Lodzia Makówkówna – Rozdział XX
Chłodne, wieczorne powietrze przyjemnie orzeźwiło rozpaloną przeżywanymi emocjami twarz Lodzi. Oboje z Arturem wyszli z bramy kamienicy i ruszyli ulicą przed siebie.
Chłodne, wieczorne powietrze przyjemnie orzeźwiło rozpaloną przeżywanymi emocjami twarz Lodzi. Oboje z Arturem wyszli z bramy kamienicy i ruszyli ulicą przed siebie.
Niedzielny obiad kończył się leniwie, sztućce poszczękiwały cicho o talerze, przez okno salonu wpadały wesołe promyki popołudniowego słońca. Lodzia siedziała dziś przy stole uśmiechnięta, z błyszczącymi oczami, a do tego jadła z wielkim apetytem, co nie umknęło uwadze rodziny spoglądającej na nią ze szczerym zadowoleniem.
– Powiedz mi, dziecinko – zagadnęła Lodzię pani Stefania, sadowiąc się na krześle przy jej łóżku. – Jutro już wychodzisz?
Mamusia wpadła objuczona dwiema brezentowymi torbami, w których przyniosła owoce, paszteciki oraz trzy termosy – z rosołem, z barszczem i z zupą pomidorową – bowiem Wielka Triada wzięła sobie do serca to, że „kochana Lodzieńka” co prawda dżemów jeść nie chce, ale za to chętnie akceptuje domową zupę.
– Lodziu, będę u ciebie po szesnastej – oznajmiła przez telefon Mamusia. – Przywieźć ci jakieś dobre dżemiki?
Tatuś przyszedł po siedemnastej. Godziny wizyt na oddziale były wyznaczone między szesnastą a osiemnastą i pielęgniarki bardzo skrupulatnie pilnowały w tym względzie dyscypliny. Lodzia z wdzięcznością wzięła z jego rąk utęsknioną ładowarkę.
W sobotni poranek siedemnastego marca Lodzia obudziła się z potwornym bólem gardła i wysoką gorączką, co natychmiast uruchomiło alarm w całym domu.
– Cześć, sorry za spóźnienie! – zawołał Kuba, dobiegając z Asią do czekającej na nich na chodniku pozostałej czwórki. – O, Lodzia! Dawno cię nie widziałem. Co tam u ciebie?
Dwie taksówki podjechały jednocześnie pod dom przy Czeremchowej osiem, gdzie w przedpokoju trwała gorączkowa kotłowanina. Ciotka Lucy z opakowaną szczelnie tacą z makowcem poszła przodem ubezpieczana przez Tatusia, za nimi Lodzia w długiej, wizytowej sukience wystającej jej spod wiosennego płaszcza, wreszcie ariergarda w osobach Mamusi i Babci, które zamknąwszy komisyjnie drzwi, szybko znalazły się niemal tuż za Lodzią.
Dźwiękowi dzwonka kończącego ostatnią lekcję zawtórowało szybsze bicie jej serca. Zaraz go zobaczy! Nieważne, kim był i jakie miał wobec niej zamiary, nieważne, że to było kolejne szaleństwo, nieważne, że kiedyś będzie przez to cierpieć… zobaczy go za chwilę, tak dawno go nie widziała!