Anabella – Rozdział CCXXVIII
– Mhm, gadałem dzisiaj z frajerem – przyznał wesoło Majk, odpowiadając na pytanie Izy. – Poprosił mnie smsem o rozmowę przed środą, bo spotyka się z Kasieńką i już wali w pory przed godziną zero. Oczywiście powołał się na ciebie, więc nie mogłem odmówić, a że akurat miałem okienko czasowe, którego jutro ani pojutrze mógłbym nie mieć, uznałem, że nie ma co odkładać sprawy. Tyle że musiałem uruchomić wyższą logistykę, żeby to się w ogóle udało.
– Jak to? – zdziwiła się Iza.
– Kacper jest ciągle potrzebny Lidii na Koncertowej – wyjaśnił. – Zwłaszcza że ona też ma swoje kłopoty rodzinne i każda minuta jest u niej napięta do maksimum, a Kacper wbrew pozorom to oprócz niej i Gosi jedna z najbardziej doświadczonych osób w tamtym lokalu i sporo na nim stoi. Dlatego nie chciałem zabierać Lidii siły roboczej, a że musiałem pogadać z frajerem na spokojnie, na dwie godziny wysłałem tam Chudego na zastępstwo. Tyle że to też nie było takie proste, bo Kacper jeszcze nie ma tego nieszczęsnego prawka i z Koncertowej na Zamkową jechał autobusem, a to trochę potrwało. W drugą stronę fundnąłem mu już taryfę, ale i tak wyszła z tego szeroko zakrojona operacja.
– Tym bardziej ci dziękuję – odparła z wdzięcznością Iza. – Wiem, że w naszej firmie dewizą jest elastyczność, a szef najlepiej potrafi dać jej dobry przykład, ale tym razem to była sprawa pozazawodowa.
– Nie do końca – zauważył Majk. – Kacper jest moim pracownikiem, zależy mi, żeby był wydajny, a na Koncertowej robi naprawdę świetną robotę, Lidia ma w nim mocne wsparcie. Dlatego nawet od strony czysto pragmatycznej chciałbym, żeby ułożyło mu się z Kaśką, w przeciwnym razie z frajera zostaną zgliszcza i trudno będzie spodziewać się po nim energii do pracy. Druga rzecz to twoja rekomendacja i obietnica, jaką ci dałem, a trzecia… no cóż – ton jego głosu opadł i spoważniał. – Sprawa Kacpra jest też gardłowa dla mnie osobiście. Z powodu tej cholernej klątwy, której nie możemy u niego wykluczyć, a za którą, jak głosi wasza hipoteza, to ja jestem odpowiedzialny.
– Hipoteza – podkreśliła szybko Iza. – Pamiętaj, że to nadal tylko hipoteza, i nie miej przez to wyrzutów sumienia. Może to z Kacprem to jednak tylko zbieg okoliczności.
– Ja też nadal mam taką nadzieję – przyznał. – Dlatego tym bardziej obiecałem sobie, że zrobię wszystko, co tylko mogę, żeby pomóc mu odzyskać Kasieńkę, dzięki temu dałoby się podważyć tę hipotezę, a to dla mnie jakiś front psychicznej samoobrony. Dopóki nie mogę podjąć próby zniesienia klątwy, a na razie niestety nie mogę, wolę udawać, że w nią nie wierzę, i skupić się na szukaniu dowodów przeciwko niej. Czyli de facto przyjąć strategię strusia – podsumował ponuro. – Strusia albo tchórza, na jedno wychodzi.
– No i co? Właśnie ta strategia może okazać się najlepsza – zauważyła Iza, czując, że rozmowa zaczyna schodzić na niebezpieczne tory. – Przecież hipotezy są od tego, żeby je weryfikować, a ja też wolałabym, żeby ta o klątwie faktycznie się nie sprawdziła. Dlatego cieszę się, że włączyłeś się w pomoc Kacprowi, i jestem ci za to bardzo wdzięczna, kto wie, może to będzie dla niego kluczowe? Powiedz mi, jak po tej rozmowie oceniasz sytuację i jego szanse na odzyskanie Kasieńki?
– Oceniam je wysoko – zapewnił ją z przekonaniem Majk. – Oczywiście o ile frajer nie spieprzy czegoś na ostatniej prostej, czyli da radę zapanować nad emocjami i przedstawi jej wszystko, co ma do powiedzenia, tak jak zrobił to dzisiaj w rozmowie mną. Bo gołym okiem widać, że u niego to jest największy problem. Niekontrolowane emocje.
– To fakt – przyznała Iza. – On taki jest z natury, żywiołowy i narwany, ale i tak w porównaniu do tego, jak zachowywał się jeszcze półtora roku temu, zmienił się niesamowicie. Przynajmniej jeśli chodzi o odpowiedzialność w życiu osobistym – zaznaczyła. – Bo od pracy, odkąd pamiętam, nigdy się nie migał.
– I to jest najważniejsze – zgodził się Majk. – Odpowiedzialność i pracowitość to podstawa, nie tylko u faceta, a charakteru raczej nie da się zmienić, więc nawet się o to nie czepiam. Ja tam lubię frajera, ma w tym narwaniu swój styl i jest cholernie sympatyczny, zwłaszcza przez tą swoją szczerość aż do bólu. U niego momentami to już nawet nie jest serce na dłoni, tylko flaki na talerzu, i to z całym komponentem naturalistycznym, że tak powiem.
Iza roześmiała się, siadając na łóżku z aparatem przy uchu. Jako że w oczekiwaniu na telefon od Majka zdążyła już całkowicie przygotować się do snu, wsunęła się teraz pod kołdrę i wyłączyła lampkę na biurku, przez co w ciemnościach jedynym punktem światła pozostał aktywny ekran aparatu z wyświetlonym na środku imieniem Michaś.
– Opowiedział ci pewnie wszystko ze szczegółami? – zagadnęła wesoło. – I to nawet z takimi, których mnie by nigdy nie opisał?
– Czy tobie by nie opisał, to nie wiem, podejrzewam, że z tobą jest równie szczery, masz u niego żelazny autorytet. Ale fakt, że miejscami pogadaliśmy sobie bardziej tak… hmm, po męsku… w każdym razie, jak to się mówi, złapaliśmy wspólną nitkę. Sam zresztą musiałem pokazać mu się z trochę innej strony, niż dotąd mnie znał, frajer był święcie przekonany, że naprawdę jestem tym cynicznym hedonistą, którego maskę noszę przed ludźmi. To zresztą bardzo mnie cieszy, bo potwierdza mi skuteczność kamuflażu, ale przed Kacprem, żeby mi zaufał, musiałem uchylić rąbka tajemnicy… rąbka księżycowej duszy – dodał ciszej.
Serce Izy zabiło mocniej.
– Tak – pokiwała głową. – Czasem to konieczne.
– Opowiedziałem mu trochę o mojej Anabelli – ciągnął Majk. – Oczywiście bez konkretów, bardziej jako o naczelnej idei życia, której podporządkowałem wszystko i której będę się sztywno trzymał do końca. I albo wygram, albo przegram, ale rozmieniać się na drobne więcej nie chcę, wystarczająco już się narozmieniałem. To na niego podziałało, można powiedzieć, że trafiło w sam środek tarczy, bo frajer czuje dokładnie to samo, a przy tym sam zauważył, że jestem od niego starszy o pół pokolenia, więc trochę już w tym tkwię i pewnie wiem, co mówię. Chyba z pół godziny dzieliliśmy się wizjami życia, związku z kobietą, rodziny… i wyszło na to, że obaj widzimy to bardzo podobnie. Zresztą już po tym, co mi o nim mówiłaś, spodziewałem się, że to będzie nasz wspólny punkt wyjścia, i nie pomyliłem się. Porozmawialiśmy też trochę o naszych hedonistycznych doświadczeniach z przeszłości, o różnych błędach, tych, które zależały od nas, i tych, na które nie mieliśmy wpływu… a potem skupiliśmy się już tylko na jego problemie z Kasieńką, na diagnozie tego, co spieprzył, i na awaryjnym planie naprawczym. Podsumowując, myślę, że to była całkiem konstruktywna rozmowa.
– Co do tego nie mam żadnych wątpliwości – uśmiechnęła się Iza.
– Tyle że ja za niego roboty dyplomatycznej nie odwalę – zaznaczył Majk. – A mam poważne obawy co do jego zachowania na tym spotkaniu z Kaśką w środę, bo, jak mówiłem, frajer kompletnie nie panuje nad emocjami. Fakt, że w ogień piekielny by za nią skoczył, ale problem w tym, że cholernie mocno nadwerężył jej zaufanie, i jeśli nie wyjaśni jej wszystkiego metodycznie, to samym mazgajeniem się i wycieraniem glutów w rękaw za wiele nie ugra.
– No właśnie – westchnęła Iza. – Ja też się o to martwię, on przy niej traci głowę, a niestety tę poważną rozmowę musi załatwić sam, my mu w tym nie pomożemy. Co mu doradziłeś?
– Mówić prawdę i tylko prawdę, również o tym, dlaczego wcześniej ją zatajał, dlaczego pozwalał się uważać za kogoś innego. Powiedzieć jej wszystko dokładnie tak, jak powiedział nam, na tym etapie nie ma innego wyjścia, zwłaszcza że u nich właśnie o tę prawdę poszło. Odważnie wyjaśnić, dlaczego było się tchórzem, bo na dalsze bycie nim tutaj już nie ma miejsca. Oczywiście ja go rozumiem, sam też w kluczowej sprawie jestem nędznym tchórzem i kiedyś będę musiał to wyczyścić, ale to mimo wszystko trochę inna sytuacja… Akurat syfu z przeszłości co do zasady nie mógłbym ukrywać przed kimś, na kim mi zależy.
– Ja też – przyznała cicho Iza.
– Ty akurat nie masz tego problemu, elfiku, jesteś czysta jak łza – odparł ciepło. – Nie to, co tacy degeneraci jak ja czy Kacper, na nas to piętno zostanie już zawsze, nawet jak odpokutujemy swoje grzechy z przeszłości. Mówiłem mu to zresztą. Pokuta – podkreślił. – Bez tego nie ma mowy o nowym otwarciu, ale żeby pokuta była w ogóle możliwa, najpierw trzeba szczerze wyznać, co się nabroiło, i to właśnie osobie, dla której chcemy naprawić swoje życie. U niego to jest Kaśka, u mnie Anabella… Pablo też kiedyś musiał boleśnie wyspowiadać się przed Lodzią… w każdym razie to zawsze działa tak samo i bardzo boli. Ja co prawda miałem z tym wyznaniem trochę łatwiej niż oni, ale to dlatego, że powiedziałem jej wszystko od razu, jeszcze zanim serce zdążyło postawić mnie pod ścianą.
– Pod ścianą? – szepnęła Iza.
– No… tak mi się jakoś metaforycznie powiedziało – w jego głosie zabrzmiała nutka smętnego rozbawienia. – Chodzi o to, że ona od samego początku znała moje grzeszki, wyznałem jej wszystko otwarcie i przedyskutowaliśmy to, zanim jeszcze sam zdążyłem ogarnąć, kim dla mnie jest – wyjaśnił. – Czyli, mówiąc wprost, zanim pokochałem ją na zabój jak Kacper Kaśkę.
– Rozumiem – wyszeptała ledwo dosłyszalnie, czując znajomy ścisk w sercu.
– Zresztą takie rzeczy i tak są nie do ukrycia. Kacper wie o tym, przekonał się na własnej skórze, ale i tak nadal twierdzi, że nie mógł inaczej. W pewnym sensie ma rację… nie da się wykluczyć, że gdyby wcześniej powiedział Kaśce, jakim kiedyś był Casanovą, mogłaby go skreślić od razu na starcie, a tak przynajmniej dostał trochę swoich wymarzonych okruszków szczęścia i tego nikt mu nie odbierze. Tyle że sięgnął po nie w nieuczciwy sposób, a z góry wiadomo, że to się zawsze zemści, prędzej czy później. Ale ja go rozumiem. To są bardzo ciężkie wybory, klincze i węzły gordyjskie, których nie da się załatwić jednym cięciem.
– To prawda.
– W sumie ta trudna rozmowa dobrze zrobiła nam obu – ciągnął Majk. – Dla mnie potrzeba uwiarygodnienia się przed nim, udowodnienia mu, że rozumiem, co czuje, też była okazją do wygadania się i podzielenia się różnymi refleksjami. Oczywiście z Kacprem nie da się rozmawiać tak jak z tobą, na poziomie filozofii i metafizyki, ale miało to swoje zalety i myślę, że obaj na tym skorzystaliśmy. Tym bardziej zależy mi, żeby w środę poszło mu jak najlepiej i żeby młoda zgodziła się dać mu drugą szansę, chociaż niestety nie ma na to żadnej gwarancji. Wręcz, jeśli znowu coś schrzani, może się skończyć ostateczną katastrofą… no, ale na to już nie mamy wpływu, wszystko w jego rękach.
– No właśnie – przyznała smętnie Iza, otulając się mocniej kołdrą. – A jak się nie uda?
– Bez względu na wynik rozmowy z Kaśką, w środę kazałem mu dać znać, jak poszło – odparł Majk. – Ma wysłać do mnie przynajmniej smsa, a jak będzie źle, to i zadzwonić, będę trzymał rękę na pulsie. Tylko tyle mogę dla niego zrobić.
– Dziękuję ci za to, Michasiu. Ale jak myślisz? To, że Kasieńka w ogóle chce z nim gadać, to chyba dobry znak?
– Na dwoje babka wróżyła – odpowiedział sceptycznie. – Wszystko zależy od tego, z jakim nastawieniem przyjdzie na to spotkanie, równie dobrze to może być podsumowanie i ostateczne zakończenie sprawy. Kacper zresztą jest tego świadomy, buja się między nadzieją i strachem, no i niestety do środy nie ma na to rady. Ja sam nie chcę go ani dołować, ani nastawiać zbyt optymistycznie, lepiej będzie, jak przygotuje się na oba scenariusze. Obawiam się tylko, że na ten gorszy nie da się w ogóle przygotować… czasem cios w ryj, nawet całkowicie spodziewany, może się okazać za silny do zniesienia.
– Masz rację – westchnęła Iza. – I co wtedy?
– Nie wiem, jeśli odezwie się do mnie, jak ustaliliśmy, to postaram się mu pomóc, gorzej, jak nie da żadnego sygnału i na własną rękę odwali coś głupiego. Ale mam nadzieję, że nie będzie tak źle. Tak czy inaczej zrobiłem, co mogłem i co umiałem, żeby jakoś go na tę środę przygotować.
– Bardzo ci za to dziękuję, chyba nie da się zrobić nic więcej – odparła z wdzięcznością Iza. – Teraz możemy już tylko trzymać za niego kciuki.
– Tak jest, właśnie tak zrobimy, mały elfie, będziemy mocno trzymać kciuki za frajera. A teraz powiedz mi, co tam u ciebie? – zagadnął. – Jak zaczął się urlop w Korytkowie?
– Bardzo pozytywnie – zapewniła go żywo. – Przyjechałam tu dopiero wczoraj, a już tyle się zadziało… Mam nawet na koncie jeden wielki sukces dobrej wróżki, wiesz?
– O! – podchwycił wesoło. – Tak szybko? Co prawda znam twoje nieograniczone możliwości, więc sam fakt zbytnio mnie nie dziwi, ale przyznaję, że jestem ciekawy, co znowu zmalowałaś. No, mów. Komu tym razem przyniosłaś szczęście, dobra wróżko?
Iza roześmiała się i w ogólnym zarysie opowiedziała mu o wczorajszym spotkaniu z Agnieszką oraz jego dzisiejszych skutkach, które po interwencji Doroty zadziwiły już zapewne całe Korytkowo.
– Oczywiście nie uzurpuję sobie żadnych zasług – zastrzegła z humorem. – Z tą misją dobrej wróżki tak tylko żartuję, po prostu pogadałam na ten temat z Agą, a to jej dało pretekst, żeby ułożyć sobie wszystko w głowie. Wiesz, jak to jest… kiedy się z kimś rozmawia, trzeba się wysilić i jakoś ubrać w słowa nawet to, co najtrudniejsze. Poza tym Aga potrzebowała czegoś jeszcze, mianowicie akceptacji, a ja stałam się dla niej kimś w rodzaju zaufanej reprezentantki społeczeństwa. Podejrzewam, że gdybym zareagowała bardziej sceptycznie, dalej miałaby wątpliwości, ale to nie zmienia faktu, że moja rola była tylko pomocnicza, bo decyzję i tak musiała podjąć sama, we własnym sercu.
– To oczywiste, Izulka – przyznał Majk. – Ale jednak wywalenie z siebie trudnych spraw jest często dla tej decyzji kluczowe, a jakoś tak się składa, że wszyscy najchętniej wywnętrzają się przed tobą. Pomijam siebie samego, bo u mnie to już jest uzależnienie typu… jak to się mówi po francusku? à vie [*]?… ale jest cała banda innych frajerów. Krawczyk, Tom, Kacper… to tylko ci, o których wiem, a o ilu nie wiem? Zwłaszcza o dziewczynach, bo przecież i dziewczyny pewnie zwierzają ci się hurtowo, tak jak ta Agnieszka. Mam udawać, że to jest przypadek?
„A vie” – powtórzyła smutno w myśli Iza. – „Z jednej strony chciałabym, żeby tak było, a z drugiej zastanawiam się, jak ja to przeżyję… jak zniosę psychicznie kolejne etapy gry komandosa, bo te najtrudniejsze przecież nadal przede mną. Ale może prawdą jest, że człowiek jest w stanie znieść wszystko, co go bezpośrednio nie zabije?”
– Przypadek to rzeczywiście nie – przyznała z namysłem. – Dlatego mówię o misji dobrej wróżki, chociaż sama nie wiem, skąd mi się to bierze. Naprawdę. To jest trochę poza mną, a trochę jakby we mnie… Czasem, kiedy uda mi się komuś pomóc, kiedy efekt rozmowy jest taki jak wczoraj z Agą, czuję się wybranką losu i odbieram tę misję jako błogosławieństwo, ale są też chwile, kiedy na serio uważam ją za przekleństwo. Zwłaszcza kiedy ktoś oczekuje ode mnie dobrej rady, a ja nie mam pewności, co powinnam mu doradzić, albo, co gorsza, zrobię to źle.
– No tak, wyobrażam sobie, jakie to trudne i ile kosztuje cię psychicznego wysiłku – zgodził się Majk. – Ale co można poradzić na to, że jesteś w tym najlepsza? Nawet nie chodzi o twoje umiejętności psychologiczno-terapeutyczne, bo to nie jest kwestia ani wyuczonej techniki, ani nawet doświadczenia. To jest umiejętność, która tkwi w tobie jako część twojej natury… takie metafizyczne coś, które sprawia, że w twojej obecności człowiek nie tylko się otwiera, ale też ni stąd, ni zowąd sam porządkuje sobie chaos w głowie. A to czasem w zupełności mu wystarcza.
– Czasem tak – przyznała. – Ale czasem nie. A ja ciągle mam dylemat, na ile powinnam ingerować w cudze sprawy, nawet kiedy ktoś prosi mnie o to explicite.
– Wiem, Izuś, pamiętam, co mówiłaś a propos Toma. Ale to są drobiazgi, naprawdę. Wiem, co mówię, bo sam najlepiej znam twoją moc, a kiedy widzę, jak rozpoznają ją też inni, jak ustawiają się do ciebie w kolejce po metafizyczne wsparcie, to… po prostu w duchu klękam przed tobą. I pewnie jeszcze nieraz klęknę też w realu.
– Przestań – szepnęła smutno.
– Naprawdę. Imponujesz mi niesamowicie, elfiku, masz moc, jakiej nie ma nikt inny, i mówię to z pełnym przekonaniem i odpowiedzialnością. Najlepszym obiektywnym dowodem na to jest fakt, że rozwaliłaś na miazgę nawet takiego zawodnika wagi ciężkiej jak Krawczyk. Znam frajera i wiem, jaka to twarda sztuka, ale na ciebie nie ma mocnych, więc i on, wielki milioner i cyniczny gracz rynkowy, w końcu przypełzł do ciebie skamleć jak kundel z podkulonym ogonem.
– Bez przesady! – prychnęła z rozbawieniem Iza. – Nie koloryzuj, aż tak źle z nim nie było. Po prostu potrzebował rozmowy.
– Nie sądzę, żeby moja metafora była bardzo przesadzona – odparł z powagą. – A nawet jeśli, to niewiele, sądząc choćby po tym jego dramatycznym liście o życiu i śmierci. Rozmowa… no właśnie, to jest przecież twój podstawowy oręż dobrej wróżki i Bastek doskonale o tym wiedział. Swoją drogą, chociaż nadal uważam go za niebezpiecznego typa, a tego, co zrobił Pablowi, pewnie nigdy nie wybaczę mu do końca, za jedno bezwzględnie szanuję go i doceniam. Za to, że od samego początku wyczuł w tobie to, co wyczułem i ja. Księżycową moc, elfikową energię… Ty naprawdę to masz, Izula, a twoja wczorajsza interwencja dobrej wróżki, to, co w jeden wieczór zrobiłaś z tą Agnieszką, to tylko kolejny twardy dowód do kompletu.
– Nie taki znowu twardy – zauważyła oględnie. – Oni z Piotrkiem przecież i tak prędzej czy później by się dogadali, to było nieuniknione. Ja tylko trochę pomogłam im przyśpieszyć ten proces. Naprawdę tylko trochę.
– Mhm. Zgadza się. To jest takie „trochę” jak pchnięcie pierwszego klocka w budowli z domina i ty właśnie wczoraj to zrobiłaś. Pchnęłaś klocek i poszłaś do domu spać, a domino poszło samo, rano dostałaś już tylko raport o skutkach.
– Aha, tak było! – parsknęła znów śmiechem Iza. – Dokładnie tak, jak mówisz. Od momentu, kiedy Aga zrozumiała, co czuje i czego chce, dobra wróżka nie miała tam już nic do roboty. Taka jest właśnie moja rola – zaznaczyła, starając się, by jej głos zabrzmiał beztrosko, mimo że w sercu na tę myśl czuła głęboki smutek. – Pomóc komuś dojść do etapu tuż przed, kiedy reszta dzieje się już sama, i wycofać się. Etap przed. Tam jest moje miejsce.
Mimo wszystko coś w jej głosie musiało zdradzić prawdziwy stan ducha, ewentualnie wyraziła się nie do końca jasno, bo na linii na kilka długich sekund zapadła cisza.
– Etap przed – powtórzył w końcu cicho Majk. – Nie, Izulka, nieprawda. To nie jest twoje miejsce. Może tej dobrej wróżki, która w tobie mieszka, tak, może elfa z księżycową mocą, który biegnie na ratunek innym, tak, ale nie twoje. Nie jako Izy Wodnickiej, która też ma przecież swoje życie i zasługuje na to, żeby przeżyć je w pełni.
– Właśnie celem mojego życia jest bycie dobrą wróżką – odparła przekornie z bijącym sercem, wpatrując się w ciemny sufit nad łóżkiem. – To jest moja pełnia.
– Nie – odpowiedział stanowczo. – Zgoda, że to jest część twojej natury, wielki dar, którego nie powinnaś marnować, bo dzięki temu czynisz wiele dobra, które jest na tym świecie cholernie potrzebne. Ale nie możesz tego robić kosztem siebie.
– Nie kosztem – zapewniła go, z niezadowoleniem czując, że głos lekko jej zadrżał. – Mówię przecież. To nie jest koszt, to jest cel sam w sobie.
– Nie – powtórzył z uporem Majk. – To nie może być twój główny i jedyny cel, Izulka. Oprócz tego, że jesteś dobrą wróżką, jesteś też kobietą… nawet nie „też”, ale przede wszystkim – poprawił się. – Jesteś kobietą i nie możesz zapominać, że to w tym obszarze powinnaś się spełniać w pierwszej kolejności.
„Chciałabym, promyczku” – pomyślała smutno Iza, przymykając powieki, pod którymi zaczęło ją delikatnie szczypać. – „Bardzo bym chciała, ale bez ciebie to jest niemożliwe… wykluczone… i niestety nawet nie mogę ci tego powiedzieć.”
Czy to przypadek, że dziś w rozmowie z nim wracały przemyślenia, jakie dwa dni temu snuła w padającym śniegu na lipniakowej łące? A może tamto było jakimś przeczuciem, metafizyczną zapowiedzią dzisiejszego dnia?
– Nie, Majk – odparła łagodnie. – Kobietą jestem tylko przy okazji, dla ludzi ważniejsza jest ta druga część mojej natury, dobra wróżka, elf, obojętnie jaki inny stwór nie z tego świata… i to na tym planie mam największe szanse się spełnić. Zrozumiałam to już, pogodziłam się z tym i wiem, że muszę się tego trzymać.
– Bzdura – w jego głosie zabrzmiała surowa nuta. – Opowiadasz głupoty, Iza, straszne głupoty… potworne. Wiem, że Misiek ostro dał ci po garach i że nadal potrzebujesz czasu, żeby się po tym poskładać i otworzyć na nowe szanse, ale taka retoryka ci w tym nie pomoże. Co więcej, widzę, że coraz bardziej się w niej radykalizujesz. Nie rób tego, elfiku. Skrzywdzisz tym mocno samą siebie i do cholery… nie tylko siebie.
„Tylko siebie” – zaprzeczyła w myśli, zaciskając wargi. – „Nikogo innego. I to wcale nie jest krzywda… to samoobrona.”
– Podziwiam w tobie dobrą wróżkę – ciągnął Majk. – Podziwiam ją z całego serca i szanuję, ale jeśli zrobisz z niej konkurentkę dla siebie jako kobiety, to przysięgam, że ją znienawidzę. Tak nie wolno nawet myśleć, Iza. Jesteś kobietą i to nie byle jaką, jedyną w swoim rodzaju… mówiąc dyplomatycznie, dusza anioła to nie jest twój jedyny atut. Ty sama może w to nie wierzysz, nadal nie wierzysz w siebie, ale ja, nawet jeśli nie traktujesz mnie od tej strony poważnie, mimo wszystko jestem facetem i dobrze wiem, co mówię.
– Przestań – wyszeptała, czując, jak łzy cisną jej się pod powieki. – Teraz to ty opowiadasz bzdury. Zresztą nie gadajmy już o mnie.
– Dobrze wiem, co mówię – powtórzył stanowczo Majk. – I właśnie będziemy gadać o tobie, to jest o wiele ważniejsze niż cokolwiek innego. Ważniejsze niż frajer Kacper i jego Kaśka, ważniejsze niż Bastek, Agnieszka i kto tam jeszcze korzysta z twoich wróżkowych usług. Do Agnieszki zresztą zaraz wrócimy, mam do ciebie jeszcze kilka pytań, ale najpierw dokończmy to. Powiedz mi, elfiku, dlaczego tak się radykalizujesz? – zapytał ciszej. – Dlaczego tak metodycznie uciekasz od wizji siebie jako szczęśliwej, spełnionej kobiety, czyli de facto od czegoś, na czym kiedyś zależało ci najbardziej? Tylko proszę, bądź ze mną szczera. Dlaczego?
Iza milczała, połykając łzy, świadoma tego, że powinna natychmiast coś mu odpowiedzieć. Natychmiast! Ta rozmowa poszła niechcący w zbyt niebezpieczną stronę, a komandos chwilowo był całkowicie rozbrojony, potrzebował czasu, żeby się pozbierać.
Jesteś kobietą – dudniły jej wciąż w głowie jego słowa. – Dobrze wiem, co mówię…
A więc widział w niej nie tylko elfa, ale i kobietę? Owszem, lecz co z tego? To przecież nic nowego, już nieraz jej to mówił, tyle że dla niego to była tylko teoria. Widział w niej kobietę, która powinna się spełniać w tej roli i której z całego serca tego życzył, ponieważ była jego przyjaciółką. I tyle.
– Przecież wcale się nie radykalizuję – wydusiła z siebie z trudem, starając się przybrać neutralny ton. – Cały czas mówię to samo, nic się nie zmieniło.
– A może właśnie powinno się zmienić? – podjął tonem człowieka, który, mówiąc, zastanawia się nad każdym słowem. – Może powinnaś wreszcie się… obudzić?
Łzy pociekły po policzkach Izy, cichutkie i niepohamowane. Teraz przez dwie lub trzy sekundy nie mogła mówić, nie ulegało bowiem wątpliwości, że głos jej niebezpiecznie zadrży, a to tylko niepotrzebnie rozkręci karuzelę. Musiała czym prędzej wyciszyć te emocje. Lecz jak to się stało, że w ciągu kilku minut komandos dał się tak łatwo zapędzić w kozi róg? Właśnie takie sytuacje były najgorsze, najtrudniejsze. Majk przecież chciał jej tylko pomóc, wszystko, co mówił, płynęło ze szczerej przyjacielskiej troski… Tak, ale gdyby wiedział! Gdyby tak na ułamek sekundy mógł zajrzeć do jej duszy!
Nie, właśnie to dobrze, że nie mógł. To by dopiero była katastrofa!
– Wreszcie? – zdołała wyszeptać, udając zdziwienie.
Teraz to po jego stronie linii zapadła dłuższa cisza – cisza o tyle zbawienna, że pozwoliła komandosowi w miarę sprawnie opanować kryzys i podnieść z ziemi wytrąconą z ręki broń.
– Masz rację, przepraszam – odezwał się po kilku sekundach Majk cichym, jakby zgaszonym tonem. – Przesadziłem. Nie mam prawa ustawiać ci priorytetów.
„Jak to nie?” – odpowiedziała mu w myśli. – „Ty jeden masz prawo do wszystkiego, co mnie dotyczy… ty jeden na świecie. Ale niestety, akurat w tym punkcie nie mogę cię usatysfakcjonować.”
– Nie mów tak, Michasiu – odparła łagodnie, powolutku odzyskując pewność siebie. – Jesteś kochany, że tak się o mnie martwisz, wiem, że chcesz dla mnie jak najlepiej i bardzo ci za to dziękuję. Jesteś najlepszym przyjacielem na świecie.
Z drugiej stronie linii dobiegło ciche prychnięcie, jakby Majk żachnął się bez słów. Czy miał jej za złe, że ucieka od tematu? A może tylko się przesłyszała? Mimo to musiała jakoś z tego wybrnąć, zareagować konkretniej, nie zasłaniać się ogólnikami, które w ich relacji brzmiały już zbyt głupio, wręcz śmiesznie. Tylko jak? Było tylko jedno wyjście – musiała kupić sobie czas.
– Ale czy moglibyśmy odłożyć rozmowę na mój temat na inną okazję? – dodała ostrożnie. – Mam wrażenie, że nie do końca się rozumiemy, a w takiej sytuacji nie jest dobrze gadać przez telefon.
– Hmm… to prawda – w napiętym głosie Majka zabrzmiało coś w rodzaju ulgi. – Telefon to nie to samo co rozmowa na żywo, zwłaszcza z tobą. Swoją drogą dlatego coraz bardziej boję się tego twojego stażu w Liège… ale tak, masz rację. Zresztą ja też wolę odłożyć ten wątek na inny raz, sam muszę to przemyśleć, bo mam wrażenie… obawiam się, że chyba zaczynam łapać nitkę.
„O cholera!” – zmrożona tymi słowami Iza poderwała się na łóżku i usiadła z telefonem przy uchu. – „Tylko nie to… tylko nie to!”
– Nitkę? – szepnęła. – Tu przecież nie ma żadnej nitki.
– Niestety jest – odparł ponuro. – Chyba że się mylę, oby… ale masz rację, porozmawiamy o tym po twoim powrocie, jak spotkamy się na żywo w Lublinie. Może podczas naszej umówionej sesji filozofii księżycowej, hmm? Potem przed Belgią może już nie być okazji.
Iza odetchnęła ze względną ulgą – skoro chciał o tym rozmawiać, to znaczy, że niczego się jednak nie domyślił. Nitka, o której mówił, była fałszywa… na szczęście.
– Dobrze – zgodziła się z wahaniem.
„Do tego czasu coś wymyślę” – obiecała sobie, opadając z powrotem na zmoczoną łzami poduszkę i naciągając na siebie kołdrę. – „Coś, co pozwoli mi nie kłamać, ale i nie mówić całej prawdy… coś, co go usatysfakcjonuje i odwróci ode mnie jego uwagę. Zresztą powinien ją skierować na ważniejsze sprawy, na swoje własne szczęście, na swoją przyszłość… na swoją Anabellę…”
– Świetnie, umowa stoi – podsumował Majk. – Nie gniewaj się na mnie, elfiku, że tak na ciebie skoczyłem, nie chciałem powiedzieć nic złego. Po prostu nienawidzę tych klinczów i patów, które ciągle blokują mi życie, a kiedy widzę kolejny taki u ciebie… no szlag mnie trafia i tyle. Powiedz, moja dobra wróżko, czy my kiedyś z tego wyjdziemy?
W jego głosie zabrzmiała nuta smętnej melancholii, która wskazywała, że coś znowu go dręczyło, a ona nawet domyślała się, co to mogło być.
Po prostu cholernie źle znoszę rozstania – przypomniały jej się jego słowa z ostatniej rozmowy w Lublinie.
Ciekawe, na jak długo wyjechała ta Natalia… niedługo chyba powinna już wrócić? A właściwie nie, wcale jej to nie ciekawiło. Przeciwnie, lepiej było w ogóle o tym nie myśleć.
– Z klinczów? – odpowiedziała z namysłem. – Nie wiem, Michasiu. Ty pewnie prędzej niż ja, czego bardzo ci życzę, bo chciałabym, żebyś był szczęśliwy. Ale dlaczego w ogóle tak mówisz? – zagadnęła z ciężkim sercem. – Stało się coś, co znowu wpędziło cię w klincz?
– Non stop coś takiego się dzieje – odparł z mieszaniną rezygnacji i rozbawienia. – Non stop, mój aniele. Za każdym razem, kiedy dotknę czegokolwiek w moim status quo, natychmiast pojawia się kolejny klincz, który blokuje mnie jeszcze bardziej i jeszcze mocniej związuje mi ręce. Ale mniejsza o to… Powiedz mi tylko, że kiedyś z tego wyjdziemy. Obiecaj mi to, nawet jeśli dzisiaj sama w to nie wierzysz.
– Wyjdziemy z tego – zapewniła go bez przekonania. – A na pewno ty.
– Nie ma ja czy ty. To jest jedno i to samo, Iza. Ty też tkwisz w tej pajęczynie i właśnie przez to przed chwilą prawie się posprzeczaliśmy, a obawiam się, że w przyszłości możemy się posprzeczać jeszcze bardziej. Dopóki nie rozplączemy tej pajęczyny, każdy po swojej stronie, ale i wspólnymi siłami, nie wyjdziemy z naszych klinczów.
– Bo może po prostu jesteśmy na nie skazani? – zastanowiła się Iza, w duchu zadowolona, że rozmowa schodzi na bardziej filozoficzny tor. – Może taka jest cena posiadania księżycowej duszy?
– Zdecydowanie tak – zgodził się od razu. – Też do tego doszedłem i to już dawno, ale ta świadomość niestety niewiele mi daje, wręcz dołuje jeszcze bardziej. Klątwa Anabelli, klątwa księżycowej duszy… i klątwa tchórza, który boi się pójść va banque. Marzę o tym, żeby rozwalić je wszystkie jednym ciosem i uwolnić się wreszcie, ale jeśli ty mi w tym nie pomożesz, nic z tego nie będzie.
– Pomogę ci, jak tylko będę umiała – zapewniła go natychmiast Iza. – Powiedz mi tylko jak.
– Tak jak zawsze – odparł cicho. – Rozmawiaj ze mną. Po prostu ze mną rozmawiaj i odpowiadaj mi na pytania zgodnie z tym, co czujesz i co podpowiada ci twoja intuicja. A kiedy gadamy na żywo, głaskaj mnie po włosach, ile tylko wlezie, i doładowuj mnie kosmiczną elfikową energią. To wystarczy. Może jestem kretynem i skończonym naiwniakiem, ale ja naprawdę wierzę, że to na dłuższą metę wystarczy, żeby pokonać wszystkie nasze klincze.
– Dobrze – szepnęła.
– A niech to… z każdą minutą coraz bardziej żałuję, że na taki ważny temat zeszliśmy w rozmowie przez telefon – ciągnął z niezadowoleniem Majk. – Wolałbym mieć cię teraz tu blisko, koło mnie… no, ale trudno. Nie zawsze ma się to, czego się chce, a raczej ma się to ekstremalnie rzadko, może zresztą na dzisiaj dobre i to? Wrócimy jeszcze do tego wątku na żywo, dopilnuję tego, mały elfie. W sumie to była tylko dygresja, ale, jak wiadomo, nasze dygresje czasem są warte dużo więcej niż wątek główny… Dobra, zostawmy to. Teraz chciałbym zadać ci jeszcze dwa pytania.
– Dobrze – powtórzyła cichutko.
– Obydwa dotyczą historii, w której wzięłaś udział jako dobra wróżka z krainy elfów i od której zaczęliśmy tę dyskusję.
– Historii Agi i Piotrka? – upewniła się.
– Mhm. Wróćmy do tego na chwilę. Kiedy opowiadałaś mi o tym, od razu skojarzyłem tę historię z pewną naszą rozmową… pewnie tego nie pamiętasz, ale mnie to uderzyło od razu.
– Pamiętam.
– Pamiętasz? – zdziwił się. – Wiesz, o której mówię?
– Chyba tak. O tej kiedyś, na końcu świata?
– Mhm. W lecie. Na początku lipca.
– Pod księżycem – uśmiechnęła się.
– Tak. Świecił księżyc, siedzieliśmy w trawie, a potem złapała nas burza z piorunami.
– Aha. I musieliśmy uciekać do samochodu.
– Właśnie tak. Ale najpierw dość długo gadaliśmy, więc zdążyłem cię o to zapytać.
– Wiem, pamiętam. Kiedy Aga opowiadała mi swoje dylematy, też mi się to przypomniało. Opowiadałeś mi o swoim marzeniu… planie… i pytałeś mnie w ramach eksperymentu psychologicznego o to, jak bym zareagowała.
– Tak – w jego głosie zabrzmiała satysfakcja. – Właśnie o to mi chodziło. W takim razie nie muszę chyba odwalać retorycznych wstępów? Ten Piotrek zrobił dokładnie to, o czym wtedy mówiłem, poszedł odważnie va banque i wygrał, zgarnął całą pulę. Ogólnie szacun dla niego, zachował się jak mężczyzna, sam chętnie bym mu za to uścisnął łapę, ale jednak przyznasz, że dużo ryzykował, hmm?
– O tak, bardzo dużo – zgodziła się Iza. – Właściwie do ostatniej chwili nie mógł być pewien, jak to się skończy. A im dłużej Aga milczała, tym bardziej on się męczył i stresował.
– Właśnie, wytłumacz mi to. Dlaczego się stresował? Była opcja, że ona mu odmówi?
– Oczywiście. Wręcz tego najbardziej mógł się spodziewać, bo w pierwszej chwili, kiedy zaskoczył ją oświadczynami, natychmiast mu odmówiła, dopiero potem zgodziła się jeszcze raz to przemyśleć i dać mu ostateczną odpowiedź najpóźniej po dwóch tygodniach.
– Aha… okej. Czyli na wjazd jednak dostał kosza. Jak myślisz, brał to pod uwagę?
– Zdecydowanie tak. Wręcz chyba z góry spodziewał się odmowy, bo nawet nie przejął się nią zbytnio, tylko poprosił Agę o spokojne przedyskutowanie sprawy. I miał na to świetnie przygotowaną argumentację.
– Hmm, rozumiem. Odważny frajer. I ta argumentacja ostatecznie ją przekonała?
– Tak… chociaż nie tyle przekonała, co raczej dała jej do myślenia, a jak już zaczęła myśleć w tę stronę, to samo poszło… jak to domino, o którym wspominałeś.
– Mhm, wyobrażam sobie. Mówiła ci, jaka to była argumentacja? Dotycząca dziecka czy jej samej?
– I tego, i tego. Na początku przede wszystkim chodziło o dziecko, to był punkt wyjścia, bez tego Piotrek pewnie by nie próbował z czymś takim wyskakiwać. Może nawet by o tym nie pomyślał.
– O właśnie! – podchwycił żywo Majk. – To mnie bardzo interesuje, jego pierwotna motywacja. Wytłumacz mi to, elfiku, rozwiń ten wątek, s’il te plaît.
– Zdecydowanie jego pierwotną motywacją było dziecko – odparła stanowczo Iza. – Zaczęło się od słowa na te… od słowa tata. On bardzo chciał, żeby Pepcio tak na niego mówił, ale Aga nie zgadzała się na to, co zresztą było zrozumiałe. Ona też miała po swojej stronie mocne argumenty.
– Opowiesz mi to? Chciałbym dobrze zrozumieć tę historię, żeby zrobić pewne porównanie.
– Porównanie do siebie? – zapytała cicho. – Do tamtego twojego marzenia, które wtedy zniszczyłam ci swoim głupim gadaniem?
Na chwilę zapadła cisza.
– Nie, akurat nie myślałem o tym – odpowiedział w końcu Majk. – Chciałem porównać Piotrka z innym frajerem, co też poszedł va banque, tyle że z innym skutkiem. Ja sam jeszcze nigdy tego nie zrobiłem, za wielkim jestem tchórzem. Oczywiście odnoszę to też do własnej sytuacji, ale wiem, że tu nie ma bezpośredniego przełożenia, każdy przypadek jest inny. Zbieram po prostu materiał ilustracyjny.
– Rozumiem – szepnęła.
– A co do tego, że zniszczyłaś cokolwiek… nieprawda, elfiku – dodał ciepło. – Byłem ci wtedy bardzo wdzięczny za to szczere zdanie i zresztą nadal jestem. Na tamtym etapie to, co sobie wyobrażałem… bo nawet trudno powiedzieć, że planowałem to na serio… to był bardzo zły pomysł i nie mam wątpliwości, że zakończyłby się dla mnie klęską. Nauczyłaś mnie wtedy ostrożności i rozwagi, ale przede wszystkim cierpliwości, którą nadal ćwiczę. Fakt, że to bolało, ale tym lepiej. Miało boleć. Z perspektywy czasu widzę, że wtedy jeszcze było za wcześnie na takie akcje, o wiele za wcześnie. Ba, nawet teraz jeszcze jest za wcześnie… no, ale nieważne – przerwał sam sobie. – Mów dalej, skarbie. Opowiedz mi wszystko po kolei, zwłaszcza interesuje mnie ta sytuacja widziana z perspektywy Piotra. Jak doszedł do momentu, kiedy uznał, że nie ma innego wyjścia, niż zagrać va banque?
– No… jak chcesz od początku, to to będzie długa historia – zastrzegła Iza. – Na pewno masz tyle czasu? Nie musisz już wracać na stanowisko?
– Nie muszę – zapewnił ją spokojnie. – Zwolniłem się dzisiaj samowolnie ze stanowiska co najmniej do północy, wszystko w budzie mam ustawione i póki co działa bez pudła, zabezpieczyłem sobie teren na tę rozmowę. Chyba że to ty chcesz już kłaść się spać?
– Absolutnie nie. Wprawdzie leżę już w łóżku, ale spać nie zamierzam, więc jeśli masz czas i ta historia naprawdę cię interesuje…
– Interesuje mnie bardzo, zwłaszcza w świetle jej finału. Ogólnie interesują mnie wszystkie twoje historyjki z Korytkowa, ale ta dzisiaj zdecydowanie wybiła się na prowadzenie, od razu zauważyłem w niej różne analogie i genialny materiał do dyskusji filozoficznej. No, mów, Izula. Nieraz już wspominałaś o Agnieszce i o Piotrku, który pomagał jej przy młodym, ale nigdy nie opowiedziałaś mi tego całościowo. Nadróbmy to.
– Okej – uśmiechnęła się, moszcząc wygodniej głowę na poduszce.
W duchu dziwnie ukojona jego uwagą o tym, że „nawet teraz jeszcze jest za wcześnie”, chętnie naszkicowała mu w całości historię Agnieszki i Piotrka – historię, która jej samej dziś, kiedy znała już jej happy end, jawiła się w zupełnie innym świetle niż jeszcze nawet miesiąc temu.
– A więc wyszło na to, że oboje czuli to samo – podsumowała. – Że od dawna podobali się sobie wzajemnie, a właściwie to… myślę, że po prostu od dawna się kochali – uśmiechnęła się ze wzruszeniem. – Pokochali się w ferworze walki o Pepcia, o jego zdrowie, o jego dobro i przyszłość, ale zrozumieli to dopiero, kiedy pojawiła się realna wizja wspólnego życia, kiedy na poważnie padło słowo małżeństwo. Dopiero wtedy zaczęli o sobie myśleć w ten sposób, jak mężczyzna o kobiecie i na odwrót.
– Mhm – przyznał Majk. – Czułem, że właśnie o to chodziło, od razu o tym pomyślałem, chociaż jeszcze nie znałem szczegółów. To przecież nie pierwsza para, która uformowała się na bazie przyjaźni i wspólnego frontu przeciwko wyzwaniom codzienności. I na pewno nie ostatnia.
Iza przymknęła oczy, ogarnięta słodyczą marzenia, które nagle, bez ostrzeżenia opanowało jej duszę, nim zdołała temu zapobiec. Wyzwania codzienności… sala Anabelli… porozumiewawczy uśmiech i komunikacja bez słów nad głowami siedzących przy stolikach klientów… Ale nie. Wystarczy. Już raz uległa niepotrzebnym złudzeniom i srogo za to zapłaciła. To się nie może powtórzyć.
– Rzecz w tym, że ta ich przyjaźń była dosyć szorstka – zaznaczyła neutralnym tonem. – Aga ma teraz wyrzuty sumienia, że była dla niego nieznośna, a prawdą jest, że była, sama nieraz byłam tego świadkiem. Ale, jak mówię, to była u niej po prostu nieuświadomiona forma szukania jego uwagi, on z kolei wykazał się prawdziwie anielską cierpliwością i teraz, kiedy już się dogadali, oboje są szczęśliwi do nieprzytomności.
– Ale wcale nie musiało tak być – zauważył przekornie Majk. – Frajer mógł dostać definitywnego kosza i co wtedy? Co z dzieciakiem?
– Piotrek zabezpieczył się na tę okoliczność – zapewniła go Iza. – Aga obiecała mu, że nigdy nie odetnie go od kontaktu z Pepciem i to mieli z góry ustalone, nawet na wypadek porażki. Ale wiadomo, że wtedy byłoby słabo – przyznała w zamyśleniu. – Ciężko by im było dalej na co dzień przebywać w swoim towarzystwie, ten kosz, jak to nazywasz, zostawiłby po sobie trwały ślad i mógłby się nawet odbić na Pepiku.
– Tak. Ale Piotr jednak zaryzykował i post factum okazało się, że to był ich właściwy moment. Jak myślisz, intuicja?
– Raczej presja czasu. Poszło przecież o słowo na te, od tego się zaczęło. Pepcio ma już prawie rok, uczy się mówić i coraz więcej rozumie, więc Piotrek wiedział, że jeśli ma go uczyć, żeby nazywał go tatą, to musi zacząć jak najszybciej. Że w sumie każdy dzień się liczy i nie ma na co czekać. Ale Aga stawiała opór, a on rozumiał jej argumenty i to go zmusiło do poszukania radykalnego rozwiązania. Gdyby nie to, pewnie jeszcze bardzo długo funkcjonowaliby w starym status quo.
– Aha, kapuję. Presja czasu… w ogóle presja, jakakolwiek. Masz rację. Człowiek nie skoczy w przepaść, nawet jak wie, że tylko tędy jest droga do wolności, dopóki coś go do tego nie zmusi. A takie ryzyko, jakie on podjął, to był rodzaj wirtualnej przepaści.
– Można to tak ująć – uśmiechnęła się.
– Presja – powtórzył w zamyśleniu. – Mhm, to może być klucz. Ale wróćmy teraz jeszcze do tamtej rozmowy z końca świata, do naszego eksperymentu psychologicznego. Mówiłem ci wtedy dokładnie o czymś takim, co Piotrek wykonał w realu, i pytałem cię, jak byś zareagowała, gdyby to zdarzyło się tobie. Oczywiście wiem, że każdy przypadek jest inny, wtedy też to podkreślałaś i to jest prawda, ale jednak twoja odpowiedź była jednoznaczna. Gdyby facet, jakikolwiek, wyskoczył ci z czymś takim, gdyby oświadczył ci się z takiego zaskoku jak Piotr Agnieszce, dostałby bezwzględnego kosza. I jako argument podałaś, że małżeństwo to nie jest pole do eksperymentów.
– Tak – zgodziła się niepewnie. – Ale właśnie, jak mówisz, wszystko zależy od konkretnego przypadku, od konkretnej sytuacji… Ja wtedy widziałam to inaczej, patrzyłam z mojego subiektywnego punktu widzenia. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że kocham Miśka – dodała z przekąsem. – A to była totalnie skrzywiona perspektywa.
– Prawda – przyznał ponuro. – I obawiam się, że z tym jeszcze nie koniec.
– Z czym? – zdziwiła się.
– Z tą skrzywioną perspektywą.
– Nie rozumiem.
– Pogadamy o tym na żywo w Lublinie – odparł wymijająco. – Na razie wróćmy jeszcze do tego psycho-eksperymentu z lipca. Ciekaw jestem, czy gdybym dzisiaj zapytał cię o to samo co wtedy… załóżmy, że planowałbym taki skok na główkę, jaki walnął Piotrek, że chciałbym pójść va banque w ten sam sposób jak on i zapytałbym cię o radę… to co byś mi odpowiedziała. Założę się, że nawet w świetle historii Agnieszki, twoja odpowiedź byłaby dokładnie taka sama.
Ścisk serca był tak silny, że na chwilę ścisnął Izie też szczękę, nie pozwalając wydobyć z siebie głosu. Czy on to naprawdę planował? Czy to była na razie tylko teoria? Przecież sam przed chwilą powiedział, że jeszcze jest za wcześnie…
– A wiesz, z czym chciałem to porównać? – ciągnął spokojnym tonem Majk. – Czy raczej z kim? Z Victorem.
– Hmm – mruknęła z mimowolną niechęcią, mimo że relatywnie neutralny temat Victora w tej sytuacji nawet ją urządzał.
– Wybacz, że go wspominam i psuję ci tym humor, ale to właśnie on zainspirował mnie wtedy do rozważania scenariusza z va banque. Co prawda frajer przegrał, ale i tak zaimponował mi odwagą, kiedy oświadczył ci się z głupia frant, podobnie jak ten Piotr Agnieszce. Bo gdyby wygrał, to tak jak on wziąłby od ręki wszystko.
– Nie wziąłby – burknęła Iza. – Nie było takiej opcji.
– Ech! – parsknął śmiechem. – Właśnie. Problem Victora polegał na tym, że tego nie przewidział. A dlaczego nie było takiej opcji? Bo mój elfik to nie pierwsza lepsza lala, która złapie się na słodkie słówka, tylko wyjątkowo twarda sztuka, radykalna idealistka ze sformatowaną księżycową duszą, która potrafi być anielsko wyrozumiała dla maluczkich, ale w walkach o swoje własne serce jest bezwzględna i nie bierze zakładników.
– Czyli zimna ryba – podsumowała z pobłażaniem Iza. – Victor właśnie to mi wytknął na sam koniec. Że jestem zimną kobietą.
– Bzdura. Mówiłem ci już kiedyś, że taka z ciebie zimna ryba jak ze mnie ksiądz, tylko skąd tacy frajerzy jak Victor czy Kacper mogą to wiedzieć? Oceniają cię po pozorach tak samo, jak większość w drugą stronę ocenia mnie… Ale nieważne, wrócimy do tego jeszcze nieraz, mam nadzieję, że w bardziej sprzyjających okolicznościach, a na razie chciałbym skupić się na wątku scenariusza va banque. Piotrek kontra Victor. Wiesz, co mnie w tym najbardziej zafascynowało?
– No?
– To, co zawsze w życiu. Przewidywalna nieprzewidywalność. Patrząc obiektywnie, z boku, Victor miał u ciebie o wiele większe szanse na sukces niż Piotrek u Agnieszki, pamiętam, jak wszyscy wkoło prorokowali, że to się skończy tak samo jak w przypadku Ani i Jean-Pierre’a. Ja sam nawet zaczynałem w to wierzyć, bo chociaż lepiej niż reszta znałem twoje stanowisko, jest coś takiego jak kropla, która drąży kamień, i tego się… i brałem to na serio pod uwagę. Spędzałaś z nim bardzo dużo czasu, kiedy przyjeżdżał do Lublina, byliście prawie nierozłączni… la grande vadrouille, valse, chanson pour Isabelle [**]… ah, Isabelle! – przedrzeźnił żartobliwie patetyczny ton Victora. – Frajer patrzył w ciebie jak w obrazek, ze skóry wyłaził, żeby ci się przypodobać, a ty zdawałaś się przyjmować jego amory… niby z dystansem, ale ciągle zostawiałaś mu furtkę i to było widać gołym okiem.
– Tak, wiem – westchnęła Iza. – Tej furtki oczywiście nigdy nie było, ale zachowywałam się na tyle nieodpowiedzialnie, że wszyscy, łącznie z Victorem, mogli pomyśleć, że jest. A ja trzymałam z nim taki mocny kontakt tylko dlatego, że lubiłam pogadać sobie z nim po francusku… pff! Do dziś to sobie wyrzucam.
– No właśnie. Ale on tego nie wyczuł, poddał się fali i mocno się zdziwił, kiedy dostał od ukochanej Isabelle solidnego kopa w tyłek. Z kolei Piotrek uderzył va banque w przekonaniu, że jako facet nie ma u Agnieszki szans, że tylko ją denerwuje i co tam jeszcze mówiłaś, ale jednak zaryzykował w nadziei, że ona pójdzie na układ dla dobra dziecka. I też się zdziwił, tylko w drugą stronę. A jaki z tego wniosek? Taki, jaki słusznie wyciągnęłaś już wtedy, na końcu świata, mianowicie że w tych sprawach niczego nie da się przewidzieć, że każdy przypadek jest indywidualny i nie podlega ocenie w kategoriach obiektywnych.
– Tak jest – przyznała nie bez satysfakcji.
– Niby nic nowego pod słońcem, ale czasem trzeba takich porównań, żeby zrozumieć to w pełni. Ta świadomość przydaje się zwłaszcza w ocenie sytuacji innych, szczególnie kiedy sami o to proszą, co na przykład dla ciebie, dobrej wróżki pracującej na pełny etat, jest chlebem powszechnym.
– Tak – przyznała smętnie. – I dlatego właśnie staram się jak najmniej wtrącać, chociaż to wcale nie jest proste, bo trudno jest określić, gdzie przebiega granica między realną pomocą a niepotrzebnym wtrącaniem się. Ale masz rację. W tych sprawach kategorie obiektywne ani nawet intersubiektywne nie sprawdzają się do końca. Lepiej skłaniać ludzi do własnej refleksji, wysłuchiwać ich, ale nie narzucać im gotowych rozwiązań. Ja nadal się tego uczę, ale skoro w przypadku Agi to zadziałało tak spektakularnie, to chyba już zawsze będę tak robić. Nie ma nic gorszego niż podpowiedzieć drugiemu człowiekowi kierunek, który potem może się okazać dla niego zły.
Przed oczami mignął jej obraz Zbyszka siedzącego w fotelu ze spuszczoną głową i szklanką whisky w ręce. Może i tu za bardzo się wtrąciła? Może jednak poszła za daleko?
– Dlatego zawsze powtarzam ci, że w tych sprawach, bez względu na to, czy chodzi o innych czy o ciebie samą, musisz ufać swojej intuicji – odparł z przekonaniem Majk. – I to nie jest truizm, Izula, jakieś banalne follow your heart rodem z Disneya, tylko moja autentyczna, niezachwiana wiara w nieomylność twojej elfikowej intuicji… we wrażliwość twojej księżycowej duszy. Ty sama nawet nie wiesz, ile na tym stoi.
– Nieprawda, Michasiu – pokręciła smutno głową. – Moja intuicja nie jest nieomylna, przeciwnie, myli się bardzo często, ale dopóki tylko ja przez to cierpię, to pół biedy. Ważne, żeby nie cierpieli przez nią też inni.
– Kiedy się pomyliła? – zapytał podchwytliwie Majk. – Podaj mi jakiś konkretny przykład. Oczywiście z wyjątkiem Miśka, bo to błąd z czasów, kiedy jeszcze nie miałaś sformatowanej księżycowej duszy, więc dla mnie się nie liczy.
Iza uśmiechnęła się smutno na wspomnienie srebrnych oczu księżyca w noworoczną noc, a potem tnących przez sam środek serca słów Lodzi.
Wyszli pooglądać księżyc.
To był najbardziej konkretny przykład, niekwestionowany, miażdżący. Ale do niego akurat nie mogła się odwołać.
– Okej… no, chociażby Tom – odparła z namysłem. – U niego chyba najbardziej widać, że niepotrzebnie się wtrąciłam.
– Skąd wiesz, że niepotrzebnie? Sprawa Toma jest przecież nadal w toku – zauważył spokojnie Majk. – Nie wiemy, jak się kończy, za jakiś czas może się okazać, że miałaś stuprocentową rację, więc póki co to też się nie liczy. Podaj mi przykład tak ewidentnej i udowodnionej pomyłki, jaką ja zaliczyłem w sprawie Lodzi i Pabla. Hmm?
– No, jeśli przyjmujesz kryterium sprawy w toku, to rzeczywiście na razie nie mogę udowodnić pomyłki – przyznała po chwili zastanowienia Iza. – Ale są przesłanki przejściowe, które na nią wskazują.
– Przesłanki przejściowe nic nie znaczą, liczy się końcowy wyrok, zapytaj Pabla, jak to wygląda w prawie. Nie, moja dobra wróżko, nie kupuję tego. Poczekajmy na zakończenie tych spraw i dopiero wtedy pogadamy o pomyłkach, a póki co ja nadal mocno wierzę w twoją księżycową intuicję. Muszę w nią wierzyć, inaczej… czekaj, przepraszam cię na moment – przerwał z niezadowoleniem i w słuchawce rozległ się jakiś szmer, jakby odgłosy odległej, niezrozumiałej rozmowy.
„W sumie gdyby nie ten księżyc w Nowy Rok i moje głupie złudzenia, to nawet przyznałabym ci rację” – pomyślała Iza, czekając cierpliwie na linii, domyślała się bowiem, że w lokalu pojawiły się jakieś komplikacje wymagające pilnej interwencji szefa. – „Ale tu status sprawy w toku nie ma przecież żadnego znaczenia i gdybym cię o to zapytała wprost, sam byś to potwierdził. Księżycowa intuicja… pff! Prędzej chory idealizm, o którym mówił Krawczyk.”
Dyskusja w tle przybrała na sile, Izie zdało się, że teraz wychwytuje dźwięk nie dwóch, a kilku różnych głosów, męskich i damskich.
– Elfiku, jesteś tam? – odezwał się wreszcie głos Majka, w którym czuć było poirytowanie.
– Jestem – odparła szybko. – Słyszę, że coś się dzieje, pewnie musisz się rozłączyć?
– Niestety tak. Jakaś zadyma na sali, muszę interweniować.
– Jasne, leć, Michasiu, jesteśmy w kontakcie. Dzięki za telefon, za rozmowę, za info o Kacprze i ogólnie za pomoc w jego sprawie.
– Żaden problem, Izula, będę dalej trzymał rękę na pulsie i na bieżąco cię informował. Wybacz, że tak się zrywam w pół zdania, dokończymy tę dyskusję innym razem, ja i tak niebawem się odezwę, ale teraz… siła wyższa.
– Wiadomo, nie musisz mi tłumaczyć – uśmiechnęła się. – Szkoda czasu, biegnij ratować okręt, kapitanie.
– Biegnę, a ty śpij smacznie i w ogóle odpoczywaj jak najwięcej. Dobranoc, skarbie.
„Dobranoc, promyczku” – odpowiedziała mu już w myśli Iza, odkładając telefon na biurko i wtulając wygodniej głowę w poduszkę. – „I dziękuję ci za telefoniczne okruszki szczęścia, porcja twojego głosu na noc działa jak najlepsza kołysanka.”
Pod zamkniętymi powiekami wyświetliła jej się godzina, na którą zerknęła tuż przed wygaszeniem ekranu – 23.54. Niby jeszcze wcześnie, dopiero dochodziła północ, ale trzeba było już spać, od samego rana miała przecież pracować w sklepie. Wyciszyła zatem metodycznie myśli, starając się odrzucić jak najdalej zwłaszcza jedną, która mimo to falami nawracała, wypowiedziana głosem Majka.
Załóżmy, że planowałbym taki skok na główkę… że chciałbym pójść va banque…
A jednak im dalej było jej od jawy, a bliżej do snu, nawet te odległe, dobiegające do świadomości już tylko cichym echem słowa, nie ściskały jej serca, które – wręcz przeciwnie – coraz bardziej się napełniało się spokojem i przedziwną słodyczą, typową dla marzeń, którym w przedsennym błogostanie łatwiej jest popuścić lejce. Jak to było?
Sprawa w toku…
Przesłanki przejściowe nic nie znaczą, liczy się końcowy wyrok, zapytaj Pabla…
Ja nadal mocno wierzę w twoją księżycową intuicję…
________________________________________________
[*] A vie (fr.) – na całe życie, dożywotnio.
[**] La grande vadrouille, valse, chanson pour Isabelle (fr.). – wielka włóczęga, walc, piosenka dla Isabelle.