Anabella – Rozdział CCXLIII

Anabella – Rozdział CCXLIII

– Szkoda, że dzisiaj bezalkoholowo – westchnęła z żalem Klaudia, nalewając sobie do szklanki soku porzeczkowego. – Jednak lepiej się gada na wspomagaczu… no, ale dobra, jakoś to przeżyję, najważniejsze, że udało nam się spotkać.

– Właśnie! – przyznała Ola. – A to wcale nie było łatwe, co nie, Iza? Zwłaszcza że Zuzka teraz chora na grypę. Swoją drogą mam nadzieję, że nikt więcej się od niej nie zaraził.

– Poza tym dobrze ci zrobi, Klaudia, jak ograniczysz procenty – zauważyła Wiktoria. – Jeszcze trochę i przez tego Bartka kompletnie się rozpijesz.

– To fakt – przyznała ponuro Klaudia. – Sama ostatnio łapię się na tym, że ciężko mi zasnąć bez kieliszka czerwonego wytrawnego. Niby nic takiego, podobno czerwone wino w małych ilościach jest dobre na serce i na trawienie, ale to się tylko tak mówi. Ja się serio wykończę psychicznie przez tego gnoja.

– Aż tak jest źle? – zdziwiła się Gosia. – A ostatnio wydawało mi się, że już z tobą lepiej…

– Bo nie epatuję już tym tak jak na początku – wyjaśniła jej Klaudia. – Nauczyłam się nad sobą panować i nie robić niepotrzebnych dram, zwłaszcza w robocie, chociaż faktem jest, że to dalej we mnie siedzi. Ale dobra, nieważne, zostawmy to – machnęła ręką. – Nie skupiajcie się na mnie, dziewczyny, miałyśmy mówić o Lidii.

– Spokojnie, o mnie jeszcze zdążymy – zaprotestowała stanowczo Lidia, na znak żałoby ubrana całkowicie na czarno. – Dokończmy najpierw o tobie, Klaudziu, bo to mnie też zmartwiło. Serio przez Bartka popijasz do poduszki?

– Tylko trochę – zapewniła ją Klaudia. – Ale fakt, że muszę się pilnować. Wika pierwsza to zauważyła i zwróciła mi uwagę, jak co drugi albo trzeci dzień brałam od niej po pracy butlę w rozliczeniu. Z początku nie widziałam problemu, dopiero jak pokazała mi wyciągi, samą mnie zdziwiło, ile tego nabrałam od grudnia. No i teraz staram się uważać, tyle że akurat dzisiaj na zlocie czarownic byłaby okazja… Dlatego mówię, że szkoda – podkreśliła. – Ale nie narzekam.

– Sok porzeczkowy też jest dobry – pocieszyła ją Iza. – I nawet wygląda jak wino. A rozpijać się przez takiego popaprańca jak Bartek to chyba nie warto, co?

– Nie warto – zgodziła się Klaudia. – Wiem o tym doskonale, tylko co z tego, jak ten gnojek totalnie rozwalił mi psychę? Kiedy jestem w pracy, prawie wcale o tym nie myślę i jest dobrze, ale sama w domu, zwłaszcza w nocy, ciągle mam nawroty.

– Masakra – westchnęła ze współczuciem Gosia.

– A Milena z córką nadal zaginione? – zapytała Lidia.

– Nadal, niestety.

– Ale szukają ich, nie odpuścili? – włączyła się Ola. – Bo ja chyba tylko ze dwa razy widziałam notki w mediach. Czasami zaglądam i wyszukuję sobie w Internecie tę sprawę, ale tam są tylko stare artykuły, jeszcze z grudnia, a ostatni chyba z początku stycznia. Tak jakby nic się już dalej w tej sprawie nie działo.

– Dzieje się, dalej szukają – zapewniła ją Klaudia. – To, że nic nie ma w mediach, to tylko znak, że nie ma żadnych spektakularnych efektów, zresztą dla dobra śledztwa lepiej, jak za dużo informacji nie wycieka na zewnątrz, nie?

– No tak – przyznała Wiktoria. – Ale ciebie ostatnio już nie przesłuchiwali?

– Nie, na szczęście nie. Myślę, że dalej podejrzewają Bartosza, tyle że takich tropów nie sprawdza się w dwa tygodnie, pewnie po prostu po cichu go obserwują albo coś. A może trafili na jakąś inną nitkę?

– Może, chociaż ja na ich miejscu też bym w pierwszej kolejności podejrzewała męża – skrzywiła się Ola. – Zwłaszcza po tej akcji z tobą w roli głównej, taki zbieg okoliczności raczej nie jest przypadkowy. No chyba że sprawdzi się ta najbardziej optymistyczna opcja, czyli to, że Milena sama gdzieś wyjechała z dzieckiem i ukrywa się przed tym idiotą. Może zmieniła tożsamość?

– Mało prawdopodobne – pokręciła sceptycznie głową Wiktoria. – Też bym chciała, żeby tak było, ale kto załatwia rozstanie z mężem w taki sposób? Zwłaszcza że, jak mówiłaś, to nie Bartek, tylko Milena trzymała w tym małżeństwie rękę na majątku. Moim zdaniem, niestety, tam się stało coś złego.

– Moim też – westchnęła Lidia. – Tylko nie pasuje mi trochę to dziecko. Rozumiem, że debil wściekł się na Milenę, może czymś mu zagroziła, on wpadł w szał i coś poszło nie tak, ale dlaczego miałby przy tej okazji krzywdzić własne dziecko?

– Dajcie spokój – pokręciła głową Klaudia. – Ja nawet nie chcę o tym myśleć, zwłaszcza że wiem, że typ jest zdolny do wszystkiego. To jest narcyz i skrajny egoista, dla niego najważniejsze jest to, żeby jemu było dobrze, reszta się nie liczy. Jak teraz analizuję sobie różne jego teksty i zachowania, to sama nie mogę uwierzyć, jaka byłam ślepa. A najgorsze są te wyrzuty sumienia… – westchnęła. – Niby wiem, że to nie moja wina, ale nie potrafię przestać o tym myśleć. O tym, czy gdybym wtedy nic nie powiedziała Milenie, to może byłoby inaczej… Może dalej spokojnie by sobie żyła w nieświadomości i przynajmniej nic złego by się nie stało?

Na chwilę w salonie Wiktorii zapadło posępne milczenie.

– Niekoniecznie – odezwała się w końcu Iza. – To złudne myślenie, Klaudziu, prawda i tak wcześniej czy później wyszłaby na jaw i konsekwencje pewnie byłyby podobne, może tylko trochę później. Nie możesz obwiniać siebie za to, że postąpiłaś uczciwie i zgodnie z tym, co w tamtym momencie podpowiadało ci sumienie. Oczywiście wiadomo, że to, co mówię, to jest podejście czysto rozumowe, od strony psychiczno-emocjonalnej to wygląda zupełnie inaczej – zaznaczyła. – Ale jakoś przecież trzeba się bronić, a ty obiektywnie naprawdę nie zrobiłaś nic złego.

– Tylko tyle, że niepotrzebnie się wtrąciłam – westchnęła Klaudia. – I żałuję teraz tego jak cholera, ale co zrobić? Czasu nie cofnę, mogę tylko liczyć na to, że policja jak najszybciej to rozwiąże i że finał nie okaże się tragiczny.

– Oby – przyznała Lidia.

– Ale chyba już nie boisz się o swoje własne bezpieczeństwo? – zagadnęła Wiktoria. – Widziałam, że Tymek tylko czasami cię odprowadza, wczoraj na przykład go nie było.

– Był – uśmiechnęła się smętnie Klaudia. – Słaby masz wywiad, Wika, chociaż może to i dobrze… Był, czekał na mnie na zewnątrz, ostatnio coraz częściej tak robimy, bo nie chcę być nim za bardzo kojarzona, ale dalej odprowadza mnie od drzwi do drzwi.

– O! – zdziwiły się koleżanki.

– No. Ja sama chciałam już odpuścić, bo jak po tylu tygodniach nic się nie działo, Bartek nie kontaktował się ze mną ani nic, uznałam, że przesadzam i tylko niepotrzebnie fatyguję Tymka. Ale on pogadał o tym z Chudym i obaj poradzili mi, żebym na razie jeszcze z tego nie rezygnowała. Łukasz mówi, że w tej sytuacji lepiej jeszcze trochę podmuchać na zimne, więc nie dyskutowałam. Wręcz trochę mnie tym przestraszył.

– No to faktycznie – przyznała Wiktoria. – Słuchaj się Chudego, on wie, co mówi.

– Aha – zgodziła się Ola. – Gdyby powiedział ci to ktoś inny, to można by podejrzewać, że cię wkręca, bo jest z Tymem w zmowie, wiadomo przecież, że Tym do ciebie podbija – mrugnęła do niej znacząco. – Ale akurat Chudego o taką intrygę nie podejrzewam.

– Bardzo śmieszne – skrzywiła się Klaudia.

– A co, nie podbija? – uśmiechnęła się podstępnie Wiktoria. – Przecież każdy widzi, że mu się podobasz. Jak w tamtym roku na szkoleniu z samoobrony raz odkrył karty, tak teraz nawet się z tym nie kryje, a z tym twoim plecaczkiem prawie się nie rozstaje.

Koleżanki prychnęły śmiechem, tylko Klaudia wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, Wika, skąd takie wnioski – odparła spokojnie. – Ale jeśli nawet, to Tymek wie doskonale, jaki jest mój stosunek do tej sprawy, i przy mnie z niczym takim nie wyjeżdża. Wcześniej parę razy owszem, próbował to i owo, ale już go tego oduczyłam i teraz zachowuje się naprawdę okej. Mamy całkowicie neutralny układ, a ja jestem mu wdzięczna, że zapewnia mi obstawę.

– Dobra, nie bądź taka sztywna! – zaśmiała się Ola. – Tymek trzyma łapki przy sobie, bo wie, że obowiązują cię śluby panieńskie, ale one wygasają już za dwa miesiące, więc uważaj! Po Wielkanocy dopiero będzie się działo!

– Jasne – wydęła wargi Klaudia.

– Nie no, Klaudziu, to przecież tylko takie żarty dla rozluźnienia atmosfery – zapewniła ją ciepło Gosia. – Próbujemy jakoś cię rozweselić, żebyś nie gryzła się tym nieszczęsnym Bartkiem.

– Dokładnie, nie denerwuj się, Klaudziu, to są tylko żarty – dodała Wiktoria. – Przecież wiesz, że traktujemy rzecz poważnie i z całej siły trzymamy kciuki za pozytywne rozwiązanie sprawy Mileny, a co do Bartka to… nawet szkoda słów.

– Szkoda słów – zgodziła się nieco rozpogodzona Klaudia. – I przede wszystkim dzisiaj szkoda na to czasu, więc może zejdźmy już z tego tematu, co? Ja mówiłam tylko o tym, że nie ma dzisiaj wina.

– Właśnie! – podchwyciła Iza, podnosząc w górę swoją szklankę z sokiem porzeczkowym. – Nie ma wina, ale mamy sok i dla rozluźnienia atmosfery proponuję teraz uroczysty toast na otwarcie naszego kolejnego zlotu czarownic. Kto dzisiaj wygłosi?

– Ja! – podniosła natychmiast rękę Wiktoria. – Poczuwam się do tego jako gospodyni i nawet przygotowałam w myślach listę intencji.

– Świetnie! No to lejcie sobie ten sok, drogie wiedźmy! Ale tylko z czarnej porzeczki, bo tylko ten wygląda jak wino!

Dziewczyny posłusznie sięgnęły po swoje szklanki i przy stole w mieszkaniu Wiktorii wszczął się gwar związany z przygotowaniami do toastu. Z racji tego, że zlot czarownic wypadł w Środę Popielcową, wszystkie zgodnie ustaliły, że nie będą tego dnia pić alkoholu, a przystawki ograniczą do minimum, skupiając się przede wszystkim na – jak to ujęła Ola – „uczcie słownej”.

– Pijemy jeden toast w intencji zbiorowej – oznajmiła uroczyście Wiktoria, podnosząc się ze swojego miejsca ze szklanką soku w dłoni. – Nie będziemy się rozdrabniać, bo to tylko sok, poza tym jak się rozgadamy, to nie będzie czasu na uzupełnienia, dlatego uwaga! Wymieniam, za co pijemy. Po pierwsze za Izę, która w sobotę leci na miesiąc do Belgii na swój francuski staż!

– Za Izę! – zakrzyknęły gromko Ola, Gosia, Klaudia i Lidia, podnosząc w górę szklanki. – Za udany wyjazd i sukcesy na stażu!

– Po drugie za Lidię, która teraz przeżywa ciężki moment w życiu związany ze śmiercią mamy – spojrzała znacząco na Lidię, która uśmiechnęła się smutno i pokiwała głową. – Żeby wszystko jakoś jej się ułożyło z formalnościami, finansami i organizacją opieki nad chłopcami, bo wiadomo, że to jest ciężkie wyzwanie logistyczne.

– W którym oczywiście my jesteśmy gotowe pomóc – zaznaczyła Klaudia.

– Tak jest! – zawołały dziewczyny. – Za Lidię!

– Po trzecie za Kacpra, który niestety, zgodnie z naszymi prognozami, padł ofiarą klątwy Anabelli – ciągnęła Wiktoria. – Żeby jednak jakoś wymknął się klątwie i żeby Kasieńka do niego wróciła!

– Za Kacpra! I za Kasieńkę!

– Po czwarte, jak już przy tym jesteśmy, za zdjęcie tej nieszczęsnej klątwy, czyli de facto za szefa i jego sprawy sercowe – uśmiechnęła się Wiktoria, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia z Klaudią i Olą. – Bo to wcale nie jest jego osobista sprawa, ale dotyczy nas wszystkich. Żeby jak najszybciej się ożenił i zdjął klątwę Anabelli!

– Za szefa! – zakrzyknęły dziarsko dziewczyny, łącznie z Izą, która w ułamku sekundy obudziła w sobie komandosa, by pomimo ścisku serca zachować na twarzy stosowny uśmiech. – Za zdjęcie klątwy!

– Po piąte… tak, to już będzie piąte? – upewniła się Wiktoria, na co koleżanki zgodnie pokiwały głowami. – No to po piąte za Klaudię i za pozytywne rozwiązanie sprawy Bartka. Żeby to się już skończyło i więcej za nią nie ciągnęło.

– Za Klaudię! I za Milenę, żeby się znalazła!

– Po szóste za cały nasz zespół i za nasze wspaniałe, jedyne takie na świecie miejsce pracy! Za Anabellę!

– Tak jest! Za Anabellę! I za nasze spotkanie! Za zlot czarownic! Za nas wszystkie! Do dna!

Szczęknęło szkło, którym każda musiała tradycyjnie stuknąć się z każdą, po czym sok porzeczkowy został uroczyście wychylony i dziewczyny zasiadły z powrotem na swoich miejscach, odstawiając szklanki na stół.

– To od czego zaczniemy? – zapytała rzeczowo Klaudia. – Miałyśmy mówić o Lidii.

– A może lećmy po kolei, tak jak na toaście, żeby potem o czymś nie zapomnieć? – zaproponowała Lidia. – Pierwsza była Iza.

– Ale co można powiedzieć o mnie? – zdziwiła się Iza. – W sobotę lecę do Belgii i tyle, poza tym nic u mnie ciekawego.

– No to opowiedz nam trochę o tej Belgii – podchwyciła Gosia. – Niby wiemy, że jedziesz na staż ze studiów, ale co będziesz tam robić? Jak to w ogóle wygląda organizacyjnie?

– Okej, to tak krótko – zgodziła się bez oporu Iza, uznając, że skoro uwaga koleżanek przez jakiś czas ma się skupić na niej, to taki neutralny temat jest wręcz idealny. – To jest staż w ramach programu międzynarodowej wymiany studenckiej, będzie mi się liczyć jako praktyki zawodowe, chociaż niestety materiał z zajęć, na których nie będzie mnie w marcu, będę musiała potem uzupełnić. A co będę tam robić? Też chciałabym to wiedzieć! – rozłożyła ręce. – Szczegółów dowiem się dopiero na miejscu, wiem tylko, że we dwie z koleżanką będziemy pomagać w jakieś placówce kulturowej w Liège.

Nakreśliła im w ogólnych liniach formułę stażu w ramach programu wymiany studenckiej, zaznaczając, że nie jedzie tam zupełnie w ciemno, lecz ma na miejscu przyjaciół, na których wsparcie może liczyć, po czym wyraziła przekonanie, że cztery tygodnie upłyną bardzo szybko i zanim koleżanki się obejrzą, wróci do Polski i znów pojawi się w pracy.

– A jesteś już spakowana? – zapytała Ola.

– Częściowo – skrzywiła się. – Tego nie da się zrobić awansem, zwłaszcza kiedy trzeba oszczędzać miejsce w walizce, bo jak będzie za ciężka, to przecież jej nie uniosę. Dlatego tak naprawdę będę się pakować dopiero w piątek.

– Powinnaś mieć jakiegoś mięśniaka do dźwigania walizki – zauważyła żartem Wiktoria. – A najlepiej dwóch, jednego tu, a drugiego tam, na miejscu.

– O, właśnie! – podchwyciły koleżanki. – Usługa noszenia walizek door-to-door w zamian za uśmiech i miłe słowo. Jeden tu, a drugi w Belgii, Iza, pomyśl o tym!

– Chętnie bym skorzystała – przyznała z uśmiechem Iza. – Tylko skąd wziąć chętnych do takiej usługi?

– No, w Lublinie na pewno jakiś by się znalazł – pokiwała głową Klaudia. – W Belgii to nie wiem, ale tu na pewno.

– Tu nie ma problemu, na lotnisko podwiezie nas tata koleżanki – odparła lekko Iza. – A tam, z lotniska do centrum Liège mamy dobre połączenie autobusowe i taksówki, ale ja i tak zawsze wolę być samowystarczalna i mieć przy sobie tylko tyle bagażu, ile jestem w stanie unieść. No i co jeszcze mogę powiedzieć o tej mojej Belgii… na ten moment chyba już nic. Opowiem wam więcej, jak wrócę.

Ku jej zadowoleniu dziewczyny nie rozwinęły tematu, który szybko wygasł, i jako następna w kolejce o zabranie głosu została poproszona Lidia.

– Nie ukrywam, że łatwo nie jest – przyznała, odgarniając za ucho włosy, które w ostatnim czasie mocno jej urosły, a dziś, podobnie jak tydzień wcześniej na pogrzebie matki, odcinały się jaskrawo rudą barwą na tle czarnego ubrania. – Mam teraz milion formalności do pozałatwiania, banki, urzędy, dostawców mediów i tak dalej… wszystko po kolei. Do tej pory umowy były na mamę, teraz muszę poprzepisywać je na mnie, no i w ogóle zrobić porządki w sprawach majątkowych. Podejrzewam, że to mi zajmie parę miesięcy, bo najpierw muszę ustalić, jaki jest stan całości, teraz skupiam się tylko na tym, co jest najpilniejsze.

– W ogóle to sorry, Lidziu, że tak dałyśmy tyłka z tamtym nocnym smsem – powiedziała ze skruchą w imieniu wszystkich Wiktoria. – To było po mega ciężkiej dniówce w sobotę tuż przed walentynkami, ja byłam po tym półmartwa i jak tylko przyłożyłam głowę do poduszki, odjechałam aż do rana. Nawet trąba jerychońska by mnie nie zbudziła, a co dopiero taki jeden cichy sms.

– Ja miałam tak samo – dodała Ola. – Przepraszam, Lidziu.

– Ja też – dołączyła się Gosia.

– I ja – westchnęła Klaudia. – Pech jakiś, serio. Jak zwykle słabo śpię po nocach, tak tym razem zasnęłam na kamień i też obudziłam się dopiero rano.

– A mnie nawet nie było wtedy w Lublinie… – dokończyła smętnie Iza.

– Przestańcie, dziewczyny – pokręciła głową Lidia. – Nie spowiadajcie mi się tak i za nic nie przepraszajcie, bo aż mi głupio. To raczej ja powinnam was przepraszać za wysyłanie smsów w środku nocy, zwłaszcza po takiej, jak mówicie, mega ciężkiej dniówce. Miałam wielkie wyrzuty sumienia, że zawracam wam głowę, i wcale mnie nie zdziwiło, jak żadna z was nie zareagowała, to przecież normalne. A już na pewno do głowy by mi nie przyszło, żeby mieć do was o to pretensje!

– Tak czy inaczej przepraszamy – podsumowała uroczyście Wiktoria. – I jak mówiłam już wcześniej, deklarujemy pełną gotowość do pomocy, tym bardziej że za tę wtopę powinnyśmy się wszystkie jakoś zrehabilitować. To mimo wszystko była skrajnie awaryjna sytuacja, a takie przecież nie zdarzają się w życiu co chwila.

– Nie zdarzają się – przyznała Lidia. – Ale ta akurat była do przewidzenia i powinnam się była jakoś z góry na to przygotować, a nie pomyślałam o tym. Znaczy, niby myślałam, wtedy w sobotę miałam przecież dziewczynę do opieki, ale niestety nie zabezpieczyłam nocy… a oczywiście takie nagłe akcje dzieją się najczęściej w nocy albo w święta.

– Aha, tak jest zawsze – przyznała Iza. – Weekend, święta albo środek nocy. Normalka.

– No. A ja nie wpadłam na to, że w nocy też powinnam mieć w zanadrzu kogoś, kto w razie alarmu przyjechałby na cito popilnować mi chłopców. No i kiedy po drugiej w nocy zadzwonili ze szpitala, że mama nie dociągnie do rana i że jak chcę się z nią pożegnać, to mam tam być jak najszybciej, to akurat byłam z nimi sama.

– I wysłałaś do nas smsy, a my się nie odezwałyśmy – pokiwała głową Ola. – A co dalej? Do tej swojej opiekunki też pisałaś? Kto to w ogóle jest?

– Studentka, mam ją z ogłoszenia, z którym pomogła mi Iza – odparła Lidia, spoglądając porozumiewawczo na Izę. – Fajna dziewczyna, była u nas parę razy, tylko problem w tym, że jest dyspozycyjna tylko w niektóre dni, zwłaszcza teraz, jak skończyły się ferie i wróciła na zajęcia. Więc to raczej tylko taka pomoc doraźna… Tak, pisałam wtedy do niej, ale ona też mi nie odpisała. Wcześniej pół soboty siedziała z chłopakami, widziałam, że ledwo po tym żyła, więc pewnie po powrocie do domu miała tak dość, że nawet jeśli w nocy odebrała smsa, wolała nie reagować.

– No to jak sobie w końcu poradziłaś? – zaciekawiła się Klaudia. – Wspominałaś, że byłaś przy mamie w ostatnich chwilach, czyli z kimś ich jednak zostawiłaś, tak? Czy po prostu wzięłaś ich ze sobą do szpitala?

– Nie, no co ty! – Lidia spojrzała na nią jak na wariatkę. – Miałam ich budzić w środku nocy, ubierać i ciągnąć do szpitala? To nie wchodziło w grę.

– To z kim zostali?

Lidia uśmiechnęła się lekko.

– Zdziwicie się. Tylko proszę bez głupich uwag, okej? Z Teofilem.

– Z Teofilem?! – wykrzyknęły naraz zaskoczone koleżanki, po czym umilkły i skamieniały z półotwartymi ustami, wytrzeszczając na nią zdumione oczy.

W pokoju na kilka sekund zapadła idealna cisza.

– Ale… jak to? – odezwała się w końcu Ola.

– Nic nie mówiłaś… – szepnęła z wyrzutem Gosia.

– Nie mówiłam, ale uprzedziłam, że opowiem wam wszystko na zlocie czarownic – przypomniała jej Lidia, nieco nerwowym gestem sięgając po słonego paluszka i przegryzając go. – Nie chciałam mówić o tym półsłówkami, żebyście nie powyciągały z tego jakichś pochopnych wniosków, i teraz też was o to proszę, dziewczyny. Tu nie ma żadnego drugiego dna – zaznaczyła. – Po prostu wtedy nie miałam innego wyjścia i musiałam zwrócić się do niego. Był moją ostatnią deską ratunku, na którą zresztą nawet zbytnio nie liczyłam, a okazało się, że jednak mogłam liczyć.

– Ale jak to zrobiłaś? – zapytała zaskoczona Wiktoria. – Miałaś do niego numer? Przecież mówiłaś, że zgubiłaś tamtą karteczkę, co ci kiedyś dał.

– Zgubiłam – przyznała Lidia. – Ale dał mi swój numer jeszcze raz.

– Widziałaś się z nim? – zapytała Ola.

– Mhm.

– Ach… pamiętam! – zawołała Gosia. – To było wtedy, jak ten jeden raz pod koniec stycznia był na Koncertowej? Wtedy, co gadałaś z nim przy stoliku koło baru?

– Tak, dokładnie – skinęła głową Lidia. – Podeszłam tylko się przywitać, a zagadaliśmy się na ponad pół godziny. Zapytał, co u mnie, powiedziałam mu, że mam w szpitalu bardzo chorą mamę, i nagle okazało się, że jemu też niedawno chorowała i umarła babcia, więc mieliśmy wspólny temat. Wiadomo, moja mama wtedy jeszcze żyła, ale lekarze nie dawali już żadnej nadziei, więc to była tylko kwestia czasu, a jeśli chodzi o te końcowe fazy szpitalne, Teofil miał w tym dosyć świeże doświadczenia. W każdym razie dobrze nam się gadało i na koniec powiedział mi, że gdybym potrzebowała jakiegokolwiek wsparcia, to mogę do niego uderzać jak w dym o każdej porze dnia i nocy.

– A ty wtedy powiedziałaś mu, że zgubiłaś jego numer? – zapytała Klaudia.

– Aha. Oczywiście mogłam to olać – zaznaczyła. – Podziękować uprzejmie z założeniem, że i tak bym nie skorzystała, ale wtedy przypomniałam sobie, co kiedyś o tej karteczce z numerem powiedziała Iza – spojrzała porozumiewawczo na koleżankę. – Pamiętasz? Mówiłaś, żeby zabezpieczyć ją na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. To wtedy jakoś dziwnie do mnie przemówiło i potem nawet tej kartki szukałam, ale nie znalazłam już, pewnie w międzyczasie gdzieś ją zgubiłam albo wywaliłam, nie mam pojęcia. No i teraz, przy tej rozmowie z Teo, to mi się przypomniało… Pomyślałam sobie, kurczę, a kto wie? Może faktycznie się przyda? Więc przyznałam mu się wprost, że zgubiłam jego numer, i poprosiłam, żeby w razie czego dał mi go jeszcze raz, już nie na kartce, tylko wpisałam go sobie od razu do kontaktów.

– No i patrz! Przydał się, jak znalazł – zauważyła Wiktoria. – Dokładnie tak jak przepowiedziała Iza… Iza, ty to serio jesteś wiedźma pierwszej wody!

Roześmiały się wszystkie, Iza skłoniła jej się żartobliwie teatralnym gestem, kładąc sobie dłoń na sercu jak bisująca aktorka.

– Tak, numer się przydał, chociaż ja z początku w ogóle o tym nie pomyślałam – zaznaczyła Lidia. – Znaczy, o Teofilu i o tym, żeby poprosić go o pomoc przy chłopcach. Ale kiedy ani ta moja opiekunka Aneta, ani żadna z was nie odpowiadała, a czas leciał, zaczęłam się panicznie zastanawiać nad jakimś innym rozwiązaniem, bo jednak bardzo chciałam pojechać do mamy… Ona niby i tak była nieprzytomna – westchnęła – ale zależało mi, żeby się z nią pożegnać, być z nią w tych ostatnich chwilach, nie? Gdybym odpuściła z powodu braku opieki dla chłopców, pewnie do końca życia miałabym wyrzuty sumienia, że nie zrobiłam wszystkiego, co było w mojej mocy, żeby pojechać do szpitala. A z drugiej strony nie było opcji, żeby zostawić ich samych.

– Nie chciałaś zaryzykować? – zapytała Klaudia. – Przecież głęboko spali.

– No co ty, nigdy w życiu! – Lidia spojrzała na nią ze zgrozą. – A jakby coś się stało, jakiś pożar albo coś? Niby mało prawdopodobne, ale różnie bywa, a zresztą co mnie obchodzi prawdopodobieństwo? Nie ryzykowałabym nawet ułamkiem procenta, że będą sami akurat wtedy, kiedy będą potrzebować pomocy, nie darowałabym sobie tego nigdy. Poza tym zapewnienie im opieki to mój ustawowy obowiązek, nie?

– Nie no, jasne – wycofała się natychmiast Klaudia. – Masz rację, to jeszcze małe dzieciaki, lepiej nie ryzykować.

– No właśnie. Dlatego byłam w strasznej kropce – ciągnęła Lidia. – Tak szczerze mówiąc, to prawie wpadłam w histerię, nie wiedziałam, co robić, do tego fizycznie byłam półprzytomna i totalnie zakręcona, bo ten telefon wyrwał mnie z pierwszego snu po mega ciężkiej dniówce. I tak całe szczęście, że nie pobudził chłopców… W każdym razie, jak po dwudziestu minutach nie miałam żadnej odpowiedzi na smsy, a do sąsiadki o tej porze ważyłabym się zapukać, zaczęłam przeglądać listę kontaktów, do kogo by się tu jeszcze odezwać, bo przecież nie do każdego wypadało w samym środku nocy. No i wtedy wpadł mi w oko numer Teofila… Jak się potem okazało, to był strzał w dziesiątkę, chociaż przyznam wam się, że w pierwszej chwili zdecydowanie odrzuciłam ten pomysł.

– Dlaczego? – zaciekawiła się Ola.

– Bo uznałam, że za słabo go znam. To musiał być ktoś na tyle zaufany, że nie bałabym się zostawić z nim chłopaków, a Teofil to był jednak obcy facet. Niby jakoś tam się znamy, a odkąd obiecał mi, że nie będzie do mnie uderzał z żadnymi amorami… zresztą dotrzymuje tej obietnicy w stu procentach, jak Tymek w przypadku Klaudii – podkreśliła, uśmiechając się do koleżanki, która wydęła na to tylko lekko wargi – to od tamtej pory zaczęło mi się fajnie z nim gadać. I w sumie nawet go polubiłam.

– My też – zapewniła ją Wiktoria. – Właściwie to lubimy go od początku, nie, dziewczyny? Kama do tej pory pielęgnuje na barze tę jego pelargonię, którą ty wywaliłaś z furią do śmietnika.

Koleżanki parsknęły śmiechem.

– No wiem, wiem – machnęła niecierpliwie ręką Lidia. – Wtedy trochę przesadzałam z tymi nerwowymi reakcjami, dopiero potem zrozumiałam, że trzeba było od razu porozmawiać z nim jak człowiek z człowiekiem, zamiast strzelać fochy. Ale faktem jest, że Teo jest trochę dziwny, dlatego miałam opory, żeby poprosić go o pomoc. Jednak jak po następnych paru minutach nadal nie miałam od nikogo reakcji, a czas leciał, pomyślałam, że raz kozie śmierć i zdecydowałam się.

– Zadzwoniłaś do niego?

– Nie, w środku nocy nie miałabym odwagi. Napisałam mu tylko takiego samego smsa jak do was i wysłałam na zasadzie, że co mi szkodzi, bo odpowiedzi nawet się nie spodziewałam.

– Ale on ci odpowiedział? – domyśliła się Wiktoria.

– Mhm. I to prawie od razu, po jakiejś góra minucie.

Dziewczyny pokiwały głowami z uśmiechem, wymieniając między sobą spojrzenia.

– Napisał mi, że oczywiście, już się zbiera i przyjedzie tak szybko, jak się da, tylko prosi o adres – mówiła dalej Lidia. – I wtedy znowu się zawahałam. Miałam przez chwilę taką myśl, że to niebezpieczne podawać mu swój domowy adres, w sumie nie znam typa, nie wiem do końca, co to za jeden, więc wpuszczać go do domu i jeszcze zostawiać z nim chłopców to czyste szaleństwo i nieodpowiedzialność. Ale potem znowu pomyślałam o mamie, o tym, że w jej przypadku drugiej szansy nie będzie, a jak dalej będę się zastanawiać, to nie zdążę dojechać do szpitala i zobaczyć ją, póki jeszcze jest żywa… no i jednak wysłałam mu ten adres.

– Szybko przyjechał? – zaciekawiła się Ola.

– Bardzo szybko, dziesięć minut później był na miejscu.

– O! – zdziwiła się Gosia. – To chyba mieszka gdzieś niedaleko?

– Relatywnie, mówił mi, że boczna Racławickich. Ale kiedy dostał mojego smsa i odpisał, natychmiast zaczął się ubierać, a czekając na moją odpowiedź, zamówił już taksówkę, żeby ruszyć jak najszybciej, jak tylko będzie miał adres.

– Mistrz logistyki – uśmiechnęła się z uznaniem Iza.

– I kto by pomyślał, nie? – dodała z rozbawieniem Wiktoria. – Z wierzchu niby taki niepozorny i zagubiony, a tu się okazuje, że to konkretny, zorganizowany facet.

– Dobra, nie przerywajcie, dziewczyny! – ofuknęła je zniecierpliwiona Klaudia. – Lidia, mów dalej! Przyjechał do ciebie i co?

– No i został z chłopakami – odparła Lidia. – Poprosiłam go tylko, żeby posiedział w kuchni, nie przy nich. Bałam się, że gdyby któryś się przebudził i zobaczył przy łóżku obcego faceta, mógłby się przestraszyć i narobić dymu, on zresztą sam też tak wolał. Obiecał mi, że nie będzie bez potrzeby do nich zaglądał, zapewnił, że poradzi sobie, i powiedział, żebym jechała jak najszybciej do tego szpitala tą samą taksówką, którą on przyjechał, bo poprosił kierowcę, żeby poczekał na mnie pod blokiem.

– O proszę, jaki spryciarz! – podchwyciła Ola, a pozostałe koleżanki pokiwały z uznaniem głowami. – Nawet o tym pomyślał!

– Tak. I to mi naprawdę bardzo pomogło – przyznała Lidia. – Jak wsiadłam z marszu w tę taksówkę, tak parę minut później byłam już w szpitalu. Dłużej zajęło mi dojście do mamy na oddział niż sam dojazd, w nocy szybko się jechało przez puste miasto, zwłaszcza że to przecież niedaleko.

– Ale zdążyłaś, prawda? – upewniła się Gosia. – Mówiłaś, że byłaś przy mamie w tych ostatnich minutach.

– Zdążyłam – pokiwała smutno głową Lidia. – Prawie w ostatniej chwili, ale zdążyłam, chociaż, jak mówię, ona była nieprzytomna, więc to było tylko takie symboliczne pożegnanie.

– Nawet symboliczne jest ważne – zauważyła Iza, mimo woli wspominając bladą jak widmo twarz własnej matki wtopioną w biel szpitalnej poduszki. – To zostawia potem spokój na całe życie, zwłaszcza że tych chwil potem już nigdy nie da się nadrobić.

– Dokładnie – przyznała Lidia. – Dlatego cieszę się, że mogłam tam być.

– A Teofil siedział z chłopakami do rana? – zapytała Wiktoria.

– Tak, mniej więcej do szóstej. To nie potrwało długo, bo jak zabrali mamę… właściwie to już jej ciało… to wróciłam piorunem do domu, żeby zwolnić go z posterunku. Nie miał tam dużo pracy, po prostu siedział w kuchni – uśmiechnęła się ze smętnym rozbawieniem. – Sam powiedział, że to było aż za łatwe zadanie, zwłaszcza że z chłopcami nawet się nie widział, bo kiedy wychodził, oni nadal jeszcze spali.

– Aha – powiedziała Klaudia. – Czyli to była tylko taka krótka interwencja? Trzy godziny?

– No, coś koło tego. Niby trzy godziny, ale jednak kluczowe, byłam mu za to naprawdę wdzięczna. Bez niego to by się nie udało.

– Okej, i to stąd wiedział o terminie pogrzebu – pokiwała głową Ola. – A my się zastanawiałyśmy, skąd się wziął na tym cmentarzu, przecież sam z siebie raczej nie mógłby się dowiedzieć. Chyba żeby cię stalkował, na początku miałyśmy nawet takie podejrzenia, ale po twojej reakcji widać było, że raczej nie.

– Nie, on nie jest stalkerem – zapewniła ją Lidia. – To bardzo dyskretny człowiek, jak raz mu się coś wytłumaczy, to trafia do niego natychmiast. O pogrzebie oczywiście ja sama mu powiedziałam, w tych okolicznościach uważałam to za swój obowiązek i było mi miło, że się tam pojawił. Zwłaszcza że na tym nie skończyliśmy współpracy – zaznaczyła, sięgając po szklankę i nalewając sobie soku, tym razem pomarańczowego – bo on od tamtej pory dalej mi pomaga.

– O! – zdziwiły się koleżanki. – W jaki sposób?

– Tak samo jak wtedy, przy chłopcach. Na razie dopiero dwa razy, licząc od pogrzebu, czyli z tamtą nocną interwencją łącznie trzy. Przed pogrzebem zjechała rodzina, kuzynki pomogły mi w organizacji, więc nie było problemu, potem Ewa została jeszcze na dwa dni, więc mogłam zacząć biegać za formalnościami. Dopiero w piątek wieczorem pojechała do siebie i wtedy trzeba było od nowa przeorganizować logistykę.

– Ale od nas nie chciałaś pomocy – zauważyła Wiktoria. – A mówiłyśmy przecież, że jesteśmy gotowe dalej dyżurować z chłopakami.

– Wiem, Wika, i bardzo wam za to dziękuję – odparła ciepło Lidia – ale ja właśnie chciałabym tego jak najbardziej uniknąć. Nie wykluczam, że jeszcze od czasu do czasu was o to poproszę, ale już wcześniej obiecałam sobie, że nie będę za długo nadużywać waszej życzliwości, przecież wiem, jakie jesteście przeciążone. A teraz, kiedy mamy już nie ma, uznałam, że to jest najlepszy moment na reorganizację.

– Ale jak się dogadałaś z Teofilem? – zaciekawiła się Gosia. – Od pogrzebu ani razu nie widziałam go na Koncertowej. Pewnie gadaliście przez telefon?

– Nie – pokręciła głową Lidia, upijając łyka soku i odstawiając szklankę na stół. – Spotkałam się z nim na żywo u mnie w domu. W niedzielę przed pracą zaprosiłam go na obiad… chociaż to był w sumie tylko taki lekki lunch.

– O! – uśmiechnęła się Ola.

– No co? – wzruszyła ramionami. – Chciałam mu godnie podziękować za tamto, wcześniej nie było okazji, a to mi wisiało na sumieniu. Przedstawiłam mu przy okazji chłopców, bo wtedy nawet ich nie widział, no i trochę pogadaliśmy, chociaż tylko tak ogólnie. Przy młodych nie chciałam mówić o kłopotach, nie? Dopiero później, jak przyszła Aneta i chłopcy poszli z nią pobawić się na dworze, przeszliśmy na poważniejsze tematy i Teo zapytał, jak sobie radzę z logistyką. No to opowiedziałam mu, co i jak, a on natychmiast zadeklarował, że jeśli jest taka potrzeba, to może mi dalej pomagać.

– Cwaniak – zauważyła z rozbawieniem Klaudia.

– Trochę tak – uśmiechnęła się Lidia. – Ale nie z tego powodu, który pewnie masz na myśli, bo tutaj ja stawiam sprawę jasno i on o tym doskonale wie.

– W tym sensie, że ma do ciebie nie podbijać? – zagadnęła z pobłażaniem Ola. – Przecież on to robi cały czas, wprawdzie nie oficjalnie, tylko po cichu, ale dla mnie to jest oczywiste.

– Ola, przestań! – ofuknęła ją Wiktoria. – Nie rób Teosiowi czarnej roboty!

Lidia pokręciła głową z rozbawieniem.

– Bez obaw, Wika – zapewniła ją spokojnie. – Nie jestem naiwnym dzieckiem, wiem, o co chodzi Teofilowi, i przyznaję, że Ola ma trochę racji, chociaż nie do końca. On jest… nie wiem, jak wam to powiedzieć, ale to jest tak szczególny przypadek, że nie ma na to odpowiednich słów… on jest trochę z innego świata, nie tylko jeśli chodzi o sposób bycia, ubierania się i tak dalej, ale też od strony podejścia do ludzi. Zresztą same już to zauważyłyście, pamiętacie, jak kiedyś mówiłyśmy o tym? To jest taki dżentelmen z dziewiętnastego wieku, sto pięćdziesiąt lat temu byłby idealnie na miejscu, ale w naszej epoce jest z deka odklejony.

Roześmiały się wszystkie.

– Sto pięćdziesiąt albo nawet dwieście – zauważyła wesoło Ola. – Przetransportowany wehikułem czasu prosto z epoki romantyzmu!

– Coś w tym jest – zgodziła się Lidia. – On ma w sobie dużo z klasycznego romantyka, pewnie trochę przez pracę i zainteresowania, ale to akurat jest w nim pozytywne.

– A właśnie, jakie ma zainteresowania? – podchwyciła z zaciekawieniem Gosia. – I gdzie pracuje?

– Jest historykiem – wyjaśniła nie bez rozbawienia Lidia. – Zdaje się, że nawet z doktoratem. A pracuje w muzeum na Zamku Lubelskim, jest tam kustoszem.

– Oooo! – zawołały ze zdziwieniem i uznaniem dziewczyny.

– Kurczę, ale to do niego pasuje! – przyznała w natchnieniu Wiktoria. – A niech to! Kustosz muzealny! Idealnie on!

– Aha! – zgodziła się równie podekscytowana Gosia. – On serio wygląda jak pasjonat historii. Wcześniej nawet o tym nie pomyślałam, ale jak teraz to powiedziałaś, to faktycznie, pasuje w stu procentach.

– Z tego, co mówił, specjalizuje się w drugiej wojnie światowej – ciągnęła Lidia. – No i oczywiście w historii Lublina, a zwłaszcza wszystkiego, co jest związane z Zamkiem. Ja się na tym nie znam, ale powiem wam, że jak on wejdzie w temat, to ma takie gadane, że szczęka opada. Nawet moich chłopaków zainteresował! – parsknęła śmiechem. – Opowiadał im przy stole o konstrukcji starej broni, wiecie? Dla mnie to straszne nudy, ale oni słuchali z rozdziawionymi pyszczkami.

Wszystkie znów roześmiały się z sympatią.

– No, faktycznie, to trochę zmienia postać rzeczy – przyznała Klaudia. – Przynajmniej wiesz, że to nie jakiś oszołom, tylko poważny facet.

– Tak – skinęła głową Lidia. – A wracając do tego, co mówiła Ola, to owszem, on nie jest względem mnie neutralny i wcale tego nie kryje, ale jednocześnie w żaden sposób nie próbuje mi się z tym narzucać. Ma w tym takie niesamowite wyczucie, wiecie? Z jednej strony wiem, że zależy mu na kontakcie ze mną, ale z drugiej nie boję się z jego strony żadnych podchodów, to po prostu nie jest jego styl. Powiedział mi to zresztą wprost.

– Co? – zapytała słuchająca jej z zapartym tchem Ola.

– To, że będzie zaszczycony, jeśli będzie mógł mnie widywać i pomagać mi, w czym tylko się da – wyjaśniła jej spokojnie Lidia. – I że to mu wystarczy, bo, jak to ujął, kiedy do wyboru ma się nie mieć nic i mieć cokolwiek, to tylko głupi wybierze opcję nic.

– O! – zaśmiała się Wiktoria. – Jaki dyplomata!

– I romantyk! – dodała Ola.

– No, ale co chcecie? – zawołała Gosia. – Świetnie to ujął!

„Świetnie” – przyznała w myśli Iza, mimo woli wspominając różne dywagacje Majka i własne przemyślenia. – „Chociaż czy na dłuższą metę opcja cokolwiek ma sens? Oto jest pytanie.”

– Czyli de facto rozmawialiście o tym otwarcie? – podsumowała nie bez zdziwienia Klaudia.

– Mhm, otwarcie i bez ogródek – skinęła głową Lidia. – Mówiłam wam, że nie jestem dzieckiem, w tych kwestiach mam za sobą zbyt ciężkie doświadczenia, żeby zostawiać takie rzeczy w zawieszeniu. A Teofil to też facet lat prawie czterdzieści, nie będę się z nim bawić w ciuciubabkę, nie? Tak czy inaczej przyjęłam jego pomoc, wcześniej pewnie bym mu odmówiła, ale jak poznałam go bliżej, to wiem, że on mi żadnego głupiego numeru nie zrobi, a ja tej pomocy naprawdę potrzebuję. Przynajmniej do czasu ogarnięcia spraw spadkowych po mamie i znalezienia kogoś jeszcze do opieki na zmianę z Anetą. Zresztą Aneta obiecała mi, że pogada o tym ze swoją koleżanką – zaznaczyła – więc jestem dobrej myśli, a do tego czasu, skoro Teo sam chce, to cóż… może mi pomóc.

Dziewczyny parsknęły śmiechem.

– No, ja uważam, Lidziu, że to jest mega dobry plan! – stwierdziła wesoło Gosia. – Jak gostek chce być blisko ciebie i mieć okazję, żeby się na ciebie napatrzeć, to niech chociaż na to uczciwie zapracuje. Nie ma nic za darmo!

– Dokładnie – przyznała z uśmiechem Wiktoria. – A swoją drogą zobaczcie, jak facet się zakochał… Lidziu, kto wie? Jak klątwa Anabelli puści, to jeszcze różnie może być.

– Nie, Wika, w moim przypadku nie puści – zapewniła ją pobłażliwie Lidia. – Nie ma na to szans. Co czuje Teofil, to jego sprawa, ja go naprawdę lubię, ale facetem on dla mnie nie jest i nigdy nie będzie. Zresztą nie tylko on, mówiłam wam już, dla mnie liczą się teraz tylko moi chłopcy i to, żeby udało mi się wychować ich na ludzi. Tak czy inaczej zgodziłam się, żeby czasem mi pomógł, a co z tego będzie dalej, to zobaczymy. Jak mówiłam, to jest człowiek trochę z innego świata i poniekąd właśnie dlatego przekonał mnie do siebie, w tym sensie, że jakoś tak… nabrałam do niego zaufania. Wtedy, tamtej nocy, kiedy mama umarła, jechałam ze szpitala z powrotem do domu zdruzgotana, a jednocześnie z duszą na ramieniu, czy z chłopcami na pewno wszystko okej. Nie ukrywam, że bałam się, czy nie popełniłam jakiegoś potwornego błędu, zostawiając ich samych z obcym typem, ale jak przyjechałam i okazało się, że wszystko jest w porządku, a Teo siedzi w kuchni tak, jak kazałam mu siedzieć, od razu mi ulżyło i do tej pory jestem mu za to wdzięczna. Niby nic wielkiego nie zrobił, ale dla mnie to było kluczowe.

– Jasne – pokiwała głową Iza. – Po prostu udowodnił ci czynem, że warto mu zaufać.

– Chyba tak. Oczywiście zobaczymy, jak to się dalej potoczy, ale odkąd mam do pomocy i Anetę, i jego, od razu mi lżej na sercu, czuję, że powoli to sobie poukładam i ogarnę.

– A jak się czujesz w związku z mamą? – zapytała z troską Gosia. – Bo z wierzchu wydaje się, że już się trochę otrząsnęłaś.

– Otrząsnęłam się – przyznała Lidia. – W sumie to nie był dla mnie szok, lekarze uprzedzali mnie od tygodni, że ona z tego nie wyjdzie, więc z góry nastawiłam się na to i w sumie mentalnie pożegnałam się z nią już wcześniej, zanim to się stało. A teraz… wiadomo, żal nadal jest, brakuje mi jej, ale nie rozpaczam, w pewnym sensie nawet cieszę się, że już nie cierpi i jest w lepszym świecie.

– Tylko że bez niej organizacyjnie jest ci dużo ciężej – zauważyła Ola. – Mama jednak bardzo pomagała ci przy młodych.

– Bardzo. Zwłaszcza w tym najtrudniejszym czasie, kiedy chłopcy byli mali, a ja musiałam pójść do pracy i przez długi czas łapać dorywczo cokolwiek, żeby tylko zarobić parę groszy. Odkąd pracuję w Anabelli, finansowo to jest jak niebo a ziemia – spojrzała z wdzięcznością na Izę. – Poza tym chłopcy też już są więksi, poszli do szkoły i do przedszkola, więc nie trzeba im opieki non stop. Fakt, że gdyby mama jeszcze trochę pożyła, mogliby się usamodzielnić jeszcze bardziej, ja też spokojnie ustabilizowałabym sobie wszystko na tej Koncertowej… no, ale co zrobić? Jakoś będę musiała sobie poradzić.

– Poradzisz sobie, twarda jesteś – zapewniła ją Klaudia. – Ważne, że masz pracę i mieszkanie, a z logistyką to pamiętaj, że i my ci zawsze pomożemy.

– Dzięki, Klaudziu. Niewykluczone, że skorzystam, jak będę mieć jakąś lukę organizacyjną, chociaż postaram się tego nie nadużywać. Jesteście takie kochane… Niby jestem w żałobie, ale bardzo chciałam się z wami dzisiaj spotkać, opowiedzieć wam to wszystko, a nawet pośmiać się razem, a nie ciągle tylko łzy i łzy. Działacie na mnie jak najlepsze lekarstwo na smutki, to naprawdę rewelacja mieć takie grono przyjaciółek, z którymi można pogadać na każdy temat.

– Do usług, Lidziu – zapewniła ją z uśmiechem Wiktoria. – Ja też uwielbiam nasze wiedźmowe zloty, zawsze po nich mam baterie naładowane do pełna, tu chyba działa efekt synergii. A powiedz mi, jak tam twoje prawo jazdy? – przypomniała sobie. – Już bliżej, czy jeszcze daleko?

– Jeszcze daleko – westchnęła Lidia. – Kurs mam już zaliczony, ale nie mam kiedy pojeździć, ostatnio tyle się działo, że musiałam odłożyć to trochę na bok. Kacper zresztą też – dodała znacząco. – Nie wiem, co to za przekleństwo, że i ja, i on dostaliśmy w tym samym czasie takie kopniaki od losu… ale już ustaliliśmy, że weźmiemy się w garść i w marcu to ponadrabiamy. On zresztą i tak jest bardziej zaawansowany, pewnie prędzej skończy niż ja.

– No właśnie, Kacper! – podchwyciła żywo Ola. – To przecież nasz następny punkt na toastowej liście! Jak on się w ogóle trzyma, dziewczyny? Pytam Lidii i Gosi – sprecyzowała – bo wy go widujecie codziennie. Pozbierał się już trochę?

– Nie bardzo – pokręciła głową Gosia. – Działa oczywiście, zaciska zęby i pracuje bez zarzutu, właściwie to cała męska logistyka u nas stoi na nim. Ale wygląda nadal bardzo źle, chodzi jak zombie, moim zdaniem, przeżywa tę Kasieńkę o wiele gorzej niż kiedyś Antek Karolinę, pamiętacie? Ale skoro Antek się wybronił, to mam nadzieję, że i dla Kacpra jest nadzieja.

– Aha – skinęła głową Klaudia. – Dobre porównanie. Antek też snuł się jak widmo chyba ze cztery miechy, ale teraz już widać, że mu przeszło, nie? Nawet seksi zarost sobie zapuścił i powala nim masowo dziewczyny!

Roześmiały się wszystkie i zamilkły, znowu poważniejąc.

– No, niestety, tego nie da się do końca porównać – zauważyła smutno Iza. – Antek ma inną psychę niż Kacper, nie reaguje tak gwałtownie, poza tym Karola nie była jego narzeczoną, z którą za pół roku miał brać ślub. Fakt, ciężko to przeżył, ale jednak oni nie mieli tak poważnych planów jak Kacper i Kasia, to było, mam wrażenie, mniej zobowiązujące.

– Niby tak – zgodziła się z zastanowieniem Wiktoria. – Ale ty, Iza, nie znasz Antka tak długo jak my, nie wiesz, jakie to było dla niego ważne. On nie jest z tych, co zmieniają dziewczyny jak rękawiczki, przed Karoliną nikogo nie miał, przyznał mi się kiedyś, że była jego pierwszą w życiu dziewczyną, zakochał się w niej na zabój, więc ten falstart bardzo go zabolał.

– Nie mówię, że nie – zgodziła się Iza. – Masz rację, Wika, takich rzeczy z zewnątrz się nie ocenia, mea culpa. Oby Klaudia nie myliła się co do tej analogii, bardzo tego Kacprowi życzę.

– No, nie wiem, Klaudia, czy jest tak, jak mówisz – odezwała się z namysłem Ola. – Moim zdaniem, Antkowi przeszło tylko połowicznie, w tym sensie, że po Karolinie jest tak zniechęcony, że następnej próby jeszcze bardzo długo nie podejmie. Humor odzyskał, to prawda, ale ze ślubów kawalerskich nie zamierza się wycofywać i mam wrażenie, że jeszcze bardziej niż wcześniej uodpornił się na dziewczyny. Jak tak dalej pójdzie, zrobi się z niego pod tym względem jeszcze większy radykał niż Chudy.

– Czekaj, stop! – zatrzymała ją Wiktoria. – Po kolei, dziewczyny, bo pomieszają nam się wątki. Miałyśmy mówić o Kacprze, a zeszło na Antka i Chudego, a to są przecież osobne tematy. Zwłaszcza Chudy.

– Nie do końca osobne, Wika, bo wszystkich ich łączy klątwa Anabelli – zauważyła przytomnie Klaudia. – Ale masz rację, o Antku wspomniałam tylko przez porównanie, a Chudego zostawmy sobie na deser. Tylko może rozlejmy jeszcze raz ten sok, co?

– Jasne! – podchwyciła Wiktoria, zrywając się z miejsca. – Został już tylko pomarańczowy i jabłkowy, który wolisz? A może któraś z was chciałaby coś ciepłego? Mogę zaparzyć kawę albo herbatę.

– Ja poproszę kawę – zgłosiła się Iza. – Wiem, że późno, ale muszę się napić, bo zaczyna mnie tak dziwnie morzyć… Chyba za wcześnie dzisiaj wstałam.

– A ja napiłabym się herbaty – zgłosiła się Lidia.

– To w takim razie może chodźmy wszystkie z Wiką do kuchni, co? – zaproponowała Ola. – Pomożemy jej w tym zaparzaniu, a ja przy okazji skoczę do łazienki. Na tę waszą dyskusję o klątwach, co już wisi w powietrzu, trzeba się porządnie przygotować!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *