Anabella – Rozdział XX

Anabella – Rozdział XX

– Niedobrze – pokręciła głową Basia, zerkając w głąb sali, gdzie przy stoliku za drewnianym przepierzeniem rysowała się sylwetka Krawczyka czekającego nad szklanką wody mineralnej. – Wiedziałam, że to się kiedyś tak skończy… On tu czeka już od kwadransa, chce pilnie gadać z szefem, powiedzieliśmy mu z Antkiem, że zaraz przyjdzie… Serio, Iza, nie da się go w żaden sposób reanimować? Chociaż na pięć minut…

– Bez szans – zapewniła ją Iza. – Antek z Chudym właśnie zawlekli go do łazienki, ma straszne mdłości, wymiotuje…

– Super – mruknęła Basia. – Oby tak dalej… Dobra, pójdę do Krawczyka i coś mu naściemniam – westchnęła. – Chyba nie ma innego wyjścia.

Iza zawahała się. W głębi duszy męczyły ją wyrzuty sumienia na myśl o tym, że Majk, jak sam jej oznajmił, znowu upił się dziś głównie po to, żeby mieć odwagę porozmawiać z nią na trudne tematy. Odezwało się w niej poczucie odpowiedzialności za sytuację i pragnienie przyczynienia się do załagodzenia problemów, które z tego powodu zaistniały.

– Jak chcesz, to mogę pójść z tobą – zaoferowała się lojalnie. – Będziemy ściemniać mu we dwie, zawsze będzie ci trochę raźniej.

Krawczyk ożywił się na widok podchodzących do niego kelnerek, a następnie, ku ich zaskoczeniu, podniósł się z krzesła i z ukłonem wyciągnął rękę do Izy. Podała mu swoją w zdezorientowaniu, które w następnej chwili przerodziło się w głębokie zmieszanie, mężczyzna bowiem, podobnie jak poprzednim razem, schylił się i szarmancko ucałował jej dłoń.

– Witam, pani Izo – uśmiechnął się czarująco. – Miło mi panią widzieć. Pan Michał wysyła panią do mnie jako straż przednią, jak rozumiem?

Skonfundowana Iza zerknęła na Basię, której twarz również wyrażała zaskoczenie tak poufałym zachowaniem ekscentrycznego klienta. Uznawszy, że w tych okolicznościach niewdzięczna misja poinformowania go o niedyspozycji Majka spadała w całości na nią, dziewczyna zebrała w sobie wszelkie dostępne pokłady odwagi i starając się ukryć zdenerwowanie, odwzajemniła mu uśmiech.

– Szef niestety nie będzie mógł z panem rozmawiać – oznajmiła mu pozornie spokojnym i opanowanym tonem. – Pół godziny temu bardzo źle się poczuł i z powodu tej niedyspozycji nie może podjąć już dzisiaj żadnych obowiązków. Koledzy właśnie organizują się, żeby odwieźć go do domu.

– Ach! – zdziwił się Krawczyk, unosząc w górę brwi.

– Przykro mi, że tak się złożyło – ciągnęła z determinacją Iza. – Niefortunny zbieg okoliczności… Zechce pan przyjąć od nas w jego imieniu gorące przeprosiny za tę niezręczność oraz zapewnienie, że jutro będzie mógł służyć panu rozmową o dowolnej porze dnia i nocy. Zapewne jest to pilna sprawa, jednak obawiam się, że niestety będzie musiała poczekać do rana.

Basia popatrzyła na nią z uznaniem, wyraźnie doceniając, że sprawa od razu została postawiona w tak jasny i dyplomatyczny sposób, po czym zerknęła z niepokojem na Krawczyka. Na twarzy milionera w pierwszej chwili odzwierciedliło się głębokie niezadowolenie, które jednak szybko zniknęło, ustępując miejsca wyrazowi zastanowienia. Mężczyzna zawahał się, jakby na bieżąco analizował sytuację, po czym skłonił grzecznie głowę.

– Rozumiem – odparł z powagą. – Cóż, zdarza się… Rzecz, z którą przyjechałem, oczywiście może poczekać do rana… hmm, tak myślę. Proszę przekazać mu w takim razie, że jutro z samego rana czekam na telefon.

– Tak jest – odparły naraz obie kelnerki.

– Tak czy inaczej, mimo że nie ma pana Michała, zostanę u państwa jeszcze chwilę i poproszę panią – tu zwrócił się do Basi – o moje cias-tecz-ko… Dziś bez kawy, bo już późno, ale zamiast tego napiłbym się może jakiejś herbaty.

– Oczywiście – odparła grzecznie Basia. – Zaraz podamy. Życzy pan sobie zwykłą czarną herbatę czy woli pan jakąś owocową? Mamy duży wybór.

– Hmm… może zechcą panie same polecić mi coś wartego uwagi – zaproponował Krawczyk, zerkając najpierw na Basię, a potem znacząco na Izę, która poczuła się tym sposobem wywołana do odpowiedzi.

– Poleciłabym panu malinową z nutą wanilii – odpowiedziała bez wahania. – To wprawdzie kwestia gustu, ale jeśli lubi pan ten smak, to szczerze namawiam… To herbata z prawdziwych suszonych malin, ma bardzo naturalny aromat i klienci zawsze ją chwalą. W moim odczuciu jest naprawdę wyjątkowa.

– Skoro w pani odczuciu jest wyjątkowa, to nawet się nie waham i poproszę o taką – uśmiechnął się słodko Krawczyk. – Jeśli można, z odrobiną cukru – dodał, znów zwracając się do Basi.

– Oczywiście – skinęła głową. – Cukier podajemy osobno, będzie pan mógł posłodzić sobie według uznania.

– Dziękuję, właśnie o tym myślałem – odparł spokojnie Krawczyk, po czym po raz kolejny przeniósł wzrok na Izę. – A panią, pani Izo, poproszę o pozostanie tu ze mną i dotrzymanie mi towarzystwa w zastępstwie pana Michała.

Iza aż zaniemówiła. Obie z Basią wymieniły szybkie, zaskoczone spojrzenia.

– Jak to… ja? – szepnęła po chwili, z trudem odzyskując głos.

– Tak jest – odparł swobodnie. – Chciałbym zamienić z panią kilka słów na osobności… Bardzo proszę, zapraszam panią do mojego stolika.

Odsunął wolne krzesło i uprzejmym gestem dłoni wskazał jej, by usiadła. Iza odruchowo cofnęła się o krok, spłoszona tą zdumiewającą propozycją. Zblazowany milioner zazwyczaj nie traktował kelnerek w ten sposób, pamiętna scena z tiramisu tym bardziej stała w kontraście do jego dzisiejszego zachowania… Przez głowę Izy, jak błyskawica, przebiegła myśl, że chyba jeszcze nigdy w życiu nie znalazła się w tak absurdalnej i niezręcznej sytuacji.

– Proszę usiąść – powtórzył Krawczyk stanowczym, nalegającym tonem, w którym zabrzmiała nuta niezadowolenia.

Pomna swej dyplomatycznej misji mającej na celu ukrycie przed Krawczykiem niepolitycznego stanu Majka, Iza uznała, że nie powinna dłużej protestować. Wykonała zatem polecenie i sztywno usiadła na wskazanym krześle, zerkając w zdezorientowaniu na Basię, która dała jej dyskretny znak, żeby robiła, co każe.

– Doskonale – podjął z zadowoleniem Krawczyk, sam również zajmując swoje miejsce przy stoliku. – Czego pani się napije?

– Dziękuję, niczego – pokręciła głową.

– Ależ proszę nie robić mi afrontu – w jego głosie znów zabrzmiała surowa nutka. – Nie będę przecież jadł i pił sam… Proszę napić się ze mną choćby tej samej herbaty malinowej, którą przed chwilą pani mi poleciła. Zgoda?

– Jak pan sobie życzy – odparła posłusznie Iza.

– Poproszę w takim razie dwie herbatki – zakomenderował Krawczyk, spoglądając do góry na stojącą obok Basię. – I drugie ciasteczko… bo zje pani ze mną porcyjkę, prawda, pani Izo?

Iza wzdrygnęła się na myśl o tym, że miałaby wziąć do ust choćby łyżeczkę tiramisu.

– Nie – zaprotestowała stanowczo. – Bardzo panu dziękuję, ale… nie jadam ciasteczek.

– Ach, dba pani o linię? – uśmiechnął się ze zrozumieniem. – W takim razie może jakiś lekki deser owocowy? Albo lody?

– Nie, naprawdę, dziękuję – znów pokręciła głową. – Wystarczy mi herbata.

– No dobrze, nie będę nalegał, zwłaszcza że już późno – poddał się Krawczyk, dając Basi znak, że zakończył składanie zamówienia. – To wszystko, dziękuję.

Basia skinęła głową, jeszcze raz wymieniła z Izą znaczące spojrzenia i odeszła w stronę baru. Krawczyk rozsiadł się wygodnie na krześle i uśmiechnął się do siedzącej nieruchomo, skonfundowanej dziewczyny.

– A cóż to pani taka spięta? – zapytał swobodnie, sięgając ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki, skąd wyjął eleganckiego e-papierosa. – Proszę się rozluźnić, pani szef nie będzie przecież miał nam za złe, że wypijemy sobie razem herbatkę, prawda?

– Na pewno nie – uśmiechnęła się z trudem Iza. – A nawet gdyby miał to za złe mnie, bez wątpienia wybaczy to panu.

– Właśnie! – zaśmiał się Krawczyk, wkładając ustnik papierosa do ust i zaciągając się aromatycznym dymem, którego chmura doleciała aż do Izy. – Z panem Michałem jesteśmy w tak znakomitej relacji, że wybaczy mi zarówno to, jak i co innego… coś, o czym właśnie chcę z panią porozmawiać.

Iza spojrzała na niego z niepokojem.

– To znaczy?

– Będzie musiał wybaczyć mi to, że niebawem podbiorę mu z ekipy jednego pracownika – wyjaśnił spokojnie Krawczyk, przyglądając jej się spod oka. – Ściślej jedną z kelnerek. A mianowicie panią.

– Słucham? – wyszeptała zdumiona.

– O tym właśnie chciałem z panią pomówić – ciągnął Krawczyk najswobodniejszym tonem na świecie. – Co prawda nie planowałem tego akurat dzisiaj… ale skoro tak się złożyło, że pana Michała nie ma, a pani jest pod ręką… nierozsądnie byłoby nie skorzystać z okazji do rozmowy, czyż nie? – mrugnął do niej porozumiewawczo.

Iza siedziała nieruchoma jak słup soli, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.

– No dobrze – podjął mężczyzna, znów zaciągając się pachnącym dymem. – Pani jest zdziwiona, jak widzę… cóż, to naturalne. Dlatego zanim pani ochłonie, powiem, o co dokładnie chodzi. Otóż potrzebuję dodatkowego pracownika do obsługi bieżących czynności u mnie w domu. Takiej… hmm, pokojówki. Praca nie jest ciężka, chodzi głównie o utrzymanie porządku w przydzielonych pomieszczeniach. Okazyjnie pojawiają się dodatkowe obowiązki, zwłaszcza kiedy podejmuję w domu gości, ale na pewno jest to znacznie lżejsza praca niż ta, którą wykonuje pani na co dzień tutaj. W końcu marca odeszła z pracy jedna z moich pokojówek, dlatego potrzebuję kogoś, kto ją zastąpi. Sam zazwyczaj nie zajmuję się szukaniem nowych pracowników, mam od tego ludzi… Ale w tym przypadku zrobię wyjątek, gdyż zależy mi na tym, by tą nowo zatrudnioną osobą była właśnie pani.

– Ja… – wyszeptała oszołomiona Iza. – Ale… dlaczego akurat ja? Nic nie rozumiem…

– Nie musi pani nic rozumieć – uśmiechnął się lekko. – Po prostu mam taki kaprys. Czyż w moim wieku i w mojej sytuacji nie mam prawa do kaprysów?

Iza patrzyła na niego w milczeniu. Propozycja Krawczyka do tego stopnia zaskoczyła ją i zszokowała, że straciła zdolność analitycznego myślenia, w głowie miała całkowitą pustkę. Uznała jednak, że wypada odpowiedzieć… cokolwiek, byle odpowiedzieć.

– To… miło z pana strony – zaczęła ostrożnie. – Jednak obawiam się, że nie jestem dobrą kandydatką. Studiuję w trybie dziennym, w trakcie dnia mam zajęcia na uczelni… W Anabelli pracuję wieczorami i nocą, właściwie tylko dzięki temu mogę to wszystko pogodzić. Pomijając już to, że nie jestem tu zatrudniona na pełny etat…

– Nieważne – skrzywił się lekko Krawczyk. – U mnie też w grę wchodzą zmiany nocne. Ktoś musi czuwać w domu dwadzieścia cztery godziny na dobę, wszystko jest do uzgodnienia. Również wymiar zatrudnienia, wcale nie nalegam na pełny etat, może być pół. I tak wyjdzie to pani znacznie korzystniej… Bo oczywiście jeśli chodzi o warunki finansowe, bez wahania przebijam każdą stawkę – zaznaczył. – Nie wiem, ile płaci pani obecnie pan Michał, ale z góry możemy umówić się, że ja zapłacę pani dwa razy tyle za ten sam lub nawet mniejszy wymiar czasowy. Może być i trzy razy tyle, jeśli to ma wpłynąć pozytywnie na pani decyzję… nie będę się targował. Szczegóły ustali pani sobie z moją intendentką, przekażę jej stosowne wytyczne. Co pani na to?

Iza znowu zaniemówiła.

– Widzę, że naprawdę mocno panią zaskoczyłem! – zaśmiał się mężczyzna, przyglądając jej się z rozbawieniem. – Nie wie pani, co powiedzieć… Dobrze, nie nalegam na natychmiastową odpowiedź. Proszę spokojnie sobie to przemyśleć i podjąć decyzję na chłodno. Tu ma pani numer telefonu do mojej intendentki – sięgnął do kieszeni po portfel, wyjął stamtąd plik wizytówek przejrzał je szybko, wyciągnął jedną z nich i podał Izie. – Kiedy pani już się zdecyduje… a liczę, że będzie to decyzja korzystna dla mnie… proszę zadzwonić bezpośrednio do niej w sprawie formalności. Zgoda?

Iza bez słowa wzięła z jego rąk wizytówkę i niepewnie pokiwała głową.

– Znakomicie – powiedział z zadowoleniem. – Cieszę się, że doszliśmy do wstępnego porozumienia. Daję pani czas… powiedzmy… do końca miesiąca. Jeśli przedwczesne zerwanie umowy z panem Michałem… bo rozumiem, że umowę ma pani na dłużej?

– Tak… do dziesiątego czerwca.

– Czyli jeszcze dwa miesiące. Dobrze. Więc gdyby zerwanie tej umowy przed czasem wiązało się z jakimiś kosztami, proszę zostawić to w mojej gestii, załatwię to bezpośrednio z nim. Oczywiście na razie nie musi pani chwalić się przed nikim tym, co pani zaproponowałem. Poinformujemy wszystkich, jak już dogramy rzecz między nami. Rozumiemy się?

– Tak – szepnęła Iza.

– Dobrze. W takim razie zostawiam to pani do przemyślenia i czekam na odpowiedź w najbliższych tygodniach. A teraz – dodał poufnym tonem, przechylając się mocniej w jej stronę – proszę mi powiedzieć jeszcze jedną rzecz…

Przerwała mu Basia, która podeszła do stolika, niosąc herbatę i tiramisu. Zestawiwszy je na stolik, zerknęła pytająco na Izę, która lekkim uśmiechem dała jej znak, że radzi sobie doskonale i że wszystko jest pod kontrolą.

– Czy podać może coś jeszcze? – zapytała grzecznie Basia.

– Dziękuję – rzucił z lekkim zniecierpliwieniem Krawczyk, odkładając na bok e-papierosa i przysuwając sobie talerzyk z tiramisu. – Na razie to wszystko.

Basia skinęła głową i jeszcze raz wymieniwszy spojrzenia z Izą, odeszła w stronę zaplecza. Mężczyzna zanurzył łyżeczkę w tiramisu, jednak zamiast rozpocząć jedzenie, dłubał nią tylko w miękkim deserze, a jego twarz przybrała dziwny wyraz – jakby zamyślenia połączonego z podenerwowaniem.

– O coś chciał mnie pan zapytać – przypomniała mu uprzejmie Iza.

– Tak – mruknął. – To właściwie nic ważnego, tak tylko na marginesie, ale skoro już mamy okazję chwilę pogawędzić, to zapytam. Proszę mi powiedzieć, pani zna tego… mecenasa Lewickiego, czyż nie?

Iza znów spojrzała na niego zdziwiona.

– Tak – odparła z wahaniem. – Znam go trochę… Właściwie bardziej jego żonę, ale jego trochę też.

– Hmm – mruknął Krawczyk, nadal grzebiąc nerwowo w swoim tiramisu.

– A najlepiej zna go mój szef – dodała szybko. – Przyjaźnią się od lat, więc jeśli chce pan coś wiedzieć albo potrzebny panu kontakt do niego… to najlepiej rozmawiać o tym z Maj… z panem Błaszczakiem.

– Tak, wiem – skrzywił się Krawczyk, rozgniatając powoli łyżeczką swoje tiramisu.

– Pan Lewicki pracuje zresztą w tym budynku – ciągnęła wyjaśniającym tonem Iza. – Na drugim piętrze mają kancelarię adwokacką i zwykle…

– Wiem – przerwał jej ze zniecierpliwieniem Krawczyk. – Wszystko wiem na jego temat, zdążyłem nawet poznać go osobiście. Nie o to mi chodziło. Chciałem tylko wiedzieć, czy pani też go zna.

– Znam – potwierdziła nieco zbita z tropu Iza. – Tyle że, jak wspomniałam, mam kontakt głównie z jego żoną, a jego spotykam tylko czasami przy okazji… kiedy jestem u nich, a on akurat jest w domu. Ale bardzo rzadko to się zdarza. Dotąd właściwie zdarzyło się tylko dwa razy.

– Często pani u nich bywa? – zapytał od niechcenia, masakrując łyżeczką swoje tiramisu, które coraz bardziej zamieniało się w jednolitą, bezkształtną masę.

– Dosyć często. Regularnie raz na tydzień jeżdżę do Lodzi… znaczy do żony pana mecenasa… – sprostowała szybko. – Uczymy się francuskiego… Znamy się dość dobrze, bo studiujemy na jednym wydziale i niektóre wykłady mamy razem. Poza tym bardzo się lubimy. Jednak, jak powiedziałam, jej męża nie widuję za często, bo zazwyczaj jest w pracy.

– No tak – mruknął Krawczyk, na którego twarzy pojawił się wyraz z trudem ukrywanej satysfakcji. – Mniejsza o to. Tak tylko zapytałem z ciekawości… W każdym razie proszę z nikim nie dzielić się tym, o czym tu dziś rozmawiamy, dobrze? Niech to w całości zostanie między nami.

– Oczywiście – odparła grzecznie Iza, w duchu nadal pochłonięta rozważaniem otrzymanej przed chwilą propozycji pracy. – Jak pan sobie życzy.

– I proszę pić swoją herbatę – uśmiechnął się Krawczyk, wskazując na stojącą przez nią filiżankę. – Jak mam uwierzyć, że jest taka wyjątkowa, skoro sama pani nie chce jej pić?

Iza odwzajemniła mu uśmiech, nieco drżącą dłonią podniosła filiżankę i upiła z niej łyka herbaty. Twarz Krawczyka oblekł wyraz zamyślenia.

***

– I co chciał od ciebie? – dopytywały z zaciekawieniem Basia i Ola, kiedy po wyjściu Krawczyka skołowana Iza weszła na zaplecze, niosąc na tacy filiżanki po herbacie malinowej i rozgniecioną na miazgę, zjedzoną zaledwie do połowy porcję tiramisu.

– Nic takiego – odparła wymijająco. – Zachciało mu się kogoś do towarzystwa przy ciasteczku i akurat padło na mnie… Gdybym nie poszła tam z tobą – uśmiechnęła się blado do Basi – to pewnie tobie przypadłby w udziale ten zaszczyt.

– No… nie powiedziałabym – Basia spojrzała na nią znacząco. – Ja już wcześniej z nim rozmawiałam i zachowywał się zupełnie inaczej niż przy tobie. On tu przychodzi regularnie, a jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby całował kelnerki po rękach… Hmm… wygląda mi na to, że po tej wtopie z ciasteczkiem na marynarce mocno wpadłaś mu w oko.

Obie z Olą wymieniły wymowne uśmiechy i zgodnie mrugnęły do Izy.

– Ech, dziewczyny, dajcie spokój – pokręciła głową Iza. – Ja o tej porze nie mam już nawet siły na żarty…

– Jest już Iza? – rzucił nadchodzący od strony kuchni Antek. – O, jesteś… to super, bo szef cię woła. Chcemy zawieźć go z Chudym na chatę, ale rzuca się i mówi, że nigdzie nie pojedzie, dopóki nie pogada z tobą.

– Okej – westchnęła Iza, przekazując Oli swoją tacę. – Oleńko, zaniesiesz to za mnie? Dzięki… Jak on się teraz czuje? – zapytała, kiedy oboje z Antkiem ruszyli korytarzem w stronę gabinetu Majka.

– Chyba trochę lepiej – odparł niezbyt pewnym tonem chłopak. – Przynajmniej fizycznie, bo psychę ma zdrowo zrytą jak na moje oko…

Weszli do gabinetu oświetlonego tylko słabym, rozproszonym światłem lampki, którą Antek przykrył jedną z czystych ściereczek niczym kloszem.

– Przygasiłem mu trochę to światło – wyjaśnił szeptem Izie – bo jęczał, że go razi…

Pokiwała głową i spojrzała w głąb pomieszczenia. Majk leżał na boku na kozetce, z zamkniętymi oczami, szczelnie okryty kocem i z jaśkiem wsuniętym pod głowę. Wokół unosiły się silne, nieprzyjemne opary strawionego alkoholu. Iza dała Antkowi znak, że poradzi już sobie, a kiedy ten wyszedł, bezszelestnie zamykając za sobą drzwi, podeszła do kozetki i przyklękła przy niej z twarzą na wysokości twarzy Majka. W słabym oświetleniu twarz ta była woskowo szara, wręcz lekko żółtawa, o stężałych rysach.

„Biedak” – pomyślała smutno. – „Struł się dzisiaj niebanalnie, nie dam głowy, czy pił samą brandy, czy jeszcze z czymś to mieszał…”

Po raz kolejny tego wieczoru ogarnęło ją głębokie współczucie dla niego, tym głębsze, że doskonale rozumiała stan jego ducha, nawet jeśli nie akceptowała sposobu, w jaki próbował sobie z nim radzić. Wyciągnęła rękę i przesunęła nią ostrożnie po jego włosach. Były jeszcze mocniej zmierzwione niż wcześniej, poplątane i przepocone u nasady, a przy skroni i czole mokre i posklejane.

– To ty, elfiku? – szepnął Majk, nie otwierając oczu, ani nie poruszając się, jakby skamieniał w raz przyjętej pozycji. – Wiem, że ty… Poszedł już sobie ten frajer?

– Poszedł – odszepnęła, odgarniając mu łagodnie włosy ze spoconego czoła. – Jutro z rana czeka na telefon, ma do ciebie jakąś pilną sprawę.

– Okej… Antek mówił, że zastąpiłaś mnie jako towarzystwo przy jego ciasteczku? – uśmiechnął się leciutko kącikiem ust. – Godna reprezentacja firmy. Dziękuję ci, Izulka.

– Nie ma za co – odparła wymijająco Iza, cofając dłoń. – To on tak sobie zażyczył, a ja starałam się tym razem nie zrobić żadnego faux pas.

– Dzięki. Jutro do niego zadzwonię, niech tylko się pozbieram…

– Antek i Chudy odwiozą cię zaraz do domu – oznajmiła mu stanowczo Iza. – Już dawno by to zrobili, ale podobno nie chciałeś jechać. Po co tak się wygłupiasz? Przecież już wpół do drugiej, powinieneś…

– Zaraz pojadę – przerwał jej Majk, otwierając do połowy oczy. – Ale najpierw muszę z tobą pogadać… zanim wytrzeźwieję.

Iza westchnęła ciężko i pokręciła głową z dezaprobatą.

– Jak szef sobie życzy.

– Przestań – szepnął. – Nie wkurzaj mnie już tym szefem… Wiem, że schlałem się jak świnia, pewnie wyglądam i śmierdzę z daleka jak ostatni menel. Wiem, Iza. Wybacz mi to… Łeb mi pęka… Ale nie pojadę nigdzie, dopóki czegoś mi nie obiecasz.

– To znaczy? – odszepnęła z niepokojem.

– Przez cały czas myślę nad tym, co mi powiedziałaś – odparł, przyglądając jej się spod półprzymkniętych powiek. – Rozmyślałem nad tym filozoficznie, kiedy rzygałem… i teraz też… I doszedłem do wniosku, że chcę tego. Co prawda pewnie i tak nic z tego nie wyjdzie, ale… trudno… Chcę spróbować, Iza.

– Ale… co masz na myśli? – zapytała zdezorientowana.

– Terapię – uśmiechnął się lekko.

– Ach – wyszeptała. – Terapię…

Nie wiedzieć czemu, poczuła, jak mocno i boleśnie ściska jej się serce.

– Tak, elfiku – ciągnął cicho Majk. – O to właśnie chciałem cię prosić… o terapię.

Iza patrzyła na niego lekko spłoszona.

– Tylko że ja… nie jestem psychologiem – pokręciła głową. – Nie znam się na tym ani trochę… Jeśli chcesz się wygadać, to oczywiście zawsze mogę cię wysłuchać… nie ma sprawy… Ale nie wiem, czy zawsze zareaguję prawidłowo, a nie chciałabym wywołać odwrotnego skutku. Nie znam reguł tej sztuki i…

– Jakiej sztuki? – przerwał jej z niezadowoleniem. – Masz na myśli psychologię?

– Właśnie.

– Bzdura! – prychnął. – Nie chcę żadnej psychologii, żadnych reguł sztuki i innych… pierdółek. Owszem, chcę terapii… nawiasem mówiąc, co za kretyńskie słowo… – skrzywił się z niesmakiem. – Chcę… ale tylko pod warunkiem, że ty będziesz moją terapeutką. Ty, elfiku, tylko ty… jasne?

– Jasne – szepnęła niepewnie.

Zadrżała, gdyż nagle opanowało ją nieprzyjemne wrażenie, jakby znalazła się w pułapce. Na myśl wróciła jej kusząca propozycja pracy u Krawczyka, którą od półgodziny rozważała na gorąco, w głębi duszy skłaniając się do jej przyjęcia. Propozycja ze wszech miar rozwojowa, tak pod względem doświadczenia, jak i – w szczególności – od strony finansowej… Praca w domu zblazowanego milionera mogła być jej życiową szansą na niezależność, a nawet na odkucie się do tego stopnia, że mogłaby zacząć realnie pomagać Amelii i Robertowi. Czyż nie powinna skorzystać z tej niecodziennej okazji? Jednak, z drugiej strony, gdyby przyjęła propozycję Krawczyka, angażowanie się obecnie w bliższą relację z kadrą Anabelli nie było najlepszym pomysłem. Zwłaszcza z Majkiem, któremu być może wkrótce będzie musiała oznajmić, że zamierza odejść z zespołu… Tak… przynajmniej do czasu podjęcia decyzji powinna zachować dystans…

– Chcę powiedzieć ci wszystko – ciągnął cicho Majk. – Może nie od razu… powoli, po kolei… ale jednak wszystko. Właśnie tobie, bo wiem, że ty jedna naprawdę mnie rozumiesz. Też przecież masz to samo… Kurde, ależ mnie ta dynia naparza! – przerwał sam sobie, podnosząc drżącą dłoń do czoła. – Dawno już mnie tak łeb nie bolał… niech to diabli!

– Poczekaj, przyniosę z kuchni trochę lodu i zrobimy ci kompres – podchwyciła Iza, zrywając się do pionu. – Leż, nie ruszaj się, zaraz przyniosę wszystko, co trzeba!

Majk mruknął coś pod nosem, być może był to protest, ale Iza, udając, że nie zwróciła na to uwagi, szybkim krokiem wyszła na korytarz. Skołowana, niezdecydowana, co powinna mu odpowiedzieć, postanowiła zrobić wszystko, żeby nie zaangażować się zbyt mocno w ową „terapię”, o której dziś być może nazbyt niefortunnie sobie przypomniała. Z drugiej strony współczucie, jakie żywiła względem tego sympatycznego i zawsze tak dla niej życzliwego człowieka, a także głębokie poczucie solidarności w cierpieniu złamanych serc, które ogarnęło ją już za czasów pierwszej popijawy Majka i ich pierwszej rozmowy na ten temat, nie pozwalało jej wycofać się zbyt ostentacyjnie. Do tego dochodziło owo wyjątkowe, wręcz irracjonalne zaufanie, jakim ją obdarzył… Jakim potwornym brakiem serca musiałaby się wykazać, żeby odtrącić jego prośbę, w dodatku dotyczącą najdelikatniejszej z delikatnych sfer ludzkiego serca!

I zresztą… było jeszcze coś. Tamten straszny grudniowy dzień, kiedy oślepiona łzami, biegnąc przed siebie, wpadła na nieznajomego przechodnia i odbiwszy się od niego, omal nie skończyła pod kołami samochodu… To był przecież on. Majk. Odkąd dowiedziała się, że to on uratował ją wtedy przed poważnym wypadkiem, na dnie duszy wciąż tliła jej się świadomość, że zawdzięcza mu coś więcej niż dobrze płatne miejsce pracy i że jest to zobowiązanie zupełnie innej rangi i treści. Zobowiązanie duchowe… i moralne. Jakże mogłaby odtrącić go teraz, kiedy tak bardzo potrzebował jej pomocy, kiedy sam o nią prosił? Jakie miałaby prawo do okazania mu takiej niewdzięczności?

Wychodząc z kuchni, gdzie z rąk kucharek szybko otrzymała lód w szklanej miseczce oraz czystą ścierkę do naczyń, natknęła się na Antka niosącego do magazynku zwój kabli i skrzynkę z narzędziami.

– I jak tam? – zagadnął ją w przelocie. – Zwozimy go na chatę?

– Załatwiam to z nim dyplomatycznie, ale nastawcie się z Chudym, że to będzie dopiero po zamknięciu lokalu – odparła, ruchem głowy wskazując na niesiony w rękach lód. – Na razie zrobię mu kompres, głowa strasznie go boli… Jak ogarniecie wszystko, zajrzyjcie do nas i razem coś wykombinujemy, żeby go pozbierać, okej?

– Okej – westchnął Antek, po czym przybliżył się do niej i dodał poufnym tonem. – Ale powiedz, Iza, z Krawczykiem wszystko dobrze? Czy jakiś dym mu robi?

– Nie, z Krawczykiem wszystko gra – zapewniła go, odwracając oczy.

– Źle z nim ostatnio – pokręcił głową Antek. – Chodzi mi o szefa… Chyba coś go ostro gryzie, bo za często zagląda do tego kielicha… za często i za głęboko… Kiedyś tak nie było, owszem, wypił sobie czasami, ale ma mocną głowę i zawsze umiał postawić sobie szlaban. Nie doprowadzał się do takiej ruiny… Ech, czarno to widzę…

– W jakim sensie czarno? – zapytała cicho Iza.

– No, ogólnie… Jeśli on się stoczy, to i firma padnie, bo przecież Anabella to szef – wyjaśnił jej ponuro Antek. – Bez niego to by już nie był ten lokal, kto by go zresztą poprowadził? Przecież to od początku do końca jego dzieło… I taki sukces! Mamy teraz szczytową fazę rozwoju, popularność klubu rośnie, a on akurat odwala takie numery… Ech! – westchnął ciężko. – No, ale nic… nie zatrzymuję cię już, Iza, leć go reanimować. Po drugiej przyjdziemy tam do was z Chudym i zgarniemy go do samochodu nawet na siłę…

Odszedł w stronę magazynku, kręcąc głową z zafrasowaną miną. Iza wróciła do Majka z jeszcze mocniej ściśniętym sercem i całkowitym mętlikiem w głowie. Leżał nieruchomo w tej samej pozycji, w której go zostawiła, i wydawał się spać, jednak kiedy nachyliła się nad nim, poruszył się lekko i z trudem uchylił powieki.

– Przystaw sobie krzesło, elfiku – szepnął.

Iza posłusznie sięgnęła jedną ręką po odstawione pod ścianę krzesło, usiadła na nim tuż przy kozetce Majka, położyła sobie na kolanach miskę z lodem i przystąpiła do układania go na rozpostartej ścierce do naczyń.

– Jeszcze chwilka, już mam lód i zaraz zrobię ci kompres – powiedziała uspokajająco. – Nadal bardzo boli cię ta głowa?

– Jak sto tysięcy diabłów – mruknął. – Ale to nieważne. Wracając do tamtego… Zanim wytrzeźwieję, musisz mi to obiecać. Terapię… ech, niech będzie i terapia… jakkolwiek by tego nie nazwać. Słyszysz, elfiku? Musisz mi to obiecać.

– Odwróć się trochę bardziej na wznak – poprosiła Iza, zawijając do końca lód w ściereczkę i z troską układając mu okład na czole. – Popraw trochę głowę, żeby się nie zsuwało… o tak. Uwaga, zimne! Zamknij oczy… Tak będzie dobrze?

– Dobrze, Izulka – szepnął Majk, wykonując posłusznie jej polecenia. – Dziękuję ci… Tylko odpowiedz mi na tamto… Obiecaj mi…

Serce Izy miękło coraz bardziej z każdym jego słowem.

„Jeśli zdecyduję się na etat pokojówki u Krawczyka, to wszystko i tak się rozmyje” – myślała gorączkowo. – „Nawet nie będę musiała nic mówić szefowi, tamten sam to z nim załatwi. A teraz przecież jeszcze przez parę tygodni popracuję w Anabelli… Jak mogłabym mu dzisiaj odmówić? Jest w takim strasznym stanie…”

– Ja przecież też mógłbym ci się przydać – ciągnął tymczasem zgaszonym głosem Majk. – W tym samym celu… jako pożal się Boże terapeuta… Opowiesz mi o tym twoim Misiu, a ja potraktuję to bardzo poważnie… i powiem ci, jak sprawa wygląda z punktu widzenia faceta. Nie wygadam nikomu, mogę ci to przysiąc na wszystkie świętości… Poza tym… ja rozumiem i czuję dużo więcej, niż myślisz. Powiedz mi… kiedy dziś głaskałaś mnie po włosach… myślałaś o nim, prawda?

Iza zadrżała.

– Tak – wyszeptała na wpół ze wzruszeniem, a na wpół ze wstydem. – Skąd wiesz?

– Wyczułem to – przez jego wymiętą twarz przebiegł blady wyraz triumfu. – Intuicja, wiedza, doświadczenie?… Nie wiem. To da się wyczuć w dotyku… zresztą widziałem to też na twojej buzi. Poza tym mówiłaś, że przypominam ci go z włosów, więc łatwo było się domyślić. Nie ukryjesz się przede mną, elfiku – uśmiechnął się leciutko. – Tak jak ja nie umiem i nie chcę ukrywać niczego przed tobą. Obiecaj mi…

– Już dobrze, Majk – przerwała mu łagodnie Iza. – Leż spokojnie i nic nie mów, bo jeszcze bardziej głowa cię rozboli… Obiecam ci tę terapię – dodała ciszej, znów wyciągając rękę i gładząc go uspokajająco po włosach nad ułożonym na jego czole kompresem. – Ale pod jednym warunkiem. Ty też musisz obiecać mi coś w zamian.

– Co takiego?

– Że nie będziesz już więcej pił tej brandy – oznajmiła mu stanowczo. – A przynajmniej nie w takich ilościach.

Skrzywił się i pokręcił lekko głową.

– Mała hetera – mruknął. – Taka niby cichutka, grzeczniutka… a jak przychodzi co do czego, świetnie umie postawić na swoim… Dobrze, Iza – westchnął. – Stawiasz warunek, więc muszę go przyjąć. Postaram się z tym powalczyć. Tyle mogę ci obiecać… że postaram się.

– Dobre i to – odparła ostrożnie Iza. – Zwłaszcza chciałabym, żebyś obiecał mi, że już nigdy nie upijesz się tylko po to, żeby ze mną porozmawiać. Nawet nie wiesz, w jakie wyrzuty sumienia wpędziło mnie to dzisiaj…

– Dobra, to mogę ci obiecać od ręki – zgodził się bez wahania. – Jeśli ty obiecasz mi to, o co proszę.

– Obiecuję – szepnęła ze ściśniętym sercem.

– Dzięki.

Na kilka długich minut zapadła cisza. Po upływie tego czasu Majk poruszył się lekko i sięgnął sobie ręką do czoła, ściągając z niego przeciekający już kompres.

– Zabierz to – rzucił z niechęcią, oddając go do rąk Izy. – Już mi trochę lepiej. A teraz posłuchaj, elfiku… Ustalmy zasady terapii.

– Możemy ustalić je później – zauważyła. – Teraz jesteś…

– Nie, Iza, chcę, żeby to było teraz – zaprotestował poważnym tonem. – Potem ciężko będzie do tego wrócić, a ja chcę, żeby sprawa od początku do końca była jasna.

– Okej – westchnęła.

– Powiem ci, o co mi chodzi – ciągnął z trudem Majk, przyciskając dłoń do czoła. – Przede wszystkim o to, że czasami zachowuję się… trochę dwuznacznie. Gadam różne dziwne rzeczy, łapię cię za rękę… i tak dalej. Kiedyś już wyjaśniliśmy to sobie jak ludzie, ale teraz chcę to powtórzyć i jeszcze raz podkreślić, że jak nie było, tak nadal nie ma w tym żadnych głupich podtekstów.

– Wiem – skinęła głową. – Nie przejmuj się tym, Majk. Ja tego tak nie odbieram i nigdy nie odbierałam… Zresztą ty też wiesz dobrze, że w tym, co ja robię i jak się zachowuję, również nic takiego nie ma.

– Otóż to – przyznał z satysfakcją. – Taki mamy układ i tak jest dobrze. Nawet bardzo dobrze… Dotąd w myślach nazywałem to trybem przyjacielskim. Ale teraz… po tym, co sobie dzisiaj powiedzieliśmy… nazwę to inaczej. Od teraz to będzie tryb terapii.

– Aha – uśmiechnęła się mimowolnie Iza.

– Tak… to wcale nie jest złe określenie – ciągnął w zamyśleniu. – Słowo może samo w sobie jest głupie, ale dobrze oddaje istotę rzeczy. Tryb terapii… Kiedy w niego wchodzimy, możemy sobie pozwolić na więcej niż zwykle… Ja mogę bezkarnie potrzymać cię za rękę i wiem, że nie będziesz odbierać tego dwuznacznie… i tak cholernie mi z tym dobrze… tak mnie to uspokaja… A ty możesz bezkarnie pogłaskać mnie po włosach, myśląc o swoim Misiu, i wiesz, że ja też nie wyciągnę z tego żadnych niewłaściwych wniosków. Rozumiesz, co mam na myśli, elfiku?

– Rozumiem – skinęła głową. – Mam już podobny układ z Kacprem, moim współlokatorem. Taka czysto przyjacielska relacja, gdzie możemy przytulić się do siebie, a on wie, że ja… nic z tych rzeczy. Bo czasami potrzebuję po prostu przytulić się do kogoś, tak tylko… wiedzieć, że ktoś jest blisko, poczuć przez chwilę czyjś dotyk, czyjeś ciepło… bez głupich podtekstów, jak to ująłeś. I masz rację… tak jest dobrze. To czasami naprawdę pomaga.

– Tak… pomaga niesamowicie – przyznał Majk. – Zwłaszcza w przypadku mega doła… Dlatego pamiętaj, że kiedy będziesz chciała się przytulić, albo weźmie cię na wspomnienia i skojarzę ci się z tamtym, zawsze możesz potraktować mnie jak narzędzie terapii. Na przykład możesz czochrać mnie po włosach, ile tylko chcesz – uśmiechnął się, na co Iza parsknęła śmiechem i na dowód tego, że przyjmuje ofertę, pewnym gestem wsunęła dłoń w jego włosy, przeczesując je śmiało przez palce. – O, właśnie tak… Teraz zresztą nie myślisz o nim, kiedy to robisz, prawda?

– Nie – pokręciła głową. – Teraz tylko ćwiczę na sucho.

Zaśmiali się oboje, po czym Majk skrzywił się i mocniej przycisnął sobie rękę do czoła.

– Cholera, jednak naparza – mruknął z niezadowoleniem. – Będę miał kaca jak sto pięćdziesiąt tysięcy diabłów… Właśnie czuję, że teraz o nim nie myślisz – podjął przerwany wątek. – Głaskasz mnie po włosach, ale robisz to zupełnie obojętnie. Wcześniej włożyłaś w to całą siebie… czułem to po sposobie, w jaki przesuwałaś palce… widziałem to w twoich oczach… Powiedz, sprawia ci to przyjemność? – zerknął na nią z uwagą. – Czy raczej jakoś tak… zaspokaja i wypełnia pustkę?

– Sama nie wiem – odparła bezradnie. – To w ogóle dzieje się poza moją wolą. Mam czasami takie chwile, że to mnie dopada znienacka. Jakaś wizja, skojarzenie… i wtedy odlatuję w inny świat, wracam do wspomnień, jakbym znowu tam była… Przez chwilę jest cudownie, ale powrót do rzeczywistości jest tym boleśniejszy. Choć może dzięki temu trochę się uodparniam… nie wiem sama, naprawdę. Po prostu to do mnie wraca i nic nie mogę na to poradzić… Też tak masz? – spojrzała na niego czujnie.

Majk pokiwał lekko głową.

– Mam – przyznał smętnie. – Niestety mam, Izulka. Skojarzenia są najgorsze, a nie da się ich uniknąć. Wszędzie natykam się na coś, co mi się z nią kojarzy… Różne miejsca, gdzie byliśmy razem, przedmioty, które powiązałem z nią w myślach lata temu… Znajomi, przyjaciele… a zwłaszcza jej brat…

– Jej brat? – szepnęła zaintrygowana Iza. – Czyli ma brata… Często go widujesz?

– Bardzo często – uśmiechnął się smutno. – Zbyt często, żebym mógł zapomnieć o niej choć na chwilę. Mają ten sam kolor oczu… Nawet nie są do siebie jakoś wyjątkowo podobni – dodał w zamyśleniu. – Ale jednak mają coś identycznego w uśmiechu… albo w wyrazie zdziwienia… oboje podobnie podnoszą w górę brwi. Ech… sama wiesz, jak to działa, nie muszę ci tłumaczyć. Ty zresztą też masz coś z niej… podobny rodzaj włosów, chociaż ona ma ciemniejsze… właściwie całkiem czarne.

– Brunetka? – uśmiechnęła się Iza.

– Aha… rasowa brunetka – pokiwał głową, a jego oczy rozbłysły na krótki moment, jakby odbił się w nich promień słońca. – Macie ten sam typ włosów… długie, proste… I już wiem, co dokładnie skojarzyło mi się z nią w tobie na samym początku. Ten długi kosmyk, który opada ci na twarz, kiedy schylasz głowę, a ty odsuwasz go palcami za ucho… Tak, to ten gest. Skojarzyłem wreszcie. Na całe szczęście, bo strasznie mnie to męczyło…

– Niezwykły zbieg okoliczności – zauważyła z namysłem Iza. – Wychodzi na to, że i w moim przypadku, i w twoim kojarzy nam się z nimi to samo. Włosy, gest ich odgarniania…

– A do tego imię – dopowiedział Majk.

– Tak, to prawda – przyznała z westchnieniem. – Twoje imię też…

– I twoje – dodał cicho.

Iza spojrzała na niego zaintrygowana.

– Moje? – szepnęła z niedowierzaniem. – Chcesz powiedzieć, że ona też ma na imię Izabella?

– Tylko na drugie – odparł spokojnie Majk. – Ale jednak… przyznasz, że taki zbieg okoliczności nie mógł nie dać mi do myślenia.

– Rzeczywiście – pokręciła głową w zadziwieniu. – Niesłychane…

– Tak. To jest ostatnia kropla, która dopełnia tej czary – stwierdził filozoficznie. – Jak by to powiedziała moja babcia, Bóg zesłał mi cię na ratunek… Bóg czy nie Bóg – dodał z przekąsem. – Zakładając, że taki facet w ogóle istnieje…

– Nie wierzysz w Niego? – przerwała mu Iza, jednocześnie z zaciekawieniem rejestrując jego wzmiankę o babci, o której już raz wspomniał pan Szczepan.

– Sam nie wiem – wzruszył lekko ramionami. – On może i jest… pewnie tak, inaczej ten świat nie miałby sensu. Sprawiedliwy to nie jest na pewno, zawsze zresztą kłócimy się o to z babcią… Ale co do ciebie… sam muszę przyznać, że tu działa jakaś siła, której nie rozumiem. Bo to nie są przypadki, elfiku, mówiłem ci to już kilka razy. Nawet ten twój… francuski – skrzywił się niemiłosiernie, znów podnosząc dłoń do czoła.

– Francuski? – zdziwiła się Iza. – A co to ma do rzeczy?

– Ma – westchnął. – Gdybyś studiowała jakiś niemiecki, hiszpański czy chiński… olać. Ale akurat francuski… Powiedz mi – dodał, zerkając na nią spod oka. – Lodzia rozmawiała już z tobą o tych Belgach?

– Tak – potwierdziła Iza, nieco zdziwiona tą nagłą zmianą tematu. – No rzeczywiście… poprosiła mnie o wsparcie językowe. Dla mnie to akurat świetna sprawa, będę miała okazję, żeby poćwiczyć język w terenie… Mówiła, że osiemnastego organizują imprezę tutaj, w Anabelli, i że poprosi cię, żebyś zwolnił mnie z obowiązków też na dwa kolejne wieczory.

– Zgadza się, już jej to obiecałem – przyznał spokojnie Majk. – Zresztą w któryś tam dzień wszyscy razem mamy jechać do Nałęczowa, nie mówiła ci o tym?

– No tak… mówiła. Oczywiście obie moje zaległe zmiany odrobię w innym terminie, daty ustalę sobie z Basią – zapewniła go skwapliwie. – A powiedz mi przy okazji… ty znasz dobrze tych Belgów?

– Znam… ale tylko jednego – odparł wymijająco. – Ci dwaj nowi mają tu być pierwszy raz. Podobno bardzo chcą zobaczyć Polskę, a przy okazji popodrywać polskie dziewczyny – uśmiechnął się z pobłażaniem. – Pablowi to się bardzo nie podoba, bo ubzdurał sobie, że jednemu z nich Lodzia wpadła w oko, kiedy w zimie byli w Belgii, i że teraz facet nieprzypadkowo wybiera się z Anią i Jean-Pierrem do Lublina. Ech, frajer… ten to dopiero ma problemy!

– Taki jest zazdrosny? – uśmiechnęła się Iza.

– Jak cholera – pokiwał głową Majk. – Momentami to zahacza aż o schizę. Jak nigdy w życiu nie bywał zazdrosny i sam pamiętam, jak dziwił się innym, że w ogóle coś takiego mogą czuć, tak teraz, kiedy chodzi o jego gwiazdeczkę, pozabijałby od ręki wszystkich facetów, którzy tylko spojrzą na nią z zainteresowaniem… a co się dziwić chłopakom, skoro młoda jest diabelnie ładna! – zaśmiał się lekko.

– To prawda – szepnęła z przekonaniem Iza.

– Zachowuje się prawie jak ten… jak mu tam było, cholera… wiesz, ten murzyn od Szekspira… Otello! No, może nie do końca tak jak tamten, ale jednak… Ja go znam od lat i to jest u niego aż nienormalne… Tylko nie mów mu przypadkiem, że tak plotkuję na jego temat – zastrzegł, zerkając na nią z niepokojem. – Ani jemu, ani Lodzi.

– Jasne, Majk, nie martw się o to – zapewniła go szybko Iza, odgarniając mu troskliwym gestem włosy ze spoconego czoła. – Wszystko, o czym rozmawiamy, zostaje między nami, bez względu na to, czego dotyczy. Obiecuję ci to raz na zawsze. Jeśli chcesz, możemy nawet zrobić z tego kolejny warunek naszego trybu terapii.

Ostatnie słowa wypowiedziała spokojnym i zdecydowanym tonem. Niespodziewanie dla samej siebie nagle przestała przejmować się tym, co wyniknie z jej dzisiejszej rozmowy z Krawczykiem, czy przyjmie jego propozycję pracy czy też nie, czy opuści Anabellę i co ewentualnie powie na to Majk… Zrozumiała jasno, że w tym kontekście to nie miało większego znaczenia. Może nawet łatwiej będzie im rozmawiać, gdy zakończy się relacja służbowej podległości? Skołowaną dotąd duszę Izy ogarnął teraz przyjemny spokój i poczucie, że jej misja, co do której przed chwilą miała tyle wątpliwości, jednak ma sens i że wszystko jest w porządku… w najlepszym porządku… niemal idealnie.

– Świetna myśl – przyznał z zadowoleniem Majk. – Mamy więc już całą listę zasad… i podoba mi się to, elfiku.

– Umowa stoi – podjęła Iza, zdecydowana postawić mu przy tej okazji pytanie, które od dawna miała na końcu języka. – Ale powiedz mi coś jeszcze, Majk…

– Hmm?

– Dlaczego nazywasz mnie elfem?

– Heh! – prychnął rozbawiony. – Sam nie wiem… po prostu to mi jakoś do ciebie pasuje. Taki z ciebie mały elfik… dobry duszek.

– Lodzia powiedziała mi to samo – przypomniała sobie Iza. – Spodobało jej się, że tak mnie ochrzciłeś, ona też uważa, że to do mnie pasuje.

– Bo tak jest – pokiwał głową Majk. – Pamiętasz, jak zabroniłaś mi dzwonić po pogotowie dla Szczepka? Wtedy na ulicy, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy… no. Deszcz padał jak cholera, a ty miałaś na głowie jakiś kaptur i w tamtym słabym świetle widziałem właściwie tylko twoje wielkie oczy. I taką bladą buzię… może to przez to oświetlenie, ale chyba nie tylko… nie wiem, nie pamiętam już aż tak dokładnie. W każdym razie skojarzyłaś mi się wtedy z jakąś bajkową istotką, z takim małym stworkiem z dużymi oczętami… właśnie z elfem. To było pierwsze, co mi przyszło do głowy, więc tak sobie chlapnąłem… i tak już zostało. A co, nie podoba ci się, że tak na ciebie mówię? – zerknął na nią spod oka.

– Nie że mi się nie podoba – odpowiedziała ostrożnie Iza. – Przeciwnie, to jest bardzo fajne… sympatyczne… Tylko zawsze trochę mnie dziwiło, dlaczego akurat tak mnie nazwałeś. Teraz już rozumiem – uśmiechnęła się. – Wyglądałam wtedy jak upiór znad bagien albo widmo nie z tego świata. To bardzo możliwe, bo to nie był dla mnie łatwy czas… dlatego tym bardziej cieszę się, że nazwałeś mnie akurat elfem, a nie jakąś wiedźmą czy zmorą…

Majk parsknął lekko śmiechem.

– I tak na jedno wychodzi, mała zmoro – rzucił wesołym, prawie normalnym tonem. – Może nie jesteś wiedźmą, ale heterą na pewno, jak wszystkie kobiety. No, sama przyznaj… kto pozbawił mnie mojej brandy, a nawet prawa do napicia się od czasu do czasu dla kurażu?

– To dla twojego dobra – zapewniła go z powagą Iza.

– Mała, nieznośna hetera – pokręcił głową. – Uparty elfik… Ale lubię cię za to, wiesz? Wyciągnęłaś mnie dzisiaj z potwornego doła. Przypłacę to straconą dniówką i kacem gigantem, ale warto było… A teraz idź powiedz Antkowi i Chudemu, że już mogę jechać – dodał, nie bez wysiłku podnosząc się na łokciu. – Niech tu przyjdą i pomogą mi się zebrać, muszę spływać na chatę, zanim znowu zachce mi się rzygać… Z rana muszę przecież zadzwonić do tego frajera Krawczyka…

Iza posłusznie poderwała się z krzesła i przesunąwszy jeszcze raz przyjaźnie dłonią po jego miękkich, rozczochranych włosach, pobiegła szukać Antka, oznajmiając mu z radością, że szef czuje się już znacznie lepiej i sam domaga się odwiezienia do domu, w związku z czym jest szansa, że dojdzie do samochodu o własnych siłach. Jednak kiedy we troje wrócili do gabinetu Majka, ów spał jak zabity z ramieniem podłożonym pod głowę i nie zbudził się nawet, kiedy Chudy wsunął mu ręce pod plecy i kolana, po czym, dźwignąwszy go z niemałym trudem z kozetki, jak śpiące dziecko zaniósł do samochodu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *