Anabella – Rozdział XLVIII
„Zatrzymany na czterdzieści osiem godzin” – myślała ze smutkiem Iza, idąc po skrzypiącym śniegu w stronę ulicy Zamkowej.
„Zatrzymany na czterdzieści osiem godzin” – myślała ze smutkiem Iza, idąc po skrzypiącym śniegu w stronę ulicy Zamkowej.
– Dziękuję, panie Piotrze – skinęła głową Iza, podając rękę swojemu rozmówcy po odprowadzeniu go na środek sali. – Upewnię się jeszcze… we wtorek i w czwartek możemy liczyć na dostawę, a tylko w sobotę mamy wysłać do państwa własny transport?
– Daniel! – ucieszyła się Iza, podchodząc do chłopaka, który właśnie zbiegł ze schodów w drodze do szatni.
– Kacper, proszę cię, zajmij się sobą! – pokręciła głową Iza, schylając się, by założyć buty. – Dałbyś już spokój, naprawdę…
Słabe październikowe słońce oświetlało dziedziniec uczelni, na który Iza z Martą wyszły właśnie w drodze do domu.
Obudziło ją jasne światło poranka wpadające przez szparę w zasłonach oraz dobiegający do jej nozdrzy apetyczny zapach podsmażanej wędliny, który, jeszcze zanim otworzyła oczy, uświadomił jej, jak bardzo była głodna.
Zdyszana Iza zbiegła w dół po schodach prowadzących do Anabelli i w drzwiach wpadła na Toma, który ze stoickim spokojem wyprowadzał na zewnątrz jakiegoś awanturującego się młodego mężczyznę, mocno trzymając go pod ramię.
Ponieważ uroczystości związane z rozpoczęciem nowego roku akademickiego dotyczyły przede wszystkim studentów pierwszego roku, starsze roczniki spotykały się w większości przypadków dopiero na zajęciach, które zaczynały się już tego popołudnia.
– Panie Jarku, naprawdę bardzo panu dziękujemy – powiedziała z wdzięcznością Iza, przyjmując z umorusanych rąk konserwatora Zięby odręcznie wystawiony rachunek za usługę naprawienia i uruchomienia zmywarki.
„Zjadł całą zupę i trochę drugiego!” – cieszyła się Iza po wyjściu od pana Szczepana. – „A pani Jadzia mówiła wczoraj, że śniadania też je ostatnio z apetytem i w ogóle widać, że zdrowszy.