Anabella – Rozdział XLV
– Kacper, proszę cię, zajmij się sobą! – pokręciła głową Iza, schylając się, by założyć buty. – Dałbyś już spokój, naprawdę…
– Kacper, proszę cię, zajmij się sobą! – pokręciła głową Iza, schylając się, by założyć buty. – Dałbyś już spokój, naprawdę…
Słabe październikowe słońce oświetlało dziedziniec uczelni, na który Iza z Martą wyszły właśnie w drodze do domu.
Obudziło ją jasne światło poranka wpadające przez szparę w zasłonach oraz dobiegający do jej nozdrzy apetyczny zapach podsmażanej wędliny, który, jeszcze zanim otworzyła oczy, uświadomił jej, jak bardzo była głodna.
Zdyszana Iza zbiegła w dół po schodach prowadzących do Anabelli i w drzwiach wpadła na Toma, który ze stoickim spokojem wyprowadzał na zewnątrz jakiegoś awanturującego się młodego mężczyznę, mocno trzymając go pod ramię.
Ponieważ uroczystości związane z rozpoczęciem nowego roku akademickiego dotyczyły przede wszystkim studentów pierwszego roku, starsze roczniki spotykały się w większości przypadków dopiero na zajęciach, które zaczynały się już tego popołudnia.
– Panie Jarku, naprawdę bardzo panu dziękujemy – powiedziała z wdzięcznością Iza, przyjmując z umorusanych rąk konserwatora Zięby odręcznie wystawiony rachunek za usługę naprawienia i uruchomienia zmywarki.
„Zjadł całą zupę i trochę drugiego!” – cieszyła się Iza po wyjściu od pana Szczepana. – „A pani Jadzia mówiła wczoraj, że śniadania też je ostatnio z apetytem i w ogóle widać, że zdrowszy.
Isabelle, mogę zadzwonić teraz? Sms od Victora przyszedł dokładnie w chwili, gdy Iza zamierzała wyjść z domu do pracy.
Niedzielny poranek i przedpołudnie osiemnastego sierpnia minęły Izie na przygotowywaniu śniadania, które zjedli we dwoje z panem Stanisławem, gdyż Kacper spał jeszcze po nocnych eskapadach, a także na gotowaniu gulaszu przewidzianego na obiad i krojeniu warzyw na surówkę.
– Panie Szczepciu, niech pan nie wstaje – powiedziała stanowczo Iza, poprawiając staruszkowi poduszkę pod głową i otulając go troskliwie kołdrą. – Tak lepiej?