Anabella – Rozdział CCXIII
„Nareszcie!” – pomyślała z ulgą ale i z niepokojem Iza, kiedy leżący przy niej na stole w kuchni telefon rozdzwonił się, a na wyświetlaczu pojawiło się imię Marty. – „Oby tylko z dobrymi wieściami!”
„Nareszcie!” – pomyślała z ulgą ale i z niepokojem Iza, kiedy leżący przy niej na stole w kuchni telefon rozdzwonił się, a na wyświetlaczu pojawiło się imię Marty. – „Oby tylko z dobrymi wieściami!”
Iza, jeszcze raz dziękuję za zbiórkę dla Karolinki. Udało się uskładać potrzebną kwotę i jutro wylatują z Asią do USA. Trzymaj za nią kciuki! Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Majka. Madi.
– Fajnie ci, że masz już z głowy zaliczenie z seminarium – zagadnęła nie bez nuty zazdrości Marta, kiedy po zakończonych zajęciach zmierzały z Izą do szatni. – Ja ciągle nie mogę się zebrać, dopiero za tydzień spróbuję coś mu przynieść. Jak ty to robisz, że trzymasz taką dyscyplinę?
– Jak to nie ma Lidii? – zdumiała się i zaniepokoiła Iza, rozpinając pośpiesznie płaszcz. – To gdzie jest? Przecież zostało już tylko dwadzieścia pięć minut do otwarcia!
W dzisiejszym wpisie z kategorii Pisanie o pisaniu chciałabym podzielić się krótką refleksją na temat jednego z ważnych aspektów konstrukcji postaci literackiej, mianowicie spójności jej charakteru i zachowania. Jest to parametr, o którego dopracowanie autor tekstu literackiego powinien dbać w sposób szczególny, gdyż nic bardziej nie irytuje Czytelnika jak niewiarygodność charakterologiczna postaci, zwłaszcza głównego bohatera.
– Leczo z ziemniakami, na to bym na pewno nie wpadła! – zauważyła wesoło Iza zajęta obieraniem papryki. – Kupiłam tę cukinię bardziej z myślą o plackach, ale masz rację, to będzie o wiele lepsze, w dodatku bez smażenia na głębokim tłuszczu.
Zegar na ścianie wskazywał godzinę siódmą dwadzieścia pięć, kiedy przez zaciągnięte zasłony zaczęły przenikać pierwsze smugi budzącego się dnia. Niedzielny poranek zapowiadał się bardzo spokojnie, w kamienicy było jeszcze cicho, choć niektórzy sąsiedzi musieli się już obudzić, gdyż czasami przez ściany dobiegał głuchy hałas otwieranych albo zamykanych drzwi.
Kiedy przebrzmiały wreszcie ostatnie takty utworu zamykającego sobotnią dyskotekę w Anabelli i najwytrwalsi goście opuścili lokal, a następnie padający z nóg zespół uporał się z przygotowaniem sali pod poranne sprzątanie, wybiła godzina druga trzydzieści i wszyscy mieli już serdecznie dość zakończonej właśnie dniówki.
Jako że w sobotni wieczór miała się odbyć pierwsza standardowa dyskoteka po Nowym Roku oficjalnie inaugurująca sezon karnawałowy w Anabelli, od godziny dwudziestej spodziewano się tam istnych tłumów gości. Zresztą już około szesnastej widać było większą niż normalnie ilość klientów, co stanowiło jasny sygnał dla zespołu – należy się przygotować, by od dwudziestej działać w trybie „wszystkie ręce na pokład”.
Zmrok już dawno zapadł, jednak przez wysokie okna salonu na Bernardyńskiej wpadały do środka słabe smugi miejskiej poświaty, przez co przyzwyczajony do ciemności wzrok mógł rozróżniać niewyraźne kontury mebli na tle białych ścian.