Anabella – Rozdział LXXXV

Anabella – Rozdział LXXXV

Kiedy Iza, która od kilkunastu minut rozmawiała na osobności ze znajomą blondynką z długim warkoczem, wraz z nią udała się na zaplecze i zniknęła tam na dobre, dopijający wodę mineralną Michał uznał, że teraz już naprawdę czas się stąd wynosić. Wprawdzie postanowienie opuszczenia lokalu podejmował wielokrotnie od jakichś dwóch godzin, w trakcie których zamówił już i skonsumował trzy wody mineralne, małe piwo i paczkę paluszków, za wszystko płacąc z góry, by w każdej chwili móc wyjść bez przeszkód, jednak następnie porzucał ten zamiar i zostawał na kolejnych pięć lub dziesięć minut, które niepostrzeżenie przeciągały się o drugie tyle. Niemniej teraz chyba rzeczywiście nie miał już tutaj nic do roboty, bowiem wnioski wyciągnięte z dłuższej obserwacji zachowania Izy były na tyle zadowalające, że dalsze ryzykowanie, iż zostanie zauważony i rozpoznany, mijało się z celem.

Wnioski te były dla niego uspokajające. Przez dwie godziny, jakie minęły od początku urodzinowej imprezy szefa Anabelli, Iza niewiele czasu spędziła przy stole, a z solenizantem rozmawiała krótko tylko dwa czy trzy razy, zapewne na temat szczegółów organizacyjnych. Przez resztę czasu albo uwijała się przy obsłudze gości na równi z dwiema innymi kelnerkami, albo w ogóle jej nie było, gdyż na długie kwadranse znikała na zapleczu, niewątpliwie nadzorując tam przygotowanie kolejnych dań, a być może i ogólne działanie lokalu. Michał zauważył bowiem, że pozostali członkowie zespołu, również ci pracujący na otwartej części sali, niejednokrotnie szukali jej, by o coś zapytać, a następnie wykonywali jej zalecenia. Jej zachowanie w istocie wskazywało na rutynowy dzień w pracy, dziś wyjątkowo uciążliwy ze względu na konieczność doglądania prywatnej imprezy szefa.

Co prawda Michałowi nie podobała się ta rola dyrygentki, świadczyła bowiem o jej wysokiej (w jego odczuciu, zbyt wysokiej) pozycji w hierarchii Anabelli, co na dłuższą metę mogło przywiązać ją mentalnie do tego miejsca i przez to skutecznie zniechęcić do powrotu na stałe do Korytkowa. Jednak z drugiej strony mimo wszystko imponowała mu odpowiedzialność, jaką powierzył Izie „ten cholerny Błaszczak”, którego Michał wprawdzie osobiście nie znosił, lecz który mimo wszystko, jak sam musiał obiektywnie przyznać, był obrotnym i skutecznym biznesmenem. To, że ów człowiek oddał w ręce Izy dużą część zadań zarządczych w swojej firmie, świadczyło niezbicie o jej wartości jako pracownika oraz niewątpliwie o wrodzonym talencie, jaki miała do prowadzenia interesów. Tak, to był jej wielki i niepodważalny atut… Teraz należało tylko popracować nad tym, by ukierunkować go we właściwą stronę.

Co do szefa Anabelli, wnioski z dwugodzinnej obserwacji zachowania Izy wprawdzie znacząco uspokoiły Michała, jednak bynajmniej nie skłoniły go do ocieplenia wrogiego nastawienia względem niego. Jakimś głębokim instynktem wyczuwał w nim niebezpiecznego przeciwnika, choćby z racji hipotezy, wszak wielce prawdopodobnej, że kiedy Iza skończy studia, będzie chciał zatrzymać ją na stałe w swojej firmie. Tak, to na pewno… ale nie tylko to. Było coś jeszcze, coś, czego Michał nawet nie chciał explicite formułować w myślach, gdyż zalążek tej idei już sam w sobie doprowadzał go do szewskiej pasji. Dlatego, kiedy Iza na długie kwadranse znikała na zapleczu, jego chmurny wzrok rzucany spod kaptura skupiał się na sylwetce Majka, który przez ostatnie dwie godziny prawie nie opuszczał swego towarzystwa, rozmawiając z gośćmi wśród cyklicznych salw serdecznego śmiechu. Mimo że dla Michała, w kontekście Izy, była to okoliczność korzystna, zdecydowanie do zaliczenia na plus, nie wiedzieć czemu szampański humor szefa lokalu, którego charakterystycznie rozczochrana czupryna z daleka rzucała się w oczy przy urodzinowym stole, jakoś wyjątkowo działał mu na nerwy.

A zatem tym bardziej należało już iść. Tak, zdecydowanie, nie miał tu nic więcej do roboty, teraz naprawdę lepiej było stąd zniknąć, żeby nie prowokować losu. A z Izą porozmawia za tydzień. Tak, porozmawia z nią, podpyta o wszystko, co go dręczy, i spróbuje skierować jej uwagę na właściwe tory. Co prawda ostatnio szło mu to strasznie opornie, jak po grudzie, zupełnie inaczej niż kiedyś, kiedy to wystarczało jedno słowo, by biegła za nim ślepo, dokąd tylko chciał… Ale to nic. Odzyska to. Odzyska jej uwagę, zaufanie i uczucie, jakim darzyła go w przeszłości. Odzyska wszystko! Wpłynie na nią jak dawniej i to właśnie z nią wróci do Korytkowa prowadzić interes ojca. Z nią, z nią jedną! Wyrwie ją z tego lubelskiego kontekstu, w którym poczuła się już chyba nazbyt swobodnie, i skłoni ją do powrotu tam, gdzie było ich miejsce. Jego i jej. Głupi był, że wcześniej tego nie rozumiał! Czy naprawdę musiał prawie ją stracić, żeby wreszcie dotarła do niego ta prawda?

Powracające z zamierzchłych czasów wspomnienie zakochanej w nim bez pamięci Izy, jej wzniesionych na niego brązowych oczu przepełnionych blaskiem najczulszej i najwierniejszej miłości oraz smaku jej ust, tak bezgranicznie mu oddanych i uroczych jak żadne inne na świecie, sprawiło, że Michał zadrżał. Miał ją już przecież! Była na wyciągnięcie ręki, gotowa trwać przy nim na dobre i na złe, spędzić z nim całe życie bez względu na wszystko! Tyle razy o tym mówiła, prosząc go o zapewnienia, że on myśli tak samo… Denerwowało go to wtedy, bo czuł się przez nią skrępowany i osaczony… ech, głupiec! Ona przecież chciała tylko wzajemności, poczucia, że to, co mu daje, było dla niego ważne! Jak mógł to zmarnować? Jak mógł pobiec za innymi i zostawić ją… właśnie ją… tę, za którą teraz oddałby wszystkie inne kobiety, jakie kiedykolwiek trzymał w swoich ramionach! Gdyby mógł cofnąć czas…

No i z czego ten Błaszczak tak się głupio śmieje? Humorek mu dopisuje, nie ma co. Aha, cwaniak jeden! Tak wysoko postawił Izę w swojej firmie, dał jej pozycję, władzę, poczucie sprawczości… Niby po co to zrobił? Niewątpliwie po to, by na stałe zatrzymać ją u siebie! Chytra sztuka! Umiał skorzystać z sytuacji, wziął ją pod włos, żeby sfidelizować ją i utrudnić jej w przyszłości decyzję o opuszczeniu tej cholernej knajpy. A to znaczy, że musiało mu na tym bardzo zależeć. I oby chodziło tylko o to! Bo jeśli w tym wszystkim było drugie dno… w tym, że awansował ją tak szybko… w tym, że pozwalał innym swoim pracownikom nazywać ją szefową… wszak sama Iza przyznała, że to jest dwuznaczne! A jeśli zrobił to specjalnie? Jeśli sam chciał tej dwuznaczności? I jeszcze ta komitywa, te ich spojrzenia, uśmiechy… Ech! Potworna myśl! Nie do zniesienia!

A z drugiej strony może to przesada? Przecież obiektywnie Iza nadal była wierna jemu, Michałowi! Sama mu to powiedziała, rok temu w Old Pubie jasno zaznaczyła, że nie chce być z nikim innym. Dlaczego miałby jej nie wierzyć? Co prawda podpadł jej mocno, a jego ojciec dodatkowo napsuł mu szyków tą idiotyczną działką od Andrzejczakowej, ale czy to tak naprawdę cokolwiek zmieniało? Obiektywne fakty były takie, że od ich rozstania sprzed pięciu lat Iza nie związała się z nikim innym, odrzuciła nawet względy bogatego, zakochanego w niej do szaleństwa Belga. Jej czyny mówiły więcej niż słowa i nawet jeśli miała do niego, Michała, uzasadniony żal, to jej serce prawdopodobnie nadal należało do niego. Przecież tyle razy powtarzała mu, że kocha tylko jego i będzie kochać już zawsze, do końca życia… a taka dziewczyna jak Iza nie rzuca słów na wiatr! Teraz trzeba tylko odzyskać jej zaufanie.

I tak będzie! O tak! Choćby miał stanąć na głowie, choćby nie wiadomo ile czasu miało mu to zająć, odzyska je! Zrobi wszystko, żeby znów ją mieć, tym razem na zawsze… Tak, tak będzie! Dopnie swego! Odzyska Izę i nie odda jej nikomu! Żaden Błaszczak ani inny cwaniak nie będzie już właził mu w drogę i śmiał mu się w twarz! Owszem, dzisiaj Błaszczak postawił na swoim, ale to się wkrótce zmieni! Już w najbliższą niedzielę to on, Michał, będzie miał swój czas i nie zmarnuje go. Ale teraz lepiej stąd iść. Nie ryzykować, że Iza nakryje go na szpiegowaniu albo że zapamięta go któraś z jej koleżanek. I przede wszystkim nie patrzeć już na tę głupio roześmianą gębę Błaszczaka! Tak, zdecydowanie… czas już się wynosić.

Powziąwszy to postanowienie, Michał jednym haustem dopił wodę ze szklanki, odstawił ją na blat, po czym, rzuciwszy jeszcze raz chmurne, wrogie spojrzenie w kierunku brylującego w towarzystwie swych gości szefa Anabelli, podniósł się od stolika i nieśpiesznie opuścił salę.

***

Ledwie młody mężczyzna w kapturze wyszedł z lokalu, towarzystwo z urodzinowego stołu również poderwało się ze swoich miejsc przy wtórze oklasków i przeciągłego, chóralnego okrzyku entuzjazmu. Z boku wyglądało to tak, jakby zakończyli już przyjęcie i odchodzili od stołu, jednak szybko okazało się, że tylko przenoszą się w inne miejsce, tym razem w okolice odsłoniętego parkietu, już wcześniej przygotowanego pod dyskotekę przez dwóch ochroniarzy Anabelli. Jednocześnie w drzwiach zaplecza ukazała się Iza ze swoją towarzyszką z blond warkoczem, po które została wysłana jedna z kelnerek, po czym wszystkie trzy dołączyły do przyjaciół zgrupowanych przy parkiecie. Siedzący na sali klienci również zauważyli, że chyba szykuje się początek dyskoteki, bo niektórzy zaczęli podnosić się z krzeseł i powoli przechodzić w tamtym kierunku.

Widząc to, didżej, któremu towarzyszyła jaśniutka blondynka o delikatnej urodzie, poprosił przez mikrofon o uwagę i zapowiedział, że, owszem, dyskoteka wkrótce się rozpocznie, jednak dziś będzie mieć inny charakter niż zwykle, bowiem odbędzie się wyłącznie przy wtórze muzyki francuskiej. Jego słowa powitał okrzyk zdziwienia i zdezorientowania ze strony zebranych przy parkiecie ludzi.

– Ma to związek z imprezą, jaką dziś wydajemy w lokalu z okazji jutrzejszych urodzin naszego szefa! – wyjaśnił wesoło Antek.

Wskazał przy tym na stojącego nieopodal Majka, który na te słowa postąpił krok do przodu i złożył wszystkim teatralny, komicznie przerysowany ukłon. Tłum natychmiast zareagował na to gromką owacją i okrzykami sympatii pod adresem powszechnie lubianego restauratora.

– Oczywiście nie powiem których, bo nie chcę zginąć z jego ręki! – zastrzegł Antek i roześmiał się na widok Majka, który na te słowa pogroził mu żartobliwie palcem. – Ale zapewniam, że nasz szef, jak zresztą widać gołym okiem, to bardzo młody człowiek! A ponieważ impreza odbywa się w stylu francuskim, to i muzyka musi być francuska! Może to nie jest do końca styl, w jakim od lat utrzymujemy nasze dyskoteki, ale dziś robimy wyjątek, bo specjalne życzenie szefa to dla nas absolutna świętość!

Nadal nieco zdezorientowany, ale jednocześnie coraz bardziej zaciekawiony oryginalną formułą dyskoteki tłum skwitował te słowa kolejną falą oklasków, za co Majk podziękował im szerokim uśmiechem.

– Tak czy inaczej proszę się nie martwić, bo razem z moją Karolinką – tu Antek cofnął się o krok i objął ramieniem zawstydzoną dziewczynę – wybraliśmy dla państwa najlepsze francuskie kawałki ever! To będą utwory, przy których, jak zaraz się przekonacie, nogi same rwą się do tańca!

To zapewnienie wystarczyło do tego, by klienci, wydając okrzyk entuzjazmu, zaakceptowali zaproponowaną konwencję i tym liczniej stłoczyli się przy parkiecie. Goście, którzy dotąd pozostali przy stolikach, w tym Beata, Emilia i dwie koleżanki Darii, teraz również zaczęli się podnosić i powoli podchodzić bliżej.

– Ale jeszcze nie zaczynamy! – zastrzegł Antek, wskazując na stojącą tuż obok niego paczkę przyjaciół Majka i Pabla. – Na początek specjalne zamówienie naszych gości, którzy w ramach prezentu urodzinowego chcą wykonać dla szefa układ walca wiedeńskiego!

– Ach! – roześmiała się publiczność, machając do Majka i podnoszeniem kciuków wyrażając poparcie dla tej inicjatywy. – Brawo!

– Dodam, że jest to już swego rodzaju tradycja w naszym klubie – mówił dalej Antek. – A została zapoczątkowana mniej więcej dwa lata temu przez tę oto parę! – z uśmiechem wskazał na przygotowanych do wyjścia na parkiet Pabla i Lodzię. – I to właśnie oni będą dziś prowadzić pozostałych! Chudy, światło! – dodał, zwracając się do kolegi, który w jego zastępstwie podjął się obsługi punktowego reflektora zawieszonego pod sufitem.

Uśmiechnięty Pablo wyprowadził Lodzię na środek parkietu, co zebrani powitali brawami, zaś za nimi wyszły trzy kolejne pary przyjaciół, przy czym w ich przypadku widać było, że entuzjazm do tańca wykazują jedynie panie, podczas gdy panowie wyglądają niczym posępne woły prowadzone na rzeź. Jednak nim wspomniana szóstka znalazła się na parkiecie, chętnie ustępując Pablowi i Lodzi centralnego miejsca, na które padał najsilniejszy strumień światła, jedna z pań ustawiła krzesło na skraju odsłoniętej podłogi, a następnie wraz z koleżankami stanowczymi gestami przyprowadziła i usadziła na nim Majka. Ów ze śmiechem poddał się ich rozkazom i rozłożywszy ręce w geście bezradności, bez protestu zajął wskazane miejsce. Tymczasem ta sama, elegancko ubrana kobieta o długich kasztanowych włosach podeszła do Antka i poprosiła go o przekazanie jej na chwilę mikrofonu.

– Małe dopowiedzenie i wyjaśnienie! – rzuciła dźwięcznym głosem, uśmiechając się do siedzącego na krześle Majka. – Jak już wspomniał Antek, za chwilę będziemy tańczyć walca dla naszego niezrównanego kolegi i przyjaciela Majka! – tu jej słowa na moment zagłuszył gromki okrzyk aprobaty i oklaski ze strony tłumu. – Natomiast on, jako solenizant, będzie naszym arbitrem i na koniec wybierze parę, która, jego zdaniem, najbardziej się postara i włoży w taniec najwięcej serca!

Zebrani przy parkiecie ludzie roześmiali się, zerkając na Majka, który na słowa Justyny swobodniej rozsiadł się na krześle, nonszalancko skrzyżował nogi i założył sobie w żartobliwym geście ręce na piersiach, przyjmując pozycję i minę surowego sędziego. Tymczasem Justyna pokiwała głową do Wojtka i Kajtka, którzy z daleka dawali jej porozumiewawcze znaki, i znów podniosła mikrofon do ust.

– Ale mamy jeszcze jedną małą prośbę! – ciągnęła. – A właściwie postulat, od którego nie ma wymówki! Mianowicie chcielibyśmy, żeby w walcu, który za chwilę wykonamy dla naszego solenizanta, wzięła udział przynajmniej jedna para reprezentująca Anabellę! Para wyłoniona spośród pracowników tego lokalu!

Jej słowa skwitował kolejny wybuch gromkich braw, zaś członkowie zespołu Anabelli, zajęci wykonywaniem swoich obowiązków w różnych miejscach sali, zareagowali na tę propozycję ze zdziwieniem, ale i z zaciekawieniem. Zarówno kelnerki, jak i barmanki, a także ochroniarze, poczuli się w ten sposób wywołani do uformowania zwartej grupy i dopingowania swej reprezentacji w walcu na cześć szefa, dlatego na sygnał Antka wszyscy natychmiast przerwali pracę i w ciągu kilkudziesięciu sekund zbiegli się w jedno miejsce, wysyłając naprędce na zaplecze Zuzię, by sprowadziła stamtąd również kucharki.

Iza, która zatrzymała się skromnie nieopodal Antka i Karoliny, z góry wiedziała, czym to pachnie, dlatego nie zdziwiło jej, kiedy zarówno goście Majka, jak i koleżanki oraz koledzy z zespołu natychmiast wytypowali ją do tańca w rzeczonej reprezentacji Anabelli. Karolina ze śmiechem pociągnęła ją za rękę, a Klaudia i Ola zawtórowały jej, wypychając koleżankę na parkiet.

– Z damską częścią pary nie mamy problemu! – podsumowała wesoło ich gesty Justyna. – Anabellę reprezentować będzie oczywiście Iza! Tym bardziej, że to ona jest dziś główną organizatorką naszej francuskiej imprezy! Chodź, Izunia, wyjdź na środek – zaprosiła nieprzekonaną do tej roli, ale posłusznie poddającą się jej dziewczynę. – Znamy już Izę i wiemy, że potrafi świetnie tańczyć – zaznaczyła, obejmując ją ramieniem. – A zwłaszcza walca! Więc teraz wytypujcie jeszcze spośród siebie jakiegoś pana! – dodała, zwracając się do zespołu restauracji, do którego właśnie dołączyła Zuzia i kucharki. – Tylko szybko, bo nie ma czasu… Antek, może ty?

Antek pokręcił przecząco głową, wskazując ręką na swoją konsolę na znak, że musi pilnować oprawy muzycznej, i na chwilę zapadła przerywana szeptami i śmiechami tłumu cisza, wśród której stłoczeni w ścisłej grupce członkowie ekipy Anabelli gorączkowo dyskutowali między sobą.

Tymczasem Iza zdążyła już na tyle pogodzić się z sytuacją, że postanowiła podejść do sprawy z humorem. Choć znała plan Justyny i jej przyjaciółek, dotąd miała cichą nadzieję na to, że uniknie walca, tym bardziej że zawsze tańczyła go z Victorem, on zaś, jak by na to nie spojrzeć, był naprawdę znakomitym tancerzem, jakiego próżno byłoby szukać wśród męskiej części zespołu Anabelli. Czy ktokolwiek z kolegów mógłby choć w pięćdziesięciu procentach równać się z Victorem? Nie, w żadnym wypadku, z nim nie miał szans nikt ze znajomych panów znajdujących się dziś na sali… no, może z wyjątkiem Pabla, ale on po pierwsze miał tańczyć z Lodzią, a po drugie nie należał do grona pracowników firmy. Dlatego, rozbawiona żartobliwą konwencją konkursu tanecznego, w której Majk miał zostać arbitrem, pomyślała, że skoro każą jej tańczyć, to należy nadać temu tańcowi jakąś wesołą formułę, która rzeczywiście mogłaby sprawić szefowi przyjemność i szczerze go rozśmieszyć. W skupieniu przesuwała więc wzrokiem po twarzach kolegów…

Nagle, olśniona pomysłem, który spontanicznie przyszedł jej do głowy, podbiegła do naradzającej się grupki i nie wdając się z nikim w dyskusję, złapała pod ramię Toma, którego możliwości taneczne, jak dobrze wiedziała, sytuowały się poniżej wszelkich norm. Koleżanki i koledzy, jak również Majk, paczka jego przyjaciół oraz klienci zebrani przy parkiecie zareagowali na jej gest wybuchem śmiechu i oklasków, zaś przerażony Tom cofnął się o krok i literalnie wrył się w ziemię, nie pozwalając się ruszyć w żadną stronę nawet o milimetr.

– Ja?! – wydukał z autentycznym przestrachem. – Nie, Iza, no co ty! Nie wygłupiaj się… przecież ja się do tego nie nadaję!

– Idziesz, Tomek! – zawołała wesoło Iza, z całej siły ciągnąc go za ramię. – No już! Tańczysz ze mną! No żesz, rusz się, człowieku, nie bądź taki uparty! Przecież to tylko dla żartu. Wybieram sobie na partnera ciebie i nie ma dyskusji! Słyszysz?! Idziemy! Polecenie służbowe! Będziesz tańczył ze mną dla szefa!

Aplauz, jaki wtórował jej słowom, zagłuszał je prawie całkowicie, a entuzjazm, jaki wszyscy wykazali wobec tego pomysłu, powoli skruszył opór Toma, który, choć w pierwszych sekundach miał minę, jakby zamierzał się rozpłakać, w końcu uległ i pozwolił Izie pociągnąć się na środek parkietu. Zarówno pozostali tancerze, jak i Majk, nie mówiąc już o reszcie ekipy Anabelli, skręcali się ze śmiechu na widok pary, która ustawiła się obok Pabla i Lodzi jako taneczna reprezentacja firmy. Drobna, ubrana w pomarańczową sukienkę sylwetka Izy niemal niknęła przy ogromnej, muskularnej postaci ochroniarza i jedynie jaskrawy kolor jej kreacji odrobinę łagodził tę wizualną dysproporcję.

– Nie martw się, Tomciu! – zagadnęła wesołym tonem, ustawiając się naprzeciw niego i kładąc mu dłoń na ramieniu. – No, stań w pozycji… zobacz, jak robią to inni. Nie martw się, będzie dobrze, zatańczymy jak na naszych nocnych próbach! Potraktuj to jako zabawę i prezent dla szefa! Zobacz, jak mu się podoba!

Tom zerknął niepewnie na pokładającego się na krześle, zaśmiewającego się do łez Majka i jego twarz nieco się rozjaśniła.

– No dobra – westchnął, kręcąc sceptycznie głową. – Ale serio, Iza… uprzedzam, że będzie mega kwas. Ja nie umiem tańczyć, a z tego, co ćwiczyliśmy, to już dawno wszystko zapomniałem.

– Nie przejmuj się tym! – zaśmiała się Iza, coraz bardziej ulegając atmosferze ogólnej wesołości, jaka teraz już do cna opanowała całą salę. – Będziemy improwizować!

Tymczasem zachwycona wizją szampańskiej zabawy reszta ekipy ustawiła się wzdłuż linii parkietu sąsiadującej z konsolą Antka i wszyscy naraz, klaskając w dłonie, rozpoczęli iście stadionowy doping, budząc tym jeszcze większe rozbawienie wśród zebranych gości.

– Iza-Tom! Iza-Tom! Iza-Tom! Ana-bella! Iza-Tom! Ana-bella!

Doping, któremu wtórowały napady nieopanowanego śmiechu zarówno tancerzy, jak i tłumów obserwujących przygotowania do walca, potrwały jeszcze dobrych kilka minut i dopiero po tym czasie Antek, z trudem opanowawszy rozbawienie, zapowiedział rychły początek utworu i poprosił o ciszę. Hałas stopniowo opadł, publiczność uspokajała się powoli, pozostałe pary również opanowały się i znów stanęły w gotowości do tańca. Światło na sali przygasło, tylko jego strumień padający z reflektora, którym sterował Chudy pod wodzą Karoliny, jasno oświetlał sam środek parkietu, a ściślej jego pustą przestrzeń między trzema parami stojącymi w centrum – Lodzią i Pablem, Justyną i Wojtkiem oraz Izą i Tomem. Jeszcze kilkanaście sekund, które Antek pozostawił na uciszenie się ostatnich szmerów i z głośników huknęła muzyka w rytmie walca wiedeńskiego.

Dostojna, majestatyczna muzyka, a także ciekawość publiczności co do jakości tańca w wykonaniu poszczególnych par, w tym zwłaszcza pary reprezentującej Anabellę, chwilowo wygasiły panujące na sali rozbawienie, które obecnie zamieniło się w skupienie podszyte zaintrygowaniem. Jedynie koleżanki i koledzy Izy i Toma nadal kipieli ze śmiechu, obserwując nieporadne ruchy ochroniarza, który sztywno objął dziewczynę wpół i w obawie, by nie podeptać jej po palcach, wbił wzrok w podłogę, całą uwagę koncentrując na tym, gdzie stawia swoje olbrzymie stopy. Iza, świadoma tego, że w każdej chwili któraś z jej nóg rzeczywiście może zostać zmiażdżona pod wielkim jak kajak butem Toma, bardziej skupiała się na bieżących unikach niż na trzymaniu się kroków walca, co sprawiło, że oboje pod względem jakości tańca szybko zaczęli odstawać na tle innych par, zwłaszcza w porównaniu ze znakomicie tańczącymi Pablem i Lodzią.

„Jednak nie ma to jak dobry partner do tańca” – pomyślała Iza, sztywno zakleszczona w objęciach Toma, który tańczył jak drąg z mięśniami mocno spiętymi ze stresu. – „Może Tomek to jednak nie był najlepszy pomysł? Robimy z siebie niezły cyrk… Niby to tylko zabawa, ale może jednak Chudy albo Tymek zrobiliby to lepiej? Przynajmniej nie bałabym się aż tak, że mnie nadepną…”

Obserwujący ich koledzy z zespołu nadal dopingowali ich z daleka uśmiechami i aprobującymi ruchami dłoni, jednak nawet oni zbyt wyraźnie widzieli różnicę pomiędzy tańcem Izy z Victorem, który niejednokrotnie mieli już okazję obserwować, a ową parodią walca w wykonaniu Toma. Również Majk, który na początku zaśmiewał się do rozpuku z awangardowego składu pary reprezentującej jego firmę, teraz spoważniał i z lekkim niesmakiem, a nawet zaniepokojeniem śledził niezgrabne ruchy ochroniarza, jakby sam również bał się o to, iż ów dotkliwie podepcze po nogach swą zwiewną partnerkę. Na taniec pozostałych przyjaciół praktycznie nie zwracał uwagi, mimo że wszyscy, nawet Kajtek i Dominika, tańczyli o niebo lepiej.

Z każdym krokiem Toma, choć publiczność rozumiała żartobliwą konwencję tańca, do którego zaciągnęła go Iza, wśród obserwującego ich tłumu coraz częściej zaczęły się odzywać parsknięcia śmiechem i niezbyt pochlebne uwagi podszyte ironią.

– Świetna reprezentacja klubu! – zaśmiał się ktoś na tyle głośno, że jego słowa przebiły się przez grającą głośno muzykę. – Haha! Majk, serio nie stać cię na więcej?!

Mimo że dowcipniś natychmiast został uciszony zniecierpliwionymi syknięciami swych sąsiadów, Majk, do którego uszu dotarł ten komentarz, spoważniał teraz jeszcze bardziej i w milczeniu, z zagryzionymi wargami śledził niezręczne ruchy Toma tańczącego niczym przysłowiowy słoń w składzie porcelany. Tymczasem Iza, uznając, że trzeba ratować sytuację, przypomniała sobie o zaleceniach, jakie swego czasu dała koledze w kwestii tańca z Darią, i podniosła głowę, by zbliżyć usta do jego ucha.

– A teraz skup się, Tomciu! – powiedziała do niego. – Robimy nasz numer z podnoszeniem partnerki w górę… pamiętasz?

– Aha – mruknął Tom, który teraz już do końca stracił koncentrację i jeszcze bardziej wypadł z rytmu. – Dobra… tylko powiedz mi kiedy, okej?

Jednocześnie zarzucił układ walca i położył obie dłonie na jej talii, przygotowując się do wykonania polecenia, co sprawiło, że przestał panować nad nogami i niechcący przydepnął jej palce.

– Auć… uważaj! – zdyscyplinowała go Iza, odruchowo odskakując od niego. – Dobra, najwyższy czas na naszą figurę. Poczekaj, odliczę… trzy… dwa… jeden… i…!

– Stop! – rozległ się nagle stanowczy głos Majka, który, widząc, że Tom przydepnął Izę, jak oparzony zerwał się ze swojego krzesła i dał znak Antkowi, że ma zatrzymać muzykę.

Walc urwał się w pół nuty, a zdezorientowane pary, w tym również Iza i Tom, zatrzymały się na środku parkietu.

– Co jest, stary? – rzucił z niezadowoleniem Pablo.

– Chwila! – odparł uspokajająco Majk, zmierzając w stronę Toma i Izy. – Zaraz puścimy walca od nowa, ale najpierw muszę zdjąć z parkietu tego mistrza, zanim zrobi komuś krzywdę!

Po czym, podszedłszy do Toma, stanowczym ruchem głowy wskazał mu, że ma puścić Izę i odejść na bok.

– No już! – rzucił do niego rozkazującym półgłosem. – Zjeżdżaj mi stąd, patałachu!

Choć słowa te, niedosłyszalne dla publiczności, stanowiły jawnie negatywną ocenę tańca Toma, ów przyjął decyzję szefa nie tylko bez żalu czy protestu, ale wręcz z radością i wdzięcznością, a w całej jego postawie można było dostrzec teraz przeogromną ulgę. Natychmiast zluźnił uścisk, w którym nawet po ustaniu muzyki nadal bezwiednie gniótł Izę, i odsunął od niej, a następnie czym prędzej czmychnął z parkietu, starając się wtopić w tłum. Pech chciał, że trafił wprost na miejsce, gdzie stały Beata, Emilia i dwie koleżanki Darii, co jeszcze bardziej zbiło go z tropu, jednak, na jego szczęście, rzadko kto patrzył teraz na niego, bowiem wszystkie oczy utkwione były w postaci szefa lokalu w oczekiwaniu na moment, kiedy każe wznowić walca. Ów, odprowadziwszy wzrokiem Toma, przeniósł teraz spojrzenie na Izę, która w niemej odpowiedzi uśmiechnęła się do niego bezradnie, rozłożyła ręce i również odwróciła się, by zejść z parkietu.

– Nie, ty zostajesz! – zatrzymał ją Majk.

Odwróciła się zaskoczona. Również pozostałe pary stojące na parkiecie spojrzały ze zdziwieniem na solenizanta, podobnie jak reszta zespołu Anabelli… ba, zdawać się mogło, że wszyscy zebrani na sali wstrzymali teraz oddech, jakby przeczuwali, że za chwilę nastąpi coś spektakularnego. I tak się stało. Majk szybkim, zwinnym ruchem ściągnął z siebie skórzaną kurtkę, odwrócił się i zamachnąwszy się, posłał ją w poprzek parkietu w kierunku opuszczonego krzesła arbitra. Kurtka co prawda spadła tuż obok, jednak stojąca niedaleko Klaudia natychmiast schyliła się i podniosła ją, a następnie ułożyła ją na oparciu krzesła, nie odrywając oczu od sceny rozgrywającej się na środku parkietu.

Szef lokalu, który obecnie został w szarej koszuli przetykanej połyskującą jedwabną nicią, swobodnym gestem przesunął sobie ręką po włosach i postąpiwszy w stronę zdezorientowanej Izy stojącej wciąż w tym samym miejscu, wyciągnął ku niej prawą dłoń, schylając się lekko w pełnym powagi ukłonie. Zdumiona publiczność, odgadując w tym wymownym geście zaproszenie do tańca, na chwilę zaniemówiła, po czym nagle huknęła jak wulkan gorącymi brawami i okrzykami uznania. Parom przyjaciół stojącym nieopodal na parkiecie z zaskoczenia opadły szczęki, a Pablo i Lodzia spojrzeli na siebie z mieszaniną oszołomienia i niedowierzania.

Iza patrzyła na Majka szeroko otwartymi oczami.

– Chcesz zatańczyć? – zapytała zdziwionym tonem na tle aplauzu tłumu, który prawie całkowicie zagłuszał jej przyciszony głos. – Ale… jak to? Przecież sam mówiłeś… rezerwacja sentymentalna…

Majk uśmiechał się, wciąż nie cofając dłoni wyciągniętej ku niej w nalegającym geście.

– Owszem – odparł swobodnie. – Nie pierwsza i nie ostatnia. No już… zatańcz ze mną, elfiku. Potraktuj to jako wyjątek w trybie terapii.

Oczy Izy zalśniły nagle niezmierzoną, oszałamiającą radością.

– Ach! – uśmiechnęła się, chętnie podając mu dłoń i odwzajemniając symboliczny ukłon. – Skoro tak, to co innego! Jak sobie życzysz, szefie!

Majk odpowiedział jej jeszcze promienniejszym uśmiechem, który rozświetlił jego twarz aż po głębiny oczu, po czym stanowczym gestem przyciągnął ją do siebie i obejmując ją drugą ręką wpół, zerknął przez ramię na Antka, ruchem głowy dając mu znak, że ma wznowić muzykę. Ta natychmiast popłynęła z głośników, Antek bowiem spodziewał się tej komendy i w lot czytając w myślach szefa, puścił walca nie od przerwanego miejsca, tylko od początku. Pary znów ruszyły wśród burzy oklasków, które niemal zagłuszały muzykę, bowiem nikt w lokalu jeszcze nigdy nie widział szefa Anabelli na parkiecie, a nawet jego wieloletni przyjaciele, którzy znali go z dawnych czasów, zdążyli już przyzwyczaić się do faktu, że Majk nie tańczy i że żadna, nawet nadludzka siła nie jest w stanie go do tego zmusić. Niedziwne więc, że po pierwszej fali zdumienia wszyscy, w tym również pozostałe tańczące pary, skupili wzrok właśnie na nim, by zobaczyć, jak będzie sobie radził.

A radził sobie doskonale. Pomimo długiej przerwy w trenowaniu umiejętności, którą niegdyś opanował do perfekcji, w jego ruchach i całym zachowaniu nie było widać ani cienia niepewności czy spięcia. Ba! Wręcz można było pomyśleć, że tylko czekał na to, by móc uwolnić z siebie kotłującą się od lat gdzieś we wnętrzu niespożytą energię! Nawet osoby, które znały go tylko z widzenia lub wcale, nie mogły nie dostrzec, że aż kipiał od środka pragnieniem wyzwolenia owej energii i pofrunięcia po parkiecie w rytm muzyki, pociągając za sobą dziewczynę w jaskrawej pomarańczowej sukience, której drobna i zwiewna, lekka jak motyl sylwetka zdawała się być stworzona do tańca.

Wciąż oszołomiona tym nagłym zwrotem akcji Iza, nadal nie mogąc do końca uwierzyć w to, co się dzieje, poddała się w pełni gestom Majka tak samo, jak zazwyczaj z pełnym posłuszeństwem poddawała się gestom Victora. Wystarczyło jej kilka pierwszych kroków, by z radością i uznaniem odnaleźć w nim równie znakomitego tancerza, który doskonale wie, w jaki sposób należy prowadzić partnerkę po parkiecie. Jakaż ogromna, nieopisana różnica w porównaniu ze sztywnym i niezdarnym Tomem! Oboje w mgnieniu oka dostosowali się do wspólnego rytmu i zupełnie nie zważając na kroki walca, które układały im się instynktownie same, popatrzyli sobie w oczy z niemożliwą do wysłowienia radością, która nie tylko opromieniała ich twarze, ale przejawiała się w każdym ruchu ich postaci.

Skąd w sercu Izy brała się ta szalona, niemal obezwładniająca radość? Czy tylko z samego tańca, który niósł ich po parkiecie w zgodnym rytmie, jakby wokół nie istniało nic poza tym? Nie, zdecydowanie nie. Iza nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Owa radość brała się z poczucia, że oto Majk, uwolniwszy się w ten sposób od kolejnego sentymentalizmu, który od lat pętał jego serce i duszę, zrobił kolejny krok ku światłu… kolejny mozolny krok naprzód w ich trwającej już od niemal półtora roku terapii złamanych serc! W dniu dzisiejszym był to już drugi krok, bo przecież impreza urodzinowa à la française, budząca podobne skojarzenia z Anią, również odczarowywała jeden z dręczących go od dawna sentymentalizmów. A zatem znów przekroczył samego siebie! Jednego wieczoru wykonał aż dwa kroki ku wolności! Jak lekko i szczęśliwie musiał się dziś czuć! A co najważniejsze, ona, Iza, całym sercem cieszyła się razem z nim!

O tak, cieszyła się, wreszcie się cieszyła… Minął już ten dziwny czas, kiedy myśl o jego uwolnieniu ze szpon dawnych demonów nie sprawiała jej przyjemności. Minęły dni, kiedy w głębi duszy odczuwała wobec niego jakiś absurdalny żal o to, że chciał się oderwać od dawnych idées fixes* i próbował jaśniej myśleć o przyszłości. Jakież to było głupie, jakież niepotrzebne! Jak mogła być tak nieczuła i ograniczona, żeby irytować się z powodu jawnie pozytywnych zmian, jakie zachodziły w jego myśleniu i zachowaniu! Przecież dziś gołym okiem było widać, jak bardzo pomogła mu ich terapia! Przełamał się, wreszcie się przełamał! I to ona, jako jego terapeutka, była pierwszą osobą, z którą stanął na parkiecie po ponad siedmiu latach od ostatniego walca z Anią!

W pamięci frunącej w objęciach Majka dziewczyny odezwały się jego wypowiedziane smutnym głosem słowa sprzed ponad roku, kiedy to, leżąc po pijaku na podłodze w gabinecie Anabelli, zwierzał jej się z tego właśnie sentymentalizmu.

Ponad sześć lat temu… no, już prawie siedem… zatańczyliśmy razem ostatniego walca. Ostatniego dla mnie oczywiściePrzysiągłem sobie wtedy, że w takim razie to będzie ostatni taniec w moim życiu. Pożegnalny taniec z jedyną kobietą, jaką kiedykolwiek kochałem… Frajerstwo i głupota, co? Wiem o tym doskonale. Ale jednak od tamtej pory nie złamałem tej przysięgi

A potem jej współczujący głos. Ale może jeszcze kiedyś ją złamiesz? Może jeszcze kiedyś z kimś zatańczysz

I jego odpowiedź. Nie. Gdybym jeszcze kiedyś z kimś zatańczył, zwłaszcza walca… miałbym poczucie, że bezpowrotnie coś straciłem.

I oto dziś nadszedł dzień, kiedy jednak złamał tę przysięgę! Złamał ją z radością, która promieniała z jego oczu i z każdego gestu, która unosiła ich oboje po parkiecie niczym dwa napełnione helem baloniki. Złamał ją spontanicznie, bo tak ułożyła się sytuacja, przekroczył granicę pod wpływem chwili, poirytowany nieporadnym tańcem Toma. Lecz jakaż zmiana musiała nastąpić w jego głowie i sercu w ciągu tych kilkunastu miesięcy, skoro w ogóle do tego doszło! Po tylu latach stanął do walca… właśnie do owego symbolicznego walca!… i nie tylko nie myślał o tym, że coś traci, ale zachowywał się wręcz, jakby wszystko zyskał! No… może nie wszystko, wiadomo… ale jednak dużo. Wolność. Spokój ducha. Radość i nową energię. A być może i nowy sens życia!

Aplauz obserwujących ich tłumów nie słabł, częściowo zagłuszając muzykę. Szczególny doping dla szefa biegł ze strony zespołu Anabelli, zdumionego tym niespodziewanym publicznym występem, ale w głębi duszy dumnego z jego spektakularnych umiejętności tanecznych. Również przyjaciele z przyjęcia urodzinowego, choć z początku próbowali podjąć taniec, za nic w świecie nie potrafili skupić się na nim, lecz bez przerwy, z mieszaniną uznania i niedowierzania zerkali w stronę Majka, który z wprawą doświadczonego tancerza wiódł po parkiecie Izę miękko poddającą się jego gestom.

Nim minęły dwie minuty walca, pozostałe pary po kolei poschodziły z parkietu, zatrzymując się nieopodal wiwatującej grupki pracowników Anabelli, by stamtąd móc bez przeszkód obserwować solenizanta. O ile jednak Justyna, Dominika i Asia oraz ich mężowie patrzyli na to z uśmiechami na obliczu, żartując między sobą i co chwila podnosząc kciuki na znak uznania, o tyle Pablo i Lodzia, którzy zeszli z parkietu jako pierwsi, przyglądali się tańczącej parze z poważnymi i jakby lekko zaniepokojonymi minami. Od czasu do czasu Lodzia podnosiła na męża swe śliczne błękitne oczy i oboje wymieniali znaczące spojrzenia, mimo że od chwili, kiedy Majk rozpoczął taniec, żadne z nich nie wypowiedziało na głos ani słowa. Bez wątpienia wynikało to z faktu, iż, pomijając Izę, były to jedyne osoby na tej sali, które w pełni zdawały sobie sprawę z wagi tego wydarzenia i przynajmniej do pewnego stopnia znały jego drugie dno.

Iza dość późno zorientowała się, że zostali na parkiecie sami, mimo że doskonale zdawała sobie sprawę z sensacji, jaką dzisiejszego wieczoru stał się ich taniec. Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że to Majk, nie ona, był dziś niekwestionowaną gwiazdą imprezy, to zaś sprawiało jej swoistą ulgę, bowiem nigdy nie lubiła znajdować się w epicentrum uwagi. Lecz skoro tak ułożył się bieg wydarzeń, że to z nią miał zatańczyć po raz pierwszy po tak długiej przerwie… Cóż zresztą było w tym dziwnego? Z kim innym miałby złamać tę psychiczną blokadę, jeśli nie z nią, swoją terapeutką, ze strony której nie musiał obawiać się żadnych niezręcznych podtekstów czy aluzji? Ona sama też nie musiała zaprzątać sobie tym głowy, a to dawało jej niezrównany komfort psychiczny. Mogła popłynąć z nim w każdy wymiar kosmosu, spokojna i bezpieczna, przepełniona bezgranicznym zaufaniem. Przy nim nie musiała stresować się jak przy Victorze, którego umizgi i czułe słówka wprawiały ją w stan dyskomfortu i ciągłego napięcia, nie pozwalając czerpać niezmąconej radości z tańca. Przy nim czuła się tak nieskończenie lekka i szczęśliwa… o tak, szczęśliwa! Przez tych kilka minut tańca naprawdę szczęśliwa!

On zresztą czuł to samo, wiedziała to. Niezawodnym instynktem bratniej duszy rozpoznawała w nim ową niepohamowaną eksplozję energii, którą gołym okiem mogli zaobserwować z boku również inni goście Anabelli, i rozumiała, że w tym momencie on też był szczęśliwy… szczęśliwy bez zastrzeżeń! Skąd miała tę pewność? Chyba po prostu widziała to w jego oczach… w tych uśmiechniętych stalowoszarych oczach, do których tak bardzo pasował kolor jego koszuli i które napełniał niezwykły blask… tak niezwykły, że chwilami, kiedy w rytmie walca frunęli po parkiecie, wydawało jej się, że odbija się w nich błękit pogodnego nieba… a zaraz potem że jaśnieje w nich srebrzysta poświata księżyca w pełni, który widziała na balu sylwestrowym w Liège.

Jakże inaczej, o ileż swobodniej tańczyło jej się z Majkiem niż z Victorem! Czy to z powodu owego niezachwianego poczucia bezpieczeństwa i zaufania bez granic, czy też może, najzwyczajniej w świecie, z racji tego, że Majk był o dobre pół głowy wyższy od Victora, przez co pozycja ich ciał, zwłaszcza przy wykonywaniu niektórych figur, była dla niej znacznie wygodniejsza? Nieistotne! Tak czy inaczej był to taniec, którego bez cienia wątpliwości miała nie zapomnieć już do końca życia… jeden z tych okruchów wieczności, jakie są najbardziej warte tego, by trafić do skarbca najpiękniejszych wspomnień aż po grób.

„Cudownie… cudownie!” – myślała z zachwytem, poprawiając dłoń na jego ramieniu po kolejnym szalonym półobrocie, który musieli wykonać, dotarłszy do skraju parkietu. – „Jesteś genialny, szefie! Dziewczyny na całej sali szaleją już za tobą jak za dawnych lat! A ja jestem dzisiaj elfem, który tańczy!” – uśmiechnęła się trochę do siebie, a trochę do Majka, który właśnie ułożył obie dłonie na jej talii i porozumiewawczo spojrzał jej w oczy na znak, że planuje unieść ją w powietrznym piruecie. – „Ach!… co za szaleństwo! Tańczący elf to ja! Tak jak mówił Vic… i jak zapowiedziała mi we śnie pani Ziutka… Jestem elfem, który wreszcie tańczy! Właśnie dziś!”

Zachwycona, oszołomiona szybkim tempem powietrznego obrotu nad parkietem, w uniesieniu przymknęła oczy, po chwili znów ufnie lądując w ramionach Majka, którego ciepło i znajomy, delikatny zapach eau de Cologne były dla niej najlepszą gwarancją bezpieczeństwa. Nie myślała teraz zupełnie o krokach, jej roztańczone ciało wykonywało wszystkie ruchy jak natchniony automat, oddawszy się całkowicie w jego ręce. Przez głowę przebiegła jej wątła i ulotna myśl, a raczej pytanie, czy mogłaby kiedyś zatańczyć tak z Michałem… Odsunęła je jednak szybko od siebie, jakby sama bała się na nie odpowiedzieć albo zwyczajnie nie chciała zawracać sobie teraz tym głowy. Ach, nie, teraz lepiej nie myśleć ani o tym, ani o niczym innym… nie myśleć, nie rozpraszać się! Jeszcze na minutę lub dwie oderwać się od szarej codzienności i popłynąć w rytm muzyki… uwolnić duszę, by jak rakieta pomknęła aż do gwiazd… nacieszyć się lekkością i szczęściem tańczącego elfa!

Znów przymknęła oczy, pozwalając prowadzić się na oślep. Czuła się teraz jak na zalanej światłem łące ze swojego snu… Gdzie to było? Gdzie wówczas tańczyła niczym motyl w promieniach słońca? Czy to nie była przypadkiem rozległa przestrzeń Majkowego końca świata? Majkowego oraz jej – ich końca świata, jak ostatnio podkreślił, mimo że ona, jak dotąd, odwiedziła to miejsce tylko raz. Lecz przecież drugi i trzeci raz była tam we śnie… Tak, to było tam! Teraz są wśród tłumu ludzi, a jednak ona ma wrażenie, jakby tańczyli na tamtym odludnym pustkowiu pod starym rozłożystym dębem na wzgórzu. Dziwne… są wszak w podziemiach kamienicy i tańczą na parkiecie w sztucznym świetle reflektora, a jej zdaje się, że pod powiekami migają jej promienie wiosennego słońca… Czy to rodzaj bilokacji? Już nieraz przeżywała taki dziwny stan… dziwny i zarazem cudowny, metafizyczny…

Jakże przyjemne było to rozdwojenie jaźni! Zdumiewający stan fluktuacji, w którym tylko jedno pozostawało niezmienne – to, że i tu, i tam był przy niej Majk. O tak, wszędzie byli razem! Razem, we dwoje, spięci w jeden system naczyń połączonych, których główną funkcją była wymiana życiodajnej energii… Taniec sprawiał, że oboje napełniali się nią aż po brzegi serc i dusz, chłonąc ją na kolejne godziny, dni i tygodnie, w tajemniczy sposób nabierając sił do najbardziej intensywnego działania i najbardziej wymagających wyzwań. Jak samochód, który po zatankowaniu pełnego baku paliwa może jechać dalej, pokonując kolejne setki kilometrów… aż do następnego tankowania.

Muzyka dudniła w uszach roztańczonej Izy coraz ciszej… szumiała jak wodospad… przenosiła jej duszę w nierealne otchłanie wszechświata… w nieograniczone ani zmysłami, ani myślą przestrzenie, które szczelnie wypełniała gęsta, mleczna mgła… Czy to ta sama mgła, o której mówiła „cyganka”? Ach… ta mgła rozrzedza się powoli… zaczyna opadać… za chwilę wyłoni się z niej obraz, którego poszukiwała od dawna, za którym tęskniła i który tak bardzo chciała wreszcie uchwycić świadomością… Jeszcze chwila… jeszcze jeden powiew wiatru, który, rozwiewając jej włosy, rozwieje i tę mgłę… jeszcze moment i…

Muzyka zwolniła i urwała się. Majk zatrzymał się wśród burzy oklasków i aplauzu, który składał się już nie tyle z okrzyków co z chóralnego wrzasku rozentuzjazmowanej publiczności. Iza otworzyła oczy, w ułamku sekundy wracając do rzeczywistości. Musiała zresztą wrócić do niej czym prędzej, gdyż zebrani na skraju parkietu przyjaciele natychmiast podbiegli do niej i do Majka, po czym, rozdzieliwszy ich, zaczęli ściskać ich i zasypywać gratulacjami.

– I to była prawdziwa reprezentacja Anabelli! – zawołał wesoło do mikrofonu Antek przy wtórze śmiechu i aplauzu reszty ekipy. – Nasz szef, jak widać, posiada ukryte talenty, których nikt z nas nawet się nie domyślał! Gratulacje i szacun, szefie!

Roześmiany Majk chętnie przyjmował uściski ręki od męskiej części przyjaciół, pozwalając ich damskiej części przytulać się do woli, całować w policzki i czochrać po włosach. Choć Justyna, Dominika i Asia zwykle manifestowały wobec niego żartobliwie sceptyczną postawę, obecnie widać było, że dzięki niespodziewanemu tanecznemu występowi w jednej chwili stał się ich pupilkiem, nad którym rozpływały się w morzu komplementów.

– Ech, Majk, ty stary niedojdo! – zawołała z udawanym wyrzutem Dominika, wspinając się na palce, by żartobliwie uszczypnąć go w policzek. – Ależ taniec! Jak mogłeś na tyle lat pozbawić nas takiej uczty estetycznej!

– Ważne, że ani o jotę nie stracił formy! – zauważyła z uznaniem Asia.

– No właśnie! – przyznała Justyna. – Co by nie mówić, tańczy jak za starych dobrych czasów!

– Gratulacje, stary! – zaśmiał się Kajtek, ściskając mu rękę. – Ale zadałeś im szyku! Pablo pewnie jest zazdrosny, bo pozbawiłeś go dzisiaj palmy pierwszeństwa! – dodał, mrugając do Pabla, który właśnie do nich podszedł.

– Wcale nie! – roześmiał się ów, ściskając rękę Majkowi, który w odpowiedzi poklepał go przyjacielsko po ramieniu. – Frajer świętuje dzisiaj urodziny i to on ma być na piedestale! W dodatku zasłużenie! No, graba, Majk, forma jak za naszych dawnych studenckich czasów! Wystarczyło na ciebie popatrzeć i od razu poczułem się młodszy o dobre dziesięć lat!

Towarzystwo zgromadzone wokół Majka zaśmiało się wesoło.

– Mów, Majk, co się stało, że nagle tak zmieniłeś zdanie! – zawołała Dominika. – Przecież od dawna zarzekałeś się na wszystkie świętości, że już nigdy nie zatańczysz! Nie złamałeś się nawet u Pabla na weselu, mówiłeś, że wyrosłeś z tego na wieki wieków amen! A dzisiaj nagle taka wolta?

– Nie miałem innego wyjścia – odparł Majk, rozkładając ręce w geście bezradności. – Sami widzieliście, jak tańczył ten mój patałach. To miała być reprezentacja firmy? – skrzywił się z niesmakiem. – Hańba na wieki! Musiałem ratować honor mojego klubu!

– Jasne! – roześmiało się towarzystwo. – No tak! Szef musi zawsze trwać na posterunku! W dodatku wyszło ci genialnie! Przeszedłeś w tym samego siebie!

– Ale, co by nie powiedzieć, miał godną partnerkę! – zauważyła Asia, ruchem głowy wskazując na Izę, która kilka metrów dalej rozmawiała ze ściskającą ją serdecznie Lodzią. – Bez niej nie byłoby takiego efektu!

– To prawda – uśmiechnął się stoicko Majk. – Gdybym nie wiedział, co potrafi, nawet nie wyrywałbym się przed szereg.

– Wyszkoliła się do perfekcji przy Victorze, a Majk wykorzystał dzisiaj jej umiejętności, żeby samemu zabłysnąć – pokiwał głową Wojtek. – To się nazywa mieć nosa i żyłkę do interesów, nie?

– Jednym słowem, Iza to w tej knajpie recepta na wszystko – zauważyła wesoło Dominika. – Przyjęcie francuskie, papierologia firmy, nadzór nad obsługą, a do tego reprezentacja w tańcu! No, no! Niezły pakiet! Chodźcie, dziewczyny, musimy jej pogratulować!

Na tę komendę panie zwróciły się w stronę Izy, która właśnie przedstawiała Lodzi Beatę i Emilię, gdyż zachwycone jej występem koleżanki z liceum nie omieszkały przepchnąć się przez tłum, by jej pogratulować. Tymczasem Majka otoczyli ze śmiechem pracownicy z zespołu Anabelli, bowiem oni również czuli potrzebę wyrażenia mu swego uznania. Jako ostatni podszedł również z nieśmiałą miną Tom, niewątpliwie zawstydzony swoją taneczną wpadką, jednak przekonany, że i on powinien uścisnąć dłoń szefa. Majk z uśmiechem poklepał go po ramieniu.

– Dzięki, Tom – mrugnął do niego. – Nie rób takiej miny, jest okej. Masz u mnie mega plusa.

Tych kilka słów natychmiast poprawiło nastrój Toma, który z ulgą znów wycofał się pod ścianę. Zadowolony, że niefortunny epizod z tańcem, którego w głębi duszy nie znosił, zakończył się szczęśliwie, przestał żywić, jak dotąd, cichy żal do Izy za to, że dla żartu wytypowała go na swojego partnera, lecz wreszcie zaczął dostrzegać humorystyczną stronę tej sytuacji. Zwłaszcza że koledzy z ekipy już na samym początku wyściskali go serdecznie, wyrażając uznanie nie tyle dla jego tańca (o nim bowiem trudno było powiedzieć choć jedno dobre słowo) co dla jego odwagi, którą w istocie należało docenić.

Przerwa w muzyce, jaka nastąpiła po walcu, przedłużała się, co zaczęło budzić zniecierpliwienie wśród gości lokalu oczekujących na początek dyskoteki. Ponieważ Majk z przyjaciółmi, nadal śmiejąc się i dyskutując, opuścili już parkiet i stanęli nieco dalej, zaś Iza przeprosiła koleżanki i udała się na kontrolę na zaplecze, indagowany przez coraz liczniejszych klientów Antek obiecał, że zapowiedziana francuska playlista za chwilę ruszy i rzeczywiście wraz z Karoliną udał się w stronę konsoli. Lodzia, wyściskawszy Izę, wróciła już teraz do swojego towarzystwa i stanęła przy mężu, który z pobłażliwym uśmiechem przysłuchiwał się toczącej się dyskusji.

– No i nasz pomysł z arbitrem spalił na panewce! – zawołała Asia. – Bo arbiter bezczelnie złamał zasady i sam wziął udział w konkursie!

– A do tego bezapelacyjnie wygrał! – zaznaczył Maciek, poklepując po plecach Majka.

– No właśnie! – podchwyciła Dominika. – To niesprawiedliwe! Sędzia nie powinien bez ostrzeżenia włączać się do gry i zgarniać głównej nagrody!

– A co to za nagroda? – zainteresował się Majk, który, sięgnąwszy po swoją kurtkę, nonszalanckim gestem przerzucił ją sobie przez jedno ramię. – Bo nawet nie wiem, co wygrałem!

– Hmm – zastanowiła się Dominika, zerkając na Justynę i Asię. – Faktycznie… Pomóżcie, dziewczyny! Musimy wymyślić dla niego jakąś nagrodę!

– Ja myślę, że w nagrodę Majk powinien teraz zatańczyć przy francuskiej muzyce z każdą z nas po kolei! – zaproponowała żartobliwie Justyna.

Zebrani wokół Majka panowie gruchnęli na te słowa gromkim śmiechem.

– Haha, dobre! – zaśmiewał się Kajtek. – Majk, słyszałeś?! Uratowałeś świat, więc w nagrodę możesz skoczyć w przepaść!

– No, dokładnie! – dodał z przekąsem Wojtek. – Gratulacje, stary! W nagrodę za ugaszenie ognia możesz podlać się benzyną i podpalić!

– Wy się nie znacie, moi drodzy! – zaprotestowała z niesmakiem Dominika, wsuwając rękę pod ramię rozbawionego Majka. – Nie doceniacie nagrody, bo jesteście uprzedzeni, ale nasz zwycięzca turnieju potrafi ją docenić. Prawda, Majk?

– Oczywiście – skłonił z powagą głowę Majk.

– W takim razie zamawiam pierwszy taniec! – dokończyła żywo Dominika.

– A ja drugi! – zgłosiła się szybko Justyna, zerkając złośliwie na męża, który wzruszył na to pobłażliwie ramionami i wykonał gest wskazujący, że zostawia jej wolną rękę.

– No dobra, to ja będę trzecia! – dodała czym prędzej Asia.

– Jeśli zapisy dalej trwają, to ja też się zgłaszam! – wtrąciła z uśmiechem Lodzia, przenosząc rozpromieniony wzrok z Pabla na Majka i z powrotem. – Nie darowałabym sobie, gdybym miała przegapić taką okazję!

Panowie wymienili kpiące spojrzenia.

– Majk, jak tam twój karnecik? – zażartował Kajtek. – Zdaje się, że już pęka w szwach!

– Już cztery kobiety do usatysfakcjonowania – pokiwał głową Pablo. – I to same wpisały się na listę! Nieźle! Widzę, frajerze, że dzisiaj zgarniasz wszystko!

– A jak! – uśmiechnął się z dumą Majk, wyciągając rękę do Dominiki, gdyż z głośników, ku radości zgromadzonych na sali klientów, właśnie popłynęły pierwsze takty jakiegoś skocznego francuskiego utworu. – Skoro panie sobie życzą, to jak mógłbym odmówić? Dzisiaj zatańczę z każdą, która tylko będzie tego chciała!

Słowa te skwitowała kolejna salwa śmiechu i okrzyków, po czym Majk, mrugając szelmowsko do Kajtka, poprowadził Dominikę na parkiet, na którym robiło się już coraz gęściej, i oboje, wtopiwszy się w tłum, zawirowali w szybkim, dynamicznym tańcu.

***

– Iza, byłaś genialna! – wołały jedna przez drugą zgromadzone w kuchni Eliza, Dorota, Klaudia, Ola i Gosia. – Ten numer z Tomem był tak bezbłędny, że nawet szefa ruszyło!

– Kto by się spodziewał, że szef odwali takiego walca! A ty też dałaś czadu na całej linii!

– Super tańczyliście! Ola nawet nagrała kawałek na smartfona!

– Tak, mam prawie cały taniec! – przyznała Ola, wyświetlając na ekranie smartfona świeżo nagrany filmik i pokazując go zaciekawionej pani Wiesi, która na czas walca jako jedyna została w kuchni, by pilnować gotujących się potraw. – O, niech pani zobaczy… ale szef wywijał, co? Iza, rewelacja!

Uśmiechnięta Iza, zajęta układaniem na drewnianej desce serów francuskich, które, według planu, miały być podane w czasie pierwszej przerwy w dyskotece, przyjmowała wyrazy uznania z taką samą dumą i radością jak Majk, szczerze ucieszona na myśl, że jego trzydzieste czwarte urodziny stały się ważnym punktem przełomowym w jego psychice, a ona sama również mogła się do tego przyczynić. Lecz choć dusza nadal w niej tańczyła, nie mogła przecież zapomnieć o tym, że przyjęcie à la française jeszcze się nie skończyło, a ona nie została zwolniona ze swojej odpowiedzialnej funkcji. Co prawda dyskoteka wymiotła od stolików większość klientów, dzięki czemu kelnerki miały chwilę odpoczynku, jednak niebawem będą musiały wrócić do obsługi sali, a ona i Klaudia będą podawać kolejne dania francuskie, w tym punkt programu w postaci wyśmienitej crème brûlée.

– Dziewczyny, trzeba powoli wracać! – oznajmiła od progu Alicja, wchodząc do kuchni z tacą i przekazując Elizie karteczkę z zapisanym zamówieniem. – Zaraz będzie przerwa, Zuzka z Lidką już biegają po sali, a u Wiki i Kamy powoli robi się tłum.

– Lecimy! – odparła szybko Ola, chwytając za swoją tacę. – Gosia, chodź!

Gosia również wzięła do ręki tacę i obie zwróciły się w stronę wyjścia.

– A jak chcecie, to możecie też zapisać się na taniec z szefem! – zawołała za nimi wesoło Alicja. – Jego koledzy przyjmują zamówienia od wszystkich!

– Serio? – zaśmiała się Ola, odwracając się w progu.

– No! – potwierdziła rozbawiona Alicja. – Szef po prostu szaleje, obtańcowuje wszystkie dziewczyny na sali, jest niezmordowany! Zaczął od Izy, a teraz tańczy do upadłego z każdą, która się zgłosi! Możecie sobie wyobrazić, jaka kolejka już się ustawiła!

Wszystkie osiem, łącznie z Izą, roześmiały się chórem, po czym Ola i Gosia pobiegły na salę, a kucharki wróciły do swojej pracy. Kiedy dania przewidziane na pierwszą przerwę w tańcu zostały już przygotowane do wniesienia, Iza i Klaudia musiały zrobić kilka kursów między zapleczem a urodzinowym stołem, by uporać się z przygotowaniem wszystkiego, zanim goście wrócą do stołu. Ani jedna, ani druga nie omieszkały przy tym zerkać w stronę parkietu, gdzie tłumy szalały bez wytchnienia przy skocznej muzyce francuskiej wśród błyskających kolorami światełek dyskotekowych. Co prawda w półmroku i ścisku nie było widać tańczącego szefa lokalu, jednak Iza przez moment wychwyciła wzrokiem sylwetki Lodzi i Pabla, co znaczyło, że wszyscy zaproszeni goście rzeczywiście musieli tam być i w dodatku świetnie się bawili.

Tymczasem do dwóch zsuniętych stolików w sektorze B, gdzie w okolicach drzwi krążył niezmordowanie pilnujący porządku Tom, powróciły zmęczone szybkim tańcem cztery dziewczyny. Dwie z nich, znane wszystkim jako nieodłączne koleżanki Darii, wypiwszy do końca resztkę wody z pozostawionych tam szklanek, sięgnęły po swoje rzeczy i zebrały się do wyjścia, wylewnie żegnając się z Beatą i Emilią. Kiedy przechodziły obok Toma, przystanęły na chwilę, zerknęły na niego i zachichotały, szepcząc coś między sobą, jednak ponieważ ochroniarz zdawał się zupełnie nie zwracać na nie uwagi, znów skierowały się w stronę drzwi i wyszły z lokalu. Tom odetchnął z ulgą.

***

– Dobra, pół godziny odsapki! – rzucił wesoło Majk, prowadząc od strony parkietu swoich urodzinowych gości. – Zapraszam do stołu, kochani! Izula, co teraz mamy w programie?

Iza, stojąca wraz z Klaudią przy gotowym stole, na którym ustawiły już nowe potrawy oraz wymieniły talerzyki i sztućce na świeże, uśmiechnęła się na widok rozbawionego towarzystwa, które wracało z parkietu zgrzane ale za to w najlepszych humorach. Majk, który od godziny tańczył bez wytchnienia, na każdy kolejny utwór zmieniając partnerkę, był cały zlany potem, do tego stopnia, że jego szaro-srebrna koszula na plecach była prawie całkowicie mokra. Bujna, rozczochrana czupryna zwilgotniała mu tak, że niektóre kosmyki włosów aż się posklejały, a na czole i skroniach perliły się mikroskopijne kropelki potu, które właśnie wycierał sobie, sięgnąwszy na stół po serwetkę. Pozostali, również zmęczeni i spoceni, choć w nieco mniejszym stopniu, z ulgą zajmowali swoje krzesła.

– Deska francuskich serów, a potem słodkości – odpowiedziała na pytanie Iza.

– Ach, sery i desery! – zaśmiał się Kajtek, przyglądając się porozstawianym na stole specjałom. – No, no! Takiego budyniowatego czegoś – tu wskazał palcem na jeden z półmisków, na którym wyeksponowany był flan paryski – to jeszcze w życiu nie kosztowałem! Wygląda super!

– Ja takich serów nie ruszę – skrzywił się Wojtek. – Żarcie pleśni to nie jest moja ulubiona konkurencja. Wolałbym przejść od razu do deserów.

– Oczywiście – uśmiechnęła się do niego Iza, zajęta podstawianiem kolejnym osobom deski z wyborem serów francuskich. – Każdy próbuje tylko tego, na co ma ochotę, do niczego się nie zmuszamy.

– Tak jest! – podchwycił Majk, zasiadając na swoim krześle, sięgając po kolejną serwetkę i ocierając sobie nią spoconą twarz. – Wszystko jest znakomite, ale jeśli komuś nie podchodzi pod gust, to nie ma obowiązku kosztować. I nie bójcie się, że obrazicie gospodynię! – zaśmiał się, wyciągając ramię i obejmując nim w talii Izę, która, odłożywszy sery, stanęła właśnie pomiędzy nim i Wojtkiem, by w fachowy sposób ukroić dla tego ostatniego kawałek flanu. – Prawda, pani dyrektor?

– Tak jest, szefie – skinęła głową, nie przerywając nakładania Wojtkowi deseru na talerzyk. – Proszę… Lodziu, może ty też skosztujesz kawałek flanu? Widzę, że nie jesz serów.

– No niestety… nie lubię – uśmiechnęła się przepraszająco Lodzia. – Ale kawałek tego deserku jak najbardziej. Wygląda przepysznie!

– Spokojnie, Lodziu, twój małżonek zje sera za całą rodzinę! – zauważyła ze śmiechem Justyna, zerkając na Pabla, który, pozwoliwszy Klaudii nałożyć sobie na talerz kilkanaście niewielkich kawałków rozmaitych serów, z przyjemnością przystąpił do konsumpcji. – Pablo, tylko miarkuj się! Zostaw sobie miejsce na desery!

– Nie bój się! – uśmiechnął się z pobłażaniem Pablo, którego czoło i skronie również spływały potem po szybkim tańcu. – Ja mam nieograniczone możliwości!

– Ja też! – podchwycił Kajtek, wskazując pochylonej nad nim Klaudii, które kawałki serów ma zsunąć na jego talerz. – O, ten też jest fajny… i ten…

– Moderuj się, tłuściochu! – zaśmiała się siedząca obok jego żona, pieszczotliwym gestem pociągając go za ucho. – Nie zapuszczaj tak bebecha, bo potem nie wturlasz się na parkiet! A dzisiaj ci nie podaruję!

– Nie martw się, Dominisiu! – powiedziała wesoło Asia. – Jeszcze jedna taka sesja tańca i wytupiemy wszystko, co zjemy! Ja się dzisiaj nie ograniczam! Takich pysznych rzeczy nie jada się na co dzień! Majk, to francuskie przyjęcie to był genialny pomysł!

Majk, który cofnął już ramię i puścił Izę, pozwalając jej przejść do obsługi kolejnych gości, uśmiechnął się z dumą, okiem konesera lustrując zawartość kolejnych półmisków, która dla niego samego również była niespodzianką.

– Majk, a może wprowadziłbyś te pyszności na stałe do repertuaru knajpy, hmm? – zagadnęła Justyna. – Przynajmniej niektóre z nich.

– Myślę o tym – zapewnił ją Majk, schylając się nad talerzem, by skosztować serów nałożonych mu przez Izę. – Mmm… ten jest naprawdę niezły… Na razie robimy z Izą pierwszą próbę, ale nie wykluczam, że to pociągniemy.

– No i patrzcie, jak ta jego buda ciągle się rozwija! – pokiwał z uznaniem głową Maciek.

– Właśnie miałam to powiedzieć! – podchwyciła Dominika. – Majk nie zwalnia tempa ani na sekundę! Proszę bardzo… trzydzieści cztery lata, a jaka forma i żywotność!

Wszyscy roześmiali się, nie przerywając konsumpcji.

– Izunia, usiądź z nami na chwilę – poprosiła Lodzia, zwracając się do Izy, która zakończyła obsługiwanie gości i wraz z Klaudią zajęła się przekładaniem resztek serów na jedną deskę. – Ciągle cię nie ma, tylko pracujesz i pracujesz!

– Właśnie, Iza, siadaj! – zgodzili się inni. – No, zostaw już to! Posiedź z nami!

Iza zerknęła na Majka, który z uśmiechem skinął głową na znak, że on również popiera tę prośbę, a następnie na Klaudię, która, czytając jej w myślach, natychmiast zapewniła, że sama zajmie się wyniesieniem do kuchni niepotrzebnych naczyń. Prawdą było, że poza nadzorem przygotowań do podania tortu urodzinowego, zaplanowanego na kolejną przerwę w dyskotece, Iza chwilowo nie miała pilnych obowiązków. Zgodziła się zatem przysiąść do stołu, przy którym Lodzia, siedząca z Pablem naprzeciwko Majka, Wojtka i Justyny, natychmiast wygospodarowała jej miejsce obok siebie i stanowczym gestem zmusiła do zajęcia krzesła.

– Zauważcie, że zostało mu aż sześć lat do wygrania zakładu – podjęła Asia, zerkając podstępnie na jedzącego ze stoickim spokojem Majka. – Przy takiej werwie, jaką dzisiaj nam pokazał, to on na pewno tyle nie wytrzyma, zobaczycie!

Dominika i Justyna roześmiały się aprobująco, zaś ich mężowie, Maciek oraz Pablo z pobłażaniem pokręcili głowami.

– Ja też tak uważam – zgodziła się wesoło Dominika. – Dziewczyny za nim szaleją, a teraz, kiedy wrócił do tańca, już się od nich nie opędzi!

– Opędzę się – zapewnił ją spokojnie Majk, sięgając po kieliszek z czerwonym winem. – Popijajcie te sery winem, to się najlepiej komponuje… mmm… świetne, młoda! – dodał z uznaniem do siedzącej naprzeciwko niego Izy. – Bardzo dobry wybór!

– Dzięki, szefie – uśmiechnęła się mile połechtana tą pochwałą Iza.

– Profesjonalna wyżerka – zgodził się Pablo, również z przyjemnością zapijając kawałek sera winem. – No, dobre, dobre, nie powiem… piłem raz podobne u szwagra. A z tym serem to po prostu rewelacja!

– Majk, dlaczego zmieniasz temat? – obruszyła się Asia. – Nie ściemniaj, co? Mówiliśmy o dziewczynach na parkiecie. Tyle już ich dzisiaj… no… – zacięła się w poszukiwaniu odpowiedniego słowa.

– Przeleciałeś – podpowiedział jej uprzejmie Maciek, na co wszyscy gruchnęli gromkim śmiechem.

– Obtańcowałeś! – znalazła właściwsze słowo Asia, sama nie mogąc powstrzymać śmiechu. – I co? Żadna jeszcze nie wpadła ci w oko?

Majk uśmiechnął się tajemniczo znad kieliszka, nie przerywając degustacji wina.

– Przecież jeszcze wszystkich nie przeleciał – wzruszył ramionami Wojtek. – Co się tak niecierpliwicie? Dajcie księciu szansę na zapoznanie się ze wszystkimi dostępnymi damami, kolejka na dzisiejszy wieczór jeszcze jest długa!

– Właśnie! – zaśmiał się Kajtek. – Zwłaszcza że prawdziwy Kopciuszek może przybyć dopiero przed północą!

Towarzystwo, łącznie z Majkiem, znowu roześmiało się, rozlewając do kieliszków kolejną butelkę czerwonego francuskiego wina.

_____________________________________________________

* Idée fixe (fr.) – natrętna, powracająca myśl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *