Anabella – Rozdział LII
Cichy szum silników samolotu oraz roztaczające się za oknem bajeczne widoki mijanych po drodze górskich szczytów pokrytych śniegiem i otulonych warstwą białych chmur sprawiały, że Iza popadła w błogie uczucie odrealnienia.
Cichy szum silników samolotu oraz roztaczające się za oknem bajeczne widoki mijanych po drodze górskich szczytów pokrytych śniegiem i otulonych warstwą białych chmur sprawiały, że Iza popadła w błogie uczucie odrealnienia.
Stuk kół pociągu na torach i przesuwające się za oknem wagonu ośnieżone krajobrazy napełniały duszę Izy radosnym oczekiwaniem na spotkanie z Amelią i Robertem.
„Mam nadzieję, że ten wzór spodoba się Melci” – myślała z zafrasowaniem Iza, pośpiesznym krokiem zmierzając w stronę skrzyżowania z ulicą Narutowicza.
– Prześliczni są – oceniła Justyna, żona Wojtka, przekazując siedzącej obok Dominice dwa telefony, gdzie na ekranie każdego z nich wyświetlone było zdjęcie niemowlęcia. – Popatrz, Dominisiu, to jest Zosieńka… a to Edzio. Urocze słodziaki, nie?
„Zatrzymany na czterdzieści osiem godzin” – myślała ze smutkiem Iza, idąc po skrzypiącym śniegu w stronę ulicy Zamkowej.
– Dziękuję, panie Piotrze – skinęła głową Iza, podając rękę swojemu rozmówcy po odprowadzeniu go na środek sali. – Upewnię się jeszcze… we wtorek i w czwartek możemy liczyć na dostawę, a tylko w sobotę mamy wysłać do państwa własny transport?
– Daniel! – ucieszyła się Iza, podchodząc do chłopaka, który właśnie zbiegł ze schodów w drodze do szatni.
– Kacper, proszę cię, zajmij się sobą! – pokręciła głową Iza, schylając się, by założyć buty. – Dałbyś już spokój, naprawdę…
Słabe październikowe słońce oświetlało dziedziniec uczelni, na który Iza z Martą wyszły właśnie w drodze do domu.
Obudziło ją jasne światło poranka wpadające przez szparę w zasłonach oraz dobiegający do jej nozdrzy apetyczny zapach podsmażanej wędliny, który, jeszcze zanim otworzyła oczy, uświadomił jej, jak bardzo była głodna.