Anabella – Rozdział CVIII
Srebrny peugeot dynamicznie ruszył ze skrzyżowania i w towarzystwie innych samochodów pomknął dwupasmówką w stronę osiedla Majka.
Srebrny peugeot dynamicznie ruszył ze skrzyżowania i w towarzystwie innych samochodów pomknął dwupasmówką w stronę osiedla Majka.
Kiedy umilkł dźwięk organów i ludzie uczestniczący w niedzielnej mszy powoli opuścili kościół, klęcząca w jednej ze środkowych ławek Iza wreszcie mogła skupić rozproszone myśli.
– Jak ja się cieszę, że pani już wróciła, pani Izo! – powtórzył po raz kolejny pan Stanisław, popijając z kubka herbatę, do której oboje zasiedli tym razem nie w kuchni, a przy wielkim stole w salonie. – Co by nie mówić, stęskniłem się już.
Wieczorny szum traw i dojrzewających zbóż po obu stronach piaszczystej drogi wiodącej do Korytkowa od strony cmentarza działał uspokajająco na lekko skołatane nerwy Izy, wprawiając ją w melancholijny nastrój.
– Tylko uważaj na nóżkę! – zawołała z niepokojem Agnieszka, schylona wraz z Piotrkiem nad Pepusiem ułożonym do przebierania w poprzek szpitalnego łóżeczka. – Żeby mu się za bardzo nie wywinęła!
– Proszę, od nas trzysta złotych – oznajmiła Kowalikowa, wyciągając z portmonetki banknoty i kładąc je na stole przed Amelią. – Tylko tyle, bo teraz koniec miesiąca, a za zboże to dopiero w sierpniu dostaniemy i…
Szpitalny korytarz nie tonął już dziś w półmroku pochmurnego dnia, lecz zalewało go intensywne światło lipcowego słońca, które wpadało ukosem przez wielkie okna, otwarte obecnie szeroko przez sprzątaczki dla przewietrzenia po świeżym myciu podłogi.
– Zostaw to, Melu, i leć do Klarci – powiedziała ciepło Iza, wróciwszy z zaplecza sklepu, gdzie pośpiesznie zmieniła buty i narzuciła na siebie fartuch. – Ja już jestem gotowa i do końca dniówki przejmuję obowiązki.
Po pustawym holu szpitala spowitym szarą poświatą deszczowego dnia krążyło zaledwie kilka osób oczekujących na przyjęcie bądź rozpoczęcie godzin odwiedzin; od czasu do czasu przechodził też tamtędy ktoś z personelu, jednak ogólna atmosfera odzwierciedlała leniwy spokój wczesnego niedzielnego popołudnia.
– Straszne – westchnęła po raz kolejny Amelia, otulając się mocniej kocem, pod którym siedziała na fotelu w salonie. – Takie maleństwo! Boże, co to się porobiło… oby tylko żył!