Anabella – Rozdział XCVIII
„Niby nie jego wina” – myślała Iza, z bijącym sercem pokonując schodki przy wejściu do szpitala, pod którym zostawił ją Robert.
„Niby nie jego wina” – myślała Iza, z bijącym sercem pokonując schodki przy wejściu do szpitala, pod którym zostawił ją Robert.
– Dobra, to chyba koniec – odetchnęła z ulgą Iza, kiedy wszystkie towary z sobotniej dostawy, którą przywiózł Piotrek, zostały ułożone we właściwych miejscach i wprowadzone na stan sklepu.
– Prześliczna! – szepnęła z zachwytem Iza, schylając się nad szpitalnym łóżeczkiem dla noworodków, w którym spała zawinięta w biało-różowy becik maleńka Klara. – Jaką ma słodziutką buzię… i paluszki… Cud!
– Iza, szykuj wszystko, okej? – rzucił podenerwowany Robert, kierując się w stronę wyjścia z sypialni. – Torba z rzeczami i dokumenty! Ja lecę po samochód. Na razie siedź spokojnie, Mel, podjadę pod same drzwi i ruszamy!
Zmrok zapadł już zupełnie, zamieniając wielki dąb w szeleszczącą liśćmi ciemną czeluść gałęzi, widoczną od dołu jak kosmiczna czarna dziura.
– Teraz uważaj, za jakieś dwieście metrów będziemy skręcać w prawo – ostrzegł Majk swą prowadzącą samochód towarzyszkę.
– Uwaga, tniemy!
– Dziękuję panu – uśmiechnęła się Iza, chowając do papierowej teczki swoją kopię rachunku, którą przed chwilą podpisała wraz z hydraulikiem na zakurzonym parapecie mieszkania przy Bernardyńskiej.
Sygnał przychodzącego smsa oderwał Izę od książki, nad którą ślęczała od prawie dwóch godzin, usiłując wkuć do głowy kolejną porcję historii literatury francuskiej.
Nocną zmianę, na której z powodu natłoku klientów cały zespół Anabelli dwoił się i troił, Iza przeżyła jak w transie, ze wszystkich sił starając się odsunąć od siebie dręczące myśli o świeżo zakończonym spotkaniu z Michałem, by móc w pełni skupić na wymagającej uwagi pracy.