza zbladła jak płótno, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami.
– Pablo nie widział Juli, zresztą szybko stamtąd wyszedł… z tamtą – mówiła dalej Lodzia głosem podszytym takim bólem, że Izie aż zrobiło się zimno. – Zdziwiło ją trochę, że widzi go na mieście, bo było już dość późno… za późno na służbowe spotkania… Ale nie miała żadnych podejrzeń, dopóki nie opowiedziałam jej o tym naszym kryzysie. Połączyła sobie w głowie fakty, daty… i to ją zszokowało. Przez parę dni nie mogła spać po nocach, zastanawiała się, czy powiedzieć mi o tym, i w końcu uznała, że nie może mnie okłamywać. Że bez względu na wszystko powinnam znać prawdę. Więc powiedziała mi… ale ja i tak jej nie uwierzyłam… nie chciałam tego dopuścić do swojej świadomości, rozumiesz?
– Rozumiem – wyszeptała ze zgrozą Iza.
– Ja go tak bardzo kocham, Iza! – zawołała żarliwie Lodzia, a z oczu popłynęły jej kolejne strumienie łez. – Ja do tej pory do końca nie wierzę, że to prawda! Nie chcę w to wierzyć, bo jeśli ostatecznie uwierzę, to chyba umrę… Już raz mieliśmy okropne nieporozumienie, które omal nas nie rozdzieliło, i nie mogę dopuścić do tego, żeby takie coś się powtórzyło! A z drugiej strony tak bardzo boję się, że to jednak prawda… bo wszystko niestety na to wskazuje…
Słowa ugrzęzły jej w gardle i roztrzęsiona dziewczyna ukryła twarz w mocno drżących dłoniach. Iza patrzyła na nią już nie tylko zszokowana i zaniepokojona, ale wręcz przerażona tym, co usłyszała. Choć myśl ta już w pierwszej chwili, gdy tylko Lodzia wspomniała, że chodzi o Pabla, niejako automatycznie przebiegła jej przez głowę, natychmiast odsunęła ją od siebie z niesmakiem, prawie z oburzeniem. Pablo? Kto jak kto, ale on? Ten, który w przekonaniu Izy zawsze był naocznym dowodem na to, jak mocno mężczyzna może kochać swą jedyną kobietę? Nie, to było niemożliwe… niemożliwe!
Przed oczami Izy w kilka ułamków sekundy przewinęły się obrazy, których była świadkiem. Niekłamany przestrach na obliczu Pabla w dniu, kiedy Lodzia zemdlała na uczelni… nieziemski blask w jego oczach za każdym razem, gdy na nią patrzył… czułe gesty, jakimi obdarzał ją w każdym miejscu i czasie… z trudem hamowana zazdrość widoczna na jego obliczu, gdy jakikolwiek inny mężczyzna adorował jego żonę… Czy to zachowanie mogłoby kryć w sobie drugie, tak podłe dno? Nie… to nie mieściło jej się w głowie… Gdyby jego uwielbienie dla Lodzi miało być tylko grą pozorów, chyba już na zawsze zwątpiłaby w drugiego człowieka!
– Poczekaj, Lodziu – powiedziała ostrożnie. – Nie możesz się tak nakręcać, przecież to może być tylko głupie nieporozumienie. I na pewno tak jest! Ja też nie wierzę, żeby Pablo… Ech, nie, co za bzdura! I co z tego, że Julia widziała go na mieście z jakąś kobietą? A bo to z jedną rozmawia w sprawach zawodowych? Ja sama już tyle razy widziałam go w Anabelli, jak rozmawiał z różnymi osobami… i z kobietami, i z mężczyznami… To przecież mogła być jakaś jego klientka, czasami spotkania biznesowe przeciągają się do późnej nocy. Wiem, co mówię, u nas też przecież takie się odbywają… a on…
Urwała, widząc, że Lodzia coraz mocniej kręci głową przecząco, a łzy płyną jej z oczu dwa razy obficiej.
– Nie, Iza – odpowiedziała cichym lecz stanowczym głosem. – To nie tylko o to chodziło. Ja właśnie tak bym to interpretowała, nadal chcę wierzyć, że tak jest… mimo wszystko… ale jest coś jeszcze…
Jej głos znów przeszedł w ledwie dosłyszalny szept. Iza wstrzymała oddech.
– Na razie dokończę ci tamto – ciągnęła cichym, złamanym głosem Lodzia. – Kiedy wyszłam wtedy od Juli, byłam jak ogłuszona. Pablo przyjechał po mnie i po Edzia później, niż zapowiadał, dopiero przed dwudziestą drugą. Kiedy się spóźniał, ja od razu miałam straszne myśli w głowie… starałam się je odepchnąć, ale nie mogłam… Przez cały czas widziałam go… z tamtą… Nadal go z nią widzę…
– Przestań, Lodziu – szepnęła bezradnie Iza. – Przestań… nie wolno tak…
– Oczywiście starałam się zachować dobrą minę do złej gry – westchnęła Lodzia. – Ale on od razu zauważył, że coś się zmieniło. Tak jakby domyślił się, że ja już wszystko wiem… Niby rozmawialiśmy normalnie, ale wrócił ten okropny chłód, którego przez chwilę już nie było. I kiedy przyjechaliśmy do domu, wykąpaliśmy razem Edzia i położyliśmy go spać… mam wrażenie, że Pablo przez moment zawahał się przed pójściem do salonu, jakby czekał na mój gest… że go zatrzymam i zaproszę do siebie…
– I zrobiłaś to? – zapytała szybko Iza.
– Nie – pokręciła głową Lodzia. – Nie byłam na to gotowa. Czułam, że najpierw muszę to wszystko przemyśleć, jakoś sobie z tym poradzić…
– Ale dlaczego nie zapytałaś go wprost o tę kobietę? – zdziwiła się Iza. – Przecież powiedziałby ci, kto to był, i wszystko by się wyjaśniło!
Lodzia znów pokręciła smutno głową.
– To nie jest takie proste, Izunia. Zapytać, to byłoby w pewnym sensie oskarżyć go… okazać mu dowód braku zaufania… Zresztą ja sama nie wiem, czy to by mi przeszło przez gardło… Nadal biję się z myślami…
– Czyli wtedy znowu poszedł spać do salonu? – pokiwała głową Iza.
– Tak – potwierdziła z rezygnacją Lodzia. – I od tamtej pory prawie nie ma go w domu. Wychodzi wcześnie, wraca późno… Jak już rozmawiamy, to właściwie tylko o Edziu, bo on od tego czasu zrobił się strasznie nerwowy, ciągle płacze, tak jak widziałaś dzisiaj. Wiem, że to przeze mnie. Wiem… ale co ja mogę na to poradzić? Przedwczoraj wieczorem, kiedy Pablo znów długo nie wracał z pracy, nie wytrzymałam w tej samotności, z tym ciągłym płaczem Edzia… Zapakowałam małego do samochodu i zawiozłam do mojej mamy, a sama pojechałam połazić po mieście, żeby jakoś się uspokoić, odetchnąć… Wróciłam późno, faktycznie trochę spokojniejsza… ale wtedy okazało się, że w międzyczasie Pablo dzwonił do mamy i pytał, czy jestem u nich. Mama powiedziała mu, że jest tylko Edzio, a ja zostawiłam go i pojechałam gdzieś sobie, ale nie mówiłam, dokąd ani po co. I kiedy wróciłam z małym do domu, on siedział zamknięty w salonie. Nawet nie wyszedł nas przywitać…
– Pewnie pomyślał sobie to samo, co ty myślałaś o nim – westchnęła współczująco Iza. – Wyobraził sobie, gdzie byłaś i co robiłaś… jak świetnie się bawiłaś… Zgaduję, że nie wyprowadziłaś go z tego błędu?
– Nie – szepnęła Lodzia. – Nie dał mi na to szansy. A zresztą jeśli tak pomyślał, to… niech sobie dalej myśli! – dodała twardszym tonem, podnosząc dumnie głowę. – Ja już mam tego trochę dość, Iza, wiesz? Od nie wiem kiedy ciągle muszę się tłumaczyć, że nie jestem wielbłądem! Czy to moja wina, że dostawił się do mnie ten idiota Krawczyk? Czy ja go w jakikolwiek sposób prowokowałam? Nie! Nigdy, ani razu… dla mnie zawsze liczył się i nadal liczy się tylko Pablo. Kocham go do szaleństwa, jego jednego na całym świecie! A on nadal chyba tego nie rozumie! To zresztą nieważne… to nie tylko o to chodzi…
– Mówiłaś, że jest coś jeszcze – przypomniała jej ostrożnie Iza.
– Aha – skinęła głową Lodzia. – To było wczoraj. Pablo wyszedł do pracy z samego rana, minęliśmy się tylko na chwilę w kuchni, udawał, że tak strasznie się śpieszy… Prawie wybiegł z domu, dobrze, że nie trzasnął drzwiami… ale to chyba tylko z litości dla Edzia, bo on wtedy akurat zasnął po przepłakanej nocy… A ja miałam taką pustkę w głowie, że nie mogłam skupić się na niczym, więc jak zawsze w takich razach zabrałam się za porządki. Wiesz, takie kompleksowe, żeby zająć się czymś automatycznie, jakoś zabić myśli…
– Tak, wiem, jak to działa – przyznała Iza. – Ja też tak nieraz robię.
– Przejrzałam nawet ubrania, całą szafę – ciągnęła smutno Lodzia. – Pomyślałam, że oddam do pralni dwa garnitury Pabla, bo już były do odświeżenia. Nawet ucieszyłam się z pomysłu, że pod tym pretekstem wezmę Edzia do samochodu i zrobię mu małą wycieczkę do tej pralni. On bardzo lubi jeździć samochodem, uspokaja się przy tym. I głupia sprawa… głupia, a jednocześnie banalna… Kiedy sprawdzałam rutynowo, czy nic nie zostało w kieszeniach marynarki, w jednej z nich natrafiłam na coś bardzo ciekawego… To był list.
– List? – powtórzyła niepewnie Iza.
– Dokładnie – uśmiechnęła się bledziutko, ale jakby kpiąco Lodzia. – List, a dokładniej liścik. Perfumowany bilecik miłosny. Widocznie zapomniał go usunąć i, jak to bywa w tanich komediach, liścik trafił w niepowołane ręce żony. Niezła wtopa, co?
Pod żartobliwie drwiącym tonem jej głosu krył się tak rozdzierający ból i rozpacz, że Iza aż zadrżała. Nie śmiała pytać o zawartość liściku, sama głęboko zszokowana kolejną informacją, która rozbijała w pył wszystkie jej romantyczne ideały.
– Podejrzewam, że to liścik od tej samej sztuki, z którą widziała go Jula – ciągnęła Lodzia, a jej ułożone na kolanach dłonie drżały jak w febrze. – Nie chcę ci nawet mówić, co poczułam, kiedy go przeczytałam… bo zrobiłam to odruchowo, w pierwszej chwili nie myśląc o tym, co robię… Jakby mi ktoś przyłożył w głowę tępym narzędziem.
– Wierzę ci – szepnęła smutno Iza.
– Od wczoraj nie mogę się pozbierać, mam wrażenie, że żyję obok samej siebie – mówiła dalej Lodzia. – Boję się, że jeszcze trochę to potrwa i zwariuję… Dlatego właśnie chciałam się z tobą spotkać, Iza. Wybacz mi, że tak nagle ściągnęłam cię na dzisiaj, wiem, że jesteś po uszy zawalona obowiązkami…
– To nieważne, Lodziu – zapewniła ją szybko Iza. – Najważniejsze jest to, żebym umiała ci pomóc. Bo szczerze mówiąc, to nie wiem, jak mogłabym to zrobić…
– Ja też nie wiem – przyznała niepewnie Lodzia. – Być może nic to nie da, ale pomyślałam, że muszę zaryzykować i dowiedzieć się czegoś więcej na temat… tej kobiety. I doszłam do wniosku, że jeśli ktoś może cokolwiek o niej wiedzieć, to tym kimś jesteś ty. Ty albo Majk. Pracujecie w tym samym budynku co Pablo, on czasem bywa u was na kawie czy obiedzie z różnymi ludźmi, jak sama zresztą wcześniej powiedziałaś. Więc jeśli bywał tam z nią… a to jest dość prawdopodobne… to któreś z was mogło zwrócić na nią uwagę. W sumie sama nie wiem, co mi to da, ale chyba wolę konkrety od domysłów. Tak mi się przynajmniej wydaje w tym momencie…
Znów na chwilę ukryła w dłoniach bledziutką, spłakaną twarz.
– Oczywiście nigdy nie upokorzyłabym się na tyle, żeby rozmawiać o tym z Majkiem – podjęła cicho, podnosząc głowę. – Jeśli już, to mogę tylko z tobą… tylko z tobą, Iza.
– Rozumiem – szepnęła Iza, z całej siły wysilając pamięć, by z tłumu obsługiwanych tygodniami gości wyłowić sylwetkę Pabla i coś, co mogłoby być ważne w tych okolicznościach. – To niewdzięczne zadanie, ale postaram się przypomnieć sobie wszystko, co mogłoby pomóc wyjaśnić tę sprawę. Musiałabym mieć tylko jakąś wskazówkę, bo tak z marszu to chyba nic nie wymyślę.
– Jula mówiła, że to była bardzo atrakcyjna blondynka – sprecyzowała Lodzia, z trudem wyduszając z siebie słowa. – Taka naprawdę rasowa, piękna, z super makijażem, rewelacyjnie ubrana… Miała na sobie taki długi szynszylowy płaszcz…
Iza drgnęła i pobladła jak płótno, wysiłkiem umysłu starając się uchwycić obraz, który zdawał się być na wyciągnięcie ręki, a który odnosił się bezpośrednio nie tylko do tego, co właśnie powiedziała Lodzia, ale również do odległego, nieuchwytnego dotąd skojarzenia, które obudziło się w niej zaraz na samym początku, gdy tylko w tym kontekście padło imię Pabla. Szynszylowe futro… czyż ona takiego już kiedyś nie widziała? Na pewno tak, oczywiście…
Przed jej oczami roztoczyła się półmroczna sceneria sali w Anabelli, sylwetka pięknej blondynki w długim futrze z szynszyli i jej przymilny głos. Za około pół godziny ma tu przyjść na spotkanie służbowe z klientem pan mecenas Lewicki… Chciałabym prosić… gdyby pani była tak łaskawa… o przekazanie panu mecenasowi tej wiadomości… Wymuskana damska dłoń podająca jej liścik w liliowej kopercie… Ewelina, asystentka Krawczyka! W istocie, od czasu majowego koktajlu spotykał się z nią regularnie, Iza nieraz widziała, jak rozmawiali przy którymś ze stolików w Anabelli, ale przecież chodziło o sprawy zawodowe…
– Iza? – szepnęła Lodzia, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. – Ty coś kojarzysz… prawda?
Iza ocknęła się ze swojej wizji i niepewnie pokręciła głową.
– Nie wiem, Lodziu – odparła ostrożnie. – Owszem, kojarzy mi się jedna osoba… Rzeczywiście bywała w Anabelli i dość często rozmawiała z Pablem. Ale nie chciałabym nikogo oskarżać bezpodstawnie, bo akurat w tym przypadku na sto procent wiem, że spotykali się na planie zawodowym. Zwłaszcza że ty też ją znasz, przynajmniej z widzenia.
– Kto to jest? – wyszeptała pobladłymi wargami Lodzia.
Iza zawahała się. A jeśli myli się i sprowadzi myśli Lodzi na fałszywy trop? Rzuci podejrzenie na zupełnie przypadkową, niewinną osobę? Co prawda nigdy nie odczuwała jakiejś szczególnej sympatii względem Eweliny, która wydawała jej się kobietą z natury zimną i wyrachowaną, ale czy to tym bardziej nie wskazywało na pomyłkę? Zresztą czy Pablo, pomijając wszystko, mógłby zainteresować się taką pustą i pretensjonalną lalą? Nie, to raczej nie mógł być ten trop… powinna szukać dalej, jeszcze raz wysilić pamięć…
– Iza, proszę…
A jednak z drugiej strony… W pamięci Izy pojawiła się jeszcze inna scena i słodki głos Eweliny zwracającej się do Pabla. Czy byłoby wielkim nietaktem, gdybym poprosiła pana o odwiezienie mnie do domu? Uprzejma odpowiedź Pabla. To dla mnie przyjemność. I znów jej głos, przymilny, znaczący… Chyba nie aż taka jak dla mnie… Kiedy to było? Już dawno… Jakoś jesienią, tuż po narodzinach Edzia… Niby nic, a jednak, w świetle tego, co powiedziała jej dziś Lodzia, w scenie tej zaiste było coś niepokojącego. A poza tym… czy służbową wiadomość przekazuje się na papeterii w kolorze lila róż?
Iza podniosła głowę i spojrzała stanowczo na Lodzię.
– Czy mogę zobaczyć ten list?
Blada twarz Lodzi zdała się zblednąć jeszcze bardziej.
– Spokojnie, nie chcę go czytać – zapewniła ją łagodnie Iza. – Chcę tylko zobaczyć go z wierzchu. Wykluczyć jedną rzecz, która chodzi mi po głowie…
Lodzia bez słowa podniosła się z krzesła i na chwilę wyszła z kuchni.
„Nie, to nie może być to” – myślała gorączkowo Iza. – „Nie chcę, żeby to było to… przecież ja sama mu to dałam…”
W ciągu dosłownie kilkunastu sekund do kuchni wróciła Lodzia, niosąc w dłoniach liliową kopertę, dokładnie tę samą, którą półtora miesiąca temu Iza przekazała Pablowi na prośbę Eweliny.
– To jest to – oznajmiła jej Lodzia, kładąc kopertę przed nią na stole i z powrotem opadając na swoje krzesło. – Przeczytaj sobie, jak chcesz, mnie już wszystko jedno… Opowiedziałam ci każdy szczegół, to niech już będzie komplet.
Iza pokręciła odmownie głową, wpatrując się tylko w wykaligrafowane na kopercie inicjały Pabla. Dlaczego wtedy nie przyszło jej do głowy, że w ten sposób nie podpisuje się służbowych wiadomości? Dlaczego wtedy nie widziała w tym nic złego?
– Przeczytaj – zażądała nagle stanowczym tonem Lodzia, sięgając po kopertę i podając jej ją nakazującym gestem. – Chcę, żebyś to przeczytała, Iza. Niech już wszystko będzie jasne, żebyś potem nie mówiła mi, że to może nic takiego i że nie mam się czym przejmować… No proszę, czytaj. A potem powiesz mi wszystko, co wiesz na ten temat. Czytaj.
Iza posłusznie wzięła z jej ręki kopertę i otworzyła ją w napięciu, czując, że mimowolnie drżą jej dłonie. Na liliowym, perfumowanym bileciku, który znajdował się w środku, ładnym odręcznym pismem było nakreślonych tylko kilka słów. Czekam jutro o dwudziestej w umówionym miejscu. Kocham. E.
– O Boże… – szepnęła blado, podnosząc głowę.
– A teraz mów – podjęła zgaszonym głosem Lodzia. – Wiem, że wiesz, od kogo to jest. Widzę przecież po tobie, Iza, nie próbuj mnie oszukiwać. Chcę wiedzieć. Chcę znać nawet najgorszą prawdę… Mówiłaś, że ją znam. Kto to jest?
– Ewelina – wyszeptała zdruzgotana Iza.
Lodzia wytrzeszczyła na nią oczy.
– Ewelina? – powtórzyła powoli, wyraźnie zaskoczona. – Jaka Ewelina? Nie znam nikogo takiego…
– Znasz – zapewniła ją smutno Iza. – Mówiłam ci przecież, że tylko z widzenia, ale znasz… To jest asystentka Krawczyka. Taka stylowa blondyna… bardzo nadziana i elegancka, chodzi właśnie w takim wypasionym futrze z szarych szynszyli. Pamiętasz, na koktajlu Krawczyk przedstawił ją Pablowi jako swoją asystentkę i wysłał ich razem w teren, żeby pozbyć się Pabla i spokojnie pogadać sobie z tobą… nie kojarzysz?
– Ach… owszem! – szepnęła w olśnieniu Lodzia. – Pamiętam! Czyli to ona…
Jej piękne błękitne oczy, teraz podkrążone i zaczerwienione od płaczu, rozbłysły na chwilę czymś w rodzaju triumfu, po czym natychmiast zgasły.
– Ona… – wyszeptała cichutko. – Wtedy się poznali… przy mnie…
Iza milczała, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Patrzyła bezradnie, jak kolejne potoki łez wypływają z oczu udręczonej dziewczyny i spływają jej po policzkach aż na szyję. Cierpienie, którego była świadkiem, sprawiało, że sama cierpiała, tak mocno i tak realnie, jakby była na miejscu Lodzi. W dodatku szarpały nią wyrzuty sumienia, że również tutaj, podobnie jak przy czekoladkach Krawczyka, nieświadomie stała się pośrednikiem w złej sprawie, naiwnym narzędziem w rękach osoby, która nie wahała się skrzywdzić drugiego człowieka.
A jednak nadal, pomimo namacalnego dowodu w kolorze lila róż, który wciąż trzymała w rękach, nie mogła uwierzyć w zdradę Pabla. Wspomnienie wyrazu jego oczu, które rozświetlały się jedynym w swoim rodzaju blaskiem, kiedy patrzył na ukochaną żonę, jego zachowania względem niej, którego Iza przecież wiele razy była świadkiem, nie pozwalało jej uwierzyć, że to, co wydawało się niepodważalną prawdą, rzeczywiście nią było… Znów z całej mocy wytężyła pamięć, by przypomnieć sobie reakcję Pabla na list od Eweliny. Czy cokolwiek w jego zachowaniu mogło wskazywać na to, że był winny?
– Opowiedz mi wszystko, co wiesz – poprosiła szeptem Lodzia.
Iza z westchnieniem schowała bilecik do koperty i nie bez odrazy odłożyła go na stół, po czym w ostrożnych, z trudem dobieranych słowach opowiedziała jej po kolei wszystko, co tylko zdołała wyciągnąć z dna pamięci odnośnie do Pabla i jego spotkań z Eweliną w Anabelli. Było to tym trudniejsze, że wcześniej nie zwracała zbytniej uwagi na te epizody, a przez klub przetaczały się takie tabuny ludzi, że każdą taką sytuację łatwo było pomylić z inną, która z jakiegoś powodu mogła się z nią kojarzyć i nakładać się na nią w pamięci.
– Byli u nas razem i pili kawę co najmniej kilka razy – mówiła z wahaniem. – Nie pamiętam, czy zawsze byli sami, ale wydaje mi się, że nie zawsze, raz na pewno był z nimi szef kancelarii Pabla, taki łysawy…
– Piotrek – szepnęła Lodzia.
– Nie wiem, jak ma na imię, ale może i tak – zgodziła się Iza. – Znam go tylko z widzenia i wiem tyle, że to jego szef. A co do Eweliny… Czasami byli z Pablem tylko we dwoje, owszem… ale zawsze siedzieli nad jakimiś papierami… wyglądało to na zwykłe spotkania w interesach. Wybacz, Lodziu, nie pamiętam już tego za dobrze – dodała tonem usprawiedliwienia. – Od początku pracuję na nocną zmianę, a Pablo, jeśli bywa u nas z klientami, to zwykle przychodzą wcześniej i jak ja zaczynam swoją zmianę, to on zaraz wychodzi. Raz, po raucie, Ewelina przy mnie prosiła go, żeby podwiózł ją do domu, to akurat pamiętam… A co do tego listu, to… – spojrzała na nią z zawstydzeniem. – Głupio mi to mówić, ale… to ja przekazałam go Pablowi.
Lodzia podniosła gwałtownie głowę i popatrzyła na nią szeroko otwartymi oczami.
– Ty?! – wyszeptała z niedowierzaniem. – Jak to?!
Iza znów pokiwała smutno głową i opowiedziała jej w szczegółach tamtą scenę, która wtedy wydawała jej się nieistotnym epizodem, lecz dziś urastała do rangi wydarzenia na wagę życia i śmierci. Lodzia słuchała w milczeniu, ale już bez łez, z zaciętą, skamieniałą miną.
– Nie wiedziałam, do czego mnie wykorzystała – mówiła z żalem Iza. – Ale nie mogę zaprzeczyć, że to w dużym stopniu moja wina. Kolejny raz udowodniłam sobie i światu, że jestem głupią, naiwną idiotką, która za bardzo ufa ludziom i z góry zakłada, że mają dobre intencje. A to tak nie działa… Tak samo było z tymi nieszczęsnymi czekoladkami od Krawczyka… Gdybym wiedziała, w czym biorę udział… Boże! Dlaczego to zawsze muszę być ja?
Zreflektowała się jednak natychmiast, uznając, że jej osoba jest w tym wszystkim najmniej ważna.
– A wracając do tego listu – podjęła powoli, znów usiłując wyświetlić sobie przed oczami duszy tamtą scenę. – Kiedy dałam go Pablowi, pamiętam, że zdziwił się… moim zdaniem, na bank nie miał pojęcia, od kogo to może być. Zaraz przy mnie otworzył to i przeczytał… a właściwie to ja widziałam tylko, jak otwiera kopertę, bo potem poszłam z naczyniami na zaplecze. Tylko raz obejrzałam się na chwilę i widziałam, jak czytał ten list. Mam z tego tylko krótką migawkę, bo zaraz coś mnie zajęło… ale wydaje mi się, że bardzo się zmieszał… aha, tak!… od razu spoważniał i szybko schował ten list do kieszeni, pamiętam! Ale to już tyle, Lodziu, dalej tego nie śledziłam, właściwie to natychmiast o tym zapomniałam.
– To wystarczy – szepnęła smutno Lodzia. – Dziękuję ci, Iza. Nie wiem, co zrobię z tymi informacjami, ale… wolę wiedzieć, niż nie wiedzieć. Nie mam pojęcia, jak mam dalej żyć, to jest dla mnie za ciężkie… ale dziękuję ci.
Nie wiedząc, co odpowiedzieć, Iza podniosła się z krzesła i podeszła do niej, wyciągając rękę, by w geście współczucia pogładzić ją po włosach. Kiedy zatrzymała się przy niej, siedząca wciąż na swoim krześle Lodzia nagle odwróciła się w jej stronę i objąwszy ją obydwoma ramionami w talii, wtuliła twarz w sweter na jej brzuchu podobnym gestem jak kiedyś, kilka miesięcy temu, zrobił to Majk… gestem pełnym ufności i poszukiwania ukojenia. Iza pozwoliła jej przytulić się w ten sposób i łagodnie, z sercem zalanym najgłębszym współczuciem, gładziła ją po pięknych, lśniących blond włosach, czując, jak całym ciałem dziewczyny wstrząsa bolesne łkanie.
„Biedactwo moje kochane” – myślała z czułością. – „Jak ty strasznie cierpisz… Ale przecież to nie może być prawda! Nie wierzę w to i nie uwierzę, dopóki nie zobaczę na własne oczy! Nawet ten liścik… chociaż straszny… nie jest bezwzględnym dowodem przeciwko Pablowi. On tak mocno cię kocha… nie wierzę, że mógłby zrobić coś takiego… i to z taką zimną, pustą Barbie! Z kimkolwiek zresztą… mając w domu taką kobietę jak ty… Nie, nie uwierzę w to, to jest niemożliwe!”
– Lodziu, skarbie kochany, posłuchaj – powiedziała łagodnie, nadal gładząc ją po włosach. – Nie przesądzaj o niczym, przecież na razie jeszcze tak naprawdę nic nie wiemy. Okej, wypłacz się teraz, odreaguj, ale proszę, nie nakręcaj się… To może być tylko jakieś potworne nieporozumienie… Musisz porozmawiać o tym z Pablem. Słyszysz? Porozmawiać z nim, zapytać go o to wprost, pokazać mu ten list…
Lodzia kręciła głową przecząco, wciąż tuląc do niej zalaną łzami twarz.
– Ale dlaczego? – zapytała z rezygnacją Iza. – Przecież on musi wiedzieć, że znalazłaś to ścierwo w jego marynarce! Na pewno będzie umiał to wyjaśnić…
Na te słowa Lodzia podniosła nagle głowę i spojrzała na nią przez łzy. Jej blada, spłakana twarz prezentowała sobą tak smutny i politowania godny widok, że Izie też znowu zachciało się płakać.
– Będzie umiał to wyjaśnić? – powtórzyła z bólem Lodzia. – O tak, na pewno, w to nie wątpię… Tylko co z tego? Jeśli to prawda, to myślisz, że się przyzna? Co to dla niego wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę? A jeśli to nieprawda… to jeśli go zapytam, wyjdzie jeszcze gorzej. Bo pomyśl, Iza… jak on się wtedy poczuje? Pomyśli, że mu nie ufam… Wiadomo, że chciałabym i wolałabym, żeby tak było… ale boję się, że to jednak prawda… choć sama nie umiem w to uwierzyć… A jeśli to prawda, to ja nie chcę słuchać jego głodnych kawałków, ani wyjaśnień… Nie chcę, nie zniosę tego! Ech… nie wiem, co mam zrobić… gdyby nie Edi, nie miałabym już po co żyć…
Długo jeszcze Iza stała przy niej, tuląc ją do siebie i gładząc po włosach, świadoma tego, że jedyne, co może zrobić w tej sytuacji, to po prostu przy niej być. Po półgodzinie Lodzia wypłakała się już i uspokoiła na tyle, że mogła wstać z krzesła i zebrać ze stołu list od Eweliny, który schowała sobie do kieszeni. Następnie obie z Izą cichutko zajrzały do sypialni, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku ze śpiącym Edziem. Na szczęście chłopczyk nadal spał smacznie z rączkami zwiniętymi w piąstki i ułożonymi do góry na poduszce. Buzia już dawno obeschła mu z łez, oddychał równo i głęboko, co wskazywało na to, że sen ma mocny i nieprędko się z niego wybudzi.
– Jest prześliczny – szepnęła Iza, wpatrując się w uroczą buzię śpiącego niemowlęcia. – Najcudowniejszy chłopczyk na świecie… najpiękniejszy owoc miłości swoich rodziców… Ja nie wierzę, żeby jego tata miał zrobić coś takiego… nie wierzę w to, słyszysz, Lodziu? – spojrzała stanowczo na bladą lecz spokojną już twarz Lodzi. – Powtarzam ci to do utrapienia, ale tak właśnie myślę. Pablo nic takiego nie zrobił, to są tylko pozory, ja to czuję i mówię ci, że tak jest. Uwierz mi, bo ja czasami mam bezbłędne intuicje. Rozumiem, że na razie nie umiesz z nim o tym rozmawiać, że boisz się, co usłyszysz… Ale proszę cię, kochanie, nie myśl o nim źle. Nie krzywdź go myślami, dopóki nie będziesz miała stuprocentowej pewności, że jest winny. On pewnie też myśli o tobie to samo, oboje oskarżacie się wzajemnie… a nie powinniście tak robić… ani ty, ani on.
Lodzia uśmiechnęła się smutno, jakby z pobłażaniem.
– Ja wiem, że może nie jestem odpowiednią osobą, żeby udzielać ci takich rad – podjęła Iza, w lot odczytując aluzję zawartą w tym uśmiechu. – Sama nie mam męża i prawdopodobnie nigdy nie będę go mieć. Ale gdybym miała kogoś, kto kochałby mnie z taką wzajemnością jak Pablo ciebie… uwierz mi… wolałabym się tysiąc razy upokorzyć, ale nie pozwoliłabym, żeby coś się zepsuło i pozostało niewyjaśnione. Proszę, przemyśl to, kochana… Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. A teraz musisz choć trochę się przespać – dodała stanowczym szeptem, pociągając ją za rękę w stronę łóżka. – Powinnaś skorzystać z tego, że Edzio jeszcze śpi i sama odrobinę odpocząć. No, połóż się tutaj – usadziła ją na łóżku i łagodnym gestem zmusiła, by położyła się na poduszce. – Połóż się, skarbie, i spróbuj zasnąć, bo już ledwo trzymasz się na nogach. Prześpisz się chociaż z godzinkę, a jak Pablo wróci z pracy… zresztą sama zadecydujesz, co z tym zrobisz, ale proszę cię… nie zacinaj się w sobie, nie odtrącaj go bez wyjaśnienia… Gdyby zrobił coś takiego, byłby ostatnim draniem godnym smażyć się w piekle po wieczne czasy… ale jednak nadal nie mamy pewności, że to zrobił. I tego trzeba się trzymać, przynajmniej na razie…
Lodzia posłusznie kiwała głową, jakby było jej już wszystko jedno. Pozwoliła ułożyć sobie poduszkę pod głową i nakryć się kołdrą, po czym chwyciła Izę za rękę i przymknęła oczy. Jej bledziutka twarz tonąca w poduszce, która była niemal tak biała jak ona, wydawała się teraz buzią śpiącego dziecka, równie niewinnego i bezbronnego jak mały Edzio śpiący w łóżeczku pod oknem.
„Jak on mógłby jej zrobić coś takiego?” – myślała smutno Iza, siadając koło niej na łóżku i troskliwie otulając ją kołdrą. – „Jakim musiałby być nieludzkim potworem, żeby skrzywdzić takiego kochanego aniołka? Nie… absurd, kompletny absurd… Wszystko na pewno się wyjaśni… będzie dobrze…”
– Iza… obiecaj mi coś – szepnęła Lodzia, nie otwierając oczu.
– Wszystko, co tylko zechcesz, Lodziu – zapewniła ją łagodnie.
– Tylko tyle, żeby to zostało między nami – poprosiła cichutko Lodzia. – Żebyś nie mówiła o tym nikomu… a zwłaszcza Majkowi. Nie chcę, żeby wiedział… proszę…
– Oczywiście, kochanie – szepnęła uspokajająco Iza. – Nie pisnę nikomu ani słówka. Gdzież bym rozgadywała takie rzeczy… A teraz śpij, moje biedactwo… odpocznij…
– Wiem, że masz dużo obowiązków – podjęła słabiutkim głosem Lodzia. – Na pewno się śpieszysz… nie chcę cię już dłużej zatrzymywać… a ja chyba rzeczywiście odrobinę się zdrzemnę, już nie mam nawet siły płakać… Wyjdziesz sobie sama, dobrze?
– Jasne – przytaknęła Iza. – Mną się nie przejmuj, wymknę się cichutko i zamknę drzwi tylko na klamkę. Nikt przecież nie będzie tu zaglądał.
– Dziękuję ci – wyszeptała Lodzia. – Dziękuję ci za wszystko, Izunia…
Jeszcze kilka minut i jej palce ściskające dłoń Izy rozluźniły się i osunęły na kołdrę. Oddychała teraz głęboko i spokojnie, zupełnie jak jej śpiący nieopodal synek. Iza ostrożnie podniosła się, zajrzała kontrolnie do łóżeczka Edzia i na palcach wycofała się do przedpokoju. Tam ubrała się cichutko i wysunąwszy się na klatkę schodową, z najwyższą pieczołowitością zamknęła za sobą drzwi, starając się nie spowodować przy tym nawet najlżejszego hałasu. Wyćwiczonym bezszelestnym krokiem zbiegła po schodach na dół i wyszła z bloku, który dotąd kojarzył jej się z oazą szczęścia i miłości, a dziś krył w sobie taki smutny dramat rozdartego serca i poranionej rodziny.
„Poranionej zupełnie niepotrzebnie” – myślała z przekonaniem w drodze na przystanek autobusowy. – „Bo jeśli on naprawdę to zrobił, to… to ja już chyba nigdy nie uwierzę, że jakikolwiek facet jest zdolny do prawdziwego uczucia. Jeden Szczepcio, ale on należy do innego pokolenia. A reszta? Victor i jego Gaëlle… Majk, który pięknie gada o miłości i wierności, a mimo to co chwila z jakąś Kinią, Monią, Madzią… To przecież nie słowa, a czyny świadczą o człowieku. Ja jestem w takiej samej sytuacji jak on, tak samo straciłam wszelką nadzieję, a jednak Misiowi jestem w stu procentach wierna… A sam Misio? Nawet nie chce mi się o tym myśleć… Załóżmy, że wróciłby do mnie i bylibyśmy razem. Czy od tego momentu mogłabym mu zaufać, mieć pewność, że przez resztę życia byłby tylko mój? Jaką miałabym na to gwarancję, gdyby okazałoby się, że nawet taki facet jak Pablo… ech! To wtedy chyba naprawdę lepsza jest samotność! Tak, samotność… to moja droga, mój los… wszystko na to wskazuje, Isabelle…”