Anabella – Rozdział LXXVIII
Przeszklone drzwi kawiarni szczęknęły cicho i przed oczami Izy ukazał się znajomy wystrój wnętrza, który chyba już na zawsze miał pozostać w jej pamięci jako sceneria jednego z najbardziej pamiętnych koszmarów jej życia.
Przeszklone drzwi kawiarni szczęknęły cicho i przed oczami Izy ukazał się znajomy wystrój wnętrza, który chyba już na zawsze miał pozostać w jej pamięci jako sceneria jednego z najbardziej pamiętnych koszmarów jej życia.
Izunia, wpadniesz do mnie któregoś dnia? Ściskam serdecznie! L.
– Aga, zostaw to i leć już do domu! – poleciła Iza Agnieszce zajętej plewieniem grządki z kwiatami w ogródku Amelii.
– Pani Izo, ja to się tak denerwuję, że aż mi się nogi trzęsą – wyznał Izie szeptem pan Stanisław. – Niechby to się już zaczęło! Najgorzej to tak czekać i czekać.
– Brawo, Iza! Gratulacje! – wołały jedna przez drugą koleżanki z nocnej zmiany zebrane w służbówce kelnerek, do której rozpromieniona Iza zajrzała po przyjściu do pracy, by pochwalić się świeżo zdanym egzaminem na prawo jazdy.
– Mam jeszcze jedną rzecz do załatwienia – oznajmił tajemniczo Victor, kiedy oboje z Izą zmierzali w stronę wejścia na stare miasto. – Skręcimy na chwilę do tej kawiarni… o tu!
Anabella działała w normalnym trybie klubo-restauracji z dyskoteką przewidzianą na sobotni wieczór, co ściągało w jej podwoje coraz gęstsze tłumy żądnych zabawy klientów.
– Ależ, Lodziu, to chyba oczywiste, że ja zajmę się Victorem – zapewniła swą rozmówczynię Iza, siadając z telefonem na wersalce.
Delikatny wiosenny wietrzyk rozwiewał włosy Izy, igrając w płatkach przyniesionych przez nią kwiatów, które od kilku minut pracowicie układała w kamiennych wazonach na grobie swoich rodziców.