Anabella – Rozdział XCIX
– Straszne – westchnęła po raz kolejny Amelia, otulając się mocniej kocem, pod którym siedziała na fotelu w salonie. – Takie maleństwo! Boże, co to się porobiło… oby tylko żył!
– Straszne – westchnęła po raz kolejny Amelia, otulając się mocniej kocem, pod którym siedziała na fotelu w salonie. – Takie maleństwo! Boże, co to się porobiło… oby tylko żył!
„Niby nie jego wina” – myślała Iza, z bijącym sercem pokonując schodki przy wejściu do szpitala, pod którym zostawił ją Robert.
– Dobra, to chyba koniec – odetchnęła z ulgą Iza, kiedy wszystkie towary z sobotniej dostawy, którą przywiózł Piotrek, zostały ułożone we właściwych miejscach i wprowadzone na stan sklepu.
– Prześliczna! – szepnęła z zachwytem Iza, schylając się nad szpitalnym łóżeczkiem dla noworodków, w którym spała zawinięta w biało-różowy becik maleńka Klara. – Jaką ma słodziutką buzię… i paluszki… Cud!
– Iza, szykuj wszystko, okej? – rzucił podenerwowany Robert, kierując się w stronę wyjścia z sypialni. – Torba z rzeczami i dokumenty! Ja lecę po samochód. Na razie siedź spokojnie, Mel, podjadę pod same drzwi i ruszamy!
Zmrok zapadł już zupełnie, zamieniając wielki dąb w szeleszczącą liśćmi ciemną czeluść gałęzi, widoczną od dołu jak kosmiczna czarna dziura.
– Teraz uważaj, za jakieś dwieście metrów będziemy skręcać w prawo – ostrzegł Majk swą prowadzącą samochód towarzyszkę.
– Uwaga, tniemy!
– Dziękuję panu – uśmiechnęła się Iza, chowając do papierowej teczki swoją kopię rachunku, którą przed chwilą podpisała wraz z hydraulikiem na zakurzonym parapecie mieszkania przy Bernardyńskiej.
Sygnał przychodzącego smsa oderwał Izę od książki, nad którą ślęczała od prawie dwóch godzin, usiłując wkuć do głowy kolejną porcję historii literatury francuskiej.