Anabella – Rozdział LXXV
– Pani Izo, ja to się tak denerwuję, że aż mi się nogi trzęsą – wyznał Izie szeptem pan Stanisław. – Niechby to się już zaczęło! Najgorzej to tak czekać i czekać.
– Pani Izo, ja to się tak denerwuję, że aż mi się nogi trzęsą – wyznał Izie szeptem pan Stanisław. – Niechby to się już zaczęło! Najgorzej to tak czekać i czekać.
– Brawo, Iza! Gratulacje! – wołały jedna przez drugą koleżanki z nocnej zmiany zebrane w służbówce kelnerek, do której rozpromieniona Iza zajrzała po przyjściu do pracy, by pochwalić się świeżo zdanym egzaminem na prawo jazdy.
– Mam jeszcze jedną rzecz do załatwienia – oznajmił tajemniczo Victor, kiedy oboje z Izą zmierzali w stronę wejścia na stare miasto. – Skręcimy na chwilę do tej kawiarni… o tu!
Anabella działała w normalnym trybie klubo-restauracji z dyskoteką przewidzianą na sobotni wieczór, co ściągało w jej podwoje coraz gęstsze tłumy żądnych zabawy klientów.
– Ależ, Lodziu, to chyba oczywiste, że ja zajmę się Victorem – zapewniła swą rozmówczynię Iza, siadając z telefonem na wersalce.
Delikatny wiosenny wietrzyk rozwiewał włosy Izy, igrając w płatkach przyniesionych przez nią kwiatów, które od kilku minut pracowicie układała w kamiennych wazonach na grobie swoich rodziców.
„Oby tylko Robik zgodził się przyjąć usługi mecenasa Giziaka” – myślała w zafrasowaniu Iza, wpatrując się w rozległe polne krajobrazy widoczne zza szyby okna pędzącego pociągu.
– I co o tym myślisz, stary? – zagadnął ostrożnie Majk po długiej chwili milczenia, jakie nastąpiło w chwili, gdy Iza przestała mówić. – Niezły przyjemniaczek, co?
„I to by było na tyle” – pomyślała z satysfakcją Iza, zawiązując worek na śmieci, do którego właśnie wsypała ostatnią szufelkę pyłu zmiecionego z podłogi w łazience.
– Nie, Vic, skądże, nie przeszkadzasz mi – zapewniła go z uśmiechem Iza, zamykając drzwi i schodząc po schodach z telefonem przy uchu.