Anabella – Rozdział CCXLI

Anabella – Rozdział CCXLI

– Jak ty się czujesz, elfiku? – zapytał z troską Majk, który około trzynastej wparował na Bernardyńską obładowany reklamówkami z jedzeniem. – Lepiej?

– Dużo lepiej, a właściwie to już całkiem dobrze – zapewniła go Iza. – Wczoraj przed wyjściem z pracy wzięłam tabletkę i jak wróciłam do domu, nagle zaczęła działać, nie tylko przeciwbólowo, ale też usypiająco. Dzięki temu wyspałam się jak niemowlę, na siódmą byłam już nawet w kościele… Za to ty wyglądasz dzisiaj tak sobie – zauważyła, przyjrzawszy się uważniej jego wymiętej twarzy i zaczerwienionym oczom. – Dobrze spałeś?

– Genialnie – odparł wesoło, przeciągając ręką po zmierzwionych włosach. – Szkoda tylko, że tak krótko. Ale to nieważne… Czekaj, ściągnę buciory i lecimy do ciebie do kuchni, trzeba rozpakować te francuskie frykasy, część z tego musi od razu iść do lodówki.

– Daj, ja już to wezmę, rozbierz się spokojnie – Iza stanowczym gestem przejęła siatki z jego rąk. – Krótko, to znaczy ile?

– A, sam nie wiem – odparł beztrosko, schylając się, by ściągnąć buty, i wieszając kurtkę na wieszaku na ścianie. – Jakąś godzinkę, może półtorej? Nie liczyłem tego.

– Półtorej godziny? – spojrzała na niego ze zgrozą.

– W najlepszym razie. Zarwałem noc totalnie, do białego rana, ale nie żałuję, wręcz przeciwnie. Wyspać jeszcze się zdążę, a jak to się mówi, są rzeczy ważne i ważniejsze. No już! – wyprostował się i sięgnął, by odebrać od niej reklamówki. – Jestem gotowy, dawaj tu z powrotem te siaty, pokażę ci, co fajnego przyniosłem.

Oboje udali się do kuchni i Majk, który pomimo widocznego na obliczu niewyspania promieniał świetnym humorem i energią, z zapałem zabrał się za wypakowywanie i segregowanie wiktuałów z wczorajszego Dnia Francuskiego. Iza pomagała mu, słuchając jego monologu ze ściśniętym sercem i z uśmiechem sztucznie przyklejonym do twarzy. Informacja o tym, że „zarwał noc do białego rana”, w połączeniu z jego wczorajszym wyjściem z przyjaciółmi i oddaniem opla do dyspozycji Chudego, nie pozostawiała w jej przekonaniu żadnych wątpliwości co do źródła tego szczęścia. Można się było wszak domyślić, z kim odjechał jedną z zamówionych taksówek.

„Niepotrzebnie zapytałam” – skarciła samą siebie. – „Trzeba było się nie odzywać, po co mi to wiedzieć?”

Quiche z łososiem też została, o, widzisz? – ciągnął z zapałem Majk, wyciągając z reklamówki kolejne naczynie i rozpakowując je ze srebrnej folii aluminiowej. – Będzie specjalnie dla ciebie, wiem, że lubisz, a ja chyba znowu zaoptuję za ślimakami. Wojtek wczoraj nie zjadł, to chętnie zrobię to za niego, frajer sam nie wie, co stracił.

– A to? – zapytała Iza, wskazując na drugą reklamówkę.

– To są zapasy dla ciebie. Masz przed sobą ciężki tydzień, musisz przygotować się do wyjazdu, u nas w grafiku, jak widziałem, jesteś wpisana w pełnym wymiarze, a do tego od jutra wracasz na zajęcia, więc wiadomo, że nie będziesz miała czasu na nic. Wrzucimy ci to na pakę – otworzył lodówkę, by umieścić tam kolejne paczuszki – o tak… i będziesz miała pod ręką na cały tydzień. Zobaczysz, że docenisz, zwłaszcza jak któregoś dnia wrócisz na chatę zrypana po zajęciach.

– Dzięki, szefie – uśmiechnęła się. – Ale co będzie, jak nie zdążę wszystkiego zjeść?

– Zdążysz, spokojnie, tu jest więcej folii i naczyń niż samego wsadu. No dobra, to chyba wszystko – dodał, zamykając lodówkę. – Zróbmy sobie teraz szybko coś do picia i idziemy gadać, szkoda czasu. Zwłaszcza że ja wieczorem muszę jeszcze załatwić mój stały fragment gry.

– Chcesz kawę? – zaproponowała Iza, celowo ignorując jego ostatnie słowa i na wszelki wypadek nawet nie próbując zastanawiać się, co znaczyły.

– Nie, piłem już dwie, na razie wystarczy. Za to chętnie napiłbym się na orzeźwienie naszej księżycowej mięty – mrugnął do niej porozumiewawczo. – Na to skojarzenie chyba nie ma rady, filozofia z nutą metafizyki już zawsze będzie miała dla mnie smak i zapach mięty. To taka brandy w wersji dla wtajemniczonych. Masz w domu?

– Oczywiście, że mam – odparła Iza, otwierając szafkę nad blatem i wyciągając z niej właściwe pudełko. – Zaraz zrobimy, wstawiłbyś wodę? Dzięki. A ja przygotuję szkło.

***

Kiedy złotawy napój został uroczyście rozlany do szklanek, zapach świeżo zaparzonej mięty natychmiast napełnił salon na Bernardyńskiej od podłogi aż po sufit.

– Uwielbiam to – oznajmił Majk, siadając ze swoją szklanką na wersalce i wskazując Izie, by zajęła miejsce obok. – Pewnie nie uwierzysz, ale ten zapach, oprócz filozofii, naprawdę kojarzy mi się z brandy… oczywiście nie z powodu fizycznych właściwości, ale przez czyste skojarzenie. Jest zresztą jeszcze drugie, dzisiaj dla mnie wyjątkowo niebezpieczne. Czyli sen.

– Sen?

– Mhm. Często miętę piliśmy właśnie przed snem, podczas nocnych rozmów, więc sam zapach działa na mnie z automatu rozluźniająco i usypiająco. Ale dzisiaj nie mogę sobie na to pozwolić.

– Dlaczego? – zdziwiła się Iza, posłusznie sadowiąc się przy nim i wskazując mu na swoje kolana. – Jeśli chcesz, możesz się tu położyć. A najlepiej, jak wyjmiemy z wersalki poduszkę, będzie ci wygodniej.

Majk pokręcił głową przecząco, nie zmieniając pozycji.

– Nie, elfiku. Może później, ale teraz nie chcę ryzykować tego, że zasnę. Nie ma na to czasu, mamy zbyt ważny temat do omówienia.

– Brandy? – zażartowała Iza, starannie kryjąc niepokój. – O ile pamiętam, to miał być nasz następny wątek przewodni w podsumowaniu terapii.

Otóż to. Skoro pretekst do skierowania rozmowy na względnie bezpieczne tory trafiał się sam, nie mogła z niego nie skorzystać. Majk uśmiechnął się i bez wahania, szerokim gestem objął ją wolnym ramieniem.

– Mhm, tak jest, o tym też pogadamy, ale niekoniecznie dzisiaj. Najpierw priorytety. No już… chodź do mnie bliżej, elfiku, przytul się, napij się miętowego eliksiru i przygotuj się mentalnie, bo dzisiaj będziemy mówić przede wszystkim o tobie.

Iza, która starym zwyczajem terapii chyliła już głowę na jego ramię, podniosła ją znowu i spojrzała na niego z niepokojem.

– Jak to o mnie? Przecież miało być o brandy, o złudzeniach i o czasie. Zapowiedziałeś to nawet ostatnio, kiedy gadaliśmy w samochodzie.

– Owszem, o tym też – zgodził się spokojnie. – Ale zapowiedziałem przede wszystkim rozmowę o tobie i o twoich radykalizmach, tę, którą zaczęliśmy przez telefon, kiedy byłaś w Korytkowie. Nie dokończyliśmy jej, bo nie było do tego odpowiednich warunków, telefon, jak ustaliliśmy już dawno, nie jest dobrym narzędziem do poważnych rozmów. Obiecałaś mi, że wrócimy do tego na żywo.

– Tak – przyznała cicho. – Obiecałam.

Majk odstawił szklankę na szafkę nocną przy wersalce i przygarnął ją mocniej ramieniem do siebie.

– Teraz warunki brzegowe wreszcie są spełnione – ciągnął – i dlatego właśnie od tego chciałbym zacząć, zanim uciekniesz mi do Belgii. Z podsumowaniem terapii jeszcze zdążymy, to nie jest nic pilnego, zwłaszcza że dochodzimy tam do etapów, o których coraz trudniej będzie nam mówić, dopóki nie zostanie zdjęta pewna blokada… a zwłaszcza dopóki nie wyjaśnimy sobie tego, o czym chciałbym z tobą porozmawiać dzisiaj. Tak czy inaczej brandy i podsumowanie możemy odłożyć co najmniej na piątek. Bo piątek nadal jest aktualny, prawda? – upewnił się. – Nic się nie zmieniło?

– Aktualny – pokiwała głową, ostrożnie przytulając policzek do jego ramienia i starając się nie myśleć o tym, na czym polegała owa „blokada”. – Tylko wolałabym, żeby to też było u mnie, dobrze? Ze względów logistycznych.

– Oczywiście, Izula. Mnie jest wszystko jedno, a wiadomo, że tu będzie ci wygodniej, skoro w sobotę musisz z samego rana jechać stąd na lotnisko. Najważniejsze, żebyśmy zdążyli porozmawiać bezpośrednio przed twoim wyjazdem, to dla mnie bardzo ważne. Dlatego rozłóżmy sobie metodycznie naszą rozmowę na dwa odrębne etapy merytoryczne, dzisiejszy i piątkowy, okej?

– Dwa etapy merytoryczne?

– Mhm. W takim sensie, że dzisiaj pomówimy głównie o tobie, a w piątek dopiero o innych sprawach, w tym o mnie. Sumarycznie i filozoficznie to i tak na jedno wychodzi, ale ja muszę priorytetowo wyjaśnić z tobą kilka spraw, zanim wyjedziesz do Liège. I zależy mi, żeby to było od ręki, czyli dzisiaj – podkreślił. – Zgoda?

– No… nie wiem – zawahała się Iza. – Mamy mówić tylko o mnie? To słaby plan, Michasiu, nie starczy nam tematu nawet na pół godziny.

– Jeśli wyczerpiemy go wcześniej, to pogadamy o brandy i o czym tylko będziesz chciała, obiecuję – zapewnił ją z powagą. – Sam zresztą też mam ci sporo nowin do opowiedzenia, zwłaszcza a propos wydarzeń minionej nocy, bo śmiało mogę powiedzieć, że dla mnie to była noc przełomowa. Powiedziałbym wręcz, że jedna z najbardziej przełomowych w całym moim życiu.

Iza pokiwała głową ze ściśniętym sercem.

„Nie, tego mi nie mów” – poprosiła go w myśli. – „Nie chcę nic o tym wiedzieć, nie wiem, czy dam radę… Chyba lepiej faktycznie pomówmy o mnie, to wbrew pozorom o wiele bezpieczniejszy temat.”

– Ale to celowo zostawiam na piątek – ciągnął Majk, jakby odczytując ów niemy komunikat jej duszy. – Dzisiaj wolę nie zaczynać, bo wiem, że jak w to wejdę, to długo nie wyjdę, a na razie chciałbym skupić się na temacie, którego nie dokończyliśmy przez telefon. Muszę mieć pewność co do jednej rzeczy, bo ona będzie podstawą do naszej dalszej rozmowy o tobie. Uprzedzałem cię przecież, że tego nie odpuszczę, hmm? Zwłaszcza że pojawiły się nowe okoliczności, które, jak się obawiam, potwierdzają moją hipotezę.

– Jaką hipotezę?

– Na twój temat. Trochę podobną do tej waszej o klątwie Anabelli, zresztą to się może nawet jakoś łączy, w sensie analogii… Ale o tym powiem ci, jak już będę miał więcej danych – zastrzegł. – Nie chcę, żebyś z góry się zasugerowała.

Iza pokiwała głową, nawet niezbyt starając się zrozumieć, o co mu chodziło, umysł bowiem zaprzątało jej zupełnie co innego. Przełomowa noc… przełomowa i zarwana do białego rana. Bogu dzięki, że Majk sam z siebie zdecydował się odłożyć rozmowę o tym do piątku! Dzięki temu będzie miała czas, by przygotować komandosa do walki, a dziś, rozmawiając o sprawach mniejszego kalibru, będzie mogła cieszyć się po prostu jego obecnością.

Jak cudownie, że tu był, że siedział tuż obok, że znów mogła czuć przy sobie jego ciepło! Tylko dlaczego nie zażądał od niej głaskania po włosach? Nawet nie chciał położyć się jej na kolanach… Tak bardzo na to czekała, on tymczasem nie wydawał się dziś tym zainteresowany, jakby już tego nie potrzebował. Czy to znaczyło, że wczoraj dostał gdzie indziej to, czego dotąd szukał u niej? Czyżby jej rola powoli się kończyła?… Mimo woli, nie potrafiąc zapanować nad tym odruchem, przytuliła mocniej policzek do jego ramienia, jakby sama przed sobą szukała u niego ratunku.

– Ale zacznijmy od końca – podjął Majk, którego uwadze nie umknął ten drobny gest, choć nie pokazał tego po sobie. – A mianowicie od tego, przez co wczoraj rozbolała cię głowa, czyli od tej akcji na zapleczu z narzeczoną Miśka. Z Aliną, tak?

Przed oczami Izy natychmiast wyświetliły się kadry z wczorajszej konfrontacji, o której do tej pory starała się myśleć jak najmniej.

„Dobry temat” – przyznała w duchu. – „Ciężki, ale o wiele lepszy niż ten o przełomowej nocy, a może właśnie dobrze mi zrobi, jak się przed nim wygadam?”

– Aha, z Aliną – potwierdziła smętnie.

– Mówiłaś, że przyszła zrobić ci scenę zazdrości. O co chodziło?

Wzruszyła lekko ramionami.

– Oczywiście o Miśka. Ubzdurała sobie, że ją zdradza… znaczy, może i ma rację, tego nie wiem, ale ubzdurała sobie, że robi to ze mną.

Majk milczał przez chwilę.

– Miała do tego podstawy? – zapytał w końcu cicho.

– No co ty – wydęła z niesmakiem wargi. – Oczywiście, że nie. To są jakieś chore wymysły Ali, nie wiem, skąd to wzięła.

– A skąd mogła wziąć?

– Tego też nie wiem. Na pewno nie z obecnych faktów, bo takich nie ma… nie ma nawet przesłanek do najmniejszych dwuznaczności, nic a nic. Ona wywnioskowała to prawdopodobnie tylko z tego, co było między mną i Miśkiem wcześniej, i to nawet nie z tych akcji sprzed pięciu lat, kiedy rzeczywiście sporo się między nami zadziało, tylko z tego, co było niedawno, w tamtym roku. Wtedy, kiedy popełniłam ten mój głupi błąd i dałam mu tak zwaną drugą szansę – doprecyzowała ponuro. – Tyle że to jest absurd i bezsens, bo ja przecież nie byłam jedyną dziewczyną, z którą Michał zadawał się w przeszłości, na przykład z tamtą Sylwią rok temu prawie się zaręczył… Pod tym względem ja jestem tylko statystką w bardzo dużym tłumie, więc nie rozumiem, dlaczego Ali czepiła się właśnie mnie.

– Widocznie miała powód – zauważył Majk. – Takie hipotezy nie biorą się z powietrza.

– Niby nie, ale to bez sensu. Jedynym wytłumaczeniem byłoby to, że ktoś naopowiadał jej o mnie jakichś bzdur, a ona to łyknęła, wbiła sobie do głowy i teraz wszystko przepuszcza przez ten filtr. Niestety w Korytkowie chyba nadal kojarzą mnie z Miśkiem – westchnęła. – Jak swego czasu poniosła się fama, to do tej pory coś z tego musiało zostać ludziom w głowach i pewnie rykoszetem dotarło do Ali… Co prawda moja niedoszła teściowa – skrzywiła się – zrobiła mi tę przysługę i zadbała o przekonanie opinii publicznej, że Misiek i ja to było tylko nieporozumienie, ale pewnie nie wszystkich to przekonało.

– Hmm – mruknął Majk. – Opowiesz mi to dokładniej? Mam na myśli tę wczorajszą akcję.

– Jasne.

Bez oporu, wręcz z ulgą, że może się z nim tym podzielić, opowiedziała mu o rozmowie z Aliną i zarzutach, które nie tylko wprawiły ją w osłupienie, ale również wymusiły stanowczą, radykalną reakcję, ta zaś w istocie kosztowała ją tyle nerwów, że skończyło się bólem głowy.

– Najgorsza była sugestia, że razem z Miśkiem spiskujemy przeciwko niej, żeby zrobić skok na kasę jej taty – raportowała, na nowo czując wzbierające w piersi oburzenie. – Że on chce się z nią ożenić, a potem wziąć szybki rozwód, zgarnąć kasę i wrócić do mnie… wyobrażasz sobie coś takiego? Ten tekst to już był naprawdę szczyt wszystkiego, ona ma jakąś manię prześladowczą i totalnego hopla na jego punkcie. Uparła się, że z kimś ją zdradza, zdaje się, że nawet słyszała jakąś dwuznaczną rozmowę, owszem, znając Miśka, to jest prawdopodobne, ale z drugiej strony nie wykluczam też, że to są tylko jej urojenia, a on tym razem akurat jest niewinny. Sądząc po jej zachowaniu, po tym, jak nie przyjmuje do głowy żadnych racjonalnych argumentów, uważam, że to już graniczy z obsesją, a najgorsze jest to, że uwzięła się akurat na mnie. Nie byłam w stanie wytłumaczyć jej, że nie mam z tym nic wspólnego, że od paru miesięcy ani razu nie miałam kontaktu z Miśkiem, nawet na odległość, ona mi po prostu nie wierzy i koniec. Sprawdziła mu bilingi z telefonów, znalazła jakiś podejrzany numer, z którym kontaktował się regularnie z Korytkowa i z Lublina, oczywiście nie mój, ale to jej nie przeszkadza, bo przecież to żaden problem używać innego do tajnych kontaktów, nie? Czyli zero dowodów, same założenia pod z góry przyjętą, absurdalną tezę. Ja oczywiście rozumiem, że to jest u niej odruch strachu i rozpaczy – dodała łagodniej. – Na pewno bardzo go kocha i nie chce stracić, dlatego tak się miota, ale skoro już posuwa się do sprawdzania mu bilingów, to niech chociaż zrobi to porządnie, weźmie jakiegoś detektywa, który pociągnie to profesjonalnie, i niech wykluczy mnie uczciwie z gry, zamiast oskarżać bez sensu, na bazie argumentów w powietrza.

– Rzeczywiście, chore – przyznał Majk. – Ale w sumie nic nowego ani dziwnego. Zazdrość robi z ludźmi różne rzeczy, nie pierwszy raz to widzę. Nawet Pablo, chociaż na tym polu nie ma najmniejszych powodów do obaw, wykazuje czasem objawy obsesji, której chyba nie da się do końca wykorzenić. Frajer de facto nawet nie wie, co to znaczy zazdrość, a świruje o wiele bardziej niż inni… ale jednak nie aż tak jak ta dziewczyna – przyznał lojalnie. – To co opowiadasz, to faktycznie już totalny odlot.

– Odlot – przyznała Iza. – I to bez hamulców.

– Mhm. Ja to nawet jakoś tam rozumiem, sam mam w tym obszarze wieloletnie doświadczenie, wiem, jak smakuje zazdrość i jak zaćmiewa rozum, ale nigdy nie wpadłoby mi do głowy, żeby odwalać takie akcje. Wiadomo, Alina jest w sytuacji, w jakiej ja nigdy nie byłem, Misiek to jej oficjalny narzeczony, niebawem planują ślub, za tym idą sprawy majątkowe, więc ma oczywiste prawo wiedzieć, czy on czegoś nie odpala za jej plecami. Ale takie rzeczy jednak załatwia się inaczej.

– Też tak uważam. Zwłaszcza że ona nie ma żadnych twardych dowodów, skoro podejrzewa mnie, podczas gdy ja wiem, że to jest oczywista nieprawda. Misiek jest, jaki jest, ale w tym przypadku wcale nie mam pewności, że faktycznie coś nabroił.

– Nawet z dowodami takie rzeczy załatwia się inaczej – stwierdził w zamyśleniu Majk. – Ja na jej miejscu na pewno nie walczyłbym w ten sposób, zwłaszcza nie robiłbym scen osobie trzeciej, bo to de facto nie od tej osoby zależy. Ale ja to ja… jestem frajerem, który walczy z zazdrością trochę inaczej niż inni, i pewnie między innymi dlatego w wieku trzydziestu pięciu lat nadal tkwię w pacie, z którego nie potrafię wyjść.

– Z zazdrością? – powtórzyła bezmyślnie, zanim zdążyła ugryźć się w język.

– A co, nie widać po mnie? – uśmiechnął się z rozbawieniem. – Nie wyglądam na człowieka na wskroś przepalonego zazdrością, który nadal walczy z nią każdego dnia?

Iza milczała, zadowolona, że nie mógł teraz widzieć jej twarzy. Znów do głowy jak szalone pchało jej się tamto słowo, którego przecież miała się wystrzegać. Rozczarowanie… Czy zazdrość nie bywa jednym z jego pierwszych symptomów? Jakoś wcześniej o tym nie pomyślała, a to przecież zdarzało się tak często!

– Może i nie wyglądam – zgodził się spokojnym tonem Majk po dłuższej chwili milczenia. – To dlatego że epatowanie zazdrością uważam za coś gorszego od tchórzostwa, zwłaszcza że efekty zazwyczaj są marne, więc po co robić z siebie idiotę? Ale to nie znaczy, że jestem od tego cholerstwa wolny… Zaznałem w życiu wszelkich typów zazdrości, retrospektywnej, prospektywnej, ogólnej, szczegółowej i jakiej kto tam chce, ale nie mam wątpliwości, że takie sceny, jaką wczoraj urządziła ci ta cała Ali, są bez sensu i na dłuższą metę nic nie dają. Jednym z najważniejszych założeń mojej życiowej filozofii jest zasada, że nikogo nie da się zmusić do uczucia i do lojalności, bo albo ta druga osoba sama tego chce, albo nie, a wtedy żadne stawanie na głowie nic nie da. Tego po prostu nie robi się na siłę.

– To prawda – szepnęła.

– Jeśli ktoś naprawdę kocha, nie zdradzi, właśnie dlatego, że kocha, a nie dlatego że ktoś sprawdza mu bilingi i robi sceny zazdrości. Wtedy to już nie jest walka, tylko desperacja, ja walkę rozumiem zupełnie inaczej… Ale zostawmy to na razie, elfiku – machnął lekko ręką. – Mieliśmy mówić o tobie, a znowu zjeżdżamy z tematu.

– Nie zjeżdżamy, mówimy o mnie – zapewniła go Iza. – Ali wmieszała mnie w to jako osobę trzecią, a chociaż to nieprawda, to, tak jak powiedziałeś, to się nie stało tak całkiem bez powodu. Ta druga szansa, którą dałam Miśkowi… czy raczej ta, którą chciałam mu dać, bo na szczęście wycofałam się z tego w samą porę… to był jednak straszny błąd. Już nigdy więcej takiego nie popełnię, dostałam nauczkę na całe życie, i to nie tylko na ziemskie, ale też na wieczne – zażartowała z przekąsem. – Zastanawiam się tylko, jak długo jeszcze będę za to obrywać i kiedy wreszcie definitywnie uwolnię się od tych rykoszetów.

Majk pokiwał powoli głową.

– Być może nigdy – stwierdził spokojnie. – A na pewno to ci się nie uda, dopóki sama nie będziesz tego chciała.

Iza oderwała policzek od jego ramienia, podniosła głowę i spojrzała na niego z wyrzutem. Wytrzymał to spojrzenie z kamienną twarzą.

– Dlaczego tak mówisz? – zapytała. – Przecież wiesz, że tego chcę.

– Na pewno?

– Nie rozumiem. Co próbujesz mi wmówić?

– Nic. Chcę tylko sprawdzić, na ile to, co powiedziała ci Alina, jest podstawne. Ona sama i jej problemy z Miśkiem mnie nie interesują, chodzi mi tylko i wyłącznie o ciebie. O to, że być może w twoim przypadku terapia, którą ciągnęliśmy przez półtora roku, jednak jeszcze się nie zakończyła – wyjaśnił. – W moim tak, ale w twoim nie.

– Nadal nie rozumiem – pokręciła głową. – Masz na myśli Miśka?

– Mhm.

Westchnęła z rezygnacją, opadając do poprzedniej pozycji z głową na jego ramieniu.

– Bzdura – odparła z przekąsem. – Powiedz mi jeszcze, że zgadzasz się z Ali i że, twoim zdaniem, w tym, co mi nagadała, rzeczywiście coś jest. Wprawdzie ja wiem najlepiej, jakie są fakty, ale jeśli kilka osób powie mi to zgodnie, to może w końcu sama w to uwierzę?

– A nie wierzysz?

Pokręciła głową z dezaprobatą.

– Przestań, Majk – odparła chłodniej. – Proszę cię. Chociaż ty nie bądź Brutusem.

– Chociaż ja? To znaczy, że są inni?

– Są, niestety – odparła ponuro. – Na przykład moja własna siostra.

– O! – podniósł w górę brwi. – Ona też?

– Aha. W innym sensie, ale też, niestety.

– W jakim innym?

Wzruszyła ramionami, nieco poirytowana tymi dociekaniami, które tak niespodziewanie odgrzały nieprzyjemne emocje związane z niedawną rozmową z Amelią.

– Nieważne, ale też w kontekście Miśka. Pytała mnie, czy na pewno o nim zapomniałam, czy informacje o jego ślubie z Ali nie sprawiają mi przykrości, bo skoro kochałam się w nim tyle lat, to pewnie to zostaje gdzieś na dnie serca. Owszem, zostaje… tyle że w tym negatywnym sensie, jako wstyd i poczucie straconego czasu. Proszę, Majk – dodała, odsuwając policzek z jego ramienia, ale nie patrząc na niego. – Możesz mi powiedzieć, o co ci właściwie chodzi? To jest ta „nitka”, o której mówiłeś przez telefon?

– Tak – odparł krótko.

Znów na długą chwilę w salonie zapanowała cisza zakłócania jedynie szumem wody w kaloryferach i dochodzącymi niewyraźnie zza ścian, przytłumionymi odgłosami z innych mieszkań.

„Jasne, wmawiaj mi, że dalej czuję coś do Miśka” – pomyślała z mieszaniną żalu i wyrzutu Iza. – „Jak ty kompletnie nic nie rozumiesz…”

– Wybacz, elfiku – podjął cicho Majk. – Widzę, że to cię dotknęło i że jesteś na mnie zła, ale niestety muszę odegrać dzisiaj rolę adwokata diabła i wyjaśnić z tobą ten punkt. Zwłaszcza że, jak sama widzisz, nie jestem jedyną osobą, której narzuca się ta hipoteza, a skoro tak, to tym bardziej warto ją rozważyć.

– Hipotezę, że nadal zależy mi na Miśku? – zapytała smutno.

– Nie. Tego ci nie wmawiam, powiedziałaś, że wyleczyłaś się z niego, to zakładam, że tak jest. Natomiast obawiam się, że nie wyleczyłaś się jeszcze ze skutków tego uczucia, w tym sensie, że ono zostawiło w twoim sercu ranę, czy też może raczej bliznę, której nie umiesz do końca zaleczyć. Wyjaśnię ci to… tylko przytul się znowu, proszę – ogarnął ją ściślej ramieniem, na co Iza posłusznie i bez oporu przylgnęła policzkiem do jego ramienia. – Nie uciekaj mi i nie gniewaj się na mnie, skarbie. Ja przecież nie chcę dla ciebie źle.

– Wiem – szepnęła, kiwając głową, rozbrojona łagodnym tonem jego głosu, który kochała najbardziej na świecie. – Wiem, Michasiu. Nie gniewam się.

– Uwierz, że chcę dla ciebie jak najlepiej – ciągnął Majk, podnosząc rękę i delikatnie gładząc ją po włosach. – Bardzo zależy mi na tym, żebyś była szczęśliwa, a coś mi się wydaje, że póki co nie jesteś… i że, co gorsza, chyba nawet nie chcesz być.

Iza przymknęła oczy, rozpływając się pod dotykiem jego dłoni jak płatek śniegu pod dotykiem słońca.

„Chciałabym” – pomyślała. – „Tak bardzo bym chciała, promyczku…”

– Może się mylę, ale takie mam wrażenie – mówił dalej cicho Majk. – Wnioskuję to z twoich słów, z twoich radykalnych deklaracji o życiowej ścieżce dobrej wróżki i z tego, jak uciekasz od tematu, kiedy w trybie naszej filozofii chcę mówić o tobie. O tobie sensu stricte, nie o innych ludziach wokół ciebie – podkreślił. – Owszem, opowiadasz mi bardzo dużo o tym, co dzieje się w twoim życiu, dzielisz się ze mną różnymi przemyśleniami, ale kiedy schodzimy na ten jeden temat… temat twojego szczęścia i twojej przyszłości jako kobiety… nie lubisz o tym mówić. Czasem przemilczasz moje uwagi, czasem je bagatelizujesz albo po prostu kierujesz rozmowę w inną stronę. Myślisz, że tego nie widzę?

Zamilkł na chwilę, a ona nie umiała znaleźć słów, by cokolwiek mu odpowiedzieć. Zwłaszcza że miał rację i kto wie, czy nie wyczuwał więcej, niż jej się zdawało, znał ją przecież na wylot, oboje w ramach terapii złamanych serc odkryli przed sobą tyle najtajniejszych kart… A to znaczyło, że komandos będzie musiał podwójnie mieć się na baczności.

– Nie zapominaj, że oboje mamy księżycowe dusze z radarami nastawionymi w podobną stronę – podjął Majk, jakby naprawdę czytał w jej myślach. – A ja już nie od dziś notuję u ciebie ten radykalny opór w myśleniu o własnym szczęściu. O szczęściu innych tak, jak najbardziej, w tym punkcie zawsze jesteś gotowa do pomocy, ale o swoim? Tu zawsze byłaś bardzo radykalna, przez wiele lat nie było dla ciebie innej opcji niż Misiek, choćby świat się walił, tylko on i on, chociaż w zamian za tę ekstremalną wierność nie dostawałaś właściwie nic. Ja zresztą rozumiem cię doskonale, też taki byłem, zwłaszcza w twoim wieku, a w pewnym sensie nadal taki jestem i zawsze będę, nawet jeśli w pewnym momencie złamałem się i na jakiś czas poszedłem w bagno. Być może zresztą znowu w nie pójdę, bo jeśli po raz drugi dostanę po ryju, to raczej już się po tym nie podniosę. Ale walczę, Izuś… walczę, jak potrafię, bo bardzo chcę być wreszcie szczęśliwy i z całego serca chciałbym, żebyś ty też była. Jeśli do tego nie dojdziemy, nasza terapia okaże się niedokończona, skuteczna tylko do pewnego etapu, ponieważ zlikwiduje przyczynę, ale nie zlikwiduje skutków. A to byłoby, jak to się mówi, pyrrusowe zwycięstwo.

– Jakie skutki masz na myśli? – zapytała cicho Iza.

– Skutki długofalowe. Kiedy komuś, dajmy na to, urwie rękę, dostaje krwotoku, który zagraża życiu, ale jeśli w porę ktoś udzieli mu pomocy, udaje się opanować ten krwotok. Człowiek wtedy rehabilituje się, wraca do zdrowia i żyje dalej, tyle że skutkiem urwania ręki jest nadal brak ręki, n’est-ce pas? I obawiam się, że tak to wygląda u ciebie. Misiek… przepraszam cię za ten drastyczny obraz… był właśnie taką urwaną ręką, po której rana krwawiła przez wiele lat, a ty, zamiast tamować krew, czekałaś, aż ręka sama ci odrośnie. Niestety nie odrosła, więc przez moment próbowałaś dosztukować protezę, dając mu tę drugą szansę, ale proteza odpadła, bo po tych wszystkich latach cierpień okazało się, że nie jest już prawdziwą ręką tylko ciałem obcym.

Iza uśmiechnęła się z mimowolnym rozbawieniem.

– Pięknie to wyjaśniłeś – przyznała. – Uwielbiam twoje metafory, nawet te drastyczne, są obrazowe aż do bólu. Ale nie rozumiem cię do końca. Przecież nasza terapia zatamowała ten krwotok, rana się wyleczyła, a wiadomo, że po ciężkiej ranie zawsze zostaje jakaś tam blizna. Tyle że ona wcale nie przeszkadza żyć.

– Nie przeszkadza – zgodził się – ale mocno obniża jakość życia, bo blokuje twoją pewność siebie i przez to nie pozwala ci otworzyć się na przyszłość.

– Blokuje?

– Tak, Izula. Blokuje, klinczuje, stawia w sytuacji patowej, czy jak to tam nazwać. Wiem, co mówię, bo sam tkwię w różnych klinczach, wprawdzie wczoraj w nocy jeden z nich udało mi się pokonać i bardzo się z tego cieszę, ale ten najważniejszy niestety nadal trwa i właśnie walczę o to, żeby go rozbroić. Twoja rana po urwanej ręce może i się wyleczyła… podejrzewam zresztą, że jeszcze nie do końca, bo na to trzeba dużo czasu… ale to nie zmienia faktu, że ty nadal odczuwasz brak tej ręki. Świadomie czy nieświadomie, ale odczuwasz go i przez to w pewnym sensie nadal tkwisz w przeszłości, pielęgnujesz stare kompleksy, nie wierzysz w siebie i tak dalej… Po prostu nie umiesz pozbierać się po Miśku, nawet jeśli to już nie jest uczucie tylko jego skutki. Jak słusznie zauważyła twoja siostra, spędziłaś w tym stanie serca zbyt wiele lat, żeby to mogło przejść bez echa. Co prawda nasza terapia wyciągnęła cię za uszy z najgorszego bagna, tak jak wyciągnęła i mnie, ale to jeszcze nadal nie jest suchy ląd. Mówiąc krótko, Misiek tak naznaczył twoje życie, przez lata podporządkowałaś mu je tak radykalnie, że dzisiaj nie potrafisz od tego abstrahować, choćby podświadomie. A przez to zamykasz się na inne szanse, bo nie wyobrażasz sobie, że mogłabyś pokochać kogoś innego tak mocno jak jego.

Iza zadrżała w środku i z całych sił zacisnęła powieki, starając się nie spinać mięśni, by on tego nie poczuł.

– Bzdura – wycedziła przez zęby. – Kompletna bzdura, Majk.

– Dobrze, protestuj, kłóć się ze mną – odparł spokojnie. – Jeśli chcesz, możesz nawet strzelić mnie po pysku. Bunt to właściwy kierunek, bo żeby przyjąć prawdę i w ogóle dopuścić ją do umysłu, najpierw trzeba ją zanegować, często w skrajnych emocjach, a najlepiej w rozmowie z kimś drugim. Sam wiem, jak to pomaga. Pamiętasz moje własne reakcje z początku naszej terapii? I tak nie widziałaś wszystkich, bo te najgorsze przed tobą ukrywałem, pewnie przez to, że wtedy jeszcze nie ufałem ci aż tak mocno jak teraz. Ale ty możesz mi zaufać, elfiku, i buntować się przy mnie do woli – znów podniósł rękę i przesunął nią po jej włosach. – Możesz zaufać starszemu bratu, który chce dla ciebie tylko dobra i który teraz, kiedy to przemyślał, ma wyrzuty sumienia, że zachował się jak egoista i za szybko uciął terapię. Ona dla ciebie jeszcze wcale się nie skończyła, nadal jej potrzebujesz, tylko w inny sposób. I obiecuję, że dokończymy ją, kochanie… ja tego nie odpuszczę.

Mówiąc to, pochylił się nad nią i na czole, u samej nasady włosów, poczuła dotyk jego ust. Zadrżała natychmiast jak osika, w ułamku sekundy przeszyta na wylot znajomym zmysłowym prądem. Jak niewiele trzeba było, by obudzić w niej owo uśpione, spychane na dno świadomości pragnienie… Wciąż zaciskając powieki, zatraciła się w nim, czując słodki zawrót głowy, jak po mocnym winie. Coś jednak musiała powiedzieć, zareagować na jego słowa, opowiadał przecież takie straszne bzdury!

– Ale ja nie potrzebuję już terapii w sprawie Miśka – odparła, starając się zabrzmieć stanowczo. – Filozofii księżycowej tak, wsparcia i twojej rady w różnych sprawach tak… ale nie a propos niego. Mogę ci przysiąc, na co tylko zechcesz, że on już dla mnie nie istnieje.

Gdyby mogła teraz widzieć twarz Majka, zauważyłaby promień światła, który rozświetlił mu oblicze na te słowa. On też przymknął na chwilę powieki, jakby delektując się tym, co właśnie usłyszał, wciąż powolnym ruchem dłoni gładząc ją po włosach.

– Może nie istnieje, ale jednak rękę ci urwał – odpowiedział na wpół żartobliwym tonem. – Mówię ci przecież, że nie chodzi o niego samego, tylko o skutki twojego uczucia do niego, tego, w jaki sposób myślałaś o nim przez wiele lat. Straciłaś przez to poczucie własnej wartości i do tej pory, moim zdaniem, nie odzyskałaś go do końca. Kiedy cię podeptał… opowiadałaś mi to, pamiętam, jak przy tym płakałaś… przestałaś wierzyć w siebie jako w kobietę i nadal nie wierzysz, chociaż zapewniam cię, że rzadko która kobieta mogłaby na jakimkolwiek polu stanąć z tobą do zawodów. Latami czekałaś na niego w poczuciu bezsensu i tak bardzo przyzwyczaiłaś się do stanu zawieszenia, że teraz nie umiesz, a może nawet podświadomie nie chcesz z niego wyjść. Nadal działasz w trybie czekania na Miśka, mimo że nie masz już na co czekać, zawiesiłaś się w tym podświadomie, a to blokuje cię mentalnie na nowe perspektywy, w tym na inną osobę… na innego faceta, którego mogłabyś pokochać z wzajemnością i z którym mogłabyś być szczęśliwa.

– Nieprawda – szepnęła.

Ech, co tam Misiek! Opuszki palców Majka musnęły właśnie przelotnie jej policzek i zsunęły się dalej po włosach, przypadkowo dotykając szyi w okolicach ucha. Dotyk ów, choć na pewno niezamierzony, miał w sobie tak elektryzujący ładunek zmysłowości, że natychmiast w jej żyłach zapłonęła krew, zajęła się ogniem jak benzyna od zabłąkanej iskry. Co za szaleństwo! Tylko on jeden umiał to w niej obudzić, on jeden na całym świecie… gdyby mógł to wiedzieć! Tymczasem gadał takie głupoty, tak strasznie się mylił… Ale może to i lepiej? Niech tak myśli, co jej szkodziło? Niech dalej snuje te swoje absurdalne hipotezy i niech ratuje ją przed nią samą, bo jeśli ma to robić w taki sposób jak teraz, to bardzo proszę… im więcej i częściej, tym lepiej! Zwłaszcza że za kilka dni będzie musiała wyjechać na tak długo, nie mając pewności, co zastanie po powrocie.

– Możesz to negować, ja i tak wiem swoje – mówił dalej Majk, nie przestając delikatnie gładzić jej po włosach. – To właśnie miałem na myśli, kiedy przez telefon mówiłem, że łapię nitkę, która prowadzi do wyjaśnienia, co z tobą jest nie tak i dlaczego z góry zamykasz się na szukanie szczęścia. Za moją hipotezą przemawiają też fakty obiektywne, to, że nie jestem w tej intuicji jedyny, bo na swój sposób odczuwa to też twoja siostra i nawet sama narzeczona Miśka. W jej przypadku to jest zresztą bardziej skomplikowane, bo ona wyczuwa to w tobie przez pryzmat kontaktu z nim… niewykluczone zresztą, że on też jeszcze się od ciebie nie uwolnił. Zresztą jeśli tak jest, to ona ma rację. Inaczej, niż myśli, ale ją ma.

– Mhm – mruknęła z przekąsem Iza. – Chcesz mi wmówić, że łączy mnie z Miśkiem nieuświadomiona, metafizyczna więź?

– Więź nie, mam nadzieję, że nie, raczej rodzaj fatum – sprostował w zamyśleniu. – Dlatego na początku wspomniałem o tym, co nazywasz klątwą Anabelli. Niby to nie to samo, ale jedno kojarzy mi się z drugim, bo metaforyczne pojęcie klątwy dobrze wizualizuje moją autorską ideę klinczu i pata. Ty też masz swojego pata, Izula. Oczywiście mój i twój to są dwa inne paty, u mnie chodzi głównie o ryzyko pójścia va banque, a u ciebie o odcięcie się od przeszłości, ale jednak jest w tym pewien wspólny mianownik. Dlatego uważam, że skoro przeszliśmy razem przez poprzednie etapy terapii, to razem powinniśmy przejść i przez te klincze. Zwłaszcza jeśli chodzi o twój.

– Dlaczego zwłaszcza? – zdziwiła się Iza. – A co z tobą?

– O mnie będziemy rozmawiać w piątek – przypomniał jej spokojnie. – Dzisiaj mówimy o tobie i na tym chcę się skupić, nie próbuj zmienić tematu, bo i tak się na to nie złapię. Mogę co najwyżej porównać nasze paty i pokazać ci, w jakim sensie mój przypadek jest inny niż twój… wręcz fundamentalnie inny pomimo tych wszystkich podobieństw, o których wspomniałem.

– No? W jakim?

– W takim, że ja, w przeciwieństwie do ciebie, nie mam urwanej ręki – odpowiedział nieco żartobliwym tonem. – Ona była tylko naderwana, ale dzięki naszej terapii zrosła się już i dalej funkcjonuje, ma wręcz szanse na to, żeby działać sprawniej niż kiedykolwiek wcześniej. O ile oczywiście los nie urąbie mi jej po raz drugi, tym razem całkowicie.

– Nie zgadzam się z taką teorią – pokręciła głową Iza, lekko, tylko nieznacznie, aby Majk nie rozmyślił się i nie przestał gładzić jej po włosach. – Dlaczego stosujesz podwójne standardy? Już dawno ustaliliśmy, że pod względem przedmiotu terapii jesteśmy tacy sami, nasze historie różnią się w niektórych punktach, ale w tych najważniejszych są podobne. Więc jeśli, używając twojej drastycznej metafory, ja miałam urwaną rękę, to ty też, zwłaszcza że jesteś starszy ode mnie, czyli u ciebie ten stan trwał o wiele dłużej.

– Zgadza się, trwał dłużej – przyznał Majk. – Na tyle długo, że moje wyjście z niego można śmiało nazwać cudem, zważywszy że ze względu na pogłębiającą się psychiczną blokadę byłem praktycznie nie do uratowania. A jednak nigdy nie wolno mówić nigdy… przekonałem się o tym na własnym przykładzie, ty mnie tego nauczyłaś. Bo ten cud zdarzył się tylko i wyłącznie dzięki tobie, elfiku – podkreślił. – Bez ciebie to by było niemożliwe.

Znów mocniej ogarnął ją ramieniem i przytulił, na co Iza pozwoliła bez oporu, w żaden sposób nie próbując bronić się przed upragnionymi okruszkami szczęścia, tak jak głodny nie broni się przed chlebem.

– A dlaczego nie mam urwanej ręki? – ciągnął Majk. – Dlatego że nigdy nie straciłem jej do końca… po prostu nigdy nie przestałem kochać mojej Anabelli – głos, jak to często bywało, zadrżał mu lekko, gdy wymawiał to znaczące imię. – Ona była, jest i będzie zawsze ta sama, mówiłem ci to już nieraz. Anabella jako kobieta mojego życia. Po drodze musiałem zrozumieć tylko jedno, mianowicie to, że jej fizyczne ucieleśnienie nie musiało być od początku kwestią ewidentną, że mogło pójść na przekór czasowi… i na przekór pozorom. Pomogła mi w tym tamta cyganka ze swoją metaforą lustra i odbitego obrazu… pomogła mi teoria słońca i księżyca, odwróconego czasu, przebiśniegów zapowiadających wiosnę… teoria księżycowych dusz… ale przede wszystkim pomogłaś mi ty. Gdyby nie nasza przyjacielska terapia i rozmowy w trybie filozofii, niczego bym w tej układance nie skapował, a przez to nie byłbym w stanie złożyć jej w sensowny obraz. Dopiero kiedy to mi się udało, mogłem się uwolnić i pójść do przodu bez oglądania się na przeszłość. Dzięki tobie już to potrafię, jestem na to gotowy i czekam tylko… na nią – dodał ciszej, z zawahaniem. – Wiem, frajer ze mnie, że ciągle operuję tylko zaimkami i półsłówkami, ale kiedyś, mam nadzieję, będę mógł zamienić ten zaimek na konkret, który wszystko ci wyjaśni. Na razie nie chcę zapeszać i dlatego mogę ci powiedzieć tylko tyle. Że na nią czekam. Na tę samą, na którą czekałem całe życie.

Iza słuchała melodii ukochanego głosu, starając się choć mniej więcej śledzić wątek rozmowy, bo żeby potrafiła śledzić go dokładnie, raczej nie było mowy. Słodkie rozleniwienie wynikające z ciepła i bliskości jego ciała, połączone z krążącym w żyłach ogniem, który budził się tylko przy nim, nie pozwalał jej na pełne skupienie uwagi na jego słowach, mimo że przecież mówił o rzeczach ważnych… o Anabelli… ech, co tam! Dopóki był obok, dopóki czuła uścisk jego ramion i dotyk jego dłoni na włosach, nic nie było w stanie jej złamać – nawet wizja Anabelli, która wkrótce jej go zabierze.

Ale zaraz. Co on powiedział? Że zawsze kochał jedną i tą samą Anabellę, a to, że jej ucieleśnienia odwróciły się chronologicznie, to nieważne, bo czas nie ma znaczenia? Jakby znowu czytał jej w myślach! Przecież w jej przypadku było dokładnie tak samo, ona też pokochała go niechronologicznie w osobie Michała Krzemińskiego, księżycową intuicją rozpoznając ponad czasem identyczny gest odgarniania włosów. Pokochała tamtego niejako na zapas, w zastępstwie, wówczas jeszcze nie wiedząc, że był tylko cieniem, drogą do celu, symbolem… pierwiosnkiem przepowiadającym wiosnę…

– Wiesz, co powiedział mi Pablo? – ciągnął Majk. – Mniejsza o kontekst, ale powiedział mi, że serce nie znosi pustki, i myślę, że to jest właśnie klucz. Ja nie wpadłem w pustkę, nie straciłem wątku, tylko płynnie przeszedłem z jednego wymiaru w drugi, od jednego ucieleśnienia Anabelli, tego przejściowego, do drugiego, tego prawdziwego… i dlatego to przejście w ogóle było możliwe. Oczywiście musiało być spełnionych jeszcze milion innych warunków, o czym kiedyś, mam nadzieję, porozmawiamy sobie bardziej szczegółowo, ale ten był jednym z fundamentalnych. A u ciebie właśnie tego zabrakło.

„Wcale nie zabrakło” – pomyślała smutno Iza. – „Ze mną było dokładnie tak samo, wręcz identycznie. Gdybym nie pokochała ciebie, nigdy nie wyleczyłabym się z Miśka i sama sobie zrobiłabym wielką krzywdę. Tylko że ja niestety nie mogę ci tego wyjaśnić, bo pytałbyś mnie o imię jego następcy, a tego przecież nie mogę ci podać. Zresztą po co, skoro to i tak jest to samo imię?”

– Mam na myśli to, że po wyleczeniu się z Miśka wpadłaś w pustkę, z którą nie umiesz sobie do końca poradzić – mówił dalej Majk. – I to dlatego wygadujesz takie straszne rzeczy o misji dobrej wróżki, którą chcesz realizować kosztem samej siebie. Nie chciałem rozwijać tego przez telefon, przy takich tematach wolę, kiedy jesteś obok, tak jak teraz – znów przytulił ją mocniej. – To redukuje do minimum ryzyko nieporozumień, bo pozwala na bieżąco je wyjaśniać, nie zostawiać niczego w zawieszeniu i w niedopowiedzeniu. Ale jednak kilka rzeczy wtedy powiedziałem… pamiętasz?

– Mhm – pokiwała głową, nie otwierając oczu. – Pamiętam zwłaszcza to, jak ochrzaniłeś mnie z góry na dół za niewłaściwie ustawione życiowe priorytety.

– Nie ochrzaniłem, tylko wyraziłem frustrację – sprostował. – Przecież wiem, że nie mogę ingerować w twoje priorytety, każdy sam jest odpowiedzialny za swoje życie, a pewnych rzeczy, jak już dzisiaj wspomniałem, nie robi się na siłę. Ale szlag mnie trafia, jak pomyślę sobie, że przez jakiegoś Miśka mogłabyś zatrzasnąć się w wyborach, do których, moim skromnym zdaniem, nie jesteś stworzona. Bo chociaż jesteś aniołem, elfiku… a co do tego nie ma wątpliwości, podkreśla to też Pablo… to jednak misja czysto społeczna nie powinna być twoim jedynym powołaniem. Tak jak powiedziałem ci wtedy przez telefon, chociaż jesteś dobrą wróżką i podziwiam cię za to całym sercem, jesteś nią w drugiej kolejności, bo w pierwszej jesteś kobietą. A takie kobiety jak ty nie powinny marnować swojego potencjału.

Iza milczała wciąż przytulona do jego ramienia. Cóż miała mu na to odpowiedzieć? Że ona również z całej duszy pragnęłaby spełnić się jako kobieta, ale że to byłoby możliwe tylko z jednym mężczyzną na świecie? I że był nim on sam?

– Taka kobieta jak ty powinna przede wszystkim być kobietą – ciągnął cichym głosem Majk, z ustami tak blisko jej skroni, że czuła na niej jego ciepły oddech. – Dobrą wróżką i bizneswoman owszem, czemu nie, ale tylko przy okazji, a najlepiej we współpracy z facetem, który będzie ją uwielbiał, szanował i chronił, żeby nie musiała sama boksować się z życiem. Może jestem w tym punkcie męskim szowinistą, ale naprawdę tak myślę, Izula. Wartościowa kobieta powinna spełniać się w rolach, do których jest stworzona, a ty jak rzadko kto zasługujesz na pełnię szczęścia i nie powinnaś zamykać się na żaden jego aspekt. Zwłaszcza z powodu frajera Miśka, który nie potrafił cię docenić, a przez to przeformatował ci myślenie i zraził do całej męskiej części ludzkości.

– Nieprawda, wcale mnie nie zraził – zapewniła go spokojnie Iza. – Do siebie owszem, i to definitywnie, ale nie do innych. Poza tym nie tylko on ma taki potencjał zrażający, spotkałam w życiu jeszcze paru innych, którzy pod pewnymi względami są w tym nawet skuteczniejsi. Chociażby Vic czy ten Szymkiewicz z Radzynia… swoją drogą znowu spotkałam go przypadkiem w akcji z jakąś dziewczyną na boku… albo ten Bartek, przez którego Klaudia do dzisiaj nie może się pozbierać. Nie znam go co prawda osobiście, ale to, czego się o nim nasłuchałam, wystarczy mi w zupełności. Natomiast na ile to wpływa na moje własne wybory? Ani trochę, tu się mylisz, Michasiu. Ja dobrze wiem, czego chcę, ale czy kiedykolwiek będę mogła to mieć, to już inna sprawa, bo to nie ode mnie zależy.

Majk pokiwał powoli głową, po czym cofnął ramię, którym ją obejmował, nieśpiesznym gestem odgarnął sobie włosy z czoła i odchyliwszy głowę do tyłu, na oparcie wersalki, swoim zwyczajem zapatrzył się w sufit. Iza również wyprostowała się i sięgnęła na szafkę po dzbanek z wystygłą już miętą, by dolać jej sobie do szklanki. Pożar krwi opadł już, jednak nadal czuła w żyłach jej cichy, słodki szum, który zapewne jeszcze długo się nie uspokoi, gdyż raz obudzone pragnienie niełatwo znowu uśpić. Tak czy inaczej dla bezpieczeństwa warto było zalać je chłodną miętą.

– No tak – mruknął po chwili milczenia Majk. – Są rzeczy, które zupełnie od nas nie zależą, ale można i warto wyeliminować przynajmniej te, które jednak zależą. Mówisz, że mylę się w mojej diagnozie? No cóż, elfiku… bardzo chciałbym się mylić i jeśli tak jest, to tym lepiej. Ja zresztą o niczym nie przesądzam, po prostu szukam na oślep przyczyn twojego radykalizmu, a Misiek jako przetrwały sentymentalizm i blokada psychiczna przychodzi mi do głowy jako pierwszy. Mówisz, że to fałszywy trop?

– Całkowicie fałszywy – zapewniła go Iza. – Mówię to z ręką na sercu, chociaż nie zaprzeczę, że jakiś ślad po Miśku w mojej psychice został, tego nie mam zamiaru się wypierać. Chcesz jeszcze trochę mięty?

– Nie, dzięki – machnął ręką, nie zmieniając pozycji z głową odchyloną na oparciu. – Zaraz zresztą i tak trzeba będzie pójść odgrzać ten obiad… Jaki ślad na psychice?

Iza odstawiła dzbanek na szafkę i podniosła do ust szklankę z naparem.

– Nieduży ale zauważalny – odparła rzeczowo. – Występuje głównie w kontekście innych ludzi, takich jak na przykład Ali, i obciąża mnie, że tak powiem poetycko, ogonem przeszłości, od którego ciężko mi się ostatecznie uwolnić. Tu akurat masz rację. Natomiast mylisz się co do kierunku tego wpływu, bo to nie ma żadnego związku z moim postrzeganiem przyszłości i w niczym mnie nie blokuje. Zwłaszcza jako kobiety.

Majk wyprostował się i spojrzał na nią uważnie.

– Jeśli chcesz i to cię nie znudzi, mogę rozwinąć ten temat – ciągnęła Iza. – Przedstawić ci uczciwie anatomię moich obciążeń psychicznych związanych z Michałem Krzemińskim tak, jak niedawno przedstawiłam ją Meli. Zastanawiam się tylko, czy nie szkoda na to czasu… Ale jeśli to ma uspokoić mojego starszego brata i sprawić, że przynajmniej pod tym względem nie będzie się już więcej o mnie martwił – uśmiechnęła się do niego znad szklanki z miętą – to bardzo proszę, możemy to rozkminić.

Majk skrzywił się lekko.

– Mhm, rozkmińmy – zgodził się. – Starszy brat rzeczywiście chciałby mieć w tym względzie jasność, bo jeśli faktycznie myli się co do Miśka, to będzie musiał wrócić do punktu wyjścia i szukać innych przyczyn.

– Przyczyn czego?

– Twojego radykalizmu i tego, co opowiadasz mi o swoich planach na przyszłość. Oczywiście nie wykluczam, że mylę się z tą twoją klątwą i patem, bo może wcale ich nie ma… może faktycznie jesteś całkowicie wyleczona z Miśka i tylko chwilowo tkwisz w zawieszeniu. Do czasu, aż… – urwał i machnął niecierpliwie ręką. – Dobra, zostawmy to. Opowiesz mi przy obiedzie.

– Do czasu aż? – nie pozwoliła mu zmienić tematu Iza.

Majk zagryzł lekko wargi.

– Aż wpadniesz na kogoś, kto przemówi do ciebie w sekundę jak kiedyś Jean-Pierre do Ani – wyjaśnił. – Tak zwany coup de foudre, który położy na łopatki wszystkie mądre i głupie hipotezy. To, że jedziesz teraz do tej Belgii, może nie być przypadkiem, tylko znaczącym zbiegiem okoliczności, planem uknutym na górze, chichotem losu, powtarzającą się historią… ale nieważne – znów machnął ręką. – Zostawmy to losowi, pogadamy, jak przyjdzie co do czego.

Coup de foudre? – uśmiechnęła się smutno Iza. – W Belgii? Daj spokój, szefie. Ani w Belgii, ani nigdzie indziej. Ja nie jestem z tych, którzy się na to łapią.

– No, na to chyba nie ma się za bardzo wpływu – zauważył z przekąsem Majk, zerkając na nią spod oka. – Ale chętnie posłucham twojej filozoficznej wykładni na ten temat, zwłaszcza że o tym chyba jeszcze nigdy nie rozmawialiśmy. Przyjmijmy więc plan, że najpierw będzie o Miśku, a potem o coup de foudre, hmm?

– Okej – zgodziła się, odstawiając na szafkę pustą szklankę po mięcie. – O tym drugim pogadam z przyjemnością, lubię takie filozoficzne tematy, a co do pierwszego, to cóż… po prostu wiem, że muszę. Dlatego opowiem ci o tym w międzyczasie, poza głównym czasem antenowym, jak będziemy odgrzewać obiad, dobrze? Chciałabym mieć to jak najszybciej z głowy.

– Jak sobie życzysz, Mademoiselle – skinął głową z uśmiechem, podnosząc się z wersalki i wyciągając do niej rękę. – No to co? Dawaj łapkę i wstawaj, idziemy do kuchni. Czas na twoją quiche i moje ślimaki po prokuratorsku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *