Anabella – Rozdział CCLII

Anabella – Rozdział CCLII

Merci, Jean-Pierre! – rzuciła ciepło Iza, wysiadając z samochodu, którym ów podwiózł ją pod same drzwi kamienicy. – Et au revoir!

A bientôt, Isabelle! – odpowiedział wesoło Jean-Pierre, po czym drzwi trzasnęły i jego szary citroen odjechał w głąb ulicy, na której powoli, z racji zapadającego zmierzchu, zaczynały zapalać się miejskie latarnie.

Iza jeszcze przez chwilę śledziła z uśmiechem czerwone światła auta, po czym, kiedy to całkowicie zniknęło w oddali, spoważniała i zawróciwszy od progu drzwi kamienicy, szybkim krokiem udała się w przeciwnym kierunku. Dwie ulice dalej znajdowało się bowiem miejsce, w którym co prawda była już dziś rano, ale do którego teraz koniecznie musiała wrócić – stary, zamknięty już o tej porze kościół, gdzie w niedzielę odbywała się tylko jedna poranna msza, ale który przez większość dnia miał otwarte zewnętrzne drzwi, umożliwiające wejście do wąskiego przedsionka. Kilka razy korzystała już z tego o różnych porach dnia, za każdym razem przychodząc tu sama, bez Marty, i tylko w jednym celu: po to, by choć przez kilka minut, zgodnie z duchową poradą księdza Tomasza, pomodlić się do Boga o pomoc w rozwikłaniu swego sercowego klinczu.

Teraz też musiała. Po rozmowie z Anią, z której summa summarum wyszła obronną ręką, lecz która mimo wszystko kosztowała ją mnóstwo wysiłku i nerwów, musiała wrócić tu, do tego kościelnego przedsionka, by na spokojnie zebrać myśli i powierzyć Bogu ciążące jej na sercu i sumieniu troski. Przedsionek tonął w mroku, a jedynym jasnym punktem w tym niewielkim pomieszczeniu było zielone oko kamery monitoringu umieszczonej pod sufitem, to jednak nie tylko jej nie przeszkadzało, ale wręcz za każdym razem kiedy tu była, dawało jej w tym samotnym, ciemnym miejscu przyjemne poczucie bezpieczeństwa. Co ciekawe, jak dotąd jeszcze ani razu nie spotkała tu nikogo, za każdym razem, kiedy zaglądała w to miejsce, była tu całkowicie sama.

Uklękła zatem na drewnianym klęczniku ustawionym przy zamkniętych, przeszklonych drzwiach wewnętrznych kościoła i wpatrzyła się w słabo oświetlony w oddali ołtarz z lampką wieczystą, na której skupiła całą swoją uwagę. Ten maleńki czerwony punkcik, tak odległy, że widać go było tylko dzięki panującym wokół ciemnościom, zdawał się lekko migotać, a im dłużej się w niego wpatrywała, tym wrażenie migotania pogłębiało się, co prawdopodobnie było tylko złudzeniem optycznym, ale subiektywnie dawało jej poczucie czyjejś obecności.

„Źle mi z tym, Panie Boże” – wyznała smutno. – „Ten stan zawieszenia jest taki męczący, chyba wolałabym, żeby to się już wyjaśniło i poszło w swoją stronę… i żebym mogła wyprostować to, co niechcący namotałam. Kiedy mówiłam Lodzi o moich obserwacjach na temat Majka i Natalii, chciałam tylko uwiarygodnić się przed nią, żeby nie domyśliła się, jak bardzo sama jestem zaangażowana, chciałam zrobić sobie z tego tarczę, zamydlić jej oczy i ukryć się za maską neutralnej obserwatorki. To miało sens, ale tylko do czasu, bo teraz, kiedy rozmawiam z nimi o tym otwarcie tak jak dzisiaj z Anią, a jemu w tym względzie kłamię, jest mi z tym coraz ciężej. Nie wiem, dlaczego tak mu powiedziałam… to był u mnie bezwarunkowy odruch tchórza… śmierdzącego tchórza, jak on sam też nieraz mówi o sobie… Teraz rozumiem go lepiej, bo sama to przeżywam. To po prostu instynktowna próba oszczędzenia sobie cierpienia, jak cofnięcie ręki po dotknięciu rozgrzanego żelazka…”

Zmrużyła oczy, by wyraźniej widzieć lampkę, co swoją drogą świadczyło o delikatnej wadzie wzroku, której symptomy odnajdywała u siebie nie od dziś.

„Powinnam odważnie powiedzieć mu, że wszystko wiem, że się domyślam” – ciągnęła. – „Pomóc mu otworzyć temat, może nawet sama go zacząć, tak jak prawdopodobnie zrobiłabym, gdybym była wobec niego neutralna uczuciowo, implikowana w to tylko jako lojalna przyjaciółka. Wiem to i wiedziałam od dawna, szykowałam się na to, ale kiedy przyszło co do czego, kiedy wprost zadał mi pytanie, czy wiem o Natalii, ja wycofałam się jak tchórz i skłamałam wbrew samej sobie. Uciekłam. Ksiądz Tomasz mówił mi, że ratunek jest w ucieczce, ale przecież nie o taką ucieczkę mu chodziło… nie o uciekanie od tematu, tylko o ucieczkę od niego. Ta pierwsza jest czystym tchórzostwem, natomiast ta druga wymagałaby odwagi… wielkiej odwagi, na którą na razie mnie nie stać, chyba że stanę pod ścianą. On kiedyś zresztą też powiedział coś takiego.”

Człowiek nie skoczy w przepaść, nawet jak wie, że tylko tędy jest droga do wolności, dopóki coś go do tego nie zmusi

„Nie pamiętam, w jakim kontekście to powiedział, ale nieważne, to jest prawda uniwersalna” – rozważała dalej. – „Odwlekanie wyroku do ostatniej chwili to naturalny ludzki odruch samoobrony, ja też nie umiałam nad nim zapanować. Ale odruch odruchem, a tu w grę wchodzi coś więcej… niekonsekwencja, nielojalność… kłamstwo… i to już chyba idzie za daleko. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak się z tego wyplątać, żeby nie sprawić mu przykrości, a jednocześnie nie zabić samej siebie.”

Westchnęła cichutko, jednak w absolutnej ciszy, jaka tu panowała, westchnienie to zabrzmiało jak głośne, nieartykułowane wołanie o ratunek.

„Ale przecież muszę coś z tym zrobić” – ciągnęła smutno. – „Od jego wyznania na temat Natalii przecież nie ucieknę, wręcz nie powinnam uciekać, jako przyjaciółka nie mam do tego prawa. On chce mi o tym opowiedzieć w zaufaniu, tak jak opowiedział Pablowi, a ja muszę go wysłuchać, w tym punkcie nie ma odwrotu, chyba że ucieknę radykalnie, spalę most i zerwę z nim kontakt, a to przecież absolutnie nie wchodzi w grę. Jeśli chcę zachować jego przyjaźń, nie mam innego wyjścia, muszę przejść przez to piekło… To będzie jak operacja bez znieczulenia, konieczna do tego, by zachować życie… choć z drugiej strony zachować je, czy właśnie stracić? W tym kontekście w sumie na jedno wychodzi.”

Przymknęła powieki, wspominając słowa Majka z ostatniej rozmowy telefonicznej.

Wiem, że lubisz Natalię, że zaprzyjaźniłyście się przez tych parę miesięcy, ale o pewnych ważnych rzeczach nie wiesz, a chciałbym, żebyś wiedziała.

Muszę ci powiedzieć o czymś, co pewnie cię zdziwi, może nawet zaszokuje, a co dla mnie też jest o tyle trudne, że implikuje mnie osobiście.

Do tego dochodzi Justyna, co sprawia, że sytuacja staje się jeszcze bardziej delikatna

Nie było najmniejszych wątpliwości, o czym chciał rozmawiać, wręcz jej kłamstwo, że niczego się nie domyśla, było nie tylko głupie ale też niewiarygodne, choć Majk zareagował na nie zupełnie naturalnie i bez zdziwienia. Tak czy inaczej rozmowa, której tak się bała, czekała tuż za rogiem, ba, gdyby nie jego grypa oraz jej wyjazd do Liège bez wątpienia już dawno by się odbyła.

„Zresztą może tak byłoby lepiej?” – zastanawiała się, znów otwierając oczy i wpatrując się w czerwony punkcik w głębi kościoła. – „Przynajmniej to by mnie już nie dręczyło… Ale de facto, w ostatecznym rozrachunku to i tak nie o to chodzi, Panie Boże. To jest tylko jeden etap, przez który jakoś przebrnę, lepiej albo gorzej, ale przebrnę, tak jak przebrnęłam już przez niejedną ciężką rozmowę, zwłaszcza przez tę z Lodzią w styczniu, ale też przez tę dzisiejszą z Anią. Wiadomo, najgorsza będzie ta bezpośrednia z nim, ale i tu dam radę, wytrzymam, w swoim czasie wyprostuję to kłamstwo, które mnie męczy, przecież on i tak się na mnie o to nie pogniewa. Nie, to nie jest największy problem… to da się załatwić, wyczyścić i przetrwać… Największy problem to pytanie co dalej. No właśnie. To przeraża mnie najbardziej. Co dalej? Jak długo uda mi się to wytrzymywać? I czy ta walka w ogóle ma sens? Proszę, pomóż mi, podpowiedz… Co ja mam dalej robić?”

Modlitwa ta nie była niczym nowym, od wielu tygodni pytała o to Boga, podobnie jak podczas lutowego pobytu w Korytkowie zadała je na cmentarzu ojcu, ów zaś w niewytłumaczalny ale wyraźny sposób odesłał ją do księdza Tomasza. Ten z kolei w pośpiesznej rozmowie udzielił jej rad, jakie narzuciły mu się spontanicznie i intuicyjnie, ale co do których Iza każdego dnia podchodziła z coraz większym przekonaniem, że były być może jedyną słuszną drogą. Choć jej dusza niezmiennie buntowała się przeciwko wspomnianemu przez kapłana „innemu rozwiązaniu”, a zwłaszcza przeciwko strategii ratowania się ucieczką, każdy taki kamyk jak dzisiejsza rozmowa z Anią, dorzucany do balastu, który od miesięcy dźwigała na sercu, czynił ów ciężar coraz trudniejszym do udźwignięcia. Zwłaszcza gdy uświadamiała sobie, że ten stan nie będzie chwilowy, ale że to zadanie długodystansowe, być może na wiele kolejnych lat życia… Jak długo zdoła to wytrzymać?

Niewykluczone, że całkiem długo. Była wszak silna i zaprawiona w boju, komandos miał już doświadczenie w walce, a długie lata cierpienia i życia ze ściśniętym sercem, jakie zafundowało jej chybione uczucie do Michała Krzemińskiego, nauczyły ją radzić sobie z najtrudniejszymi emocjami. Nawet nieudana próba samobójcza sprzed lat tylko ją wzmocniła, raz na zawsze uświadamiając, jak wielką wartość ma życie i jak złym pomysłem jest podnosić na nie rękę, bez względu na okoliczności. Tylko czy taka nieustanna walka z własnym sercem miała sens? A jeśli ono nie wytrzyma obciążenia i w końcu pęknie? Czy nie powinna ratować się od razu, nawet już teraz, kiedy klamka związana z Natalią jeszcze nie zapadła, by oszczędzić sobie cierpienia?

In fuga salus. Jeśli ucieknie teraz, przynajmniej nie będzie musiała na to patrzeć. Może warto to rozważyć? A może przeciwnie, lepiej poczekać, aż sprawy się ustabilizują, przecierpieć to jakoś i dopiero wtedy odejść w cień po cichu, bez robienia rewolucji? Przyjaźń i zaufanie Majka były argumentem, którego nie potrafiła przeskoczyć, myśl o nagłej ucieczce i sprawieniu mu przykrości taką niewytłumaczalną z jego perspektywy zdradą zwyczajnie nie mieściła jej się w głowie. Teraz jeszcze potrzebował jej jako swojej powierniczki i źródła bliskości drugiego człowieka, jednak to przecież nie potrwa już długo, bo kiedy zdobędzie względy nowej Anabelli i sięgnie po swe długo wyczekiwane, upragnione szczęście, ona nie będzie już dla niego taka ważna. I wówczas będzie mogła się wycofać… powolutku, dyskretnie, bez urazy, bez niszczenia tej cennej relacji, bez palenia mostów. Po cichu i bezpiecznie, jak cień, który znika powoli pod wpływem coraz jaśniej świecącego słońca.

„To dzisiaj wydaje mi się straszne” – myślała. – „Ale może to naprawdę jedyne, co będę mogła w tej sytuacji zrobić? Jeśli zostanę obok, zbyt blisko nich, będzie ryzyko, że w końcu nie wytrzymam i w jakiś głupi sposób się odkryję, a przecież najważniejsze jest to, żeby go nie zranić. Ja sama mogę cierpieć, to zresztą i tak nieuniknione, ale niech przynajmniej on zazna niezakłóconego niczym szczęścia.”

Tak czy inaczej wariant ucieczki, czy to nagłej i radykalnej, czy też raczej dyskretnej i umiejętnie rozłożonej w czasie, przestał już być dla niej abstrakcją i z góry wykluczonym rozwiązaniem. Przeciwnie, rozważała go już teraz na poważnie, a choć nie miała wątpliwości, że życie bez okruszków szczęścia, które nadawały mu sens, będzie ciężkie, nie mogła odrzucać żadnej opcji, zwłaszcza tej, która ochroni spokój duszy Majka, a do tego będzie miała realne szanse z czasem przynieść ów spokój również jej własnej duszy. Bo co na dłuższą metę będzie więcej warte? Kradzione namiastki szczęścia kosztem ciągłego rozdrapywania ran, czy spokój ducha, który ma szanse nadejść po przenikliwym, ostrym bólu jednorazowego cięcia?

Miała niecałe dwadzieścia cztery lata, przed nią było jeszcze wiele dekad, które jakoś przecież będzie musiała przeżyć. Jakoś – czyli jak? Blisko Majka, dalej z nim pracując, cierpiąc przy tym, ale widując go regularnie i karmiąc duszę jego widokiem, próbując cieszyć się jego szczęściem? Czy daleko od niego, złamana tęsknotą, ale może dzięki odseparowaniu od niego powoli wracająca do równowagi i z każdym rokiem odrobinę spokojniejsza? O ile oczywiście ktokolwiek byłby w stanie zagwarantować jej ten spokój, bo to wcale nie było takie ewidentne… A co, jeśli pójdzie ufnie za radą księdza Tomasza i ucieknie, paląc za sobą mosty, a potem okaże się, że to była najgorsza decyzja z możliwych? Co, jeśli wówczas będzie jej jeszcze ciężej niż teraz?

„Ja go tak strasznie kocham, Panie Boże” – zwierzała się z bólem w sercu czerwonej lampce delikatnie migoczącej w ciemnościach kościoła. – „Ale jednocześnie wiem, że to za mało, żeby upierać się jak dziecko przy niemożliwym do utrzymania status quo i naiwnie liczyć, że czas cokolwiek zmieni. Gdyby on miał mnie pokochać, pokochałby już dawno… ale niestety, tak jak dziesiątki różnych innych dziewczyn z przeszłości, nie dostałam tej szansy. On wręcz od początku mówił, że nie chce głupich sytuacji, a zaufał mi tylko dlatego, że ja też te głupie sytuacje z góry i kategorycznie wykluczyłam. Wykluczyliśmy je oboje i dzięki temu możliwa stała się terapia złamanych serc… wzajemna pomoc i najpiękniejsza na świecie przyjaźń… Tak… tylko co mi po niej, skoro dla mnie to za mało?”

Mimo że myśli kierowane do Boga były trudne, a samo ich formułowanie sprawiało jej ból, jednocześnie czuła, że wyrzucenie ich z siebie przed Jego obliczem oczyszcza jej duszę i w konsekwencji przynosi cichą ulgę. Wprawdzie była to ulga słaba i niepełna, ale przecież dobre i to, a każda minuta, kiedy w skupieniu powierzała Najwyższemu swoje troski, była też godzeniem się ze sobą samą i dawała jej jakże ważne poczucie, że nie czeka biernie na wyrok losu, ale coś w tej kwestii robi, a przynajmniej próbuje robić.

Po raz kolejny w ciągu ostatnich dni wróciły do niej słowa księdza Tomasza dotyczące modlitwy do Boga.

On najlepiej potrafi pomóc człowiekowi w przypadku wątpliwości i rozterki sumienia, dać mu wskazówkę, co powinien w tej sytuacji zrobić. Może to się stać ustami innej osoby czy poprzez jakieś zdarzenia, konfiguracje faktów… jakkolwiek.

„No to daj mi tę wskazówkę, jakiś znak, cokolwiek” – poprosiła. – „Ale nie jednorazowo, przypadkowo, tylko tak, żebym miała pewność, co powinnam zrobić. Sumienie podpowiada mi dokładnie to, co mówi ksiądz, dystans i ucieczkę, czy raczej powolne wycofanie się po ostatecznej utracie nadziei. Ale serce mówi co innego, a jego głos jest taki silny… dlatego sama tego nie utnę, potrzebuję Twojej pomocy i bardzo Cię o nią proszę. O wyraźną wskazówkę…”

Przy ostatnich słowach zatrzymała się i zastanowiła. Zaraz… wskazówka? A jeśli Bóg od dawna dawał jej ich całe setki? Czym innym niż wskazówką była tamta rozmowa z rodzicami na cmentarzu, a potem słowa księdza Tomasza? Czym innym była grypa, którą w ostatniej chwili przed jej wyjazdem do Belgii złapał Majk? I przede wszystkim czym był fakt, że w październiku na jego horyzoncie pojawiła się Natalia? Wszak to wszystko były znaki, które układały się w spójną sugestię, ona zaś odczytywała ją i rozumiała, tylko po prostu nie umiała się z nią pogodzić. Więc może w końcu powinna? Co jej da oszukiwanie własnego sumienia i rozumu?

Bądź uczciwa wobec samej siebie. Sumienie jest u człowieka najlepszym drogowskazem, ale tylko pod warunkiem, że nie oszukuje się go, tylko dostarcza mu się do analizy prawdziwych przesłanek – odezwał się natychmiast w jej pamięci głos księdza Tomasza.

„Uczciwa wobec siebie, ale i wobec niego” – dodała w myśli, wciąż zapatrzona przez szybę w odległą lampkę wieczystą. – „To prawda… Niemniej nadal potrzebuję wskazówek, takich bieżących, z dnia na dzień, co mam robić konkretnie, krok po kroku. Jeśli będę polegać na samej sobie, prędzej czy później zrobię coś głupiego, albo po prostu psychicznie tego nie wytrzymam. Zamiast iść właściwą drogą, będę błądzić we mgle… Mgła…”

Ni stąd, ni zowąd przypomniały jej się dawne słowa pani Jadzi referującej jej spotkanie z panią Ziutą na klatce schodowej pod mieszkaniem na Bernardyńskiej.

Powtarzała to kilka razy. Dobra droga i dobra droga… i żeby nią iść… i żeby się jej trzymać. Że na razie jeszcze jest mgła i nic nie widać, ale że ta mgła jest potrzebna… Obraz w lustrze ma się odwrócić do końca i dopiero wtedy opadnie mgła

Obraz w lustrze i mgła. Dlaczego to znów do niej wracało? Stare metafory, o których już dawno przestała myśleć, a na pewno nie myślała tak obsesyjnie jak kiedyś, na samym początku. Czy to wszystko było jakoś ze sobą powiązane? Niewątpliwie. Tylko jak? Co było dobrą drogą? Przecież pani Ziuta nie mogła wówczas mieć na myśli ucieczki przed Majkiem, to bez sensu… A zresztą na ile powinna ufać słowom pani Ziuty? To, w jakie bagno wpakowała ją w przypadku Krawczyka, już dawno powinno zapalić w jej głowie czerwoną lampkę… i to nie taką jak ta, którą teraz miała przed oczami, ale świecącą jaskrawo lampkę alarmową.

„Dobrze, Panie Boże, to zróbmy taki deal” – zaproponowała. – „Od dziś będę uczciwa wobec swojego sumienia, nie będę go zagłuszać, tylko słuchać i rzetelnie analizować wszystkie znaki, które mi podsuniesz. A Ty po prostu daj mi te znaki i pomóż w ich interpretacji, poprowadź mnie przez te manowce tak, żebym ucierpiała na tym jak najmniej, a on żeby nie ucierpiał wcale. Chcę, żeby chociaż on był szczęśliwy…”

Lampka wieczysta nie migała już, a przynajmniej nie tworzyła takiego złudzenia, świeciła się teraz jasno i czysto, nieruchomo. Czy to był znak, że rozmowa się skończyła? I że deal został przyjęty? Mimo że jej trudna sytuacja ani trochę się nie zmieniła, Iza poczuła kolejną falę ulgi, jeszcze silniejszą niż wcześniej, wynikającą z przemożnego poczucia, że może jednak nie jest z tym ciężarem tak zupełnie sama. Przeżegnawszy się zatem, wstała z klęczek i cichutko wysunęła się przez wielkie, drewniane drzwi ze skąpanego już w niemal całkowitych ciemnościach przedsionka kościoła.

„Martusia już pewnie w domu” – pomyślała mimochodem, ruszając chodnikiem w drogę powrotną. – „I pewnie kipi z niecierpliwości, żeby opowiedzieć mi o wycieczce z Cédrikiem, a zwłaszcza o jego Harleyu. Tak, czas wracać, tym bardziej że jutro przecież znowu ciężki dzień w robocie.”

Na zewnątrz trwała już noc i miasto tonęło w kaskadach kolorowych świateł, jednak kiedy skręciła w wąski, słabo oświetlony przesmyk prowadzący ku ulicy, na której znajdowała się jej kamienica, nagle przystanęła jak wryta, a serce zabiło jej mocniej. Na skrawku czystego, ciemnogranatowego nieba pomiędzy budynkami, dokładnie naprzeciw niej w świetle wąskiej uliczki lśnił wielki, srebrzysty księżyc w pełni, idealnie okrągły i tak piękny, że aż zapierało dech.

„Witaj, łysy frajerze” – uśmiechnęła się do niego, nawiązując do sposobu, w jaki mówił o nim Majk. – „Wyszedłeś mi na spotkanie, co?… Cieszę się, że cię widzę. A ty?”

Księżyc zdał się odwzajemnić jej uśmiech, a może nawet mrugnął do niej srebrnym okiem? Takie przynajmniej odniosła wrażenie… był bowiem zupełnie taki, jakim widziała go na sylwestrowym balu sprzed roku, również tutaj, w Liège, kiedy obserwowała go przez wielkie okno i za jego pośrednictwem składała Majkowi noworoczne życzenia. Czy i dziś stacja elfów miała szanse nawiązać z nim metafizyczne połączenie? A może to był pierwszy ze znaków, jaki dostała w ramach dealu z Panem Bogiem, i to tuż po wyjściu z kościoła?

„Nie, bez przesady” – pomyślała przytomnie. – „Mam interpretować znaki uczciwie, ale też nie wolno mi przeginać w drugą stronę i naciągać tej interpretacji do absurdu. On przecież nie może widzieć teraz tego księżyca, jest w pracy, w podziemiu, poza tym w Lublinie pewnie nadal leje i na niebie są gęste chmury. To tylko tutaj niebo jest takie pogodne…”

Ruszyła powoli do przodu, nie odrywając oczu od księżyca, który wciąż zdawał się do niej uśmiechać, a im dłużej na niego patrzyła, tym wyraźniej na jego tarczy rysował się zarys oczu – srebrzystych, a może szarych? Jedynych takich na świecie…

Jakieś mgliste, a jednocześnie jakby świeże wspomnienie odezwało się w głębinach jej podświadomości, na chwilę wychylając się na księżycowe światło. Niewyraźny głos Majka i słowa, które gdzieś już słyszała… tylko gdzie? Czy to było we śnie?

Siedem-trzy-dziewięćOdbiór, elfiku. Spójrz, jaki jest dzisiaj piękny

Znów zatrzymała się jak wryta, z mocno bijącym sercem.

– Siedem-trzy-dziewięć? – wyszeptała, wpatrując się teraz w księżyc bez mrugania i z takim natężeniem, że aż zabolały ją oczy. – Księżycowy kod?

Księżyc milczał, ale wciąż się uśmiechał, emanując srebrzystą poświatą na pozbawionym jakichkolwiek chmurek niebie. Patrzył na nią i uśmiechał się jak wtedy… Ach, co za piękne, wzruszające déjà vu!

„Skąd mi się wziął księżycowy kod?” – myślała gorączkowo. – „Zdaje się, że to mi się niedawno śniło… majaczyło… ledwo to pamiętam, ale to były właśnie te cyferki, siedem-trzy-dziewięć. Czy coś znaczą?… Zaraz… którego dzisiaj mamy?”

– Siódmy marca – szepnęła i świat zawirował jej przed oczami jak na karuzeli. – Siedem-trzy… zgadza się! A ta dziewiątka?

Pośpiesznym gestem wyszarpnęła z kieszeni telefon i aktywowała ekran, na którym migały ikonki jakichś powiadomień. Ona jednak nie zwracała na nie uwagi, patrzyła tylko na wyświetloną na środku godzinę. Dwudziesta pierwsza cztery. Dwudziesta pierwsza, czyli dziewiąta wieczorem! Znów przeniosła olśniony wzrok na księżyc.

„Siedem-trzy-dziewięć” – pomyślała z radością. – „Zgadza się! Odbiór, promyczku! Jesteś tam? Stacja elfów melduje gotowość do nadawania!”

Srebrne oczy księżyca zalśniły jakby mocniej… ale może to było tylko złudzenie spowodowane zbyt długim gapieniem się w jego tarczę? Po krótkim impulsie euforii duszę Izy nagle opanowało zwątpienie, a na pamięć wróciła jej inna scena – nie ta z sylwestrowego balu w Liège sprzed roku, ale ta z ostatniego sylwestra w Lublinie, kiedy również patrzyła na księżyc. Na księżyc, który wyglądał zupełnie inaczej niż ten i który docelowo okazał się mrzonką… księżycem, który nie należał do niej… Czy dziś było tak samo? Czy ten „znak” znów był tylko złudzeniem i ślepą uliczką? A może to wszystko to była tylko jej chora wyobraźnia?

Z westchnieniem oderwała oczy od księżyca i schowawszy telefon do kieszeni, pośpiesznym krokiem ruszyła przed siebie, starając się nie patrzeć już w tamtą stronę. Nie mogła wiedzieć – bo i skąd? – że daleko stąd, niemal półtora tysiąca kilometrów na wschód, w wilgotnym jeszcze po fali zimnego deszczu Lublinie, na środku chodnika stał ubrany w skórzaną kurtkę mężczyzna bez czapki, który, tak samo jak ona przed chwilą, z zafascynowaniem wpatrywał się w widoczny między chmurami księżyc w pełni. W dłoni trzymał telefon z otwartym okienkiem edycji smsa, w które wpisał trzy cyferki… Jednak kiedy po kilku sekundach gęsta, ciemna chmura osnuła skrawek nieba, na którym znajdował się księżyc, a ekran telefonu zgasł, na jego twarzy pojawiło się zwątpienie.

Mocny podmuch zimnego wiatru rozwiał mu bujne włosy, z ciemnego nieba zaczęły spadać rzadkie krople deszczu… Mężczyzna stał jeszcze przez kilkanaście sekund nieruchomo, po czym niepewnym gestem aktywował wyświetlacz i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w owe trzy cyferki z palcem zawieszonym nad przyciskiem Wyślij. Jednak im dłużej na nie patrzył, tym bardziej jego twarz poważniała, a w następnym momencie oblekł ją wyraz rezygnacji i czegoś w rodzaju kpiącego politowania. Skrzywił się, pokręcił głową z dezaprobatą i powolnym, wciąż pełnym wahania gestem wykasował po kolei wszystkie trzy cyfry. Następnie zamknął okienko edycji wiadomości, wygasił ekran telefonu i schowawszy go do kieszeni, stanowczym, pośpiesznym krokiem ruszył chodnikiem dalej, z drugiej kieszeni wyciągając czapkę i wkładając ją sobie na głowę.

***

– Ale z ciebie wariatka, Marthe – pokręciła ze zgrozą głową Romane, wykładając na ladę sklepu z pamiątkami świeżo odebrane z drukarni foldery. – Sto trzydzieści pięć na liczniku? Serio, nie bałaś się tyle pruć?

– Ani trochę! – zapewniła ją rozpromieniona Marta, szerokim gestem odrzucając na plecy włosy i stawiając przed nią kolejne pudełko z folderami. – Uwielbiam prędkość, wprawdzie sprzęt jest ciężki, ale na autostradzie było wygodnie i bezpiecznie. Równa, prosta droga, czego tu się bać?

– Ja bym z nią na motocykl nie wsiadła – zauważyła z rozbawieniem Emma. – Na szczęście jechałam z Martinem, a on nie ma tendencji do takiego szaleństwa, więc wlekliśmy się za nimi jak ślimaki, co jakiś czas musieli zwalniać, żeby na nas poczekać. Ale aż się dziwię Cédricowi, że nie bał się oddać jej kierownicy.

– Na długo ci oddał? – zaciekawiła się Romane.

– Tylko na dwadzieścia kilometrów – odparła Marta. – I nie można powiedzieć, że się nie bał, bo widziałam po nim, że się waha i że jest zestresowany. Ale odważnie oddał mi ster i jeszcze odważniej wsiadł ze mną jako pasażer, a ja udowodniłam mu, że umiem jeździć – podkreśliła z dumą. – Sam potem przyznał, że rzadko rozwija taką prędkość, ja w sumie też, chociaż do stu dwudziestu jeździłam już nieraz. A to było tylko piętnaście więcej, nic takiego.

– Jasne, nic takiego! – prychnęła Iza, która, już od wczoraj wiedząc wszystko od Marty, przysłuchiwała im się tylko z mieszaniną rozbawienia i dezaprobaty. – Ja bym umarła ze strachu, gdybym tyle jechała. Nawet w samochodzie, a co dopiero na motocyklu!

– Ja tak do stówy mogę jechać – zapewniła ją Emma – ale wyżej też się boję. I oczywiście tylko jako pasażer, bo do prowadzenia motocykla nie mam uprawnień, dlatego podwójnie podziwiam twoje umiejętności, Marthe. Zdaje się, że wczoraj zaimponowałaś też Cédricowi – mrugnęła do niej wesoło. – Nic nie powiedział, ale widać było, że jest pod wrażeniem.

Marta uśmiechnęła się z satysfakcją, znów odrzucając włosy na plecy, i w milczeniu zabrała się za układanie folderów na półce przy kasie. Emma i Romane wymieniły spojrzenia i mrugnęły do Izy, która rozłożyła tylko ręce w milczącym geście rozbawionej bezradności. Chwilę później sklepik został otwarty i natychmiast wtargnęła do niego cała wycieczka młodzieży w wieku licealnym, co od wszystkich czterech dziewczyn wymagało natychmiastowej i pilnej interwencji.

Po wczorajszej eskapadzie motocyklowej Iza nie tylko nie miała powodów martwić się o Martę, ale wręcz cieszyła się, że koleżanka mogła wziąć udział w wycieczce, która dostarczyła jej ogromnych, pozytywnych emocji i wprawiła w wyśmienity humor. Jak podkreśliła sama Marta, była to dla niej świetna okazja, żeby na dobre przełamać blokadę językową, z którą rozpoczęła staż, bowiem w mówieniu po francusku nie czuła tak pewnie jak Iza i miała z tego powodu kompleksy. Jednak przede wszystkim był to dla niej rodzaj terapii psychicznej po Patryku, z którym dotąd kojarzył jej się motocykl, a którego postać po ekscytującej przejażdżce po autostradach na południu Liège w towarzystwie Cédrica rozmyła się wreszcie i poszła w niepamięć tak skutecznie jak wcześniej postać Radka.

Normalnie jakbym wzięła jakąś tabletkę antypatrykową! – zapewniła wczoraj Izę wciąż jeszcze zdrowo zarumieniona po szalonej motocyklowej jeździe. – Dwadzieścia kilometrów na tym boskim Harleyu i przeszło mi, jak ręką odjął!

Co ciekawe, choć Marta wielokrotnie podkreślała, jak bardzo jest wdzięczna Cédricowi za tę wycieczkę, a zwłaszcza za zgodę na oddanie jej na kilkanaście minut kierownicy, o nim samym mówiła niewiele, za to na temat jego motocykla od wczoraj gadała bez przerwy, nie ukrywając, że jest nim zachwycona.

„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” – myślała Iza, obserwując spod oka w trakcie pracy uwijającą się z niespożytą energią przyjaciółkę. – „Ona naprawdę kocha te motocykle, a jeśli dzięki temu ostatecznie wyleczy się z Patryka, to tym lepiej. Zwłaszcza że Cédric wydaje się normalnym facetem… Może ona nie mówi mi wszystkiego, ale z tego, co powiedziała, wynika, że zachowywał się wczoraj zupełnie neutralnie, więc chyba jednak nie jest jakimś przygodowym uwodzicielem, mimo że z wierzchu trochę na takiego wygląda. Zresztą co tam… przed nami jeszcze tylko trzy tygodnie i wracamy do Polski, z tego i tak nic poważnego nie zdąży się rozwinąć, a co Martusia pojeździła sobie na świetnym motocyklu, to jej. Tego przynajmniej nikt jej nie odbierze.”

Ruch w sklepiku był dziś wyjątkowo duży, dlatego dopiero w przerwie na obiad dziewczyny mogły spokojnie wrócić do rozmowy, która zeszła już na całkiem inny temat, mianowicie na czekającą ich w tym tygodniu wizytę jakichś oficjeli z Brukseli. Co prawda Chloé rozmawiała o tym tylko z Emmą, jednak ta zobowiązała się przekazać informacje koleżankom i właśnie teraz miała okazję to zrobić.

– O ile dobrze zrozumiałam, są zainteresowani patronatem nad naszą wystawą – wyjaśniła, kiedy usiadły razem w restauracji nad talerzami z obiadem. – Ale skąd konkretnie są, tego nie wiem, zdaje się, że to jacyś dyplomaci powiązani z biznesem. Mamy im pokazać, co już przygotowaliśmy, i jeśli im się spodoba, jest opcja, że w kwietniu pojedziemy z tą wystawą do Brukseli, gdzie pokażemy ją na targach międzynarodowych.

– O! – ucieszyła się Romane. – Wreszcie jakaś delegacja! O ile oczywiście pojedziemy tam wszyscy, bo to chyba nie jest powiedziane? – spojrzała pytająco na Emmę.

– Nie jest, ale kilka osób pojedzie na pewno, jeśli będziesz bardzo chciała, to powinnaś się załapać. Myślę, że nie każdy będzie się do tego palił. A wy, Isabelle?

– No, my z Marthe chętnie byśmy zobaczyły stolicę, ale jeśli to ma być w kwietniu, to już bez nas – zauważyła przytomnie Iza. – Staż kończymy trzydziestego pierwszego marca, a pierwszego kwietnia wracamy do Polski.

Belgijskie koleżanki popatrzyły po sobie z rozczarowaniem.

– Szkoda – westchnęła Romane.

– Zawsze przecież możecie przedłużyć sobie trochę pobyt, nie? – poddała Emma. – Ten wyjazd do Brukseli, jak już, byłby na samym początku kwietnia, więc nawet jak będziecie mieć skończony staż, mogłybyście pojechać i dopiero potem wrócić do siebie. Macie już kupione bilety?

– Mamy – potwierdziła Iza. – Na czwartek pierwszego kwietnia.

– Myślę, że nie byłoby problemu, żeby przebukować je na dwa czy trzy dni później, do Warszawy możecie przecież lecieć z Brukseli, a nie z Liège… Ale dobra, na razie nie dzielmy skóry na niedźwiedziu! – machnęła ręką. – To przecież jeszcze nic pewnego, nie wiadomo kogo tam wyślą, a przede wszystkim czy w ogóle ten wyjazd dojdzie do skutku. Wszystko zależy od tego, jak wypadniemy przed tymi ludźmi. To będzie środa albo czwartek – zaznaczyła. – Oczywiście dostaniemy cynk wcześniej i Chloé prosi, żebyśmy w ten dzień ubrały się elegancko. Chłopaki z Grivegnée też mają przyjechać – tu spojrzała znacząco na Martę. – Mamy pokazać tym delegatom aktualne wyniki naszej pracy, a potem dwie albo trzy wytypowane osoby pójdą z gośćmi na oficjalny obiad. I po cichu obawiam się, że jedną z nich będę ja – skrzywiła się lekko. – Chociaż wcale się do tego nie palę, nie cierpię takich dyplomatycznych spędów.

– Chloé cię wytypowała? – zaciekawiła się Romane.

– Chyba tak. Nie powiedziała mi tego wprost, ale dała do zrozumienia, to się przecież czuje, nie? Tak czy inaczej nastawcie się, że wszystkich nas czeka kolejny intensywny tydzień!

***

– Dan pisze, że nadal nie chcą go wypuścić – oznajmiła poirytowanym tonem Marta, pokazując Izie wyświetlonego na ekranie swojego telefonu smsa. – Wyobrażasz to sobie? Dwa i pół tygodnia od operacji! Już dawno powinien być w domu.

– Kurczę – zmartwiła się Iza. – Ale dlaczego nie chcą? Przecież jeszcze w piątek mówili mu, że poniedziałek jak najbardziej wchodzi w grę. W weekend coś się zmieniło?

– No właśnie… czekaj, zapytam go – Marta znów pochyliła się nad telefonem, by wklepać wiadomość tekstową. – To przecież nienormalne, żeby trzymali go tak długo bez powodu. Oby tylko nie było jakichś numerów w wynikach…

– Dokładnie – westchnęła. – Ja też się tego boję.

Umilkły obie i kiedy Marta zajęła się korespondencją smsową z Danielem, Iza podniosła się od stołu, by posprzątać po wspólnie zjedzonej kolacji. Kiedy ścierała blat, jej własny telefon, na czas mycia stołu odłożony na krzesło, rozświetlił się i zawibrował sygnałem przychodzącej wiadomości. Na powiadomieniu pokazało się imię Kacper. Zaintrygowana ale też trochę zaniepokojona pośpiesznie chwyciła aparat i otworzyła smsa.

Iza, masz pięć minut? Mogę zadzwonić? Kacper.

– Martusiu, przepraszam cię na chwilę, muszę wykonać telefon – powiedziała szybko.

– Z ust mi to wyjęłaś, bo ja też – odparła wciąż tak samo poirytowanym głosem Marta. – Do Dana. Tymi smsami za cholerę się nie dogadamy.

– To ja idę do pokoju, a ty zostań tutaj – zadysponowała Iza, kierując się do wyjścia. – I przymknę te drzwi, żebyśmy wzajemnie sobie nie przeszkadzały.

Kiedy znalazła się sama, opadła na łóżko i wybrała numer Kacpra. Zza drzwi od kuchni dobiegały już odgłosy rozmowy Marty, która kolejny raz powtarzała pytanie: „ale dlaczego?”

– Iza? – odezwał się w słuchawce głos Kacpra.

Jego brzmienie było czyste i silne, prawie takie jak dawniej, choć wciąż nie było w nim czuć charakterystycznej dla niego wesołej nutki.

– Cześć, Kacperku.

– Dzięki, że dzwonisz – ciągnął pośpiesznie. – Ja tylko na chwilę, jestem w robocie i mamy tu taką jazdę, że dupę urywa, ale muszę pogadać z tobą parę minut, bo pęknę… Poczekaj, wyjdę gdzieś, gdzie jest ciszej, okej?

W słuchawce rozległo się szuranie i odległe odgłosy ludzkich głosów, które po chwili umilkły jak nożem uciął.

– No już – podjął Kacper. – Sorry, Iza, wiem, że jesteś w Belgii, i miałem nie zawracać ci gitary, ale muszę ci to powiedzieć… tylko tobie, nie? Nikt inny oprócz stryja nawet nie wiedziałby, o co chodzi, a ze stryjem to wiesz, jaka jest gadka. No i nie chcę go denerwować, jak on nawet na cmentarz do stryjenki Ziuty raz w roku boi się zajrzeć.

– Na cmentarz? – podchwyciła Iza, nastawiając uszu. – Do stryjenki? Po co o tym mówisz?

– Domyślasz się chyba – odparł znacząco. – Bo to właśnie o nią chodzi, a przynajmniej tak mi się wydaje. I o moją Kasieńkę.

Jego głos wyraźnie posmutniał w momencie, kiedy wymawiał imię byłej narzeczonej.

– Jak to? – zdziwiła się Iza. – Miałeś z nią jakiś kontakt? Mam na myśli panią Ziutę… ale Kasię też. Miałeś kontakt z którąś z nich?

– Nie – zaprzeczył, znów się ożywiając. – Ani z jedną, ani z drugą, w sensie że z nimi nie gadałem, ale stryjenka odezwała się w taki sposób, że dała mi znak.

– Znak? – szepnęła Iza.

Natychmiast przed oczami błysnęło jej wspomnienie ciemnego wnętrza kościoła i widoczne z daleka czerwone światełko lampki wieczystej.

– No – w głosie Kacpra zabrzmiał entuzjazm, jakiego Iza nie słyszała u niego od dawna. – Bo słuchaj, ciągnę ten remont u stryja, nie? Obiecałem, no to robię, człowiek honoru jestem, rozgrzebanej chałupy mu nie zostawię, nawet jakbym sam miał w końcu z dachu skoczyć.

– Przestań – ofuknęła go surowo.

– Nie no, spoko, na razie nie mam takiego zamiaru – zapewnił ją szybko. – Dopóki nie będę pewny, że Kasia do mnie nie wróci, to będę walczył, przysiągłem to sobie i tak będzie. To, co mi powiedzieliście… i ty, i szef, i nawet Chudy, chociaż on trochę inaczej niż wy… to wszystko ma sens i ja się będę tego trzymał, dopóki będzie jakaś szansa. Nawet mała. A po dzisiejszym myślę, że ona wcale nie jest taka mała… serio, Iza. Może to głupie, ale ja dzisiaj jestem prawie szczęśliwy i sto razy bardziej niż wczoraj wierzę, że odzyskam moją sarenkę. Tak strasznie, tak cholernie za nią tęsknię… – westchnął. – Ale wytrzymam jeszcze trochę. Mam plan, że dopiero za parę tygodni pójdę do niej jeszcze raz prosić, żeby mi wybaczyła, może do tego czasu ta wściekłość na mnie trochę jej przejdzie… jak myślisz?

– Miejmy nadzieję – odparła oględnie Iza. – Ale nie zjeżdżaj z tematu, tylko mów, co się dzisiaj wydarzyło. Co to był za znak od pani Ziuty?

– Tak na sto procent to nie wiem, czy od niej – zastrzegł Kacper. – I dlatego chciałem z tobą pogadać, żebyś powiedziała mi, co o tym myślisz. Ale od początku. W tamtym tygodniu skończyłem mniej więcej robotę w dużym pokoju… i też w tym drugim, co miał być naszą sypialnią, nie? – jego głos znów posmutniał, ale tylko na chwilę. – Okna wymienione, fajnie wyszło, szkoda tylko, że teraz to już mnie wcale nie cieszy… ale dobra, nieważne. W każdym razie skończyłem tam, to trzeba było lecieć dalej, mój pokój zostawiam sobie na koniec, no to zabrałem się za ten twój… znaczy teraz stryja, ale ten, co wcześniej ty mieszkałaś.

– Aha.

– Przenieśliśmy stryja graty do salonu i teraz tam pośpi, ale po remoncie ma wracać, powiedział, że w starym pokoju stryjenki mu najlepiej. No to spoko, tylko okna i podłogę muszę mu wymienić, nową elektrykę zrobić, ściany wyrównać i pomalować… no i zastanawialiśmy się też z chłopakami, czy wywalić stamtąd piec… rozumiesz?

– Ach… jasne – pokiwała głową Iza, czując mocniejsze bicie serca. – Ten piec.

– No. Ten, co stryjenka Ziuta w nim straszyła, póki tamten ksiądz nie przylazł i wodą święconą nie pokropił. Od tamtej pory, jak sama wiesz, to już cisza była, najpierw ty tam spałaś, potem stryj też i nic się nie działo, ale teraz, jak zacząłem się zastanawiać, czy wywalić stamtąd ten piec, to jakoś tak… no, przyznam ci się szczerze, że trochę pietra miałem.

– Bałeś się, żeby czegoś nie sprowokować? – uśmiechnęła się ze zrozumieniem Iza.

– Dokładnie. Niby wywalić miałoby sens, bo piec jest nieużywany, a więcej miejsca by było… Ale tak sobie myślę, a co, jak rozwalę, a stryjenka się na mnie wkurzy? I jeszcze mnie będzie za to ścigać, mścić się, straszyć mnie po nocach albo co? Już wystarczająco mam kłopotów, nie? Chłopakom oczywiście tego nie mówiłem – zaznaczył. – W sensie Tomowi i Tymowi, bo to oni mi trochę pomagali, Chudy dalej słaby po chorobie… jemu zresztą też bym nie powiedział, przecież wiadomo, że tylko by się nabijał. Ale na szczęście chłopaki sami powiedzieli, że nie ma sensu rozwalać pieca, bo jak jest dobry i w razie czego ciągnie, to lepiej tylko go wyczyścić i naprawić. W sensie z wierzchu, nie? Teraz za grosze można nowe, fajne kafle piecowe kupić, a jak rozwalimy, to jeszcze wyjdzie na wierzch syf w instalacjach i jakiś konserwator się do mnie przypierdzieli. A po co mi to? No i uznałem, że zostawiam.

– Myślę, że to dobra decyzja – przyznała Iza, której też na wizję zniszczenia owego wyjątkowego pieca zrobiło się nieswojo. – Tyle że faktycznie, żeby nie psuł ci efektu remontu, trzeba by go wyczyścić i trochę odrestaurować z wierzchu.

– No i właśnie to robię – zapewnił ją Kacper. – Wczoraj kupiliśmy i przywieźliśmy z Tymem nowe płytki ceramiczne, poobstukiwaliśmy te stare, ale nic jeszcze nie kleiliśmy, bo czekałem na tego… jak mu tam… zduna. Tego gościa, co się zna na takich piecach. Dopiero dzisiaj rano mógł przyjść, żeby przeczyścić przewody i sprawdzić, czy tam w środku wszystko jest w porzo, nie? No i słuchaj, w szoku byłem, ile on z tego pieca syfu powyjmował… normalnie ze dwie taczki!

– Ale co to było? – zdziwiła się Iza. – Jakiś stary popiół?

– Mhm. Popiół. Czarny jak smoła i taki leciutki, że ciężko go złapać, jak typ zaczął to wyciągać, to normalnie wszędzie latało. Ja od razu ładowałem go do worków, ale i tak obsyfiliśmy całą podłogę i jeszcze na tę ścianę za piecem poleciało… Dobrze, że robiliśmy to przy zamkniętych drzwiach, bo miałbym to wszędzie i szlag by mi trafił tamte świeże ściany i podłogi. Zresztą i tak jeszcze nie skończyłem tego sprzątać – zaznaczył – bo musiałem lecieć do roboty. Ledwo zdążyłem się umyć, żeby jakoś wyglądać, a stryjowi na razie zakazałem tam włazić, żeby nie poroznosił.

– Aha. I co dalej? – zapytała, zerkając na drzwi od kuchni, gdyż te właśnie uchyliły się i ostrożnie wyjrzała zza nich Marta.

Dziewczyna dała Izie znak, żeby sobie nie przeszkadzała, i odłożywszy cichutko telefon na szafkę przy swoim łóżku, na migi pokazała jej, że idzie do łazienki. Iza pokiwała aprobująco głową.

– Dalej jest właśnie to, o czym chcę z tobą mówić – ciągnął Kacper. – Bo kiedy razem z tym zdunem wyciągaliśmy łopatką popiół i ładowaliśmy do worków, coś znalazłem. Nie uwierzysz co.

– No, co? – zaciekawiła się.

– Gumkę do włosów Kasieńki – oznajmił, ściszając głos, jakby to była wielka tajemnica. – Tę, co ją zgubiła na początku stycznia, dwa miesiące temu. Jej ulubioną.

– Aha… – odparła nieco zbita z tropu.

– W piecu u stryja, rozumiesz? – ciągnął z podekscytowaniem Kacper. – Skąd by się tam wzięła, jak Kasieńka nawet nie wchodziła do tego pokoju? Poza tym zgubiła ją nie u nas na chacie, tylko w hotelu, gdzie się umówiliśmy na… ten-tego-ten, no wiesz – posmutniał znowu na to wspomnienie. – Szukaliśmy wtedy wszędzie, ale zniknęła bez śladu, a tu nagle bach! znajduje się w piecu u stryjenki Ziuty.

– Hmm – mruknęła bez przekonania Iza. – Ale masz pewność, że to gumka Kasi? Gumki do włosów bywają podobne.

– Na pewno jej! – zapewnił ją żywo Kacper. – To nie jest taka zwykła gumka z materiału, bo takiej to bym nawet w tym syfie nie zauważył, pobrudziłaby się na czarno i wywaliłbym ją razem z resztą. To była taka specjalna gumka, co się łatwo nie brudzi, cała ze złotych nitek, z ozdobą w kształcie złotych winogron, a jedno z nich było naderwane… i tu też jest! Identycznie. No to sama powiedz, jaka jest szansa, że to tylko przypadek?

– A… to co innego – przyznała.

– Znalazłem ją właśnie dlatego, że jest złota. Coś mi mignęło w tym pyle, wyciągam, patrzę, sprawdzam co to… i aż musiałem sobie usiąść. Normalnie na dupę klapnąłem na podłodze i chyba z dziesięć minut tak siedziałem jak debil. Od razu rozpoznałem, że to ta zgubiona gumka Kasi! Obczyściłem ją palcami, a potem wziąłem butelkę z wodą i umyłem ją porządnie, aż się bagno zrobiło na środku pokoju. Nie mogłem uwierzyć, ale przecież mi się nie śniło… cały czas mam ją przy sobie w kieszeni, to na bank ta sama! I teraz powiedz mi, Iza, co o tym myślisz? Skąd ona się tam wzięła twoim zdaniem?

– Nie wiem – odparła ostrożnie Iza, natychmiast przypominając sobie bransoletkę Oli. – Rzeczywiście, dziwna sprawa… Ale jesteś pewny, że Kasieńka zgubiła ją w hotelu? Czy może jednak u was w domu na Narutowicza?

– Też się nad tym zastanawiałem – zapewnił ją Kacper. – To była moja pierwsza myśl, taka, że może jednak gumka z winogronami zawieruszyła się u nas na chacie i jakimś cudem trafiła do pieca… tylko jak? Z początku podejrzewałem stryja, wykombinowałem, że może jaja sobie ze mnie robi, że zawinął Kasi gumkę i schował ją w piecu, bo wzięło go na jakieś złośliwe numery. Już miałem go o to zapytać i opierdzielić, ale myślę sobie: w sumie po cholerę miałby tak robić? Poza tym pamiętam dobrze, kiedy i gdzie to było, jak Kasia ją zgubiła, i to na bank było w tamtym hotelu. Aż takim kretynem nie jestem, żeby nie pamiętać. Sam jej ją wieczorem z włosów ściągnąłem i położyłem na szafce, a rano już jej nie było.

– Ciekawe – przyznała Iza. – Zniknęła i nie znaleźliście jej już więcej?

– Nie – stwierdził stanowczo. – Kasia wtedy bardzo się zmartwiła, to była jej ulubiona gumka, często wiązała nią włosy, pamiętam to jeszcze z czasów, jak pomagałem jej w pierdlowej kuchni. Mówiła mi, że dostała ją pod choinkę, jak jeszcze była dzieckiem, to był dla niej taki… czekaj, jak to się mówi?… talizman. Pomagałem jej wtedy przekopać cały pokój, szukaliśmy wszędzie i niestety się nie znalazła, a tu nagle dzisiaj wyciągam ją na łopatce z popiołem z pieca stryjenki… Powiedz, Iza, możliwe, żeby to był znak od tej starej wiedźmy? Bo ja nie widzę innej opcji, przecież nie zwariowałem, mam tę gumkę przy sobie, trzymam ją w łapie nawet teraz, jak z tobą gadam. No, kurde, to nie jest fatamorgana, naprawdę ją znalazłem! Nie wierzysz mi?

– Ależ oczywiście, że ci wierzę! – zapewniła go skwapliwie. – Sama jestem zaskoczona, ale wierzę ci, Kacperku… akurat w przypadku pani Ziuty taka akcja wcale nie jest niemożliwa. Czyli nie rozmawiałeś o tym z panem Stasiem?

– Nie, wolałem z tobą. Mówiłem ci przecież, że nie chcę stryja straszyć, potem znowu będzie się bał spać w tym pokoju i co? Lepiej tego nie ruszać.

– Masz rację – przyznała.

– Ale powiedz, Iza, ty też uważasz, że to mógł być znak od stryjenki?

– Zdecydowanie tak – odparła stanowczo. – Jeśli jest, jak mówisz, czyli że ta gumka zniknęła w hotelu, a znalazła się akurat w tym piecu, to coś w tym musi być. Zwłaszcza że zgubiła się w niewyjaśnionych okolicznościach, a znalazła się w czarnym popiele, gdzie bez problemu mógłbyś ją przeoczyć. A jednak ją zauważyłeś. Ja też myślę, że to nie przypadek.

– Ale co ona chciała mi przez to powiedzieć? – zapytał w napięciu Kacper. – Jak myślisz, mogę to interpretować tak, że Kasia da mi drugą szansę?

– Tego nie wiem, Kacper – pokręciła głową. – Ale jest taka opcja, bo po co pani Ziuta podrzucałaby ci akurat jej ulubioną, zagubioną gumkę? Na pewno to jest dla ciebie okazja, a przynajmniej pretekst do kontaktu…

– Właśnie! – przerwał jej radośnie Kacper. – Ja też tak sobie pomyślałem! Przecież muszę jej tę gumkę oddać! I to osobiście, nie mogę wysłać pocztą, bo jeszcze znowu gdzieś się zgubi, muszę dać jej ją do ręki. Też przyszło mi na myśl, że stryjenka daje mi przez to taką okazję… pretekst, jak mówisz… Jest tylko jeden problem – spuścił nagle z tonu. – Bo co, jak Kasia pomyśli, że ja jej wtedy tę gumkę specjalnie podwędziłem? Przecież nie uwierzy mi, jak jej powiem, że stryjenka Ziuta, która od dwunastu lat nie żyje, podrzuciła mi ją do pieca, nie?

– No… fakt, w to raczej nie uwierzy – przyznała z namysłem Iza. – Chyba że wcześniej opowiadałeś jej o pani Ziucie?

– Nie opowiadałem – westchnął. – Miałem zamiar, ale nie tak od razu, bo jej też nie chciałem straszyć. Jeszcze by się bała zamieszkać ze mną u stryja, nie? Chciałem z tym poczekać, tak samo jak z tamtym… z tą prawdą o mnie – zniżył głos do smutnego szeptu. – No i nie zdążyłem. A teraz już bez sensu jej to opowiadać, pomyśli, że znowu jakieś kity jej wciskam, w sumie to by nawet tak wyglądało.

– Jest takie ryzyko – zgodziła się Iza. – Ale jeśliby cię zapytała wprost, powinieneś powiedzieć jej prawdę, bez względu na to, jak to odbierze.

– Okej – szepnął Kacper. – Jak zapyta, to wszystko jej powiem.

– Kiedy planujesz oddać jej tę gumkę?

– Właśnie nie wiem, chciałem zapytać ciebie, co o tym myślisz i w ogóle… Miałem zamiar trzymać się planu, że poczekam jeszcze parę tygodni, tak do końca marca albo nawet dłużej, żeby trochę jej na mnie ta złość opadła, ale teraz zastanawiam się, czy nie lepiej spotkać się z nią od razu. Co byś zrobiła na moim miejscu?

– Szczerze mówiąc, nie wiem – pokręciła z zafrasowaniem głową. – I jedna, i druga opcja ma swoje wady i zalety… Jeśli ta gumka to jej ulubiony gadżet, to zdecydowanie powinieneś jej ją oddać, ale rzeczywiście kluczowy może być moment. Właściwy moment – podkreśliła smutno. – Czyli ani za wcześnie, ani za późno. Natomiast kiedy nastąpi ten moment, to już sam musisz wyczuć, ja nie podejmuję się doradzać ci w tym względzie.

– Okej – westchnął. – Tylko że ja sam też głupi jestem… Najbardziej ze wszystkiego boję się, żeby znowu czegoś nie spieprzyć, a wiesz przecież, jaki mam do tego talent. Ty, słuchaj! – ożywił się. – A może zapytam szefa? On takie rzeczy rozumie, może coś mi podpowie?

– Aha, zapytaj – zgodziła się natychmiast Iza. – To jest dobry adres, szef wie o pani Ziucie, więc nie zdziwi się, jak opowiesz mu o gumce w piecu. I może faktycznie lepiej, żeby doradził ci facet, a nie ja?

– Dobra, to tak zrobię! – ucieszył się Kacper. – Jutro umówię się z nim, podjadę na Zamkową i pogadam, chyba że on akurat wpadnie do nas, ostatnio całkiem często tu zagląda.

– Tak? – zaciekawiła się Iza. – To chyba znaczy, że już jest całkiem zdrowy?

– Jak na moje oko, zdrowy jak ryba – zapewnił ją Kacper. – W ogóle już wszyscy zdrowi, najgorzej miał Chudy, ale też podobno już wrócił, chociaż ja go jeszcze nie widziałem. Szef był u nas w sobotę, przywiózł tę księgową, jak jej tam… Natalię… i siedzieli parę godzin razem z Lidią na zapleczu, jakieś papiery ogarniali.

Iza zagryzła zęby i zacisnęła powieki, przyciskając telefon do ucha mocniej, niż to było potrzebne. Niby nic takiego, a jednak nawet najbardziej niewinna informacja na ten temat, zwłaszcza tak niespodziewana jak ta, stanowiła cios, który ciężko było jej znieść.

– Więc może dzisiaj też przyjedzie? – ciągnął Kacper. – Jakby był, to od razu go zapytam, a jak nie, to zadzwonię… Dobra, Iza, dzięki wielkie za rozmowę, będę musiał spadać z powrotem do roboty, widzę, że już mnie ta łajza Jasiek szuka… Jesteś super siora, zawsze można na ciebie liczyć i zobaczysz, że jeszcze kiedyś za wszystko ci się odwdzięczę. Powiedz mi tylko na koniec jeszcze raz, chcę to usłyszeć od ciebie. Jest szansa, że ta gumka w piecu to znak od stryjenki, że Kasia do mnie wróci? Tak chociaż na dziesięć procent?

W jego głosie zabrzmiało napięcie podszyte tak gorącą nadzieją, że Iza, choć w obecnej chwili nastawiona do życia i świata skrajnie pesymistycznie, nie miała serca łamać w nim ducha.

– Tak, Kacperku – odparła łagodnie. – Moim zdaniem, jest szansa i to większa niż na dziesięć procent. Ja bym nawet dała pięćdziesiąt.

– Pięćdziesiąt! – powtórzył wyraźnie zachwycony tym werdyktem Kacper. – Dzięki, Iza! A niech to… wiesz, że szef też mi tak powiedział? I to jeszcze przed tą akcją ze stryjenką, bo o tym przecież jeszcze mu nie mówiłem. Powiedział mi dokładnie tak jak ty, że jego zdaniem jest pięćdziesiąt na pięćdziesiąt! Pół na pół! To niby głupie, żeby się z tego cieszyć, ale dla mnie to jest… to jest wszystko! Cały świat!

Iza pokiwała lekko głową, wspominając niedawne słowa Majka.

Na ten moment to jest dobra strategia… Dopóki frajer ma nadzieję, będzie się trzymał w pionie, jeśli ją straci, znowu będzie ryzyko, że odwali coś głupiego.

Nadzieja… Znowu ta nadzieja. Prawdą było, że miała wielką moc, Kacprowi, który od miesiąca trwał w potwornym cierpieniu po utracie Kasieńki, wyraźnie dodawała skrzydeł, przywracała chęć do życia i działania. Ale co, jeśli na dłuższą metę okaże się złudzeniem? Czy ona sama nie przekonała się na własnej skórze, jak bardzo boli rozczarowanie wynikłe z niespełnionej nadziei? Zdecydowanie zdrowiej było nie robić jej sobie za wiele, od razu zdusić ją w sobie, uciąć, nie pozwolić jej opanować serca i umysłu, nie odrywać się od ziemi w jej różowym balonie, by nie ryzykować, że kiedy ów zostanie brutalnie przebity mieczem rzeczywistości, upadek z przestworzy na glebę będzie zbyt bolesny. Tak… jednak nie miała odwagi, by ten przepis zastosować na kimkolwiek innym poza samą sobą. Zwłaszcza na Kacprze, któremu odebranie nadziei byłoby de facto odebraniem życia i to wcale niekoniecznie w sensie metaforycznym.

– Serio, muszę już kończyć – podjął pośpiesznie Kacper na tle jakichś szumów i dźwięku głosów, które znów dały się wychwycić w słuchawce. – Jeszcze raz dzięki za ten telefon, Iza, i za to, co mi powiedziałaś, to dla mnie mega ważne. No, lecę… trzymaj się tam i powo! Do następnego!

– Pa, Kacper – zdążyła rzucić jeszcze, zanim połączenie się zakończyło.

Wówczas z westchnieniem odłożyła telefon na szafkę i zapatrzyła się w ścianę przy łóżku Marty, która nadal brała prysznic, o czym świadczył dobiegający z łazienki szum wody. Ten zresztą wkrótce ustał, a z wewnątrz dobiegły ciche trzaski i odgłosy krzątaniny.

„Przywiózł ją na Koncertową, żeby razem ogarniać papiery” – pomyślała drętwo Iza. – „Wiadomo, że to tylko pretekst, równie klarowny jak dla Kacpra ta odnaleziona gumka do włosów Kasi. Chodzi o to, żeby być przy niej jak najdłużej… i zresztą nie tylko o to. Zamkowa to przecież tylko część firmy, trzeba wtajemniczyć ją w całość… pozwolić jej poznać wszystko od podszewki… przygotować na…”

Znów swoim zwyczajem z całej siły zacisnęła zęby i powieki, by, oszukując reakcje własnego organizmu, choć odrobinę złagodzić bolesny ścisk serca. Z doświadczenia wiedziała, że to pomagało, choć miała wrażenie, że za każdym razem działało nieco słabiej, w przeciwieństwie do bólu, który nawet przy tak błahych impulsach jak słowa Kacpra sprzed chwili zdawał się za każdym razem być coraz silniejszy.

In fuga salus” – powtórzyła automatycznie słowa księdza Tomasza. – „Może to naprawdę jest lekarstwo? Im mniej będę o tym wiedzieć, tym lepiej dla mnie, zwłaszcza że teraz mam wymówkę do unikania kontaktu z nim… mogę się zasłonić pracą, intensywnym stażem… odległością… Odłożyć tę walkę na czas, kiedy wrócę do Lublina. Ona przecież i tak mnie nie ominie, a chyba lepiej oberwać raz a dobrze, niż dręczyć się każdą taką szpileczką, jaką właśnie nieświadomie sprzedał mi Kacper. Tak… jak najmniej kontaktu z Lublinem. Tylko jak to zrobić? Kacper sam mnie zahaczył, inni też będą… i Majk… Ucieczka? Łatwo powiedzieć… Ja już tak strasznie za nim tęsknię…”

Ostatnia myśl sprawiła, że ni stąd, ni zowąd, nim zdążyła nad tym zapanować, łzy napłynęły jej do oczu i w ułamku sekundy przepełniły je, skapując na kolana. W tym samym momencie szczęknęły drzwi od łazienki, z której wyszła owinięta w ręcznik Marta. Iza pośpiesznym gestem chwyciła róg kołdry i ukradkiem otarła weń łzy, po czym, chwyciwszy telefon, aktywowała ekran, pochyliła się nad nim i udając, że coś ogląda, skryła twarz za zasłoną włosów.

– Dobra, ja już – rzuciła Marta, siadając na swoim łóżku i sięgając pod poduszkę, gdzie trzymała równo złożoną piżamę. – Z kim gadałaś, jeśli można wiedzieć? Z tym samym tajemniczym nieznajomym, co wtedy o północy w kuchni?

– Nie, tym razem tylko z Kacprem – odparła Iza, nadając swemu głosowi spokojny ton i próbując się uśmiechnąć. – Miał do mnie małą sprawę. A ty jak? Rozmawiałaś z Danielem?

– Rozmawiałam – mruknęła ponuro, a jej twarz natychmiast oblekła się chmurą. – I powiem ci, że to nie wygląda dobrze… a nawet uważam, że wygląda bardzo źle.

– Ale co się stało? – zaniepokoiła się Iza, podnosząc na nią już całkowicie skomponowaną twarz. – Jakieś komplikacje?

– Pytałam, dlaczego nie chcą go wypuścić do domu, najpierw ściemniał, ale w końcu przyznał się, że to przez jego fatalne samopoczucie. Mówi, że czuje się jak flak, zwłaszcza rano, do tego ma mdłości, chociaż nie je nic ciężkostrawnego, tylko te szpitalne papki. Już i tak ograniczyli mu jadłospis, żeby wyeliminować wszystko, co może powodować nudności, a on nadal je ma. A najgorsze jest to, że nikt nie jest w stanie ustalić powodu. Lekarze są w kropce, bo wyniki ma już w miarę prawidłowe, wydaje się, że operacja się udała, niby żadnych przerzutów ani nic, powinien już czuć się dobrze, a tak nie jest. Dziwne, nie?

– Dziwne – przyznała Iza. – Wyniki wychodzą mu dobrze, a czuje się źle? Może badają mu nie to, co trzeba?

– No właśnie. On mówi, że skanują go na wylot, odstawili mu już wszystkie leki, dają tylko niegroźne przeciwbólowe na tę ranę po cięciu, chociaż nawet to niedługo mu odstawią. I jak na razie nic nie znaleźli. W teorii nie ma powodu, żeby czuł się źle, a czuje się fatalnie.

– Hmm – mruknęła Iza. – Faktycznie niepokojące. Słyszałam o odwrotnym przypadku, facet ma beznadziejne wyniki, wskazują na całkowitą degradację organizmu bez szans na poprawę, a on czuje się nieźle, wręcz z tygodnia na tydzień coraz lepiej. To chyba dowód na to, że medycyna jeszcze nie wszystko rozumie… co oczywiście w przypadku Daniela nie jest żadnym pocieszeniem, wręcz przeciwnie.

– Wręcz przeciwnie – westchnęła Marta. – I martwi mnie to bardzo, Iza… Przecież Dan miał być z powrotem w domu, zanim my wyjedziemy do Belgii… i co? Jesteśmy tu już drugi tydzień, a on dalej gnije w szpitalu i już fioła tam dostaje, chociaż z drugiej strony wiadomo, że lepiej, żeby tam był, dopóki nie wyjaśni się, skąd te mdłości. A jeśli znowu coś mu się po cichu rozwija w organizmie?

– Wypluj to słowo – pokręciła głową Iza. – To już byłby pech do potęgi jedenastej… Nie, nie myśl tak negatywnie, Martusiu, miejmy nadzieję, że to tylko przejściowe kłopoty, taka operacja to przecież zawsze szok dla organizmu. I masz rację, że to nawet dobrze, że zatrzymali go w szpitalu i nie chcą wypuścić, dopóki nie wykryją, o co chodzi. Ma tam bezpośrednią opiekę medyczną, więc jakby coś faktycznie zaczęło się rozwijać, to wykryją to od razu.

– Marne pocieszenie – pokiwała sceptycznie głową Marta. – Ale zawsze jakieś… No dobra, nie trzymam cię już, Izka – ocknęła się. – Teraz ty leć się myć, łazienka wolna. Tylko uważaj, żebyś się nie poślizgnęła, trochę mi się nachlapało na podłogę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *