Anabella – Rozdział CXXVIII
– Iza, dolać ci soku? – zapytała Lodzia. – Nie? Na pewno? A tobie, Jula?
– Iza, dolać ci soku? – zapytała Lodzia. – Nie? Na pewno? A tobie, Jula?
„Dlaczego tak mi źle?” – myślała smutno Iza, czesząc włosy przed wąskim lustrem w łazience na stancji.
– Kurde – mruknął Zbyszek, niechętnie przejmując z rąk Izy paczkę z banknotami. – Serio tego nie chce?
– Ciocia! – powtórzył z radością mały Edzio, wskazując paluszkiem na Izę.
– O, jesteś, Iza! – zagadnęła Wiktoria, kiedy koleżanka wyszła z zaplecza. – Jak zdrowie?
„Bezczelny drań!” – myślała z oburzeniem Iza, zmierzając nerwowym krokiem w stronę łąki za stodołą Kulikowej.
Padający przez rozsuniętą zasłonę silny promień księżyca oświetlał łóżko, na którym, oparte o poduszkę przystawioną pionowo do ściany i szczelnie okryte jedną kołdrą, siedziały przytulone do siebie dwie kobiety o długich ciemnych włosach.
Oświetlone sierpniowym słońcem wiejskie pejzaże, zdominowane przez zaorane pola, ścierniska i rozległe łąki, migały za oknem pociągu pędzącego w stronę Radzynia.
– No dobra, to gdzie kontynuujemy balangę? – zapytał wesoło ubrany w swój szary szlafrok kąpielowy Majk, zaglądając do kuchni z nieodkorkowaną butelką burgunda w ręce. – U mnie czy u ciebie?
– Jak widzisz, mały elfie, na dalszą część urodzinowego wieczoru nie zaproponuję ci nic oryginalnego – uśmiechnął się znad kierownicy Majk, kiedy wjechali w uliczkę prowadzącą do jego bloku.