Anabella – Rozdział CCL

Anabella – Rozdział CCL

Skąpane w czarodziejskim wieczornym zmierzchu ulice Liège, na których powoli zaczynały zapalać się latarnie, wiodły przed siebie urokliwymi zaułkami, za każdym rogiem odkrywając przed przechodniami kolejne niespodzianki. Iza i Marta szły nieśpiesznie instynktownie wybieraną trasą w kierunku rzeki, którą Iza chciała pokazać koleżance o tej porze dnia, ciesząc oczy barwnym spektaklem przełączającego się na tryb nocnego życia miasta i rozmawiając o wydarzeniach mijającego dnia. Wiodącym tematem okazało się oczywiście spotkanie z Cédrikiem, który, jak przyznała otwarcie Marta, bardzo jej wpadł w oko, zwłaszcza gdy odkryła w nim bratnią duszę motocyklisty.

– I właśnie dobrze, że postawiłaś veto co do tej przejażdżki za miasto – zapewniła Izę. – Co prawda nie ukrywam, że miałam i dalej mam na nią ogromną ochotę, już tak dawno nie miałam okazji przejechać się na motocyklu… ale bez przesady. Sama, z jakimś obcym facetem, w dodatku w obcym kraju? Nawet jeśli to jest jakiś dobry znajomy Jean-Pierre’a, aż tak nie mam zamiaru ryzykować.

– Słusznie – zgodziła się Iza. – Cédric wygląda sympatycznie, ale dopóki lepiej go nie poznamy, taka wycieczka sam na sam to potencjalnie niebezpieczna okoliczność i nie myślę tu wcale o ryzyku związanym z nadmierną prędkością… Tak czy inaczej ja się z wami nie zabiorę – podkreśliła stanowczo. – Gdyby chodziło o inny środek lokomocji, mogłabym jechać w roli ciotki-przyzwoitki, ale na motocyklu? Odpada bezdyskusyjnie.

– Wiem, przecież wiem – machnęła ręką Marta. – Ta twoja fobia motocyklowa zawsze mnie załamywała, ale tym razem przyznaję, że ma swoje dobre strony. A swoją drogą ciotka-przyzwoitka… bez kitu, cała ty! Zastanawiam się, kiedy puści ci ta blokada i zaczniesz myśleć o sobie samej, a tylko nie o byciu przyzwoitką czy doradczynią dla innych. No, ale tego to się chyba nigdy nie doczekam!

Iza parsknęła śmiechem.

– Nie narzekaj, Martusiu – odparła wesoło. – Doceń to, że przynajmniej nie robię ci konkurencji. Ciotka-przyzwoitka to bardzo bezpieczna opcja dla nas wszystkich.

– No wiesz co! – wydęła z niesmakiem wargi Marta. – Tak jakby zależało mi na braku konkurencji… Ja bym właśnie chciała, żebyś chociaż raz zrobiła mi konkurencję i sprzątnęła sprzed nosa jakiegoś faceta. Jeśli tylko się zdecydujesz, oddam ci z radością najlepszego, jaki tylko istnieje… a przynajmniej tego z drugiego miejsca! – doprecyzowała po chwili namysłu i obie roześmiały się.

– Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony – pokiwała z rozbawieniem głową Iza. – Ale pozwól, że na razie nie skorzystam. Wolę poczekać do czasu, aż ostatecznie ustalisz ten ranking i będziesz pewna, kto jest na pierwszym, a kto na drugim miejscu, bo jeśli ma się wkraść w to jakiś błąd, to ja bardzo dziękuję. Ten z trzeciego, a tym bardziej z czwartego miejsca mnie nie interesuje.

– Ach, ty cwaniaro! – roześmiała się Marta, odpychając ją żartobliwie na bok. – Jędzo jedna! Zawsze znajdziesz sposób, żeby się wywinąć!

Szły przez chwilę oświetloną barwnymi neonami ulicą, śmiejąc się i chłonąc atmosferę pogodnego wieczoru, przesiąkniętego na wskroś zapachem nadchodzącej wiosny. Nagle Marta zamilkła i zatrzymała się jak wryta w ziemię, wydając okrzyk zachwytu.

– Łał! Ale pięknie!

Wyszły właśnie z uliczki, której zabudowania niespodziewanie skończyły się, a przed ich oczami rozciągnął się skrzący się nocną feerią barw widok na Mozę. Było to inne miejsce niż to, w którym w poniedziałkowe popołudnie Iza podziwiała zachód słońca, nie było tu nawet żadnego mostu, ale perspektywa, z jakiej patrzyło się na rzekę, była urzekająca.

– Przejdźmy się kawałek tym bulwarem, co? – zaproponowała Marcie, pociągając ją za łokieć w stronę rzeki. – Trochę tam wieje, ale za to widok kompensuje każdą niedogodność. Uwielbiam patrzeć na takie światełka w wodzie.

Marta chętnie ruszyła z nią we wskazaną stronę, narzucając na głowę kaptur, bowiem wieczorny wiatr na nadbrzeżu rzeczywiście był dość dokuczliwy. Przez kilka minut szły bulwarem, podziwiając grę świateł w wodach rzeki, która odbijała coraz bardziej ciemniejące niebo.

– A wracając do Cédrica – podjęła po długim milczeniu Marta – to co o nim myślisz? W sumie jeszcze się na jego temat nie wypowiedziałaś.

– Nie? – zdziwiła się Iza. – No, może i nie… ale co mam powiedzieć? Ogólnie oceniam go pozytywnie, chociaż na razie trudno mi cokolwiek szerzej o nim rzec, przecież dopiero co się poznaliśmy. Na pewno ma u mnie kredyt zaufania ze względu na to, że to kolega z pracy Jean-Pierre’a, ale podchodzę do niego tak samo jak ty, czyli z dużą dozą ostrożności. I serio uważam, że bardzo dobrze zrobiłaś, że nie złasiłaś się tak od razu na tę przejażdżkę – zaznaczyła. – Ja na twoim miejscu zrobiłabym dokładnie tak samo.

– No, co do tego nie ma wątpliwości – pokiwała z przekąsem głową Marta. – Ale nie o to mi chodziło, Iza.

– A o co?

– O to, czy on ci się podoba. Z wyglądu, jako facet.

– Nie.

– Nie? – Marta zerknęła na nią z lekkim niedowierzaniem. – Mówisz serio, czy ściemniasz?

– Mówię serio – zapewniła ją spokojnie Iza. – Owszem, przyznaję, że jest bardzo przystojny, i nie dziwię się, że tobie może się podobać, ale ja nie lubię tego typu urody. Zdecydowanie preferuję blondynów – podkreśliła z uśmiechem. – Takich z jasnymi oczami.

Marta pokiwała głową i przez chwilę szły w milczeniu.

– Okej – odparła w końcu w zamyśleniu, jakby na chwilę oderwana od wątku rozmowy. – Masz rację, z gustami się nie dyskutuje, to było w sumie głupie pytanie z mojej strony. Mnie akurat Cédric bardzo się podoba, ale nawet nie chodzi o to, że preferuję taki ciemny południowy typ urody, tylko tak po prostu… jest w nim to, co najbardziej mnie kręci u facetów. Taka pewność siebie, błysk w oczach…

– I błysk zębów – zauważyła żartobliwie Iza, na co obie parsknęły śmiechem.

– Prawda, zęby ma przepiękne – przyznała Marta. – I robi tym uśmiechem wrażenie.

– No, ale może już nie zaglądajmy koniowi w zęby, co? – zaśmiała się Iza. – Jakby ktoś z boku nas posłuchał, to tylko popukałby się w czoło. Zachowujemy się jak głupie małolaty, co obmawiają chłopaków po kątach!

– A co tam! – machnęła ręką Marta. – Mnie takie wygłupy dobrze robią, a przecież wiadomo, że to tylko żarty. Możemy sobie obgadywać Cédrica, może mi się podobać, ale co z tego? Jesteśmy tu tylko na kilka tygodni, a potem wracamy do Polski i kontakt szybko się urwie, ja zresztą nie mam zamiaru szukać tu żadnych przygód. A tak w ogóle to nie przerywaj mi, nie dałaś mi dokończyć zdania.

– Ups, sorry – Iza podniosła obie dłonie w przepraszającym geście. – Kończ. Tyle że już nie pamiętam, o jakie zdanie chodziło.

– O to, że u Cédrica podoba mi się błysk w oku. A ty zaraz zaczęłaś o zębach i o koniu – znów roześmiały się obie. – Mówiłam, że nie chodzi tylko o ten błysk, tylko o to, że on ma właściwie wszystko to, co zawsze podobało mi się w facetach, przynajmniej na tyle, na ile mogę ocenić po pierwszym kontakcie. I miałam dodać, że do całego obrazu dochodzi jeszcze ten motocykl… bo tym to rozwalił mnie już całkowicie. Dlatego jestem ci wdzięczna, że postawiłaś szlaban, ja sama pewnie bym się nie powstrzymała.

– Przed czym? Przed wycieczką?

– Gorzej. Przed natychmiastowym wsiąknięciem – wyjaśniła jej ponuro Marta. – Bo ja niestety mam tak, że jak facet mi się spodoba, to idę w to na łeb na szyję, bez żadnej refleksji. Tak było z Radkiem, potem z Patrykiem… swoją drogą jak Cédric wspomniał, że jego wujek motocyklista miał na imię Patrick, to aż mnie wygięło.

– Faktycznie, szalony zbieg okoliczności – przyznała Iza. – Ja też zwróciłam na to uwagę.

– No. I to był dla mnie taki trochę kubeł zimnej wody – ciągnęła Marta. – Niby zbieg okoliczności, ale ja to traktuję jako znak. A ściślej jako sygnał ostrzegawczy.

– Aha – Iza spojrzała na nią czujnie. – W tym sensie…

– Tak. Po tej akcji z Patrykiem obiecałam sobie, że nigdy więcej nie wpakuję się w taki syf, a na pewno nie będę działać tak szybko i bezmyślnie. To, co mnie dzisiaj położyło na łopatki, to ta zbieżność właściwie we wszystkim… dosłownie powtórka z przeszłości. Patryk przy pierwszym kontakcie zrobił na mnie dokładnie takie samo piorunujące wrażenie jak dzisiaj Cédric, też spodobał mi się fizycznie od pierwszego wejrzenia, a do tego zaimponował mi jako motocyklista z własnym sprzętem z najwyższej półki. Bo powiem ci, że ten stary Harley, którego Cédric pokazał mi na zdjęciach, to po prostu kosmos – na to wspomnienie w jej głosie pojawiła się nuta rozmarzenia, a oczy rozbłysły żywym blaskiem. – Bardzo chciałabym go zobaczyć, już nie mówiąc o tym, jak bym chciała się na nim przejechać… Ale wiem, że tym razem muszę być rozsądna – dodała stanowczo. – A przynajmniej, jeśli nie rozsądna, to przynajmniej nie tak skrajnie głupia jak wtedy.

– Mhm, rozumiem – pokiwała głową Iza. – Mówiąc metaforycznie, silnik pcha cię do przodu jak szalony, ale ty wolisz zawczasu na siłę wcisnąć hamulec, żeby po raz kolejny nie rozwalić się o ścianę.

– Dobre! – zaśmiała się Marta. – Skąd ty bierzesz takie obrazy, a niech cię… ale dokładnie tak, właśnie o to chodzi. Wiadomo, że to tylko teoria, Cédric pewnie nawet nie byłby mną zainteresowany, ale już sam fakt, że tak mnie do niego ciągnie, jest mnie świetną okazją do walki z samą sobą. Teoria teorią, ale jak się otwiera chociaż małą furtkę na praktykę, to nagle okazuje się, że nic nie jest wykluczone, potem idzie niekontrolowana lawina, a na koniec zostaje tylko cierpienie i łzy. Już dwa razy to przeżywałam i trzeciego nie chcę, dlatego wolę trzymać serce na wodzy od samego początku, zanim będzie za późno.

– A z drugiej strony mówi się, że do trzech razy sztuka – zauważyła przekornie Iza. – Kto wie, może tym razem akurat by się udało?

– Przestań mnie kusić i zwodzić na manowce, stara wiedźmo! – fuknęła Marta. – Właśnie liczę na to, że nie będziesz robić mi dywersji, tylko pomagać swoim zdrowym rozsądkiem i kąśliwymi uwagami. Mówię serio, Iza – dodała z powagą. – Z Patrykiem to była prawie lustrzana sytuacja, a ja znam siebie, wiem, jakie to niebezpieczne, i naprawdę nie chciałabym się wpakować z deszczu pod rynnę. Dlatego pilnuj mnie, okej? Jak zobaczysz, że zmierzam w stronę zrobienia czegoś głupiego, to natychmiast ściągaj mnie na ziemię, nawet jeśli z początku będę o to na ciebie zła.

– Okej, nie ma sprawy – odparła spokojnie Iza. – To akurat mogę ci bez problemu obiecać. Jako wierna ciotka-przyzwoitka, na którą zawsze możesz liczyć.

Znów roześmiały się zgodnie, zmierzając wciąż przed siebie nadrzecznym bulwarem oświetlonym ciepłym światłem odbijających się w wodzie latarni.

– A co do Patryka… – zagadnęła ostrożnie Iza. – Jak to u ciebie wygląda? Mam na myśli proces leczenia. Chyba już lepiej, hmm?

– Dużo lepiej – przyznała Marta. – Wiadomo, że to jeszcze nie jest pełna równowaga, ale jestem na etapie, kiedy za nic w świecie nie wróciłabym do niego, nawet gdyby błagał mnie o to na kolanach. Oczywiście do tego i tak by nie doszło, on już pewnie dawno o mnie zapomniał, ale ja też coraz rzadziej o nim myślę, to się powoli zaciera, tak jak było w przypadku Radka. I w sumie wiesz? To, że mam za sobą tę historię z Radkiem, też mi dużo pomogło, bo dzięki temu mam porównanie i wiem, że z tego da się wyciągnąć bez śladu albo prawie bez śladu… w tym sensie, że rozpoznaję sygnały zdrowienia i mogę ocenić, jaki będzie następny etap, a to mi pomaga podejść do sprawy z dystansem i nie rozpamiętywać tego bez końca.

– Aha – pokiwała głową Iza. – Doświadczenie zawsze się przydaje, w taki czy inny sposób. Jak to się mówi, historia nauczycielką życia.

– Dokładnie. Ta moja wtopa z Patrykiem też ma swoje zalety, bo po drugiej porażce, w dodatku okraszonej ochrzanem, jaki na samym początku dostałam od ciebie, nauczyłam się wreszcie ostrożności. Taką przynajmniej mam nadzieję – skrzywiła się lekko. – Wiadomo, że wszystko wyjdzie w tak zwanym praniu, ale przynajmniej podchodzę do tego o wiele bardziej świadomie.

– Właśnie widzę – przyznała Iza – i jestem tym naprawdę mile zaskoczona, Martuś. Oczywiście musisz uważać też, żeby nie przeholować w drugą stronę, ale zdecydowanie jestem zdania, że ostrożności nigdy nie za wiele. Zwłaszcza na początku, kiedy jeszcze nie znasz faceta i nie wiesz, na co go stać.

– Tak… Kiedy patrzę na to z dystansu, myślę sobie, że u mnie od początku to był największy problem. To, że zakochuję się… a raczej zakochiwałam, bo teraz bardzo chcę to zmienić… że zakochiwałam się pod wpływem impulsu, w pół sekundy, praktycznie bez żadnej refleksji. Miałaś tak kiedyś?

– Nigdy – pokręciła głową Iza. – Ja z zasady nie zakochuję się od pierwszego wejrzenia.

– Fajnie ci – westchnęła Marta. – Powiesz mi, jak ty to robisz?

– Nie wiem – uśmiechnęła się. – Nie mam na to wpływu, to chyba taki typ psychiki, co oczywiście ma swoje dobre, ale i złe strony. Bo mój problem polega na tym, że jak już w coś wejdę, to nie potrafię wyjść, a w przypadku pomyłki to strasznie dużo kosztuje.

– No tak… pamiętam, jak opowiadałaś mi o tym Michale, z którego ledwo się wyleczyłaś po kilkunastu latach. Fakt, to też nie jest dobre, ale przynajmniej nie lecisz jak ćma do ognia za byle kim… I ja też mam zamiar się tego oduczyć – oznajmiła stanowczo. – Skoro moja natura nie chce mi w tym pomóc, to ja pomogę jej i będę się bardzo pilnować. Prymat rozumu nad sercem, nie? – skrzywiła się. – Muszę opanować to jakoś metodycznie, inaczej znowu wpakuję się w jakieś bagno, a na to nie mogę sobie pozwolić. Nie chcę fundować sobie kolejnych bezsensownych pomyłek.

– Prymat rozumu nad sercem często kończy się na założeniach czysto teoretycznych – zauważyła przekornie Iza. – Ale zgadzam się z tobą, że trzeba walczyć ze sobą i starać się trzymać życie pod kontrolą, przynajmniej na tyle, na ile się da. I na pewno w tej początkowej fazie, kiedy ćma leci ślepo do ognia, można próbować się bronić. To jest bardzo dobra strategia, Martusiu – pochwaliła ją. – Dzisiaj miałaś pierwszą próbę praktyczną i jeśli dobrze zrozumiałam, wyszłaś z niej obronną ręką.

– Mam nadzieję, to się dopiero okaże – uśmiechnęła się sceptycznie Marta. – Dzisiaj właściwie udało się tylko dzięki tobie, bo gdybym była z Cédrikiem sama, pewnie nie oparłabym się, zgodziłabym się na tę przejażdżkę w sobotę i prawie na pewno wpadłabym po uszy. A wtedy wiadomo… bez względu na to, jak to by się rozwinęło, miałabym przewalone, dlatego muszę o tym myśleć zawczasu. Nie chcę potem przez kolejne miesiące chodzić jak zombie i ryczeć po nocach, mam tego szczerze dość, dlatego mówię ci o tym wprost, od razu, żebyś pomogła mi trzymać rękę na pulsie.

– Kapuję. Nie ma sprawy, Martusiu. Akurat w tym przypadku to nie powinno być trudne, bo jesteśmy tu tylko przez kilka tygodni, a z Cédrikiem nie będziemy się widywać częściej niż raz na kilka dni. Przez ten czas dasz radę jakoś opanować pożar krwi – zażartowała. – A jak będzie źle, to najwyżej wepchnę cię pod prysznic i poleję lodowatą wodą, to podobno pomaga, chociaż przyznam, że sama na sobie jeszcze nie próbowałam.

Roześmiały się obie.

– Ty, wiesz co, chyba już czas zawracać – ocknęła się Iza. – Jak tak będziemy dalej szły bez celu, to potem nie trafimy z powrotem do domu, a już zimno się robi.

– Aha. I ten wiatr… mam wrażenie, że wieje coraz mocniej. Racja, wracajmy już, pięknie tutaj, ale mnie już nogi bolą i mam wielką ochotę na kubek gorącej herbaty!

***

– Nie ma sprawy, elfiku, zorganizujemy to – zapewnił Izę Majk, wysłuchawszy relacji z rozmowy z Magdaleną. – Raz pomogliśmy, to dlaczego nie mielibyśmy pomóc jeszcze raz? Powiedz jej, żeby wysłała te ulotki na nasz adres firmowy, a najlepiej daj jej też bezpośredni kontakt do mnie, w razie potrzeby albo wątpliwości niech dzwoni, tak będzie szybciej.

– Dobrze – uśmiechnęła się Iza, podchodząc z telefonem do okna w kuchni i zapatrując się w migoczące nocną feerią świateł miasto. – Dzięki w imieniu jej i moim, to naprawdę wielki gest z twojej strony.

– Dla ciebie wszystko – odparł ciepło Majk. – Masz rację, że najlepiej zorganizować to przy okazji Dnia Francuskiego, wtedy melduje się u nas najwięcej nadzianych frajerów, z których aż miło będzie zedrzeć trochę kasy na szlachetny cel. Tym bardziej że marcowa edycja boleśnie odczuje nieobecność swojej gospodyni i mistrzyni… więc takie urozmaicenie programu jest nie tylko mile widziane, ale wręcz wskazane.

Było już kilkanaście minut po północy, Marta dawno smacznie spała, zaś Iza, umówiwszy się z Majkiem smsowo na telefon, wymknęła się cicho do kuchni i zamknęła drzwi, nie zapalając światła. Zależało jej, by jak najszybciej wywiązać się z obietnicy danej Magdalenie, a ponieważ wcześniej nie było okazji, by spokojnie zadzwonić, uznała, że przynajmniej zasygnalizuje sprawę smsem. Jako że Majk o tej porze oczywiście jeszcze nie spał, odpowiedział jej od razu, proponując dogadanie szczegółów telefonicznie i oboje ustalili, że zdzwonią się równo o północy. Rozmowa prowadzona przyciszonym głosem za zamkniętymi drzwiami nie mogła zbudzić Marty, dlatego Iza chętnie zgodziła się na tę formułę, pragnąc przy okazji dopytać o jego zdrowie i wybadać, czy udało się opanować sytuację grypową w firmie.

Majk zapewnił ją, że dziś od rana czuł się bardzo dobrze, co prawda nadal wykazywał objawy lekkiego osłabienia, dlatego starał się jeszcze unikać pracy na pełnych obrotach, jednak w jego przypadku grypa była już zdecydowanie pokonana. Inne chore osoby z zespołu też powoli dochodziły do siebie, w pełni zdrowa Zuzia stawiła się do pracy gotowa zostać na podwójną zmianę, by zastąpić innych, jednak kiedy Majk wydelegował Tyma z wiktuałami do wciąż sponiewieranego grypą Chudego, tak gorąco prosiła o zgodę na towarzyszenie mu, że nie mógł jej odmówić. Jak wyjaśniła szefowi, miała ogromne wyrzuty sumienia, że to od niej zaczęła się epidemia w zespole, a najbardziej bolało ją to, że zaraziła Chudego, który chorował rzadko, ale akurat tę grypę przechodził najciężej ze wszystkich.

Więc pojechała z Tymoteuszem zawieźć mu trochę żarcia – relacjonował Majk. – Zapakowaliśmy mu zwłaszcza rosół, bo to najlepiej stawia na nogi, ale też jego ulubioną golonkę… bo nie wiem, czy wiesz, elfiku, ale Chudy za dobrze doprawioną golonkę dałby się pokroić. Jutro mają mi zameldować, czy coś zjadł i w jakiej ilości, musimy dopilnować frajera, żeby jak najszybciej się z tego wyciągnął.

Tak czy inaczej klubo-restauracja Anabella otworzyła się już i działała w normalnym trybie, mimo że zespół nadal nie był w pełnym składzie. Jako że żadna z dziewczyn ze zlotu czarownic nie zaraziła się grypą, Wiktoria, Klaudia i Ola stawiły się w pracy i od razu dostały od szefa polecenie przejęcia zbiorowej kontroli na Zamkowej, on bowiem musiał pozałatwiać jeszcze mnóstwo spraw na mieście, a także zajrzeć na Koncertową.

– A widziałeś Kacpra? – zapytała Iza, kiedy po omówieniu sprawy zbiórki dla Karolinki wrócili do rozmowy o stanie firmy.

– Widziałem – potwierdził Majk. – Zdrowy jak ryba, grypa go nie wzięła, ale i tak wygląda o wiele gorzej niż ja i Chudy razem wzięci. Pytałem go, jak się trzyma, powiedział, że czuje się fatalnie, ale na razie zagryza zęby i skupia się na robocie, bo ma przed sobą nowy cel.

– O – zdziwiła się Iza. – Jaki?

– Właściwie to dwa, jeden główny, a jeden pomocniczy. Ten pomocniczy to solidny zapieprz w robocie plus dokończenie remontu u stryja, to mu bardzo pomaga na psychę. Twierdzi, że jak wyrypie się fizycznie na maksa, to przynajmniej od razu pada na pysk i nie ma siły na nic, w tym na rozpamiętywanie przeszłości i rozpacz. Patent stary jak świat, wiemy coś o tym, hmm, elfiku?… ale każdy musi sam go odkryć i zastosować na własnym podwórku.

– A ten główny cel? – zapytała wymijająco Iza.

– Ten główny to oczywiście plan na jeszcze jedną próbę odzyskania względów Kaśki. Wymyślił sobie, że kiedy minie równo sześć tygodni od dnia, kiedy rzuciła go po tej awanturze z sąsiadką, pójdzie do niej i zapyta jeszcze raz, czy da mu drugą szansę. Ma nadzieję, że do tego czasu pierwsza furia już jej trochę przejdzie i będzie dla niego łaskawsza.

– Oby się nie rozczarował – mruknęła bez przekonania.

– Ja też się tego obawiam, ale na ten moment to jest dobra strategia, Izula – zauważył Majk. – Dopóki frajer ma nadzieję, będzie się trzymał w pionie, jeśli ją straci, znowu będzie ryzyko, że odwali coś głupiego. Wiesz przecież, jaki on jest.

– Wiem – westchnęła.

– Dlatego dobrze by było, żeby tę nadzieję pielęgnował jak najdłużej, dzięki temu będzie miał więcej czasu, żeby przegryźć porażkę i powoli się z nią pogodzić. Czy to mu się uda, nie wiem, ale w jego przypadku czas to realny zysk, bo odwodzi jego myśli od radykalnych rozwiązań typu skok na łeb z jedenastego piętra i rozsmarowanie się na chodniku pod balkonem Kaśki. Im dłużej będzie trzymał się złudzenia, że to się może jednak jeszcze da naprawić, tym dłużej będzie bezpieczny i tym dłużej będzie działał konstruktywnie, a nie destruktywnie.

– To prawda – przyznała Iza.

– Ja zresztą sam wcale nie wykluczam opcji, że Kaśka przemyśli sprawę i do niego wróci – podkreślił Majk. – I powiedziałem mu to wprost. Uznałem, że nie będzie od rzeczy podnieść go na duchu, chociaż wiadomo, że z drugiej strony można mu narobić fałszywej nadziei, ale cóż… w jego przypadku to akurat jest uzasadnione.

– Hmm – zastanowiła się Iza, opierając się dłonią na parapecie okna i ogarniając spojrzeniem rozmigotaną nocnymi światłami panoramę Liège. – Ciekawe, co mówisz, bo to trochę relatywizuje nasze filozoficzne pojęcie złudzenia… Przypadek Kacpra pokazuje, że ono wcale niekoniecznie musi być złe i że nie zawsze należy go unikać.

– Racja – zgodził się ciepło Majk. – Ogólnie filozofia tak nieuchwytnych bytów jak marzenia czy złudzenia musi być relatywistyczna i zindywidualizowana… wręcz ich postrzeganie i ocena zależą nie tylko od danej osoby, ale też od sytuacji, w jakiej ta osoba znajduje się tu i teraz.

– No tak, każda osoba i jej sytuacja w danym momencie jest niepowtarzalna. Ale jednak jakieś ogólne schematy są i można je uchwycić.

– Mhm. Zdecydowanie tak. Musimy koniecznie zgłębić ten temat, elfiku, oczywiście jak już wrócisz do Polski na solidną sesję filozofii księżycowej na żywo. Tę, którą straciliśmy przed twoim wyjazdem, już przebolałem – zaznaczył. – Tydzień temu byłem tym naprawdę zdruzgotany, ale dzisiaj patrzę już na to inaczej, zwłaszcza że wiem, że to przecież strata relatywna. Jak mówi przysłowie, co się odwlecze, to nie uciecze… prawda?

– Oczywiście – uśmiechnęła się Iza. – Zresztą zaległości nie są duże, szybko je nadrobimy.

„Nie uciecze” – pomyślała jednocześnie z melancholią. – „A może właśnie lepiej, żeby uciekło? In fuga salus…”

– Trzymam cię za słowo – odparł ciepło Majk. – Pojęcie zaległości też doskonale wpisuje się w filozofię czasu, którą od jakiegoś czasu zgłębiamy wspólnymi siłami, a przecież ciągle jeszcze wiele przed nami… W każdym razie, jeśli chodzi o tę relatywizację, wiąże się z nią to, co każdy z nas doskonale zna w własnego doświadczenia, mianowicie subiektywny upływ czasu. Nie wiem jak ty, ale ja na przestrzeni ostatniego tygodnia odczułem to wyjątkowo mocno.

– Mówisz o subiektywnym wrażeniu, że czas płynie bardzo szybko albo bardzo wolno? – upewniła się.

Sądząc po specyficznej nutce w tembrze jego głosu, od razu podskórnie wyczuła, że to nawiązanie do filozofii czasu, choć pozornie neutralne, może się okazać tematem bardzo niebezpiecznym. Domyślała się nawet po cichu, co mógł mieć na myśli.

– Mhm – odparł Majk. – Ja ostatnio miałem głównie to drugie, przez tę chorobę i odcięcie od świata każdy dzień wlókł mi się jak nędzny glut, myślałem, że fioła dostanę. Ale dzisiaj, jak wspomniałem, patrzę na to zupełnie inaczej. Z jednej strony na pewno dobrze zrobił mi powrót do roboty, błogosławiony zapieprz działa na mnie tak samo zbawiennie jak na Kacpra, ale z drugiej chyba chodzi po prostu o to, że licznik, którego się bałem, ruszył z kopyta i mknie do przodu szybciej, niż się spodziewałem.

– Licznik? – szepnęła Iza.

– Zapomniałaś już, że jestem frajerem wyspecjalizowanym w czekaniu? – w jego głosie zabrzmiało rozbawienie. – Na liczniku mam już sporo lat, a jak zamienić to na dni, to idzie w grube tysiące. Ale są takie momenty, zwykle dość rzadkie, kiedy licznik rusza szybciej… a właściwe to rusza w przeciwną stronę i można zacząć odliczanie do jakiegoś ważnego zdarzenia. Kiedy to się dzieje, wszystko inne idzie w niepamięć i to bardzo poprawia humor, zwłaszcza kiedy wcześniej wydawało się, że odliczanie będzie nie do zniesienia.

„Aha” – pomyślała smętnie Iza. – „Już wiem, o co chodzi, nie musisz dopowiadać.”

– Masz na myśli odliczanie do Wielkanocy, kiedy kończą się twoje śluby kawalerskie? – wysiliła się na żartobliwy ton. – Półtora miesiąca i będzie można działać, hmm?

– Chciałbym bardzo – odparł podobnym tonem Majk. – Ale do tego, jak wiesz, muszę mieć oficjalne upoważnienie od naczelnej instancji. Oczywiście wystąpię o nie w swoim czasie, a czy to będzie już na Wielkanoc… tego jeszcze nie wiem, skarbie. Niemniej jestem dobrej myśli i dzisiaj, kiedy wróciłem do roboty i rozkręcił się mój stary kołowrotek, czuję, że wytrzymam, chociaż tydzień temu byłem całkowicie przeciwnego zdania.

– Właśnie słyszę po głosie, że dzisiaj masz o wiele lepszy humor – przyznała Iza. – I bardzo mnie to cieszy, Michasiu… A co do upoważnienia, to mówiłam ci już, że masz je wydane z góry i bezterminowo. Jako organ autoryzujący nie mam zamiaru stawiać ci żadnych przeszkód.

– Obiecujesz? – zapytał podchwytliwie.

– Oczywiście. Obiecałam ci to już dawno i dotrzymam słowa.

– Mhm, przypomnę ci to, jak przyjdzie co do czego – odparł z rozbawieniem. – Zdziwisz się, z ilu obietnic będziesz musiała się wywiązać… No, ale na razie zostawmy to, bo znowu gadamy o moich frustracjach, a jeszcze ani słowa nie powiedziałaś mi o sobie – zreflektował się. – Cały elfik. Interesuje cię wszystko, Madi, Bastek, Chudy, Kacper, Zuzka, stary frajer Majk, a samą siebie jak zwykle zostawiasz na koniec. Mów, co u ciebie nowego. Jak tam na stażu? Wszystko gra?

– Gra – uśmiechnęła się, zadowolona ze zmiany tematu. – Co prawda jest bardzo intensywnie, ale ja, tak samo jak ty, nie boję się intensywności, wręcz ją lubię. Od poniedziałku mamy taki zachrzan z tą wystawą, że nawet nie zauważyłam, kiedy minął mi prawie cały pierwszy tydzień. A z drugiej strony mam wrażenie, jakbym była tu od bardzo dawna… – dodała z melancholią, wpatrzona w roziskrzone miasto. – Ten subiektywny upływ czasu to niesamowita rzecz, zwłaszcza kiedy odczuwa się go w taki właśnie sprzeczny sposób. Tak czy inaczej przez kilka dni ogarnęłyśmy z Martusią bardzo dużo materiałów do wystawy, teraz właściwie zostanie tylko ich opracowanie, ale tu muszą nam pomóc informatycy i graficy komputerowi, z którymi dzisiaj mieliśmy pierwsze spotkanie.

– Co to za ludzie? – zaciekawił się Majk.

– Bardzo fajni i kompetentni – odparła z przekonaniem. – Jak się okazało, jeden z nich, Cédric, to znajomy Jean-Pierre’a, którego niechcący kiwnęłyśmy w sobotę na lotnisku… chyba nie opowiadałam ci o tym, prawda?

– Nie.

– Zapomniałam, zresztą nie sądziłam, że ta sprawa będzie mieć dalszy ciąg, a dzisiaj okazało się, że jednak go ma.

– Mhm. No to opowiedz teraz. W jakim sensie go kiwnęłyście?

Zadowolona, że rozmowa skręciła na całkowicie neutralny temat, zreferowała mu z humorem sobotnią przygodę z lotniska, podkreślając przy tym swoją wdzięczność dla Jean-Pierre’a, który już nie pierwszy raz przy okazji tego stażu uruchomił dla niej swoje znajomości w Liège.

– To naprawdę miłe z jego strony – podkreśliła. – Oboje z Anią przyjęli nas tu po królewsku, dzięki nim czujemy się prawie jak u siebie w domu, a w niedzielę znowu mamy odwiedzić ich w Bressoux. Tym razem już… ach! – urwała przestraszona, gdyż drzwi od kuchni cichutko skrzypnęły i zamajaczyła w nich postać w bieli.

Była to zaspana Marta, która w swej jasnej koszuli nocnej w ciemnościach wyglądała jak duch. Dostrzegłszy pod oknem Izę z rozświetlonym telefonem przy uchu, dała jej znak, żeby sobie nie przeszkadzała, po czym przemknęła obok na palcach i schyliła się pod blat za lodówką po butelkę przechowywanej tam wody. Iza pokręciła głową z dezaprobatą.

– Co się stało, elfiku? – zaniepokoił się słuchający jej dotąd w całkowitym milczeniu Majk.

– Nie, nic – odparła cicho. – Martusia wpadła do kuchni po wodę i trochę mnie przestraszyła. Mam nadzieję, że nie zbudziłam jej zbyt głośnym gadaniem.

Marta natychmiast zaprzeczyła na migi, wskazując wymownie na trzymaną w ręce wodę i na własne gardło na znak, że zbudziło ją pragnienie, po czym równie bezszelestnie jak wcześniej przefrunęła obok i wyszła z kuchni, cichutko przymykając za sobą drzwi.

– Mhm, racja – zgodził się Majk. – Powinienem już kończyć, zresztą i tak muszę powoli zbierać się, zamknąć budę i wracać na chatę.

– Zamknąć? Już? – zdziwiła się Iza. – Przecież jeszcze nawet nie ma pierwszej.

– Do końca tygodnia działamy w trybie skróconych godzin, tylko do północy – wyjaśnił. – I tak teraz nie ma dyskotek, więc to bez znaczenia, a dopóki wszystkie dziewczyny i chłopaki nie wrócą po chorobie, nie ma co forsować. Ja sam zresztą padam już dzisiaj na pysk, to mój pierwszy taki intensywny dzień, odkąd zwlokłem się z wyra.

– Jasne! – podchwyciła Iza. – Masz rację, szefie, wracaj jak najszybciej do domu i kładź się spać, a jutro wyśpij się i odpocznij sobie porządnie. Faktycznie, lepiej nie forsować, te skrócone godziny pracy to świetna decyzja. Kiedy nie ma dyskoteki, po północy zostaje już mało osób, więc po co się katować? Już i tak pewnie nie miałeś dzisiaj dla siebie litości.

– Trochę miałem – zapewnił ją wesoło. – Dzisiaj jeszcze uważam i jutro też będę, nie uśmiecha mi się dostać jakiegoś nawrotu. Ale zależało mi, żeby być normalnie w robocie, odpalić wszystko, ogarnąć zaległości… Wiesz, ile poczty nazbierało się przez ten tydzień? Nie mieściła się do skrzynki, część listonosz musiał zostawić dla mnie u szewca na parterze. Odebrałem taki pakiet korespondencji urzędowo-finansowej, że Natalia prawie dwie godziny spędziła na otwieraniu tego wszystkiego, ewidencjonowaniu i segregowaniu do klaserów. Całe szczęście, że po jednej sesji już jesteśmy na bieżąco.

Czy tonąca w nocnych ciemnościach kuchnia może jeszcze bardziej pociemnieć pod wpływem zaledwie kilku słów? A właściwie jednego… słowa-imienia, które tnie przez środek serca jak japoński sztylet. Światła miasta za oknem jakby przygasły, oblekły się szarą mgłą… już nie były takie piękne jak jeszcze kilka sekund temu… A najgorsze, że trzeba było zachować normalny głos, w żaden sposób nie dać po sobie poznać, że właśnie niepostrzeżenie zaliczyło się nokautujący cios.

– O, faktycznie! – odparła żywo. – Przez tydzień sporo tego wpływa, po samych zamówieniach towaru na Dzień Francuski pewnie była tego cała góra. To super, że poradziliście sobie z tym tak szybko. Nata jest prawdziwą profesjonalistką – dodała z entuzjazmem w głosie i bolesnym ściskiem w sercu. – Cieszę się, że masz pod ręką kogoś, na kim możesz polegać w tym względzie.

– Tak… – głos Majka zabrzmiał jakoś dziwnie. – Umówiłem się z nią, że pod twoją nieobecność będzie tu co drugi dzień, cztery razy w tygodniu, żeby pomagać mi ogarniać te papierzyska. Ma do odrobienia zaległości z lutego, a ja bardzo potrzebuję jej wsparcia właśnie teraz, więc to jest mi bardzo na rękę. Natomiast potem… będziemy musieli poważnie o tym porozmawiać, Izula – podkreślił z powagą. – Wiem, że lubisz Natalię, że zaprzyjaźniłyście się przez tych parę miesięcy, ale myślę, że nie na tyle, żeby… no, po prostu o pewnych ważnych rzeczach nie wiesz – dokończył stanowczo. – A chciałbym żebyś wiedziała.

Iza z całej siły zacisnęła powieki i zęby, ściskając telefon w dłoni tak mocno, że zabolały ją palce. To była ewidentna szansa na to, by naprawić swój tchórzowski unik z poniedziałku, skorzystać z tej okazji i powiedzieć coś w rodzaju „domyślam się” albo „chyba wiem, o co chodzi”, przygotować grunt pod tę trudną rozmowę i zasugerować, że nie jest tak do końca nieświadoma tego, o czym chciał jej powiedzieć. Powinna tak zrobić, zebrać się w sobie, uruchomić tryb komandosa i…

– Okej… jasne – szepnęła tylko.

– W najbliższych tygodniach będę musiał to uporządkować – ciągnął spokojnie Majk. – Muszę ci powiedzieć o czymś, co pewnie cię zdziwi, może nawet zaszokuje, a co dla mnie też jest o tyle trudne, że implikuje mnie osobiście. Do tego dochodzi Justyna, co sprawia, że sytuacja staje się jeszcze bardziej delikatna… ech! Nie cierpię tkwić w takim zawieszeniu, ale co zrobić? – w jego głosie zabrzmiała lekko kpiąca nuta. – Jestem mistrzem patów i taki już chyba mój los. Tak czy inaczej, chcę ci o tym opowiedzieć i poprosić o autoryzację decyzji.

„Proszę!” – jęknęła błagalnie dusza Iza. – „Nie tak mocno… to boli!”

– Oczywiście – odparła, siląc się na lekki ton. – Już mówiłam ci, szefie, że wszystkie twoje decyzje autoryzuję z góry, nie musisz mnie o nic pytać.

– Może i nie muszę – odparł ciepło. – Ale chcę, a chcieć to o wiele silniejsza motywacja niż musieć. Ale nie przedłużajmy już teraz – dodał stanowczo. – To nie jest temat na telefon, tylko na rozmowę w cztery oczy, tym bardziej że mamy czas… Idź już spać, kochanie, jutro pewnie musisz wcześnie wstać, hmm? O jakiejś siódmej?

– Mniej więcej – potwierdziła drętwo. – Tak… idę spać, ty też jedź do domu i zrób to samo, jeszcze nie jesteś w pełni sił. Dziękuję ci za telefon i za gotowość pomocy Madi, jutro przekażę jej to razem z twoim numerem telefonu.

– Tak jest. Dobranoc, śpij dobrze, elfiku.

– Dobranoc, Michasiu.

Kiedy wróciła do pokoju, Marta siedziała po ciemku na łóżku, popijając przyniesioną z kuchni wodę.

Sorry, Iza – rzuciła między jednym łykiem a drugim. – Zapomniałam wziąć sobie wody na noc, a tak mi w gardle zaschło, że jak przebudziłam się, myślałam, że oszaleję. Musiałam zwlec się i pójść po nią do kuchni, nie spodziewałam się, że przez to odkryję twoje drugie życie – zażartowała. – Co noc tak lunatykujesz, kiedy ja śpię?

– Nie, dzisiaj to był pierwszy raz – odparła wesoło. – Przepraszam, Martuś, musiałam porozmawiać przez telefon w dosyć pilnej sprawie. Starałam się mówić cicho, żeby cię nie zbudzić, ale to mi się chyba niestety nie udało.

– Udało się, mówię ci przecież, że sama się zbudziłam przez to, że mnie suszyło. Nawet nie zauważyłam, że nie ma cię w łóżku – odstawiła butelkę na szafkę, przeciągnęła się i sięgnęła po telefon. – Która to godzina? Prawie pierwsza… No to jeszcze nie jest źle – oceniła, odkładając aparat i nurkując z powrotem pod kołdrę. – Ale ty też już kładź się, Iza, trzeba spać, przecież jutro musimy wstać przed siódmą.

– Kładę się – zapewniła ją Iza, również wsuwając się pod kołdrę i wyciągając wygodnie na łóżku. – Śpij dobrze, Martusiu.

Marta zamruczała coś w odpowiedzi i wkrótce potem w ciemnościach można było usłyszeć jej głęboki, równy oddech. Iza jednak nie mogła zasnąć.

„Już któryś raz próbuje mi to zasugerować, rzuca aluzjami, a ja udaję jak głupia, że nie wiem, o co chodzi” – pomyślała z zażenowaniem. – „Jesteś taka żałosna, Izabello…”

Wyrzuty sumienia związane z tchórzliwym unikaniem tematu, który Majk od wielu dni miał na końcu języka, po dzisiejszej rozmowie męczyły ją jeszcze bardziej niż wcześniej. Czy nie lepiej byłoby porozmawiać już o tym otwarcie, pozwolić mu nazwać Anabellę po imieniu i złapać wreszcie tego byka za rogi? To przecież i tak nieuniknione, po co tak się dręczyć? To będzie wszak tylko jeden z etapów czekającej ją kalwarii, zresztą wcale nie najgorszy, po co więc nadal tkwić w tym zawieszeniu? Czy nie lepiej skorzystać z okazji, by wyjaśnić wszystko jak najszybciej? Póki co zmarnowała już co najmniej dwie takie okazje, ale przecież trafią się kolejne, to tylko kwestia czasu. Stan zawieszenia przed walką bywa emocjonalnie gorszy niż sama walka, a zatem – odwagi!

Co prawda nie sądziła, że kiedy przyjdzie co do czego, z tą odwagą będzie u niej aż tak krucho, ale to przecież kwestia wypracowania metody. Obiektywnie czas już był najwyższy, by przestać się czaić i stanąć w prawdzie, zwłaszcza że i Majka najwyraźniej to męczyło… Niewątpliwie chciał już podzielić się z nią swoją tajemnicą, porozmawiać o tym w przyjacielskim trybie filozofii księżycowej, otworzyć przed nią serce, może też zapytać o jej kobiecy punkt widzenia na tę sprawę? Zasięgnąć przyjacielskiej rady, opowiedzieć jej, jak to się zaczęło, co wtedy czuł, jak powoli zapadał się w tę słodką przepaść…

Wzdrygnęła się pod kołdrą, przez całe ciało przemknął jej zimny dreszcz.

„A jeśli nie dam rady?” – pomyślała z niepokojem. – „Jeśli nie zdołam zachować tej maski, jeśli w którymś momencie nie zapanuję nad sobą i sama niechcący ją zerwę? Kiedyś podziwiałam Majka za to, jaki był dzielny, że przez tyle lat zdołał utrzymać swoją maskę przed Anią i Jean-Pierrem… ba, nawet przed Pablem… a teraz myślę sobie, że to nie była zwykła dzielność, tylko absolutne bohaterstwo i nadludzka siła, na jaką mnie być może nigdy nie będzie stać. On przecież już dawno przeszedł przez to, przez co ja przechodzę teraz… przeszedł przez to wielokrotnie, cierpiał latami, ale nie złamał się ani na moment. Te przygody z dziewczynami, skok na główkę w bagno, jak sam to nazywa, to nie było złamanie się tylko najprostsza próba leczenia, pomocy samemu sobie… a tam, gdzie to było najtrudniejsze, wytrwał bez zarzutu… ani na chwilę nie zdjął maski przyjaciela, nie pozwolił jej sobie zerwać, ale wytrzymał w cierpieniu, ograniczając je do samego siebie, nie plując nim na innych. Czy to nie jest najlepszy przykład i wskazówka dla mnie? Tak, zdecydowanie… problem tylko w tym, czy dam radę wytrzymać to tak dzielnie jak on. Nie uciec, tylko wytrzymać. To jest o wiele trudniejsze, proszę księdza.”

Pod przymkniętymi powiekami przemknęła jej twarz księdza Tomasza, w uszach zabrzmiało jej ciche echo jego głosu.

W takich trudnych sprawach pierwszą linią obrony jest ucieczka. Ratunek w ucieczce, in fuga salus, jak to się mówi po łacinie

„Może i tak” – przyznała smutno. – „On nie poszedł drogą ucieczki, wytrzymał w roli przyjaciela i przewalczył to w końcu, chociaż zabrało mu to wiele lat, a teraz wreszcie będzie mógł odebrać za to zasłużoną nagrodę. A ja? Obawiam się, że dla mnie to będzie za trudne i że będę musiała pójść za radą księdza… tylko jak to zrobić, żeby go nie zranić? On tak bardzo mi ufa…”

Wspomnienie rozświetlonych księżycowym światłem oczu Majka, który od dwóch lat tylko przed nią otwierał na oścież duszę i zdzierał z twarzy maskę cynicznego wesołka, sprawiło, że z trudem powstrzymała bolesne jęknięcie. Zawieść go i uciec? Nadwerężyć to bezgraniczne zaufanie, którym ją obdarzył?

„Nie, proszę księdza, na razie nie mogę” – stwierdziła stanowczo. – „Muszę wytrzymać jeszcze chociaż przez jakiś czas, do etapu, kiedy będę mu mniej potrzebna. Wysłuchać jego zwierzeń o Anabelli, życzliwie go podopingować i poczekać do momentu, kiedy zapadnie klamka. Podprowadzić go po przyjacielsku do bram szczęścia, za którymi moja obecność będzie już mniej ważna, i wycofać się powoli, bez zwracania na siebie uwagi. Dopiero wtedy pomyśleć o ucieczce, przynajmniej tymczasowej, na czas lizania ran…”

Tak – jedno drugiego nie wykluczało, niestety. Ucieczka pewnie w którymś momencie będzie konieczna, ale jeszcze nie teraz. Nie tak gwałtownie i radykalnie. Bez zrywania więzów przyjaźni i lojalności. Powoli, niepostrzeżenie, po cichutku. Tak, żeby nie zranić Majka, nie zaburzyć jego szczęścia, o które walczył od tylu lat i na które tak bardzo zasługiwał.

„Tego szczęścia będzie miał teraz coraz więcej” – pomyślała smutno. – „Dzisiaj Nata była długo w pracy, razem ogarniali zaległą korespondencję… i teraz będzie tam co drugi dzień… Dostał swoje okruszki szczęścia i to stąd miał taki dobry humor…”

Nie, ta myśl jednak była zbyt ciężka, bolała zbyt mocno, żeby dało się ją dłużej ciągnąć. Poza tym musiała jakoś zasnąć, inaczej jutro stawi się na stażu nieprzytomna, a przed nimi był intensywny dzień. Tylko jak wyciszyć buzujące w głowie dźwięki i obrazy?

Po kilku minutach walki z nimi postanowiła skorzystać z metody, która czasem jej pomagała, a która polegała na leżeniu całkowicie nieruchomo i skupieniu uwagi na słuchaniu własnego oddechu. Co prawda zaburzał to słyszalny w tle odległy szmer nocnego życia miasta, ale dziś to nawet zbytnio jej nie przeszkadzało, podobnie jak równy oddech Marty dobiegający z sąsiedniego łóżka. Metoda zaczynała działać… ściśnięte serce powoli się rozluźniało, mętlik w głowie uspokajał się i oblekał przedsenną mgłą… W uszach zaszemrał jej cichy głos, który rozpoznałaby na końcu świata – głos Majka. Mówił coś do niej, ale ona nie rozumiała, a jej skołowany umysł nie miał motywacji, by podjąć jeszcze jeden wysiłek woli tego dnia. A właściwie tej nocy, która coraz mocniej otulała ją woalem ciemności prześwieconych srebrną poświatą księżycowego światła…

Siedem-trzy-dziewięć – usłyszała wreszcie wśród sennego szumu.

Czy mówił to do niej Majk? Głos był jakby jego, choć rozmyty dziwnym echem… Ale co to znaczyło? To chyba kod… księżycowy kod…

Siedem-trzy-dziewięćOdbiór, elfiku. Spójrz, jaki jest dzisiaj piękny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *