Anabella – Rozdział CXCII

Anabella – Rozdział CXCII

– Pablowi trzeba wybaczyć – powiedział Majk, kiedy opel stanął na czerwonym świetle. – Przeżył ciężki szok.

Jako że wczoraj, ze względu na piętrzące się obowiązki, nie zdążyli już porozmawiać w Anabelli, nadrabiali to dziś, jadąc przez zatłoczone, zasypane śniegiem miasto na osiedle, gdzie mieszkali rodzice Pabla i Ani. Trwało piątkowe popołudnie, zatem skrzyżowania w centrum były zakorkowane i praktycznie na każdym trzeba było odstać dwie lub trzy zmiany świateł.

– Dlaczego szok? – zdziwiła się Iza. – Przecież wiedział, kim jest Madi. Owszem, wpadła wczoraj bez zapowiedzi, wiadomo, że skojarzenia z Krawczykiem nie są dla niego przyjemne, ale to chyba jeszcze nie powód do szoku?

– A właśnie że tak – uśmiechnął się znad kierownicy. – Ja sam nie rozumiałem, dlaczego zachowuje się jak ostatni bęcwał, widziałaś to przecież. Stał jak cielę, ledwo wydusił z siebie dwa słowa, cud, że zdobył się chociaż na do widzenia. Dopiero jak pognałem za nim i wziąłem go na spytki, wyjaśnił mi, o co chodziło.

– No? O co? – zaciekawiła się.

– O to, że zobaczył w Madi Lodzię.

– Ach! – uśmiechnęła się. – No tak…

– Ja sam nie zwróciłem na to większej uwagi, nie skojarzyła mi się z nią na pierwszy rzut oka, dopiero potem, jak gadaliśmy we trójkę i przyglądałem jej się pod tym kątem, musiałem przyznać frajerowi rację. Mają prawie identyczne oczy.

– Tak, ja też to zauważyłam. I też nie od razu, wprawdzie na pierwszym spotkaniu, ale dopiero jak chwilę z nią porozmawiałam. Ma trochę inny odcień tęczówek, ale kształt, rzęsy i spojrzenie naprawdę jak u Lodzi. Natomiast reszta się różni, Madi ma ciemniejsze włosy, inną cerę, inny uśmiech… Tylko te oczy. Czyli to dlatego tak Pabla wryło w podłogę? – pokiwała głową. – Właśnie się dziwiłam, co on tak stanął i zaniemówił, i to od razu, jeszcze zanim dowiedział się, kim ona jest. Przecież widział ją pierwszy raz w życiu, więc sam z siebie nie mógł skojarzyć jej z Krawczykiem.

– Skojarzył ją z Lodzią. Natychmiast. A kiedy dowiedział się, kim jest, dostał w łeb kolejnego gonga, dlatego nie mógł się pozbierać i musiał wyjść.

– Aha, rozumiem.

– Najciekawsze jest to, że tak błyskawicznie wychwycił podobieństwo, którego ja nie zauważyłem – dodał nie bez uznania Majk. – Domyślam się, że tu się ujawnił jego totalny fioł na punkcie Lodzi.

– Na sto procent – zgodziła się Iza. – Po prostu zakochani widzą więcej i od razu wychwytują takie podobieństwa.

Zerknął na nią, ona na niego i uśmiechnęli się do siebie. Światło zmieniło się na zielone, ruszyli ze skrzyżowania.

– Swoją drogą kiedy Krawczyk pierwszy raz zobaczył Lodzię, zareagował tak samo – dodała Iza, wspominając dawną scenę rozgrywającą się w sektorze dla VIP-ów w Anabelli. – Pamiętam tę scenę, jakby zdarzyła się wczoraj. Ty też zresztą byłeś przy tym, poznali się u nas w firmie.

– U nas w firmie? – powtórzył Majk, zwalniając przy podjeździe do kolejnej przecznicy, gdzie samochody dopiero startowały na zielonym. – No cóż, pewnie tak, bo gdzie by indziej? Co prawda za cholerę tego nie pamiętam, nawet jeśli przy tym byłem, ale mniejsza o to. Serio zareagował tak jak Pablo wczoraj?

– Dokładnie tak samo. Wbiło go w podłogę na jej widok, a potem zachowywał się jak potłuczony. Był w szoku do tego stopnia, że stracił apetyt i nie dojadł swojego ciasteczka. Pamiętam, jak niosłam je z powrotem do kuchni rozciapane widelcem na miazgę, dziewczyny też się dziwiły, bo to był pierwszy i jedyny raz w historii, kiedy Krawczyk nie dokończył tiramisu.

Majk prychnął śmiechem.

– A niech go z tymi ciasteczkami! Jak sobie przypomnę pamiętną porcję na klapie garniturku… Swoją drogą wczoraj okazało się, że to jego tiramisu z macchiato ma bardzo ciekawą historię – dodał, nieco poważniejąc. – I w ogóle zbiera nam się coraz więcej danych. Tiramisu, irracjonalne upodobanie do naszego lokalu… i oczy gwiazdeczki. Jak myślisz, elfiku, czy to może być ze sobą powiązane?

Iza nie musiała pytać, co miał na myśli.

– Myślę, że jest na pewno – odparła w zafrasowaniu. – Chociaż mam nadzieję, że to wszystko to już tylko historia, bez wpływu na teraźniejszość.

Przed oczami stanęła jej twarz cyganki, a potem po kolei twarze Madi, Lodzi i Krawczyka. Wróciły do niej jego słowa.

Coś za coś. Życie i pełne zdrowie za… no właśnie. Za co, pani Izo?… Myślę nad tym bardzo intensywnie i staram się ustalić, co jest stawką w tej dziwnej transakcji. W grze, której ciągle nie rozumiem, chociaż paradoksalnie to od niej zależy moje życie...

A ostatnio jeszcze ta uwaga o dinozaurze. Wzdrygnęła się.

– Kto wie? – odparł z namysłem Majk, hamując na kolejnym czerwonym świetle. – Muszę pogadać o tym z Pablem. Tak czy inaczej to by stawiało Bastka w trochę innym świetle… niewiele lepszym, ale jednak innym. A co do Madi, to powiem ci, że wczoraj zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie.

– Widzisz? – uśmiechnęła się z satysfakcją. – Mówiłam ci, że gdybyś ją poznał osobiście, od razu zmieniłbyś zdanie. Ja też z początku się bałam, że ona gra z Krawczykiem przeciwko nam, ale kiedy poznałam ją bliżej, te obawy bardzo szybko się rozwiały. Zresztą od początku budziła moją sympatię, jakoś tak… intuicyjnie.

– Mhm – zgodził się. – Miałem wczoraj podobną intuicję i cieszę się, że mogłem ją poznać osobiście. Ma w sobie coś takiego jak ty czy Lodzia, jakby była zrobiona z waszej pneumy. Jedno tylko mi w tym wszystkim nie pasuje, zresztą i ty, jak pamiętam, kiedyś o tym wspominałaś.

– Co?

– To, że związała się z takim typem jak Bastek. I co jeszcze ciekawsze, mam wrażenie, że nadal coś do niego czuje, a przynajmniej dobrze go wspomina. Oczywiście wiem, że kobiety lubią łajdaków i ogólnie są nieprzewidywalne, ale w tym przypadku dysonans jest tak mocny, że naprawdę trudno mi go ogarnąć.

– Tak, mnie też to za pierwszym razem uderzyło – przyznała Iza. – Oni wyglądają na ludzi z zupełnie innych światów, niekompatybilnych do potęgi entej. Ale wiesz? W miarę jak rozmawiam z Krawczykiem i lepiej go poznaję, coraz mniej mnie to razi, w tym sensie, że ten dysonans jest w moim postrzeganiu coraz słabszy. On jednak ma w sobie coś pozytywnego, w bliższym kontakcie zyskuje, ostatnio naprawdę fajnie mi się z nim gadało. Jestem pewna, że kiedyś był inny, tylko potem, pod wpływem dużych pieniędzy, zmanierował się i zmienił się w cyborga bez sumienia. A my poznaliśmy go już po tej metamorfozie… Jedź, zielone.

– Hmm – mruknął Majk, mechanicznym gestem wrzucając bieg i ruszając ze skrzyżowania. – Niewykluczone, Bastek to twardy gość i pewnie jeszcze niejednego o nim nie wiemy. Swoją drogą z tą Madi to musiała być jakaś cholernie paskudna historia. Jak znam życie, frajer spieprzył, co tylko się dało, pewnie kasa przysłoniła mu wzrok, a do łba walnęła sodówa, standardowy kanał, w który wpadają tacy jak on. Trzeba mieć naprawdę mocny kręgosłup i olej w głowie, żeby widzieć, ile co jest warte… Chociaż ona mówiła, że sama też nie jest bez grzechu – przypomniał sobie. – A skoro do tej pory nie chce z nim gadać i na myśl o jego kasie dostaje gęsiej skórki, to możemy sobie tylko wyobrazić, jak się swego czasu pożarli na tym punkcie.

Iza, która znała historię nieudanego małżeństwa Madi i Krawczyka, lecz z lojalności względem niej nie opowiedziała o tym nawet Majkowi, uznała, że i teraz powinna zachować dyskrecję. Co innego wątki metafizyczne związane z panią Ziutą, a co innego intymne szczegóły z osobistego życia Madi, w dodatku powierzone jej w trybie poufnym. Jedynym, o czym, jak uznała, mogła mówić w tym kontekście bez zahamowań, był (w istocie kluczowy) wątek finansowy.

– Tak, Madi mówiła, że z tego powodu rozjechali się totalnie – przyznała. – I dlatego nie chciała od niego pieniędzy przy rozwodzie.

– Serio? – zdziwił się. – Nie wzięła na pożegnanie szmalu od Bastka?

– Ani złotówki. Powiedziała mu, że nie chce brudnej kasy, przez którą rozpadło się ich małżeństwo, i wyjechała, zacierając za sobą ślady. A tam, gdzie pojechała… nie wiem gdzie, bardzo chroni tę informację, ale to jest gdzieś daleko… kupiła kawalerkę na kredyt, który do tej pory spłaca.

– Hmm – mruknął Majk. – Frajerka. Chociaż trzeba przyznać, że honorowa.

– O tak, bardzo honorowa. Idealistka z krwi i kości – uśmiechnęła się smutno. – Aż do bólu.

– Tak jak my – zauważył, patrząc na drogę.

– Tak jak my – potwierdziła cicho.

W samochodzie zapadło milczenie. Iza, poniekąd wbrew samej sobie, wspomniała drugą wrześniową rozmowę z Krawczykiem, sprzeczkę o ideały, jego wybuch złości i tamte znamienne, pełne rozgoryczenia słowa.

Już raz zostałem zdradzony, pani Izabello. Zdradzony, zmieszany z błotem i wyrzucony do śmietnika przez kogoś, komu za bardzo zaufałem…

Czy to przypadek, że właśnie to jej się teraz przypomniało? Krawczyk też czuł się oszukany i skrzywdzony, a Madi sama wczoraj podkreślała, że tu nic tu nie jest czarno-białe. Tak… lecz po co było się nad tym zastanawiać? To nie była przecież jej sprawa.

– No nic, zostawmy to – odezwał się Majk, jak zwykle w metafizyczny sposób czytając w jej myślach. – Ich przepychanki to w końcu nie nasz problem. No patrz, do diabła, tutaj jeszcze większy korek! – prychnął, hamując w długiej kolejce samochodów. – Jak tak dalej pójdzie, dojedziemy tam z godzinnym opóźnieniem!

***

Kiedy spóźnieni o ponad kwadrans Iza i Majk dotarli wreszcie pod drzwi mieszkania rodziców Pabla, z wewnątrz dało się słyszeć nasilony gwar rozmów wielu osób, wybuchy śmiechu oraz charakterystyczne dziecięce szczebiotanie.

– Wszyscy już chyba są – zauważył z rozbawieniem Majk, naciskając dzwonek. – A Edek z Tośką oficjalnie rozpoczęli procedurę roznoszenia chaty babci w drobny mak!

Iza parsknęła śmiechem, otrzepując z resztek śniegu czapkę i chowając ją do kieszeni.

– Dobra, ja im otworzę! – rozległ się ze środka niski głos Pabla, który po chwili stanął w otwartych drzwiach z butelką wina w ręce. – No, nareszcie, frajerze! A już myśleliśmy, że zderzyliście się z górą lodową i opel poszedł na dno kanału!

– Sorry za spóźnienie! – odparł Majk, ściskając mu rękę. – Zima plus piątkowe korki to nie jest najlepszy przepis na przejazd przez miasto.

– Wchodźcie i zamykamy, bo ciągnie po nogach – pośpieszył go Pablo, podając w międzyczasie rękę również Izie. – Cześć, elfiku. No już, zrzucajcie łachy, a buciory, zgodnie z instrukcją mamy, na ten dywanik, żeby odciekły ze śniegu. I zapraszam na salony!

Na widok wchodzących zebrani w przepełnionym salonie wydali gromki, chóralny okrzyk powitania.

– O, witamy! – ucieszyła się matka Pabla.

– Nareszcie! – zawtórowała jej Ania.

Rozpromieniona, ze lśniącymi oczami i rozpuszczonymi włosami, ubrana w luźną, szmaragdowozieloną sukienkę, wyglądała świeżo i przepięknie, w ocenie Izy jeszcze piękniej niż na zeszłorocznym balu sylwestrowym w Liège.

„Jak leśna nimfa” – mignęło jej w głowie.

– Uszanowanie państwu! – ukłonił wesoło Majk. – Meldujemy się na czerwonym dywanie!

Tosia, która sporo urosła od czasu, gdy Iza widziała ją ostatnio, poderwała się z podłogi, gdzie bawili się we dwoje z Edziem.

– Wujek Majk!!! – pisnęła radośnie. – I ciocia Isabelle!

To powiedziawszy, wystartowała sprintem wprost w ramiona Majka, budząc tym śmiech i aplauz zebranych. Rozpromieniony mężczyzna chwycił ją w objęcia i uniósł na wyciągniętych ramionach niemal pod sufit, okręcając się z nią wokół własnej osi.

– Moja księżniczka! – zaśmiał się. – Ma belle petite princesse!

– Bujek Mak! – zawtórował jej Edzio, gramoląc za nią na swych tłuściutkich nóżkach. – Nana! Nie! Mój bujek! Ja tez kce!

– Siema, Edek! – zawołał Majk, schylając się po niego i unosząc go na drugim ramieniu. – No, chodź tu, mały drabie! I trzymajcie się mocno! Zrobimy karuzelę!

Po czym, ku uciesze dzieci, znów okręcił się wraz z nimi szybko wokół siebie, co Edzio i Tosia skwitowali przeraźliwym, radosnym piskiem, dla zachowania równowagi łapiąc go za szyję i wczepiając mu rączki we włosy.

– No i widzicie?! – zaśmiała się Ania. – Już go dopadli! A nie mówiłam, że tak będzie?

– Rośnie nowe pokolenie chuliganów – stwierdził z uśmiechem jej ojciec.

Pozostali zebrani w salonie zaśmiewali się, obserwując z sympatią tę scenę. Ponieważ wszyscy chcieli się przywitać z nowo przybyłymi, gwar i zamieszanie jeszcze bardziej się wzmogły. Ania jako pierwsza podeszła do Izy, która przystanęła skromnie pod ścianą.

– Cześć, Izunia, tak się cieszę, że cię widzę! – powiedziała, ściskając ją serdecznie i całując w oba policzki. – Stęskniłam się za tobą jak nie wiem co! Nie mogło cię dzisiaj zabraknąć, to dla nas ważny moment, a bez ciebie miałabym niedosyt. Słyszałam od mojej mamy i od Lei, że już chciałaś się wymigać! – pogroziła jej żartobliwie palcem. – Dlatego wydelegowałam wczoraj Pawła, żeby wziął sprawy w swoje ręce i braciszek na szczęście stanął na wysokości zadania. Inaczej chyba bym się pogniewała!

– Przepraszam, Aniu – odparła skonfundowana Iza. – Po prostu pomyślałam, że to spotkanie w gronie najbliższej rodziny, a ja…

– W gronie rodziny i przyjaciół – sprostowała Ania, wchodząc jej w słowo. – Inaczej mówiąc, w gronie najważniejszych dla nas osób z Polski. Miały być jeszcze dwie moje stare przyjaciółki ze szkolnej ławy, ale niestety dzisiaj nie mogły, więc razem z Jean-Pierrem spotkamy się z nimi osobno jutro. A wieczorem meldujemy na waszym Dniu Francuskim – zaznaczyła z uśmiechem. – Mają być Justi i Dominika, Asia, Wojtek, Maciek, więc nie ma opcji, żeby nas zabrakło! Natomiast co do dzisiaj, to nie czuj się skrępowana, kochanie – zniżyła głos, ściskając porozumiewawczo jej dłoń. – Po prostu chciałam, żebyś tu z nami była.

Iza chętnie odwzajemniła jej uścisk.

– Dziękuję, Aniu – odparła wzruszona.

– Wujku, a będziesz konikiem? – zapytała tymczasem uwieszona na Majku Tosia. – Proooszę!

– Konikiem! – podchwycił Edzio i roześmiał się perliście. – Tak, konikiem! Konikiem! Patataj!

Iza i Ania popatrzyły na nich i zgodnie parsknęły śmiechem.

– No, zostawiam was – powiedziała Ania, widząc, że podchodzi Lodzia, aby również przywitać się z Izą. – Muszę teraz jakoś dopchać się do tego wariata Majka i przywitać się, zanim Tośka i Edzio go uduszą! – zaśmiała się, wskazując na wrzeszczącą i piszczącą z radości kotłowaninę, która przeniosła się teraz na środek dywanu. – Nie wiem, ile mam czasu, ale coś mi się wydaje, że już niewiele!

Przywitawszy się z Lodzią, a następnie z rodzicami Pabla, Iza przystanęła obok Jean-Pierre’a, który z uśmiechem przyglądał się dywanowej zabawie, i pozdrowiła go po francusku.

– Ach, Isabelle! – ucieszył się, natychmiast ściskając jej dłoń. – Wybacz, tak się zagapiłem na zabawę Michela z dziećmi, że zapomniałem się przywitać… Miło cię widzieć!

– Ciebie też, Jean-Pierre – odparła ciepło. – A skoro cię widzę, od razu skorzystam z okazji, żeby w imieniu swoim i koleżanki podziękować ci za załatwienie nam tego stażu w Liège. To był naprawdę wspaniały gest.

– Ależ drobiazg, Isabelle! – uśmiechnął się. – Cała przyjemność po mojej stronie! Bardzo się cieszę, że w trakcie stażu będziemy cię czasem gościć u nas w domu – dodał znacząco. – Anne jest z tego powodu przeszczęśliwa, a skoro ona, to i ja.

Iza odpowiedziała mu uśmiechem. Tymczasem Ania i Lodzia wspólnymi siłami próbowały zdjąć wrzeszczące z radości dzieciaki z potarganego, czerwonego z gorąca lecz wciąż roześmianego od ucha do ucha Majka, który, posłuszny poleceniu Tosi, zamienił się teraz w konika wiozącego na grzbiecie dwójkę pasażerów.

– Nieeee! – zawył Edzio, kiedy Lodzia spróbowała chwycić go na ręce. – Mama, nieeee! Ja kce bawić z bukiem Makiem! Patataj!

– Ja też! – wtórowała mu Tosia. – Konik musi mnie zawieźć do mojego pokoju!

– I Edi jedzie! – upomniał się chłopiec, patrząc z uporem na matkę. – Ja kce!

Rozbrojona jego zadziorną minką Lodzia cofnęła ręce, wymieniając z Anią na wpół bezradne, na wpół rozbawione spojrzenia.

– Jeszcze chwila, gwiazdeczko! – oznajmił wesoło Majk, szusując na czworaka ze swoim piszczącym z radości bagażem w stronę drzwi. – Nadworny koń musi zarobić na obrok! Mały objazd terenu i zaraz wracamy!

Po czym cała trójka z wielkim hałasem wygalopowała do przedpokoju.

– Zamęczą go – pokręciła z dezaprobatą głową pani Lewicka.

– Sam tego chciał – zauważył jej mąż.

– Pff, nic frajerowi nie będzie – machnął ręką Pablo, dając znak Jean-Pierre’owi, żeby podał mu korkociąg. – Najwyżej oskalpują go i obedrą ze skóry, wielkie mi rzeczy. Przeżyje.

– Wariat – podsumowała z pobłażaniem Ania. – Ledwo wszedł, a już dał się zamienić w konia, nawet przywitać się z nim nie da. No nic, poczekamy, aż się wyszaleją. A w międzyczasie lejcie nam już wino do toastu. Chéri, podaj mi tamten kieliszek – zwróciła się do Jean-Pierre’a. – Paweł, otworzyłeś tę butelkę?

– Pracuję nad tym – zapewnił ją Pablo, wbijając korkociąg w korek. – Cierpliwości, siostro.

Obserwująca scenę Iza zauważyła, że przy wzmiance o kieliszku Jean-Pierre spojrzał na żonę dziwnym wzrokiem, ta zaś natychmiast odciągnęła go na bok i powiedziała do niego kilka słów po francusku. Mężczyzna uśmiechnął się, pokiwał głową i schyliwszy się, z czułością ucałował ją w usta.

„Są przepiękną parą” – pomyślała, zerkając na nich spod oka. – „To nie przesada powiedzieć, że pasują do siebie idealnie, nawet z czysto fizycznego punktu widzenia patrzeć na nich to prawdziwa estetyczna przyjemność. Zwłaszcza kiedy się wie, że Majk już z tego powodu nie cierpi.”

– To ja pójdę już wyjąć z lodówki sałatki – powiedziała pani Lewicka, kierując się do kuchni.

– Pomogę ci, mamo! – zaoferowała się Lodzia.

– Ja też mogę pomóc – poderwała się natychmiast Iza.

– Nie, Izunia, ty zostań – zatrzymała ją Lodzia, odwracając się w progu. – Kuchnia jest mała, nie zmieścimy się we trzy. Zresztą wszystko już gotowe i jak tylko Majk skończy te wygłupy, siadamy do stołu.

Właśnie w tej chwili zdyszany koń z dwojgiem czerwonych z wrażenia, piszczących pasażerów z powrotem wgalopował do salonu i zatrzymał się na środku dywanu.

– Tu-tuuuu! Przystanek końcowy! – oznajmił wesoło. – Firma przewozowa Bajkowy koń dziękuje za wspólną podróż i poleca swoje usługi na przyszłość!

Wszyscy roześmiali się, tylko dzieci zareagowały na to jękiem zawodu i nie widać było, aby miały zamiar uwolnić Majka.

– Ja kce jechać! – zawołał Edzio. – Patataj!

– Ja też! – dodała Tosia, szarpiąc go za włosy. – Jeszcze raz! Jeszcze raz!

– Nie ma mowy! – zareagowała Ania.

Podeszła do nich i pociągnęła córkę za ramię.

– Dobra, wystarczy tych wygłupów! – rzuciła surowo. – Tośka, złaź z konia! Słyszałaś? Zajedziecie wujka na śmierć, a ja jeszcze nie zdążyłam się z nim przywitać! No złaź, i to już! Natychmiast!

– Edward! – dołączył do niej Pablo, również przybierając surowy ton. – Rozumiesz, co się do ciebie mówi? Koń powiedział, że koniec podróży, to koniec podróży!

Po czym, przekazawszy szwagrowi otwartą butelkę z winem, podszedł do nich, jedną ręką chwycił Edzia i zdjął go z pleców Majka. Niezadowolony chłopiec kwęknął wprawdzie na znak protestu, ale szybko pogodził się z sytuacją, najwyraźniej nie ważąc się dyskutować z ojcem. Jednocześnie surowa, wyczekująca mina matki przekonała Tosię, że lepiej zrobić to samo, zatem dziewczynka przybrała naburmuszoną minkę i sama zeszła z konia, który, zgrzany i z potarganą fryzurą, dopiero teraz mógł podnieść się do pionu.

– Wybaczcie – powiedział z szerokim uśmiechem, otrzepując na sobie ubrania. – Obowiązki mnie wezwały i nie mogły czekać. No, cześć, skarbie – dodał, gdyż właśnie podeszła do niego Ania. – Koń twojej księżniczki melduje się na posterunku!

Objął ją i ucałował ją w policzek, ona zaś, cała roześmiana, podniosła ręce, by poprawić mu wzburzoną fryzurę.

– Ech, wariacie ty! – pokręciła głową z sympatią, układając mu niesforne kosmyki. – Pokaż no, trzeba ci przyczesać tę grzywę, wyglądasz nie jak koń księżniczki, tylko jak koń jaskiniowca!

Iza przyglądała im się z uśmiechem.

„Lubisz to, co?” – pomyślała z czułością pod adresem Majka. – „Przyjacielskie doładowanie energii jest dobre na wszystko…”

Nagle tknęła ją myśl… podwójna myśl, z jednej strony smutna, lecz z drugiej tak miła sercu… niczym balsam wylany na piekącą ranę…

– Ciociu Isabelle!

Zdyszana Tosia, która po interwencji matki wybiegła z salonu, wróciła właśnie, dzierżąc w obu rączkach znajome maskotki, które w zeszłym roku dał jej Majk. Dziewczynka miała już prawie pięć lat i od czasu, kiedy Iza widziała ją ostatnio, nie tylko urosła, ale i wysmuklała. Odświętna kremowa sukienka z koronką pięknie podkreślała jej lekko śniadą cerę, a proste ciemne włosy, podobnie jak oczy odziedziczone po matce, były już długie prawie do pasa.

– Cześć, Tosiu! – odparła ciepło Iza, przykucając przed nią. – Jaką ty masz śliczną sukienkę! I naprawdę wyglądasz jak księżniczka!

– Puisque je suis une vraie princesse[1] ! – odpowiedziała jej rezolutnie po francusku Tosia, zapewne nawiązując do baśni o księżniczce na ziarnku grochu.

Iza roześmiała się.

– Bah oui, pardon! – odparła, podnosząc w górę obie dłonie w przepraszającym geście. – La vraie princesse moderne Antoinette Magnon[2] !

– C’est ça – potwierdziła z satysfakcją dziewczynka, po czym, wyciągając ku niej obie rączki z maskotkami, dodała po polsku: – A zobacz, kto ze mną przyjechał! Poznajesz?

– Oczywiście, że poznaję twoją świtę – odparła z powagą. – Oprócz konia księżniczka ma przecież i inne zwierzątka. To jest piesek Michel, a to kotka Isabelle – wskazała po kolei na pluszaki, które, jak zauważyła, w porównaniu do stanu sprzed roku były już mocno sfatygowane i wytarte. – Widzę, że nadal się przyjaźnią.

– Nie przyjaźnią się, tylko kochają – sprostowała rzeczowo Tosia, stykając maskotki pyszczkami, co miało symbolizować pocałunek. – O, całują się, widzisz? I niedługo wezmą ślub!

– Ach! Naprawdę? – uśmiechnęła się z rozbawieniem Iza.

– Aha! Ils vont se marier ! Ils vont se marier ! – zanuciła na melodię jakiejś dziecięcej piosenki. – Ils vont se marier bientót[3]!

Tymczasem na środku salonu trwało hałaśliwe powitanie Majka, do którego podeszli teraz ojciec Pabla oraz Jean-Pierre, a po chwili do grupki dołączyły też przybyłe z kuchni z sałatkami Lodzia i jej teściowa.

– Wiedziałem, że powoli się staczasz, frajerze! – śmiał się Pablo, klepiąc Majka po ramieniu wolną ręką, na drugiej bowiem trzymał Edzia. – Ale nie sądziłem, że skończysz jako koń pociągowy!

– Jak to „skończysz”! – prychnął Majk. – Ja jeszcze niczego nie skończyłem, dopiero się rozkręcam! Zresztą koń pociągowy to tylko moja dodatkowa fucha, dorabiam tym sobie po godzinach.

– Jasne, już widzę, jak ty masz czas na dorabianie po godzinach – zauważyła z pobłażaniem Ania. – Pracoholiku jeden!

– Dzieci kochane, ale siadajmy już do stołu! – zdyscyplinowała towarzystwo pani Lewicka. – Paweł, siadaj tu z Edziem, Lea obok, a wy tam! Izabelko, usiądź koło mnie, dobrze? Tosia! Tosia, odłóż te zabawki, hej! Potem się pobawisz.

– Ils vont se marier ! Ils vont se marier ! Ils vont se marier bientót ! – nuciła dalej Tosia, udając, że maskotki tańczą ze sobą na rogu stołu.

– Qui va se marier bientôt? – zaciekawił się Jean-Pierre.

– Mon chien et mon chat – wyjaśniła mu dziewczynka, wskazując na swoje zabawki. – Michel et Isabelle. Tu vois? Ils apprennent à danser la valse pour danser à leur mariage[4]!

Jean-Pierre uśmiechnął się z rozbawieniem i pogłaskał ją po główce, po czym, jakby tknięty jakąś myślą, zerknął spod oka na zajmującą miejsce Izę, a potem na Majka, który pozostał na środku salonu pochłonięty rozmową z Anią i jej ojcem.

– Tosia, prosiłam! – powtórzyła pani Lewicka. – Zostaw te zabawki i siadaj! Stasiu, siadaj już, słyszysz? Michał!

– Tak jest! – Majk oderwał się od rozmowy i zasalutował przed nią, wyprężając się na baczność. – Melduję się! Gdzie mam się kwaterować?

– Tutaj – wskazała mu miejsce obok Pabla. – Anusiu, a ty z Jean-Pierrem i Tosieńką po tej stronie… o tu! Na honorowych miejscach.

Majk opadł na wskazane krzesło i wyszczerzył w zabawnym grymasie zęby do Edzia, który siedział na kolanach ojca. Chłopiec roześmiał się swoim uroczym, perlistym śmiechem.

– Jeście laz! – zażądał, wyciągając do niego rączkę. – Zlób gupią minę jeście laz!

Majk udał, że nie słyszy, po czym dopiero po chwili i bez ostrzeżenia powtórzył „głupią minę”, na co Edzio zareagował kolejną falą radosnego śmiechu i entuzjastycznym wierzganiem nóżkami. Pablo, który rozmawiał przyciszonym głosem z siedzącą po drugiej stronie Lodzią, przytrzymał go tylko mocniej drugą ręką, nie odwracając głowy.

– Kto wzniesie toast? – zapytał tymczasem pan Lewicki, zajmując podsunięte mu przez żonę krzesło. – Paweł?

– Mogę, oczywiście – zgodził się Pablo. – Tylko niech ktoś mi potrzyma Edwarda, bo…

– Nie, tato, dzisiaj toast wznoszę ja! – przerwała mu stanowczo Ania.

– A, bardzo proszę – uśmiechnął się Pablo, poprawiając sobie synka na kolanach. – Chętnie odstąpię ci tę fuchę.

– Ja kce do bujka Maka – oznajmił Edzio, wskazując rączką na Majka. – Tata? Tam!

– Ciii – uciszył go Pablo. – Zaraz. Teraz słuchamy, co powie ciocia Ania.

Tymczasem Ania podniosła się z krzesła i stanęła z kieliszkiem wina w dłoni, odgarniając sobie z twarzy długi kosmyk włosów. W salonie zapadła cisza.

– Przede wszystkim, co oczywiste, chciałabym wznieść toast za dzisiejsze spotkanie w tym gronie – zaczęła, uśmiechając się przez stół do Izy. – Dziękuję wam za to, że jesteście z nami, czyli z moją małą, kochaną rodzinką – tu położyła wolną dłoń na ramieniu siedzącego po jej lewej stronie Jean-Pierre’a – w tak ważnym dla nas momencie. Za to, że nie przeszkodziła wam niewygodna piątkowa pora i ten śnieg na dworze… że na ten czas rzuciliście swoje obowiązki zawodowe – tu spojrzała znacząco na Majka – i przyjechaliście tutaj, żeby wziąć udział w tym oto małym przyjęciu z okazji naszego przyjazdu do Polski… i nie tylko.

– Nie tylko! – podchwycił czujnie Pablo, przyglądając jej się podejrzliwie. – Właśnie. Ja od rana czuję, że ty coś kombinujesz!

– Kombinujes! – powtórzył z powagą Edzio.

Zebrani przy stole roześmiali się, ale natychmiast umilkli, znów skupiając wyczekujący wzrok na Ani.

– Nic się przed tobą nie ukryje, bracie – przyznała ta wesoło. – Owszem, zgadłeś, jest jeszcze jedna okazja i w związku z nią główną bohaterką tego wieczoru, jeśli pozwolicie, chciałabym uczynić naszą córkę Tosię… naszą Antoinette – sięgnęła ręką, by pogłaskać po włosach siedzącą u jej drugiego boku córkę. – Bo to ona jest dzisiaj najważniejsza.

– Moi? – zdziwiła się Tosia. – Dlaczego ja, mamusiu?

– Mamy dla ciebie niespodziankę – oznajmiła jej Ania, na co dziewczynka podskoczyła z radości i zaintrygowania. – Ale to za chwilę, Tosieńko, dobrze? Najpierw chcę dokończyć moją poprzednią myśl. Mówiłam o małym przyjęciu – wskazała rękę na zastawiony stół – ale oczywiście miałam na myśli wielką ucztę, bo sami widzicie, że te dania nie powstydziłyby się królewskiego stołu. A ponieważ my wylądowaliśmy w Warszawie dzisiaj rano, wiadomo, że to wszystko przygotowała dla nas nasza niezrównana mama, której niniejszym składam z tego tytułu wielkie podziękowania i należny hołd. Dziękuję, mamciu – skłoniła się pani Emilii. – Jesteś kochana.

Towarzystwo skwitowało te słowa entuzjastycznym aplauzem, a w oczach pani Lewickiej zabłysły łzy wzruszenia.

– To nic takiego – machnęła ręką. – Anusiu, dziecinko, to przecież wszystko dla was. Ja się zawsze tak cieszę, kiedy przyjeżdżacie…

– Dziękuję – powtórzyła ciepło Ania. – Tacie i Lei też, bo wiem, że dzielnie ci pomagali. A tobie, Paweł – zwróciła się do brata – dziękuję za przywiezienie nas z lotniska, w dodatku w taki śnieg. Wiem, że masz na głowie mnóstwo obowiązków, ale mimo to, kiedy trzeba, zawsze mogę na ciebie liczyć. Na ciebie i na tego tu bajkowego konia pociągowego – uśmiechnęła się do Majka, który skłonił jej się szarmancko, lekko podnosząc się z krzesła – bo wy we dwóch współpracujecie jak w zegarku i zawsze któryś z was zorganizuje się, żeby zgarnąć nas z Okęcia z bagażami. Dzisiaj była twoja kolej, braciszku, i bardzo ci za to dziękuję.

– Oui, Paul, merci bien – dodał z powagą Jean-Pierre.

– Nie ma sprawy – odparł z powagą Pablo, nadal nie spuszczając przenikliwego, podejrzliwego wzroku z siostry. – Polecam się na przyszłość, Majk, jak sądzę, też, ale teraz pomiń już te podziękowania, młoda, i mów, co to za okazja. Jako ojciec chrzestny Tosi czuję się zaniepokojony, bo nic mi się nie kojarzy… Urodziny ma dopiero w marcu, tak? Czyżbym przegapił jakąś inną ważną datę?

– Niemożliwe, bandziorku – zapewniła go Lodzia, choć na jej twarzy też odbiło się zaniepokojenie. – Pamiętalibyśmy… Ja też niczego nie kojarzę, więc to chyba jakaś nowa okazja, prawda, Aniu?

– Całkowicie nowa – przyznała Ania, wymieniając uśmiechy z Jean-Pierrem. – I w takim razie przejdźmy od razu do rzeczy. Tosiu! – zwróciła się do córki. – Czas na twoją niespodziankę.

– Niespodziankę! – poderwała się z radością z miejsca Tosia.

Rozpromieniony Jean-Pierre również podniósł się z krzesła, dzierżąc w dłoni swój kieliszek z winem.

– Czekaliśmy z nią razem z tatusiem aż do przyjazdu do Polski – ciągnęła Ania w całkowitej ciszy, wszyscy bowiem wstrzymali oddech w zaintrygowaniu. – Chcemy w obecności tych wszystkich naszych kochanych świadków poinformować cię, że za kilka miesięcy, na początku lata, zostaniesz starszą siostrą!

Reakcją na te słowa było najpierw zaskoczone milczenie, a następnie gromki aplauz zebranych, którzy jak jeden mąż zerwali się z krzeseł, po czym na znak Ani opadli na nie i ucichli w oczekiwaniu na odpowiedź Tosi. Dziewczynka zamrugała oczami, patrząc na matkę jak zaczarowana.

– Naprawdę? – zapytała z zapartym tchem. – Będę miała siostrę? Une petite sœur?

– Ou un petit frère – zauważył wesoło Jean-Pierre. – Nous ne savons pas encore si c’est lui ou elle[5] !

– Non, papa, je veux une petite sœur ! – zaprotestowała stanowczo Tosia. – Mamusiu, siostrzyczkę! Siostrzyczkę! Proooszę!

Skwitował to gromki wybuch śmiechu całego towarzystwa.

– No to co, kochani? – przejął inicjatywę Pablo, podnosząc w górę swój kieliszek. – Toast! Za zdrowie Ani, Jean-Pierre’a, Tosi i nowego członka naszej rodziny!

Wszyscy z wyjątkiem Ani i dzieci uroczyście wychylili wino, po czym, odstawiwszy kieliszki na stół, rzucili się, by pogratulować państwu Magnon. Tylko pani Lewicka pozostała na swoim krześle, płacząc rzewnie ze wzruszenia i obydwiema dłońmi ocierając z oczu łzy.

– A toś nas zaskoczyła! – kręcił głową pan Lewicki, ściskając serdecznie córkę. – Po kim wy to macie oboje z Pawłem, że jak coś ważnego chcecie powiedzieć, to robicie takie przedstawienia! I widzisz, co narobiłaś? – wskazał na żonę. – Matka ci się zaraz na śmierć zapłacze!

– Ech, nic jej nie będzie! – zaśmiała się Ania, podchodząc do pani Emilii i schylając się, żeby ją przytulić. – Prawda, że trzeci wnuk to zawsze szok, ale od tego się przecież nie umiera!

– Ale wiecie, że pomyślałem o tym?– pochwalił się Pablo, który właśnie podszedł do nich z Lodzią u boku i Edziem na ramieniu. – Serio, Ania, jak robiłaś te tajemnicze miny i gadałaś o niespodziance, przeszło mi przez głowę, że to może być to, tylko od razu odrzuciłem hipotezę, bo zmyliłaś mnie tym winem!

– Mnie też – dodała Lodzia, obejmując ją i całując serdecznie w oba policzki. – Gratulacje, kochanie, tak się cieszę… To wino to była taka zasłona dymna, tak? A wyglądałaś, jakbyś naprawdę miała je pić!

– Tak, to było celowe! – przyznała ze śmiechem Ania. – Specjalnie kazałam sobie nalać, żebyście nic nie podejrzewali, ale nie skosztowałam ani kropelki! Przez najbliższy rok wszystkie moje porcje będzie pił mój mąż!

– Mais, papa, je veux vraiment une petite sœur ! – domagała się w drugim krańcu salonu Tosia uwieszona na rękawie ojca niczym mała małpka. – Dis que ce sera une fille[6]! Papa, diiiis!

– No i następny dostał zlecenie na dziewczynkę! – zażartował Majk, podchodząc do nich po okrążeniu stołu. – Ja cię kręcę, co za rodzina!… Alors, mon vieux! – poklepał Jean-Pierre’a przyjacielsko po ramieniu. – Si c’est un gars, tu as… yhm… Iza? – zwrócił się do Izy, która podeszła właśnie i czekała obok na swoją kolej. – Jak powiedzieć mu po francusku, że będzie miał przegwizdane?… A dobra, wiem! Si c’est un gars, tu es mort ! – dokończył brawurowo myśl, nim Iza zdążyła zareagować. – La princesse ne sera pas contente [7]!

Wszyscy troje roześmiali się serdecznie. Iza uśmiechnęła się z uznaniem, mile zdziwiona tym, jak świetnie sobie radził w żywej konwersacji, po minie Jean-Pierre’a widać było, że ma podobne odczucia. Majk szerokim gestem wyciągnął do niego dłoń.

– Toutes mes félicitations, Jean-Pierre – powiedział poważniej, patrząc mu prosto w oczy. – Bardzo wam gratuluję. Z całego serca.

Jean-Pierre również spoważniał pod jego spojrzeniem i chętnie podał mu rękę, a ponieważ Tosia właśnie puściła go i pobiegła do matki, po krótkiej chwili zawahania wyciągnął do Majka również drugie ramię i obaj uścisnęli się po męsku.

– Merci, Michel – odparł ciepło, klepiąc go lekko po plecach. – Merci, mon ami[8]. Mój dobry przyjacielu.

Obserwująca ich z boku Iza poczuła w oczach dyskretne szczypanie, odwróciła więc wzrok, by opanować wzruszenie. W tym momencie napotkała spojrzenie błękitnych oczu Lodzi, która również nie potrzebowała słów, by wychwycić potęgę emocji zawartych w tej prostej acz znaczącej scenie.

– Mamusiu, ja chcę siostrę! – męczyła teraz matkę Tosia, ciągnąc ją oburącz za sukienkę. – Słyszysz? Chcę siostrę! Une petite sœur!

– Ja tez! – zawołał nagle z wysokości ramion Pabla przysłuchujący im się z zainteresowaniem Edzio. – Tata! Ja tez kce ptit seh!

Dorośli spojrzeli na niego, następnie po sobie, po czym wszyscy naraz gruchnęli gromkim śmiechem.

– I ty, Brutusie?! – zawołał ubawiony Pablo, zerkając łobuzersko na Lodzię. – No cóż… na ten temat musiałbyś pogadać z mamą. Ja ze swojej strony mogę ci tylko obiecać, że ponegocjuję. I zobaczymy, co da się zrobić!

Lodzia uśmiechnęła się do niego filuternie, a Edziowi pogroziła żartobliwie palcem.

– Ej, Edek, a ty w ogóle wiesz, kto to jest petite sœur, frajerze? – zapytał podchwytliwie Majk.

Edzio spojrzał na niego z zastanowieniem.

– Nie – odparł hardo po chwili namysłu. – Ale kce! Jak Nana!

Towarzystwo znów wybuchło śmiechem, po czym na wezwanie pani Lewickiej, która zdążyła już opanować pierwszą falę wzruszenia, zajęło z powrotem miejsca przy stole, przekrzykując się w kolejnej serii żartów.

***

– Ale który to miesiąc, Anusiu? – zapytała pani Emilia, odbierając od córki salaterkę z sałatką z suszonymi pomidorami. – Jeszcze nic po tobie nie widać.

– Trochę widać – zapewniła ją wesoło Ania. – Ta luźna sukienka świetnie to maskuje, ale ja już widzę i czuję. Czwarty. Termin na trzeciego czerwca.

– Czyli już za kilka tygodni będzie można podejrzeć, kto się tam kryje – zauważyła z uśmiechem Lodzia. – Niedługo się dowiemy.

– Ciii! – szepnęła Ania, kładąc palec na ustach. – Nie mów tego głośno, Lea! To jest na razie zbyt niewygodny temat.

To powiedziawszy, ruchem głowy wskazała na Tosię, która siedziała w drugim końcu salonu na dywanie z Edziem i oboje bawili się każdy swoimi zabawkami – on samolotem, ona zaś pieskiem i kotkiem, które przywiozła z Belgii. Zebrani przy stole parsknęli śmiechem nad swoimi talerzami.

– Ale skąd wiesz? – zagadnął pan Lewicki. – Może uda się ją usatysfakcjonować?

– Może się uda – zgodziła się Ania. – I wtedy problem sam się rozwiąże. Ale jeśli nie?

– Ja obstawiam faceta – oznajmił stanowczo Pablo, sięgając po opróżnioną do połowy butelkę z winem. – Co prawda czasem w takich typowaniach zdarzało mi się mylić – zerknął na syna, na co reszta znów prychnęła śmiechem – ale nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Komuś jeszcze tego specyfiku?

– Ja chętnie – zgłosił się Jean-Pierre.

– Bardzo proszę. Podstaw mi tu swój puchar, szwagier.

– A ja myślę, że to jest dziewczynka – uśmiechnęła się Lodzia. – Oczywiście najważniejsze, żeby było zdrowe, ale fajnie tak się pobawić w typowanie. A przypominam – spojrzała znacząco na męża – że poprzednim razem się nie pomyliłam.

– Ja też się nie pomyliłem – włączył się Majk, kręcąc odmownie głową na podstawioną mu przed oczy przez Pabla butelkę wina. – Nie, dzięki, stary, wystarczy mi woda. Nie pomyliłem się i przewidziałem Edka jak w szklanej kuli! I tym razem też – spojrzał znacząco na Jean-Pierre’a – tak jak Pablo obstawiam faceta.

– O, i widzicie! – ucieszył się Pablo. – Mam sojusznika! W dodatku nie byle jakiego, bo takiego, co ma znajomości wśród cyganek!

Majk uśmiechnął się i zerknął przez stół na Izę, która odwzajemniła mu porozumiewawczy uśmiech. Jean-Pierre przyglądał im się kątem oka znad kieliszka z winem.

– Wśród cyganek? – zdziwiła się Ania.

– Aha. Frajer sprytnie się ustawił – wyjaśnił jej z powagą Pablo. – Wyciąga od nich za piątaka przepowiednie, a potem sprzedaje je innym jako swoje!

Wszyscy roześmiali się, ze smakiem konsumując przepyszne sałatki zaserwowane przez panią Lewicką. Iza jadła cichutko i z przyjemnością przysłuchiwała się rozmowie, w duchu zdziwiona tym, że dziś, choć jej obecność tutaj była dość przypadkowa i obiektywnie niezbyt uzasadniona, wcale nie czuła się osobą na niewłaściwym miejscu. Czy to dlatego że, podobnie jak Majk, była traktowana przez wszystkich jak członek rodziny? Co prawda nie do końca rozumiała, czym zasłużyła na taki zaszczyt i dowód sympatii, ale przecież tak właśnie było. Czy zresztą nie tak samo byłoby w Rzeszowie u rodziców Majka? A jeśli tamte skrupuły i złe skojarzenia, które skłoniły ją do odmowy, były nieuzasadnione?

„Może jednak powinnam była pojechać?” – tłukła jej się po głowie nawracająca od niemal dwóch tygodni myśl. – „To było nieprzemyślane, zadziałałam impulsywnie i pewnie popełniłam błąd. Zrobiłam mu tylko bez sensu przykrość… Szkoda. Pojechałabym z nim w długą podróż, poznałabym jego mamę, odwiedziłabym panią Irenkę…”

– Michałku, a jak twoja babcia? – zapytała właśnie w tym momencie pani Lewicka. – Zdrowsza już? Dawno nie rozmawiałam z Helenką, mam nadzieję, że idzie na lepsze?

– Z tego, co wiem, nie jest źle – odparł oględnie Majk. – W tym sensie, że jest poprawa, ale babcia nadal słaba i nie wiadomo, czy w święta zdoła wyjść z domu do kościoła, a bardzo jej na tym zależy. Będę wtedy u nich, to pomogę, na ile się da, ale co z tego będzie, to nie wiem. Zobaczymy.

– No tak, lepiej nie forsować – przyznała pani Emilia. – Zwłaszcza że ona ma swój wiek, a to była przecież poważna operacja.

Rozmowa toczyła się dalej, jednak Iza znów zapadła w myśli, które odcięły ją od zewnętrznego świata. Słowo kościół przypomniało jej tamtego księdza i po raz kolejny w ciągu ostatnich dni wzbudziło w niej potrzebę rozmowy z kimś, kto z jednej strony byłby neutralny i mógł spojrzeć na jej problemy z zewnątrz, a z drugiej gwarantowałby dochowanie tajemnicy. Właśnie z kimś takim jak ów ksiądz o miłym głosie, który w instynktowny sposób budził w niej zaufanie. A gdyby tak… Obiecała Madi zamówić mszę za Krawczyka, więc pretekst trafiał się sam. Poza tym ów ksiądz był obecnie u Świętego Pawła tylko na zastępstwie, mówił coś o trzech miesiącach, więc tym bardziej, zważywszy że i tak obowiązuje go tajemnica spowiedzi, byłby idealnym partnerem do rozmowy.

Otworzyć przed kimś serce… Powiedzieć to, czego nie mogła powiedzieć nikomu, ani Amelii, ani Lodzi… ani Majkowi… zwłaszcza Majkowi! Wyrzucić to z siebie i poprosić o radę kogoś, kto nie tylko by ją zrozumiał, ale też umiałby nałożyć na to filtr życiowego doświadczenia. Ksiądz na oko miał już pod pięćdziesiątkę, zatem w swej posłudze musiał zetknąć się z wieloma osobami i znać różne historie, a także umieć wyciągać z nich wnioski. Do tego, jako sługa Boży i ekspert w oddzielaniu dobra od zła, robił to na pewno w zgodzie z zasadami moralnymi, więc nie ryzykowałaby, że w swoich radach sprowadzi ją na manowce. Tylko czy odważy się poprosić go o taką rozmowę? Zbliżały się święta, ksiądz na pewno był zajęty… A z drugiej strony może to by jej dało największą siłę do przetrwania ciężkich chwil? Na przykład tej nieszczęsnej sylwestrowej nocy, która dla jednych zapowiadała się magicznie, dla niej zaś… ech! Szkoda słów.

Zerknęła spod oka na Majka, do którego właśnie podbiegła Tosia, zapraszając go na alternatywne przyjęcie, jakie w kącie dywanu wydawały jej maskotki.

– Damom się nie odmawia! – zaśmiał się, rozkładając ręce w geście bezradności.

– Tosiu, tylko nie zamęczcie wujka, jasne? – ostrzegła córkę Ania, na co Tosia pokiwała posłusznie główką. – No. Pilnuj tam i siebie, i Edzia, bo jak zobaczę, że mu dokuczacie, to natychmiast kończymy zabawę.

– Spokojnie, Madame – powiedział Majk, podnosząc się od stołu. – Wujek Majk to stary komandos zaprawiony w boju, nie takie poligony doświadczalne się w życiu zaliczało!

To mówiąc, spojrzał na Izę, która uśmiechnęła się do niego ciepło i znów spuściła wzrok ku talerzowi, pracowicie krojąc na nim pomidora.

– Prowadź, księżniczko! – dodał wesoło, podając rękę Tosi.

Dziewczynka z radosnym piskiem pociągnęła go w stronę kącika, gdzie było już przygotowane przyjęcie. Bawiący się samolotem Edzio również ucieszył się na widok zbliżającego się wujka i poderwał się z podłogi, wyciągając do niego rączki.

– Nie, Edi, wujek jest teraz mój! – zdyscyplinowała go stanowczo Tosia. – Pobawi się z tobą dopiero, jak skończy jeść zupę na moim przyjęciu!

– Ale ja kce! – naburmuszył się Edzio.

– Ale ja byłam pierwsza! To ja przyprowadziłam wujka!

– Ale ja kce!

– No to chodź z nami na przyjęcie, Edek – zaproponował dyplomatycznie Majk, schylając się, by podnieść go z podłogi. – Princesse, chyba znajdzie się dla niego jeszcze jedno miejsce, co?

– No dobrze – zgodziła się wspaniałomyślnie Tosia.

„Ksiądz mógłby mi pomóc naświetlić kilka spraw, nie tylko sprawę Majka” – zatonęła tymczasem znowu w swoich rozmyślaniach Iza. – „Mam przecież tyle innych dylematów, że już się w tym gubię… Victor, Ali… Zbyszek… a do tego jeszcze Krawczyk i Madi!”

Wzdrygnęła się na wspomnienie czarnych jak węgiel oczu pani Ziuty i na kojarzącą jej się z nimi uporczywą myśl. Myśl, która wiązała się z postacią Madi i nawracała w jej głowie zawsze, gdy Krawczyk zastanawiał się, czego może chcieć od niego „cyganka”. Czy i o tym powinna porozmawiać z księdzem? A jeśli on potępi jej kontakty z zaświatami, uzna to za dobrowolną współpracę z siłą demoniczną i nakrzyczy na nią? Co prawda nie robiła tego celowo, nie wywoływała duchów, ani jej to było w głowie, pani Ziuta przecież sama do niej przychodziła… Jednak i tak trudno byłoby rozmawiać jej o takich rzeczach z bądź co bądź nieznajomym człowiekiem, nawet jeśli – a może zwłaszcza że – był kapłanem.

„To, że intuicja mi podpowiada, że pani Ziuta przychodzi w dobrych zamiarach i jest po jasnej stronie mocy, wcale jeszcze nie znaczy, że tak naprawdę jest” – stwierdziła z przekąsem, zupełnie nie słuchając toczącej się przy stole rozmowy, w której prym wiódł teraz Pablo opowiadający jakąś anegdotkę z pracy. – „A z drugiej strony przecież nie zrobiła nigdy nic złego, na początku sama prosiła o modlitwę…”

Wesoły śmiech Ani przerwał jej wątek dręczących myśli i zwrócił uwagę na jej osobę.

„Ależ ty jesteś śliczna!” – pomyślała z podziwem i sympatią, przyglądając się jej rozpromienionej twarzy. – „Śliczna, dobra i kochana, a do tego taka szczęśliwa… Jean-Pierre świata za tobą nie widzi, macie cudowną Tosieńkę, a teraz rodzina jeszcze się powiększy. Pełnia szczęścia! Pełnia, na którą zasługujesz tak jak Lodzia na swoją… I tak jak on” – zerknęła ukradkiem na Majka bawiącego się w hałaśliwie w kącie salonu z dziećmi. – „Pełnia szczęścia… to brzmi jak pełnia księżyca…”

Ścisk serca nakazał jej znów skupić wzrok na talerzu, jednak nie umiała powstrzymać narzucającego się jej skojarzenia. Księżycowa łąka na Lipniaku… Chwila pełni szczęścia w promieniach księżyca, który na kilkanaście minut zatrzymał czas.

Czym jest czas, Iza?…

– Siedź, mamo, ja przyniosę! – usłyszała stanowczy głos Lodzi. – Poproszę Izę, żeby mi pomogła.

Iza poderwała się odruchowo, nie pytając nawet, o co chodzi. O! Właśnie tego było jej potrzeba – jakiegokolwiek działania jako odskoczni od kłębiących się pod czaszką myśli. Jak się okazało, chodziło o pomoc Lodzi w przyniesieniu z kuchni sernika z czekoladą, który upiekła na tę okazję pani Lewicka i który przed podaniem należało umiejętnie pokroić.

– To ulubione polskie ciasto Jean-Pierre’a – oznajmiła Lodzia, kiedy we dwie znalazły się w kuchni. – Mama zawsze piecze dla niego, kiedy przyjeżdżają. I tak obawiam się, że dzisiaj nikt z nas już nie wciśnie ani kawałka, ale podać trzeba, więc powiedziałam, że my się tym zajmiemy – sięgnęła do lodówki po ciasto na tacy przykrytej szklaną pokrywą. – Mama już się dzisiaj wystarczająco nabiegała, niech sobie posiedzi spokojnie przy stole.

– Oczywiście – odparła Iza. – Jak mam ci pomóc?

– Weź ten duży talerz, ja będę kroić, a ty układaj, co?

– Okej.

– Tak naprawdę to poradziłabym sobie sama – mrugnęła do niej Lodzia. – Ale koniecznie chciałam zamienić z tobą słówko, dlatego wyciągnęłam cię do kuchni. Widziałaś, jak Majk gratulował Jean-Pierre’owi?

– Widziałam – uśmiechnęła się.

– Dzisiaj, po tej naszej ostatniej rozmowie, patrzyłam na niego inaczej, jak przez inny filtr – ciągnęła z zapałem Lodzia, podając jej na szerokim nożu kolejne kawałki ciasta – i faktycznie czuć w nim tę zmianę, o której mówiłaś. Nawet nie chodzi o zachowanie, bo on zawsze zachowuje się podobnie i robi show, że boki można zrywać, zwłaszcza jak staną do tego w duecie z moim bandziorkiem. Ale to się po prostu czuje intuicją… Oczywiście żeby dobrze to zinterpretować, trzeba wiedzieć, co się za tym kryje, a ja dzięki tobie wiem i widzę to, czego wcześniej nie widziałam. To, jak Majk zareagował na nowinę Ani i jak rozmawiał z Jean-Pierrem… On naprawdę wygląda na człowieka, który się uwolnił i wyleczył, Iza. A ja tak strasznie się z tego cieszę!

– Ja też – zapewniła ją ciepło Iza.

– Oczywiście na razie nic nikomu nie będę mówić, wystarczy mi, że mam tę informację dla siebie, po prostu będę czekać na rozwój wypadków. Bo jeśli to, co mówiłaś, się sprawdzi, to niedługo powinniśmy ją poznać… ją, czyli prawdziwą Anabellę – przy ostatnich słowach zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu, dla pewności zerkając na drzwi. – Nie powiem, że nie skręca mnie z ciekawości, kto to jest, ale z drugiej strony aż się boję o tym mówić głośno, żeby nie zapeszyć. Dlatego na razie nie będę dopytywać i zadowolę się tym, co wiem.

„Bogu dzięki!” – pomyślała Iza, która z mocno ściśniętym sercem układała równiutko na talerzu kawałki sernika.

– To i tak tylko kwestia czasu – powiedziała, żeby coś powiedzieć.

– Otóż to! – podchwyciła Lodzia. – Kwestia czasu, zresztą po przemyśleniu sprawy mam pewne ciche podejrzenia, ale na tym etapie pod żadnym pozorem nie wypowiem ich na głos. Tak jak ty – uśmiechnęła się porozumiewawczo do Izy. – Teraz już rozumiem twoje obiekcje, bo to jest rzecz na tyle palcem po wodzie pisana, że lepiej jej nie ruszać, i to nie tylko czynem ale nawet słowem. Więc zostawiamy to i czekajmy na rozwój wypadków, a ja chciałabym zapytać cię o jeszcze inną rzecz – zaznaczyła, poważniejąc. – Być może nawet domyślasz się o co.

Iza podniosła głowę znad talerza z sernikiem i spojrzała na nią niepewnie.

– O co?

– O to, co wydarzyło się wczoraj wieczorem – wyjaśniła jej, patrząc na nią znacząco. – U was na zapleczu w Anabelli.

– Ach, rozumiem! – skojarzyła natychmiast. – Pablo wszystko ci opowiedział?

– Tak. Po tamtej akcji z Krawczykiem i Eweliną obiecaliśmy sobie wzajemnie, że niczego w tej sprawie nie będziemy przed sobą ukrywać, zwłaszcza gdyby był ciąg dalszy. A spotkanie Pabla z byłą żoną Krawczyka można chyba uznać za ciąg dalszy, hmm? Przynajmniej w pewnym sensie.

– Ano tak – zgodziła się smętnie Iza, wspominając surową minę Pabla na widok Madi.

– Nie rozmawialiśmy o tym długo, bo żadne z nas nie lubi tego tematu, Pablo powiedział mi o tym tak bardziej dla formalności, żeby być wobec mnie fair. W ogóle był bardzo poruszony po tym spotkaniu, mówi, że chyba zachował się nieelegancko, ale nie był w stanie zareagować inaczej. Powiedział mi, że to dlatego że ona wygląda jak ja. I że to go tak zszokowało, że musiał stamtąd jak najszybciej wyjść.

– Tak. Wyszedł bardzo szybko, a wcześniej niewiele się odzywał. Jak nie on. Majkowi też powiedział potem, że przeżył szok i musiał się ewakuować.

– Ale właśnie ja tego nie rozumiem – odparła Lodzia. – Tego szoku. Oczywiście wierzę mu, nie ma powodu kłamać, zresztą nawet nie mówiłby mi o tym, gdyby tak nie było, bo po co? Ale przecież ty opowiadałaś mi o niej… o tej Magdalenie czy jak jej tam… wspominałaś mi o niej już dawno, ale nigdy nie powiedziałaś, że ona jest podobna do mnie. W sensie że aż tak. Powiedz, Iza, to faktycznie jest tak uderzające podobieństwo, jak twierdzi Pablo?

– Nie – zapewniła ją Iza, w duchu niezadowolona, że znów musi wracać do tematu, który dręczył jej sumienie. – Rzecz w tym, że wcale nie, chociaż trzeba przyznać, że obie macie bardzo podobne, prawie identyczne oczy. Ale tego nie zauważa się od razu, mnie to uderzyło dopiero później, jak dłużej z nią pogadałam. A poza tym Madi wygląda inaczej, ma ciemniejsze i krótsze włosy niż ty, inne rysy, do tego jest wyższa od ciebie i dużo starsza, mniej więcej w wieku Pabla i Majka. Podobieństwo jest, owszem, ale na pewno nie uderzające, najlepszym dowodem na to jest fakt, że Majk z początku też tego nie zauważył, dopiero jak pogadał z Pablem i zaczął zwracać na to uwagę. Jak się jest uprzedzonym, to się to widzi, ale wcześniej nie. I na pewno nie na pierwszy rzut oka.

– Hmm – pokiwała powoli głową Lodzia, podając Izie ostatni kawałek ciasta i odkładając nóż na blachę. – A Pablo jednak zauważył od razu… I wiesz, co mi powiedział?

– No?

– Że teraz już lepiej rozumie Krawczyka. Tylko tyle, nie chciał więcej o tym gadać, ale ja chyba wiem, o co mu chodziło. Ty też wiesz, prawda? – spojrzała na nią czujnie.

– Wiem – westchnęła Iza. – To mi już nieraz krążyło po głowie, szkoda, żeby nie… Ale ja się nie chcę w nic wtrącać, Lodziu – zaznaczyła stanowczo, siłą odganiając sprzed oczu wyświetlającą jej się uparcie twarz pani Ziuty. – To jest tak dalece nie moja sprawa, że wolę nawet o tym nie wspominać, a już zwłaszcza tego nie drążyć.

– Ale dlaczego? – zdziwiła się Lodzia. – Przecież nie chodzi o puste drążenie tylko o to, żebyś pomogła mi zrozumieć. Bo w moim przypadku, moim i Pabla, to jest jednak ważny element układanki, a ty posiadasz do niej najwięcej elementów. To rzeczywiście niezwykłe, że znowu, tak jak wtedy, wszystko skupia się wokół ciebie, ale taka jest prawda, Izunia. To ty najlepiej znasz Krawczyka, ty jako jedyna z nas nadal trzymasz z nim kontakt, no i też ty znasz tę jego byłą żonę… Przecież ona wczoraj przyszła tam do ciebie.

– To prawda – przyznała ponuro. – I właśnie w tym tkwi mój główny problem, Lodziu. Im więcej takich zdarzeń jak wczoraj, tym większe moje uwikłanie w tę sprawę, boję się, że w którymś momencie to mi się wymknie spod kontroli. Już i tak mam wyrzuty sumienia, że kryję przed Krawczykiem znajomość z Madi, a teraz jeszcze do kompletu doszło to wczorajsze z Pablem. Madi przyjechała do mnie bez uprzedzenia, pech chciał, że akurat trafiła na niego, niby nie moja wina, ale jednak czuję tę odpowiedzialność… Boję się, że z czasem to się tak pogmatwa, że ciężko mi będzie z tego wyjść, rozumiesz? Zwłaszcza że wiadomo, jaki jest Krawczyk. Owszem, ostatnio mam o nim dużo lepsze zdanie niż kiedyś, pod pewnymi względami go doceniam, ale to nie zmienia faktu, że nadal to jest niebezpieczny i dość nieobliczalny człowiek.

– No tak… rozumiem – odparła z zastanowieniem przysłuchująca się jej uważnie Lodzia. – Ale chyba za bardzo nie masz na to wpływu? Jesteś w to implikowana, czy tego chcesz czy nie, uciekanie przed tym przecież i tak nic nie da.

– Nie da – zgodziła się. – I nie uciekam, tylko nie chcę wkopać się w to jeszcze głębiej. A tu powoli tworzy się wokół tego system takich zależności, zwłaszcza gry na podobieństwach, która zawsze jest na swój sposób niebezpieczna, że zaczynam się obawiać, że z tego będzie jakiś dym. I że to mnie psychicznie przerośnie.

Lodzia przyglądała się przez chwilę jej naturalnie bladej, od kilku miesięcy wciąż zmęczonej twarzy.

– Jasne, Izunia – powiedziała ciepło. – Faktycznie ostatnio tyle masz na głowie, że przynajmniej ja nie powinnam cię tak ciągle męczyć. Zostawmy więc na razie tego Krawczyka, zresztą Pablo pewnie jeszcze do tego wróci, chcę tylko zapytać cię o jedno, dobrze? Tylko o jedno.

– Pytaj.

– Czy, twoim zdaniem, on nadal coś do niej czuje?

Iza wzruszyła ramionami, czując potęgujący się ciężar na sercu.

– Krawczyk do Madi? Sądzę, że tak – odparła z przekąsem. – Ale raczej nie to, co pewnie masz na myśli. W sensie, że te uczucia są raczej negatywne niż pozytywne.

– Nienawidzi jej? – szepnęła Lodzia.

– Czy nienawidzi, to nie wiem, pewnie trochę tak, chociaż sam raczej kładzie nacisk na obojętność, i to nie tylko w tej sprawie, w innych też. Ale kto go tam wie? Na pewno ma do niej żal, mówił mi o tym, w tym sensie, że przy różnych okazjach nawiązywał do swojego nieudanego małżeństwa, chociaż ani razu nie wymienił imienia żony. I był tą historią bardzo rozgoryczony. Co oczywiście nie zmienia faktu, że nadal może pielęgnować różne sentymenty – zaznaczyła. – I wiem dobrze, o co ci chodzi, Lodziu, masz dobrą intuicję, Pablo też, ja sama wręcz nie mam co do tego wątpliwości. Krawczyk, kiedy cię poznał, zobaczył w tobie Madi.

– Tak! – podchwyciła z ulgą Lodzia. – Cieszę się, że sama to powiedziałaś, Iza! Bo jeśli on dostrzegł to podobieństwo tak jak Pablo wczoraj… podobieństwo, którego inni nie widzieli albo po prostu nie zwracali na nie uwagi… to by znaczyło, że… No dobrze, nie będę mówić tego głośno – wycofała się, widząc niechętną minę Izy. – Ale dla mnie to jednak zmienia postać rzeczy, myślę, że dla Pabla tym bardziej. Pogadam z nim jeszcze, jak trafi się okazja, a teraz…

Urwała, gdyż z głębi mieszkania dobiegły do nich piskliwe krzyki Tosi i donośne wycie Edzia. Obie spojrzały po sobie z niepokojem, po czym Lodzia bez słowa rzuciła się w tamtą stronę, zaś Iza, chwyciwszy talerz z sernikiem, podążyła za nią.

W salonie, jak szybko można było się zorientować, trwała walka dzieci o względy Majka, którego każde z nich chciało mieć dla siebie.

– Mój buuuujeeek! – ryczał wniebogłosy Edzio uczepiony kurczowo szyi Majka. – Móóóój!!!

– Ale to ja byłam pierwsza! – protestowała również ze łzami w oczach Tosia, ciągnąc wujka za rękę w swoją stronę. – I przyjechałam do Polski tylko na trochę, a ty go masz tutaj cały czas!

– Nieee!!! Móóóój!!!

– Młodzi, spokojnie! – zaśmiał się na wpół zdezorientowany, na wpół rozbawiony Majk. – Edek, wyluzuj, bo mnie udusisz i w końcu z nikim się nie pobawię! Princesse, nikt nie będzie poszkodowany, obiecuję! Ale po kolei!

– Tosia! – zareagowała Ania, podrywając się od stołu. – Co wy wyprawiacie? Pamiętasz, co mi obiecałaś?

– Ale to Edi! – rozpłakała się już na dobre Tosia. – On się wtrąca w moją zabawę! Wleciał mi w przyjęcie tym swoim głupim samolotem! I zabiera mi wujka Majka!

– Edi – pokręciła głową Lodzia, podchodząc do Majka i próbując zdjąć z niego Edzia. – Edi, puść wujka, chcę ci coś powiedzieć.

– Nieee!!! – wył Edzio, jeszcze mocniej obłapiając za szyję Majka.

– Edward! – huknął Pablo, który wraz z ojcem i Jean-Pierrem degustował przywiezione mu w prezencie belgijskie piwo, ale teraz również uznał za stosowne zainterweniować.

Edzio zamilkł natychmiast, choć nadal trwał przyklejony do Majka.

– Chodź tu do mnie – zażądał Pablo, dając Lodzi i Majkowi znak, że się tym zajmie. – Musimy pogadać po męsku.

– Antoinette – poszedł w ślady szwagra Jean-Pierre.

Podszedł, podniósł rozżaloną Tosię z podłogi, usiadł z nią w fotelu i posadził sobie na kolanach.

– Posłuchaj, kochanie – tłumaczył jej po francusku, gładząc ją po włosach. – Édouard jest jeszcze malutki i nie rozumie, trzeba mu ustąpić. Michel pobawi się przecież i z tobą, w niedzielę zaprosimy go specjalnie, jak nie będzie Édouarda, hmm?

Tosia pokiwała główką, ocierając łzy.

– Dobrze. Ale, tatusiu, ja nie chcę braciszka. Sam widziałeś, jacy chłopcy są okropni!

– Pamiętasz, co ci mówiłem, synu? – perorował tymczasem w drugim końcu salonu Pablo, który usiadł na kanapie i podobnie jak Jean-Pierre usadził sobie pochlipującego Edzia na kolanach. – Damy mają pierwszeństwo. A to znaczy, że kobietom się ustępuje, nawet jeśli to jest wbrew naszym interesom, jasne? Kultura tego wymaga.

Ania, Iza i Lodzia oraz państwo Lewiccy śmiali się w kułak, obserwując z daleka obie ojcowskie lekcje, podczas gdy Majk wyjął chusteczkę i wycierał sobie nią policzki i szyję.

– Całego mnie zasmarkał, mały frajer – wyjaśnił, budząc tym jeszcze większe rozbawienie towarzystwa. – Naryczał mi z pół litra łez za kołnierz.

– I patrzcie, jak się o tego wariata zabijają! – zauważyła Ania. – Gdyby to były dwie dziewczynki, to bym rozumiała, ale że nawet Edzio?

– Nic na to nie poradzę – rozłożył żartobliwie ręce Majk. – Chociaż faktycznie zaczynam się niepokoić, bo jednak wolałbym pozostać w kręgu zainteresowania pań. Czy mogę dostać szklankę wody? Już mi totalnie w gębie zaschło…

– Majk, czekaj, dostaniesz dobre piwko! – włączył się z daleka Pablo. – Jean-Pierre przywiózł takie bajery, że koniecznie musisz skosztować! Skończę tylko rozmowę z synem i siadamy, okej?

– Okej – zgodził się chętnie Majk, wymieniając po kolei uśmiechy z nim i z Jean-Pierrem. – Z wielką przyjemnością.

***

– Prowadź, elfiku, co? – powiedział Majk wskazując Izie, by zajęła miejsce kierowcy. – Niby dużo tego piwa nie wypiłem, ale jednak wolę nie ryzykować.

– Oczywiście, szefie – uśmiechnęła się z rozbawieniem. – Po takim wycisku, jaki dzisiaj dostałeś, zasługiwałbyś nawet na to, żeby przewieźć cię w lektyce.

– O tak, przewieź mnie w lektyce do pracy, o pani! Tam wreszcie będę mógł odpocząć!

Roześmiali się oboje, zajmując miejsca w oplu, który wkrótce ruszył wciąż zatłoczonymi ulicami miasta. Zważywszy na zimowe warunki, w których nie miała jeszcze za wiele doświadczenia za kierownicą, Iza skupiała całą uwagę na prowadzeniu auta, Majk zaś chyba rzeczywiście był zmęczony, bo również milczał, jakby ciesząc się kojącą zmysły ciszą. Wygodny fotel kierowcy i przytulne wnętrze opla, które przywoływało jej na pamięć szereg miłych sercu scen, nastrajały ją pozytywnie na resztę wieczoru, który zapowiadał się pracowicie, w Anabelli bowiem czekały ich jeszcze ostatnie przygotowania do jutrzejszego Dnia Francuskiego, w tym obiadu dla zaprzyjaźnionych Francuzów i ich gości.

Wino, które wczoraj degustowali jako pierwsze, rano zostało domówione, a po południu dostawa przyjechała i została rozładowana, jak zapewnił telefonicznie szefa Antek. Jednak dekoracje miały być montowane dopiero po opuszczeniu przez gości lokalu oraz nazajutrz rano przed otwarciem, to zaś wymagało koordynacji, podobnie jak niektóre działania przygotowawcze w kuchni. Jak miło było mieć przed sobą taką perspektywę! Zwyczajny wieczór w pracy, którą tak kochała, z kimś, kogo kochała jeszcze bardziej… Jechał z nią przez zaśnieżone ulice tak zwyczajnie, rutynowo, w milczeniu, które nie tylko żadnemu z nich nie ciążyło, lecz było wręcz potrzebne jako chwila psychicznego relaksu przed czekającymi ich nowymi wyzwaniami.

O czym myślał? Czy rozważał wydarzenia z dzisiejszego spotkania u państwa Lewickich i nowinę, jaką zakomunikowała Ania? Jeszcze rok czy dwa temu byłby to dla niego kolejny cios prosto w serce, lecz dziś przecież było inaczej! I czy mimo wszystko, wbrew własnemu bólowi, nie powinna się z tego szczerze cieszyć? On naprawdę tak bardzo zasługiwał na szczęście, które omijało go przez tyle długich lat…

Wjechali do centrum, podjeżdżając tradycyjną trasą wiodącą na tyły lokalu – wąską uliczką między wysokimi kamienicami, która w pamięci Izy na zawsze miała pozostać powiązana z obrazem moknącej na deszczu, przechylonej w nienaturalnej pozycji sylwetki pana Szczepana z nogą uwięzioną we wlocie do kanału. A obok ta druga sylwetka… Ech, gdyby wtedy mogła wiedzieć!…

– Zaparkuj tutaj, Izula – polecił jej Majk, wskazując na wyznaczone miejsce parkingowe na chodniku, dokładnie to, o które wówczas, ponad dwa lata temu, pokłócili się z panem Szczepanem. – Nie będziemy na razie robić tłumu na podwórku, nie wiadomo, czy nie trzeba będzie wysłać gdzieś chłopaków vanem. Potem najwyżej ktoś go przestawi.

– Aha, okej – pokiwała głową, posłusznie wjeżdżając na chodnik.

Udało jej się zaparkować całkiem nieźle, wprawdzie odrobinę krzywo, ale uznała to za dopuszczalny margines błędu, a ponieważ Majk również nic na to nie powiedział, wyłączyła silnik, światła i zaciągnęła hamulec ręczny.

– Tak może być? – zapytała dla porządku, rozpinając pas bezpieczeństwa.

– Perfecto – odparł w roztargnieniu. – Iza?

– Tak?

– Poczekaj, elfiku.

Iza drgnęła. Déjà vu! Znamienne déjà vu sprzed półtora roku… Tak dobrze pamiętała tamtą scenę! To było po spotkaniu u Lodzi i Pabla, kiedy pierwszy raz za czasów jej pracy w Anabelli do Lublina przyjechała Ania. Właśnie tak się wówczas do niej zwrócił, kiedy odwiózł ją samochodem na Narutowicza i na koniec poprosił o chwilę rozmowy. Poczekaj, elfiku. To była rozmowa w trybie terapii złamanych serc… rozmowa o niemożliwym do pokonania uczuciu i straconych na zawsze nadziejach…

Ja ją ciągle tak cholernie kocham!… – znów zabrzmiał jej w uszach jego przepełniony rozpaczą głos.

To było właśnie wtedy. A dziś? Dziś wszystko było inaczej. I na pewno lepiej… przynajmniej dla niego.

– Ściągnij na chwilę rękawiczki – polecił jej Majk, sam również zdejmując swoje, choć w samochodzie nadal było zimno.

Zdziwiła się, ale posłusznie zsunęła rękawiczki, położyła je sobie na kolanach i spojrzała na niego pytająco. We wnętrzu auta było dosyć jasno, bowiem miejsce, gdzie stali, znajdowało się zaledwie kilka metrów od sodowej latarni miejskiej.

– Wiesz, co chcę zrobić, prawda?

Pokręciła głową przecząco. Sięgnął po jej prawą dłoń, zziębniętą od trzymania zimnej kierownicy, i ujął w obie swoje, tak przyjemnie ciepłe, że ciepło to zdawało się sięgać serca.

– Chcę ci podziękować – odparł, patrząc jej prosto w oczy.

W zabarwionym na pomarańczowo półmroku zdało jej się, że w jego źrenicach widzi… tamto. To dziwne coś, którego z jednej strony się bała, lecz które z drugiej sprawiało jej niezwykłą, niebiańsko bolesną rozkosz. Poczuła słodki dreszcz biegnący jej po plecach.

– Za poprowadzenie lektyki? – zażartowała.

– To też – uśmiechnął się leciutko. – Bardzo doceniam mojego awaryjnego kierowcę, ale to nie o to chodzi, Izuś. Chcę ci podziękować za uratowanie mi życia.

Nie musiała pytać, o co mu chodzi, wiedziała to przecież. Jednak trzeba było coś powiedzieć, zwłaszcza że on podniósł właśnie jej dłoń w obu swoich i na długą chwilę przycisnął ją do ust. Przed oczami jej pociemniało i zawirowało, jakby w środku nocy znalazła się na karuzeli.

– Masz na myśli Anię, tak? – szepnęła.

– Mhm – odpowiedział, podnosząc głowę, lecz wciąż nie puszczając jej dłoni.

– I naszą terapię?

– Mhm.

– Bo już wszystko dobrze, prawda? – wyszeptała jeszcze ciszej.

– Dobrze – odszepnął. – Najlepiej na świecie.

– To super – uśmiechnęła się z trudem. – Bardzo się cieszę, Michasiu.

Majk patrzył jej jeszcze przez chwilę prosto w oczy, po czym puścił jej dłonie i sięgnąwszy na jej kolana po rękawiczki, podał jej stanowczym gestem.

– Już, zakładaj to z powrotem – rozkazał. – Rytuał dziękczynienia dokonany, a ty masz zimne te łapki jak lód. Zaraz idziemy się ogrzać, gwiździ tu jak diabli, chyba znowu zrobiło się z dziesięć na minusie. Chcę ci tylko powiedzieć na szybko, że tak, Izulka – dodał ciszej. – Wszystko już jest dobrze, po dzisiejszym czuję się naprawdę wolny od przeszłości, ostatecznie i pod każdym względem. Ania, w której wreszcie odnajduję po prostu bliską sercu przyjaciółkę z dzieciństwa, tak samo kochaną jak Pablo… mój brat i moja siostra… wreszcie tak jak trzeba. Niezwykłe, wiesz?

Iza słuchała go, powoli naciągając rękawiczki.

– Na pewno – szepnęła ciepło.

– I Jean-Pierre – ciągnął Majk. – Zawsze, kiedy go spotykałem, starałem się zachowywać jak kumpel, nie dać po sobie poznać, co noszę w sercu i w głowie, a tam niestety nie było za różowo. Obiektywnie nie miałem mu nic do zarzucenia, ale jednak w głębi duszy trudno mi było w stu procentach zaakceptować kogoś, kto zabrał mi wszystko… I być może on to nawet jakoś czuł, chociaż nigdy tego nie okazał. A dzisiaj patrzyłem na niego zupełnie inaczej i po raz pierwszy myślałem bez żadnego podtekstu czy oporu, że, kurde, jaki to jest fajny, równy gość! Jaki super facet, no, idealny szwagier! I to mi sprawiło taką radość, elficzku… taką niesamowitą przyjemność i poczucie, że wszystko powoli się układa… Dzięki tobie.

Iza pokręciła głową przecząco.

– Nie tylko dzięki mnie, Michasiu – odpowiedziała cicho. – Trochę może tak, ale to jednak głównie ty sam wykonałeś tę tytaniczną pracę nad sobą. I dużo wycierpiałeś, żeby się uwolnić.

– Dzięki tobie, kochanie – zapewnił ją, znów ujmując jej dłoń w rękawiczce i ściskając w obu swoich. – Proszę, nie umniejszaj swoich zasług, przecież ja i tak wiem, jak jest. To, co ze mną zrobiłaś przez te niecałe dwa lata terapii, to jest… kosmos. Po prostu kosmos, którego nie da się opisać. A to, co czuję dzisiaj… teraz…

Pokręcił głową, jakby na znak, że nie da rady dobrać słów.

– Wiem… rozumiem – szepnęła Iza.

Miał na sobie czarną czapkę, która kryła mu włosy, ona jednak w wyobraźni właśnie zatapiała w nich zziębnięte palce, by ogrzać je sobie w ich ciepłej gęstwinie.

– Nie wiesz – odszepnął. – I nie rozumiesz. Ale kiedyś wszystko ci wyjaśnię… wszystko, mój elfiku.

Ścisnął jej dłoń jeszcze mocniej, przez ułamek sekundy tak mocno, że prawie zabolało – i nagle puścił.

– Ale teraz zwijamy się stąd – zarządził swym normalnym głosem, wyprostowując się na siedzeniu i sięgając do klamki. – Jest coraz zimniej, lepiej nie ryzykować przeziębienia na święta, poza tym robota czeka. No, wysiadaj, szefowo. Nie zapomnij tylko zabrać kluczyka ze stacyjki.

_________________________________________________________

[1] Puisque je suis une vraie princesse ! (fr.) – Bo jestem prawdziwą księżniczką !

[2] Bah oui, pardon! La vraie princesse moderne Antoinette Magnon ! (fr.) – A tak, przepraszam ! Prawdziwa nowoczesna księżniczka Antoinette Magnon!

[3] Ils vont se marier bientót (fr.) – Niedługo wezmą ślub.

[4] Qui va se marier bientôt? – Mon chien et mon chat. Michel et Isabelle. Tu vois? Ils apprennent à danser la valse pour danser à leur mariage ! (fr.) – Kto niedługo weźmie ślub ? – Mój piesek i mój kotek. Michel i Isabelle. Widzisz? Uczą się tańczyć walca, żeby zatańczyć na swoim weselu!

[5] Ou un petit frère. Nous ne savons pas encore si c’est lui ou elle ! – Non, papa, je veux une petite sœur ! (fr.) – Albo braciszka. Jeszcze nie wiemy, czy to on czy ona ! – Nie, tatusiu, ja chcę siostrzyczkę!

[6] Mais, papa, je veux vraiment une petite sœur ! Dis que ce sera une fille! (fr. ) – Ale, tatusiu, ja naprawdę chcę siostrzyczkę! Powiedz, że to będzie dziewczynka!

[7] Si c’est un gars, tu seras mort ! La princesse ne sera pas contente ! (fr. ) – Jeśli to będzie chłopak, to zginąłeś ! Księżniczka nie będzie zadowolona!

[8] Toutes mes félicitations. – Merci, mon ami (fr.) – Moje wielkie gratulacje. – Dziękuję, przyjacielu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *