Anabella – Rozdział CXLVIII
– Aż tyle ci tego dał? – zdziwił się pochylony nad otwartym bagażnikiem peugeota Majk, ostrożnie przekładając butelki z winem do przywiezionej z Anabelli brezentowej torby.
– Aż tyle ci tego dał? – zdziwił się pochylony nad otwartym bagażnikiem peugeota Majk, ostrożnie przekładając butelki z winem do przywiezionej z Anabelli brezentowej torby.
– Dobrze, pani Izabello – podjął Krawczyk, kiedy z powrotem zasiedli w sypialni po zmianie materaca i rekonfiguracji poduszek na jego łóżku. – Do obiadu mamy jeszcze ponad pół godziny, więc, nie tracąc już czasu, chciałbym wrócić do tamtego tematu… tego, na którym zakończyliśmy nasze poprzednie spotkanie. Bo mam nadzieję, że pamięta pani, o czym, czy też raczej o kim rozmawialiśmy, prawda? – zerknął na nią znacząco.
„To jednak będzie trudniejsze, niż sądziłam” – myślała smętnie Iza, mijając kolejne skrzyżowanie, na którym, jak pamiętała, należało skręcić w prawo.
Światło pogodnego niedzielnego poranka wlewało się do salonu przez niedbale zaciągnięte zasłony, a sądząc po jego natężeniu, mogła być godzina piąta, może nawet wpół do szóstej.
„Wraca w poniedziałek!” – cieszyła się Iza, zmierzając pustym, oświetlonym latarniami chodnikiem w stronę Bernardyńskiej.
Za uchylonym, obleczonym w śnieżnobiałą firankę oknem szumiały liście jesionu trącane podmuchami wrześniowego wiatru.
– Iza, wychodzisz gdzieś teraz? – zaciekawił się Kacper, wyglądając z kuchni do przedpokoju, gdzie Iza, z nieco chmurną miną wyrażającą wysoki poziom skupienia i napięcia, właśnie zakładała buty.
„Cudownie!” – pomyślała z zachwytem Iza, poprawiając ostatnią fałdę nowych zasłon w kolorze piaskowego beżu, które właśnie skończyła wieszać w salonie na Bernardyńskiej. – „O to właśnie chodziło!”
– Dziękuję pani – powiedziała cicho Magdalena, ocierając oczy rogiem wymiętej chusteczki higienicznej.
– O, Iza, jesteś wreszcie! – ucieszył się Kacper, kiedy Iza weszła do kuchni po trzygodzinnej drzemce.