Lodzia Makówkówna – Rozdział VII

Lodzia Makówkówna – Rozdział VII

– Ja już dziękuję – powiedziała Lodzia, odstawiając szklankę z sokiem na stół, przy którym studniówkowi balowicze odbywali właśnie drugą turę poczęstunku. – Ta sałatka była znakomita, ale ciasta to już chyba nie upchnę… A jak tam specjał mojej cioci?

Pablo spojrzał na nią znad talerzyka z makowcem Ciotki Lucy, którego uparł się skosztować z ciekawości i właśnie kończył z trudem upolowany kawałek.

– Coś wspaniałego – odparł z uznaniem. – Uwielbiam takie ciasta, czuć domową robotę. Dawno takiego nie jadłem.

– Wszyscy chwalą tę formułę – uśmiechnęła się z dumą. – A szkoda, że nie znasz jej sernika, to też jest mistrzostwo świata. Nie mogę pojąć, jak ona zawsze trafia w dziesiątkę z tymi bakaliami… Bo nie wiem, czy wiesz, ale tu się liczy stopień słodkości rodzynek.

– Serio? – zaśmiał się. – To w tym są jakieś stopnie?

– Aha – kiwnęła głową. – Ja jeszcze ciągle mam z tym problem, od tego zależy proporcja bakalii, które dosypuje się do ciasta. A jeszcze trzeba wyważyć odpowiednio między sobą rodzynki, inne suszone owoce i orzechy, odpowiednio je spreparować… Poza tym mak. Tu też trzeba się dobrze przyłożyć, żeby nie wyszedł za suchy, a poza tym… no, ale nie będę przynudzać – zreflektowała się. – Mieliśmy rozmawiać o czym innym.

– Ależ nie przynudzasz ani trochę – zaprotestował z powagą, wycierając usta w serwetkę. – Widzę, że znasz jakieś szczegóły wiedzy tajemnej. Chodzisz pewnie na przedmałżeński kurs pieczenia ciast domowych?

– Nie chodzę, ćwiczę w domu – odparła z uśmiechem Lodzia. – I to prawie od dziecka. Mam w rodzinie trzy mistrzynie w gotowaniu i pieczeniu, więc szkolą mnie na miejscu.

– I pewnie jesteś w tym równie dobra jak w opatrywaniu ran?

– W opatrywaniu jeszcze nie mam takiej wprawy – zaznaczyła skromnie, przyglądając się teraz dokładniej znajomemu miejscu nad jego prawym okiem. – Ale widzę, że zagoiło ci się nieźle. Dużo miałeś szwów?

– Chyba dwa – zastanowił się Pablo. – Sam nie wiem, nie powiedział mi ten lekarz.

– Pokaż – powiedziała z zaciekawieniem.

Nachyliła się ku niemu i delikatnie dotknęła niewielkiej, niemal niewidocznej blizny na jego łuku brwiowym. Pod palcami można było wyczuć lekkie zgrubienie. Przypomniała sobie chwilę, kiedy opatrywała mu tę ranę, jego uważne spojrzenie i szorstką skórę jego policzka. To była ta sama twarz… te same brwi… te same oczy! W jakże innych okolicznościach znajdowali się dzisiaj! Ogarnęło ją nagle dziwne uczucie… fala nieznanego jej dotąd wzruszenia, jakby czułości… Poskromiła je szybko siłą woli.

Jednak nie tylko na nią podziałał ten krótki ogląd blizny. Pod delikatnym dotykiem jej palców w oczach Pabla zabłysnął natychmiast ognisty płomyk, a jego twarz przybrała wyraz błogości i słodkiego rozanielenia.

„Co za szubrawiec” – pomyślała Lodzia w przypływie poczucia humoru. – „Stary bałamut… Jakie miny robi!”

Przesunęła jeszcze raz po bliźnie palcami, które powolutku zjechały mu aż na skroń, po czym gwałtownie cofnęła rękę, zaniepokojona niespodziewaną przyjemnością, jaką jej to sprawiło.

– Rzeczywiście, chyba były dwa – stwierdziła, starając się zachować spokojny tembr głosu.

– Dałbym się jeszcze raz tak urządzić, gdybym miał pewność, że po wszystkim znów trafię w twoje ręce – powiedział Pablo ściszonym głosem, uśmiechając się do niej słodko. – Może ten twój romantyczny adorator jeszcze raz by mnie napadł? Tym razem dam się stłuc, a ty będziesz mnie ratować, co ty na to, kochanie?

– Nic z tego – pokręciła głową, tłumiąc śmiech na widok jego rozbrajającej miny. – To byłaby nieuczciwa gra, ja się pod żadnym pozorem nie dam wmanipulować w taki wyrachowany plan.

– Szkoda – westchnął. – Ale może innym razem? I tak pewnie nie uniknę dalszych starć z różnymi dżentelmenami, którzy w walce o twoje względy będą mi chcieli dać w zęby. Swoją drogą ta twoja umiejętność opatrywania ran wcale nie jest od rzeczy! – zaśmiał się. – Wnosząc po reakcji tego wojowniczego młodzieńca, męska krew musi lać się wokół ciebie wiadrami!

Lodzia wzruszyła tylko ramionami.

– A wracając do tych twoich kursów – podjął neutralnym tonem Pablo. – Co tam jeszcze masz? Pierwsza pomoc, pieczenie z gotowaniem, taniec, przetwory domowe… o, to musi być naprawdę ciekawa umiejętność! I co jeszcze?

– Szycie i szydełkowanie – odparła spokojnie, bawiąc się leżącym na stole widelcem. – Oraz finansowy kurs oszczędnego gospodarowania budżetem domowym. Do tego oczywiście savoir-vivre, ale już bez kursu. Wystarczą ciągłe upomnienia.

– Niesłychane! – zaśmiał się. – I to wszystko w jednym czasie? Przecież masz maturę.

– Matura jest podobno mniej istotna – uśmiechnęła się Lodzia. – Najważniejsze, żebym umiała peklować ogórki, cerować skarpetki, planować wydatki i podejmować gości. Cała reszta to margines. Tak czy inaczej postawię na swoim i pójdę na studia, to się na szczęście nie wyklucza… No, ale mniejsza o to – ocknęła się. – O czym my w ogóle gadamy?

Pablo nie spuszczał z niej zafascynowanego wzroku.

– O tobie, Lea – powiedział, poważniejąc. – Z początku myślałem, że mnie nabierasz z tymi kursami, z narzeczonym … ale teraz wiem, że nie. Przynajmniej nie do końca.

– Skąd wiesz? – uśmiechnęła się z lekką kpiną.

– Nie znałabyś chociażby takich trików jak wpływ stopnia słodkości rodzynek na proporcje bakalii w cieście.

Roześmiała się.

– Takich trików są setki – zapewniła go wesoło. – Prowadzenie domu jest jak symfonia, oczywiście jeśli chce się to robić dobrze. Ale naprawdę, Pablo, nie marnujmy czasu na rozmowy o takich banialukach…

– To nie są banialuki – zaprzeczył stanowczo.

– A co w tym może być interesującego?

– Wszystko jest ciekawe – uśmiechnął się. – A najbardziej ta młoda gospodyni, która przygotowując się do matury, uczy się jednocześnie mnóstwa innych praktycznych rzeczy, aby wyjść za mąż już po pierwszym roku studiów.

– Nawet w trakcie – sprostowała spokojnie. – Albo przed.

– Jeszcze przed studiami? – zerknął na nią z niedowierzaniem.

W oczach Lodzi błysnęły przez krótką chwilę złośliwe iskierki.

– Na to wychodzi – odparła z powagą. – Dwudzieste urodziny mam w kwietniu przyszłego roku, ale to już byłby ostatni dzwonek, mama i babcia są zdania, że nie można tak ryzykować. Nie wiadomo, co się może wydarzyć. Babcia uważa poza tym, że śluby zimowe są niepraktyczne, zimno, goście marzną… więc na pewno będą chciały mieć to z głowy wcześniej.

– Wcześniej – powtórzył, nie spuszczając z niej podejrzliwego wzroku. – To znaczy?

– Myślę, że zaplanują to najpóźniej do końca września – odparła w zamyśleniu. – Niedługo zajmą się rezerwowaniem sali weselnej, co najmniej pół roku wcześniej trzeba przecież zamówić, bo potem jest z tym problem. Na szczęście to ma być kameralna uroczystość, więc nie trzeba zbyt dużej. No i poza tym kwestia kwiatów, jak wiadomo, sporo tego idzie na takie imprezy. W lecie i wczesną jesienią jest na nie sezon, więc trzeba z tego korzystać.

Teraz już z trudem powstrzymywała uśmiech na widok miny Pabla, który wobec tych konkretnych szczegółów najwyraźniej nie mógł się zdecydować, czy ma jej wierzyć czy nie. Rozwijanie tematu w stylu, w jakim rozmowy tego typu prowadzono u niej w domu, okazało się wyjątkowo zabawne, należało tylko za wszelką cenę zachować powagę.

– Poza tym podróż poślubna – ciągnęła beztrosko. – Dobrze by było mieć ładną pogodę, w zimie już nie jest tak fajnie, nie mówiąc o tym, że przecież będą studia i od października trudno nam będzie wyrwać się na dłużej.

– Dokąd ta podróż? – zapytał z zaciekawieniem.

Wzruszyła ramionami, nie patrząc na niego.

– Jeszcze nie wiadomo – odparła nonszalancko. – Ustalimy to dopiero po zaręczynach.

Pablo przyglądał jej się jeszcze przez chwilę podejrzliwie, jednak powoli na jego twarz wrócił wyraz rozbawienia. Uśmiechnął się lekko i sięgnął po szklankę.

– Ale hotel też trzeba przecież zamawiać odpowiednio wcześniej – zauważył od niechcenia, nalewając sobie wody. – Zwłaszcza w znanych kurortach zagranicznych. W sezonie może potem nie być miejsc albo zostaną same byle jakie, niegodne tak ważnego celu podróży.

Spojrzała na niego spod oka. Miał teraz najniewinniejszą minę na świecie.

„Aha, skubańcu” – pomyślała z uznaniem. – „Inteligentna bestio! Wchodzisz w moją grę, żeby wytrącić mi broń z ręki? Poczekaj no ty!”

– Zdążymy, te zaręczyny będą już niedługo – zapewniła go uspokajającym tonem. – I na pewno nie pojedziemy za granicę, wolę jakiś ładny, polski zakątek. Najchętniej pojechałabym w góry.

– Dobry pomysł – przyznał, pociągając łyka wody ze szklanki. – Byłaś w Bieszczadach?

– Nie, jeszcze nie – pokręciła głową. – W Tatrach już byłam, nawet dwa razy, a w tym roku jedziemy na wycieczkę klasową w Karkonosze. Ale Bieszczad jeszcze nie znam, rzeczywiście, to może być niezła myśl. Słyszałam, że tam jest ślicznie.

– To prawda – odparł z przekonaniem. – Zwłaszcza jesienią. Kolory jak w bajce… Warto pojechać właśnie we wrześniu, zwłaszcza że to już jest po sezonie i nie ma tłoku, a pogoda zazwyczaj jeszcze bardzo dobra.

– Widzę, że często jeździsz w góry? – uśmiechnęła się.

– Często. Praktycznie na każdy urlop. Uwielbiam włóczyć się po szlakach, można trafić na takie piękne miejsca, że aż się siada z wrażenia… Pokażę ci kilka takich.

– Dzięki za radę – odparła stoicko, ignorując jego ostatnią uwagę. – Coś wymyślimy, w końcu nie pojedziemy tam tylko po to, żeby włóczyć się po szlakach.

– Prawda – uśmiechnął się, błyskając oczami. – Dlatego dobry hotel z wygodnym łóżkiem to podstawa.

„Draniu jeden!” – pomyślała Lodzia, z trudem powstrzymując śmiech.

– Masz rację – przyznała spokojnie. – Będę musiała porozmawiać z mamą o tej rezerwacji.

– Z mamą? – zdziwił się, zerkając na nią z rozbawieniem. – Powinien się tym zająć raczej narzeczony. Mama może przecież nie trafić w gusta młodej pary.

– Nie jestem wybredna – zapewniła go Lodzia. – Rzadko jeżdżę w dalsze podróże, więc to i tak będzie dla mnie wielka frajda, bez względu na miejsce i warunki hotelowe.

– Znam jeden rewelacyjny hotel w Bieszczadach – podjął w zamyśleniu Pablo. – Ale trzeba by go rezerwować już teraz i wpłacić zaliczkę. Odszukam do nich numer telefonu.

– Tak czy inaczej wrócę pewnie prosto na pierwsze wykłady – podsumowała Lodzia, nie zwracając uwagi na jego wypowiedź. – Oczywiście najpierw muszę zdać maturę.

Uśmiechnęła się leciutko, nadal bawiąc się leżącym na stole widelcem. Pablo przyglądał się przez kilka sekund w milczeniu jej delikatnemu półprofilowi oraz wdzięcznej linii szyi podkreślonej wysoko upiętą fryzurą i w jego oczach znów zapaliło się osobliwe światełko. Po chwili jednak ocknął się i jego twarz przybrała neutralny wyraz.

– A gdzie wybierasz się na studia? – zapytał, odchylając się w tył razem z krzesłem.

Od razu przypomniała sobie ten gest, na który zwróciła uwagę w Anabelli w pamiętny wieczór akcji z policją, kiedy obserwowała bawiącego się z kumplami bandziora.

– Uważaj, bo wywalisz się z tym krzesłem – ostrzegła go z powagą. – Strzelisz głową w kaloryfer i będę cię miała na sumieniu. Wybieram się na polonistykę.

Patrzył na nią z rozbawieniem, nie zmieniając pozycji.

– Bardzo dobry pomysł – ocenił. – Będzie z ciebie świetna polonistka.

– Nie powiesz mi, jak wszyscy, że to niepraktyczny kierunek? – zdziwiła się uprzejmie.

– Dlaczego niepraktyczny? Rzekoma praktyczność studiów nie zawsze przekłada się na udane życie zawodowe. Znam mnóstwo takich przypadków.

– No tak, masz już sporo życiowego doświadczenia – zauważyła ze złośliwą nutką w głosie. – O trzynaście lat więcej niż ja.

– Zgadza się – przyznał Pablo, wracając z krzesłem do normalnej pozycji. – I dlatego uważam, że polonistyka to fajny pomysł. Powinnaś studiować to, co lubisz, Lea.

– Moja rodzina jest innego zdania – westchnęła, przypominając sobie irytujące ją od dawna uwagi i obiekcje Wielkiej Triady.

– Nie podoba im się to?

Lodzia uśmiechnęła się.

– Mówiłam ci przecież, że im się w ogóle nie podoba sam pomysł mojego studiowania. Babcia zaakceptowałaby ewentualnie coś bardziej praktycznego, na przykład medycynę, ale polonistyka to dla niej strata czasu. A i tak najważniejsze, żebym była dobrą panią domu.

– Co do tego nie ma wątpliwości – zauważył, zerkając na nią porozumiewawczo. – Po tylu fachowych kursach nie może być inaczej. Ale przecież sama przed chwilą powiedziałaś, że jedno i drugie się nie wyklucza.

– Dla mnie nie, ale w ich przekonaniu owszem. Zbywają mnie za każdym razem, kiedy mówię o studiach. Jeden tata mnie rozumie, tylko że on niestety niewiele ma do powiedzenia.

– Poczekaj, Lea – powiedział łagodnie Pablo, pochylając się w jej stronę. – Przecież rodzina nie ma nic do tego. Wkrótce wychodzisz za mąż, więc życiowe sprawy, takie właśnie jak studia, będziesz omawiać z mężem, czyż nie?

Znów spokojnie sięgnął po szklankę i upił kolejnego łyka, zerkając na nią przy tym ukradkiem z łobuzerskim błyskiem w oku. Lodzia uśmiechnęła się lekko.

– Mąż nie będzie miał nic do gadania – oznajmiła, przybierając wyniosłą minę Mamusi. – Zgodnie z naszą rodzinną tradycją ma być uległym pantoflarzem.

Pablo parsknął śmiechem, krztusząc się przy tym lekko wodą, szybko odstawił szklankę na stół i popatrzył na nią z miną wyrażającą najwyższe rozbawienie.

– Uległym pantoflarzem! – powtórzył wesoło, sięgając po serwetkę. – Coraz lepiej. Dlaczego od razu nie powiedziałaś mi najważniejszego, mała intrygantko?

Lodzia spojrzała na niego z nieco urażoną miną.

– Wielu rzeczy ci nie powiedziałam i nie muszę – odparła, podnosząc dumnie głowę. – I nadal nie rozumiem, dlaczego mamy rozmawiać o tym na studniówce.

– Masz rację, może zatańczymy? – zaproponował swobodnie. – Zdaje się, że przegapiliśmy już ze dwa kawałki. Julia i Szymek już dawno tańczą.

– Dobry pomysł – podchwyciła, odkładając szybko swój widelec na stół.

Podnieśli się z krzeseł. Lodzia czuła, że Pablo nie spuszcza z niej zaintrygowanego wzroku. Parawan w postaci Karola jako narzeczonego działał wyśmienicie, uznała z satysfakcją, że na razie gra idzie jej perfekcyjnie, nic dodać, nic ująć, choć bandzior był bardzo mocnym i inteligentnym przeciwnikiem. Jednak czas był rzeczywiście na to, aby pójść potańczyć. Muzyka dudniła już rytmicznie na sali gimnastycznej, trzeba było korzystać z okazji, póki byli tu razem, jeszcze przez kilka godzin. Spojrzała na niego spod oka.

– To co, bandziorku? – zagadnęła wesoło. – Wywiniemy sobie rock’n’rolla?

– Jak każesz, gwiazdeczko – odparł z ukłonem. – Bandzior jest zawsze do twoich usług.

– No to na co czekasz? Ściągaj tę marynarę, gorąco ci będzie.

Posłusznie zdjął marynarkę i odwiesił ją na krzesło. Pozbył się też krawata, został tylko w białej koszuli, której kołnierzyk rozpiął sobie i rozluźnił pod szyją, po czym uśmiechnął się do Lodzi.

– No dobrze, kociaku – powiedział, patrząc na nią wzrokiem, który zawierał w sobie obietnicę lotu między planetami. – A teraz trzymaj się mocno, bo takiego rock’n’rolla jeszcze w swoim krótkim życiu nie widziałaś!

***

Ich międzyplanetarny lot po parkiecie zwrócił uwagę wszystkich. Migały jej czasami przed oczami roześmiane, zwrócone na nich twarze, kciuki wzniesione do góry, dobiegały do jej uszu okrzyki i śmiechy kolegów. Ale to nie miało znaczenia. Zwariowany rock’n’roll w ramionach Pabla, który wprowadzał w obieg wszelkie możliwe figury, łącznie z najwymyślniejszymi powietrznymi piruetami, był dla niej kolejnym objawieniem mocy i energii tańca. Jeszcze nigdy nie miała okazji tańczyć z tak wprawnym i silnym partnerem, który nie tylko co chwila podrywał ją z parkietu i unosił w górę w wirującym szaleństwie, aż wpadała w podwieszone dekoracje sali, ale któremu przy tych karkołomnych wygibasach mogła również w pełni zaufać.

Tylko przy kilku pierwszych takich figurach zachłysnęła się powietrzem i przytrzymała go kurczowo, ale kiedy śmiejąc się, zapewnił ją, że nie ma się czego bać i że bandzior obiecuje mocno ją trzymać, skupiła się na tańcu, z każdą chwilą ufając mu coraz bardziej. Znów dawała mu się prowadzić, wyczuwając instynktownie jego intencje, szybki rytm oszałamiał ją i wprawiał w zachwyt, oboje prawie nie przestawali się śmiać.

Przetańczyli tak całą sekwencję klasycznych utworów w stylu rock’n’roll, które zapewne ktoś puścił cięgiem z jednej płyty, i kiedy muzyka ucichła na dłużej, stanęli naprzeciw siebie zdyszani i roześmiani, zbombardowani pełnymi uznania okrzykami innych par.

– Ale daliście do pieca! – zawołała Amelia. – Lodziu, nie wiedziałam, że ty tak potrafisz!

– To nie ja! – zaśmiała się Lodzia, wskazując na Pabla. – To ten wariat!

– Ognisty rock’n’roll – pokiwała głową Magda uwieszona na ramieniu swojego Miśka. – Aż iskry szły, nie, Misiek? No, Lodziu – dodała konspiracyjnym szeptem, pochylając się do ucha koleżanki. – Powiem ci, że niezły ten twój towar z wypożyczalni. Stary, bo stary, ale za to gorący jak gejzer!

Lodzia spojrzała na nią z zaczepnym uśmiechem.

– Dacie nieźle czadu na weselu – rzuciła z uznaniem Martyna. – Jak strzelicie takiego rock’n’rolla, to gościom gały wyjdą.

Julka spojrzała na Lodzię, tłumiąc śmiech. Większość klasy nie miała pojęcia, że nastąpiła podmiana partnerów, a ponieważ prawie nikt już nie pamiętał szczegółów z listopadowej akcji informacyjnej, od początku studniówki brali domyślnie Pabla za jej słynnego narzeczonego. Lodzia uśmiechnęła się tylko i machnęła lekceważąco ręką.

– No dobra, chodźcie odpocząć, bo zaraz mi nogi odpadną – powiedziała Amelia. – Trzeba by się czegoś napić.

Pablo tymczasem odpiął sobie guziki przy mankietach i podwijał pracowicie rękawy, zerkając na Lodzię z uśmiechem.

– Chcesz odpocząć, maleńka? – zapytał.

– Ani mi się śni! – odparła bojowym tonem. – Tańczymy dalej. Chyba że ty masz już dość.

– Ja? – zaśmiał się. – To była dopiero rozgrzewka. Czekamy na muzykę i szalejemy dalej. Swoją drogą widzę, że twoi koledzy z klasy wcale nie uważają mnie za produkt zastępczy – dodał, puszczając do niej oko.

– To tylko drobne nieporozumienie – uśmiechnęła się Lodzia. – Nie zdążyłam im wszystkim powiedzieć, że była awaryjna zamiana, a Karola jeszcze nie znają, mieli go zobaczyć pierwszy raz dopiero dzisiaj. Wyszło zabawne qui pro quo. Ale to nic, nie przejmuj się, wyjaśnię im to przy najbliższej okazji.

– Nie musisz nic wyjaśniać, skarbie – odparł wesoło. – Jeśli tobie nie przeszkadza to drobne nieporozumienie, to mnie tym bardziej.

Znów zabrzmiała muzyka. Tym razem z głośników popłynęły takty wolniejszej piosenki, szlagierowego utworu Elvisa Presleya Can’t help falling in love. Światła przygasły, skuszone piękną muzyką pary chętnie wracały na parkiet. Lodzia i Pablo stanęli między nimi, spojrzeli na siebie z uśmiechem i przybrali pozycję do tańca. Zadrżała, kiedy objął ją wpół tym samym władczym gestem co przy walcu, po czym sama położyła dłoń na jego ramieniu i ruszyli po parkiecie lekkim krokiem, dostosowując tempo do spokojnego rytmu muzyki.

W ciągu zaledwie kilku chwil ogarnęła ją magia tej kolejnej formy tańca, łagodnie pulsującej muzyki, pięknego głosu wokalisty, przygaszonych świateł na półmrocznej sali, a przede wszystkim magia bliskości tego mężczyzny, o którym nie wiedziała nic, a z którym tańczyła dziś, jakby znali się od stworzenia świata. I znów poczuła ten sam spokój i harmonię co przy walcu, znów ogarnęło ją przemożne uczucie, że tak jest dobrze, że tak być powinno, że wszystko znajduje się na swoim miejscu…

– Piękny utwór, prawda? – zagadnął Pablo.

– O tak – kiwnęła głową. – W sam raz na odpoczynek po tym zwariowanym rock’n’rollu.

– Podobało ci się? – zapytał z uśmiechem.

– Bardzo mi się podobało. Jeszcze nigdy się tak nie wytańczyłam!

– Będziemy tak tańczyć jeszcze wiele razy, gwiazdeczko – powiedział łagodnie.

– Tak, przed nami jeszcze kilka godzin – uśmiechnęła się, czując dziwne ciepło w sercu.

Już drugi raz nazwał ją tak uroczo… gwiazdeczką. To było zupełnie co innego niż ten bezczelny kociak! O to jakoś nie czuła do niego urazy…

– Nie, Lea – odparł Pablo, zniżając głos. – Przed nami jeszcze całe życie.

Zdziwiona tymi słowami, wypowiedzianymi niskim, ciepłym tonem, podniosła odruchowo głowę i napotkała spojrzenie ciemnych oczu, znów pełnych tego światła, które widziała w nich w trakcie walca. Serce zabiło jej mocniej, odwróciła szybko wzrok, nie wiedząc, co odpowiedzieć. On też zamilkł i prowadził ją po parkiecie w rytm spokojnej muzyki, w półmroku, wśród przytulonych par. Znów ogarnęło ją zdumienie, że jest tu z nim, z tym samym bandziorem, którego oczy prześladowały ją od listopada, że to niemal niemożliwe, jakieś nie z tej ziemi. Był obok niej, tak blisko, tańczyła w jego ramionach… a może to był tylko sen? Ten sen, w którym była taka szczęśliwa… z nim!

Muzyka kołysała ją, usypiała jej czujność, przyjemnie przytępiała zmysły. Stopniowo ogarnęła ją łagodna, niezaznana nigdy dotąd słodycz, która popłynęła w jej żyłach jak narkotyk. Zatraciwszy się w magicznej atmosferze tańca, złożyła swą oszołomioną wrażeniami głowę na piersi bandziora, wyczuwając jego ciepło przez białą koszulę, wilgotną jeszcze od potu po rock’n’rollowym szaleństwie. Wychwyciła przez moment uchem miarowe bicie jego serca i zdało jej się, że jej własne zabiło nagle dokładnie tym samym rytmem… Jednocześnie czuła, jak Pablo delikatnie, ostrożnie, powoli, lecz z każdym taktem muzyki coraz szczelniej zamyka ją w swoich ramionach. Pochylił się mocniej ku niej i poczuła we włosach jego oddech, a następnie ciepły dotyk jego policzka na swej skroni. Podniósł rękę i delikatnie pogładził ją po włosach, przygarniając ją mocniej do siebie. Była bliska obłędu.

Wiedziała, że właśnie przekracza granicę, której nie powinna przekroczyć, że za chwilę spali za sobą kluczowy most, a droga, na którą wejdzie, zaprowadzi ją na manowce, z których nie da się już uciec bez szwanku. Wiedziała – i przez tych kilkanaście upojnych sekund nie umiała się bronić. Rozkosz, jaką sprawiały jej jego delikatne lecz stanowcze gesty, opłynęła ją jak ciepła bryza, oszołomiła ją i dziwnie rozleniwiła, paraliżując całkowicie siłę woli. Zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby teraz podniosła głowę i zrobiła jeden mały, przyzwalający ruch, napotkałaby natychmiast jego usta. Dotąd jeszcze nigdy z nikim się nie pocałowała, nie potrafiła więc nawet wyobrazić sobie tego uczucia, jednak nie miała wątpliwości, że z nim to byłby jakiś kosmiczny odlot, rejs w przestworza z biletem tylko w jedną stronę… Przez jej odurzoną koktajlem zmysłów głowę przebiegła myśl, że chyba jeszcze nigdy niczego nie pragnęła bardziej niż tego pocałunku… ale przecież nie mogła tego zrobić, pod żadnym pozorem!

„Nie, Lodziu” – pomyślała słabo. – „Stop, wariatko, nawet o tym nie myśl! To pułapka, przecież ten stary wyga tylko na to czeka!”

Na pomoc w opanowaniu tego szaleńczego, niezrozumiałego dla niej samej pragnienia przyszło jej wspomnienie Karola, parawanu, który sama ustawiła, by chować się za nim w chwilach słabości. Pomyślała, że nie może dać się tak omotać facetowi, któremu bez przerwy mówi o Karolu – jak by to wyglądało? Stanie się przez to niewiarygodna, cały jej dotychczasowy wysiłek pójdzie na marne, zrobi z siebie tylko idiotkę, która pod nieobecność narzeczonego całuje się i obściskuje z pierwszym lepszym obcym facetem. I to w dodatku z jakimś starym, etatowym podrywaczem! Ona, Lodzia Makówkówna, panna z konserwatywnego domu z żelaznymi zasadami! To było nie do pomyślenia!

A co będzie dalej? Za kilka godzin czar pryśnie, trzeba się będzie dyplomatycznie rozstać z bandziorem, nie powinna tego tak głupio komplikować. Już i tak za mocno się do niego przytuliła, niepotrzebnie pozwoliła mu już na zbyt wiele! Powinna mu jasno przypomnieć, że tylko na ten jeden wieczór zajął czyjeś miejsce, pokazać mu jednoznacznie, że ta jej słabość, której właśnie dała niebezpieczny dowód, wzięła się wyłącznie z magii tańca… Tak, należało to przerwać, teraz, natychmiast, jeszcze nie było na to za późno, minęło przecież dopiero kilkadziesiąt sekund…

Skupiła w sobie wszystkie resztki silnej woli, zesztywniała mu w ramionach i desperackim, twardym gestem odsunęła się od niego, rzucając mu krótkie, dumne spojrzenie. Natychmiast zluźnił uścisk ramion i cofnął głowę, wrócili do neutralnej pozycji.

– Przepraszam – szepnął.

***

– Chyba czegoś się napijemy, jak myślisz? – zagadnęła Lodzia przy wyjściu z sali, starając się by jej głos zabrzmiał całkowicie obojętnie i beztrosko.

– Jak sobie życzysz, kochanie – kiwnął głową Pablo.

Uprzejmym gestem przepuścił ją przodem. Wyszli na hol i podeszli do stołu, gdzie siedzieli już Julka z Szymonem zajęci opróżnianiem butelki z coca-colą.

– O, już jesteście! – uśmiechnęła się Julka. – Chcecie coli? Szymek wytrąbił już dwie trzecie, ale coś się jeszcze dla was znajdzie.

Szymon spojrzał na nią z czułością.

– Jak się bawicie? – zapytała Julka, przyglądając się zmienionej lekko twarzy Lodzi.

– Świetnie – odpowiedziała wesoło, sięgając po butelkę z tonikiem i nalewając go sobie do czystej szklanki. Dłoń jeszcze lekko jej drżała, próbowała to jakoś opanować. – Fajna ta muzyka, ale czas trochę odpocząć i napić się czegoś…

Pablo w milczeniu usiadł na swoim krześle i odkręcił butelkę z wodą. Lodzia, która stała jeszcze przy Julce, zerknęła na niego ukradkiem. Z nachmurzoną twarzą sięgnął po szklankę i nalał sobie wody, po czym podniósł ją do ust i pił powoli, nie patrząc na nikogo.

„Jaki niezadowolony” – pomyślała z drżeniem. – „Zły jesteś, szubrawcu, bo prawie upolowany towar wymyka ci się z rąk? Trudno, nic ci na to nie poradzę… Było sobie za dużo nie wyobrażać!”

Podeszła i usiadła cicho na krześle obok niego. Odwrócił się natychmiast w jej stronę i zmierzył ją swym przenikliwym spojrzeniem.

– Powiedz mi, Lea – powiedział poważnie. – Mówiłaś, że wtedy, kiedy zamknęłaś mnie w tej szafie na szczotki… że tego samego dnia poznałaś tego twojego…

– Karola? – dokończyła słodko Lodzia. – Owszem, dokładnie tego samego dnia, mniej więcej godzinę wcześniej. Dlaczego pytasz?

Pablo nie odrywał od niej poważnego spojrzenia.

– Tak szybko się zdecydowałaś? – zapytał ciszej.

– To znaczy? – uniosła lekko brwi. – Chodzi ci o moje małżeństwo?

– Między innymi – rzucił, odwracając na chwilę głowę i zagryzając wargi.

– Właściwie to w dużym stopniu zadecydowano za mnie – odparła beztrosko, udając, że nie dostrzega jego chmurnej miny. – Nie mam za wiele do gadania w tym domu.

– Nawet w swojej własnej sprawie?

– Nawet – odpowiedziała z powagą. – Jestem przecież ledwie że pełnoletnia.

– Ale jednak – zauważył stanowczo. – Takie decyzje podejmuje się osobiście. Chyba nie dasz się wydać za mąż wbrew swojej woli?

– Skądże znowu! – uśmiechnęła się. – Nie powiedziałam przecież, że cokolwiek dzieje się wbrew mojej woli. Jeśli interesy są zbieżne…

– A są? – podchwycił żywo.

Popatrzyła na niego z powagą, w oczach zatliły jej się złośliwe iskierki.

– Naprawdę cię to interesuje? – zdziwiła się uprzejmie. – Są, pewnie, że są, co mają nie być. Nie jestem przecież taka głupia, żeby dać się zmanipulować rodzinie w tak ważnej dla mnie sprawie. Karol to bardzo fajny chłopak, przystojny, inteligentny, znakomicie wychowany… ma wiele do zaoferowania.

Pablo milczał przez chwilę, ciągle jej się przyglądając. Odwróciła oczy, ale i tak czuła na sobie jego palący wzrok. Nagle pochylił się ku niej.

– A gdyby ktoś… przebił jego ofertę? – zapytał cicho.

Podniosła głowę i rzuciła mu dumne spojrzenie rasowej Makówkówny.

– Taki ktoś – odparła z godnością – przede wszystkim musiałby mieć uczciwe zamiary.

Drgnął lekko na te słowa.

– Ach! – szepnął i pokiwał powoli głową. – Rozumiem.

Milczał przez dłuższą chwilę, obracając w dłoni swoją szklankę z resztką wody, po czym jakby się ocknął, wyprostował się na krześle, odstawił szklankę na stół i uśmiechnął się do niej z największą swobodą.

– To co, wracamy na parkiet, maleńka? – zapytał jak gdyby nigdy nic.

– Świetna myśl! – odparła z ulgą, zrywając się ze swojego miejsca. – Nie marnujmy czasu!

Ruszyli ochoczo w stronę sali gimnastycznej, skąd znów dobiegała szybka, rytmiczna muzyka. Pablo mrugnął do Lodzi, przepuszczając ją w drzwiach.

– Będziemy tańczyć, dopóki będziesz miała siły – obiecał, podając jej dłoń. – Biegniemy, moja gwiazdeczko!

***

Muzyka raz eksplodowała energią wulkanu, raz kołysała jak rozszumiane, wieczorne morze o zachodzie słońca… Przetańczyli już kilka pełnych godzin, przedyskutowali wszystko, o czym tylko mogli mówić. Była trzecia nad ranem, zabawa zbliżała się do końca.

Lodzia coraz mniej łudziła się, że uda jej się bezkarnie wyplątać z tego, w co sama się wplątała. Tańcząc i rozmawiając z bandziorem, patrząc przelotnie w jego magnetyzująco lśniące oczy, odczuwała coraz silniej niezwykłą, fizyczną fascynację, której iskry eksplodowały w niej przy każdym jego spojrzeniu i dotyku. Choć sama nie mogła pojąć tego fenomenu, nie kryła już przed sobą, że ten kilkanaście lat starszy od niej mężczyzna podobał jej się jak jeszcze nikt dotąd. Przyciągało ją w nim dosłownie wszystko, jego twarz, jego sylwetka o idealnej, bardzo męskiej linii ramion, jego dłonie i nawet te drobniutkie zmarszczki w kącikach oczu, które zamiast ją odpychać i zniechęcać, wywoływały w niej falę nieznanego dotąd ciepła. Podobał jej się jego niski głos, jego śmiech, jego inteligentne żarty, jego zawadiacki acz kulturalny sposób bycia… I jednocześnie, im lepiej to sobie uświadamiała, z tym większą obawą zastanawiała się, do czego to ją może doprowadzić. Nie miała wszak wątpliwości, o co chodziło temu atrakcyjnemu facetowi…

„Wygląda na rasowego podrywacza” – myślała, zerkając na niego ukradkiem. – „Te wszystkie jego żarciki, blefiki, słodkie błyskanie tymi diabelskimi oczami… i ten jego zniewalający głos! Jak on potrafi gadać, na wszystko ma odpowiedź! Taki kunszt bierze się tylko z doświadczenia. A teraz ja mu wpadłam w oko… Oj, Lodziu, bądź ostrożna, jeśli on się na ciebie uprze, możesz mieć poważne kłopoty! Ciekawe, kto to w ogóle jest?”

Nagle zapragnęła wiedzieć o nim wszystko. O ile wcześniej świadomie o nic nie pytała, czując, że bezpieczniej będzie nic nie wiedzieć, o tyle teraz uznała, że jednak lepiej będzie sprawdzić, z kim ma do czynienia, odkryć zwłaszcza jego ciemne strony.

Pablo opowiedział jej o sobie bez oporów, odpowiedział na wszystkie jej pytania. Z wykształcenia i zawodu był prawnikiem, pracował w jakiejś kancelarii w tej samej kamienicy, w której podziemiach mieściła się Anabella, zaledwie kilkadziesiąt metrów od jej liceum. To w oczywisty sposób wyjaśniało ich wielokrotne, przypadkowe spotkania.

– To chyba nudna praca? – zapytała z przekąsem, wizualizując sobie w wyobraźni ciasne, zawalone papierami biuro prawnicze i wielogodzinne ślęczenie nad dokumentami.

– Praca jak praca – odparł swobodnie. – Każdy jakoś musi zarabiać na swój chleb. Ważne, że zespół mam fajny, spotykamy się też na luzie po pracy, a to nam pozytywnie wpływa na wydajność. Mimo wszystko lepiej pracuje się z przyjaciółmi niż z ludźmi, którzy się wzajemnie podgryzają.

– Wtedy w Anabelli to byli właśnie oni? – zapytała Lodzia, przypominając sobie towarzystwo bandziora z wieczoru, gdy aresztowała go policja.

– Między innymi – uśmiechnął się. – Mamy znacznie szerszą, starą paczkę, to różni ludzie, ale sami zaufani. Przynajmniej raz na miesiąc spotykamy się któregoś wieczoru u Majka pogadać i wypić razem piwo. To już taka tradycja od wielu lat.

– Fajna tradycja – przyznała. – Też bym kiedyś chciała mieć taką zaufaną paczkę.

Zapytała go też ostrożnie o rodzinę. Miał rodziców, już na emeryturze, oraz młodszą o trzy lata siostrę, która wyszła za mąż za jakiegoś Belga i osiadła na stałe za granicą. Po skończeniu studiów wyprowadził się z rodzinnego domu i od tamtej pory mieszkał sam.

– Takie kawalerskie gospodarstwo to może nie jest szczyt organizacji – przyznał, popijając wodę i przechylając się znów w tył razem z krzesłem, gdy w przerwie wrócili do stołu. – Ale radzę sobie jakoś. Ważne, żeby piwo było w lodówce. Mama podrzuca mi czasami jakieś smakołyki, wprawdzie rzadko, bo oznajmiła, że nie zamierza niańczyć mnie do czterdziestki i kazała mi się ożenić – zaśmiał się wesoło. – Gniewamy się o to na siebie co jakiś czas, ale ta dobra kobieta zawsze się w końcu zlituje nad swoim gamoniem, więc nie jest najgorzej.

– No to dlaczego denerwujesz mamę i nie ożeniłeś się do tej pory? – zapytała Lodzia z nutką złośliwości w głosie. – W twoim wieku rzeczywiście byłby na to czas.

– Może to dlatego, że nie spotkałem jeszcze dotąd swojej żony? – zastanowił się, patrząc na nią z rozbawieniem. – Nie powinnaś wszystkich mierzyć własną miarą, skarbie. Ja w przeciwieństwie do ciebie wolę dokładnie przejrzeć dostępną ofertę, a nie łapać pierwszy egzemplarz z brzegu.

– Coś długo trwa to twoje przeglądanie – zauważyła z kpiną. – Jak tak będziesz przeglądał wszystko po kolei i wydziwiał, to wykupią ci cały towar, zanim się na coś zdecydujesz.

– Nie pali się – powiedział wesoło. – Czasami warto poczekać na nową dostawę.

– Chyba że sprzedaż jest limitowana wiekiem – pokiwała głową. – Od pewnego momentu nowsze partie mogą już dla ciebie nie być dostępne w ofercie.

– Liczę się z tym, Lea. Ale co poradzę na to, że jestem takim wybrednym klientem?

– Tak sobie to nazywaj – wzruszyła ramionami, patrząc na niego z politowaniem. – A tak naprawdę to wygląda na zatwardziałe starokawalerstwo… I co się śmiejesz? Przecież wiem, że właśnie o to chodzi. Wolny strzelec bez zobowiązań to dla faceta bardzo wygodna formuła.

Pablo spoważniał nieco na te słowa.

– Nie wiem, w czym widzisz tę wygodę, Lea – odparł wymijająco. – Ja się zresztą cały czas zastanawiam, co ty sobie tak naprawdę o mnie myślisz.

– Tego ci nie powiem – odparła stanowczo.

– W to nie wątpię. Ale ja się i tak domyślam – powiedział jakby do siebie.

Zerknęła na niego niespokojnie, ale uśmiechnął się tylko i nie ciągnął tematu. Zauważyła, że odkąd odsunęła się od niego przy piosence Presleya, unikał wszystkiego, co mogłoby ją do niego zrazić. Nie próbował już się do niej zbytnio zbliżać w tańcu, a i ona starała się pilnować. Tańczyli wciąż w zaskakującej zgodności wszystkich ruchów, odgadując w lot każdy swój gest, ale był to taniec w swej zewnętrznej formie wyciszony i poprawny. Czas zresztą mijał nieubłaganie. Bal studniówkowy przechodził już powoli do przeszłości.

***

– Lodziu, Pablo, to co, możemy zabrać się z wami? – zapytał Szymon, taszcząc ofiarnie toboły Julki, które ta wyniosła z przebieralni i wręczyła mu ze słodkim uśmiechem.

– Jasne, tak się przecież umawialiśmy – odparł Pablo, zarzucając sobie na ramię torbę z butami i kosmetykami Lodzi. – Mówicie tylko, dokąd jedziemy, a ja was rozwożę pod same drzwi. Już prawie czwarta, zimno tam pewnie jak diabli.

– Dzięki – rzucił Szymon. – Jak tam, dziewczyny, niczego nie zapomniałyście?

– Ja zapomniałam! – wykrzyknęła Lodzia, łapiąc się za głowę. – Taca po makowcu! Muszę ją koniecznie znaleźć, ciocia mnie udusi, jak jej nie przyniosę… Wy już lećcie do samochodu, ja do was dojdę, wiem, gdzie zaparkowałeś – powiedziała do Pabla, który skinął na to lekko głową.

Studniówka zakończyła się, muzyka umilkła, na korytarzach słychać było pokrzykiwania opuszczających budynek balowiczów i krzątaninę sprzątających pań. Lodzia pobiegła szukać tacy, co ze względu na panujący chaos okazało się zadaniem trudnym i czasochłonnym. Po kwadransie wysiłków zguba się znalazła. Zbiegając ze schodów na parter, dziewczyna zauważyła z zaskoczeniem, że Pablo wrócił po nią i czekał pod szatnią.

„Co by o nim nie powiedzieć, zachować się potrafi” – pomyślała, zwalniając nieco kroku na ostatnich stopniach. – „Ale mniejsza o to, teraz przede mną trudne zadanie. Odwiezie nas do domu i będę musiała pożegnać go w jednoznaczny sposób. Trzeba bardzo uważać, nie wiadomo, co ten drab jeszcze wymyśli… To ostry zawodnik kuty na cztery kopyta!”

Podeszła do niego z uśmiechem.

– Wróciłeś po mnie? – zapytała retorycznie.

– To przecież oczywiste – odparł, przejmując od niej tacę. – Zostawiłem młodych w samochodzie, włączyłem im ogrzewanie i dałem im wolną rękę, a sam wróciłem po mój skarb.

Odwróciła ze zmieszaniem oczy i sięgnęła po swoje rzeczy, które właśnie podawała jej zmęczona, na wpół zaspana szatniarka. Pablo odłożył tacę na stojącą przy szatni ławkę, pomógł jej założyć płaszcz i nie odrywając od niej oczu, w których igrały ciepłe iskierki, poczekał, aż włoży sobie na głowę i zapnie ocieplany kaptur.

– Załóż też rękawiczki – poradził jej. – Zimno tam okrutnie, chyba z piętnaście na minusie.

Lodzia sięgnęła do kieszeni płaszcza, z zaskoczeniem przeszukała torebkę.

– No, niestety, szlag by to trafił… Chyba zgubiłam gdzieś te cholerne rękawiczki.

– Zakładaj moje – powiedział stanowczo, wyciągając z kieszeni męskie, skórzane rękawiczki i wręczając je Lodzi, która spojrzała na niego z wahaniem. – Nie patrz tak, gwiazdeczko, zakładaj, nie puszczę takiej małej dziewczynki na mróz bez rękawiczek.

– A ty? – zaniepokoiła się.

– O mnie się nie martw, faceci mają skórę jak hipopotam – zapewnił ją wesoło.

Posłusznie założyła za duże na nią o kilka numerów rękawiczki i oboje parsknęli śmiechem, widząc zabawny efekt tej operacji. Wyszli ze szkoły na mróz i szybkim krokiem ruszyli w stronę parkingu po skrzypiącym śniegu.

– Nawet nie wiedziałam, że tu jest parking – zagadnęła Lodzia, uznając, że dobrze będzie podjąć jakiś neutralny temat. – Z ulicy nic nie widać, a przecież często tędy przechodzimy z Julą.

– Tak, parking jest kameralny i dosyć ciasny – odparł rzeczowo Pablo. – Ale ma tę zaletę, że jest najbliższy w okolicy. W śródmieściu ciężko o miejsca, te nasze wynajmujemy już od ładnych paru lat i codziennie się przydają. Czasami mamy taki kocioł w pracy, że każda minuta jest cenna, nie tracimy przynajmniej czasu na dojście do samochodu.

– To samochód też jest wam potrzebny w pracy? – zdziwiła się Lodzia. – Myślałam, że siedzicie całymi dniami nad papierami.

– Zdarza się i tak – przyznał. – Ale często wypadają nam dniówki hybrydowe, kiedy trzeba podziałać i na zewnętrznym froncie, nie wszędzie da się podejść na piechotę, a dojazd zawsze trochę zajmuje. Lokalizacja w śródmieściu ma wiele zalet, ale nie jest wolna od wad. Choćby to zatłoczenie… Jeśli wracasz ze szkoły autobusami, to sama wiesz, że w godzinach szczytu szpilki nie da się tam wetknąć.

– Tak, to prawda – westchnęła. – Tłumy zawsze takie, że w autobusie nie mamy z Julą nawet czego się przytrzymać. Dopiero koło szpitala na Kraśnickiej trochę się rozluźnia.

Szli szybkim krokiem, dzięki czemu niebawem dotarli do parkingu. Czarny volkswagen stał samotnie z boku niewielkiego placu, na tylnym siedzeniu czekali na nich Szymon z Julką. Pablo wrzucił tacę po makowcu do mocno już wypełnionego bagażnika i widząc, że Lodzia zdążyła sama wsiąść z prawej strony, wskoczył za kierownicę. Ruszyli pustymi, ośnieżonymi ulicami, które oświetlało pomarańczowe światło sodowych latarni.

– Ale super impreza! – powiedziała z satysfakcją Julka. – Wyszalałam się dzisiaj jak nigdy, dosłownie nóg nie czuję… Szymek, mów Pablowi, gdzie jechać, do ciebie mamy najbliżej.

– Wszystko już wiem – odezwał się spokojnym głosem Pablo. – Jeden z moich kumpli tam mieszka, znam drogę.

– Widzę, że na każdym osiedlu mieszka jakiś twój kumpel – zauważyła Lodzia, zerkając na niego spod swojego wielkiego kaptura.

– Tak mniej więcej – kiwnął głową. – I jeszcze ze dwóch za miastem. Jak się ma tyle lat, to i kumpli już się trochę zebrało – dodał, mrugając do niej żartobliwie.

– I wypiło się już z nimi morze piwa? – uśmiechnęła się.

– Morze? To mało powiedziane. Oceany!

Julka i Szymon parsknęli śmiechem.

– Rewelacyjnie tańczyliście – zagadnęła z uznaniem Julka. – Tego rock’n’rolla to odstawiliście jak na pokazie tańca, połowa naszej klasy więcej się na was gapiła, niż sama tańczyła.

Pablo i Lodzia wymienili porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechy.

– Oni wszyscy myślą, Lodziu, że przyszłaś z narzeczonym – dodał Szymon. – Ciągle były z tym jakieś jaja, nie, Jula? Obgadywali was na wszystkie strony, a my tylko się z tego śmialiśmy i nic im nie tłumaczyliśmy, bo po co? Skoro sami się nie zorientowali, że to ściema, to ich problem, niech sobie tkwią w błędzie.

– No właśnie, Lodźka, może przynajmniej Grzelo odczepi się od ciebie raz na zawsze – podchwyciła Julka. – Wreszcie dostał nauczkę i nabrał respektu, chociaż nie dam głowy, czy nadal nie będzie ci wyznawał na korytarzu szczerych uczuć! – zaśmiała się. – Moim zdaniem, to jest przypadek nieuleczalny, ale teraz jest szansa, że chociaż z pozoru trochę wyluzuje…

– Dobra, nie mówmy już o nim, Jula – przerwała jej Lodzia, zerkając z niepokojem na Pabla.

Miał teraz nieprzenikniony wyraz twarzy, w skupieniu patrzył na drogę.

– Słuchaj, a Karol poważnie sobie załatwił tę nogę? – zmieniła posłusznie temat Julka.

– Skręcił, chyba dość mocno – westchnęła. – Założyli mu rano gips, podejrzewam, że chodzenie na dwa czy trzy tygodnie ma z głowy.

– Kurczę, szkoda chłopaka – pokręcił głową Szymon. – Fajny gość, już go zdążyłem polubić…

– Ale z drugiej strony gdyby nie to, nie poznalibyśmy Pabla – zauważyła dyplomatycznie Julka. – To był w ogóle numer sezonu, Lodźka, szczęka mi opadła na wasz widok, że lepiej nie trzeba… Szymek gadał już z kolegami, żeby się tobą zajęli, a tu nagle ni stąd, ni zowąd taka niespodzianka. Chociaż mnie to już nawet nie dziwi, ty przecież zawsze coś wymyślisz.

– Wcale nic nie wymyślałam, to był przypadek – zaprotestowała z urazą Lodzia. – Prawda, bandziorku?

– Prawda, kochanie – uśmiechnął się Pablo.

– Nie spodziewałeś się takiego zaproszenia w ostatniej chwili, co? – zwróciła się do niego Julka.

– W żadnym wypadku – pokręcił głową. – Wręcz dawno nic mnie tak nie zaskoczyło… Zwłaszcza że otrzymałem je na trzy godziny przed imprezą wraz z kategorycznym rozkazem doprowadzenia się w tym czasie do stanu reprezentatywności, żeby nie przynieść damie wstydu nieodpowiednim strojem.

Szymon i Julka roześmiali się.

– No i to jest właśnie cała Lodźka! – zawołała Julka. – Ale co się dziwisz, ona jest od dzieciństwa specjalnie szkolona do tego, żeby twardą ręką rządzić facetami!

– Jula, daj spokój – upomniała ją Lodzia, rzucając jej przez ramię zniesmaczone spojrzenie.

– No co, przecież to prawda, a poza tym to jest śmieszne! – ciągnęła wesoło Julka. – Te wasze rodzinne tradycje… Właśnie opowiadałam Szymkowi o twoich kursach gospodarskich i treningu asertywności, sama nie zaprzeczysz, że boki z tego można zrywać!

– Trening asertywności? – podchwycił zaciekawiony Pablo. – A to w jakim celu? Jeszcze o tym nie słyszałem…

– To jest jej potrzebne do skutecznego trzymania przyszłego męża pod pantoflem – wyjaśniła mu Julka.

– Ach! – roześmiał się. – Oczywiście, nie pomyślałem o tym!

– Jula, przestań mnie kompromitować – rzuciła uprzejmym tonem Lodzia. – Trening asertywności był już lata temu.

– Ale skutki, jak widać, zostały – zaśmiał się Szymon. – Pablo, ja już mogę gdzieś tu wysiąść, tamten blok jest mój.

Zatrzymali się w słabo oświetlonej uliczce pod uśpionym o tej porze wieżowcem. Szymon pożegnał się i wysiadł z samochodu.

– Momencik – rzucił Pablo.

Zaciągnął hamulec ręczny i wysiadł za Szymonem, zostawiając włączony silnik. Przez chwilę rozmawiali jeszcze z ożywieniem przy samochodzie.

– Lodźka, powiem ci, że super jest ten twój bandzior – szepnęła tymczasem Julka, przechylając się przez fotel do przyjaciółki. – Nie spodziewałam się… Elegancki i uprzejmy jak cholera, a przy tym luźny gość, da się z nim gadać, w ogóle nie czuje się dystansu. No i wcale nie wygląda aż tak staro, co ty od niego chcesz?

– Nic od niego nie chcę – odparła również szeptem Lodzia. – Zaraz i tak go spławiam.

– No coś ty?! – rzuciła z oburzeniem Julka. – Taki fajny facet! Zwariowałaś, nie spławiaj go całkowicie, tak super tańczyliście… poza tym chyba widzisz, jak on na ciebie patrzy!

– Tym gorzej – odszepnęła Lodzia, odwróciła się na siedzeniu i spojrzała wymownie na przyjaciółkę. – Jak sądzisz, o co mu może chodzić?

Julka wyprostowała się i popatrzyła na nią zaskoczonym wzrokiem.

– Myślisz, że?… – zawahała się, poważniejąc.

– Nie myślę, tylko wiem – odparła stanowczo Lodzia. – Nie bądź naiwna, Jula. To jest stary wyga, wolny strzelec lat trzydzieści dwa, który sądzi, że trafia mu się passa na gorącą przygodę z licealistką. Myślisz, że tacy przepuszczają takie okazje? Nie bój się, on dobrze wie, co robi. Prawie się nie znamy, dopiero od paru godzin wiem, jak ma na imię, a już próbował mnie podchodzić w tańcu… i to doskonale wiedząc, że mam narzeczonego. Musiałam go ustawić do pionu. Nie, nic z tego, niedoczekanie… Mam z nim układ, że po studniówce się rozstajemy i dopilnuję tego. Super się z nim bawiłam, ale na tym koniec.

– Hmm – mruknęła Julka. – Pewnie masz rację, sama to czujesz najlepiej… Szkoda, bo naprawdę jest fajny. Zresztą przyznaj się, Lodźka – dodała konspiracyjnie. – Tak między nami… tylko nie ściemniaj! Podoba ci się bandzior, co?

– Nie powiem, że nie – westchnęła Lodzia, zagłębiając się z powrotem w fotel i zapatrując się w oprószoną lekko śniegiem przednią szybę. – Sądzisz, że zaprosiłabym go na studniówkę, gdyby mi się nie podobał?… Tylko co z tego, Jula? Nie wpakuję się w nic takiego, mowy nie ma, jeszcze tyle rozumu mi zostało…

Pablo tymczasem podał Szymonowi rękę na pożegnanie i wsiadł z powrotem do samochodu.

– Już jestem, przepraszam, dziewczyny – powiedział wesoło, zwalniając hamulec ręczny i ruszając powoli ośnieżoną uliczką. – Jedziemy teraz do was. Gdzie dokładnie wyładowujemy pierwszą połowę bagażnika?

– Na Olchowej – odparła Julka i pokiwała z uśmiechem głową. – Szymek ma dzisiaj szczęście, upiekło mu się noszenie mi tych gratów!

– Szymek jest super gość – oznajmił stanowczym tonem Pablo. – Nie zdążyłem z nim dłużej pogadać, ale nic straconego, umówiliśmy się w czwartek na piwko. Akurat spotykam się ze znajomymi, uprzedzę ich, że będę miał trójkę młodych gości… Bo oczywiście na was też liczę, dziewczyny – mrugnął znacząco do Lodzi.

Spojrzała na niego z niepokojem. Czyżby to był jego sprytny plan ominięcia umowy i podtrzymania z nią kontaktu?

– Przypominam ci, że ja nie piję piwa – zauważyła chłodno.

– Pamiętam – uśmiechnął się, znów zerkając na nią znad kierownicy. – Ale umawialiśmy się przecież, że twoje piwo wypiję ja, a Majk ma dobrą kawę, soki… co tylko zechcesz, kochanie.

– Umówiliście się w Anabelli? – podchwyciła Julka.

– A gdzieżby indziej? – zdziwił się Pablo. – To najlepszy lokal w Lublinie.

– Ja do Anabelli i tak nie idę – zastrzegła Lodzia. – Jestem tam dożywotnio spalona po tym numerze z policją.

– A skąd spalona! – roześmiał się. – Daj spokój, Lea, nikt cię przecież nie skojarzy z tą akcją… Przemyślcie sprawę, dziewczyny, tym razem ja zapraszam. Przedstawię wam moją paczkę, zobaczycie, jacy to świetni ludzie, zwłaszcza jednego z nich musisz koniecznie poznać, gwiazdeczko – tu puścił łobuzerskie oko do Lodzi. – Nie wymagam, żebyście odpowiedziały od razu, zastanówcie się i dajcie mi znać przez Szymka, okej?

– Okej – odparła ochoczo Julka, ignorując mordercze spojrzenie przyjaciółki.

Lodzia milczała. Choć irytował ją zbyt jawnie okazywany entuzjazm Julki, jej serce ogarnęło przyjemne ciepło wobec perspektywy kolejnego spotkania z bandziorem.

„A to szuler!” – pomyślała z uznaniem. – „Nie proponuje mi słodkiego tête-à-tête[1], bo dobrze wie, że się nie zgodzę, tylko zaprasza na piwo Szymka, a mnie i Julę niby przy okazji…”

Nie mogła nie docenić tego chytrego pomysłu i w głębi duszy zaimponowała jej żywa inteligencja, której dowód po raz kolejny dał bandzior. Widząc reakcję Julki, nie miała wątpliwości, że oboje z Szymonem będą namawiać ją na to czwartkowe wyjście, próbowała więc przeanalizować, jakie ryzyko wiązałoby się z tym planem. Wieczór w większym gronie obiektywnie nie wydawał się niebezpieczny, lecz przecież umawiali się, że po studniówce nie będą podtrzymywać kontaktu… Pablo jednak najwyraźniej nie miał zamiaru zrezygnować.

„Nie odpuszcza, ale i nie forsuje” – pomyślała z lekkim zdziwieniem. – „Może lubi dłuższe polowania?”

Neutralnie brzmiąca propozycja zbiorowego spotkania w Anabelli mimo wszystko ją uspokoiła, oznaczała bowiem, że dziś już raczej nie będzie żadnych niepotrzebnych scen. Od samego początku podskórnie bała się, że odwożąc ją po studniówce, rozzuchwalony bandzior będzie chciał uzyskać coś więcej, zaprosić ją do siebie na upojną kontynuację wieczoru albo coś w tym stylu, że wyjdzie z tego jakaś trudna, nieprzyjemna sytuacja. Ale teraz już się nie bała. Była czwarta nad ranem, trzaskający mróz, za nimi wiele godzin szalonego tańca… Nawet taki gorący bandzior musiał być potwornie zmęczony.

„Odłoży to sobie na inny raz” – pomyślała kpiąco. – „Po takim wycisku nawet Casanova marzy tylko o tym, żeby zwyczajnie położyć się do łóżka i wyspać!”

***

Po odwiezieniu Julki zajechali pod jej dom przy Czeremchowej. Poprosiła Pabla, aby zatrzymał się kilka metrów wcześniej, bo choć prawdopodobieństwo, że ktokolwiek w domu o tej porze nie śpi, było niewielkie, czuła się bardziej komfortowo, nie będąc wystawiona na ewentualność czujnych spojrzeń zza firanek. Pablo zatrzymał samochód zgodnie z instrukcją, wyskoczył, by pomóc jej wysiąść, po czym wyjął jej rzeczy z bagażnika.

– Zaniosę ci to pod same drzwi, kochanie.

– Nie trzeba – pokręciła głową, wsuwając sobie pod pachę tacę po makowcu i zarzucając na ramię obie torby naraz. – Sam wiesz, że to nie jest ciężkie, tylko trochę niewygodne, da się ponieść kilka metrów… Aha, masz tu jeszcze swoje rękawiczki.

– Zostaw je sobie, bo zmarzniesz – odparł, mrugając do niej porozumiewawczo. – Oddasz mi je w czwartek u Majka.

– Nie, weź je już – zaprotestowała. – Nie powiedziałam wcale, że będę w czwartek.

– Nie powiedziałaś, ale mam taką nadzieję – uśmiechnął się słodko. – Przecież wiesz, że bez ciebie byłoby mi smutno.

Lodzia postanowiła trzymać się twardo.

– Pablo… – spojrzała na niego z wyrzutem. – Była umowa, prawda?

– Była – przyznał z powagą. – Ale przypomnij sobie dobrze. Umowa dotyczyła wyjścia ze mną na kawę, piwo, frytki, łyżwy, kręgle i bungee, podwózek samochodem i numeru telefonu. Wiem przecież, że numeru mi nie dasz, bo nie dajesz go nieznajomym, a ja jeszcze nie zasłużyłem na awans, więc nawet nie proszę. Podwieźć też cię nie będę mógł w czwartek, bo zwykle zostawiam samochód w domu, kiedy idę na piwo, będziecie musieli przyjechać sami. Z frytek, łyżew, kręgli i bungee rezygnuję dobrowolnie, piwa nie pijesz, a o kawie pogadamy ewentualnie innym razem. Poza tym nie było klauzuli wykluczającej spotkanie w większym gronie, więc nasza wczorajsza umowa będzie całkowicie dotrzymana.

Lodzia słuchała jego krętactw z rosnącym rozbawieniem.

– Ale z ciebie manipulator! – roześmiała się na koniec. – To tak prawnicy omijają prawo?

– Luki prawne to jedna z moich specjalności – odparł wesoło. – A ty znacząco ułatwiłaś mi zadanie, bo popełniłaś podstawowe błędy w konstrukcji umowy.

– Przecież mówiłam wyraźnie, że po studniówce ma być tabula rasa – przypomniała mu wymownie.

Pablo uśmiechnął się czarująco.

Tabula rasa oznacza nową szansę, Lea.

– Jesteś niemożliwy – pokręciła głową, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. – Ale tak czy inaczej dziękuję ci za tę studniówkę, bandziorku. Naprawdę. Bawiłam się cudownie.

– Ja też, gwiazdeczko. To ja dziękuję ci za zaproszenie. Ufam, że zdołałem choć trochę ocieplić swój wizerunek w twoich oczach. Bardzo mi na tym zależało po tym pokazie braku manier, jaki odstawiłem w listopadzie… No, ale czas już do domu, ten mróz jest nie do zniesienia. Będziesz w czwartek u Majka, prawda?

– Przecież wiesz, że nie powinnam – zauważyła lekko. – W mojej sytuacji mogłoby to wyglądać głupio i niezręcznie, nie uważasz?

– Dlaczego? – zapytał równie lekkim tonem. – Zapraszam przecież was wszystkich, całą trójkę. Gdyby ten twój Karol mógł chodzić, zaprosiłbym i jego.

– Serio? – spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Serio – uśmiechnął się. – Myślisz, że nie chciałbym poznać swojego głównego rywala?

– Bzdura – wzruszyła ramionami.

– Może i bzdura – odparł, a w jego oczach zapaliły się szelmowskie iskierki. – Dla mnie zupełnie nie ma znaczenia, kim on jest, ani co ma do zaoferowania.

Lodzia podniosła dumnie głowę i wydęła lekko wargi.

– Coś, co dla ciebie nie ma znaczenia, może je mieć dla mnie – zauważyła uprzejmie.

– Tak, wiem o tym, Lea – przyznał spokojnie. – Ale ty i tak nie wyjdziesz za Karola.

– O, a skąd to wiesz? – uśmiechnęła się kpiąco.

– Bo wyjdziesz za mnie.

Spojrzała na niego w osłupieniu.

– Co takiego? – wyszeptała zdumiona.

– To, co powiedziałem – uśmiechnął się swobodnie, a jego oczy błysnęły wesoło.

„Ach, ty piekielny blefiarzu!” – pomyślała nie bez uznania. – „Wiedziałam, że coś jeszcze dzisiaj wymyślisz, tylko nie wiedziałam co!”

Po pierwszej sekundzie, kiedy dała się zaskoczyć, otrząsnęła się i ogarnęło ją rozbawienie. Doceniła kolejny inteligentny pomysł bandziora, który idąc za ciosem, podpinał się w ten sposób pod jej matrymonialny blef z Karolem. Droczył się z nią znowu, korzystając z jej własnego oręża, i wyraźnie go to bawiło. Postanowiła nie dać mu satysfakcji.

– Ech, panie prawniku – uśmiechnęła się z pobłażaniem. – Niech pan nie uzurpuje sobie cudzych praw… Pańskie zastępstwo nie obejmuje tego punktu, zresztą właśnie się skończyło. A mezalianse nie wchodzą w grę, mama i babcia prędzej zamurowałyby mnie w wieży.

Pablo roześmiał się, przyglądając jej się z zafascynowaniem.

– Biegnij do domu, bo cała przemarzniesz, gwiazdeczko – odparł neutralnym tonem. – Mróz jak diabli, jeszcze się przeziębisz niepotrzebnie.

Poprowadził ją w stronę furtki jej domu, otworzył ją przed nią szeroko, skłonił się zamaszyście, kiedy przez nią przechodziła, i zamknął ją za nią szarmanckim gestem.

– Do czwartku, kochanie – rzucił jeszcze znacząco.

Po chwili usłyszała trzask drzwi samochodu i dźwięk uruchamianego silnika. Czarny volkswagen przejechał obok jej domu i nabierając prędkości, zniknął w głębi ulicy.

_____________________________________________________

[1] tête-à-tête (fr.) – sam na sam.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *