Anabella – Rozdział CLXII
Korytkowski kościół z racji świątecznej sumy pękał dziś w szwach, zatem, kiedy tłum wiernych wylał się na zewnątrz, zapełnił nie tylko cały przedkościelny placyk, ale również parking i część prowadzącej do niego drogi.
Korytkowski kościół z racji świątecznej sumy pękał dziś w szwach, zatem, kiedy tłum wiernych wylał się na zewnątrz, zapełnił nie tylko cały przedkościelny placyk, ale również parking i część prowadzącej do niego drogi.
– Ależ ona urosła! – zawołała zachwycona Iza na widok Klary, która patrzyła na nią ze zdziwieniem szeroko otwartymi ciemnymi oczkami. – A jaka śliczna! Poczekaj, Melu, umyję tylko ręce po podróży i muszę się porządnie przywitać z moją chrześnicą!
– No, dzisiaj to mnie naprawdę zaskoczyłaś – pokręciła głową Lodzia, popijając trzecią już porcję herbaty z malinami. – Ale rozumiem cię. Rozumiem, chociaż z drugiej strony trudno mi to sobie wyobrazić, bo nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Tylko powiedz mi, Iza… co teraz?
Obudził ją blask słonecznych promieni, które nieśmiało prześwitywały przez rozrzedzające się po deszczu chmury, oraz przytłumiony dźwięk przypominający szczęk naczyń i kuchennej krzątaniny.
– Podjedziesz pod bramę i zaparkujesz na chodniku – do uszu Izy jak przez mgłę docierały wydawane Chudemu polecenia Majka. – Musimy pójść we dwóch, otworzysz mi drzwi. Mam tu jej torebkę, zaraz poszukamy kluczy.
– Nooo… nareszcie! – powitało Izę towarzystwo zgromadzone przy stole w sektorze dla VIP-ów, podrywając się od stołu. – Witamy naszą gospodynię!
„Ewidentnie nadal coś mi leży na żołądku” – myślała smętnie Iza, zmierzając mokrym chodnikiem w stronę Zamkowej z przerzuconą przez ramię torbą, w której niosła ubrania na zmianę.
– Tak jak mówi Iza, mamy szefowi do zaproponowania trzy pomysły – powiedziała Klaudia, rozpościerając na biurku zarysowane na kolorowo arkusze papieru, nad którym wszyscy zebrani w gabinecie natychmiast pochylili się z zaciekawieniem.
Kolejne dni mijały Izie jak w pędzącym pociągu, a raczej w kilku, gdzie w trakcie dniówki trzeba było w biegu przeskakiwać z jednego na drugi, dbając o to, by po drodze się nie wykoleić.
„Niezły dowcip, pani Ziutko” – myślała z humorem Iza, zagłębiając zmęczoną, ciężką od wypitego wina głowę w poduszkę i z rozkoszą przymykając oczy.