Lodzia Makówkówna – Rozdział XVI
– Lodziu, będę u ciebie po szesnastej – oznajmiła przez telefon Mamusia. – Przywieźć ci jakieś dobre dżemiki?
– Lodziu, będę u ciebie po szesnastej – oznajmiła przez telefon Mamusia. – Przywieźć ci jakieś dobre dżemiki?
Tatuś przyszedł po siedemnastej. Godziny wizyt na oddziale były wyznaczone między szesnastą a osiemnastą i pielęgniarki bardzo skrupulatnie pilnowały w tym względzie dyscypliny. Lodzia z wdzięcznością wzięła z jego rąk utęsknioną ładowarkę.
W sobotni poranek siedemnastego marca Lodzia obudziła się z potwornym bólem gardła i wysoką gorączką, co natychmiast uruchomiło alarm w całym domu.
– Cześć, sorry za spóźnienie! – zawołał Kuba, dobiegając z Asią do czekającej na nich na chodniku pozostałej czwórki. – O, Lodzia! Dawno cię nie widziałem. Co tam u ciebie?
Dwie taksówki podjechały jednocześnie pod dom przy Czeremchowej osiem, gdzie w przedpokoju trwała gorączkowa kotłowanina. Ciotka Lucy z opakowaną szczelnie tacą z makowcem poszła przodem ubezpieczana przez Tatusia, za nimi Lodzia w długiej, wizytowej sukience wystającej jej spod wiosennego płaszcza, wreszcie ariergarda w osobach Mamusi i Babci, które zamknąwszy komisyjnie drzwi, szybko znalazły się niemal tuż za Lodzią.
Dźwiękowi dzwonka kończącego ostatnią lekcję zawtórowało szybsze bicie jej serca. Zaraz go zobaczy! Nieważne, kim był i jakie miał wobec niej zamiary, nieważne, że to było kolejne szaleństwo, nieważne, że kiedyś będzie przez to cierpieć… zobaczy go za chwilę, tak dawno go nie widziała!
– To co, nie jeździsz już w ogóle na tańce? – zapytała Julka, odwijając kanapkę z folii śniadaniowej. – Myślałam, że dalej będą ci kazały tańczyć z Karolem.
– Lodziu, w najbliższą sobotę powinnaś odwiedzić Karolka – oznajmiła stanowczym tonem Mamusia. – To już będą dwa tygodnie, odkąd skręcił nogę, a nie widzieliście się ani razu. W czwartek w dodatku poszłaś na miasto bez niego, no, ja rozumiem, że musicie sobie z Julcią odpocząć, skorzystać trochę z ferii… ale pomyśl, jak on się czuje? Siedzi ciągle zamknięty w domu i nawet nie może cię zobaczyć. To nie do pomyślenia.
– Lodziu, i jak smakował nasz makowiec? – zapytała Ciotka Lucy przy późnym śniadaniu zorganizowanym specjalnie dla studniówkowej balowiczki, która dopiero po dziesiątej wstała z łóżka i zeszła na dół.
– Ja już dziękuję – powiedziała Lodzia, odstawiając szklankę z sokiem na stół, przy którym studniówkowi balowicze odbywali właśnie drugą turę poczęstunku. – Ta sałatka była znakomita, ale ciasta to już chyba nie upchnę… A jak tam specjał mojej cioci?