Lodzia Makówkówna – Rozdział XXX
Sobotni poranek dwudziestego ósmego kwietnia powitał Lodzię bajeczną, wiosenną pogodą i świergoleniem ptaka, który ukrył się w dzikim winie tuż obok jej okna.
Sobotni poranek dwudziestego ósmego kwietnia powitał Lodzię bajeczną, wiosenną pogodą i świergoleniem ptaka, który ukrył się w dzikim winie tuż obok jej okna.
– Podjadę po ciebie przed szesnastą na Jeżynową, może być, skarbie? – zapytał Pablo.
– Jak to dobrze, że Lodzia już w lepszym humorze! – cieszyła się Ciotka Lucy na widok rozjaśnionej twarzy dziewczyny, która jak na skrzydłach sfrunęła po schodach na niedzielne śniadanie. – Widzisz, Zosiu, ona ma jednak silne nerwy. Prawdziwa Makówkówna!
Po powrocie do domu Lodzia zamknęła się w pokoju, odmawiając wszelkich wyjaśnień zaniepokojonej jej wyglądem Wielkiej Triadzie.
Jula, nie dam rady dzisiaj ani jutro z tą matmą, umówmy się po weekendzie. Tak brzmiał sms, który wysłała do Julki po nieprzespanej nocy przepłakanej aż do wyczerpania łez.
– Wody, gwiazdeczko? – zagadnął Pablo, odkręcając butelkę.
Dzień dziewiętnastych urodzin Lodzi od rana rozświetlony był pięknym, wiosennym słońcem.
Pociąg ze zgrzytem hamulców zatrzymał się na peronie. Pasażerowie wysiedli pośpiesznie, gdyż Lublin nie był stacją końcową i skład miał jechać dalej.
Dni górskiej wycieczki mijały jak sen… Piękne szlaki Karkonoszy, chwytające za serce widoki przyrody, a wieczorami przyjemne zmęczenie mięśni i wesołe wieczory integracyjne w towarzystwie koleżanek i kolegów sprawiały, że Lodzia spała nocami zdrowym, spokojnym snem, który przychodził do niej zaraz, gdy tylko przykładała głowę do poduszki.
Efektowne przeprosiny Majka oraz pozytywne informacje o stanie zdrowia Pabla podniosły nieco na duchu wycieńczoną emocjami ostatniej doby Lodzię.